środa, 30 czerwca 2010

O fotografii w trzech formatach.


Wielki format: Łyczywek K., Fotografia zbliża. Antologia tekstów autorskich opublikowanych w latach 1956-1982, tom 1, wyd. Muzeum Historii Fotografii im. Walerego Rzewuskiego, Kraków-Szczecin 2009
Na okładce: fotografia! Starszy pan z aparatem. Dla wtajemniczonych rozpoznawalny z daleka mistrz Doisneau, fot. autorka!
Autorka: Krystyna Łyczywek. Rocznik: 1920. W fotografii „siedzi” jeszcze przed 1964 roku, kiedy wstąpiła do ZPAF. Praktyk fotografii. A także felietonistka, recenzentka, dziennikarka, a czasem nawet teoretyczka. Dość istotne zdanie widnieje w biografii na okładce książki: „Przeszło 1500 jej zdjęć zostało opublikowanych w prasie, folderach turystycznych i książkach a około 1400 artykułów na temat fotografii w prasie krajowej i zagranicznej.”
Podtytuł: Tom 1. Antologia tekstów autorskich opublikowanych w latach 1956-1982”. Czyli wybór tego co autorka popełniła z tej liczby 1400... Układ chronologiczny.
Zawiera indeksy: nazwisk, stowarzyszeń i kierunków estetycznych oraz nazw geograficznych.
Bibliografia: brak. I proste, pani Krystyna pisała o sprawach bieżących, raczej relacjonując, zawsze w artykule wzmiankując omawianą wystawę czy publikację. Każdy zaś tekst opatrzony jest przypisem o premierowej publikacji.


Średni format: Potocka M.A., Fotografia. Ewolucja medium sztuki, wyd. Aletheia, Kraków 2010
Na okładce: negatyw! Ani słowa czyj i dlaczego. Ładna okładka projektu Grzegorza Laszuka, ale może jednak warto byłoby wskazać jakie dzieło zdobi książkę?
Autorka: Maria Anna Potocka. Rocznik 1950. Ma swoją
wikistronę. W fotografii „siedzi” od.... no właśnie, nie siedzi. W sztuce zaś od studiów.
Podtytuł: „Ewolucja medium sztuki”. Ważne, bo od razu sytuuje autorkę jako osobę, która nam wyjaśni mechanizmy panujące w świecie sztuki oraz określi w nim miejsce dla fotografii.
Nie zawiera indeksów. Gorzej... Jest za to wypis „fotografów XIX wieku” i oddzielnie „fotografów XX wieku”(z krótką notką biograficzną i autorskim, subiektywnym podsumowaniem twórczości...), „chronologia” oraz słownik techniczny.
Bibliografia: brak. I to przeogromna szkoda. Z tekstu wynika bardzo jasno, że publikacja powstała w oparciu o jakieś konkretne teksty. Autorka przyznaje się, że tworząc publikację „starałam się bardzo dokładnie poznać historię zjawiska, zrozumieć wszelkie niuanse techniczne jego rozwoju, przyjrzeć się wnikliwie wczesnym użyciom i wskazać różne kroki twórcze konstytuujące medium.” Brakuje jednak wykazu tych publikacji, pozostaje jedynie wrażenie, że już to kiedyś czytaliśmy w tym ujęciu...

Mały obrazek: Mazur A., Kocham fotografię. Wybór tekstów 1999-2009, wyd. 40 000 Malarzy, Warszawa 2009
Na okładce: brak obrazu. Szata graficzna typowa dla wszystkich publikacji z wydawnictwa 40 000 Malarzy, typowa, choć podkreślić należy „Kocham fotografię” to pierwszy tytuł wydawnictwa.
Autor: Adam Mazur. Rocznik 1977. Ma swoją świeżuteńką
wikistronę. W fotografii „siedzi” od 10 lat.
Podtytuł: „Wybór tekstów 1999-2009”. Czyli...wszystko co napisałem o fotografii od kiedy się nią zajmuję minus to czego nie warto przypominać. Układ tematyczny: „recenzje i omówienia”, „eseje” i „rozmowy” (szkoda, że brakuje kategorii „teksty kuratorskie” będące jednak czymś zupełnie innym niż „eseje”).
Zawiera indeksy: osób i grup artystycznych oraz miejsc, instytucji i organizacji.
Bibliografia: brak. Lepiej. Są „źródła”. Nie są to jednak publikacje wybrane z których korzystał autor, lecz wypis gdzie oryginalnie zamieszczono jego własne teksty.


Wszystkie trzy nie mają reprodukcji. Nawet najmniejszej. Sam jeden potok słów.
Trzeba zaznaczyć – dwie z ich to antologie, tylko jedna zawiera niepublikowany wcześniej materiał. Na każdą z nich w pewnym sensie się czekało. Na Łyczywek z nadzieją posiadania w jednym miejscu tekstów po które trzeba biegać do różnych bibliotek, po archiwalne czasopisma. Na Potocką z niepewnością, bo oto wpływowa historyczka sztuki bierze na warsztat fotografię, jest ponad podziałami „światka fotografów”. Na Mazura, trochę z lenistwa, żeby mieć pod ręką bez grzebania w kilku katalogach, no i fakt, że bibliografia potem lepiej wygląda jeśli jest choćby jeden druk zwarty więcej zamiast kilku linków.

Grupa docelowa czyli komu te książki się przydadzą? Za prosto odpowiedzieć: każdemu kto interesuje się fotografią. Takim warto polecić „Dno oka” Wojciecha Nowickiego, „Fotoplastikon” Jacka Dehnela, „Spotkania” Johna Bergera.... opowieści o zdjęciach, narracje, rozważania. Tutaj sprawa jest znacznie poważniejsza. Znakomita felietonistka, znawca i praktyk fotografii (Łyczywek), dyrektorka galerii, kolekcjonerka i znacząca historyczka sztuki, nie-praktyk (Potocka) i wreszcie kurator wystaw fotograficznych, recenzent i badacz, także nie-praktyk (Mazur) opowiadają o zdjęciach na swój sposób i dla sobie podobnych.

A zatem po przydatne informacje i interesujące spojrzenie wstecz w polską fotografię zarówno tę salonową jak i tę amatorską trzeba sięgnąć do „Fotografia zbliża”. Na pierwszy rzut oka publikacja budzi nasz uśmiech. Pozbierane recenzje z okręgowych wystaw, recenzje z konkursów, sprawozdania z posiedzeń i wystaw FIAP, pamiętnik z wizyt zagranicznych, opisy towarzystw fotograficznych i twórczości kółek studenckich, przeplatane informacjami z historii fotografii, wyjaśnieniami tematów i rodzajów fotografii czy wreszcie instrukcjami poprawnego naświetlania lub nauczania o obrazie. Jednak w tej masie i precyzji książka tworzy niezwykle barwny obraz fotografowania w latach 1956-82: w Polsce i na świecie, nie tylko mowa jest o świeczniku, lecz o dawno zapomnianych ważnych twórcach czy też tych, którzy mieli tylko 5 minut. Autorka dzieli swoją uwagę sprawiedliwie, nie według hierarchii, znakomitości, lecz potocznie i bezpośrednim tonem omawia publikacje, wystawy, konkursy czy biografie wielkich i średnich.

Potocka teoretyzuje i wnika w historię na styku sztuki i fotografii, nie ma tu miejsca na praktyczne informacje. Pomysł notek biograficznych fotografów XIX i XX wieku (zajmuje przeszło ¼ książki!) teoretycznie fajny, lecz w 2010 roku kompletnie nietrafiony. W czasach stałego dostępu do internetu wydaje się, że już nikomu nie będzie potrzebny drukowany skrót wikipedii a także ściąga (Chronologia – wypis dat ważnych wydarzeń) z dziejów fotografii. Jest to z resztą przedziwny rozdział w książce na wskroś historyczno-teoretycznej, drążącej dzieje medium, mamy nagle pokaźną wstawkę encyklopedyczną. Przy „ciekawszych” (więcej niż dwie linijki biografii) nazwiskach autorka podkreśla „ważny problem” i hasłowo i subiektywnie podsumowuje twórczość delikwenta. Wybór nazwisk jest oczywiście dyskusyjny. Dominują twórcy ze świata (chociaż nie określono ich przynależności narodowej). Wielka szkoda, bo w ten sposób jedynie powielono panteon już dawniej wyznaczony. Może bardziej uwierzyłabym w intencje stworzenia rzetelnego, przydatnego i podręcznego wypisu fotografów, gdybym zamiast Mariana Eile jako ważnego fotografa XX wieku widziała tam choćby Łagockiego (pomysłodawca wystaw „Fotografii subiektywnej” i „Fotografów poszukujących”), albo Robakowskiego czy Różyckiego (świadomie i z międzynarodowymi sukcesami walczących o poznanie medium fotografii), albo trochę wstecz Janinę Mierzecką (fotografkę muzealną i badaczkę) itd. Całość czyta się znakomicie, nie zgadza się i dyskutuje z autorką na co drugiej stronie, lecz siłą publikacji jest (w miarę) nowy punkt widzenia, albo raczej interesująca kompilacja, głos w temacie szklanego sufitu nad fotografią względem sztuki. Kwestie praktyczne i pewnego rodzaju uproszczenia mogą jednak odepchnąć tych „po prostu pstrykających”, a publikację zakwalifikować jako niezrozumiałą i nieprzydatną krytyczno-sztuczną.

Kochający fotografię Mazur nie jest praktykiem. Zdolności edukacyjnych też nie posiada. Talent pisarski na szczęście wielki i oczytanie w najnowszej literaturze wybitne. Całość przeznaczona jest dla takich jak autor, tylko, że doktorów plus kuratorów wystaw plus naczelnych pisma Obieg wielu nie jest. Przerysowując chciałabym podkreślić hermetyczność publikacji o tak otwartym tytule. Lektura tekstów kuratorskich (nawiasem mówiąc może jakiś konkurs z nagrodami w tej dziedzinie stworzyć?) nie jest ulubionym zajęciem widzów wystaw. Najczęściej słowa kuratora należy przetłumaczyć z tych wyjątkowych wyżyn pomiędzy tekstem badawczym a filozoficznym na powszechnie strawny język. Ogromnym minusem antologii jest jej zacięcie do kreacji i wybiórczość (hmm, omawiamy wystawę, przy której współpracowaliśmy?). Na pozór przypadkowy zestaw tekstów, okazuje się dobrany według klucza: „the best of Mazur”, nie układa nam się w żaden obraz dekady.
Mazur pisze barwnie o świetnej fotografii, (głównie polskiej; występuje zaledwie kilka kwestii światowych: World Press Photo czy wystawa Marca Atkinsa), docieka i wnika, rozmawia, lecz w esejach i omówieniach odrywa się od realiów i języka zrozumiałego przez praktyka fotografii. Rozmowy są lekturą obowiązkową (i przystępną) dla każdego zainteresowanego traktowaniem obrazu na przełomie wieków. Warto jednak przed sięgnięciem po „Kocham fotografię” zajrzeć do książek z dziedzin: antropologii, filozofii, socjologii, politologii oraz estetyki wydanych po 2000 roku.


Na koniec zagadka, pytanie do publiczności, konkurs z nagrodami.... dlaczego pisząc o fotografii, publikując książkę o fotografii tylko nieliczni, prawdziwi wybrańcy (czyt. statystyczny margines błędu) nie używają w tytule słowa fotografia
?/i czemu w innych dziedzinach sztuki nie ma takiego problemu?/

Dlaczego te trzy? Tak mi wypadło. Dwie wydane zostały pod koniec 2009, jedna w maju 2010. Fajnie się złożyły razem. Czytam je równolegle i wszystkie bardzo polecam uwadze!

poniedziałek, 28 czerwca 2010

fotografia domowa.

Zenon Harasym, O mojej rodzinie, dyptyk, 1975, za Fotografia we Wrocławiu 1945-1997, red. Harasym Z., Lesisz A., Olek J., Sobota A., katalog wystawy, ZPAF, Wrocław 1997 ; s.176

Jerry N. Uelsmann, Dom i dagerotyp, 1969, własność rodziny Alice R. i Sol B. Frank; za: Johnson B., Photography speaks, Aperture & Chrysler Museum of Art, 2004, New York, s. 213

Znalazłam ostatnio pracę Jerrego Uelsmanna. Skojarzyła mi się z miejsca z dyptykiem Zenona Harasyma. Praca polskiego fotografa wyrasta z nurtu fotografii konceptualnej. Nie zupełnie fotografii medialnej, bo przecież nie bada granic medium, lecz gdzieś w okolicy, w "klimacie" fotografowania w latach siedemdziesiątych. Intrygujący zestaw, opowieść o pokoleniach rodziny. Stosunkowo nam bliskiej. Zdjęcie na tle kamienicy pewnie wykonano około 1880. W atelier fotografa miejscowego. Zdjęcie "nowoczesne" pewnie w latach siedemdziesiątych. Na spacerze, wycieczce. Można podejrzewać, że całość dotyczy Wrocławia.
Jerry Uelsmann koncentruje się na jednej rodzinie. Trudniej nam powiedzieć coś więcej - budynek kompletnie anonimowy. W jakim miejście? W którym stanie? Dagerotypy w Stanach Zjednoczonych były dłużej popularne niż w Europie. Ich świetność trwa tam aż po lata 1880te.
Pomysł podobny. Kompletnie inne realia. Relacja budynek-fotografia. Dom-rodzina. Ciekawa odmiana fotografii domowej.

środa, 23 czerwca 2010

kissing the War Goodbye!

"Time Square Kiss" / Jest wiele fotografii-symboli mówiących o zwycięstwie w II Wojnie Światowej. Jedno z tych "świętych" dla USA to zdjęcie wykonane 14 sierpnia 1945 roku w Nowym Jorku przez Alfreda Eisenstade'a. Fotograf uwiecznił (przynajmniej dwa razy) pocałunek pielęgniarki (Edith Shain) i marynarza (nazwisko nieznane). O fotografii znów zrobiło się głośno. W niedzielę zmarła bohaterka fotografii. Więcej ciekawostek tutaj.
ta mniej znana klatka, inny kąt widzenia to dzieło (tańsze w eksploatacji niż A.E.) Victora Jorgensena



A poboczny temat, do którego kiedyś powrócimy szerzej... to głównie amerykańska (i szwajcarska. czy tylko?) mania stawiania pomników ze zdjęć. No i happening. Na tym zdjęciu za Gazetą.pl z 2005 roku mamy i statuę i akcję. Wyobrażacie sobie happening lub pomnik do którejś znanej polskiej fotografii?

środa, 2 czerwca 2010

wyrzucone / znalezione


Połowa maja. Spacer po okolicy. Rozsypane na chodniku zdjęcia. Muszą tak leżeć dzień, dwa. Spadł deszcz. Są mokre i zapiaszczone. Przykleiła się do nich trawa, liście. Na niektórych już nic nie widać. Na innych piasek rozdeptany pozostawił pomarańczowo-żółte smugi. Po odkurzeniu te rysy tam ciągle są. Zastanawiam się dlaczego ktoś je wyrzucił? Dlaczego są na ulicy?

Pierwszy raz znajduję fotografie. Jerzy Lewczyński miał więcej szczęścia, znalazł negatywy. I to jakie?! Nie jest to znalezisko jak prace Stefanii Gurdowej, Eugeniusza Lokajskiego, Jerzego Tomaszewskiego. To po prostu czyjeś pamiątki. A raczej to były po prostu czyjeś pamiątki. Snapsy. Wyrzucenie pamiątek to prosty sygnał. Komuś przestały być potrzebne te przedmioty podtrzymujące pamięć. Pozbył się ich. Wyrzucił z pamięci.

Na fotografiach 9x13, papier matowy, pewnie fuji, powtarza sie portret mężczyzny. Wysoki brunet, czarne wąsy. Około czterdziestki. Lata dziewięćdziesiąte. Koniak z koleżanką, wycieczka do Paryża, nowy samochód. Zdjęcia nie są podpisane, nie mają datownika. Tyle na pierwszy rzut oka mówią o sobie. Ktoś wyrzucił tego pana ze swojej pamięci. Dawna miłość na którą brak miejsca w rodzinnym albumie?

Od czasu tego znaleziska chodzi mi po głowie pomysł. Googlam czy coś takiego jest i nie widzę. Stworzyć miejsce, taką "ochronkę" dla fotografii. Jeśli są zdjęcia, które nie wyszły, które nie są potrzebne, niewygodne, nie wiadomo czyje....żeby je przesłać w jedno miejsce. Niech by tam sobie były, chronione. Tak, by kiedyś opowiedziały o swoich czasach. Anonimowo zapewne.
W związku z tym kilka pytań:
- czy wyrzuciliście kiedyś zdjęcia? /dlaczego? jakie zdjęcia?/
- co zrobić ze znalezionymi fotografiami?
- znacie jakieś miejsce przechowania takich zwykłych zdjęć?

foto. JK/xpro

wtorek, 25 maja 2010

myślę o powodzi

Joanna zaprosiła mnie już kilka tygodni temu do współtworzenia tego bloga, ale jakoś co miałem pomysł na napisanie czegokolwiek wartościowego, to na końcu pierwszego zdania (a ja - co jest moją wadą - tworzę szalenie długie zdania) zdawałem sobie sprawę, że albo znowu marudzę, albo kogoś obrażam. I to kompletnie nie konstruktywnie. A to blog o obrazie, piszą tu ludzie, którzy mają coś do powiedzenia, których chcą coś zmienić (być może) w jakiś cichy sposób. Nie ma w Polsce wielu publikacji, które w sposób przystępny opowiedzą amatorowi, miłośnikowi fotografii coś o rzeczy w poważnej fotografii (tu od razu odpieram możliwy atak, że ktoś robi fotografię niepoważną - jest muzyka pop, jest rock, jest muzyka poważna). Pewnie jest - tylko niemal - kolekcjonerski Kwartalnik Fotografia o dość małym zasięgu i raz na rok Format. Rodzą się inicjatywy non-profit. Z kilku celów: zróbmy coś w końcu, bo rośnie matołectwo albo zróbmy coś w ogóle, bo jest nic. Pewnie jeszcze inne się znajdą.

Tak czy siak - pisałem o tym kiedyś w komentarzu na blogu pana Jureckiego, lecz spotkałem się z niezrozumieniem (bo i tak się nie uda) - z uświadamiania o fotografii wyjdzie nic, jeśli nie wyjdzie się do ludzi. O ile maturzysta będzie wiedzieć mniej więcej, co to był kubizm, może nawet fowizm, o tyle nie będzie miał wiedzy o piktorialiźmie albo na przykład Zofii Rydet.

Wyjście do ludzi nie oznacza monotonnego głosu naszych teoretyków, używania słów, których nikt nie rozumie (ja mało błyskotliwy nie jestem, ale czasem mam problem wielki z czytanio-rozumieniem naszych tekstów teoretycznych). Czy ktoś zaczepiony na ulicy zrozumie manifesty Natalii LL? Gwarantuję, że nie. A takiego pana, jak Jiří Šigut? Na 90% zrozumie większość, choć jego prace nie są łatwe, tematyka może odstraszać lub wywoływać poczucie naruszenia tabu.

Ten przydługi wstęp dotyczy jednej rzeczy. Kilku. W 1997 roku, w czasie powodzi, telefony komórkowe - o ile ktoś miał, nie miały wbudowanej kamery. Aparaty - o ile ktoś miał, były drogie i nie dla każdego. Gazety były i miały (nawet lokalne) w dużej części foty, które ogląda się do dzisiaj, bo da się na nie patrzeć. Podobnie z pierwszej powodzi, którą pamiętam, czyli 1985 rok. W 2010 roku każdy ma możliwość rejestracji obrazu. Każdy ma przy sobie przynajmniej jedno narzędzie, które oferuje taką funkcję. Mamy dziesiątki różnych mediów, których nie było 13 lat temu. Dziesiątki gazet, stacji telewizyjnych, portali informacyjnych. Właśnie mijająca powódź, z wyjątkiem osadu rzecznego i masy śmieci, bakterii, drzew, martwych zwierząt i ludzkich tragedii zostawi po sobie setki tysięcy zdjęć z tzw. dziennikarstwa obywatelskiego. Z punktu widzenia np. mojego to zjawisko szkodliwe, bo zabiera w końcu pracę specjalistom, a na pewno powoduje liche zarobki. Z punktu widzenia wydawcy to obłęd, bo obywatelski reporter cieszy się z samego faktu publikacji jego zdjęcia podpisanego jego "nick'iem", pod którym podrywa dziewczyny na portalu społecznościowym i pod którym morduje kolegów na serwerze gier. Z punktu widzenia odbiorcy - o ile nie jest fotografem (lub po prostu kimś o nieco wyższej wrażliwości) - te rzeczy są bardziej prawdziwe, niż dobre foty podpisane imieniem i nazwiskiem znanego fotoreportera.

Sytuacja ta jest dość mocno znana na rynku pornograficznym. Najlepiej sprzedają się produkcje amatorskie: im aktorki bardziej naturalne, aktorzy nie są super herosami, tym lepsza sprzedaż i szansa na błyskawiczne pieniądze i sukces. Ale przede wszystkim liczy się to, że to właśnie nie są aktorki, tylko "ta konkretna kobieta, być może moja sąsiadka", a to nie jest aktor, tylko "być może pan z placu co sprzedaje plastiki".

Czym się różnimy zatem od produkcji porno? Porno nauczyło się w tym żyć i znalazło swoją drogę.

I tu muszę przyznać rację, że nie musimy zaczynać od nowa przy pomocy teoretyków.

Na koniec
link z popularnej wyszukiwarki po wpisaniu frazy: Powódź 2010 - konia z rzędem temu, kto znajdzie w pierwszej dziesiątce znajdzie coś, co nie jest fotografią z telefonu komórkowego, albo jest jak z telefonu komórkowego, mimo podpisu poważnej agencji.

PS. To tylko moje spostrzeżenie i punkt widzenia. Nikogo do tego nie chcę przekonywać, nikomu opowiadać jak jest. W tym akurat momencie widzę to w ten właśnie sposób.

czwartek, 13 maja 2010

Tomasz Wiech / rozmowa

W końcu chodzi o to, żeby nie pozostawić widza obojętnym - rozmowa z Tomaszem Wiechem o jego nowym projekcie, o pracy w Gazecie i konkursach fotograficznych.

fot. Tomasz Wiech / dzieki uprzejmości artysty

joanna: Jesteś tegorocznym stypendystą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Gratuluję! Jesteś w trakcie opowiadania o Polsce.... czy możesz opowiedzieć więcej o projekcie?

Tomasz Wiech: Pomysł na fotografowanie Polski sprecyzował się w chwili, gdy przeglądałem swoje archiwum i zastanawiałem się, co mogę pokazać podczas Awards Days w Amsterdamie. To było ciekawe doświadczenie, bo spośród zdjęć powstałych przez kilka lat pracy w codziennej gazecie, musiałem wybrać te, które będą interesujące dla osób potencjalnie z całego świata i będą miały w sobie coś uniwersalnego, zrozumiałego dla każdego. I wtedy właśnie okazało się, że spośród wszystkiego, co zrobiłem najfajniej układa mi się cykl o Polsce. Taki trochę śmieszny, trochę ironiczny, a w zasadzie smutny. Wybrałem wtedy kilkanaście zdjęć. Teraz dzięki stypendium Ministra Kultury kontynuuję projekt na szerszą skalę. Interesuję mnie przede wszystkim to, jakie zmiany zaszły w naszym kraju przez ostatnie 20 lat i jak funkcjonujemy pomiędzy: z jednej strony tym, co pozostało z PRL-u, a z drugiej tym, co przyszło do Polski zza zachodniej granicy.Mam ogólny plan, jakie wydarzenia i jakie miejsca chciałbym sfotografować, gdzie pojechać i co zobaczyć. Wstępnie wymyśliłem sobie kilka kategorii typu: religia, życie codzienne, wypoczynek, praca, wieś czy krajobraz. Jak to później wszystko ułożę, jeszcze nie wiem.

joanna: Finał tego projektu będziemy mogli obejrzeć w formie...wystawy czy albumu?
Tomasz Wiech: Chciałbym oczywiście pokazać to w formie wystawy i wydać album. Wszystko zależy od funduszy. Na razie pracuje nad zdjęciami, ale już powoli zaczynam myśleć nad końcowym efektem - innymi słowy, myślę jak to wszystko sfinansować.

joanna: Kiedy uznajesz temat za skończony? Kiedy mówisz sobie, że nic więcej nie opowiesz? Czy publikacja zamyka sprawę autorskiego projektu?

Tomasz Wiech: To jest trudna sprawa, bo zawsze można zrobić lepsze zdjęcia, albo w ogóle wszystko zmienić i do tematu podejść inaczej. Często jest tak, że publikacja osłabia motywację, żeby temat kontynuować, nawet jak się wie, że warto. Zdjęcia w biurach dalej robię, ale już nie tak systematycznie jak rok temu. A może się i tak zdarzyć, że w między czasie zmienia się sposób widzenia świata i sposób fotografowania i kontynuacja jest niemożliwa, bo trzeba by było wszystko zacząć na nowo inaczej....

joanna: „Właśnie” zrezygnowałeś z pracy w Gazecie. To poświęcenie się nowemu projektowi czy raczej kwestia "znudzenia" pracą etatową?

Tomasz Wiech: W zasadzie chodzi o obydwie te kwestie, chociaż „znudzenie” to może nie najtrafniejsze słowo. Miałem wrażenie, że już nic nie robię nowego. Tematy się powtarzały. Praca w codziennej gazecie w 80% to fotografowanie tego, co nagle się wydarzy na mieście: spadnie śnieg – trzeba sfotografować jak odśnieżają dachy, zamontują nowe kasowniki w autobusach – trzeba sfotografować kasowniki. Taka praca. Chciałem to zmienić i możliwość realizacji swojego pomysłu o Polsce dała mi tą możliwość. Dała mi też rok czasu, kiedy nie muszę bardzo martwić się o pieniądze. Rok to dużo czasu, ale już teraz planuje co dalej. Z Karolina Sekułą otwieramy masz.in studio, które będzie się zajmować fotografia portretowa. Jako freelancer chciałbym współpracować z jak największą ilością magazynów, miejsc i ludzi zajmujących szeroko pojętą fotografia.

joanna: Gazeta podsumowała swoje 20lecie, zrobiła to organizując wystawę fotografii. Pracowałeś w GW 1/4 tego czasu. Jak się czujesz w takiej historii?

Tomasz Wiech: Historii Gazety czy historii Polski...? Tak naprawdę to nie mam poczucia uczestnictwa w podniosłych momentach i, że widziałem jak powstaje historia przez duże H. Te pięć lat postrzegam bardziej osobiście. To była moja pierwsza stała praca. Fotografowanie dla prasy daje ogromną ilość wrażeń. Jest się w wielu miejscach, widzi się ludzkie życie, spotyka się ludzi bogatych i biednych, mądrych i mniej mądrych, szczęśliwych i załamanych. Niewiele jest innych zawodów, które dają podobną ilość doświadczeń.Pracowałem w Krakowie. Nie jeździłem po świecie. Nie fotografowałem zbyt wielu wydarzeń z „pierwszych stron gazet”. W zasadzie tylko raz Historia sama pojawiła się w moim mieście. Wtedy, kiedy umarł Jan Paweł II. Podczas tych kilku dni Kraków był jednym z kilku miejsc, na które patrzył cały Świat. Na co dzień było zwyczajnie, ale ja lubię taką zwyczajność.

fot. Tomasz Wiech / dzieki uprzejmości artysty

joanna: Wydaje się, ze GW stwarza nieograniczone możliwości dla fotografa. Naśladując światowe tytuły wykorzystuje dużą ilość zdjęć w samej papierowej gazecie, ma dodatek z reportażami: Duży Format, dawniej był słynny Magazyn GW, wydaje albumy podsumowujące swoje osiągnięcia, organizuje konkursy foto i Szkołę Mistrzów, w końcu pokazuje wystawy fotoreportażu a fotoedytorki prowadzą blogi. Jak oceniasz te możliwości i czas?

Tomasz Wiech: To wiele rzeczy na raz. Jeżeli chodzi o tak zwany główny grzbiet to jest to gazeta codzienna i wygląda różnie. Kiedyś byłem na warsztatach z Donavanem Wylie z Agencji Magnum zaaranżowanych przez Wyborczą. To fotograf, który robi bardzo nudne zdjęcia. Gdy o nich opowiadał, ktoś powiedział, że w codziennej gazecie chodzi o coś innego, że zdjęcie musi być atrakcyjnie wizualnie, mieć wiele planów, musi formalnie zainteresować czytelnika. I wtedy Wylie poprosił o egzemplarz Gazety z tego dnia. Zaczął kartkować i pokazywać kolejne zdjęcia na kolejnych stronach. Na pierwszej było zdjęcia z konferencji, na drugiej dwie tzw. główki polityków, na trzeciej podpisywanie umowy, na czwartej kadr z filmu i dopiero na kolejnej zdjęcie wydarzeniowe, ale małe. Egzemplarz z poprzedniego dnia wyglądał podobnie. To są realia codziennej gazety.

Jeżeli chodzi o Duży Format to jasne, jest to miejsce na większe materiały i chwała mu za to. Jest to jedyny reporterski magazyn w Polsce, chociaż niewątpliwie jest bardziej tekstowy niż zdjęciowy.
Blogi fotoedytorek, szkoła fotografii to inicjatywy za które trzeba trzymać kciuki, bez względu pod jakim logo takie inicjatywy powstają. Im więcej o fotografii się mówi, im więcej w tym kierunku edukuje, tym lepiej.

joanna: A jak się miały proporcje zleceń do projektów własnych?

Tomasz Wiech: Z tym bywa różnie. Większość tych rzeczy, które zrobiłem, czy robię, wymagają czasu i poświęcenia na nie wielu dni. Pracując w Gazecie czasami udawało mi się coś zrobić w ramach pracy, czasami było to pomiędzy jednym zlecenie, a drugim, a często też poświęcałem swoje wolne dni albo weekendy. Różnie. Zdjęcia w biurach udawało mi się najczęściej wkomponować pomiędzy zlecenia gazetowe, a na przykład do Skawiec jeździłem wtedy kiedy miałem wolne.

fot. Tomasz Wiech / dzieki uprzejmości artysty

joanna: Jak najbardziej lubisz komunikować się z widzem: w galerii, w prasie, na stronie/blogu, w albumie, książce? To pytanie prowadzi w stronę szerszej refleksji - gdzie jest miejsce fotoreportażu...?

Tomasz Wiech: Każda osobno z tych form ma swoje wady jak i zalety. Wiadomo, najłatwiej jest opublikować na własnej stronie internetowej. Z publikacją prasową dociera się do ogromnej liczby odbiorców, a dobrze zrobiona wystawa w ciekawej przestrzeni to jeszcze inny rodzaj satysfakcji.
A gdzie miejsce fotoreportażu czy fotografii dokumentalnej…niewątpliwie w prasie jej mniej. Szkoda, bo odbiorcy są. Wystawy World Press Photo to jedne z nielicznych wystaw, na których galerie zarabiają na biletach, bo tyle przychodzi na nie osób.

joanna: A która wystaw Tobie szczególnie zapadła w pamięć (niekoniecznie fotograficzna)? I druga kwestia - jakie masz ulubione albumy?

Tomasz Wiech: Trudno przywołać z pamięci to co zrobiło największe wrażenie. Mogę coś pominąć. Zapamiętałem niewątpliwie „Teatry Wojny" - jedną z wystaw podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie kilka lat temu, której kuratorem był Mark Power. To było w zasadzie kilka wystaw na terenie Fabryki Schindlera. Była tam zarówno multimedialna ekspozycja na kilku ekranach, jak i cykl zdjęć, które oglądało się w totalnej ciemności. Jedyne światło dochodziło ze szpar pomiędzy deskami w podłodze, sprawiając, że miało się wrażenie, że ta podłoga się zaraz zawali.
Z niefotograficznych wystaw mam w pamięci Muzeum Hasiora w Zakopanem. Bardzo podobają mi się jego prace, a pokazywane są w miejscu, które sam zaprojektował i chyba to sprawia, że jeszcze silniej działają. Polecam.
A albumy. Wiele. Trudno oceniać. Najczęściej lubię je za same zdjęcia, nie za to, że są albumem. Ostatnio widziałem bardzo ładną rzecz. Album Roberta Franka, ale w formie koperty - takiej jak koperta na papier fotograficzny. W środku były luzem wydrukowane powiększenia.



joanna: Jak oceniasz tegoroczne edycje konkursów: WPP i fotografii prasowej?


Tomasz Wiech: Mnie się podoba. Jest wiele materiałów, które na mnie osobiście robią duże wrażenie. Materiał Eugenie Richardsa zapada w pamięć. Podobają mi się też miejskie dżungle Petera Bialobrzeskiego. Ten konkurs wywołuje duże emocje. To dobrze, chociaż czasami nie rozumiem niektórych komentarzy. Nigdy też nie emocjonowałem się tym jednym zdjęciem. Ono zawsze będzie kontrowersyjne. To tylko jedno zdjęcie a gustów i oczekiwań wiele. Na wyniki konkursu patrzę, nie tylko jako na efekt pracy fotografów, ale też jak na pewną pracę jury, które buduje medialny, fotograficzny obraz świata. To nie są najlepsze zdjęcia z minionego roku. Bo co to oznacza najlepsze? To wynik subiektywnych gustów i przemyśleń kilkunastu ludzi zasiadających w jury, które wybrało kilkadziesiąt zdjęć spośród ponad 100 tysięcy. Mam też wrażenie, że wiele osób ocenia ten konkurs przez pryzmat tego, jakiego rodzaju zdjęcia sam robi, a tym samy zawęża sobie rodzaj fotografii, jaki chciałby na tym konkursie widzieć.

joanna: Co zmieniła przez ten rok w Twojej karierze nagroda WPP?

Tomasz Wiech: Myślę, ze dzięki nagrodzie więcej osób dowiedziało się o tym, co robię. Wystawa była pokazywana w ponad stu krajach, mając jednocześnie świetną promocje. To moje zdjęcie jest dosyć specyficzne jak na stereotypowy pogląd o World Press Photo. Jure Janssen, który jest jedna z osób koordynującą wystawy podróżujące po całym świecie, powiedział, że gdy ludzie podchodzą do mojego zdjęcia to najczęściej ich reakcje są skrajne. Cześć jest zdegustowanych, bo przecież każdy takie zdjęcie umie zrobić. A drugiej części się podoba, że na wystawie WPP można tego typu fotografie zobaczyć. Mnie jako autora to cieszy. W końcu chodzi o to, żeby nie pozostawić widza obojętnym.


www.tomaszwiech.com
www.tomaszwiech.blogspot.com
http://maszinstudio.com/

wtorek, 11 maja 2010

Czarnobiel: wolny wybór?



Zdejmowanie koloru ze zdjęć w różnych magazynach i gazetach zarówno drukowanych jak i internetowych to przy okazji ostatniej żałoby narodowej praktyka masowa. Stoją za tymi decyzjami edytorzy i redaktorzy, nie zaś sami fotografujący... Już po opublikowaniu kilku refleksji o traktowaniu fotografii i aparatu w czasach narodowego smutku trafiłam na dość skrajny przykład ściągania koloru z....części zdjęcia. Fotografie do artykułu o prezydencie Kaczorowskim w Focus Historia zostały tylko we fragmencie pozbawione barw. Co ciekawe ten sam tekst w internecie jest ilustrowany tylko jednym zdjęciem, w kolorze.



Kiedyś fotografia walczyła o utrwalenie koloru. Teraz różnie to bywa z wyborem. W fotografii newsowej raczej nikt nie liczy się z intencjami fotografa. Jeśli zaś chodzi o sesje portretowe, reportaż itd. Wybór czarnobieli może się wiązać z przyzwyczajeniem, nawiązywaniem do historii fotoreportażu lub do chwilowej mody czy wreszcie pewnych fotografowanych okoliczności. O różnicę w fotografowaniu w kolorze a w czarnobieli, o własne doświadczenia i moment wyboru materiału zapytałam kilku fotografów. Tomasz Tomaszewski jest znany przede wszystkim z reportaży kolorowych, lecz jego cykl z 2008 roku „Rzut beretem” jest czarno-biały. Leszek Szurkowski w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych fotografował w czarnobieli, dziś komponuje prace przede wszystkim w kolorze, choć czarnobiel czy jak to ujmuje „monochromatyczność” bywa często fragmentem kompozycji. Julia Staniszewska swoje ostatnie cykle tworzyła w kolorze, lecz czarnobiel jest stale obecna w jej pracy. Wojtek Wilczyk dawniej w czarnobieli fotografował śląskie fabryki i kopalnie, od kilku zaś lat tworzy dokumenty w kolorze, niemal „przezroczyste” względem rzeczywistości.
Zapraszam do lektury, dyskusji a niebawem część kolejna wypowiedzi.


Tomasz Tomaszewski
Kolor jest jednym z wielu i zapewne ważnym środkiem wyrazu wśród tych, którymi dysponuje fotograf. Decyzja czy materiał fotograficzny będzie kolorowy, czy też zredukowany do czerni i bieli zależy w moim przypadku od tematu jakiego dotyczą fotografie, oraz emocji czy nastroju jaki chciałbym wywołać u odbiorcy.
Fotografia czarno biała ze swej natury jest bardziej elegancka, wymaga też abstrakcyjnego i symbolicznego myślenia, co bardzo mi odpowiada. Kolor natomiast bywa wulgarny, trudny do uzyskania takim, aby oddawał to, co czułem podczas naciskania migawki. Szczególnie dotyczy to fotografii cyfrowej, która ze swej natury jest płaska i daleka od wrażeń jakie odbierałem podczas robienia zdjęć. Kolor cyfrowy wymaga więc wielu zabiegów nie związanych z samym procesem wykonywania zdjęcia, tak, aby na końcu zbliżył się do tego co czułem kiedy dostrzegłem atrakcyjny moment. Nie ma więc jednej obowiązującej reguły, której mógłbym się nauczyć. Zawsze jest to jakaś trudna decyzja i często polegam na intuicji, która podpowiada mi czy bardziej dramatyczna będzie wersja świata w czerni i bieli, choć wiem, że takiego świata przecież nie ma, czy też więcej osiągnę próbując zapisać wszystko w kolorze, i walczyć różnymi technologicznymi metodami o to, aby był bliski temu co przeżywałem, kiedy naciskałem migawkę. Choć przez całe lata fotografowałem w kolorze, ciągle tęsknię za fotografią czarno białą, która wydaje mi się znacznie bardziej intrygująca, mniej oczywista i jakby bliższa mej wrażliwości.



Julia Staniszewska
Najczęściej pracuję na kolorowych filmach. To naturalny dla mnie wybór, bo świat, który fotografuję jest kolorowy. Robię też czarno-białe zdjęcia, kiedy nie chcę myęleć w kolorach, a mówiąc metaforycznie - mam ochotę rysować a nie malować.
Często to, co chcę sfotografować narzuca mi wybór filmu. Chcę opisać czernią i bielą formę, fakturę, przedmiot lub postać i to co ona robi. Lub odwrotnie - chce to zrobić w kolorze. I mimo ze wiem, ze czarno-biała fotografia jest kojarzona z jakąś konwencją, stylem, formą wypowiedzi, staram się zachować podstawowy związek między kolorem, a czernią i bielą - taki jak w relacji rysunku i malarstwa.


Wojtek Wilczyk
To zdejmowanie koloru z całych szpalt gazet, czy też portali internetowych, to proste odwołanie się do koloru barw żałoby i jej zasygnalizowanie. Oczywiście jeszcze 15-20 lat temu, wszystkie chyba dzienniki codzienne były czarno-białe, więc wtedy dodawano pogrubioną czcionkę i ramki jak z klasycznej klepsydry (o ile dobrze pamiętam).
Sam kolor żałoby to sprawa umowna, celebrujący żałobne msze kapłani przywdziewają fioletowe ornaty, w innych tradycjach kolorem żałoby może być np. niebieski, rosyjscy żołnierze kompanii honorowej, asystujący w załadunku trumien do samolotu, mieli na lewej ręce opaski czerwono-czarne...

Zdejmowanie koloru w zdjęciach? Materiały czarno-białe, czyli srebrowe mają niepodrabialną charakterystykę i to zawsze widać w przypadku tych imitacji monochromu. Posiadają przede wszystkim ziarno (o kształcie i wielkości różnym, dla poszczególnych materiałów - też jest to zależne od sposobu wołania i ustalenia czułości naświetlania), więc te wszystkie strefy, które na zdjęciu pozostają poza głębią ostrości obiektywu, są ziarniste i przez to też bardziej "wyraziste", a nie "pływają" jak w przypadku cyfry (vide "Rzut beretem" Tomaszewskiego).
W fotoreportażu kolor ściąga się, chcąc chyba nawiązać do tzw. "fotografii humanistycznej", czyli do zdjęć z lat 40. 50. 60. XX wieku. Tyle, że "humanizm widzenia" nie polega na obserwowaniu rzeczywistości w monochromie, ale w stosunku do tematu, jego bohaterów, etc. Słowem, zabieg o powierzchownym charakterze, ale nagminnie stosowany. W przypadku polskiego fotoreportażu przychodzi mi do głowy jedna z pierwszych tego typu akcji w postaci serii zdjęć Piotra Janowskiego z Palestyny z Pierwszej Intifady, wykonana jeszcze analogowo na kolorowych negatywach, ale ze ściągnięciem barw przy produkcji odbitek (w Gazecie Wyborczej były one jednak reprodukowane w full kolorze - o ile pamiętam). Postawmy pytanie: czy wspomniany zabieg pomógł jakoś tym fotografiom?

Pozostając w kręgu fotografii analogowej, wybór materiałów kolorowych, czy też monochromatycznych, zależy od charakteru motywu oraz żywionych względem niego intencji. Mnie ostatnio interesuje pewnego rodzaju nadwrażliwość na kolory, więc robię zdjęcia używając filmu Kodak Ektar 100.

Aha, kontrast i skala półtonów monochromu, jakie można uzyskać na srebrowym filmie, reprodukowanym potem na barytowym papierze JEST NIE DO PODROBIENIA w technice cyfrowej!


Leszek Szurkowski
Dla mnie to proste. Ciągle robię cz/b (a raczej monochromatyczne) tam, gdzie uważam to za uzasadnione. I odwrotnie: kolor tylko tam gdzie do czegoś służy i jest kontrolowany.
Załączam „kolorowe obrazki" z w pełni kontrolowanym kolorem (uzasadnionym). Będą wisiały na płocie w czasie Festiwalu w Łodzi pod egidę Akademii Nikona.
To prace z serii Ekiben- Japanese Walks, 1996. Bento to pudełko, a eki to stacja kolejowa. Ekiben to pudełko z jedzeniem sprzedawane na stacjach kolejowych. Tutaj to raczej Photo-
bento.... Kompozycja oparta na rozłożonym kimonie....


Leszek Szurkowski, prace z serii Ekiben-Japanese Walks, 1996










czwartek, 29 kwietnia 2010

paint it black

...czyli fotografia w czasie zgiełku.

Po katastrofie samolotu z delegacją prezydentów Kaczyńskiego i Kaczorowskiego, lecącą do Katynia na uroczystości rocznicowe 10 kwietnia zarządzono żałobę narodową. Niektórzy mówią, że była ona najdłuższa z dotychczasowych. Nie zamierzam komentować wydarzeń. Wydaje mi się interesujące przyjrzenie się temu jakie obrazy towarzyszyły nam przez te 9 dni.

Galerie i muzea były pozamykane. [Warszawski festiwal fotografii rozpoczął się z tygodniowym opóźnieniem.] Telewizje „oszalały“, wszystkie stacje miały podgląd na żywo z...Krakowskiego Przedmieścia. Tygodniki pozmieniały daty edycji by jak najszybciej powiadomić o zdarzeniach. Dominowała czerń. W gazetach codziennych zabrakło kolorowych reklam. Pojawiło się w ich miejsce mnóstwo nekrologów. W internecie wszędzie czarne wstążki, na wszelakich logotypach /od portali newsowych, przez kulturalne po kąciki dla matki i dziecka/.

Zdjęcia jakie obejrzeliśmy w ciągu tygodnia potwierdziły dawne przeczucia: ciągle nie przywiązujemy należnej wagi do fotografii, które wykonujemy i oglądamy, godzimy się na obrazowy chaos. Po zakończeniu źałoby pojawiają się komentarze, że media nie spełniły swojej informacyjnej funkcji. Zamiast podawać fakty „grały na emocjach“. Fotografia, nie poraz pierwszy stała się jednym ze środków do „celu“. Potrzebujemy obrazów, by się upewnić, tylko czy ich wykonanie i użycie było w ostatnich dniach zawsze „na miejscu“?

Przypomnieć ich natychmiast. Jakkolwiek.


Tragedia do jakiej doszło w sobotni poranek wytrąciła z równowagi, poza rodzinami ofiar najbardziej zdaje się dziennikarzy. W pierwszych godzinach, rzecz oczywista, do dyspozycji były jedynie stop klatki, marnej jakości zdjęcia. Ale były także archiwa! Z czasem przybywało informacji, wywiadów telefonicznych, czymś to trzeba było szybko zobrazować. Czy faktycznie trzeba?

Od lat gazety i portale internetowe oprócz podawania tekstu ilustrują wypowiedż. W tej chwili to standard. Kiedy zaś nie ma czasu na dobór odowiedniego zdjęcia zdarzają się manipulacje. Jest taka jedna fotografia Renaty Dąbrowskiej przedstawiająca Lecha Wałęsę. Bardzo charakterystyczna, dobra i znana (wygrywała konkursy foto w 2009 roku). Wpadająca w pamięć. Ma to coś. Łzę. Czyli wszystko co potrzeba by zilustrować materiał, w którym Wałęsa wypowiada się o katastrofie. Jest łza - jest emocja. No cóż... nie jest to tak zwana „główka”, legitymacyjne zdjęcia prezydenta, które po prostu obrazowałoby autora słów zapisanych obok, ale zdjęcie kipiące emocjami z określonego wydarzenia jakim była 20. rocznica obrad Okrągłego Stołu zorganizowana w Uniwersytecie Gdańskim. Łza na wspomnienie Okrągłego Stołu a łza po wydarzeniach pod Smoleńskiem, to chyba jednak nie ta sama łza.


Paint it black

Playlisty rozgłośni radiowych odpowiadały bezradności prowadzących. Jest smutno, ma być przykro, więc gramy pościelówy, spokojne utwory. Tekst stał się nieważny. Podobnie patrząc na zdjęcia w internecie. A kontekst? Królowały zatem piosenki o utraconej miłości, niespełnionych marzeniach, ludziach z problemami, antybohaterach, trudnym dzieciństwie, narkotykach itd...

Powaga chwili wymagała przypomnieć oficjalne sesje zdjęciowe zmarłych w katastrofie. Pojawiły się zatem wizerunki ciepłe, uśmiechnięte, przyjazne. Ale....w czarnobieli. Oczywiście na znak żałoby, na „pierwszy rzut oka“ żałoby. Po kliknięciu w zdjęcia ze stron pierwszych najczęściej na podstronach mogliśmy już podziwiać te zdjęcia w kolorze. Kuriozalny przykład (akurat znowu) z Gazety.pl. Reportaż z miejsca wypadku wykonany przez Sergeia Karpukhina jest w kolorze. Trumny są też bardzo kolorowe. Może aż nazbyt kolorowe niż przywykliśmy.



Melancholia, zaduma, smutek.... Każdego roku na jesieni pojawia się podobny kłopot jak to pokazać w fotografii. Lepiej lub gorzej poradzili sobie fotografowie. A fotoedytorzy z pierwszych stron i tak zdjęli kolor /“Party“ w czarnobieli, bezcenny „źart“/. Kancelaria prezydencka poszła za ciosem i spośród pracowników „wyszarzyła” pasażerów nieszczęsnego lotu.
Fotografia czarnobiała przestała być środkiem wyrazu, wybieranym przez fotografa. Nie istotne jak zdjęcie występuje w oryginale. Na pierwszych stronach kolor znikał. W prasie codziennej i tygodnikach (odrodziły się) reportaże czarnobiałe. Pod wpływem potrzeby chwili i powagi, nie zaś według istoty fotografii, która przecież ze względu na barwę wymaga innego myślenia, kompozycji, itd. [Do tematu wrócimy w kolejnym poście, opublikujemy wypowiedzi kilku fotografów.]


Fotografia pamiątkowa.

Wiadomym jest od dawna, że Polacy potrafią przechodzić narodowe żałoby. Nie tylko media mają już awaryjne czarne paski i logotypy. Ale i zwykli ludzie wiedzą, że trzeba coś zrobić ze sobą. Iść i zapalić znicz, pomodlić się, wywiesić fotografię w oknie, itd... Wiedzą także, że jeśli gdzieś się wypadnie wybrać w celu upamiętnienia trzeba zabrać ze sobą aparat (od kilku lat wystarczy telefon komórkowy). Przeżywanie chwil dramatycznych i pamiętnych dzieje się poprzez ekraniki lcd. Przysłowiowy „Japoński turysta” działa na wyjeździe, podczas gdy „Polski żałobnik” u siebie.
Kilka lat temu, gdy kraj i świat opłakiwał Jana Pawła II, ze zdumieniem i niesmakiem patrzyłam jak ludzie, którzy przebyli kilkunastogodzinną kolejkę by pokłonić się papieżowi w Bazylice św. Piotra w tym momencie kulminacyjnym ręce składają ...do zdjęcia. Zwykle obydwie ręce zajęte – komórka i aparat, czasem kamera.
Krajanie zaś ruszyli fotografować wówczas wszelkie pomniki, tablice pamiątkowe, popiersia JPII i ustawione tamże znicze. Konieczna była fotografia krzyża, tymczasowego ołtarza i telebimu! W ostatnich dniach zdarzyło się podobnie. Z ciekawą inicjatywą wyszło Narodowe Archiwum Cyfrowe otwierając specjalną stronę –
zbiór fotografii pamiątkowych. „Jeśli utrwaliłeś na fotografiach te świadectwa narodowej tragedii, to możesz uczynić z nich elementem polskiego dziedzictwa narodowego, przekazując je do Narodowego Archiwum Cyfrowego.” Może troszkę pompatycznie, sama akcja przypomina grupę flickr’ową, jednak faktycznie w naszej historii to rzecz bez precedensu. I dobrze, skoro już ludzie pstrykają...

A na deser opowieści z krypty.

Na koniec jeszcze refleksja – kiedy i kto i czemu zdjęcie robi. Fotoreporterzy przekazują informacje, emocje. Często są z tej drugiej, oficjalnej, zamkniętej strony. Nam pokazują jak to wygląda. Zwykli uczestnicy wydarzeń upamiętniają, dokumentują to co widzieli, czy raczej co zobaczą później na większym ekranie. Jak zawsze. Gdzieś zawsze z tyłu głowy pojawia się pytanie o to czy i komu i kiedy wypada zdjęcie zrobić.

Do pożegnania prezydenckiej pary w podziemiach Wawelu została dopuszczona jedynie najbliższa rodzina. Media i wszyscy inni mogli tam wejść później. Obecny na rodzinnym pożegnaniu poseł Adam Bielan przez twittera opublikował natychmiast zdjęcie z krypty. Fotografia zaraz pojawiła się w innych portalach. Internauci zareagowali błyskawicznie nie zostawiając na pośle suchej nitki (byli i chwalący inicjatywę). Bielan tłumaczył się, że przecież media były tam wcześniej, nie ma o co hałasu robić. Jest jednak różnica w pokazaniu sarkofagu jak wygląda przygotowany w pustej kaplicy, jak wygląda sarkofag z wieńcem od rodziny oraz jak otaczają go zwiedzający. Poseł Bielan udawał, że różnicy nie widzi, wszystko w celach PR: wykonał koszmarne zdjęcie w bardzo nietaktownym momencie, tym samym jednak podkreślił swoją pozycję polityczną i przywiązanie do rodziny prezydenta.
- - -
Już niebawem w MIEJSCU FOTOGRAFII znajdą się wypowiedzi na temat fotografii czarnobiałej: decyzji o wyborze koloru, znaczeniu dla kompozycji, itd. Zapraszam.

wtorek, 27 kwietnia 2010

fotografia kolekcjonerska



Jerzy Kosiński, Meditation, 1957, fotografia czarno-biała, brom, papier, 38 x 29 cm / nr katalogowy 140

Jutro (28 kwietnia) w Warszawie odbędzie się aukcja fotografii kolekcjonerskiej. Organizatorami wystawy i aukcji są Rempex oraz portal Artinfo.pl. Trzeba zaznaczyć, że jest to siódma edycja projektu. Każda zakłada, że oprócz artystów, którzy pojawiają się na aukcji, następuje pewna rotacja. Co aukcję, organizatorzy zapraszają także nowych artystów, by pokazać, że ta dziedzina sztuki wciąż się rozwija – piszą organizatorzy. Chciałoby się dodać - na całe szczęście jest taka inicjatywa, która pokazuje rozwój fotografii.


Ale na poważnie i trochę informacji najpierw.


To siódma edycja. Pierwsza aukcja „Polska Fotografia Kolekcjonerska” odbyła się w 2007 roku. Od edycji 5 zmieniła się nazwa na „Fotografia Kolekcjonerska”. Znaleźli się wówczas także autorzy z zagranicy: Paul Strand, Josef Sudek, Aleksander Rodczenko. W tym roku wielki świat reprezentują: Yong Hee Kim, Nabuyoshi Araki i Tom Hunter.

Podkreślanie rotacji artystów i mowa o wskazywaniu nowych talentów jest jak dla mnie dużym nadużyciem. Na 112 autorów prac biorących udział w aukcji znakomita większość powtarza się względem poprzednich edycji. Można powiedzieć – i dobrze, bo to oznacza pewien kanon znakomitych fotografów. Zgadzam się, że w panteonie znajdują się m.in. Robakowski, państwo Lachowiczowie, Łagocki, Lewczyński, Kossakowski, Piasecki, Rydet, czy klasycy przedwojenni: Dorys, Bułhak, itd... I nic dziwnego, że te nazwiska pojawiają się zawsze. Jest jednak duża grupa artystów, którzy nigdy nie zdobyli tak zwanego rozgłosu, kariera nie potoczyła się gładko, nie są rozpoznawalni w historii – brak osiągnięć, brak wystaw, publikacji. Ale bogate archiwa. I takie nazwiska od lat pojawiają się na aukcjach fotografii kolekcjonerskiej, tej z Rempexu. Oczywiście podobnie ‘ulubionych’ autorów mają inne aukcje w kraju, organizowane przez PolSwiss Art, Desę Unicum, itp.


Zofia Rydet, Z cyklu Mały Człowiek, lata 60-te XX w., fotografia czarno-biała, brom, papier, 40 x 30 cm / nr katalogowy 130

Fotografia Kolekcjonerska, aukcja 6.: jesień 2009: sprzedano 64 obiekty z 260. 12 prac z zyskiem (!). Znakomita większość sprzedanych warunkowo, poniżej ceny wywoławczej. W takiej sytuacji można się zastanawiać – po co ten interes ciągnąć? I tu należą się brawa dla organizatorów – za cierpliwość i kontynuowanie powziętego pomysłu. Warto zaznaczyć, że wydarzenia mają dostępną dokumentację w internecie, co przede wszystkim odróżnia FK od konkurencji w aukcjach.

Ceny wywoławcze są w przedziale od 300 do 64 000 zł. Sprawdzałam kilkakrotnie czy górna granica to jednak nie pomyłka. Porównanie z poprzednią aukcją jednak wyprowadziło mnie z wahania. Hitem cenowym jesiennej edycji była heliografika Karola Hillera za wywoławcze 70.000 zł (nawiasem mówiąc nie wyjaśniono pojęcia heliografiki ani nie próbowano pokusić się o sprecyzowanie daty powstania pracy, mimo wyraźnego numeru kompozycji). Wracając do cen – przedział szokujący. Widać pewne serie sprzedawane na kolejnych aukcjach: Zdzisław Sosnowski czy Ewa Kuryluk. Ceny wywoławcze się raczej nie zmieniają. Z drobnymi wyjątkami autorów, którzy podnieśli swoje wymagania nawet i o 50% (np. Andrzej Dragan)!



Teresa Murak, Zasiew, 1975/1976, fotografia czarno-biała, brom, papier, 40 x 28,5 cm /
numer katalogowy 279


Edukujmy, edukujcie, niech edukują.

Jest to przedsięwzięcie, które należy rozwijać, wspierać. Mimo że przeżywamy, od jakiegoś czasu, mały boom w tej dziedzinie sztuki, to przed Fotografią Kolekcjonerską jest jeszcze sporo pracy, przede wszystkim edukacyjnej. Owszem warto rozwijać, ale z tym wspieraniem chyba drobna przesada. Dom aukcyjny Rempex nie jest chyba instytucją charytatywną. Cele edukacyjne, tu się zgodzę - do postawienia i wykonania, znajdują się ciągle w przyszłości.

Edukacja leży w interesie zarówno organizatorów jak i potencjalnych klientów. Nabywca, który tworzy sobie prywatny zbiór prac fotograficznych to ciągle rzadkość w naszym kraju. Organizatorzy od kilku lat próbują zmienić ten stan poprzez cykliczne i dobrze nagłośnione wydarzenie. Mam jednak wrażenie, że edukacja tu się zaczyna i kończy. Drukowany katalog (do zdobycia w galerii Rempex) nie zastąpi napisania historii polskiej fotografii. Internetowy katalog zredagowany jest pobieżnie, na szybko, co gorsza od lat tak samo. Brakuje konsekwencji w opisach (daty urodzenia, zgonu, miejsce urodzenia, itd.) w biogramach. Organizatorzy powołują się na niemożliwe czasem do określenia nakłady odbitek, szczególnie jeśli chodzi o „dawniejszą” fotografię. Racja, warto jednak może podać opisowo, nie tylko „nakład nieokreślony”, ale że czasem mamy do czynienia z prawdopodobnym unikatem przy fotografiach z XIX wieku? Tu warto postawić sobie pytanie czy w ogóle trzeba podawać nakład w odniesieniu do prac sprzed 89 roku w Polsce? Organizatorzy w nocie prasowej podają: Tworzenie normalizacji jest przydatne dla samych fotografów, ale także dla kolekcjonerów, historyków sztuki, marszandów. Oczywiście, zgoda, ale trzeba też znać umiar w wyjątkach, których już nieznormalizujemy. W nocie czytamy dalej także każdy artysta zaproszony do udziału w projekcie, dostaje do wypełnienia specjalny formularz, który spełnia rolę tzw. formatu, dokładnego opisu zdjęcia. Artysta w odpowiednie miejsca wpisuje dane, jak: technika wykonania fotografii, format zdjęcia, nakład.


Andrzej Różycki, Legenda, 1968, fotografia czarno-biała, brom, papier, 39,5 x 50,5 cm / nr katalogowy 228



Wracając do edukacji, na o można liczyć? Katalog, opis na wystawie. Rzekłabym – wymagana informacja o obiekcie. Edukacja? Może to te dodatkowe opisy, jak na przykład czym jest „carte de visite”? (gratuluję dociekliwości autorowi tej notki, na prawdę urzekająca). Jeśli tak, warto wpisywać także czym jest „vintage print” (niemal wszystkie prace z aukcji mają ten odnośnik...poza dagerotypami i pojedynczymi przykładami). O, właśnie czym jest dagerotypia albo tajemnicza „fotografia czarno-biała” Jana Bułhaka? Odbitką srebrową, bromosrebrową, wtórnikiem? /dobrze, że nie robił bromolejów i przetłoków, będzie łatwiej ocenić/ To znowu kwestia porządku i konsekwencji. Są także opisy idealne, encyklopedyczne i faktycznie na miarę dzieł z kolekcji. Tym bardziej drażniący jest nieporządek w innych notach.


Edukację polecam skierować w stronę techniczną: jak opisywać dzieła, jak wyceniać, wyjaśniać wszystkie pojęcia fotograficzne. Warto też przy takich wystawach zrobić spotkania, nie tylko celem sprzedaży/kupna, opowiedzieć o tych pracach więcej, porozmawiać z kolekcjonerami, itd. Zamiast powtarzać dwa razy do roku (tak często odbywają się aukcje) o „ewenemencie na polskim rynku“, wyjątkowości wydarzenia i trudach organizacyjnych, w działanie polecam włożyć więcej konsekwencji, poszerzać faktycznie grono artystów a konkurencję deklasować podnoszeniem poprzeczki nie tylko w ilości autokomplementów w nocie prasowej.

Do zobaczenia na zakupach.

katalogi kolejnych edycji Fotografii Kolekcjonerskiej
edycja 1; edycja 2; edycja 3; edycja 4; edycja 5; edycja 6; edycja 7 - aktualna

Fotografie użyte w tekście za organizatorem aukcji i wystawy: artinfo.pl

środa, 7 kwietnia 2010

Dowody tożsamości 2

fot. Aneta Grzeszykowska, z serii Bez tytułu ["Portrety"], 2005-2006, materiały prasowe wystawy

Już jutro wernisaż drugiej odsłony gliwickiego projektu Dowody tożsamości, o którym pisaliśmy jakiś czas temu >

Tym razem do Czytelni Sztuki zaproszona została polska fotografka młodego pokolenia - Aneta Grzeszykowska oraz Joachim Schmid - niemiecki socjolog-artysta.

fot. Aneta Grzeszykowska, z serii Bez tytułu ["Portrety"], 2005-2006, materiały prasowe wystawy

Kwietniowa ekspozycja skupia się na zagadnieniu tożsamości człowieka postrzeganej przez pryzmat wizerunku, wyglądu w wymiarze osobistym. Zaprezentowana zostanie seria portretów nieistniejących osób autorstwa Anety Grzeszykowskiej. Artystka, poprzez komputerową manipulację obrazem i perfekcyjne dopracowanie szczegółu, tworzy byty pozorne - fikcyjne postaci, których istnienie zależy wyłącznie od widza, od siły złudzenia wywołanego w jego świadomości.


fot. Joachim Schmid, materiały prasowe wystawy


fot. Joachim Schmid, materiały prasowe wystawy

Fotografie Grzeszykowskiej zostaną zestawione z pracami Joachmia Schmid'a, do których, co znamienne dla jego twórczości, wykorzystuje fotografie znalezione. Stare, podarte na wpół studyjne portrety - wykonane prawdopodobnie do dokumentów tożsamości - układa tak, że powstaje nowy, podwójny portret. Połączone w nim ze sobą cechy zewnętrzne dwóch osób, stwarzają niepokojący obraz nowej, nieistniejącej tożsamości. Osoby prawdopodobnej, choć nieprawdziwej - możliwej, ale wirtualnej.

fot. Aneta Grzeszykowska, z serii Bez tytułu ["Portrety"], 2005-2006, materiały prasowe wystawy

Konfrontując ze sobą prace Schmid'a i Grzeszykowskiej wystawa ma wzbudzać wątpliwość, burzyć nasze przeświadczenie o prawdziwości tego kogo i co widzimy.

Tekst kurator wystawy Magdalena Sokalska

Aneta Grzeszykowska ur.1974, ukończyła studia na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Od 1999 współpracuje przy projektach artystycznych z Janem Smagą. Głównym medium działania Anety Grzeszykowskiej jest fotografia, ale traktowana instrumentalnie jako narzędzie do realizacji zaawansowanych artystyczno-ontologicznych ćwiczeń.

Joachim Schmid ur.1955, jest absolwentem kierunku Komunikacji Wizualnej przy Fachhochschule für Gestaltung Schwäbisch Gmünd and Hochschule der Künste Berlin. Od lat w obszarze jego największych zainteresowań znajduje się recycling fotografii zużytych, znalezionych. W 1990 stworzył Instytut na Rzecz Przetwarzania Zużytych Fotografii mający na celu bezpieczne dla środowiska, masowe utylizowanie bądź przetwarzanie niepotrzebnych fotografii.

Gdzie: Czytelnia Sztuki, Gliwice Dolnych Wałów 8a
Kiedy: 08.04.2010 godz. 18.00, wystawa dostępna do 29.04.2010


wernisaż połączony będzie ze spotkaniem autorskim z Joachimem Schmid'em

niedziela, 4 kwietnia 2010

najlepszego...!


na Wielkanoc kartek jakby mniej (tutaj bożonarodzeniowe) . dekoracje świąteczne też później się zjawiają. najlepszego!

od Mariusza Foreckiego i 5 klatek

od Anny Bohdziewicz


od Kwartalnika Fotografia


od
Fundacji Archeologia Fotografii


od Stanisława J. Wosia



piątek, 2 kwietnia 2010

3 kawałki bez flesza / koncertowa fotografia 2009 roku

Clawfinger na Przystanku Woodstock / Profesjonaliści: II miejsce / fot. Robert Grablewski


To bardzo świeży konkurs, bo "Koncertową fotografię roku" wybrano dopiero po raz drugi. Konkurs zatacza jednak coraz szersze kręgi. Więcej uczestników, rozszerzone jury, impreza na ogłoszenie wyników - oczywiście koncertowa z możliwością fotografowania.
Mam jednak nieodparte wrażenie, że efekt znacznie gorszy niż rok temu.
Zobaczcie z resztą sami:
- tutaj oficjalna strona konkursu - czyli wszyyyystkie zgłoszone do konkursu zdjęcia i zeszłoroczni nagrodzeni
- tutaj pełna galeria zwycięzców

Konkurs był podzielony na dwie kategorie: profesjonalistów i open, przy czym ułatwiono fotografującym podjęcie decyzji o tym gdzie wysłać zdjęcia: profesjonalista to ten który miał 5 publikacji w prasie lub 10 w internecie (liczy się oczywiście 5 koncertów, a nie 5 zdjęć z tego samego...) oraz był akredytowany na 15 imprezach. Profesjonalistów oceniało 20 osobowe jury (plus sami uczestnicy). Jury złożone z przedstawicieli firm nagraniowych, organizatorów imprez muzycznych, dziennikarzy, itd...czyli znawców tematu. Kategorię open oceniali sami jej uczestnicy - ilością głosów. Wygrały zdjęcia, które...doładowano jako ostatnie :) Jednak to wyniki kategorii profesjonalistów wzbudzają kontrowersje (patrz tutaj)


Lupe Fiasco na CLMF w Krakowie / Profesjonaliści: wyróżnienie / fot. Piotr Tarasewicz
Pomysł na konkurs świetny, wpadł do głowy dwóm fotografom: Arturowi Rawiczowi i Marcina Bąkiewicza, założycieli Music Foto Kolektiv. Z informacji prasowej (za plfoto.com): "celem konkursu zesżłorocznego była konsolidacja środowiska fotografów koncertowych i oczywiście dobra zabawa. Pierwotnie konkurs miał być jedynie atrakcyjnym wydarzeniem towarzyskim adresowanym do osób czynnie zajmujących się fotografią koncertową. W szranki stanęło wówczas 20 najaktywniejszych polskich fotografów specjalizujących się w fotografii koncertowej, publikujących swoje zdjęcia w ogólnopolskich mediach (między innymi: Wirtualna Polska, Onet, "Teraz Rock", "Metal Hammer", Infomuzyka). Każdy z fotografów mógł zgłosić jedynie 5 zdjęć."
Faktycznie dobrze, że ktoś zwraca uwagę jakie zdjęcia są publikowane z koncertów, że jest to pewna specyficzna odmiana fotografii, że rządzi się swoimi prawami, a...w fosie obowiązują pewne zasady i swoista etykieta. Ten konkurs wywołuje temat, ale go nie zamyka. Szkoda tylko, że oprócz konkursu nie ma okazji do dyskusji, brak forum, a także opisu czy refleksji czym jest fotografia koncertowa i jak ją zrobić. (nieliczne blogi fotografów koncertowych, ostatnia inicjatywa http://fosiarze.blogspot.com/ i "zbiorowy" http://fosiarze.pl/ jeszcze młode, więc trzymamy kciuki niezapeszając).
Pozostają wzory zagraniczne - amerykańskie nieprzekładalne dla nas, ale coś tam się znajdzie ciekawego, dla każdego: Daniel Bound , Steve Mirarchi (tu rodział o wyborze negatywu na koncert! ah, bezcenne!) i Bryan Kremkau.
Czekam na te czasy kiedy akredytacje będą rozdawane z głową, w fosie nie spotka się fanów z małpkami, którzy z piskiem i fleszem rzucają się do nóg wokalistów a zasada "3 kawałki bez flesza" będzie obowiązywać tylko w na prawdę uzasadnionych wypadkach... wtedy, przy takim komforcie pracy i zdjęcia będą ciekawsze.

środa, 31 marca 2010

nowe 5klatek.

W świeżym, ósmym numerze 5klatek m.in. prezentacja Snapsa (czyli i części redakcji miejsca fotografii): Agnieszki Sym, Sylwestra Rozmiarka, Michała Macioszczyka, Piotra Koszczyńskiego i Roberta Jaworskiego. Do tego dodatek w postaci mojego tekstu: "Snapshot nobilitowany". Oczywiście w numerze dużo dobrego fotoreportażu, ale nie omawiamy i nie recenzujemy, bo maczaliśmy w nim palce. ale... to też dobra okazja by zapowiedzieć nowego kolegę w redakcji "miejsca fotografii" - Wojtka Sienkiewicza. Polecam jego wywiady w 5klatkach!