sobota, 28 sierpnia 2010

fotoAFRYKA / cz.1 / egzotyka

George Rodger, Wagogo girls, Uganda, 1948 © George Rodger/Magnum Photos


Fotografowanie Afryki kojarzy się ze zdjęciami dzikich plemion i widokami sawanny. Stereotypowe wyobrażenia to także zabytki Egiptu, baobaby, sawanna, „W pustyni i w puszczy” i „Tomek na czarnym lądzie”. O ile inne kontynenty, patrząc na zjawisko z czysto geograficznego punktu widzenia, mają swoich reprezentantów w galeriach sztuki i kolekcjach fotograficznych, o tyle Afryka jako całość radzi sobie najgorzej.
W kilku odsłonach spróbuję przybliżyć co ciekawsze fotografie z Afryki, głównie jednak wymykające się stereotypom. Na początek, piątka fotografów przyjezdnych, podróżników z Europy i Stanów Zjednoczonych i jak oni widzieli Afrykę. (Ricciardi urodziła się w Kenii, jednak przynależy całkowicie do kultury europejskiej).

Od 9 września do 9 października w londyńskiej galerii fotograficznej Atlas zaprezentowane zostaną zdjęcia piątki fotografów, których połączył jeden temat: Afryka.
W zapowiedzi wystawy czytamy: pokaz pięknych i rzadkich zdjęć wykonanych przez pięciu fotografów pracujących na kontynencie w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat.


Nick Brandt, Irving Penn, Mirella Ricciardi, Leni Riefenstahl i George Rodger to absolutnie różne światy i na pierwszy rzut oka trudno połączyć ich twórczość. A jednak autorzy ekspozycji próbują powiązać fotografie nie tylko geograficznie, wyjaśniając: pomimo ogromnych różnic w stylu, prace każdego z fotografów są ze sobą powiązane geografią i inspiracją. Ponadczasowe obrazy dzikiej przyrody Brandta zawdzięczają dużo charakterystycznym portretom ze studyjnym tłem Penn’a z Beniniu, podczas gdy kolorowe zdjęcia Riefenstahl z Nubii zainspirowane zostały słynną serią George Rodgera o zapaśnikach nubijskich. Ikoniczna książka Ricciardi „Zanikająca Afryka” wydana w 1971 roku stała się także głównym odniesieniem dla Brandta misji by pokazać majestat afrykańskich dzikich zwierząt, w wielu przypadkach skazanych na wyginięcie. W pracy piątki fotografów znajdujemy potrzebę zatrzymania w obrazach wielu światów, które niebawem znikną, dlatego też fotografie niosą ze sobą ogromną energię oraz siłę.



George Rodger, Korongo Nuba wrestler, Kordofan, Sudan, 1949 © George Rodger/Magnum Photos

to get away where the world was clean / wyrwać się tam, gdzie świat był czysty.

Najdłużej w Afryce fotografował jeden z założycieli Magnum, George Rodger, czyniąc z czarnego kontynentu swoją domenę. Po fotografowaniu drugiej wojny światowej, a szczególnie wyzwolenia obozu koncentracyjnego Bergen-Belsen, w 1947 roku wyruszył z żoną w podróż z Cape Town do Kairu. Wybrał się tam, gdzie świat jest czysty. Jego fotografie wojowników nubijskich, opublikowane w 1951 roku w National Geographic sprowokowały ponoć Leni Riefenstahl do kilku fotograficznych wyjazdów do Sudanu, co prawda dopiero 10 lat po ich wydaniu. Istnieje ogromny album „Africa” wyd. Taschen. [sprowadzany na zamówienie np. tu ]

Leni Riefenstahl, Dance of Love, Nuba Tribe, Sudan, 1975-6 © Leni Riefenstahl
Irving Penn w Afryce był kilkakrotnie. Swoje przenośne studio w którym szykował materiały dla Vouge’a rozstawiał w ciągu czterech lat (1967-1971) m.in. w Maroku, Kamerunie, Nowej Gwinei i Dahomey (Benin). Organizatorzy wystawy przekonują, że wykonał znakomite (będące inspiracją dla innych) zdjęcia odkrywające duszę Afryki. Zrobił po prostu swoje zdjęcia. Akurat w Afryce.

Mirella Ricciardi, Veiled Orma Woman, Kenya, 1969 © Mirella Ricciardi


„no sense of exploitation of the exotic” / brak wrażenia epatowania egzotyką.
Mirella Ricciardi, urodzona w Kenii, w kolonii brytyjskiej (ojciec Włoch, matka Francuzka) portretowała plemiona Turkana i Maasai we wschodniej Afryce, jak porównują autorzy ekspozycji, w stylu niemal fotografii ulicznej. Bez epatowania egzotyką. „Z czułością, niemal rodzinnym związaniem oraz z wielkim wyczuciem” wg Philippe Garner’a (szef działu fotografii międzynarodowej w Christie’s).
Nick Brandt, londyńczyk, fotografuje głównie w Afryce. W swoim specyficznym stylu, bardzo epickim, ukazuje przyrodę i krajobrazy tego kontynentu. Dość patetycznie opisano w zapowiedzi twórczość Brandt’a: „jego ikoniczne portrety majestatycznych zwierząt są wypełnione empatią, zarezerwowaną zwykle dla przedstawień ludzi.” Jest to na pewno najbardziej współczesne spojrzenie na Afrykę z tego wyboru fotografów.

Nick Brandt, Cheetah and Cubs Lying on Rocks, Seregenti, 2007 © Nick Brandt



wystawa: Africa. NICK BRANDT, IRVING PENN, MIRELLA RICCIARDI, LENI RIEFENSTAHL and GEORGE RODGER Atlas Gallery, 49 Dorset Street, London W1U 7NF.
www.atlasgallery.com; wszystkie zdjęcia pochodzą z materiału prasowego Atlas Gallery

Więcej obrazów:
http://www.mirellaricciardi.com/index.html
http://www.nickbrandt.com/
W kolejnych odsłonach będzie m.in. o Kazimierzu Zagórskim, fotografach z Bemako w Mali oraz Bang-Bang Club z Republiki Południowej Afryki.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Buraki i fotografia.

Rodzina Luft, farma niedaleko Sterling. Matka, dziewięcioletnia Amelia i dwunastoletniaMary pracują w polu, kiedy ojciec dostarcza buraki do fabryki. "Amelia nie pracuje cały czas, zmywa naczynia i zajmuje się dzieckiem". W rodzinie jest 7 dzieci. Sterling, Kolorado. /Lewis W. Hine, 1915/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-00355
Istnieją dokumenty, w których klarowność gatunku została naruszona jeszcze głębiej. Należy do nich chociażby dokument krytyczny, gdzie intencją fotografii nie jest przedstawienie obrazu obiektywnego, jakiejś sytuacyjnej prawdy, lecz przekazanie interpretacji krytycznej, uważanej za uzasadnioną i wskazująceej prawdę ukrytą pod obrazem. Taki dokument ostentacyjnie zrzeka się obiektywizmu. Dobrym przykładem tak "spreparowanego" dokumentu są fotografie Lewisa W. Hine'a, który na początku XX wieku dokumentował pracę dzieci. Ponieważ był absolutnie przeciwny zatrudnianiu nieletnich, starał się w tych dokumetach wyrazić swój sprzeciw. Jednak - z racji ograniczen fotografii - nie mógł tego zrobić wprost, więc zagrał teatralnym "napięciem nieadekwatności" i podkreśleniem dysproporcji. Postawił :okradzione z życia" dziecko obok maszyny w ten sposób, że wydaje się ona nie do ogarnięcia. Albo pokazał małe dziecko z gigantycznym burakiem, całe pobrudzone ziemią, jakby z niej wyjęte /Potocka M.A., Fotografia. Ewolucja medium sztuki, wyd. Aletheia, Kraków 2010, s. 161-162/
Jedenastoletnia córka pana Schneidera. Ona i jej siedmioletnia siostra pracują na polu buraków zamiast być w szkole, dlatego, że ojciec jest właścicielem farmy wielkości 250 akrów i szczycił się dochodem sięgającym 10000 dolarów z upraw w zeszłym roku. okolice Fort Morgan, Kolorado. /Lewis W. Hine, 1915/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-00389

Sześcioletni Joe wyciąga buraki dla rodziców na farmie niedleko Sterling w Kolorado. To bardzo ciężka praca dla takich malców, lecz wielu tak robi.
/Lewis W. Hine, 1915/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-00328


Jakiś czas temu opisywałam trzy książki. Wracam do "Fotografii" Marii Anny Potockiej co chwila bo spokoju mi nie daje. Zastanawiam się z której strony ugryźć i podyskutować. Wcześniej pisałam o niej tak: "Całość czyta się znakomicie, nie zgadza się i dyskutuje z autorką na co drugiej stronie, lecz siłą publikacji jest (w miarę) nowy punkt widzenia, albo raczej interesująca kompilacja, głos w temacie szklanego sufitu nad fotografią względem sztuki. Kwestie praktyczne i pewnego rodzaju uproszczenia mogą jednak odepchnąć tych „po prostu pstrykających”, a publikację zakwalifikować jako niezrozumiałą i nieprzydatną krytyczno-sztuczną."
Miałam zatem ochotę dyskutować nad potrzebą pisania o fotografii z punktu widzenia kuratora i krytyka sztuki współczesnej. Potem miałam pomysł by wypisać bon-moty i przeciwstawić je słowami od kogoś kogo one dotyczą bardziej niż autorkę. Następnie chciałam wyrwać jedynie fragment i polemizować, jednak nie umiem go wybrać, a dyskutować z całością nie ma sensu. Wniosek: to jednak książka bardzo szkodliwa. To teoria Potockiej, to JEJ fotografia. Niestety nie ta w powszechnym użyciu. Brakuje dopisku na stronie tytułowej: teoria, subiektywny i szczątkowy punkt widzenia. Nie jest to jeszcze czas/miejsce by się z pozycją zmierzyć, ale wpadło mi do głowy zacytowanie jej odnośnie Lewisa W. Hine, w kontekście ostatniego posta.
Dziewięcioletnia Mollie Keller i jej dwie siostry, 10- i 13-letnie, wyciągają buraki. Kombinezony są używane przez wiele dziewcząt i kobiet. Mówią, że zaczynają pracę czasem już o 5 rano, najczęściej między 6 a 7 i pracują do 18, z godziną przerwy w południe. * letnia siostra pracuje mniej. Ta czwórka dzieci, razem z ojcem i matką, pracują na dużym polu buraków na kontrakcie z W.E. Damm, niedaleko Sterling w Kolorado. Pan Damm mówi, że taka rodzina zarabia 800-900 dolarów w sezonie [z czego 200-300 dolarów na wydatki]. /Lewis W. Hine, 1915/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-00319

Szkoda, że badaczka nie zajrzała w ogrom twórczości Hine'a. Nie przeczytała opisów do zdjęć. Wydaje się, że tak niewiele trzeba by zauważyć - właśnie - ograniczenia fotografii, nie w utopijnym znaczeniu niemożności "mówienia obrazem" lecz przyziemnymi: czasem naświetlania, jakością negatywów, trudem wywołania, itp. Projekt prowadzony przez lat kilkanaście, w kilkudziesięciu stanach USA, w setkach fabryk, zakładach przemysłowych i przedsiębiorstwach rolnych. Nie sądzę by "grał" tu jakimkolwiek gestem, podkreśleniem, emfazą. Dzieci, które fotografował musiały wiedzieć o naświetlaniu, by zdjęcie wyszło. Jeśli stoi przy amszynie, to oznacza, że tam gra kompozycja i jest światło. Trochę to przyziemne, ale jednak fotografia powstaje dzięki światłu a nie dzięki gestom i gierkom. Wyjaśnieniem większości kadrów Hine'a będzie zatem technika w jakiej pracował i na ile mu pozwalała. A dysproporcje? To tylko dowodzi, że zdjęcia Hine'a oddziałują nadal. Ciągle wzbudzają emocje i nie dają spokoju gdy widzimy dziecko przy pracy.Teatralne gesty przerysowujące młodych bohaterów fotografii wykonywali chwilę wcześniej fotografowie studyjni portretując dzieci z miniaturowymi przedmiotami, by wyglądały na większe i doroślejsze niż w rzeczywistości.
Jeszcze jedno, nawet jeśli Hine - jak twierdzi Potocka, miał zamysł wyrazić swój absolutny sprzeciw poprzez fotografię "krytyczną", dlaczego przejechał tyle tysięcy kilometrów i zdrobił te tysiące fotografii? Mógł przecież zdobyć się na bardziej "fotograficzne" ustawienie, skoro podjęcie tej żmudnej pracy to i tak "ostentacyjne zrzekanie się obiektywizmu".
Wszystkie użyte w tekście zdjęcia pochodzą z: Library of Congress, Prints & Photographs Division, National Child Labor Committee Collection. Opisy fotografii wg Lewis W. Hine'a

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

jak się robi ikony?

Cały zbiór w Bibliotece Kongresu pochodzący z National Child Labor Committee Collection [narodowy komitet na rzecz pracy nieletnich] to 5132 zdjęcia. 5119 wykonał Lewis Wikes Hine. Ponad 500 fotografii to chłopcy (i dziewczynki[37]) posłańcy lub sprzedający gazety, ponad 600 zdjęć dotyczy przemysłu bawełnianego a ponad 80 zdjęć wykonał Hine w kopalniach. Największą część zajmują fotografie określone mianem "textile mill workers". Jest ich ponad 1650.
Lewis W. Hine pracował dla Komitetu między 1908 a 1924 rokiem. Został określony jako "investigative photographer" czyli fotograf śledczy. W zbiorach Komitetu znajdują się pojedyncze prace
Paul B. Schumm oraz Andrew Searles'a.

Najbardziej znanym zdjęciem z całej tej kolekcji i najczęściej reprodukowalną pracą Lewisa W. Hine'a jest fotografia małej prządki w fabryce w Lancaster w Południowej Karolinie. Dlaczego akurat TO zdjęcie?

Sadie Pfeifer, 122 cm, pracuje pół roku. Jedna z wielu małych dzieci w Lancaster Cotton
Mills. 30 listopada 1908. Lancaster, Południowa Karolina /Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01455

W książce "Iconic photos. The story behind the pictures" ["Słynne zdjęcia i ich historie"; wyd. Taschen] Hans-Michael Koetzle o zdjęciu pisze: "Nie podano nazwy fabryki, daty ani godziny zrobienia zdjęcia. Hine interesuje się w tym przypadku sprawami ogólnymi: kwestią pracy dzieci w fabrykach, kopalniach, tartakach, na polach bawełny na południu oraz na ulicach miast północy. Najważniejsze dla niego jesto to, żeby sytuacja wydawała się wiarygodna, żeby fotografia mogła być świadectwem, dokumentem archiwalnym". /s.144 polskiego wydania; 126 anglojęzycznego/. Tymczasem Lewis W. Hine jest jednym z bardziej skrupulatnych "fotografów śledczych". Termin nie jest popularny, ale intuicyjnie zauważamy, że Hine zasłużył na to miano. Każde zdjęcie (KAŻDE!) jest dokładnie opisane. Zawsze podane jest miejsce wykonania fotografii. Co więcej, poprzez dopiski autora zbiór wydaje się bardziej malowniczy i prawdziwy. Hine dopisuje to czego się dowiedział: imiona, nazwiska, wiek, wzrost dzieci. Rzadko mamy wszystkie te informacje. Często cytuje wypowiedzi małych pracowników, ocenia warunki pracy - opisowo lub zwięźle (niezłe lub potworne). Towarzyszy z resztą dzieciom nie tylko w czasie roboty, lecz sprawdza jak mieszkają, jak spędzają "wolny" czas, gdzie się uczą, ale również gdzie mieszka zarządca fabryki. Jeśli ma sprzeczne informacje, także je wyszczególnia: "powiedziała mi, że ma lat 10, jak wszyscy w fabryce, ale na prawdę ma 12 lat". Czasem podaje, że świadkiem rozmowy i wykonania zdjęcia była jego żona, wówczas zapisuje: "świadek Sara R. Hine". Jakby fotografia to było za mało...


Dziewczynka z tej "ikonicznej" fotografii to Sadie Pfeifer. Ma 122 cm wzrostu. Nie wiemy ile ma lat. W fabryce w Lancaster pracuje od pół roku, czyli jakoś od czerwca 1908 roku. Zdjęcia wykonane przez Hine są przejmujące. Uświadamiają nam siłę fotografii. Jest to jeden z tych rzadkich momentów w historii, kiedy ta musiała zmienić swój bieg, właśnie z powodu fotografii. W tej samej fabryce Hine wykonał kilkanaście zdjęć, między innymi te ujęcia:


Jedna z małych prządek pracujących w Lancaster Cotton Mills. Wiele innych jest tak samo mała. Miejsce: Lancaster, Południowa Karolina /Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01446
Hattie Hunter, prządka w Lancaster Cotton Mills, 132 cm wzrostu, pracuje od 3 lat. Zarabia 50 centów dziennie. 1 grudnia 1908. Miejsce: Lancaster, Południowa Karolina /Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01450

Większość zdjęć wykonanych przez Hine to ujęcia pozowane. Przerwano na chwilę pracę, spojrzano na fotografa. Czasem jest to po prostu zdjęcie grupowe. Sadie Pfeifer nie patrzy w obiektyw. Zdjęcie jest nad zwyczaj udane - ostre w miejscu gdzie znajduje się bohaterka. Kompozycja świetna, ale zbiór zdjęć wykonanych w podobnych miejscach dostarcza świetnego materiału porównawczego. Miejsce nie jest niezwykłe. Kompozycja wielokroć powtórzona przez Hine. Wydaje się nawet, że z wewnątrz hali, bez widocznych okien, ujęcie byłoby ciekawsze. Jak widać było też technicznie możliwe. Zdarzają się zdjęcia gdzie bohater nie wytrzymuje momentu pozowania i "się rozmazuje". Rozumiemy zatem, że wszystkie dzieci sfotografowane przez Hine wiedziały, że jest robione zdjęcie. Sadie również [dziewczynka w tle najwyraźniej nie była poinformowana o wykonywanym zdjęciu].


Prządka z Daniels Mfg. Co. Pracuje tam od wielu lat, także przez wiele nocy. Miejsce: Lincolnton, Północna Karolina /Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01339
Prządki z Melville Mfg. Co., Cherryville, Północna Karolina /Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01361

Dziewczyna w Cherryville Mill. Miejsce: Cherryville, Północna
Karolina /Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01357
Jedna z prządek w Whitnel Cotton Mfg. Co. Mierzy prawie 130 cm. Pracuje od roku, także czasem w nocy. Operuje 4 częściami maszyny, dostaje 48 centów dziennie. Zapytana o wiek, waha się chwilę i odpowiada "nie pamiętam". Za chwilę dodaje "Nie jestem wystarczająco duża, żeby pracować, ale robię to samo co inni." Na 50 pracowników, jest 10 dzieci w jej wieku. Miejsce: Whitnel, Północna Karolina /Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01556
Ta mała prządka jest w zakładzie od 4 lat. Miała 132 cm i wyglądała na niecałe 12 lat.
Mnóstwo podobnych w Cotton Mills. Miejsce: Newton, Północna Karolina. /Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01542
Prządka w the Mollahan Mills, Newberry. 3 grudnia 1908. Świadek Sara R. Hine. Miejsce: Newberry, Południowa Karolina. /Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01472
Jedna z najmłodszych prządek w the Mollahan Mills, Newberry. Świadek Sara R. Hine. Miejsce: Newberry, Południowa Karolina. /Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01470

Prządka w Bibb Mil No. 1. Złe oświetlenie i wentylacja w hali przędzalni. Miejsce: Macon, Georgia /Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01622

Ta sama dziewczynka z nr 01556: Jedna z prządek w Whitnel Cotton Mfg. Co. Mierzy prawie 130 cm. Pracuje od roku, także czasem w nocy. Operuje 4 częściami maszyny, dostaje 48 centów dziennie. Zapytana o wiek, waha się chwilę i odpowiada "nie pamiętam". Za chwilę dodaje "Nie jestem wystarczająco duża, żeby pracować, ale robię to samo co inni." Na 50 pracowników, jest 10 dzieci w jej wieku. Miejsce: Whitnel, Północna Karolina /Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01555

Sadie nie patrzy w obiektyw. Zajęta jest pracą. Znajdujemy w zbiorze prac Hine szereg zdjęć, na których dzieci pozują w bardziej oczywisty sposób. Patrzą w obiektyw i się uśmiechają, przerywają prace i spoglądają w okno.

Prządka. Moment zadumy nad światem na zewnątrz. Mówi, że ma 10 lat. Pracuje ponad rok. Miejsce: Lincolnton, Północna Karolina/Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01345

Podobne kompozycyjnie zdjęcie, z podobnym wyrazem zostało wykonane w Lincolnton. 10latka uśmiecha się i patrzy na podwórze. Jest coś przemiłego w tym ujęciu. Coś tkliwego. Coś co nie mówi nam o jej walce o byt i kilkugodzinnej pracy w fabryce. Pozowanie przy maszynie nie wywiera tak silnego wrażenia na widzu jak dziecko, które zajęte jest pracą. Dziewczynka pracująca w Cherryville patrzy prosto w obiektyw. Jestu tu coś niecierpliwego. Jej poza wydaje sie zbyt wyrazista i silna. Dziewczynka nie tyle pogodzona z losem ile nawet dobrze się w nim czująca. To zdjęcie jednak mogłoby zrobić większe wrażenie na czytelniku prasy amerykańskiej w 1908 roku niż portret pracującej Sadie. Dziewczynka z Cherryville jest bosa.

Mała prządka w Georgia Cotton Mill. Miejsce: Georgia /Lewis W. Hine, 1909/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01638
Piękna prządka (i zbieraczka zgrzeblarska w Zakładzie Interlaken w Arkwirght na Rhode Island. Pracuje tam od roku. Wygląda na 12 lat i ma rumieńce od ciepła i ciasnego wnętrza/Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01665
"Piękna prządka (i zbieraczka zgręblarska=doffer (jak jednak słownik jest czasem mało delikatny)) w Zakładzie Interlaken w Arkwirght na Rhode Island. Pracuje tam od roku. Wygląda na 12 lat i ma rumieńce od ciepła i ciasnego wnętrza" Wspaniały portret młodej kobiety stojącej przy maszynie przędzalniczej. Uśmiecha się delikatnie. Ma lat 12 wg Hine'a a wygląda na wiele więcej. W wielu miejscach fotograf podkreślał swoje domniemania wieku i wyraźnie dawał do zrozumienia, że pracujące dzieci wyglądają na dużo starsze niż są w rzeczywistości. Ciężka praca, brak czasu wolnego, zamknięcie w czterech ścianach fabryki czy kopalnii dodawała im lat. Widzimy także czasem nieproporcjonalny dodatek wieku, kiedy wzrost i ciało wydają się należeć do nastolatka, tymczasem twarz do osoby po 20tce, 30tce. Zapiski Hine'a czasem dotyczą także stroju roboczego czy warunków pracy. Na odbitce z fabryki w Fall River autor zaznaczył - tutaj dziewczęta noszą czepki, żeby włosy się nie kurzyły i nie wkręcały w maszynerię".
Frank Craneshaw. Jest gręplarzem od 3 lat w Lancaster Cotton Mills. Zarabia 75 centów dziennie. Miejsce: Lancaster, Południowa Karolina /Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01449
Mały chłopiec pracujący w the Amoskeag Mfg. Company. Mówi, że jest tam od wielu miesięcy. Zdjęcie w południe, 25 maja 1909. Miejsce: Manchester, New Hampshire. /Lewis W. Hine, 1909/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01780
W fabrykach odzieżowych pracowali również chłopcy. Zdecydowanie częściej spotykał ich Hine w roli sprzedającego gazety, gońca, zbieracza bawełny czy górnika. W zakładach portretuje ich tak samo jak dziewczęta: przy maszynie, obok okna. Nie są to ujęcia tak dramatyczne jak zbiorowe zdjęcie (bardzo znane) chłopców pracujących w kopalnii w South Pittston w Pensylwanii.
Mellville Mfg. Co., Cherryville, N.C. Sala przędzalni. Miejsce: Cherryville, Północna Karolina./Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-01396

Ilość fotografii z fabryk jest oszałamiająca. Whitnel, Lincolnton, Newberry, Newton, Cherryville to tylko kilka miejsce w Południowej i Północnej Karolinie odwiedzone przez Hine w 1908 roku. Widać, że autor dbał o dobry wygląd swoich zdjęć. O ujęcie, kompozycję, ostrość. A przecież to prace, które miały służyć jako dowody. Przeznaczone by mówić o zatrudnieniu dzieci w przemyśle - czym się zajmują, ile mają lat, jakie są ich warunki. Nie miały być prezentowane w albumie czy gazecie. W tych pracach jest monotonia, jakżeby inaczej, skoro warunki fotografowania nie pozwalaja na swobodę komponowania, ujęcia naturalne nieświadomych bohaterów. Z tej masy trzeba zatem wybrać zdjęcie, które mówiłoby najwięcej i najgłośniej o małych dzieciach pracujących w fabrykach. Dzieciach, które nie mają dzieciństwa i zarabiają na życie ciężka pracą. z tego punktu widzenia wydaje sięoczywiste, że TO zdjęcie nie mogło budzić w widzu uśmiechu pobłażania czy tkliwości, nie miało zachwycać kompozycją czy tonami, oświetleniem zamyślonej twearzyczki dziecka, bohater nie mógł patrzeć wprost na widza domagając się zmian (bo to Komitet walczył o ich prawa), i wreszcie lepiej było wybrać dziewczynkę niż chłopca, z reguły drobniejszą i delikatniejszą. Reszta "ikoniczności" wynika chyba z odbioru tej pracy i częstotliwości jej publikacji.



/Lewis W. Hine, 1908/ Zbiory Biblioteki Kongresu: LC-DIG-nclc-04986
I jeszcze jedna ciekawostka. W kolekcji znajduje się także mapa, na którą składają się zdjęcia Hine'a. Wykonano ją prawdopodobnie około 1914 roku.

O kolekcji w języku angielskim warto poczytać
tutaj lub w podanej przez Bibliotekę Kongresu bibliografii.

Wszystkie użyte w tekście zdjęcia pochodzą z: Library of Congress, Prints & Photographs Division, National Child Labor Committee Collection. Opisy fotografii wg Lewis W. Hine'a.
Archiwa Biblioteki Kongresu można dowolnie przeglądać a także - w wielu wypadkach - reprodukować podając numer katalogowy pracy. To niestety wyjątkowe warunki.

niedziela, 8 sierpnia 2010

fotografia uliczna teraz!

No wreszcie! Wydawnictwo Thames&Hudson na jesieni wyda album poświęcony fotografii ulicznej. Autorami publikacji są kuratorzy z Londynu. Prezentują twórczość 46 fotografów ze świata. W zapowiedzi wydawnictwa czytamy:

- pierwsze opracowanie tematu fotografii ulicznej od 20 lat [hmmm... Clive Scott "Street Photography, from Atget to Cartier-Bresson", wydano w 2007 roku]

- przegląd od podstaw i filarów gatunku: Bruce Gilden, Martin Parr i AlexWebb poprzez wschodzące talenty "z Nowego Jorku, Tokio, Azerbaijan, Bournemouth, Istanbul, Dakar" [i tak Azerbejdżan stał się miastem? zaznaczam tylko ten punkt, bo teraz nie czas na dyskusję o filarach i genezie fotografii ulicznej...]

- w książce znajdziemy dyskusję [round-table] z następującymi autorami: Frederic Lezmi, Jesse Marlow, Mark Alor Powell, Gus Powell, Paul Russell, Ying Tang i Nick Turpin. [co daje niejakie pojęcie o zestawie tych 46 fotografów]

- ma bibliografię i bogaty spis źródeł [czyt. nadaje się do użytku naukowego]

- zawiera ponad 300 zdjęć

czekamy czekamy czekamy!
do kupienia będzie u nas z czasem tam gdzie do tej pory znajdujecie wydawnictwa Thames&Hudson, albo od razu w amazonie czy bookdepository.

sobota, 7 sierpnia 2010

narodowa historia fotografii...

Jak to się dzieje, że ciągle najpopularniejsi polscy fotografowie to Kapuściński (oczywiście fotografia jest dodatkiem), Gudzowaty (ileś tych nagród odebrał) czy najczęściej bezimienni (poza Sempolińskim, Lokajskim, Braunem – ale ich nazwisk nikt na Zachodzie nie pamięta) fotografowie Powstania Warszawskiego, okupowanej Polski i zniszczeń wojennych…

Kapuściński fotografem nigdy nie był. Uprawiał doraźnie fotografię, właściwie „wakacyjno-wyjazdową“. Gudzowaty zaś ma bardzo skomplikowaną pozycję w kraju, jest galeria, kiedyś było pismo, chyba już nie próbuje białego PR. Jednoznacznie wykluczony ze środowiska. Fotografia w czasie wojny, oczywiście czyn patriotyczny, heroizm, zaangażowanie, itd… Fotografia dokumentalna i reportażowa znakomitych wydarzeń, przejmujących chwil, świadectwo. I gdzie w tym wszystkim wielka polska chluba fortograficzna?

Przedrukowujemy od lat historie fotografii światowej i głośno domagamy się swojego udziału na jej kartach. No a na pewno przy historii fotografii europejskiej, może chociaż Europy Środkowo-Wschodniej? Póki co jednak wypatrujemy w tych zagranicznych wydawnictwach polskich nazwisk, chociaż pochodzenia polskiego – ha, przecież David - Chim (Szym) - Seymour żył w Polsce, czy dziadek Allana Sekuli, itd… Byle tylko bliżej sławy. W końcu dagerotypię przyjęto w Polsce z powodzeniem i sukcesami jeszcze w 1839 roku, a zatem Polska to niemal kolebka fotografii. I tak bijemy się z badaczami światowymi, że kolor to wynalazł w fotografii nasz Szczepanik (no ale na pewno wynalazł automat do zdjęć!), że pierwszy portret wielokrotny to oczywiście nasz Szpakowski, czy tak powszechnie używane techniki jak fotonit czy …… toteż zasługa Polaków. Dumę narodową, niewyzbywalną potrzebę znalezienia w każdej dziedzinie Polaka bohatera, staramy się pielęgnować takimi zabiegami.

Nie ma się co oszukiwać. Polska fotografia jest znakomita, ale o tym wiemy tylko my. Jak każda historia ma swoje wzoty i upadki, chwile glorii i wstydu. My po prostu nie umiemy jej sprzedać, ani jej napisać, ani na świecie wypromować.

Wielki fotograf to kto? Jak przejść do historii w zabawny sposób opisał w blogu Zawsze Kwadrat … Ale zapomniał, że aby przejść do historii warto mieć kolegów w kręgu pisarzy, aby w stosownym momencie pozostawić wywiad-rzekę, pamiętnik czy po prostu biografię. Nie każdy zaś materiał dobry na książkę. Biedny imigrant z wielodzietnej rodziny żydów rosyjskich, który cieżką pracą zapracował na sukces w malarstwie, a w fotrografii przy okazji, kumpel awangardy, np. Man Ray. Albo niespokojny węgierski żyd zmuszony do porzucenia swojej ojczyzny, stracił miłość życia na wojnie, awangarda fotoreportażu, np. Robert Capa. Albo taki piękny i bogaty chłopiec, tułający się po świecie, kochający wszystkie kobiety, z czasem bardziej krytyczny i bezczelny np. Helmut Newton. I tak można wymieniać długo.

Jak się blado mają przy tym Lewczyński, Łagocki, Hartwig, Dłubak, Rolke z tymi swoimi cenzurami, donosami, dramatami rodzinnymi, z tymi losami pogmatwanymi: wyrzuceniem z pracy, uciekaniem przed okupantami, ratowaniem sąsiadów, chowaniem negatywów...
Ta myśl, pewnie też jest przejawem zazdrości, że nie ma miejsca dla nas na świecie. Z wyjątkami.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Czarno-biały wybór.



Powstanie Warszawskie fotografowano oczywiście w czarnobieli. Fotograf nie miał wyboru. Fotografia barwna co prawda powstała już wcześniej. Teoretycznie nawet w tym czasie kolor byłby możliwy, lecz po pierwsze drogi w uzyskaniu, po drugie wymagający proces, i po trzecie i ostatnie w warunkach powstańczych niemożliwy. A zatem czarnobiel nie była wyborem a koniecznością. Czyli czarnobieli w tym przypadku nie należy przypisywać żadnych dodatkowych konotacji – nastroju, „klimatu” katastrofy, smutku, posmaku legendy...

Sprawa wyboru barwy fotografii zajmowała nas jakiś czas temu: tu wypowiedzi kilku fotografów. Temat wywołaliśmy po nagminnym zdejmowaniu przez gazety i portale internetowe koloru z fotografii na znak żałoby. A gdyby tak spojrzeć w drugą stronę? Pokolorowane zdjęcia z przeszłości. W weekendowej Gazecie Wyborczej był dodatek „Powstańczy śpiewnik”.

Oprócz tekstów piosenek znalazły się w nim zdjęcia Joachima Joachmiczyka, Eugeniusza Lokajskiego i Andrzeja Bargiełowskiego. W kolorze! Pomysł jak się okazało nie jest nowy. Koncepcja pokolorowania fotografii wypłynęła od Jana Ołdakowskiego, dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego, na wystawę „Kolor wolności. Warszawa 1944” w 2005 roku.

Organizatorzy przekonywali wówczas: Chcemy jednak zaproponować Państwu inne spojrzenie na te zdjęcia. Tradycyjne, czarno-białe przedstawienia czynią bowiem z przeszłości obszar wyizolowany i zamknięty, oddzielony od teraźniejszości nieprzekraczalną barierą. Minione wydarzenia zdają się zastygłe na zawsze, unieruchomione w czasie. Kolor natomiast likwiduje dystans dzielący nas od przeszłości. Ludzkie twarze, ulice tamtej Warszawy, sceny uchwycone przez reportera należą do takiej samej teraźniejszości jak ta, której sami tu i teraz doświadczamy. Jest sierpień, wrzesień 1944 roku.

Redaktorzy dodatku Gazety Wyborczej: Na czarno-białe obrazy, które zazwyczaj przedstawiają nam wydarzenia 1944 roku, często patrzymy z pewnym dystansem. Dzięki dodaniu im barw przybliżamy tamtą specyficzna atmosferę, przypominamy, że warszawiacy na nich przedstawieni to osoby podobne do nas, a wydarzenia, w których uczestniczyli, miały miejsce zupełnie niedawno.

Pozbawienie koloru fotografii ludzi zmarłych 10 kwietnia 2010 roku a pokolorowanie zdjęć z sierpnia 1944 roku – to ciekawe zestawienie. W pierwszym wypadku chodziło o podkreślenie żałoby, upamiętnienie i wyrwanie obrazów z „żywego” świata, w drugim o pozbycie się dystansu, u-realnienie scen z fotografii, tchnięcie w nie życia.

Pooglądajmy zatem: zbiory fotograficzne Muzeum Powstania Warszawskiego – w czarnobieli. I ich kolorowe wersje.

/reprodukcje z „Powstańczego śpiewnika” dodatku do Gazety Wyborczej z dnia 31 lipca 2010; fot. JK/

czwartek, 29 lipca 2010

znalezione / wyrzucone 2


tutaj geneza: znalezione/wyrzucone
ukazał się właśnie w Białymstoku album Augustisa. jego negatywy znalazły się w 2004 roku. chwilę wcześniej w Dębicy znaleziono negatywy Stefanii Gurdowej. trzeba szukać i znajdować.
dzięki za komentarze i dzielenie się znaleziskami. kontynuujemy temat: znaleźliście jakieś ciekawe zdjęcia?

wtorek, 27 lipca 2010

Snaps prominencki!


Szczera rozmowa, dobra kolacja, kilka żartów i pamiątkowe zdjęcie w błyskach fleszy - czyż można sobie wyobrazić milszy wieczór we dwoje?
Zwłaszcza jeśli ten błysk światła może być przyczynkiem do
"ostatniej wieczerzy" bezcennego obrazu...

środa, 30 czerwca 2010

O fotografii w trzech formatach.


Wielki format: Łyczywek K., Fotografia zbliża. Antologia tekstów autorskich opublikowanych w latach 1956-1982, tom 1, wyd. Muzeum Historii Fotografii im. Walerego Rzewuskiego, Kraków-Szczecin 2009
Na okładce: fotografia! Starszy pan z aparatem. Dla wtajemniczonych rozpoznawalny z daleka mistrz Doisneau, fot. autorka!
Autorka: Krystyna Łyczywek. Rocznik: 1920. W fotografii „siedzi” jeszcze przed 1964 roku, kiedy wstąpiła do ZPAF. Praktyk fotografii. A także felietonistka, recenzentka, dziennikarka, a czasem nawet teoretyczka. Dość istotne zdanie widnieje w biografii na okładce książki: „Przeszło 1500 jej zdjęć zostało opublikowanych w prasie, folderach turystycznych i książkach a około 1400 artykułów na temat fotografii w prasie krajowej i zagranicznej.”
Podtytuł: Tom 1. Antologia tekstów autorskich opublikowanych w latach 1956-1982”. Czyli wybór tego co autorka popełniła z tej liczby 1400... Układ chronologiczny.
Zawiera indeksy: nazwisk, stowarzyszeń i kierunków estetycznych oraz nazw geograficznych.
Bibliografia: brak. I proste, pani Krystyna pisała o sprawach bieżących, raczej relacjonując, zawsze w artykule wzmiankując omawianą wystawę czy publikację. Każdy zaś tekst opatrzony jest przypisem o premierowej publikacji.


Średni format: Potocka M.A., Fotografia. Ewolucja medium sztuki, wyd. Aletheia, Kraków 2010
Na okładce: negatyw! Ani słowa czyj i dlaczego. Ładna okładka projektu Grzegorza Laszuka, ale może jednak warto byłoby wskazać jakie dzieło zdobi książkę?
Autorka: Maria Anna Potocka. Rocznik 1950. Ma swoją
wikistronę. W fotografii „siedzi” od.... no właśnie, nie siedzi. W sztuce zaś od studiów.
Podtytuł: „Ewolucja medium sztuki”. Ważne, bo od razu sytuuje autorkę jako osobę, która nam wyjaśni mechanizmy panujące w świecie sztuki oraz określi w nim miejsce dla fotografii.
Nie zawiera indeksów. Gorzej... Jest za to wypis „fotografów XIX wieku” i oddzielnie „fotografów XX wieku”(z krótką notką biograficzną i autorskim, subiektywnym podsumowaniem twórczości...), „chronologia” oraz słownik techniczny.
Bibliografia: brak. I to przeogromna szkoda. Z tekstu wynika bardzo jasno, że publikacja powstała w oparciu o jakieś konkretne teksty. Autorka przyznaje się, że tworząc publikację „starałam się bardzo dokładnie poznać historię zjawiska, zrozumieć wszelkie niuanse techniczne jego rozwoju, przyjrzeć się wnikliwie wczesnym użyciom i wskazać różne kroki twórcze konstytuujące medium.” Brakuje jednak wykazu tych publikacji, pozostaje jedynie wrażenie, że już to kiedyś czytaliśmy w tym ujęciu...

Mały obrazek: Mazur A., Kocham fotografię. Wybór tekstów 1999-2009, wyd. 40 000 Malarzy, Warszawa 2009
Na okładce: brak obrazu. Szata graficzna typowa dla wszystkich publikacji z wydawnictwa 40 000 Malarzy, typowa, choć podkreślić należy „Kocham fotografię” to pierwszy tytuł wydawnictwa.
Autor: Adam Mazur. Rocznik 1977. Ma swoją świeżuteńką
wikistronę. W fotografii „siedzi” od 10 lat.
Podtytuł: „Wybór tekstów 1999-2009”. Czyli...wszystko co napisałem o fotografii od kiedy się nią zajmuję minus to czego nie warto przypominać. Układ tematyczny: „recenzje i omówienia”, „eseje” i „rozmowy” (szkoda, że brakuje kategorii „teksty kuratorskie” będące jednak czymś zupełnie innym niż „eseje”).
Zawiera indeksy: osób i grup artystycznych oraz miejsc, instytucji i organizacji.
Bibliografia: brak. Lepiej. Są „źródła”. Nie są to jednak publikacje wybrane z których korzystał autor, lecz wypis gdzie oryginalnie zamieszczono jego własne teksty.


Wszystkie trzy nie mają reprodukcji. Nawet najmniejszej. Sam jeden potok słów.
Trzeba zaznaczyć – dwie z ich to antologie, tylko jedna zawiera niepublikowany wcześniej materiał. Na każdą z nich w pewnym sensie się czekało. Na Łyczywek z nadzieją posiadania w jednym miejscu tekstów po które trzeba biegać do różnych bibliotek, po archiwalne czasopisma. Na Potocką z niepewnością, bo oto wpływowa historyczka sztuki bierze na warsztat fotografię, jest ponad podziałami „światka fotografów”. Na Mazura, trochę z lenistwa, żeby mieć pod ręką bez grzebania w kilku katalogach, no i fakt, że bibliografia potem lepiej wygląda jeśli jest choćby jeden druk zwarty więcej zamiast kilku linków.

Grupa docelowa czyli komu te książki się przydadzą? Za prosto odpowiedzieć: każdemu kto interesuje się fotografią. Takim warto polecić „Dno oka” Wojciecha Nowickiego, „Fotoplastikon” Jacka Dehnela, „Spotkania” Johna Bergera.... opowieści o zdjęciach, narracje, rozważania. Tutaj sprawa jest znacznie poważniejsza. Znakomita felietonistka, znawca i praktyk fotografii (Łyczywek), dyrektorka galerii, kolekcjonerka i znacząca historyczka sztuki, nie-praktyk (Potocka) i wreszcie kurator wystaw fotograficznych, recenzent i badacz, także nie-praktyk (Mazur) opowiadają o zdjęciach na swój sposób i dla sobie podobnych.

A zatem po przydatne informacje i interesujące spojrzenie wstecz w polską fotografię zarówno tę salonową jak i tę amatorską trzeba sięgnąć do „Fotografia zbliża”. Na pierwszy rzut oka publikacja budzi nasz uśmiech. Pozbierane recenzje z okręgowych wystaw, recenzje z konkursów, sprawozdania z posiedzeń i wystaw FIAP, pamiętnik z wizyt zagranicznych, opisy towarzystw fotograficznych i twórczości kółek studenckich, przeplatane informacjami z historii fotografii, wyjaśnieniami tematów i rodzajów fotografii czy wreszcie instrukcjami poprawnego naświetlania lub nauczania o obrazie. Jednak w tej masie i precyzji książka tworzy niezwykle barwny obraz fotografowania w latach 1956-82: w Polsce i na świecie, nie tylko mowa jest o świeczniku, lecz o dawno zapomnianych ważnych twórcach czy też tych, którzy mieli tylko 5 minut. Autorka dzieli swoją uwagę sprawiedliwie, nie według hierarchii, znakomitości, lecz potocznie i bezpośrednim tonem omawia publikacje, wystawy, konkursy czy biografie wielkich i średnich.

Potocka teoretyzuje i wnika w historię na styku sztuki i fotografii, nie ma tu miejsca na praktyczne informacje. Pomysł notek biograficznych fotografów XIX i XX wieku (zajmuje przeszło ¼ książki!) teoretycznie fajny, lecz w 2010 roku kompletnie nietrafiony. W czasach stałego dostępu do internetu wydaje się, że już nikomu nie będzie potrzebny drukowany skrót wikipedii a także ściąga (Chronologia – wypis dat ważnych wydarzeń) z dziejów fotografii. Jest to z resztą przedziwny rozdział w książce na wskroś historyczno-teoretycznej, drążącej dzieje medium, mamy nagle pokaźną wstawkę encyklopedyczną. Przy „ciekawszych” (więcej niż dwie linijki biografii) nazwiskach autorka podkreśla „ważny problem” i hasłowo i subiektywnie podsumowuje twórczość delikwenta. Wybór nazwisk jest oczywiście dyskusyjny. Dominują twórcy ze świata (chociaż nie określono ich przynależności narodowej). Wielka szkoda, bo w ten sposób jedynie powielono panteon już dawniej wyznaczony. Może bardziej uwierzyłabym w intencje stworzenia rzetelnego, przydatnego i podręcznego wypisu fotografów, gdybym zamiast Mariana Eile jako ważnego fotografa XX wieku widziała tam choćby Łagockiego (pomysłodawca wystaw „Fotografii subiektywnej” i „Fotografów poszukujących”), albo Robakowskiego czy Różyckiego (świadomie i z międzynarodowymi sukcesami walczących o poznanie medium fotografii), albo trochę wstecz Janinę Mierzecką (fotografkę muzealną i badaczkę) itd. Całość czyta się znakomicie, nie zgadza się i dyskutuje z autorką na co drugiej stronie, lecz siłą publikacji jest (w miarę) nowy punkt widzenia, albo raczej interesująca kompilacja, głos w temacie szklanego sufitu nad fotografią względem sztuki. Kwestie praktyczne i pewnego rodzaju uproszczenia mogą jednak odepchnąć tych „po prostu pstrykających”, a publikację zakwalifikować jako niezrozumiałą i nieprzydatną krytyczno-sztuczną.

Kochający fotografię Mazur nie jest praktykiem. Zdolności edukacyjnych też nie posiada. Talent pisarski na szczęście wielki i oczytanie w najnowszej literaturze wybitne. Całość przeznaczona jest dla takich jak autor, tylko, że doktorów plus kuratorów wystaw plus naczelnych pisma Obieg wielu nie jest. Przerysowując chciałabym podkreślić hermetyczność publikacji o tak otwartym tytule. Lektura tekstów kuratorskich (nawiasem mówiąc może jakiś konkurs z nagrodami w tej dziedzinie stworzyć?) nie jest ulubionym zajęciem widzów wystaw. Najczęściej słowa kuratora należy przetłumaczyć z tych wyjątkowych wyżyn pomiędzy tekstem badawczym a filozoficznym na powszechnie strawny język. Ogromnym minusem antologii jest jej zacięcie do kreacji i wybiórczość (hmm, omawiamy wystawę, przy której współpracowaliśmy?). Na pozór przypadkowy zestaw tekstów, okazuje się dobrany według klucza: „the best of Mazur”, nie układa nam się w żaden obraz dekady.
Mazur pisze barwnie o świetnej fotografii, (głównie polskiej; występuje zaledwie kilka kwestii światowych: World Press Photo czy wystawa Marca Atkinsa), docieka i wnika, rozmawia, lecz w esejach i omówieniach odrywa się od realiów i języka zrozumiałego przez praktyka fotografii. Rozmowy są lekturą obowiązkową (i przystępną) dla każdego zainteresowanego traktowaniem obrazu na przełomie wieków. Warto jednak przed sięgnięciem po „Kocham fotografię” zajrzeć do książek z dziedzin: antropologii, filozofii, socjologii, politologii oraz estetyki wydanych po 2000 roku.


Na koniec zagadka, pytanie do publiczności, konkurs z nagrodami.... dlaczego pisząc o fotografii, publikując książkę o fotografii tylko nieliczni, prawdziwi wybrańcy (czyt. statystyczny margines błędu) nie używają w tytule słowa fotografia
?/i czemu w innych dziedzinach sztuki nie ma takiego problemu?/

Dlaczego te trzy? Tak mi wypadło. Dwie wydane zostały pod koniec 2009, jedna w maju 2010. Fajnie się złożyły razem. Czytam je równolegle i wszystkie bardzo polecam uwadze!

poniedziałek, 28 czerwca 2010

fotografia domowa.

Zenon Harasym, O mojej rodzinie, dyptyk, 1975, za Fotografia we Wrocławiu 1945-1997, red. Harasym Z., Lesisz A., Olek J., Sobota A., katalog wystawy, ZPAF, Wrocław 1997 ; s.176

Jerry N. Uelsmann, Dom i dagerotyp, 1969, własność rodziny Alice R. i Sol B. Frank; za: Johnson B., Photography speaks, Aperture & Chrysler Museum of Art, 2004, New York, s. 213

Znalazłam ostatnio pracę Jerrego Uelsmanna. Skojarzyła mi się z miejsca z dyptykiem Zenona Harasyma. Praca polskiego fotografa wyrasta z nurtu fotografii konceptualnej. Nie zupełnie fotografii medialnej, bo przecież nie bada granic medium, lecz gdzieś w okolicy, w "klimacie" fotografowania w latach siedemdziesiątych. Intrygujący zestaw, opowieść o pokoleniach rodziny. Stosunkowo nam bliskiej. Zdjęcie na tle kamienicy pewnie wykonano około 1880. W atelier fotografa miejscowego. Zdjęcie "nowoczesne" pewnie w latach siedemdziesiątych. Na spacerze, wycieczce. Można podejrzewać, że całość dotyczy Wrocławia.
Jerry Uelsmann koncentruje się na jednej rodzinie. Trudniej nam powiedzieć coś więcej - budynek kompletnie anonimowy. W jakim miejście? W którym stanie? Dagerotypy w Stanach Zjednoczonych były dłużej popularne niż w Europie. Ich świetność trwa tam aż po lata 1880te.
Pomysł podobny. Kompletnie inne realia. Relacja budynek-fotografia. Dom-rodzina. Ciekawa odmiana fotografii domowej.

środa, 23 czerwca 2010

kissing the War Goodbye!

"Time Square Kiss" / Jest wiele fotografii-symboli mówiących o zwycięstwie w II Wojnie Światowej. Jedno z tych "świętych" dla USA to zdjęcie wykonane 14 sierpnia 1945 roku w Nowym Jorku przez Alfreda Eisenstade'a. Fotograf uwiecznił (przynajmniej dwa razy) pocałunek pielęgniarki (Edith Shain) i marynarza (nazwisko nieznane). O fotografii znów zrobiło się głośno. W niedzielę zmarła bohaterka fotografii. Więcej ciekawostek tutaj.
ta mniej znana klatka, inny kąt widzenia to dzieło (tańsze w eksploatacji niż A.E.) Victora Jorgensena



A poboczny temat, do którego kiedyś powrócimy szerzej... to głównie amerykańska (i szwajcarska. czy tylko?) mania stawiania pomników ze zdjęć. No i happening. Na tym zdjęciu za Gazetą.pl z 2005 roku mamy i statuę i akcję. Wyobrażacie sobie happening lub pomnik do którejś znanej polskiej fotografii?

środa, 2 czerwca 2010

wyrzucone / znalezione


Połowa maja. Spacer po okolicy. Rozsypane na chodniku zdjęcia. Muszą tak leżeć dzień, dwa. Spadł deszcz. Są mokre i zapiaszczone. Przykleiła się do nich trawa, liście. Na niektórych już nic nie widać. Na innych piasek rozdeptany pozostawił pomarańczowo-żółte smugi. Po odkurzeniu te rysy tam ciągle są. Zastanawiam się dlaczego ktoś je wyrzucił? Dlaczego są na ulicy?

Pierwszy raz znajduję fotografie. Jerzy Lewczyński miał więcej szczęścia, znalazł negatywy. I to jakie?! Nie jest to znalezisko jak prace Stefanii Gurdowej, Eugeniusza Lokajskiego, Jerzego Tomaszewskiego. To po prostu czyjeś pamiątki. A raczej to były po prostu czyjeś pamiątki. Snapsy. Wyrzucenie pamiątek to prosty sygnał. Komuś przestały być potrzebne te przedmioty podtrzymujące pamięć. Pozbył się ich. Wyrzucił z pamięci.

Na fotografiach 9x13, papier matowy, pewnie fuji, powtarza sie portret mężczyzny. Wysoki brunet, czarne wąsy. Około czterdziestki. Lata dziewięćdziesiąte. Koniak z koleżanką, wycieczka do Paryża, nowy samochód. Zdjęcia nie są podpisane, nie mają datownika. Tyle na pierwszy rzut oka mówią o sobie. Ktoś wyrzucił tego pana ze swojej pamięci. Dawna miłość na którą brak miejsca w rodzinnym albumie?

Od czasu tego znaleziska chodzi mi po głowie pomysł. Googlam czy coś takiego jest i nie widzę. Stworzyć miejsce, taką "ochronkę" dla fotografii. Jeśli są zdjęcia, które nie wyszły, które nie są potrzebne, niewygodne, nie wiadomo czyje....żeby je przesłać w jedno miejsce. Niech by tam sobie były, chronione. Tak, by kiedyś opowiedziały o swoich czasach. Anonimowo zapewne.
W związku z tym kilka pytań:
- czy wyrzuciliście kiedyś zdjęcia? /dlaczego? jakie zdjęcia?/
- co zrobić ze znalezionymi fotografiami?
- znacie jakieś miejsce przechowania takich zwykłych zdjęć?

foto. JK/xpro

wtorek, 25 maja 2010

myślę o powodzi

Joanna zaprosiła mnie już kilka tygodni temu do współtworzenia tego bloga, ale jakoś co miałem pomysł na napisanie czegokolwiek wartościowego, to na końcu pierwszego zdania (a ja - co jest moją wadą - tworzę szalenie długie zdania) zdawałem sobie sprawę, że albo znowu marudzę, albo kogoś obrażam. I to kompletnie nie konstruktywnie. A to blog o obrazie, piszą tu ludzie, którzy mają coś do powiedzenia, których chcą coś zmienić (być może) w jakiś cichy sposób. Nie ma w Polsce wielu publikacji, które w sposób przystępny opowiedzą amatorowi, miłośnikowi fotografii coś o rzeczy w poważnej fotografii (tu od razu odpieram możliwy atak, że ktoś robi fotografię niepoważną - jest muzyka pop, jest rock, jest muzyka poważna). Pewnie jest - tylko niemal - kolekcjonerski Kwartalnik Fotografia o dość małym zasięgu i raz na rok Format. Rodzą się inicjatywy non-profit. Z kilku celów: zróbmy coś w końcu, bo rośnie matołectwo albo zróbmy coś w ogóle, bo jest nic. Pewnie jeszcze inne się znajdą.

Tak czy siak - pisałem o tym kiedyś w komentarzu na blogu pana Jureckiego, lecz spotkałem się z niezrozumieniem (bo i tak się nie uda) - z uświadamiania o fotografii wyjdzie nic, jeśli nie wyjdzie się do ludzi. O ile maturzysta będzie wiedzieć mniej więcej, co to był kubizm, może nawet fowizm, o tyle nie będzie miał wiedzy o piktorialiźmie albo na przykład Zofii Rydet.

Wyjście do ludzi nie oznacza monotonnego głosu naszych teoretyków, używania słów, których nikt nie rozumie (ja mało błyskotliwy nie jestem, ale czasem mam problem wielki z czytanio-rozumieniem naszych tekstów teoretycznych). Czy ktoś zaczepiony na ulicy zrozumie manifesty Natalii LL? Gwarantuję, że nie. A takiego pana, jak Jiří Šigut? Na 90% zrozumie większość, choć jego prace nie są łatwe, tematyka może odstraszać lub wywoływać poczucie naruszenia tabu.

Ten przydługi wstęp dotyczy jednej rzeczy. Kilku. W 1997 roku, w czasie powodzi, telefony komórkowe - o ile ktoś miał, nie miały wbudowanej kamery. Aparaty - o ile ktoś miał, były drogie i nie dla każdego. Gazety były i miały (nawet lokalne) w dużej części foty, które ogląda się do dzisiaj, bo da się na nie patrzeć. Podobnie z pierwszej powodzi, którą pamiętam, czyli 1985 rok. W 2010 roku każdy ma możliwość rejestracji obrazu. Każdy ma przy sobie przynajmniej jedno narzędzie, które oferuje taką funkcję. Mamy dziesiątki różnych mediów, których nie było 13 lat temu. Dziesiątki gazet, stacji telewizyjnych, portali informacyjnych. Właśnie mijająca powódź, z wyjątkiem osadu rzecznego i masy śmieci, bakterii, drzew, martwych zwierząt i ludzkich tragedii zostawi po sobie setki tysięcy zdjęć z tzw. dziennikarstwa obywatelskiego. Z punktu widzenia np. mojego to zjawisko szkodliwe, bo zabiera w końcu pracę specjalistom, a na pewno powoduje liche zarobki. Z punktu widzenia wydawcy to obłęd, bo obywatelski reporter cieszy się z samego faktu publikacji jego zdjęcia podpisanego jego "nick'iem", pod którym podrywa dziewczyny na portalu społecznościowym i pod którym morduje kolegów na serwerze gier. Z punktu widzenia odbiorcy - o ile nie jest fotografem (lub po prostu kimś o nieco wyższej wrażliwości) - te rzeczy są bardziej prawdziwe, niż dobre foty podpisane imieniem i nazwiskiem znanego fotoreportera.

Sytuacja ta jest dość mocno znana na rynku pornograficznym. Najlepiej sprzedają się produkcje amatorskie: im aktorki bardziej naturalne, aktorzy nie są super herosami, tym lepsza sprzedaż i szansa na błyskawiczne pieniądze i sukces. Ale przede wszystkim liczy się to, że to właśnie nie są aktorki, tylko "ta konkretna kobieta, być może moja sąsiadka", a to nie jest aktor, tylko "być może pan z placu co sprzedaje plastiki".

Czym się różnimy zatem od produkcji porno? Porno nauczyło się w tym żyć i znalazło swoją drogę.

I tu muszę przyznać rację, że nie musimy zaczynać od nowa przy pomocy teoretyków.

Na koniec
link z popularnej wyszukiwarki po wpisaniu frazy: Powódź 2010 - konia z rzędem temu, kto znajdzie w pierwszej dziesiątce znajdzie coś, co nie jest fotografią z telefonu komórkowego, albo jest jak z telefonu komórkowego, mimo podpisu poważnej agencji.

PS. To tylko moje spostrzeżenie i punkt widzenia. Nikogo do tego nie chcę przekonywać, nikomu opowiadać jak jest. W tym akurat momencie widzę to w ten właśnie sposób.

czwartek, 13 maja 2010

Tomasz Wiech / rozmowa

W końcu chodzi o to, żeby nie pozostawić widza obojętnym - rozmowa z Tomaszem Wiechem o jego nowym projekcie, o pracy w Gazecie i konkursach fotograficznych.

fot. Tomasz Wiech / dzieki uprzejmości artysty

joanna: Jesteś tegorocznym stypendystą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Gratuluję! Jesteś w trakcie opowiadania o Polsce.... czy możesz opowiedzieć więcej o projekcie?

Tomasz Wiech: Pomysł na fotografowanie Polski sprecyzował się w chwili, gdy przeglądałem swoje archiwum i zastanawiałem się, co mogę pokazać podczas Awards Days w Amsterdamie. To było ciekawe doświadczenie, bo spośród zdjęć powstałych przez kilka lat pracy w codziennej gazecie, musiałem wybrać te, które będą interesujące dla osób potencjalnie z całego świata i będą miały w sobie coś uniwersalnego, zrozumiałego dla każdego. I wtedy właśnie okazało się, że spośród wszystkiego, co zrobiłem najfajniej układa mi się cykl o Polsce. Taki trochę śmieszny, trochę ironiczny, a w zasadzie smutny. Wybrałem wtedy kilkanaście zdjęć. Teraz dzięki stypendium Ministra Kultury kontynuuję projekt na szerszą skalę. Interesuję mnie przede wszystkim to, jakie zmiany zaszły w naszym kraju przez ostatnie 20 lat i jak funkcjonujemy pomiędzy: z jednej strony tym, co pozostało z PRL-u, a z drugiej tym, co przyszło do Polski zza zachodniej granicy.Mam ogólny plan, jakie wydarzenia i jakie miejsca chciałbym sfotografować, gdzie pojechać i co zobaczyć. Wstępnie wymyśliłem sobie kilka kategorii typu: religia, życie codzienne, wypoczynek, praca, wieś czy krajobraz. Jak to później wszystko ułożę, jeszcze nie wiem.

joanna: Finał tego projektu będziemy mogli obejrzeć w formie...wystawy czy albumu?
Tomasz Wiech: Chciałbym oczywiście pokazać to w formie wystawy i wydać album. Wszystko zależy od funduszy. Na razie pracuje nad zdjęciami, ale już powoli zaczynam myśleć nad końcowym efektem - innymi słowy, myślę jak to wszystko sfinansować.

joanna: Kiedy uznajesz temat za skończony? Kiedy mówisz sobie, że nic więcej nie opowiesz? Czy publikacja zamyka sprawę autorskiego projektu?

Tomasz Wiech: To jest trudna sprawa, bo zawsze można zrobić lepsze zdjęcia, albo w ogóle wszystko zmienić i do tematu podejść inaczej. Często jest tak, że publikacja osłabia motywację, żeby temat kontynuować, nawet jak się wie, że warto. Zdjęcia w biurach dalej robię, ale już nie tak systematycznie jak rok temu. A może się i tak zdarzyć, że w między czasie zmienia się sposób widzenia świata i sposób fotografowania i kontynuacja jest niemożliwa, bo trzeba by było wszystko zacząć na nowo inaczej....

joanna: „Właśnie” zrezygnowałeś z pracy w Gazecie. To poświęcenie się nowemu projektowi czy raczej kwestia "znudzenia" pracą etatową?

Tomasz Wiech: W zasadzie chodzi o obydwie te kwestie, chociaż „znudzenie” to może nie najtrafniejsze słowo. Miałem wrażenie, że już nic nie robię nowego. Tematy się powtarzały. Praca w codziennej gazecie w 80% to fotografowanie tego, co nagle się wydarzy na mieście: spadnie śnieg – trzeba sfotografować jak odśnieżają dachy, zamontują nowe kasowniki w autobusach – trzeba sfotografować kasowniki. Taka praca. Chciałem to zmienić i możliwość realizacji swojego pomysłu o Polsce dała mi tą możliwość. Dała mi też rok czasu, kiedy nie muszę bardzo martwić się o pieniądze. Rok to dużo czasu, ale już teraz planuje co dalej. Z Karolina Sekułą otwieramy masz.in studio, które będzie się zajmować fotografia portretowa. Jako freelancer chciałbym współpracować z jak największą ilością magazynów, miejsc i ludzi zajmujących szeroko pojętą fotografia.

joanna: Gazeta podsumowała swoje 20lecie, zrobiła to organizując wystawę fotografii. Pracowałeś w GW 1/4 tego czasu. Jak się czujesz w takiej historii?

Tomasz Wiech: Historii Gazety czy historii Polski...? Tak naprawdę to nie mam poczucia uczestnictwa w podniosłych momentach i, że widziałem jak powstaje historia przez duże H. Te pięć lat postrzegam bardziej osobiście. To była moja pierwsza stała praca. Fotografowanie dla prasy daje ogromną ilość wrażeń. Jest się w wielu miejscach, widzi się ludzkie życie, spotyka się ludzi bogatych i biednych, mądrych i mniej mądrych, szczęśliwych i załamanych. Niewiele jest innych zawodów, które dają podobną ilość doświadczeń.Pracowałem w Krakowie. Nie jeździłem po świecie. Nie fotografowałem zbyt wielu wydarzeń z „pierwszych stron gazet”. W zasadzie tylko raz Historia sama pojawiła się w moim mieście. Wtedy, kiedy umarł Jan Paweł II. Podczas tych kilku dni Kraków był jednym z kilku miejsc, na które patrzył cały Świat. Na co dzień było zwyczajnie, ale ja lubię taką zwyczajność.

fot. Tomasz Wiech / dzieki uprzejmości artysty

joanna: Wydaje się, ze GW stwarza nieograniczone możliwości dla fotografa. Naśladując światowe tytuły wykorzystuje dużą ilość zdjęć w samej papierowej gazecie, ma dodatek z reportażami: Duży Format, dawniej był słynny Magazyn GW, wydaje albumy podsumowujące swoje osiągnięcia, organizuje konkursy foto i Szkołę Mistrzów, w końcu pokazuje wystawy fotoreportażu a fotoedytorki prowadzą blogi. Jak oceniasz te możliwości i czas?

Tomasz Wiech: To wiele rzeczy na raz. Jeżeli chodzi o tak zwany główny grzbiet to jest to gazeta codzienna i wygląda różnie. Kiedyś byłem na warsztatach z Donavanem Wylie z Agencji Magnum zaaranżowanych przez Wyborczą. To fotograf, który robi bardzo nudne zdjęcia. Gdy o nich opowiadał, ktoś powiedział, że w codziennej gazecie chodzi o coś innego, że zdjęcie musi być atrakcyjnie wizualnie, mieć wiele planów, musi formalnie zainteresować czytelnika. I wtedy Wylie poprosił o egzemplarz Gazety z tego dnia. Zaczął kartkować i pokazywać kolejne zdjęcia na kolejnych stronach. Na pierwszej było zdjęcia z konferencji, na drugiej dwie tzw. główki polityków, na trzeciej podpisywanie umowy, na czwartej kadr z filmu i dopiero na kolejnej zdjęcie wydarzeniowe, ale małe. Egzemplarz z poprzedniego dnia wyglądał podobnie. To są realia codziennej gazety.

Jeżeli chodzi o Duży Format to jasne, jest to miejsce na większe materiały i chwała mu za to. Jest to jedyny reporterski magazyn w Polsce, chociaż niewątpliwie jest bardziej tekstowy niż zdjęciowy.
Blogi fotoedytorek, szkoła fotografii to inicjatywy za które trzeba trzymać kciuki, bez względu pod jakim logo takie inicjatywy powstają. Im więcej o fotografii się mówi, im więcej w tym kierunku edukuje, tym lepiej.

joanna: A jak się miały proporcje zleceń do projektów własnych?

Tomasz Wiech: Z tym bywa różnie. Większość tych rzeczy, które zrobiłem, czy robię, wymagają czasu i poświęcenia na nie wielu dni. Pracując w Gazecie czasami udawało mi się coś zrobić w ramach pracy, czasami było to pomiędzy jednym zlecenie, a drugim, a często też poświęcałem swoje wolne dni albo weekendy. Różnie. Zdjęcia w biurach udawało mi się najczęściej wkomponować pomiędzy zlecenia gazetowe, a na przykład do Skawiec jeździłem wtedy kiedy miałem wolne.

fot. Tomasz Wiech / dzieki uprzejmości artysty

joanna: Jak najbardziej lubisz komunikować się z widzem: w galerii, w prasie, na stronie/blogu, w albumie, książce? To pytanie prowadzi w stronę szerszej refleksji - gdzie jest miejsce fotoreportażu...?

Tomasz Wiech: Każda osobno z tych form ma swoje wady jak i zalety. Wiadomo, najłatwiej jest opublikować na własnej stronie internetowej. Z publikacją prasową dociera się do ogromnej liczby odbiorców, a dobrze zrobiona wystawa w ciekawej przestrzeni to jeszcze inny rodzaj satysfakcji.
A gdzie miejsce fotoreportażu czy fotografii dokumentalnej…niewątpliwie w prasie jej mniej. Szkoda, bo odbiorcy są. Wystawy World Press Photo to jedne z nielicznych wystaw, na których galerie zarabiają na biletach, bo tyle przychodzi na nie osób.

joanna: A która wystaw Tobie szczególnie zapadła w pamięć (niekoniecznie fotograficzna)? I druga kwestia - jakie masz ulubione albumy?

Tomasz Wiech: Trudno przywołać z pamięci to co zrobiło największe wrażenie. Mogę coś pominąć. Zapamiętałem niewątpliwie „Teatry Wojny" - jedną z wystaw podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie kilka lat temu, której kuratorem był Mark Power. To było w zasadzie kilka wystaw na terenie Fabryki Schindlera. Była tam zarówno multimedialna ekspozycja na kilku ekranach, jak i cykl zdjęć, które oglądało się w totalnej ciemności. Jedyne światło dochodziło ze szpar pomiędzy deskami w podłodze, sprawiając, że miało się wrażenie, że ta podłoga się zaraz zawali.
Z niefotograficznych wystaw mam w pamięci Muzeum Hasiora w Zakopanem. Bardzo podobają mi się jego prace, a pokazywane są w miejscu, które sam zaprojektował i chyba to sprawia, że jeszcze silniej działają. Polecam.
A albumy. Wiele. Trudno oceniać. Najczęściej lubię je za same zdjęcia, nie za to, że są albumem. Ostatnio widziałem bardzo ładną rzecz. Album Roberta Franka, ale w formie koperty - takiej jak koperta na papier fotograficzny. W środku były luzem wydrukowane powiększenia.



joanna: Jak oceniasz tegoroczne edycje konkursów: WPP i fotografii prasowej?


Tomasz Wiech: Mnie się podoba. Jest wiele materiałów, które na mnie osobiście robią duże wrażenie. Materiał Eugenie Richardsa zapada w pamięć. Podobają mi się też miejskie dżungle Petera Bialobrzeskiego. Ten konkurs wywołuje duże emocje. To dobrze, chociaż czasami nie rozumiem niektórych komentarzy. Nigdy też nie emocjonowałem się tym jednym zdjęciem. Ono zawsze będzie kontrowersyjne. To tylko jedno zdjęcie a gustów i oczekiwań wiele. Na wyniki konkursu patrzę, nie tylko jako na efekt pracy fotografów, ale też jak na pewną pracę jury, które buduje medialny, fotograficzny obraz świata. To nie są najlepsze zdjęcia z minionego roku. Bo co to oznacza najlepsze? To wynik subiektywnych gustów i przemyśleń kilkunastu ludzi zasiadających w jury, które wybrało kilkadziesiąt zdjęć spośród ponad 100 tysięcy. Mam też wrażenie, że wiele osób ocenia ten konkurs przez pryzmat tego, jakiego rodzaju zdjęcia sam robi, a tym samy zawęża sobie rodzaj fotografii, jaki chciałby na tym konkursie widzieć.

joanna: Co zmieniła przez ten rok w Twojej karierze nagroda WPP?

Tomasz Wiech: Myślę, ze dzięki nagrodzie więcej osób dowiedziało się o tym, co robię. Wystawa była pokazywana w ponad stu krajach, mając jednocześnie świetną promocje. To moje zdjęcie jest dosyć specyficzne jak na stereotypowy pogląd o World Press Photo. Jure Janssen, który jest jedna z osób koordynującą wystawy podróżujące po całym świecie, powiedział, że gdy ludzie podchodzą do mojego zdjęcia to najczęściej ich reakcje są skrajne. Cześć jest zdegustowanych, bo przecież każdy takie zdjęcie umie zrobić. A drugiej części się podoba, że na wystawie WPP można tego typu fotografie zobaczyć. Mnie jako autora to cieszy. W końcu chodzi o to, żeby nie pozostawić widza obojętnym.


www.tomaszwiech.com
www.tomaszwiech.blogspot.com
http://maszinstudio.com/