poniedziałek, 28 listopada 2011

beach photography now

Tomasz Lazar, Niechórz, 2008


 Andrzej Wiktor, Wybrzeże, 2009

 Szymon Michna, Havana, 2007

Michał Szlaga, Rio de Janeiro, Brazylia ,2009

 Rafał Siderski, Larnaka, Cypr, 2009

 Przemysław Pokrycki, Collioure, Francja, 2001

wszystkie zdjęcia reprodukowane dzięki uprzejmości autorów i pochodzą z wystawy "Street Photography Now. Fotografia uliczna tu i teraz"


Fotografia uliczna, co już ustaliliśmy kilkakrotnie nie musi wcale pokazywać ulicy, alei, placu, chodnika, trotuaru, itp. To ma być przestrzeń wspólna, zaś nawierzchnia może być tymczasowa, naturalna, nieutwardzona, itp..
Tym zestawem bardzo wakacyjnym, przepraszając za urlop blogowy... ponawiam zaproszenie do obejrzenia wystawy "Street Photography Now. Fotografia uliczna tu i teraz" w galerii Drukarstwa Warszawskiego w budowie przy ul. Marszałkowskiej 3/5. więcej info
W części światowej 41 zdjęć (i brak plaży!), w polskiej prac 111, w tym całe 6 "beach-street photography". Na wystawie prace są przetasowane autorami i miejscami. Ale ta ilość zdjęć pozwala na tworzenie fantastycznych zestawów! Może jakieś życzenia?

niedziela, 30 października 2011

Thomas Hoepker / rozmowa

Thomas Hoepker / MAGNUM: Heartland. An American Roadtrip in 1963

Thomas Hoepker jest znanym fotografem. Jest w Magnum, pracował kiedyś dla Stern, publikował i wystawiał na całym świecie. Ma 75 lat. W „Leica Gallery” w Warszawie trwa jego pierwsza wystawa jaką możemy oglądać w Polsce. „Heartland. An American Roadtrip” to seria zdjęć powstałych podczas dwumiesięcznej podróży Hoepkera po Stanach w 1963 roku [i dodatek - dwa kolorowe zdjęcia z ostatnich lat]. W dniu otwarcia wystawy rozmawialiśmy o ważnych zdjęciach, trudnościach fotoreportażu i dużo o rozwijaniu m.in.: stylu, umiejętności, pracy.

Joanna Kinowska: Jest pan z wykształcenia historykiem sztuki. Jakby pan siebie określił, czy…

Thomas Hoepker: Na pewno nie czuję się historykiem sztuki. Studiowałem ten temat, ponieważ ojciec tak chciał. Okazało się, że to nie było złe. Będąc fotografem w tym samym czasie, a właściwie zaczynając nim być, kiedy nie wiedziałem do końca co chcę robić… Ojciec powiedział: „musisz zrobić coś na poważnie ze sztuką”, a historia sztuki jest przecież blisko. To wszystko dotyczy w końcu obrazu. Faktycznie te studia bardzo pomogły mi w patrzeniu na obrazy, patrzeniu na rzeczywistość pod kątem uchwycenia jej w zdjęciach.

Joanna: To ciekawe, że pański ojciec postrzegał historię sztuki jako poważną dziedzinę, w pewnym sensie – ciągle musze przekonywać własnych rodziców, że to były bardzo ważne studia, tak samo jak prawo czy medycyna. :) Wracając do pytania o „samookreślenie” – jest pan fotografem, fotoreporterem, dziennikarzem fotograficznym (photojournalist) a może fotografem ulicznym?

Thomas Hoepker: Zdecydowanie dziennikarzem fotograficznym.

Joanna: Jak zatem wygląda pana zdaniem przyszłość fotoreportażu?

Thomas Hoepker: Jest bardzo ciemna, mroczna i trudna. Każdy kto posiada cyfrowy aparat może go wziąć i zrobić zdjęcie. I to zdjęcie może się znaleźć w powodzi wideo-obrazów w internecie, może stać się jednym z miliarda milionów zdjęć, w końcu może zostać odkryte, a nawet może zostać użyte. Wydaje mi się, że fotografowie zawodowi konkurują z ludźmi, którzy po prostu mają aparaty. Gospodyni, która ma aparat może się znaleźć w miejscu ważnego wydarzenia, szczęśliwie lub wprost przeciwnie, pamiętajmy, że większość istotnych wydarzeń jest smutna, w każdym razie tej gospodyni może się udać zdjęcie czegoś ważnego i to zdjęcie, wchłonięte przez internet może zostać spostrzeżone, użyte przez bardziej tradycyjne jak i nowoczesne środki przekazu. Także jesteśmy – myślę o profesjonalnych fotografach – w sytuacji współzawodniczenia z milionami fotografów, którzy po prostu mają aparaty.

Joanna: Co by pan zatem radził młodym ludziom, którzy fotografują? Nie myśleć o fotoreportażu? Jaki ma pan pomysł na wygranie tych osobliwych zawodów?

Thomas Hoepker: Jeśli ci młodzi ludzie zamierzają żyć z fotografii, to pytanie staje się bardzo poważne: czy możesz – w takich warunkach – przeżyć i zarabiać zdjęciami na życie? Jednak jeśli masz w sobie ogromną i bardzo silną potrzebę bycia fotografem, po tym jak próbowałeś nim być przez rok, dwa a nawet trzy lata i ta potrzeba nie przemija, natomiast wiesz, że właśnie to MUSISZ robić – no to nie masz wyjścia, musisz to robić!
Thomas Hoepker w Leica Gallery 17 października 2011 / Warszawa / fot.jk

Joanna: Czy pan uczy fotografii? Czego można nauczyć się w tej dziedzinie?

Thomas Hoepker: Nie uczę, czasem zaś prowadzę warsztaty. Uczenie przez robienie. Ja nigdy nie byłem w żadnej szkole fotograficznej, nie miałem żadnych zajęć. Po prostu robiłem zdjęcia. Ciągle jestem amatorem, który biega po okolicy starając się znaleźć zdjęcia na świecie. Strona techniczna jest teraz tak prosta, szczególnie w czasach gdy większość dzieje się automatycznie. Każdy może zrobić z oddali ostre zdjęcie… Jest natomiast kilka innych, ważniejszych czynników. Jednym z nich jest to po co fotografujesz – czy to jest emocjonujące czy nudne, czy to bardzo ciekawy i ważny moment? To wcale nie musi być sensacyjne zdjęcie, może dotyczyć spraw codziennych, choć widzianych inaczej. Na końcu i tak jest dar, możliwość widzenia spraw w specjalny sposób. To posiadanie własnego stylu, jest czymś co tak trudno osiągnąć młodym ludziom. Jednak to jest konieczne by wyjść z tłumu i stać się sławnym – wypracować swój unikalny „charakter pisma” (handwritting). Nie wystarczy do tego po prostu robienie zdjęć ciekawym sytuacjom.

Joanna: Czy mógłby pan wymienić ludzi, którzy pomogli panu wypracować własny styl?


Thomas Hoepker: Bardzo wcześnie widziałem prace znakomitych fotografów, przede wszystkim Roberta Franka. Robert Capa także na mnie wpłynął, choć nie tak znacząco. Nigdy nie byłem fotografem wojennym, to po prostu nie moja sprawa. W każdym razie rozumiem czemu Capa zafascynował tak wielu fotografów. Oczywiście jest jeszcze wielu, wielu kolegów, których dobrze znałem i z którymi pracowałem. Dla Stern robiliśmy zdjęcia wspólnie w dawnych czasach: Robert Lebeck, Stefan Moses, Max Scheler, w pewnym sensie razem wypracowaliśmy styl, czy przynajmniej sposób oglądania świata.

Joanna: A po za fotografią?

Thomas Hoepker: W tym wypadku wraca historia sztuki, ponieważ ciągle lubię spędzać czas na podziwianiu sztuki, chodzeniu do galerii czy na patrzeniu na architekturę. Przez te czynności po prostu „wdychasz” oczami i umysłem zagadkę dobrej kompozycji oraz to co sprawia, że obraz jest interesujący. Światło to jeden z ważniejszych czynników fotografii, ponadto musisz reagować na to co jest w tle, na scenerię. Nawet mi się czasem zdarza wykonać zdjęcie pejzażowe. Jeśli akurat trafiam w jakieś miejsce jako fotoreporter i zauważam ciekawy krajobraz, czuję się zobowiązany by zrobić mu zdjęcie.

Joanna: Dołączenie do Agencji Magnum, bycie jej prezesem czy posada dyrektora artystycznego Stern Magazine - które z tych doświadczeń przyniosło najwięcej satysfakcji?

Thomas Hoepker: Zawsze najbardziej satysfakcjonujące jest robienie zdjęć. Te inne sprawy to takie tory boczne, których czasem używam kiedy zdarza mi się być znudzonym tym co robię. Jeśli wydaje mi się, że kopiuję samego siebie, albo gdy znajduję się w podobnych sytuacjach 3-4-5 razy i przynoszę z nich niemal jednakowe zdjęcia. Staję się powtarzalny. Dlatego właśnie czasem podejmuję się innych zadań. Po części zapewne by sprawdzić swoje możliwości – czy potrafię to zrobić? Zostałem fotoedytorem kiedyś czy nawet dyrektorem artystycznym by usiąść z tej drugiej strony stołu. Bywałem czasem sfrustrowany na redaktorów za to co zrobili moim zdjęciom. Jako fotografowi – zawsze wydaje ci się, że jeśli zdjęcie jest nieużyteczne, to jest to bardzo złe zdjęcie. Musisz postarać się bardziej, potrzebujesz mieć inną fotografię, znacznie lepszą… To właśnie próbowałem zrobić innym fotografom. :)

Joanna: Jakie to uczucie być rozpoznawalnym po zdjęciu, które wykonał pan 10 lat temu, podczas gdy robi pan zdjęcia od połowy wieku?!

Thomas Hoepker: W międzyczasie zrobiłem setki tysięcy zdjęć. Wydaje mi się, że każdy fotograf ma swój co najmniej jeden ‘strzał’ – niektórzy mają ich więcej – takich, które przetrwają. Wiele zdjęć, które się robi są ok. Używa się ich a potem się o nich zapomina. Dziwnie się dzieje z niektórymi zdjęciami, które na szczęście mają trochę dłuższe życie. Mam takich kilka…

Joanna: Znakomitym przykładem jest portret Muhammada Ali.

Thomas Hoepker: Tak, chociaż tu zapewne wiele zależy od tematu, ponieważ Muhammad Ali był wielką postacią. Gdyby to był pan bokser o nazwisku „x”, wówczas samo zdjęcie nie byłoby tak ważne. W tym wypadku wszystko zagrało razem, miałem szczęście robić mu zdjęcia, gdy jeszcze był na początku kariery i przez to pewnie był bardziej otwarty, mogłem się kręcić wokół. Właściwie śledziłem go przez całe tygodnie. Spędzałem z nim czas.
widok wystawy w Leica Gallery / Warszawa / fot.jk
Joanna: Czy jest to pana pierwsza wizyta w Polsce? Wystawa na pewno tak!

Thomas Hoepker: Niezupełnie, byłem kiedyś krótko w Gdańsku w czasach gdy pracowałem we Wschodnich Niemczech w NRD. Niestety nie znam Polski zbyt dobrze, także cieszę się, że mogę tu być chociaż w ciągu tego dnia czy dwu. Chciałbym wrócić na dłużej, słyszałem, że dużo się tu dzieje w dziedzinie fotografii.

Joanna: Chciałabym wrócić do pana doświadczenia jako reżysera filmów dokumentalnych. Pierwszy taki powstał w 1973 roku. Niektórzy widzą właśnie w filmach przyszłość fotoreportażu, w ogóle fotografii…

Thomas Hoepker: Wydaje mi się, że nie można ignorować możliwości tego zawodu. Jeśli mówimy o dziennikarstwie fotograficznym to przecież jednym z jego elementów jest właśnie dziennikarstwo – także można pisać i łączyć tekst ze zdjęciami. Czasem docieram do takiego momentu w życiu, że kiedy wiem jak coś się robi zaczyna mnie to nudzić. Kiedy się szło zrobić portrety uliczne, czego robiło się dawniej mnóstwo, stawało się to w końcu rutyną. Ja byłem zawsze zainteresowany robieniem tego, czego nie mogłem lub nigdy nie robiłem lub po prostu chciałem spróbować czegoś zupełnie innego. Stąd właśnie, w którymś momencie zająłem się robieniem filmów, a w każdym razie reportażem poprzez filmy wideo.

Joanna: Co zatem ma pan w planach?

Thomas Hoepker: Tego nie wiem. Teraz dla odmiany pracuję wstecz. Przeglądam stary materiał i robię wystawy – na przykład takie jak te. Opracowuję książki. To wymaga dystansu do swojej pracy, do zdjęć jakie się robiło 10 czy 20 lat temu. Patrzysz na stare fotografie i nagle odkrywasz, albo jest to praca, którą się lubiło 10 lat temu ale właściwie nie jest taka świetna i ją wyrzucasz, albo odnajdujesz coś, co się pominęło. Takie odkrycie to prawdziwy prezent!

Joanna: Jaki jest pański ulubiony sposób komunikowania się z widzem: poprzez wystawy, książki, filmy czy może publikacje w prasie?

Thomas Hoepker: Jednym z bardziej fascynujących dziś jest właśnie ten ogromny wybór środków i sposobów by dostarczyć zdjęcia publiczności. Kiedy zaczynałem istniała po prostu strona w druku. Teraz ta strona powinna być świetnie zrobiona, są różne formy druku, książki, to może być specjalny rodzaj odbitki, którą się wiesza na ścianie, w dużym rozmiarze, którą można zrobić samemu. Wszystkie prace na tej wystawie zostały zrobione przeze mnie w moim studiu. Możesz także zrobić wideo, w ogóle film – ruchome obrazy. Cała ta wielozadaniowość jest wprost wspaniała. Nie chciałbym rozstrzygać na rzecz tylko jednego wyboru.

Joanna: Czyli gdy robi pan zdjęcie, nie wie jeszcze jak będzie pokazywane?

Thomas Hoepker: Niekoniecznie, bo mogę pogłębić kontekst. Mogę zrobić film z fotografii lub zrobić wystawę czy książkę – albo jeszcze lepiej – wszystko w tym samym czasie.

widok wystawy w Leica Gallery / Warszawa / fot.jk

Joanna: Czy pamięta pan sytuację, w której nie zrobił zdjęcia?

Thomas Hoepker: Tak, chociaż ciężko powiedzieć – oczywiście miałem sytuacje w których mówiłem sobie: „głupio, że nie wziąłem aparatu”, kiedy indziej byłem za późno, innym razem zbyt powolny. To się zdarza ciągle. Chyba nie umiem znaleźć konkretnego przykładu… Może w pewnym sensie taką sytuacją były moje doświadczenia z 11 września. Ponieważ kiedy tam byłem cały czas wydawało mi się, że ominąłem okazję, w końcu nie udało mi się dotrzeć do Ground Zero, do miejsca tej katastrofy. Byłem zmuszony przez wiele czynników do robienia zdjęć z odległości. Dziwne, że to właśnie moje zdjęcie stało się bardziej znane od tych, które zrobiono na miejscu i w ścisłej okolicy. To po prostu niesamowita kombinacja czasu, szczęścia, w ogóle.

Joanna: Powiedział pan kiedyś, przy różnych okazjach dwa zdania, które chciałabym przywołać. Pierwsze gdy tłumaczył pan okoliczności powstania zdjęcia z 11 września: „może to przebiegłe kłamstwo zdjęć migawkowych, które ignorują sekundy przed i po”; oraz drugie: „jestem i zawsze byłem adwokatem spontanicznego i prawdziwego (realistic) fotoreportażu”. Te zdania mają wiele wspólnego, jednak jest między nimi drobna różnica, maleńki kłopot…

Thomas Hoepker: Masz na myśli wyzwanie by zrobić zdjęcie odpowiedniego momentu, które jest równocześnie ładnie skomponowane i ważne?

Joanna: Tak, z jednej strony. Z drugiej zaś chodzi o prawdę: czy zdjęcie spontaniczne oznaczać musi, że jest tylko częściowo prawdziwe?

Thomas Hoepker: Hmmm, prawda to ogromnie trudne do zdefiniowania pojęcie. Wszystko co robiłem w życiu to są same prawdziwe momenty. Rzadko kiedy aranżuję sytuację, oczywiście z wyłączeniem portretów. Kiedy idę do artysty czy pisarza, wtedy proszę - usiądźmy, porozmawiajmy. Ale zawsze staram się uchwycić moment, który jest naturalny. Dlatego niczego nie ustawiam. To wydaje mi się wielkim urokiem fotografii: możesz przeciąć rzeczywistość, to się dzieje tak po prostu – pstryk! Ten uśmiech, który miałaś przed chwilą, to może być dobry moment, to się po prostu zdarza. Żadne inne medium nie potrafi tego dokonać. W chwili gdy coś się zaczyna aranżować – usiądź tu i spójrz tam. Wtedy mijasz się z sensem fotografii!

Joanna: Mam ostatnie pytanie: powiedział pan kiedyś „Nie jestem artystą, jestem twórcą obrazów” (image maker). Jakie to uczucie dziś odwiedzać galerie czy muzea, gdzie prezentowana jest pana twórczość?

Thomas Hoepker: Ciągle nie wydaje mi się, że to jest sztuka. To fotografia. Oczywiście cieszę się z tego. Nie muszę być artystą by tego dokonać. Jeszcze wstydzę się przyznać, że w moich pracach są czasem elementy artystyczne.

Joanna: Kiedy pan zaczynał karierę i uczył się o sztuce, w latach 50’ nikt wówczas nie pokazywał fotografii w muzeach ani galeriach?!

Thomas Hoepker: Bardzo się cieszę, ponieważ chcę zarabiać na fotografii. Po prostu istnieje jeszcze jedna platforma (płaszczyzna?), jest możliwość by pokazywać swoje zdjęcia w galeriach. Może szczęśliwie znajdzie się ktoś, kto będzie chciał kupić pracę, to bardzo miłe. Ponieważ innym miejscem jest praca dla magazynu, kiedy dostaje się pieniądze za wydrukowane zdjęcie. To i tak dziś nie funkcjonuje najlepiej. Tym bardziej cieszę się na nowe rynki dla fotografii.

Joanna: Bardzo panu dziękuję za rozmowę. Życzę panu powrotu do Polski na chwilę dłużej.

Thomas Hoepker: Dziękuję.


 
Thomas Hoepker odwiedził Warszawę by otworzyć wystawę swoich prac z serii “Heartland. An American Roadtrip in 1963” w Leica Gallery /Blue-City/wystawa trwa:  17.10-10.11.2011. Po wystawie będzie można kupić eksponowane zdjęcia. Przeczytaj oficjalny tekst prasowy organizatora.

środa, 26 października 2011

Street znaczy się ulica.

Maciej Dakowicz, z serii "Cardiff After Dark", 2009, fot. dzięki uprzejmości autora 

Przez ponad miesiąc wisiała tu niedawno ankieta w kwestii kłopotliwego tłumaczenia terminu "street photography". Z podsumowaniem czekałam jednak do wielkiego momentu.
Wyniki:
fotografia uliczna - 65 %
zostawić określenie "street photography" - 20 %
snaps - 8 %
hybrydy multijęzykowe typu: "strit" czy "street fotografia" po 2 %.

Dziękuję za podpowiedź. Zgodnie z nią - tytuł nadchodzącej wystawy będzie grzecznie przetłumaczony: Street Photography Now / Fotografia uliczna - tu i teraz.
Na ekspozycji, którą otworzymy 19 listopada o godzinie 19 (wszystkie szczegóły pod linkiem) zobaczycie m.in. takie nazwiska jak: Joel Meyerowitz, Gus Powell, Bruce Gilden, Jeff Mermelstein, Siegfred Hansen, Trent Parke, Nick Turpin, Nils Jorgensen czy Jesse Marlow. Dzięki współpracy z Third Floor Gallery zostanie pokazana wystawa "Street Photography Now" wedle książki o tym samym tytule /wyd. Thames & Hudson/. Do kompletu - po raz pierwszy - polska fotografia uliczna w swojej masie, ilości, różnorodności i kolorach. Autorzy (w liczbie ponad 50!), to m.in.: Michał Macioszczyk, Tomasz Kulbowski, Szymon Michna, Agnieszka Sym, Szymon Szcześniak, Jerzy Łapiński, Rafał Siderski, Andrzej Wiktor, Magda Galas, Bart Pogoda i Światek Wojtkowiak.
Zapraszam! /z góry przepraszam, jeśli 'miejsce fotografii' wyda się Wam wkrótce i na niedługo 'miejscem ulicznej fotografii'/

 Tomasz Kulbowski, Londyn 2010, fot. dzięki uprzejmości autora
Bart Pogoda, Saigon, fot. dzięki uprzejmości autora

trzecie życie fotografii.

Znajdź t-shirt?
Monika Jankowska Olejnik - fotografka - uwielbia cudze zdjęcia na koszulkach. Znajduje je w sekondhendach. Pewnie bardziej niż samo zdjęcie, ciekawi to dlaczego znalazło się na koszulce, lub jeszcze bardziej - dlaczego właściciel pozbył się tej odzieży?
Inną sprawą jest dlaczego ktoś miałby kupić takie oryginalne, ale bardzo prywatne ubranie?
Na koszulkach z lumpeksu Monika nadrukowała swoje zdjęcia. Rozdała znajomym i obcaym. Z misją - oddaj, puść w obieg, wrzuć do skrzynek.

koszulka projektu znajdowania t-shirtów: www.jankosia.com /fot. jk/

Co zrobić w razie odnalezienia koszulki? Tutaj instrukcje.
Jeszcze się zastanawiam czy już muszę ją oddawać.

Nie lubić fotografii.
Zdjęcia nieudane wyrzucamy. Zdjęcia niefajne (z różnych przyczyn) często drzemy i wyrzucamy. Zdjęcia fajne chołubimy. Jak bardzo można nie lubić fotografii by się nad nią pastwić niszczącymi ją chemikaliami?
Rafał Karcz - twórca kilku dziedzin, dzięki wylewaniu kwasu na odbitki otrzymuje abstrakcyjne i bardzo malarskie efekty. Niestety proces ten trudno kontrolować lub chociaż przewidzieć.

Rafał Karcz, z serii "I Hate Cindy Sherman", 2011, fot. dzięki uprzejmości autora

Zestawiam te dwa przykłady obok siebie nieprzypadkowo. Pewien znany fotoreporter polski użył ostatnio określenia "recycling fotografii" w stosunku do swoich najnowszych prac. Miał na myśli coś jednak innego niż wymienione tu przykłady (może namówię na publikację w miejscu). Wszystkie zaś łączy przetwarzanie przede wszystkim funkcji fotografii. Dzieje się to poza komputerem (i ciemnią). To wykraczanie poza przynależność zdjęcia (Jankowska Olejnik) oraz zapisany obraz (Karcz).
Jest to w pewnym sensie dawanie obrazom nawet nie drugiego, ale i trzeciego życia. Efekt - w obydwu przypadkach - trudny do przewidzenia.

czwartek, 6 października 2011

Więcej niż księgarnia i książki.


Zmarł Krzysiek Makowski. Założyciel Księgarni & Galerii Fotograficznej F5. http://www.f5-ksiegarnia.pl/ Pomysłodawca i redaktor kilku publikacji o fotografii. Wiedział, że niewiele jest do poczytania po polsku w tym temacie i zmieniał to przez ostatnie kilka lat, najpierw pracując w Universitas, potem zaś tworząc swoją własną markę F5. Razem z Krzysztofem Jureckim w 2003 roku opublikował "Słowo o fotografii". Wydał kilka bardzo ważnych publikacji:  zbiorowych: "Przestrzenie fotografii", "Interpretując fotografię. Śladami Susan Sontag" oraz książki "Obraz utajony" Marianny Michałowskiej, "Fotografia. Dyletanci, amatorzy i artyści" Tomasza Ferenca. Zostawił kilka pomysłów, których nie zdążył dokończyć.
Był realizatorem konkursu na fotograficzną publikację roku. Odbyły się do tej pory zaledwie dwie edycje za lata 2008 i 2009. Już w 2011, czyli gdy nie przeprowadzono konkursu za rok 2010 okazało się, jak bardzo brakuje kontynuacji. Krzysiek walczył wówczas z chorobą. Po długiej walce, w połowie września przegrał.
Ten wrzesień/październik okazuje się fatalny dla fotografii polskiej, zmarli Zofia Nasierowska, Stanisław J. Woś i Marek Piasecki. W odróżnieniu od tych twórców, o odejściu Krzyśka nie mogę znaleźć żadnego słowa w prasie. Nie grał na pierwszym planie.
Nie będę jednak przybliżać jego biografii. Strasznie mi nie idzie ta notatka. Nie umiem sobie wyobrazić, że go tam w Krakowie już nie ma. Dlatego może spróbuję w tonie osobistym. Podziękuję za jego ogromny entuzjazm i wsparcie, które okazał gdy kilka lat temu na chwilę wkroczyłam w branżę księgarską (a przecież stawałam się konkurencją). Za wszystkie rady i sugestie, pomysły i wątpliwości, jakimi się chętnie dzielił. Podziękuję za miłe spotkania - "punkty obowiązkowe" przy okazji wizyt Krzyśka w Warszawie a moich w Krakowie. Podziękuję za kilka świetnych książek, które się czyta i do nich wraca, poleca do czytania innym i często cytuje w dalszej pracy. Podziękuję za poznanie z ciekawymi ludźmi, zarażanie zapałem do pracy i - rozmowy o fotografii.

Szukałam jakiś zdjęć, znalazłam tylko dwie okazje. Przy promocji albumu "Małopolska. To niczego nie wyjaśnia" w Zachęcie mam takie ujęcie, że musielibyście uwierzyć na słowo. Wstawiam zatem to (październik 2007) z Mariuszem Hermanowiczem. Jak dziwne się złożyło, że obydwu ich już nie ma, a zdjęcie z "przedwczoraj".
Będzie nam go bardzo brakować. Nam - czytelnikom, widzom, fotografom i znajomym.

wtorek, 13 września 2011

Forecki i Gola w Gliwicach



CZYTELNIA SZTUKI | Muzeum w Gliwicach oraz Gliwicki Dom Fotografii
zapraszają na SPOTKANIE WARSZTATOWE z fotografią dokumentalno-socjologiczną
piątek 16 września w godzinach 16.30–19.30 w Willi Caro
Spotkanie poprowadzą: MARIUSZ FORECKI oraz AREK GOLA
Zawodowi fotorepoterzy, dokumentaliści opowiedzą o swoim warsztacie. Prezentując materiały fotograficzne, pokażą, jak za pomocą obrazu relacjonować historie napisane przez życie. Wraz z uczestnikami spotkania nasi goście będą układać fotograficzne  opowieści. Ta warsztatowa forma stanie się punktem wyjścia do dyskusji na temat fotografii dokumentalno-socjologicznej.
Spotkanie odbędzie się w ramach projektu “Balcerek”, realizowanego wspólnie przez Muzeum w Gliwicach, socjologów z Uniwersytetu Śląskiego oraz fotografów ze Stowarzyszenia Gliwicki Dom Fotografii. Jego celem jest udokumentowanie ginącego fenomenu gliwickiego targowiska. “Balcerek” to jedno z ostatnich świadectw rodzącego się w pośpiechu, nieco przaśnie i bez żadnych wzorów kapitalizmu Polski lat 90tych.
Projekt dofinansowany jest przez Samorząd Miasta Gliwice.

Mariusz Forecki - urodzony w 1962r. Mieszka w Poznaniu. Zajmuje się fotografią społeczną i dokumentalną. Absolwent Instytutu Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opavie (Czechy). Jest członkiem ZPAF'u. Twórca Agencji Prasowej i Fotograficznej TAMTAM, współtwórca internetowego magazynu poświęconego fotoreportażowi 5klatek.pl , autor wielu ważnych projektów ukazujących polskie przemiany. Najważniejsze z nich zrealizowane po 2000 to: „BlueBox czyli opowieść o nowej Polsce”, „Okruchy Dnia” (zapis zmian zachodzących w świadomości polaków po 1989 roku), i projekt realizowany obecnie pt: „Kocham Polskę”. www.forecki.pl
fot. Mariusz Forecki, Armenia, 1988


Arek Gola - urodzony w 1972 roku w Rudzie Śląskiej. Związany z dziennikiem Polska Dziennik Zachodni w którym pracuje od 1996 roku. Absolwent Instytutu Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opavie (Czechy).  Jest członkiem ZPAF'u. Zdobywca nagród w konkursach Polskiej Fotografii Prasowej w latach 1998 i 2003, BZ WBK Pressfoto w latach 2005 i 2006, Newsreportaż 2003, Śląska Fotografia Prasowa w latach 2004, 2005 i 2006.  Dziennikarz roku Dziennika Zachodniego 2003, dwukrotny stypendysta Marszałka Województwa Śląskiego. W fotografii interesuje go przede wszystkim człowiek, jego praca i otoczenie. www.arekgola.com
fot. Arek Gola, Ludzie z węgla




Spotkanie jest otwarte dla wszystkich zainteresowanych. Wstęp wolny.
…………………………………………………………………………………………………………………………………………..
Czytelnia Sztuki | Muzeum w Gliwicach | Dolnych Wałów 8a | 44-100 Gliwice

piątek, 2 września 2011

Miesiąc poza skalą!

Broomberg Adam, Chanarin Olivier, Alias, wyd. Miesiąc Fotografii w Krakowie, Fundacja Sztuk Wizualnych, Kraków 2011 oraz Miesiąc Fotografii w Krakowie 2011. Przewodnik, praca zbiorowa, wyd. Fundacja Sztuk Wizualnych, Kraków 2011


Krakowski Miesiąc Fotografii w tym roku jest poza jakąkolwiek skalą ocen. Nic podobnego na polskich festiwalach jeszcze się nie zdarzyło (chyba, że wliczyć w tę kategorię „Konstrukcje w Procesie”).
Zamiast zaś oceniać imprezę oddzielnie za pomysł, wykonanie, organizację, lokalizacje, itd…postanowiłam po prostu pozostawić całość poza wszelkimi kryteriami. Czemu? Pomysł – to zasługa ściągnięcia kuratorów z zagranicy. Olivier Chanarin i Adam Bloomberg zaproponowali razem z kierownictwem festiwalu wystawę sztuki, która jakoś dotyczy nawet fotografii. Mniej lub bardziej. Postawić na temat do przepracowania. Żadnych gotowców. W dodatku plan uknuty został we współpracy ze znakomitymi pisarzami. Efekt: mnóstwo czytania, i trochę jakby mniej do oglądania. Ci, którzy przyjechali podziwiać odbitki – zawiedli się srogo. Tym zaś, którym marzyło się o festiwalu poza medialnymi uprzedzeniami – zaparło dech. Stąd przypuszczam wzięło się więc moje podsumowanie Miesiąca, jedynie kwartał po jego zamknięciu.
Wojcich Nowicki opisując festiwal dla Gazety Wyborczej rozpoczął: „To Miesiąc Fotografii wielkiego ryzyka, miesiąc eksperymentu. Cały poświęcony jest jednemu tematowi, wszystkie wystawy programu głównego - wystawa przekrojowa, wprowadzająca, na dwu piętrach Bunkra Sztuki, i 23 wystawy rozsiane po muzeach i galeriach. Powstały na zamówienie (to ewenement); gościnnymi kuratorami zostali wybitni artyści: Adam Broomberg i Oliver Chanarin.”
Same nowości, prawda?



Miesiąc moli książkowych

Publikacje towarzyszące były tym razem dwie (główne plus kilka z showoffu). Zrezygnowano ze ‘starej dobrej’ szaty graficznej, elementu rozpoznawalnego z daleka na pólkach – czerwonego prostopadłościanu. Jest przewodnik i książka. Przewodnik, jak przewodnik. Trzeba tam zmieścić krok po kroku wszystko. Ale książka?! Jedna z przyjemniejszych jakie czytałam w tym roku. Na ten temat wypowiedziała się
Beata Łyżwa-Sokół w swoim blogu, a jej zdanie co do tego kawałka literatury podzielam absolutnie.

Książka „Alias” sama jest dwuczęściową publikacją. Pierwszą stanowią eseje zamówione przez kuratorów oraz ich ‘wizualizacja’ – czyli klucz do całego festiwalu. W części drugiej omówiona krok po kroku wystawa ‘flagowa’ miesiąca – „Alias” z Bunkra Sztuki” – nazwana przez Nowickiego „rysem historycznym” idei heteronimu.


 




Kim byłeś w poprzednim wcieleniu? ALIAS.

Wystawa główna w Bunkrze "ALIAS, Przegląd" jest jak dotąd najlepszą ekspozycją jaką widziałam w tym roku. /czekam na jesienny hit, właściwie pewniak z pierwszego miejsca, dlatego jak na początek września mogę rzec – póki co najlepsza w 2011 :) /. Zostały tam zebrane najcenniejsze oscylujące w okolicy fotografii prace, które mówią o wcieleniach, alter-ego, wkraczaniu w nieswoje role itd. Pewnie i czegoś zabrakło np. Grzeszykowskiej-Sherman, ale wybór i tak arcyciekawy. Był i stary Libera (prace z 1988 roku) Sophie Calle, Charles Freger, Alec Soth aż po…Salvadora Dali i Claesa Oldenburga! Mnóstwo odniesień, zapożyczeń, kontekstów – raj znaczeniowy i wizualny. Rzeźby, malarstwo, instalacje, readymades, wideo, no i jakieś tam zdjęcia. Jak dla mnie sporym i jedynym mankamentem tej wystawy był brak scenografii, albo raczej zbyt ‘delikatne’ działanie na przestrzeni Bunkra.

widoki z wystawy: ALIAS: Przegląd / Bunkier Sztuki


„Żaden artysta przedstawiony w tej książce nie istnieje” (4. strona okładki „Alias”)

Ogień pod ten pożar podłożyli pisarze, publicyści, krytycy itd., którzy zostali poproszeni o stworzenie postaci. „U każdego z dwudziestu trzech autorów (fikcji, literatury faktu i historii medycznej) zamówiono tekst opisujący wymyśloną postać, w którą następnie miał się wcielić jeden z artystów. Towarzyszące tym tekstom dzieła to każdorazowo wynik >>pobytu<< danego artysty w konkretnej fikcyjnej postaci”/s.9./. Nie dowiemy się kto był kim, ani tego który autor co wymyślił. Na końcu książki mamy 44 biogramy nawet (także autorów tekstów z Przewodnika), które nijak nie wyjaśniają kto i w czym brał udział. Jedynym pewnym autorem tekstu jest Fernando Pessoa, gdyż jego tekst – stanowiący niejako genezę pomysłu – nie został zamówiony, lecz ‘pobrany’ z już historycznego dzieła. Tutaj rozmowa Marcina Grabowieckiego z duetem Chanarin & Bloomberg, która może coś niecoś rozjaśni.

 

widoki z wystawy: ALIAS: Przegląd / Bunkier Sztuki
A wystawy ‘aliasowe’, no właśnie ‘po to się tu zebraliśmy’, rozrzucone po całym znowu Krakowie. Specjalnie wykonane, to właściwie ta główna część festiwalu. Świetnie dzieli to Nowicki (w końcu Fundacja Sztuk Wizualnych i rada programowa festiwalu...) – na „twardy grunt pod nogami” w Bunkrze – wystawa do jakiej przywykliśmy (ale jak mało takich u nas!) oraz część właściwą, czyli rozdane 23 autorom tematy i ich spełnienia. Przyznam, że to był największy ból, bo w książce pokazano zaledwie fragmenty, pojedyncze prace, zaś po całe serie trzeba było pielgrzymować. W dodatku „żadnych wskazówek” kto – tak naprawdę kto – gdzie i z czym wisi. Eksperyment pierwszorzędny! [cóż, wiedząc o rozmachu wzięłoby się jakiś urlop dłuższy].
widok z wystawy: ALIAS: Lster B. Morrison / Galeria Pauza

widok z wystawy: ALIAS: Ignatius Sancho / Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, Wieża Ratuszowa

widok z wystawy: ALIAS: Leina N. / Galeria Szara Kamienica

widok z wystawy Showoff: Piotr Zbierski "Voice On"/Galeria Pauza (1piętro)

Podaruj mi debiut.

Showoff tegoroczny zadziałał na tej samej zasadzie co rok temu. Jeden worek zgłoszeń i kilku kuratorów, którzy mogli sobie wybrać materiał do pracy. Niestety by zwiedzić wszystkie showoffy trzeba było kursować na peryferie. Co do nazwisk zaś – usłyszymy jeszcze o nich, na pewno: Artur Jastrzębski, Karol Kaczorowski, Ula Klimek, Tomasz Liboska i Michał Jędrzejowski, Bartłomiej Lurka, Wojciech Marzec, Bartosz Mateńko, Maciej Niesłony, Maciej Nowaczyk, Mateusz Sadowski, Yulka Wilam i Piotr Zbierski.
Znakomite publikacje – małe książeczki towarzyszące każdej z wystaw. Całośc zrobiła się już poważnym i świetnym startem, dającym możliwość pracy z kuratorem, myślenia o ekspozycji w innych niż ‘pubowych’ warunkach i jeszcze realizację autorskiego pomysłu na książkę. I wszystkie – mniej lub bardziej – udane. [A książka Bartka Lurki – fascynująca!]
widok z wystawy Showoff: Karol Kaczorowski, "Keikoku" /Skład Solny

A na deser.

Od lat już Miesiącowi towarzyszą spotkania, dyskusje i przegląd albumów i portfolio. Udało mi się zajrzeć na spotkanie z Charlotte Cotton. Całkiem przyjemne przez chwilę, wydaje się jedynie, że nie dość intensywne, po prostu nie wykorzystano potencjału znakomitej autorki i kuratorki. Albumy znowu przyjemne, na całe szczęście by je kupić trzeba się udać kawałek co w pewnym sensie zbawiennie czasem studzi zapał posiadania. 
spotkanie z Charlotte Cotton oraz poniżej przegląd albumów / Galeria Camelot


Przegląd portfolio organizowany był po raz 6ty, ja zaś odwiedziłam go po raz 1szy. Nie powinnam zdecydowanie oceniać tych spotkań, to raczej rola autorów, którzy przyszli pokazać mi portfolio. A jednak stwierdzę, że obejrzałam kilka bardzo świeżych prac, kilka poszukujących i eksperymentujących, i kilka (ponoć jak zawsze?) powtarzających i naśladujących kogoś. Niemniej były to z mojego punktu widzenia bardzo inspirujące spotkania (i czy aby podobnie dla autorów?). Za stołem siedzieli m.in. Charlotte Cotton, Saul Robbins, Wojtek Wieteska, Agnieszka Czarnecka, Izabela Jaroszewska, Patrycja Kwas, Kuba Śwircz, Janek Zamoyski i Paweł Eibel.

Przegląd portfolio nr 6 (i przerwa) / Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha

Na przyszłość.


Trudny problem mają organizatorzy. Powtórzyć się nie da. Wrócić do starej formuły – oby też się nie dało! Co dalej? Proponuję – przy kolejnym literackim festiwalu może chociaż do tych spoza Krakowa wysyłać katalogi i książki pocztą, by się przygotowali w pociągach „do” na wydarzenie, nie zaś zapewniać lekturę tylko na powrót?

Mam też, pewnie jak i część widzów, kłopot (już któryś rok z rzędu) by obejrzeć wszystko. Tak na oko potrzeba 4 dni i samochodu. Doszły mnie też słuchy o: (cytuję!): słabym oznakowaniu wystaw, braku materiałów do czytania na miejscu, kiepskiej organizacji i wiedzy biura festiwalowego. Festiwalu trudno nie zauważyć, z tym oznakowaniem to pewnie przesada. Na dwa dalsze mi narzekać nie przyszło, za co bardzo dziękuję.

I na deser-deserów. MOCAK. Nowe muzeum otwarte w maju 2011. Siłą rzeczy stało się celem ważniejszym niż kilka fragmentów ‘Aliasu’. Co prawda nawet i tam był fragmencik – kompletnie literacki. Ale materiału wizualnego, w dodatku fotograficznego było tam pod dostatkiem! Toporowicz, Libera,Schorr, Kulik, itd., itp …. a na wejście Beat Streuli! A gdyby tak tam kiedyś cały festiwal zmieścić? Ale to by nie było już to bieganie, czyli i nie TA atmosfera?

widok wystawy - prace Macieja Toporowicza oraz (poniżej) Beat Streuli / MOCAK


A już zupełnie po deserze: kto się nie zaopatrzył w pamiątki na miejscu, może zajrzeć do świeżego sklepu. Jednym z głównych tematów przerabianych podczas Miesiąca na warsztatach, spotkaniach i w tekstach było kolekcjonowanie fotografii (drugim był self publishing) – oczywiście w sklepiku można się zaopatrzyć także w odbitki autorskie młodzieży z Showoff’u.

środa, 31 sierpnia 2011

Moment decydujący w pejzażu.

© Henri Cartier-Bresson/Magnum Photos / ZWIĄZEK RADZIECKI. Armenia. Goście w miasteczku nad jeziorem Sevan. 1972.

Cartier-Bresson pejzażystą? W bogatym dorobku fotograficznym HCB można pewnie równie dobrze znaleźć materiał na wystawy 'martwej natury' i 'aktu' - trzymając się podziału gatunkowego - co i wspomnianego pejzażu. Bywa, że czynnikiem decydującym doboru prac na ekspozycję ma być geografia - jak w wystawie "Europejczycy", która została pokazana w Warszawie w 2008 roku. Po świecie kursują też duże i małe retrospektywy tego twórcy, oraz prace w wystawach zbiorowych Agencji Magnum -
Tutaj cała lista "dostępnych" wystaw HCB - ilość prac, opisy serii, brakuje 'cennika': http://www.henricartierbresson.org/hcb/HCB_expo_en.htm


Wystawa "Henri Cartier-Bresson. The Geometry of the Moment" otwiera się w najbliższy weekend (2-3 września) czynna zaś będzie aż do 13 maja 2012 w KunstMuseum w Wolfsburgu. Czasu na zaplanowanie wycieczi jest sporo. Co na wystawie: 100 odbitek i 7 litografii, jak głosza materiały prasowe. Nigdzie jednak nie mogę się doczytać jakiego rodzaju to są grafiki, poza tym, że specjalnie na te wystawę udostępniła je wdowa - pani Martine Franck z jej prywatnej kolekcji. To, że Bresson był niezrealizowanym malarzem, można było zaobserwować na głośnej i ogromnej wystawie przygotowanej jeszcze przez HCB "Rétrospective", która swoją premiere miała w 2003 roku w Bibliothèque Nationale w Paryżu, a potem ruszyła w trasę: 'La Caixa' w Barcelonie, w 2004 w 'Martin Gropius Bau' w Berlinie (tę ekspozycje przedłużono z 'okazji' śmierci autora i wzrotu popularności wśród widzów) następnie w Muzeum Sztuki Współczesnej w Rzymie, w 'Dean Gallery' w Edinburgu, w 'Museum of Modern Art' w Nowym Jorku i wreszcie w'Museo Nacional de Bellas Artes' w Santiago. Eksponowano tam, oprócz odbitek wykonywanych przez laborantów, także autorskie "wyczyny" w ciemni , oraz mnóstwo rysunków, grafik i kilka płócien. [ciągle zastanawia mnie ten rozdział wystawy - czy kurator nie tupnął nogą? czy chciał zrobić przyjemnośc HCB? poziom bowiem tych prac daleko odbiegał od części fotograficznej].

Wracając jednak do wystawy pejzażu. Nie jest tak prosto, że po prostu krajobraz w fotografii. Zakres dat prac z wystawy...imponujący 1933-1999. A jednak coś tu ciągle nie gra, bo to zakres w ogóle twórczości HCB, a jak nam wszystkim wiadomo najpierw był fotografem, potem dokumentalistą, reporterem, portrecistą, 'streetphotografem' i jeszcze pewnie kilkoma innymi określeniami. Nikomu do głowy nie przychodzi nazwać go pejzażystą, ale pewną selekcję zrobić można.

"The Geometry of Landscape" jest oczywiście parafrazą najsłynniejszej teorii fotografii napisanej przez fotografa: "moment decydujący". Ten moment oczywiście się tu pojawia, choć nie zawsze (do czego w pewnym sensie - przywykliśmy) z człowiekiem w kadrze. Wystawa powstała w Fundacji HCB - w oparciu o album wydany przez Thames&Hudson w 1994 roku 'Landscape Townscape', nad którym pracował sam fotograf.


"Landscapes" jest podobnie jak "Europejczycy" (Warszawa, Królikarnia, 2008) wystawą podróżującą. Jest jednak ciekawą okazją do popatrzenia na te mniej kanoniczne kadry Bressona, w dodatku - najbliżej Polski (kolejne adresy to Verona, Toulon i South Brisbane). Fanatycy motoryzacji, pewnie chętnie powiążą wycieczkę z pielgrzymką do fabryki VW w Wolfsburgu.

© Henri Cartier-Bresson /Magnum Photos / FRANCJA. Brie. 1968.

Widok ekspozycji "Henri Cartier-Bresson. The Geometry of the Moment. Landscapes" w Kunstmuseum Wolfsburg (03.09.2011 – 13.05.2012). fot: Marek Kruszewski.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Gdyby czasem nie zdjęcie, to by się już całkiem nie pamiętało...


Joanna Bartuszek, Między reprezentacją a ‘martwym papierem’, wyd. Neriton, Warszawa 2005


Na okładce: fotografia plus kolaż fotograficzny. Zapewne są tu jakieś znaczenia magiczne, że fotografia trzymana jest w palcach (o brudnych paznokciach), zapewne właściciela przedmiotu, czyli autentyk!
Autorka: Joanna Bartuszek, etnolog, pracuje w Państwowym Muzeum Etnograficznym. Publikacja jest jej praca naukową tworzoną w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego.

Podtytuł: Znaczenie chłopskiej fotografii rodzinnej. Jest to bardzo istotne wyjaśnienie, że książka jest trochę o fotografii, ale z czysto hmmm….antropologicznego (?) punktu widzenia. Jeszcze lepiej – etnologicznego. Zdjęcia pojawią się jako pretekst spotkania – rodzin z Kolbuszowej i Pyzówki z autorką. W tym spotkaniu, w pewnym sensie, uczestniczyli jeszcze bohaterowie samych zdjęć.

Zawiera duża bibliografię i aneks ze zdjęciami.
Bibliografia: jak przystało na prace naukowa, jaką „Między reprezentacją” z całą pewnością jest – bibliografia jest ogromna. Są źródła, czyli wszystkie rozmowy w terenie przeprowadzone przez autorkę spisane i mają swoje miejsce przechowania. Szkoda, że fotografie, które w końcu są bohaterem tej pracy nie są spisane.

Zdjęcia: aż 26w fatalnej jakości. Rozumiem jednak, że autorka nie otrzymała zdjęć do przetworzenia ani grantu na pracę badawczą, który by starczył na porządne skany. Ich jakość jest z resztą metaforyczna – praca teoretycznie dotyczy fotografii, ale bardziej podejścia do niej, traktowania jej, posługiwania się nią w sposób transparentny i czysto dokumentalny. Zatem fotografie zebrane – zamiast pokazywać przywiązanie do jakiejś stylistyki, czy zamiast być elementem estetycznym – są po prostu dowodami.

O czym jest ta książka?

Fotografia chłopska: „termin odnosi się do fotografii rodzinnej wykonanej z inicjatywy mieszkańców wsi (na ich życzenie bądź zamówienie) od końca XIX wieku aż po czasy współczesne.”(s.10) Punktem wyjścia dla autorki były badania terenowe czyli rozmowy z mieszkańcami dwu wsi na południu Polski o fotografiach rodzinnych. Punktem zaś orientacyjnym były materiały nadesłane na konkurs/wystawę „Fotografia chłopów polskich” z 1993 roku.

Bartuszek zaznacza już we wstępie, mylenie wizerunku z osobą przez właścicieli zdjęć, stąd tytułowa „reprezentacja”. Konsekwentnie zaś – ta książka właściwie nie jest o fotografiach. Autorka co prawda rozmawia o potrzebie utrwalania, o przechowywaniu i niszczeniu zdjęć, pyta o noszenie ich w portfelach i wieszaniu nad łóżkiem. Te użycia fotografii, skądinąd bardzo ciekawe, świadczą o czyś więcej niż stosunku ludności wiejskiej do fotografii, dotyczą prawdopodobnie obrazu –jako-takiego. W recenzji (której fragment można czytać na okładce) prof. Roch Sulima pisał: „autorka zaproponowała własny sposób pisania o fotografii, który może odnosić się nie tylko do zjawisk fotografii w kulturze tradycyjnej, ale jest bardzo przydatny dla refleksji nad rolą fotografii w kulturze współczesnej”. (4.s.okładki) Zapewne co do sposobu – to bardzo trafne. Lecz jeśli idzie o samą fotografię – z tym mam wątpliwość. Autorka powołuje się na pisma socjologów obrazu: Sikorę i Olechnickiego, sięga do Benjamina (ale także Ligockiego!), lecz brakuje tu podstawowego rozeznania w przedmiocie – obiekcie – technice, który pewnie wiele zdradzałby informacji o pojawieniu się tego wizerunku. Innym mankamentem jest brak analizy materiału fotograficznego. Znaczenie fotografii wypływa także z samego obrazu. Książka zaś dotyczy bardziej użycia i stosunku współczesnych do tych artefaktów, co udałoby się „naprostować” zamieniając słowa w podtytule.

Mam też nieodparte wrażenie bardzo małego kawałka świata, którego dotyczy ta książka. To kilkadziesiąt rodzin. Mnóstwo rozmów i spotkań. Przekonywania i wspominania. Ogrom roboty! A jednak to tylko/aż 40 rozmów. Fragment południa kraju. Bardzo chętnie poczytałabym relacje ze spotkań autorki w innych regionach. Niewątpliwym atutem tej publikacji jest czysty autentyzm. Autorka pozostawiła wypowiedzi bohaterów w bardzo surowej i nietkniętej ręką polonisty wersji (chociaż nie wiem na jakiej zasadzie usłyszała „ch” zamiast „h” oraz „ż” zamiast „rz”). Czuje się zatem namacalność sytuacji, gdyby zdjęcia publikowane zostały w lepszej jakości moglibyśmy się poczuć jak w głównej izbie czy dużym pokoju państwa ‘Kowalskich’, słuchając o przodkach co wyjechali do Stanów.
W lekturze w pewnym sensie przeszkadzają fotografie Zofii Rydet przelatujące przez głowę. I ta natarczywa myśl - czy pani Rydet nagrywała te wszystkie rozmowy?! Ileż to materiału, jakaż to wiedza czekająca na odkrycie...!

W książce znajdujemy mnóstwo cennych i ulotnych informacji. Fantastycznie czytać 'historię mówioną' i "żywe archiwa', które dotyczą fotografii! (i jest to działanie w Polsce odosobnione, na pewno pod kątem publikacji). Nie doczytałam się stopnia pracy naukowej, ale czekam na ciąg dalszy dr ? hab.? i: pogłębioną analizę, więcej przykładów, rozszerzenie geograficzne, więcej historii fotografii, więcej zdjęć, mniej powtórzeń w tezach i hipotezach. Więcej treści na temat wędrownych fotografów i regionalnych zakładów, starych ramek, albumów i pomysłów na eksponowanie zdjęć, dalej na temat dzielenia archiwum między członków rodziny czy o przygotowaniach do robienia zdjęć – czyli o wszystkich tematach, które zostały (pominięte lub) ledwo zarysowane w tej publikacji. Mam nadzieję, że będzie to materiał na publikację w formie albumu, takiego wielkiego, ciężkiego – z mnóstwem, całym mnóstwem zdjęć!

Cieślak (fotograf), nieznani mężczyźni, Pittsburg, USA, pocz. XX w (do 1920), zbiory prywatne, rep.jk

Jedna z rodzin udostępniła autorce fotografię z emigracji (dziadek respondentki był na fotografii) – dwu mężczyzn stojących przy stoliku. Wyprostowani jak struny, ręce niepewnie oparte na białej serwetce. Na fotograficznym tle wyrysowany łuk triumfalny, fragment balustrady i „zieleń”. Podczas lektury tej publikacji, dotarł do mnie obraz całkiem podobny: inne miny, inny zarost, inna serweta i inne tło. Uderzył jednak podobny zestaw póz, formatów, konwencji i tak zamarzyła mi się taka napisana historia polskiej fotografii nie-wysokiej, nie-artystycznej, niskiej i zupełnie prywatnej. Ah!


"Gdyby czasem nie zdjęcie, to by się już całkiem nie pamiętało..." (s. 99).


dodatek z dnia 31 sierpnia / załącznik do komentarza pani Joanny Bartuszek: para małżeńska z Weryni K. Kolbuszowej (dokładny opis w komentarzach)