czwartek, 7 kwietnia 2011

ładna ramka robi fotę.

Fotografię można na ścianie umieścić na klej, na gumę do żucia lub plastelinę, na gwóźdź i skocza, no albo ...w ramie. [pianki, pleksy, dibondy, lightboxy itd, no jasne.] Ale rama integralna z odbitką to osobna sprawa. Szał i kombinacje nastały w temacie internetowego wystawiania prac - plfoto, fototok, onephoto, itd. Czego to tam nie znajdziemy...ramki potrójne, ramki nierówne, ramki zaokrąglone, z cieniem, z podpisem, inicjałami, plecionka i bordiura, ah! Szałowe są ramki "niby to skan z negatywu", najlepiej w średnim formacie. Niezastąpione!

Sprawa nowa nie jest, jednak szukam bezskutecznie kogoś i czegoś, może to ktoś opisał a jezcze nie trafiłam? Czy takie ramki gotowe to była rzecz droga, piękna, chętnie kupowana, czy raczej hobbystycznie używana, niestosowne upiększenie niczym z zeszytów pensjonarek?
Wysyp tych dekoracji to pierwsza i druga dekada XX wieku, ten do którego się dogrzebałam w każdym razie. Czyli wygląda na użytek amatorski. Papiery dostępne raczej hobbystycznie, bo anonimowo, dekory produkowane seryjnie, bardzo rzadko podpisywane, a jeśli nawet, zwykle ledwie inicjałem. Papiery dekorowane najchętniej secesyjnym motywem, w najróżniejszym kształcie. Potem zaś, nagle nastał koniec. Czy okazały się nudne i powtarzalne, czy produkcja się nie zwróciła? Czy minął styl a razem z nim moda?
Może ktoś z Państwa odeśle do dalszej lektury, zna szczegół, który warto pamiętać?
W międzyczasie kilka przykładów, dwa nawet właśnie z inicjałami.

wtorek, 22 marca 2011

Allan Sekula: Fundamentalna i przyjemna lektura?


na warsztacie: Allan Sekula, Społeczne użycia fotografii, tłum. Krzysztof Pijarski, red. Karolina Lewandowska, wyd. Zachęta Narodowa Galeria Sztuki i Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2010


Allan Sekula jest znanym twórcą, na świecie. Znacznie słabiej z jego rozpoznawalnością w Polsce. Swoje najważniejsze teksty pisał w latach osiemdziesiątych na łamach amerykańskich pism o sztuce. Do tej pory, a dokładniej do początku 2010 roku czyli czasu publikacji jego wybranych pism w przekładzie na język polski i wystawy w Zachęcie (przełom 2009 i 2010) jego sztuka i pisarstwo pozostawało dla Polaków trudno dostępne. Odległe i niestety nie tylko ze względów geograficznych i językowych. Jego teksty krytyczne pisane w pewnym czasie i miejscu były odpowiedzią na życie społeczne i polityczne w Stanach, z samą fotografia i jej historią związane można powiedzieć – pretekstem. Książkę tę polecam właśnie dlatego czytać od końca, od posłowia. Ale po kolei.
Na okładce: Fotografia podwójna: pozytyw i negatyw aparatu wielkoformatowego z lampą błyskową. Piękny efekt. Brak podpisu autora, przedstawienia, itd. Okładka bardzo celnie odzwierciedla jednak zawartość. „Społeczne użycia” które mogłyby kojarzyć się z użyciem przez społeczeństwo, są ilustrowane aparatem raczej mało dostępnym społeczeństwu jako takiemu. A zatem otwieramy się na rozumienie obrazów, które do społeczeństwa trafiają, na te niuanse znaczeniowe, na wszystko co znajduje się między pozytywem a negatywem.

Autor: Allan Sekula, „Fotograficzny intelektualista”. Odsyłam do wikipedii tych co nie wiedzą (jeszcze). W Polsce… ma korzenie i miał wystawę w Zachęcie. Jest postacią wybitną i nie jest to dobre miejsce by opowiadać o jego życiu i twórczości. W każdym razie warto mieć na uwadze, czytając tę książkę, że jest fotografem praktykującym, artystą znanym. A oglądając jego prace pamiętać, że jest krytykiem i pisarzem, teoretykiem i kontestatorem. Trudno wskazać pole ważniejsze, zdecydować się czy jest bardziej fotografem czy bardziej krytykiem.

Tłumacz: to bardzo ważne, Krzysztof Pijarski, historyk sztuki specjalizujący się w fotografii, krytyk i można też zaryzykować twierdzenie analityk i teoretyk fotografii. Ważna jest jeszcze osoba, która sprawiła tę publikację, redaktorka antologii, która wynegocjowała z autorem itd., przy okazji kuratorka wystawy Sekuli w Zachęcie czyli Karolina Lewandowska. Publikacja towarzyszyła, oprócz katalogu - tej ekspozycji. Warto jeszcze jeden drobiazg podkreślić: „zbiór ten jest pierwszym tłumaczeniem na polski tekstów Allana Sekuli i pierwszą antologią tego autora wydaną w innym języku niż angielski”/K.Lewandowska, wstęp, s.8/.

Przypisy: zdradzają nierówność książki, pochodzenie z przeróżnych źródeł od „October” do „Art Journal” i „Artforum”. Bywają rozdziały z kilkoma na krzyż przypisami lub jak sztandarowy tekst Sekuli „Ciało i archiwum” gdzie właściwie drugi, równoległy tekst pisany jest w przypisach, „zaledwie” 110ciu.

Ilustracje: każdy tekst ma dokładnie jedną/dwie ilustracje, występujące zaraz przy tytule rozdziału/artykułu. Wystarczy prawie. Czasem, aż się prosi o kilka obrazków więcej. Chociażby przy pierwszym rozdziale „O wynalezieniu znaczenia fotografii” mamy zestawienie pracy Alfreda Stieglitza „Dolny pokład” z fotografią Lewis W. Hine. Wybrano jednak nie tę pracę Hine’a, o której wypowiada się Sekula, porównując ze Stieglitzem, lecz inną, zaledwie wzmiankowaną w tekście. Niby żaden problem, ale wzbudza niepokój, nerwowe kartkowanie i na koniec konieczność szukania omawianego zdjęcia w sieci.

Grupa docelowa: osoby zajmujące się fotografią, socjologią, politologią, filozofią i literaturą w sposób powiedzmy bardziej zaawansowany, popularnonaukowy. Publikacja ta nie abstrahuje fotografii do samodzielnego bytu, raczej ustawicznie ją pomija, przemienia w proces równoległy, luźno nawiązuje. Prawdopodobnie znakomite używanie z książki mogą mieć prawnicy i ludzie zajmujący się resocjalizacją. [fenomenalny rozdział „Handel fotografiami”!]

Trudno omawiać publikację, o której redaktorka i tłumacz powiedzieliby zapewne „fundamentalna” dla rozumienia fotografii we współczesnej kulturze. Proponuję lekturę rozpocząć od wspomnianego już posłowia, czyli analizy Krzysztofa Pijarskiego „Allan Sekula i fotografia na skrzyżowaniu dyskursów”, gdzie przybliżona została twórczość pisarska autora, gdzie rozpostarto przed czytelnikiem mapę, rozstawiono drogowskazy. Na spokojnie można potem wrócić do początku i chronologicznie przebrnąć przez „Społeczne użycia”. Następnie, po części trzeciej – „Handel fotografiami”, warto przeskoczyć do ostatniego eseju: „Pomiędzy siecią a głębokim, błękitnym oceanem. (Przemyślenie handlu fotografiami)”.

Warto Sekulę poczytać, bo to przyjemna lektura, bo otwiera ciekawe perspektywy interpretacyjne przed nami. Bo jest tą pierwszą publikacją, która w oryginale zmieniła oblicze krytyki artystycznej, fotograficznej, ma zatem znaczenie historyczne. Bo poszerza wiedzę np. o wystawie „Rodzina człowiecza”, o pracach na archiwach rodzinnych, zestawia wypowiedzi o fotografii Baudelaire’a i Croce, „Titanic” Camerona z muzeum Guggenheima Gherego, i wprowadza w mało znany i niewykorzystany na szerszą skalę w opowiadaniu historii fotografii świat „poboczny”: użycia zdjęć do identyfikacji ludzi, nauki „fizjonomiki” oraz marzeń o uniwersalnym obrazkowym języku.

a tu dwie inne recenzje książki: pierwsza i druga
a tutaj informacja o cyklu wykładów Krzysztofa Pijarskiego /nie bardzo mam szczęście, właśnie dziś mówił o Sekuli/

środa, 16 marca 2011

Erwitt: Sequentially Yours

 Cannes, France, 1975©Elliott Erwitt/Magnum Photos

Tak jakoś się stało, że najpopularniejszą teorią dotyczącą fotografii jest ta ułożona przez Henri Cartier-Bressona w 1955 roku. Ponoć to dzięki jego przyjaciołom znamy ją wszyscy, bo to oni namówili fotografa, by jakoś opisał swoją filozofie robienia zdjęć. Tak powstał "Moment decydujący" (właściwa chwila, odpowiedni moment, decydujący kadr, itd, bo różne były tłumaczenia) czyli: L'instant décisif / The Decisive Moment.
Na swojej monograficznej wystawie w londyńskiej Atlas Gallery Eliott Erwitt przekonuje: "Zwykle jest jeden najlepszy moment, by pstryknąć zdjęcie, jako przykład służy >klisza< Henri Cartier-Bressona o momencie decydującym. Ale wówczas, co zrobić z niedecydującymi momentami?Przecież one też mogą być podobnie wzruszające, kiedy dodają coś do historii."
Na wystawie "Sequentially Yours. Sekwencje fotograficzne albo niedecydujący moment" Erwitt prezentuje zdjęcia niesamodzielne, kilku klatkowe historie - od dwu do dwudziestu. W materiałach prasowych czytamy, że zdjęcia ukazują "non-event" - "nie-wydarzenia", nieistotne chwile, które zostały zarejestrowane przez autora w wolnej chwili, pomiędzy zadaniami, w trakcie innych prac na całym świecie. Wystawę można oglądać do soboty włącznie, do 19 marca.

Ja zaś się zastanawiam nad szaloną modą by naśladować HCB w jego pomyśle na idealną klatkę, podczas gdy nie istnieją nośne teorie czy pomysły na działanie w sekwencjach i seriach. Oczywiście zauważalna jest zmiana jaka nastąpiła gdzieś u początków lat siedemdziesiątych XX wieku, kiedy artyści chętniej w fotografii artystycznej posługiwali się złożonymi wypowiedziami fotograficznymi, zamiast ujmować ideę w jednym kadrze. Nie ma jednak natychmiastowego skojarzenia jeśli chodzi o serie, że pierwszym czy najważniejszym teoretykiem bądź praktykiem był ten czy tamten fotograf. Oczywiście możemy sobie przypominać Edwaerda Muybridge'a jeszcze z XIX wieku, ale wtedy chodziło o co innego, następnie Ed Ruscha czy Duane Michals, ale to też jakby w praktyce, więcej może też zdziałał Bernard Plossu. Możemy wskazywać każdego fotografa, na którego działał film i kino, lub też odwrotnie.

Erwitt mistrz ironii w jednym kadrze, pokazuje ile często ciekawostek i możliwości opowiadania historii tracimy wybierając jedną klatkę, zamiast pokazywania kilku. Mi się zaś marzy oglądanie gazetki dla dzieci ze słynną zabawą "wskaż 10 różnic" na fotografiach (nie tylko rysunkach!) i tak jak u Erwitta w "Sequentially Yours", nie zaś fotoszopowanych kadrach. Ah!




St. Tropez, France, 1979©Elliott Erwitt/Magnum Photos

wtorek, 22 lutego 2011

Nie ma Yoursa, nie ma nic?

www.yoursgallery.com

Yours się wyprowadził. Coś co było (ponoć) przedmiotem plotek (od jakiegoś czasu), spekulacji, domniemywań stało się. I jednak spotkało się z dużym zaskoczeniem. W "Życiu Warszawy" kurator galerii Łukasz Smudziński wyjaśnia jak się sprawy mają.
Kiedy sprawa została przesądzona pojawiły się komentarze o "poważnej wyrwie". "Gdzie teraz mogę oglądać dobre wystawy foto" spytała Agata Passent Agnieszkę Kowalską (zrób to w wawie). 
Redaktorka w artykule w dodatku do Gazety "Co jest grane" objaśnia sytuację: "Okazuje się, że w Warszawie nie mamy teraz tak naprawdę żadnej większej fotograficznej galerii pokazującej, co aktualnie na świecie dzieje się w tej dziedzinie. Jest przykurzony ZPAF, który nie ma takich ambicji. Jest niewielka galeria Refleksy na Mokotowie promująca fotografię artystyczną. Jest też Asymetria prowadzona przez fundację Archeologia Fotografii, zajmująca się głównie fotografią historyczną. Jednak ona w małym mieszkanku na Nowogrodzkiej nie ma w ogóle warunków do organizowania wystaw." (cały artykuł).

Oczywiście wielkie miasta świata mają swoje domy i instytuty fotografii, muzea i galerie czysto-i-tylko fotograficzne. Faktycznie patrząc na Zachód (i Wschód!), porównując Warszawę czy Kraków z Berlinem czy Moskwą wypadamy słabo. Lecz czy galeria duża, przestronna i poświęcona tylko fotografii jest nam w ogóle potrzebna?
Dobre wystawy fotografii oraz wystawy, w których fotografia występuje (nie zawsze jako główna bohaterka) zdarzają się przecież w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki, w galeriach mniejszych: Appendix2, Fundacji Profile, Klimy Bocheńskiej, Raster, Lokal_30, XXI, Heppen Transfer, Le Guern itd. Misję promowania fotografii mają wspomniane przez Kowalską galerie. A, że nie są duże to chyba w niczym nie przeszkadza, vide Galeria ZPAF i Ska chyba najmniejsza w kraju galeria.
Oprócz sytuacji finansowej, trudów przetrwania galerii na trudnym rynku sztuki współczesnej, braku energii, może też po prostu nie czas na medialne rozróżnienia? Co prawda dalej są aukcje, wystawy, konferencje, festiwale dotyczące "tylko-fotografii", "tylko-rzeźby" itd, ale właśnie trendy światowe wskazują, mam wrażenie, odmienną drogę.
Na dobre wystawy malarstwa czy premierę projekcji światowej sławy twórcy też trzeba poczekać. Żeby obejrzeć nowe ekspozycje musimy się sporo nachodzić po wielu mniejszych galeriach. To chyba nie problem? Czemu zatem fotografia miałaby być odosobniona i zamknięta w jednym dużym centrum?
Sytuacja fotografii chyba też nie jest tak katastrofalna, jak odmalowana przez domy aukcyjne i krytyków. Jasne, niewiele osób kupuje prace, bo też ich ceny odstraszają wytrawnych kolekcjonerów, ale ilość festiwali organizowanych w naszym kraju, sytuuje Polskę w absolutnej czołówce światowej. Mamy w końcu średnio około 6 imprez "tylko-fotograficznych" rozpisanych na kilkadziesiąt galerii. To dopiero demokracja! Jedynie trzeba poczekać na festiwal i pojechać do innego miasta. 
Osobną kwestią jest muzeum fotografii, którego misja byłaby daleko wykraczająca poza tylko oglądanie dobrych wystaw, ale też gromadzenie, konserwacja i edukacja. Tego miejsca nie zastąpi nam jednak żadna większa lub mniejsza galeria prywatna. Odsyłam do rozmowy z Karoliną Lewandowską w Obiegu, między innymi o staraniach utworzenia muzeum fotografii w Warszawie.

nieistniejąca już wersja strony internetowej Yours, dostępna już tylko w web.archive

Wracając do zamknięcia Yoursa... Bez względu na to czy byliście fanami czy tylko widzami wystaw tam organizowanych, czy byliście pracownikami czy współpracownikami, czy lubiliście galerię bądź jej nienawidziliście, pewnie zgodzicie się ze mną, że zniknięcie-zniknięciem ale wysłanie w kosmos strony www razem z archiwalnymi materiałami to "drobne" nieliczenie się z własną historią.
Aby odnaleźć niektóre tylko wystawy czy spotkania tam organizowane trzeba się udać do archiwum Fotopolis.pl .
To chyba dobre podsumowanie kilkuletniej działalności tej galerii. 

Zapraszam do dyskusji :>

środa, 16 lutego 2011

Gérard Castello-Lopes (1925-2011)

tak się przykro zaczyna składać, że pojawiam się tu ostatnio ze smutnymi wiadomościami.
Odchodzą od nas fotografowie, artyści starej gwardii, których praca formowała fotograficzną świadomość środowisk, w których tworzyli. Ich nazwiska nie zawsze są powszechnie dziś rozpoznawane, najczęściej przypomina się o nich właśnie w takich momentach...


12.02.2011 w Paryżu zmarł jeden z najwybitniejszych a może i najwybitniejszy portugalski dokumentalista  Gérard Castello-Lopes. 
Gérard Castello-Lopes to urodzony we Francji, wykształcony w Lizbonie fotograf, reporter, krytyk filmowy, reżyser a także dziedzic fortuny największego filmowego dystrybutora i właściciela sieci największych kin Castello Lopes. Wyznawca HCB i Eugena Smitha, szczerze rejestrował salazarowską Portugalię tworząc zbiór bezcennych dla Portugalii dokumentów, w których unikał klisz i łatek chętnie Portugalii przypinanych przez zagranicznych korespondentów.


Castello-Lopes pracował również we Francji, mieszkał w Lizbonie, Cascais, Paryżu i Strasbourgu. 
Warto też dodać, że współtworzył Centro Português de Cinema.

wreszcie po polsku "Fotografia jako sztuka współczesna"

na warsztacie: Cotton Charlotte, Fotografia jako sztuka współczesna, tłum. Buchta M., Nowakowski P., Paliwoda P., wyd. Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2010.



Chciałoby się powiedzieć: no wreszcie! Thames&Hudson wydał tę książkę już dwukrotnie, premiera w 2004, druga edycja w 2009. Wreszcie mamy tłumaczenie inteligentnego przeglądu światowej fotografii. Jeśli zaś weźmiemy datę pierwodruku trudno zachwycać się nad aktualnością publikacji, która w ciągu jednak 6 lat nieco się przeterminowała.

Na okładce: trudno powiedzieć. Jakaś fotografia. Projekt to pani Ewy Gray, niestety nigdzie nie wspomniano czy ta praca ma autora i czy przypadkiem jest on w książce omawiany. Możliwe, że jest to bardzo znana praca, rozpoznawalna w okamgnieniu, niestety moje obycie i opatrzenie nie pozwala na identyfikację autora. W oryginalnym wydaniu na okładce znalazło się urocze zdjęcie Eliny Brotherus „La Nez de Monsieur Cheval” z 1999 roku.

Autorka: Charlotte Cotton to przede wszystkim kuratorka i autorka zajmująca się fotografią. Pracowała m.in. w National Media Museum w Londynie, Victoria&Albert Museum w Londynie, wykładała na Uniwersytecie Yale. To pierwsza jej publikacja przetłumaczona na język polski. W 2010 współpracując z Miesiącem Fotografii w Krakowie (współ)nominowała artystów do Aktualizacji.

Podtytuł: „243 fotografie, w tym 207 barwnych”. Przypomina się era kolorowych wkładek do książki drukowanej w czarno-bieli, kiedy taka informacja o ilości barwy była faktycznie działająca na wyobraźnię. W publikacji o sztuce współczesnej, kiedy za użyciem koloru czy czarnobieli stoją decyzje autorów trudno przeliczać ten wynik na cyfry. Podtytuł w każdym razie z tych weselszych niż mówiących.

Zawiera indeks: osobowy artystów. Jeden rzut okiem i wiadomo, że głównymi postaciami książki są: Becherowie, Nan Goldin, Philip-Lorca diCorcia, Rineke Dijkstra, Zoe Leonard, Cindy Sherman, Thomas Struth, Sophie Calle, Jeff Wall oraz Wolfgang Tillmans.

Bibliografia: zawiera nie tyle literaturę tematu, co spis ważnych albumów, katalogów wystaw, publikacji, które zawierają przede wszystkim obrazy wymienionych w książce autorów. Bardzo miły spis, oczywiście skrócony i wybrany.

Spis ilustracji: absolutnie modelowy. O ile przeszkadza w tekście posługiwanie się tłumaczonymi na język polski tytułami prac, wszystkie w oryginale znajdziemy właśnie tutaj. Każda praca oprócz właściciela i miejsca przechowania ma też wzmiankowaną technikę i rozmiar.

Thames &Hudson wydał książkę Cotton w serii „Word of art” – popularnonaukowych książek wprowadzających w zagadnienia hasłowe: sztuka konceptualna, architektura renesansu, sztuka mediów, performance, itd, jak ujmuje to wydawca „od sztuki Aborygenów po sztukę Internetu”.

Grupa docelowa: każdy! Teoretycznie im przekaz jest dla wszystkim, ty bardziej jest dla nikogo. Ale to autentyczny wyjątek. Książka napisana prosto i przystępnie. Jest mnóstwo ilustracji a autorka bardzo ostrożnie teoretyzuje, czy raczej wymienia pewne istniejące prądy i pomysły starając się je wyjaśnić czytelnikowi. Cotton skupia się na szczególe, którym zawsze jest konkretna praca artysty. W formie krótkich omówień, każdorazowo wraz z ilustracją tworzy barwną mapę pomysłów i realizacji fotografii współczesnej. Autorka wychodzi poza zamknięty i skoncentrowany na sobie świat „tylko-fotografii”. Nie kieruje się ani chronologią, ani instytucjami (szkoły, instytuty, galerie, festiwale). Głównym pretekstem do podziału w książce stał się sposób i temat obrazowania (osobno zajmuje się kreacją, dokumentem, fotografią o charakterze intymnym, portretem, itd.). Warto też zaznaczyć, że bardzo dobitnie zasugerowano umowność tych rozdziałów. We wstępie opisana jest geneza i protoplaści współczesnej fotograficznej twórczości. Nie musimy się z Cotton zgadzać co do konkretnych nazwisk. Ma się z resztą wrażenie, że wstęp ten konieczny był do „zszycia” całej książki i tylko jako opis co dalej znajdziemy można go sobie tłumaczyć.

No właśnie, skoro jesteśmy przy tłumaczeniu. „Zdrowy rozsądek” to tytuł serii prac Martina Parra, który w oryginale funkcjonuje jako „Common Sense”. Mam pewne opory w używaniu tego tytułu. Był on co prawda już użyty przez Beatę Łyżwę-Sokół w materiałach prasowych filmu „Magnum Photos. Narodziny legendy” Reinera Helzmera wyświetlanego w TVP Kultura w 2007 roku. Podobnych przykładów tytułów dobrze już rozpowszechnionych w Polsce a do tej pory nie tłumaczonych jest więcej. Jednak określenie „styl germański” burzy mój spokój na dobre (s.82). W oryginale figuruje zdaje się German School, bo czegoś takiego jak German Style po prostu nie znajdziemy. Tate proponuje określenie Dusseldorf School of Photography a American SuburbX poprzez Douglasa Eklunda z MoMA: German School. W naszym kraju bardzo przyjęło się określenie szkoły dusseldorfskiej na tego rodzaju fotografię, dokładnie z resztą tak samo jak określa się specyficzny styl malarstwa pejzażowego z XIX wieku...

Ciekawe jest zaś wprowadzenie określenia „deadpan”, czyli śmiertelnie poważny bez tłumaczenia. Chodzi o fotografię, w której trudno doszukiwać się maniery twórcy czy jego emocji, zaangażowania. Cotton wyodrębnia „deadpan” jako styl pracy m.in. artystów ze szkoły duisseldorfskiej a także Jema Southama, Hiroshi Sugimoto czy Rineke Dijkstry. Faktycznie do czasu wydania polskiej wersji książki Cotton badacze i krytycy fotografii w kraju raczej nie posługiwali się tym określeniem. Zobaczymy czy się przyjmie…

O kim jest ta książka? Tu właśnie występuje jak dla mnie jedyny problem z kilkuletnim opóźnieniem w tłumaczeniu publikacji. Bohaterami książki są przede wszystkim artyści średniego pokolenia, sławy i wielcy i uznani artyści o międzynarodowych (prawie zawsze) karierach. Wzmiankowane prace w większości powstały w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych oraz do roku 2004. Zatem w czasie premiery książka była super-aktualna. Jest jednak 6 lat później. Oczywiście w szerokiej perspektywie niewiele się zmieniło, a jednak zupełnie wyrywkowo i dla przykładu: Sophie Calle zrealizowała gigantyczną prace pokazywaną na Biennale w Wenecji (odosobnioną rozmiarem w stosunku jej wcześniejszych prac), przyznano pierwszego Złotego Lwa w Wenecji za całokształt twórczości fotografowi Malickowi Sidibie, fotografia uliczna świętuje właśnie swój revival, itd…

Na koniec jeszcze tylko drobne ostrzeżenie, całkiem z resztą chyba niepotrzebne czytelnikowi o zdrowym rozsądku. We współczesnej sztuce nie figurują polscy fotografowie ani polscy artyści aparatu używający. Jedyny i piękny (i największy, bo to jedyna fotografia na rozkładówce!) akcent polski to fotografia Hannah Collins z 1996 roku z Krakowa./rep.s.78-79/

sobota, 12 lutego 2011

na marginesie World Press Photo 2011

Martin Roemers / Holandia/ Panos Pictures "Metropolis"
zwycięzca w kategorii Życie codzienne, historie

Omar Feisal /Somalia/ Reuters "Mężczyzna niosący rekina na ulicach Modadiszu, Somalia, 23 września"
zwycięzca w kategorii "Życie codzienne", zdjęcie pojedyncze


W piątek 11 lutego ogłoszono wyniki najpopularniejszego konkursu fotograficznego. Strona oficjalna i wszystkie wyniki. Do posta z informacjąo konkursie wybrałam dwa ładne zdjęcia. Wygrały w kategorii "życie codzienne", opowieść i zdjęcie pojedyncze.
Wybrałam ładne, ale nie te z przyrody czy sportu. WPP dla prasy szykuje wybór zdjęć, całośc można obejrzeć np. w GW tutaj. Gdyby można było pokazać wedle własnego wyboru - na pewno artykuł zilustrowałabym historiami z kategorii "sztuka i rozrywka": materiałem zwycięskim Amit Madheshiya, Indie "Nocne pokazy kina podróżnego" albo Amit Sha'al, Israel, Calcalist “Altneuland”, Izrael (3 miejsce).

W tegorocznej edycji znaleźli się Polacy: Tomasz Gudzowaty /Yours/ i Filip Ćwik /Napo Images/. Na zdjęciach z galerii zwycięzców jest znowu sporo śmierci i scen drastycznych. Taki to już konkurs. Znalazły się w jednym miejscu bodaj wszystkie katastrofy i kataklizmy roku 2010. Dlatego wybrałam tutaj ładne zdjęcia. Nie będę omawiać wyników, przytaczać uzasadnienia jury, ani analizować zwycięskich prac. Tutaj o zdjęciu roku wypowiedziała się fotoedytorka GW Beata Łyżwa-Sokół.

Wybrałam zatem ładne zdjęcia do krótkiej refleksji i listy tegorocznych ciekawostek w konkursie:
- opowieść/stories - jako podkategoria we wszystkich tematach to jak rozumiem opowieść trzymająca się sensu, początek, rozwinięcie, i tak dalej. Wyjątkiem zatem jest nagroda w kategorii "sport", gdzie wyróżniono po prostu "sports portfolio". 12 ładnych zdjęć bez wspólnego klucza, poza tematem. Szkoda.
- wspomniany wyżej wybór zdjęć do prasy. Jak zwykle, WPP "oszczędza" Kowalskich i Iksińskich, którzy może natkną się na wydrukowane najlepsze zdjęcia, nie będąna to przygotowani i znajdą krew i mięso; także zwykle nie znajdujemy w wyborze prasowym tych super-drastycznych scen. "Zwykle" skończyło się najwyraźniej w zeszłym roku. Z 12 zdjęciowego reportażu, który wygrał kategorię "Wiadomości ogólne" Olivier Laban-Mattei /Francja,Agence France-Presse/, wybrano do publikacji jedyne szarpiące nerwy. Z 12 świetnych, ładnych i mocnych, wybrano to drastyczne.
- najciekawsze są "nagrody" poboczne czyli tak zwane "wspomnienie"/honorable mention/. W tym roku aż dwa razy: Alexandre Vieira z Brazylii /Jornal O Dia/ za serię zdjęć ulicznej strzelaniny i Michael Wolf za "stopklatki" z GoogleStreetView pt. "Seria nieszczęśliwych wypadków". We wstępie do "Street photography now" jest omówiony projekt Michaela Wolfa z Paryża, z paryskiego googlestreetview, jako pewnego rodzaju granica czy alternatywa dla fotografii ulicznej. Wolf zapisuje/zrzuca ekran z aplikacji sceny, które zarejestrowały googlowskie kamery: nieświadomych przechodniów i przypadki losowe, niczym z ukrytej kamery przemysłowej.
- wspomniany materiał Amit Sha'al, Israel, Calcalist “Altneuland” z Izraela przypomina wizualnie serię prac Kennetha Josephsona (czy Zenona Harasyma?). Wyciągnięta ręka z pamiątkowym, albumowym zdjęciem idealnie układa się z tłem współczesnym. Bardzo przyjemna opowieść na temat fotografii i jej miejsca w kulturze.

czwartek, 10 lutego 2011

podsumowanie 2010: plus i minus: cz.2.

Oto druga część podsumowań 2010 roku. Plusy i minusy od Agnieszki Gniotek (Fotoconnect), Witolda Kanickiego (galeria PF i Kwartalnik Fotografia) i Zbigniewa Tomaszczuka (Camer@obscura). Na deser też od "miejsca fotografii": Wojtek Sienkiewicz (obrazowy terroryzm) i Joanna Kinowska.

Witold Kanicki / Galeria Fotografii pf w Centrum Kultury „Zamek” w Poznaniu, Kwartalnik Fotografia

„Pozytywem” ubiegłego roku okazała się wzmożona obecność polskich fotografów na arenie międzynarodowej. W tej materii szczególnie cenne i długofalowe korzyści wynikać mogą z uczestnictwa polskich galerii w Paris Photo. Pokazuje to zarazem siłę kilku młodych polskich instytucji prywatnych i pozarządowych zajmujących się fotografią.

Pomimo takich, wciąż marginalnych działań, „negatywem” jest kiepski stan polskiej fotografii w ogóle. I nie dotyczy to bynajmniej obecności nowej, ciekawej fotografii, czy prężnych festiwali (krakowski Miesiąc Fotografii czy łódzki Fotofestiwal), co raczej częstego wciąż promowania miernoty; nie najlepszej kondycji państwowego szkolnictwa artystycznego, w którym całkowicie brakuje fotograficznych osobowości; wielu słabych wystaw i – powiedzmy to sobie szczerze – ogólnego zacofania...

 
Agnieszka Gniotek / www.fotoconnect.pl
Jak wyglądała sytuacja w Polskiej fotografii w roku 2010? Odpowiadając najprościej – bez zmian w stosunku do lat ubiegłych. Wydarzyło się kilka istotnych faktów, zaistniały nowe zjawiska, ale nie na miarę zmian wstrząsających, które radykalnie odmieniłyby sytuację artystyczną czy rynkową fotografii.
Pozytywy 2010 r.
1. Bardzo istotnym faktem dla popularyzacji fotografii, jako przedmiotu kolekcjonerstwa, a tym samym docenienia tego medium w obrocie rynkowym, aukcyjnym, galeryjnym itp. i jego prestiżu w szeroko pojętej dyskusji o sztuce współczesnej były dwie wystawy przygotowane w oparciu o prywatne zbiory poznańskiego kolekcjonera Cezarego Pieczyńskiego. Obie odbyły się niemal równolegle (wrzesień-listopad 2010), co też nie jest bez znaczenia, bo świadczy o niebagatelnej zasobności tej kolekcji. Pierwsza miała miejsce w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, druga w Muzeum-Pałacu w Wilanowie czyli w Warszawie. Obie doskonale przygotowane, opatrzone świetnie wydanymi katalogami, znalazły szeroki oddźwięk medialny. Takie prezentacje to niewątpliwie realna zachęta sprzyjająca kolekcjonowaniu fotografii w rozmaitych jej przejawach.

2. Ukazała się na rynku książka Adama Mazura „Historie fotografii w Polsce 1839–2009” wydana przez Fundację Sztuk Wizualnych. Jest to subiektywne ujęcie historii polskiej fotografii, nie pretendujące do roli podręcznika, niemniej jednak wobec faktu, że nie została u nas nigdy wydana żadna kompletna historia polskiej fotografii, jest to książka bardzo potrzebna, porządkująca wiele faktów, oczekiwana. Do tego świetnie napisana i zawierająca znaczną ilość ilustracji. Jej ukazanie się cieszy bardzo, choć szansa, że w ślad za nią pojawi się podręcznikowe kompendium polskiej fotografii w ujęciu historycznym jest niestety nikła.

3. Polską obecność na najważniejszych światowych targach fotografii Paris Photo w sekcji Europa Centralna można ocenić różnie. Umieszczam ją w pozytywach, bo sam fakt jest zdecydowanie pozytywny i bardzo cieszy. Czy tę obecność wykorzystaliśmy dostatecznie to już inna sprawa. Marzeniem było, aby Polska samodzielnie stała się gościem honorowym targów. To się nie udało. Musieliśmy podzielić się przestrzenią targową i uwagą widzów z galeriami z Czech, Węgier, Słowacji, Słowenii. Na ich tle wypadliśmy nie najgorzej, przede wszystkim dlatego, że i ich propozycje do szczególnie podniecających, rozbudowanych i zaskakujący nie należały. Obecność tylko trzech galerii: warszawskich – Asymetrii i Czarnej oraz ZPAF i -Ska z Krakowa to za mało, aby polska fotografia zaistniała w powszechnej świadomości światowych kolekcjonerów. Polski program towarzyszący targom: dodatkowe wystawy, dyskusje, prezentacje i program wideo nie wywarł na francuskich mediach i światowych znawcach fotografii socjalnego wrażenia. A na starcie potencjał był duży: Szymon Rogiński nominowany został do prestiżowej nagrody BMW, a fotografia autorstwa Buczkowska/Dzienis promowała cały centralno-eupropejski blok na drukach i w mediach. Nasza obecność w Paryżu to bardzo istotny pozytywny fakt, ale także szansa zbyt mało wykorzystana. A może mam zbyt wielkie oczekiwania?

Negatywy 2010 r.
Rynek fotografii kolekcjonerskiej w Polsce istnieje, choć ciągle w bardzo niewielkim wymiarze. Ponieważ jest mały i wątły, każde wydarzenie bardzo istotnie wpływa na zmianę jego kondycji. Złe posunięcia mocno go osłabiają, dobre fundują szybką hossę. Dobrych niestety ostatnio prawie nie ma. Galerii specjalizujących się w sprzedaży fotografii jest niewiele. Wobec tego główną spiralą rynku są aukcje. W sposób regularny realizuje je w zasadzie wyłącznie Artinfo.pl we współpracy z Domem Aukcyjnym Rempex. Niestety ostanie edycje aukcji Fotografia Kolekcjonerska, szczególnie te zrealizowane w 2010 r. były bardzo słabe, i to pod wieloma względami. Silnie niezadowalający był wynik sprzedażowy. I to przede wszystkim oceniają media i klienci, zazwyczaj nie zastanawiając się nad przyczynami tego faktu. A są one różne i niekoniecznie wynikają z braku zainteresowania fotografią, jako przedmiotem kolekcjonerskim. Natomiast kiedy oferta jest nieatrakcyjna, brak w niej kolekcjonerskich perełek przyciągających kupujących jak magnes, ceny są ustalane niewłaściwie (zbyt wysokie, ale też i zbyt niskie, nie oddające prawdziwej wartości oferowanych prac), a na aukcji powszechną praktyką jest licytacja cen w dół (czemu tego nie robić, skoro wg regulaminu można?), to aukcja taka nie ma szansy powodzenia. Nie zainteresuje kolekcjonerów, odbija się kiepskim echem w mediach. Ogólnie źle służy promocji kolekcjonowania fotografii. Aukcje fotografii są potrzebne, bardzo. Najbardziej spektakularnie zwracają uwagę na ten segment rynku. Artinfo.pl ma w ich przygotowywaniu największe doświadczenie. Obniżenie poziomu ich oferty po prostu smuci. Może warto zastanowić się nad zmianą formuły, poszukać wzorców zagranicą, zrezygnować z licytacji w dół, ograniczyć ilość oferty na rzecz jej jakości, silniej postawić na promocję wśród osób młodych.
2. Obniżenie poziomu Miesiąca Fotografii w Krakowie było w tym roku niestety zauważalne. Wiem, że krytykuje się łatwo, a zrobienie takiej imprezy jak krakowska to ogromny wysiłek finansowy, organizacyjny, koncepcyjny. Do tej pory Miesiąc rozgrywał swój program na dwóch biegunach – jednym było zaproszenie zagranicznej fotografii narodowej w roli gościa, i pokazanie jej wieloaspektowo, na kilku przynajmniej wystawach; drugim zagadnienie problemowe ukazane na przykładzie wystaw kuratorskich z silnym koncepcyjnym piętnem. W tym roku fotografia brytyjska pochłonęła wszystkie siły organizatorów. Zaprezentowana została rewelacyjnie (może z wyjątkiem wystawy w Muzeum Narodowym w Krakowie, nazbyt oczywistej, skierowanej do masowego odbiorcy), ale „pożarła” problemową część imprezy. Bardzo szkoda, bo gość narodowy to specyfika nie-specyficzna niemal każdego polskiego festiwalu fotografii, a krakowskie wystawy kuratorskie wyjątkowa wartości Miesiąca. Mam nadzieję, że w 2011 r. koncepcja dwubiegunowa powróci, czego organizatorom, sobie i wszystkim miłośnikom fotografii gorąco życzę.

3. Ogólna stagnacja – tak odbieram 2010 r. Może znowu mam zbyt duży apetyt, ale wrażenie niedosytu po ostatnich 12 miesiącach pozostaje. Nie było to rok imprez rozgrywanych w trybie biennale, nie spotkaliśmy się ani w Poznaniu, ani w Bielsko-Białej. Tak musi być. Ale zabrakło też ważnych fotograficznych wystaw w dużych instytucjach galeryjnych, na rynku wydawniczym pojawiło się stosunkowo niewiele publikacji, a te które zaistniały to zazwyczaj zbiory przedruków tekstów wcześniej publikowanych w internecie, katalogach wystaw, w materiałach posympozjalnych. Bardzo potrzebne, ale trudno się nimi jakoś specjalnie ekscytować. Zabrakło też wywrotowych projektów indywidualnych autorstwa polskich fotografów, które komentowalibyśmy z wypiekami na twarzy. Mam nadzieję że to cisza przed burzą która czeka nas w roku bieżącym. Wiele obiecuje sobie m.in. po Kamilu Strudzińskim, Filipie Berendtcie, czy Michale Grochowiaku.


Zbigniew Tomaszczuk / Camer@obscura
Za najciekawszą wystawę ubiegłego roku uważam bez wątpienia ekspozycję prac Wojciecha Bruszewskiego, Fenomeny percepcji, która miała miejsce w Miejskiej Galerii Sztuki w Łodzi. Zwracam też uwagę na wydawnictwo towarzyszące tej wystawie. Skoro mowa o wydawnictwach, to w ubiegłym roku ukazało się kilka interesujących pozycji, do których zaliczyłbym:

Katalog Miesiąca Fotografii w Krakowie, Historie Fotografii w Polsce Adama Mazura, Eseje. Teksty o fotografii polskiej Lecha Lechowicza, Melodia dwóch pieśni Marka Powera, U, Photos Taken In Ukraine In 2008-2010, Sputnik Photos. A propos Sputnika to chciałbym wymienić indywidualne wystawy członków tej agencji: Rafała Milacha Czarne Morze Betonu i Adama Pańczuka Karczeby.

Zupełnie unikalną inicjatywę kontynuuje Waldemar Śliwczyński jako kurator projektu „Września subiektyw” realizowanego przez zapraszanych fotografów. W tym roku ukazał się album z fotografiami Bogdana Konopki a fotografem – rezydentem burmistrza Wrześni był Andrzej Jerzy Lech. Oddzielne gratulacje za kontynuację wydawania „Kwartalnika Fotografia”.

Z ciekawością też obserwuję interdyscyplinarne przedsięwzięcie realizowane przez środowisko akademickie Poznania: Katedry Fotografii Uniwersytetu Artystycznego i Instytutu Socjologii Uniwersytetu im. A.Mickiewicza, mając na myśli wystawy i wydawnictwa pod wspólną nazwą Formy zamieszkiwania. No i oczywiście wystawy i akcje Fundacji Archeologia Fotografii.


Wojtek Sienkiewicz / obrazowy terroryzm
Joanna poprosiła mnie podsumowania w plusie i minusie tego, co fotograficznie stało się w ubiegłym roku. Pomysł tego rodzaju zawsze wydaje mi się trafiony do momentu, w którym trzeba coś napisać. Dociera do mnie wtedy, że mieszkając na końcu wsi, na peryferiach miasteczka będącego peryferiami dużego miasta na peryferiach kraju będącego peryferiami Europy - widziałem niewiele. Wiecie jak jest - dom, praca, rodzina, szkoła, kredyty i życie generalnie takie.

Zawsze ratunkiem na taki stan rzeczy były te dwa kwadranse przed snem raz na trzy miesiące, gdy Kwartalnik Fotografia stał na straży mojego nieuwsteczniania. W 2010 roku nie wiem czemu, ale stał się w moim odczuciu słabszy. I tak go będę kupować, bo polowanie na niego w Empiku weszło mi w krew i jest po prostu cennym obiektem na mojej półce. Nie ma tragedii, ale nie ma takieg szlifu, jaki potrafił mu nadać poprzedni Naczelny. To jest dla mnie minusem.

Nie napiszę o innym minusie - Newsreportażu. To by było jak iść przez rynek Wrocławia i kopać rzucony na bruk śmieć, zamiast podnieść go i wrzucić do kubła.

Plusem jest to, że w pomieszczeniach dawnej wrocławskiej galerii Foto-Medium-Art, od lat będącej pod kuratelą Jana Bortkiewicza odbyła się wystawa dolnośląskiego ZPAF na którą nie poszedłem i w poprzednim roku. Dzięki temu nie straciłem kilku kwadransów życia, które mogłem zainwestować w odstanie swojej kolejki na poczcie z avizo w dłoni.

Joanna Kinowska / miejscefotografii
Mój fotograficzny plus jest bardzo osobisty. To był rok, który mogłam poświęcić synkowi, a w wolnej chwili tylko fotografii. Co prawda nie naoglądałam się wystaw na żywo w takiej ilości jak dawniej, ale na pewno naczytałam się więcej. Dzięki przyjemnej księgarni (bookdepository) czułam się - jak nigdy wcześniej - na bieżąco z wydawnictwami fotograficznymi. Jednym z odkryć tegorocznych jest Gerry Badger i jego "Genius of Photography" - książka/album (filmy swoją drogą).
Minus jest też "książkowy". To "Fotografia" Marii Potockiej. Bardzo ograniczone wydawnictwo, z wąskim horyzontem, które zawiera sporo błędów merytorycznych i mam wrażenie - obraża ludzi, którzy posługują się czarnobielą, fotoreporterów, wszystkich hobbystów fotografii i wszelkich "pstrykaczy niedzielnych". W tym roku zwróciłam się w stronę snapsów historycznych, poszukuję i oglądam zwykłe pamiątki ze zwykłych albumów. Na tle tych odkryć, wspaniałych czasem i pięknych prac, tezy Potockiej są kompletnie nietrafione. Autorka - osoba znana w środowisku artystycznym, dyrektor nowego centrum sztuki w Małopolsce, we wstępie delikatnie sugeruje, że książka jest tym czego się nauczyła i co zrozumiała o styku fotografii/sztuki. No cóż lista lektur musiała być zbyt wąska.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Jagielski dla Dużego Formatu: Strzel zdjęcie i giń


 Duży Format, dodatek do Gazety Wyborczej z 3 lutego 2011



Wojciech Jagielski, dziennikarz i korespondent, napisał tekst dla DF "Strzel zdjęcie i giń". Artykuł zadedykował Krzysiowi Millerowi, który leczy się od kilku miesięcy ze stresu bojowego. Miller z Jagielskim często współpracowali, jeżdżąc w sam środek wrzących miejsc. Tekst bardzo ważny, potrzebny i wyczekany.

Wersja internetowa pojawiła się 6/7lutego i jest tutaj. A w "miejscu" streszczenie: Jagielski na przykładzie Millera, Petera Andrewsa oraz Bang-Bang Club opowiada o trudach zawodu fotoreportera, takiego, który znalazł się na wojnie. W artykule wspomniany jest oczywiście Robert Capa ze swoim mottem o podchodzeniu blisko, oraz James Nachtwey jako "jeden z najsławniejszych". W pierwszej części Jagielski skupia się na historii "Bractwa Pif-Paf", czyli (dlaczego tłumaczymy?) Bang-Bang Club. [odsyłam do własnego skrótu z  historii B-B-C w miejscufotografii]. Autor posługuje się książką-wspomnieniem Grega Marinovicha i Joao Silvy, tłumaczy też kilka jej fragmentów. To faktycznie najbardziej jaskrawy przykład ryzyka jakie niesie ze sobą fotografowanie współczesnych konfliktów. Bang Bang Club w oryginale tworzyło czterech fotografów: Greg Marinovich (został postrzelony, żyje w zdrowiu), Joao Silva (na jesieni 2010 wszedł na minę, żyje, nie ma nóg i jest w trakcie rehabilitacji), Kevin Carter (popełnił samobójstwo) i Ken Osterbroek (został zastrzelony). Matematyka jest nieubłagana. W książce jest wiele interesujących wypowiedzi o potrzebie zaangażowania fotoreportera, o świadomości ryzyka, o trudach dogadania się z innymi ludźmi. Ten właśnie temat drąży Jagielski. Wspomina rozmowy z Silvą i Andrewsem.
Artykuł kończy się wypowiedzią Krzysia Millera.


Próbuję ogarnąć temat fotografii wojennej od kilku lat. Uczę się i czytam o kolejnych wielkich i odważnych. Po przeczytaniu wspomnień Marinovicha i Silvy zauważyłam, że to temat, którego nie da się zgłębić tak jak inne. To zupełnie inny rodzaj bohaterstwa. A fotografia tak zwana wojenna musi wymykać się estetycznym kryteriom. Susan Sontag w opublikowanym w zeszłym roku w Polsce w eseju "Widok cudzego cierpieniu" poddaje w wątpliwość kwestie moralności - potrzeby oglądania "trudnych" zdjęć i potrzebę ich tworzenia. Pominęła jednak problem radzenia sobie z tym bogactwem cierpienia. Pół roku temu znalazłam w internecie ciekawe miejsce: DART - center for journalism & trauma. Wczytałam się w drugą stronę medalu. Zapisałam sobie kilka biuletynów w komputerze i już układałam mejla do Krzysia, z pytaniem czy to zna i co o tym sądzi. W Polsce nic się jakoś nie mówiło wcześniej, żeby ktoś miał kłopot ze sobą, z przeżyciami po wizytach na wojnach. Mejla nie wysłałam. Pomyślałam, że lepiej będzie jak o tym pogadamy przy okazji. Tydzień później zadzwoniła Magda ze Slowphoto, czyli grupy studentów Filmówki. Powiedziała, że Krzyś jest teraz w klinice.

Nad wnioskami i zakończeniem tego posta myślę już dobę. Ten tekst otworzył mi jeszcze szerzej oczy. Nigdy nie miałam odwagi pytać Krzyśka co przywiózł ze swoich podróży. Z drugiej strony udawanie niewiedzy i milczenie sprawy nie upraszcza. Bardzo trzymam kciuki za jego wyjście na prostą. Mam nadzieję, że po leczeniu, po przetrawieniu tego wszystkiego sam Krzyś nam chętnie opowie o zawodzie fotoreportera, w zupełnie inny niż dotychczas sposób. Napisał na zakończenie, że nie traci czasu i obmyśla kolejne serie zdjęć. Niebawem je pokaże. Jest na co czekać, zaręczam! 

poniedziałek, 31 stycznia 2011

podsumowanie 2010: plus/minus

Miejsce fotografii jest bardzo młode. Przeoczyliśmy nawet pierwsze urodziny. Tradycji podsumowań i rankingów jeszcze sobie nie wyrobiliśmy. Rok 2009 fotograficznie podsumował Wojtek Wilczyk: subiektywnie i ja równie „po swojemu”.
Czas najwyższy na odniesienie do minionego 2010 roku. Tym razem z prośbą o krótkie wskazanie największego PLUSa i MINUSa zwróciliśmy się do kilku osób na co dzień związanych z fotografią i okolicami.
Część pierwsza podsumowań to wypowiedzi Agnieszki Kozak (Miesiąc Fotografii w Krakowie), Marcina Szymczaka (ZawszeKwadrat), Kingi Kenig (Gazeta Wyborcza, Blindspot), Krzysztofa Pacholaka (Migawki, Ę) i Adama Mazura (CSW, Obieg). Niebawem część druga. Zapraszam do lektury i dyskusji! j


Agnieszka Kozak / http://www.photomonth.com/
PLUS: na pewno to, że Polska zwariowała na punkcie sprzedawania fotografii. Być może nie do końca jeszcze kupowania, lecz na pewno sprzedawania. Niezliczone błyskwiczne aukcje, specjalne eventy, na których można było kupić zdjęcia uznanych tworców, gwiazdkowe "wyprzedaże" sztuki, na których zdjęcia naprawdę się sprzedawałay - na pewno podniosły świadomość rynku sztuki i fotografii w szczególności. Zwieńczeniem był pewnie udział i sukces polskich galerii na Paris Photo: Asymetria, Czarna i ZPAF i Ska. No i Małgosia Bela, która kupiła zdjęcia Konrada Pustoły właśnie tam... :)

MINUS i PLUS JEDNOCZEŚNIE: strasznie zmartwił mnie "Przekrój" bez zdjęć, za to z ilustracjami. Gazeta, w której pracowali jedni z najlepszych fotografów w Polsce - robących humanistyczne, niekonwencjonalne, osobiste zdjęcia - nie wykorzystywała ich potencjału. To, co jest świetne, to to, że wygląda na to, że właśnie odeszła od tej polityki i można w ostatnich numerach oglądać np. prace Krężela. Może wrócą czasy, kiedy kupowałam "Przekrój" dla zdjęć wyżej wspomnianego czy Szczepańskiego, Dąbrowskiego lub Bajorek.To takie życzenie na Nowy Rok.


Marcin "Rudolf" Szymczak / http://zawsze-kwadrat.pl/
Zastanawiałem się trochę nad tym, co rzeczywiście przyniósł rok 2010 w fotografii, ale muszę powiedzieć, że nie było tam nic, co by rzeczywiście potrafiło z perspektywy czasu poruszyć. Coraz więcej ludzi robi zdjęcia, ale to od lat jest stały trend. Coraz więcej jest publikacji fotograficznych i bardzo dobrze, bo widać szansę na nadrobienie w tej kwestii zaległości do reszty świata. Są wciąż nowe wystawy, imprezy okołofotograficzne, itd, itd. Ale znowu: to trwa od paru ostatnich lat.

Jedyną rzeczą, która rzeczywiście była nowa, to... (uwaga, uwaga) wystąpienie - bodajże pierwszy raz w historii fotografii polskiej - fotografa jako celebryty! Mam na myśli kuriozalną rolę Marcina Tyszki w Top Model! Myślę, że to jest przełomowe zdarzenie, które wiele mówi o kierunku, w jakim staramy się fotografię rozwinąć. I nie wiedzieć czemu - jakoś nie potrafię znaleźć uczucia dumy, że taki program (z wyraźnie zaznaczoną rolą fotografii) powstał.


Kinga Kenig / http://blindspot.blox.pl/
Dużym plusem była dla mnie wystawa The Mexican Suitcase w International Center of Photography, wydany album oraz strona, na której możemy zobaczyć niesamowite stykówki Capy, Taro i Chima.
http://museum.icp.org/mexican_suitcase/%20

Bardzo ważnym wydarzeniem było też dla mnie reakcja kolegów Joao Silva, który stracił w Afganistanie obydwie nogi. Jego przyjaciel zorganizował aukcję jego zdjęć. Dochód z niej ma wspomóc fundusze na leczenie Silvy. Wspaniale zachował się też NYT, dla którego Silva robił zdjęcia. Gazeta po wypadku postanowiła zatrudnić fotografa na etat. http://joaosilva.photoshelter.com/

A coś z minusów to np. zmiana regulaminu konkursu Newsreportaż.


Krzysztof Pacholak / http://migawki-animatornia.blogspot.com/
W 2010 roku spotkało nas dużo dobrego i na tym się skupię.
Numerem jeden był Miesiąc Fotografii w Krakowie. Impreza, którą możemy się chwalić. Wystawa prac Tony’ego Ray-Jones’a i Anne Fox, kuratorski popis Jasona Evans’a oraz hit ubiegłego roku: „Melodia dwóch pieśni” Marka Powera wraz z towarzyszącym jej albumem. Warto też przypomnieć o sekcji Show Off i odkryciach takich, jak choćby „Miasto śpi” Łukasza Biedermana.

Cieszą nowe książki. „Historie fotografii w Polsce” Adama Mazura, których wciąż jeszcze w całości nie przeczytałem, ale które z całą stanowczością polecam. Cieszy „Dno oka. Eseje o fotografii” Wojciecha Nowickiego. Książka wyjątkowa: zapładniająca umysł, poszerzająca wrażliwość. Perełka.

2010 rok to również dwa małe prezenty od moich ulubionych fotografów. Najpierw Kuba Dąbrowski pokazał „Western”, broszurowy album przypominający czasy nieodżałowanego „accidents will happen”. Drugie mini-wydawnictwo to „U” kolektywu Sputnik Photos. Z jednej strony radość, że mamy w Polsce takich twórców i tak dobre projekty, z drugiej zawód, że wydawane są tak skromnie.

Co dobrego jeszcze pamiętam?
Festiwal „Warszawa bez fikcji” i serię debat o fotoreportażu. Organizacja pozostawia wiele do życzenia, ale najważniejsze, że takie inicjatywy powstają i znajdują rzesze odbiorców. Pamiętam o wystawach w Yours Gallery, o Adamie Pańczuku i Rafale Milachu, o Masie Prac i o aukcji „Fotosprint” na Solcu 44. Pamiętam o Domu Spotkań z Historią i świetnych, przekrojowych reporterskich wystawach: „Cztery pory Gierka” i „Amerykanin w Warszawie”.

Co na minus?
Grand Press Photo 2010. Rzadko się tak emocjonuję konkursami prasowymi, ale ubiegłoroczna edycja pozostawiła długotrwały niesmak. Przede wszystkim dziwi wybór jury. Polską fotografię prasową w 2010 reprezentowała banalna scenka uchwycona podczas śląskiego Bożego Ciała. Tomasz Tomaszewski po raz kolejny pokazał, jak sprawnie potrafi tworzyć pocztówki. Od fotografa tej klasy oczekiwałbym więcej: autorskiego podejścia, próby własnej interpretacji rzeczywistości. Brak tu tego. Szkoda.
Niestety na samym werdykcie temat się nie kończy. Historia zwycięskiego zdjęcia trwała przecież znacznie dłużej. Nie potrafię zapomnieć o żenującej nagonce, o podejrzeniach o manipulacje i de facto zmuszeniu Tomaszewskiego do ujawnienia pliku RAW. Szkoda, że to zrobił.

Jednak żeby nie demonizować za dużo.
Podsumowując: dzieje się! Wyraźnie drgnęło w polskiej fotografii, mamy przeglądy portfolio, debaty i świetne festiwale. Powoli rodzi nam się rynek. Mocno trzymam kciuki za rok 2011


Adam Mazur / www.obieg.pl/
PLUS: Osobiście był to dla mnie przede wszystkim rok książek. Bynajmniej nie chodzi mi tu o żmudną końcówkę redagowania /Historii fotografii/, lecz o przyjemność lektury innych książek, a było z czego wybierać: /Dno oka /Wojciecha Nowickiego, /Fotografia /Marii Anny Potockiej, /Fotoeseje /Lecha Lechowicza, czy zamykający rok tom /Za fotografię! /Marka Krajewskiego i Rafała Drozdowskiego. Dodam, że to wszystko książki krytyków, teoretyków, historyków fotografii. Listę tekstów krytyczno-teoretycznych uzupełnię albumem fotograficznym wyróżniającym się zdecydowanie na tle produkcji krajowej, czyli /Melodią dwóch pieśni /Marka Powera.

MINUS: Konkurencja nie śpi, ale internetowa "Fototapeta" trzyma się dzielnie od lat. Z tym większym smutkiem i zdumieniem czytałem wywiad-rzekę z Bogdanem Konopką przeprowadzony przez Marka Grygla. Do tej pory nie mogę zrozumieć dlaczego ludzie o wielkim dorobku i licznych zasługach zniżają się do takiego poziomu. Kubeł pomyj wylany i nie ma komu posprzątać.

PRZEPOWIEDNIA (EXTRA)

Wydarzeniem 2011 roku już jest to, że w maju nie nałożą się na siebie terminy wiodących imprez fotograficznych w Łodzi (pierwszy weekend), Krakowie (połowa miesiąca) i Poznaniu (biennale przeniesione na wrzesień).

sobota, 8 stycznia 2011

Kartka z kalendarza



Korporacyjna kuchenka, przerwa na herbatę. Na ścianie kalendarz - z roku na rok coraz mniejszy - w 2011 osiągnął chyba szczyty oszczędności, pochodzi z paczki herbaty dla pracowników. Wiadomo, kryzys dawno za nami, ale raz ucięte koszty głupio przyszyć z powrotem...

Z lat PRL pozostał w człowieku sentyment do takich kalendarzyków, więc odruchowo sięgam i oglądam rewersy stron z datami. Przepisy kulinarne, rysunki satyryczne, porady savoir vivre... Wtem!


Przecieram oczy... Ten Tomaszewski? Napisał o wielkości wyświetlacza w cyfmałpie??

I już po mnie, przekartkowuję dzień po dniu... Można się dowiedzieć co nieco o Lightroom'ie:


Co nieco o ustawieniach aparatu:


O fotografii na śniegu, co ciekawe, radzi już nie Tomasz, a Tomek Tomaszewski:


Na deser kartka z marca:


Dla tych, którzy będą mieli pecha i nie zdobędą tego wydawnictwa w promocji w tesco, podsyłam link do sklepu.

Miało być bez komentarza, ale... w opisie sklepu napotkałem niezwykle trafne, nowe słowo: "zdzierkowy". I lżej mi się będzie piło następne herbaty.

środa, 5 stycznia 2011

Kolekcjonuj, teraz!

Koniec listopada i grudzień w świecie kolekcjonerskim to czas aukcji charytatywnych. Zbliżają się Święta i okazyjne zakupy łączone są ze szczytnymi celami: na działalność fundacji, stowarzyszeń, ośrodków, zakładów, lecznic, świetlic, itp. W fotografii w Polsce niezupełnie... Ten czas to istny wysyp aukcji i akcji o kolekcjonowaniu, ale tylko jedna zorganizowana została pod hasłem „charytatywnej”. Jednak mnie najbardziej zainteresowało powoływanie się niemal wszystkich organizatorów na kolekcjonowanie fotografii w naszym kraju jako dziedzinę, którą trzeba zacząć, wspomóc i rozpalić. 7 akcji w ciągu miesiąca o kolekcjonowaniu i niemal nieodzowne hasło „zacznij!”. Przyjrzyjmy się (chronologicznie) kto jest wedle organizatorów grupą docelową i czym wedle nich jest to tajemnicze „kolekcjonowanie”...



Nazwa: Fotografia kolekcjonerska 8 /”projekt” - aukcja
Organizator: Galeria Senatorska / Warszawa
Data: 23 listopada 2010
strona

„Projekt fotografia kolekcjonerska” - w Miejscu już omawiałam poprzednie edycje. Katalog edycji 8

Niestety, większość się nie sprzedała. Zestaw nazwisk ciągle podobny do tych z poprzednich edycji, wybór większy. Ale ceny wydają się jednak znów wyprzedzać poziomem aukcje malarstwa i rzeźby.

Kolekcjonowanie fotografii, jak zauważają organizatorzy w krótkim wstępie, jest tak stare jak sama fotografia, i zaznaczają: „także w Polsce obserwuje się rozwój zainteresowania tą dziedziną sztuki.”

„Projekt ma skierować uwagę zarówno kolekcjonerów, marszandów, historyków sztuki, jak i osób niezwiązanych zawodowo ze światem sztuki na polską fotografię.” To bardzo ważne stwierdzenie organizatorów, które aukcję każe traktować jako element szerokiego działania wystawienniczo-wydawniczo-edukacyjnego. „Katalog ma charakter indeksu nazwisk tworzących rynek fotografii kolekcjonerskiej w Polsce” – z tym zdaniem, niestety, zgodzić się nie można. Katalogi „Fotografii kolekcjonerskiej” są na pewno wydaniami wyjątkowymi na polskim rynku fotograficznym, jednak ciągle nie wyczerpują tematu, zawarte w nich biogramy są skrótowymi informacjami i mimo kilkuletniej działalności „projektu” jeszcze nie powinniśmy zachłystywać się „indeksem tworzących”.






Nazwa: „Fotosprint” /akcja
Organizator: Fundacja Archeologia Fotografii /Warszawa
Data: 4 grudnia 2010
strona

„Zdobądź oryginalną fotografię po atrakcyjnej cenie i zainicjuj swoją kolekcję, lub zrób wyjątkowy prezent gwiazdkowy dla swoich bliskich!”

Jedyna spośród wymienionych tu akcji o charakterze charytatywnym. Fundacja zebrała zdjęcia od zaprzyjaźnionych autorów i wszystkie zaoferowała za jednakową cenę 250 złotych. Dochód zasilił konto fundacji, która obiecała w 2011 wydać (częściowo z tych pieniędzy) katalog prac m.in. Zofii Chomętowskiej. Była to także pierwsza tego rodzaju impreza w Polsce. Zdjęcia znanych i nieznanych autorów były przedstawione anonimowo. Można było kupić (trafić) za te 250 złotych fotografię Dłubaka lub mogło się okazać, że wybraliśmy „Iksińskiego”. Co więcej, zgodnie z tytułem imprezy – czas wyboru i namysłu był ograniczony. Nigdzie bowiem nie przedstawiono katalogu prac, kłóciło by się to z resztą z pomysłem. Publiczność biegła do ścian i w pośpiechu oglądała prace. Decyzję trzeba było podjąć zanim ktoś inny „zaklepał” sobie pracę. Dopiero po dokonaniu wpłaty okazywało się czyje zdjęcie kupiliśmy. Opatrzenie się w fotografii oczywiście punktowało, można zaś było także dobrać pracę ze względu na temat, dominujący kolor (czy będzie pasować do sypialni) czy format (wedle ceny za cm2 fotografii). W ofercie „Fotosprintu” znalazły się zarówno odbitki kolekcjonerskie (sygnowane, numerowane), jak i „zwykłe” zdjęcia i wreszcie reprinty prac dawnych.

Fotografię potraktowano jako prezent lub zachętę do stworzenia („zainicjuj”... czemu nie kontynuacji? wzbogacenia?) kolekcji – a tak naprawdę „cegiełkę” na rzecz Fundacji.

Fotosprint w Solec 44 / 4 grudnia / fot jk





Nazwa: „Masa prac” /wystawa
Organizator: Yours Gallery
Data: od 8 grudnia 2010 do 9 stycznia 2011
strona

„Od kilku lat obserwujemy rosnące zainteresowanie polską fotografią, coraz więcej osób decyduje się na zakup zdjęć i rozpoczęcie swojej przygody z kolekcjonowaniem.”

„Masa prac to ponad dwudziestu autorów oraz blisko siedemdziesiąt fotografii, zróżnicowanych tematycznie, technicznie, a także cenowo. Każda z nich jest przygotowana od razu do zakupu, dzięki czemu może stać się unikalnym prezentem dla najbliższych lub początkiem nowej kolekcji.”

Znowu temat zaczynania kolekcji i prezentowania fotografii. „Unikalność” jak rozumiem bierze się z niecodzienności, lepiej – nietuzinkowości podobnego prezentu, nie zaś „unikatowości” dzieł, które występują w edycjach po kilka sztuk. Siedemdziesiąt prac wystarczyłoby na małą aukcję, tyle, że tutaj ceny są ustalone. Po prostu wystawa sklepowa, bierzemy co jest dostępne. Przychodzi na myśl wspomnienie nieistniejącej już dziś galerii Luksfera w Domotece, podwarszawskim centrum handlowym. Galeria posiadała swoją przestrzeń wystawienniczą i oferowała do zakupu prace – w jeszcze szerszym niż w Yoursie przedziale cenowym i przeglądzie autorów. Termin przedświąteczny teoretycznie nie został skomentowany, natomiast słowo „prezent” pojawiające się w informacji prasowej każe domyślać się wyjścia frontem do klienta przedgwiazdkowego.





Nazwa: XI aukcja fotografii /aukcja
Organizator: Rynek Sztuki / Łódź
Data: 16 grudnia 2010
strona

To coroczna impreza organizowana na początku grudnia we współpracy z Łódzkim Towarzystwem Fotograficznym. Autorzy lokalni, raczej mniej znani, ceny przystępne i mnóstwo niesprzedanych prac. Poziom imprezy słaby, ale nie ma tutaj zadęcia teoretycznego i proklamowania nowego wspaniałego świata. Nie ma tu mowy o kolekcjonowaniu ani prezentowaniu. Warto zaznaczyć - jest to najdłużej działająca cykliczna fotograficzna impreza komercyjna. Powodzenia w następnych latach.





Nazwa: Aukcja fotograficzna /aukcja
Organizator: ZPAF /Warszawa
Data: 18 grudnia 2010
strona

Postanowiłam wkleić duży fragment większej wypowiedzi Anny Wolskiej o aukcji. Oprócz wzmiankowanego charakteru imprezy bardzo cenna jest opowieść o genezie.

Anna Wolska, organizatorka aukcji: „Zaledwie kilka miesięcy temu, miałam okazję przechadzać się ulicami Gdańska w czasie Jarmarku Dominikańskiego. Moją uwagę przykuły wówczas „stare”, pruskie fotografie, pożółkłe w wyniku kąpieli w herbacie lub wręcz malowane laserunkowo farbami akrylowymi. Ilość takich cudeniek wywołała u mnie zdumienie, bo oznaczało to, że musi istnieć zapotrzebowanie społeczne na takie falsyfikaty. Tylko po co u licha ludzie to robią? Takie samo pytanie można by zadać oczywiście wszystkim osobom kupującym kolorowe obrazki, czy postery w rozlicznych domach towarowych. Czemu to robią? By wypełnić czymś ścianę, by zaimponować, by było ładniej? Przecież oszustwo jest widoczne dla wprawnego widza gołym okiem. Oleodruk Klimta z pewnej sieci sklepów nigdy nie zastąpi oryginału przechowywanego w Luwrze!”

„Hasło aukcji „hande made” i „arts and crafts” wyraża tęsknotę za „magicznością” fotografii wiążącej się nie tylko z chemicznym procesem przywoływania obrazów na kartce papieru powleczonego emulsją, jej wartości związanych nieodłącznie z ręką i okiem mistrza ale i z pewnym procesem intelektualnym, który w sposób twórczy wykorzystuje nowoczesne środki reprodukcji obrazu. Budując dla Państwa zbiór prac na Aukcję w Starej Galerii ZPAF starałam się prosić autorów, by wyszukali w swoich zbiorach prawdziwe unikaty. Fotografie niepowtarzalne, zarówno pod względem technologicznym jak i artystycznym. Cyjanotypie, gumy, heliografie, odbitki wykonane w mokrym procesie kolodionowym, autorskie odbitki srebrowe, nietypowe, autorskie wydruki, fotografię performance.”

„Praca u podstaw” by statystyczny Polak przyozdabiał ścianę czymś wartościowym (i to jeszcze fotografią?!) wydaje się z góry skazana na niepowodzenie. Pytanie czy aukcją fotografii członków ZPAF można w tym temacie cokolwiek zmienić? Oby (ale niezdecydowane „oby”).

Większość prac pozostała niesprzedana. W katalogu oprócz szeregu „vintage prints” „odbitek unikatowych”, „1 sztuka” lub „1/1” (może by tak ujednolicić zapis?) znalazły się także edycje „wyjątkowe” z 15, 20, 25, 30 lub nieodzowny „nakład nieokreślony” czy „brak danych” (lub brak pozycji „nakład”). Nie ma tutaj mowy o zaczynaniu kolekcji czy prezentowaniu fotografii na gwiazdkę. Biogramy sporządzone dobrze, wiele niestety do życzenia pozostawiają wspomniane nieujednolicone opisy prac. Pełny katalog






Nazwa: Kuba Dąbrowski. Dwa zdjęcia /akcja
Organizator: Miesiąc Fotografii w Krakowie w TR /Warszawa
Data: 20 grudnia 2010

Projekt Kuby Dąbrowskiego w TR Warszawa jest zapowiedzią jednego z tematów, jakimi będziemy chcieli zająć się podczas kolejnej edycji Miesiąca Fotografii w Krakowie, tj. kolekcjonowania fotografii. Niestety nie mamy w naszym kraju tradycji kupowania czy zbierania zdjęć, a pora najwyższa by wejść do grona krajów takich jak Czechy, Węgry - o Francji czy Wielkiej Brytanii nie wspominając - gdzie kolekcjonerstwo jest od dawna "zdrową modą". Być może sygnowany plakat Kuby Dąbrowskiego będzie dla niektórych uczestników wydarzenia zaczątkiem prawdziwej kolekcji - pisze Tomasz Gutkowski - dyrektor Miesiąca Fotografii w Krakowie [za fotopolis.pl].

Kuba zaś na blogu pisał: „robimy taką jakby wystawę, rozdajemy plakaty z dwoma moimi zdjęciami. Plakaty są w formacie B2. Każdego jest sto sygnowanych i numerowanych egzemplarzy i ani jednego więcej. Można przyjść i po prostu sobie wziąć. Chociaż plakaty są prezentem i można je dać komuś w prezencie, to całe przedsięwzięcie nie ma związku ze świętami.”

Czyli kolekcjonowanie dla każdego. Wystarczy być, przyjść, zabrać. Można nakleić na ścianę, płytki w łazience, wstawić w ramkę.

Zdjęcie-prezent-gratis może być prezentem albo „zaczątkiem prawdziwej kolekcji”. Akcja wyjątkowa w kraju, niespotykana też często na świecie, powiedzmy „okołokolekcjonerski performans”.

"Dwa zdjęcia" w TR 20 grudnia /fot. jk





Nazwa: Fotografia Kolekcjonerska. Klasyka polskiej fotografii artystycznej (XX wiek) /akcja? oferta wydawnicza?
Organizator: Muzeum Narodowe we Wrocławiu + Profilab /Wrocław-Warszawa
Data: od grudnia 2010 do lipca 2011
strona

Na koniec, na deser przedziwna akcja trwająca od grudnia do lipca. „Pierwsza na rynku”!

Przygotowały ją „ważne dla fotografii podmioty – wiodące laboratorium fotografii profesjonalnej Profilab wraz z posiadającym najlepszy w Polsce zbiór fotografii Muzeum Narodowym we Wrocławiu”. Tu już można zacząć polemikę – zarówno jeśli chodzi o laboratorium jak i „najlepszy zbiór”. Ale przejdźmy do meritum. Oto możemy stać się posiadaczami dwudziestu „zdjęć składających się na kolekcję klasyki polskiej fotografii artystycznej XX wieku”. Co więcej za tę okazyjną cenę otrzymamy nie tylko wybitną pracę ale i certyfikat trwałości wydruku, archiwalny sposób oprawy. „Stwórz unikatową kolekcję”! tutaj dostępne prace

„Edycja każdego mistrzowskiego zdjęcia z Kolekcji to jedynie sto sztuk*.”

„* Wyjątek stanowi fotografia Jana Bułhaka Wilno, która występuje w nakładzie 150 sztuk, z których 50 sztuk zostanie przekazane przez Profilab do najważniejszych polskich instytucji kulturalnych, mediów i wspierających kulturę firm.” Wspaniale, akcja jest także edukacyjna, „z fotografią pod strzechy”! (tylko czemu znowu Bułhak a nie chociaż Hartwig czy Sikora?!...ale nie o tym ten post).

Organizatorzy, starając się pozyskać klienta, niestety brną dalej: „mamy do czynienia z (…) majstersztykami, które od teraz – w ściśle limitowanej serii – dostępne są dla kolekcjonerów indywidualnych, którym nieobce jest pragnienie posiadania najpiękniejszych i historycznie najbardziej znaczących zdjęć.” Pięknie napisane. Jednak na koniec organizatorzy dodają, niejako pozbawieni złudzeń:

„Zbieranie dzieł sztuki wprawdzie zawsze pozostanie domeną elity, ale mamy nadzieję, że te dwadzieścia wyjątkowych zdjęć stanie się dla odbiorców początkiem niezwykłej przygody z fotografią i sztuką.” A zatem „przygoda” nie „kolekcja”. To z resztą całkiem adekwatne określenie jeśli mówimy na przykład o „bezcennym” autochromie Henryka Mikolascha „Niebieska flasza”, który w założeniu był unikatem, a teraz za jedyne 129 lub 199 złotych (w oprawie) może trafić do jednego ze stu szczęśliwców!

Na stronie internetowej projektu i w ulotce (dołączanej do Gazety Wyborczej) mowa jest o zdjęciach, fotografiach, niepowtarzalnych i numerowanych kopiach, wyjątkowych i wybitnych obrazach, itd...brakuje jednak słowa klucza: reprint. I to jest największa porażka pomysłu, który mylnie/marketingowo nazwano „Fotografia kolekcjonerska”. To są właściwie „postery”, pamiątki z wizyty w galerii czy muzeum, takie, które zazwyczaj możemy kupić w sklepiku. W światowych przybytkach sztuki możemy kupić zdjęcie na kubku, talii kart do gry, ołówku, pocztówce, koszulce, torbie, parasolu...lub w formie plakatu lub oprawionego artefaktu na ścianę. Nihil novi sub sole, a jednak w krajowych warunkach rzecz niespotykana. To chyba faktycznie pierwsze tego rodzaju przedsięwzięcie na rynku polskim, żeby klientowi udostępnić reprinty prac z kolekcji. Ale żeby dodawać certyfikaty, rozwodzić się na temat trwałości wydruku, nazywać tę akcję kolekcjonowaniem to znaczna przesada! Chciałoby się zapytać kto był pomysłodawcą tej akcji? Muzeum pragnące promocji swoich zbiorów czy laboratorium chcące pochwały swoich usług? Nie jest to nigdzie wzmiankowane, idealne „partnerstwo prywatno-publiczne”. Nie wiadomo także kto wybrał owe dzieła spośród kilkunastu tysięcy i co nim kierowało. Cytowane wyżej fragmenty pochodzą ze strony organizatora akcji, a podpisane są imieniem i nazwiskiem ważnego polskiego kuratora, znawcy historii fotografii, doktora nauk humanistycznych. Oczom nie wierzę.





Wymienione przykłady nie wyczerpują na pewno tematu. Pod koniec listopada i w grudniu na innych aukcjach charytatywnych, aukcjach promocyjnych młodych twórców, w sklepach artystycznych i galeriach fotografia także znajdowała chętnych nabywców. Na warsztat wzięłam te większe i ciekawsze akcje i te dostępne dla każdego podłączonego do internetu klienta(poza „Dwoma zdjęciami” i „Fotosprintem”). Akcja Profilabu ma swoją specjalną witrynę, zaś we wspomnianych aukcjach można było wziąć udział za pośrednictwem artinfo.pl [pewnie dla upartego klienta z Yoursa udałoby się zamówić zdjęcie z wysyłką].

Celowo w przykładach pominęłam autorów, przepraszam. Poza Kubą, taki urok akcji indywidualnej. Chodzi bowiem byśmy przypatrzyli się akcji samej w sobie, a nie patrzyli fotografom do kieszeni.

Interesująca jest zbieżność tych wydarzeń w kalendarzu – koniec roku i tym samym -czas zakupów prezentowych.

Wszystkie te akcje każą myśleć optymistycznie o „dzianiu się” w kwestii kolekcjonowania fotografii. Nie jest to terra kompletnie incognita, nie jest to pole zapomniane, temat nie poruszany i obcy w naszym kraju. Interesujące, że niektórzy organizatorzy mówili o „zaczynaniu” kolekcji, nie pojawiła się ani razu zachęta do jej wzbogacenia i poszerzenia. Najwyraźniej slogan o rozpoczynaniu zbioru, podjęcie zajęcia „wyjątkowego” i elitarnego otwiera najskuteczniej portfele potencjalnych nabywców.

Jasne, daleko „nam” do świata. Narzekanie na brak kupców i kolekcjonerów sprawy nie rozwinie. Traktowanie zaś widza jako nieuświadomionego kolekcjonera to też chybiony pomysł. Cóż, instytucje organizujące podobne imprezy powinny staranniej się przyłożyć do treści przez siebie produkowanych... i rozpocząć akcje edukacyjne, oczywiście zaczynając od siebie.




Na koniec polecam wszystkim lekturę niezrównanego Gerry Badgera „Collecting Photography”. Mamy tu i rys historyczny, próbę spojrzenia socjologicznego, przegląd najważniejszych tendencji i...słownik terminów technicznych, wykaz najważniejszych instytucji i galerii oraz biogramy autorów wraz z notką o uprawianych tematach, technikach i cenach. Ach, gdyby coś takiego o polskiej fotografii...





poniedziałek, 3 stycznia 2011

zmarł Wiktor Hombek

Dziś w nocy zmarł Wiktor Hombek, członek Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego. Pogrzeb odbędzie się w Gliwicach, w najbliższą sobotę.

Wiktor Hombek - Wieśniaczka, 1963

Wiktor Hombek, Rzeźbiarz, z serii: Zostań Napoleonem, 1970-75