wtorek, 22 maja 2012

Fotoikony w Polsce









„Fotoikony w Polsce. Poszukiwanie / Głosowanie” jest wystawą w ramach ekspozycji „Charlotte Cotton. Fotografia w życiu codziennym” czyli Sekcja Eksperymentalna Miesiąca Fotografii w Krakowie. Na wystawie widzowie doklejają kropki pod swoje ulubione zdjęcia. W Internecie, w Fundacji .DOC wszyscy internauci mogą po prostu oddać głos. 

Fot. 96. Portret symetryczny z niefortunnie dobranym tłem  (fot. Krystyna Raczuńska), z: Mikołaj Iliński, Jan Raczyński, Fotografia w życiu codziennym, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1978 / materiały Miesiąca Fotografii



W Miejscu przybliżymy historie stojące za zdjęciami, za fotografującym lub bohaterem obrazu.
Wystawa i internetowe głosowanie trwają do 17 czerwca. Jeśli macie jakiekolwiek pytania, wątpliwości, chcecie podrzucić nam zdjęcie (nie ujęte w akcji) lub wspomnienie (wokół fotografii z wystawy) – jesteśmy do Waszej dyspozycji: fotoikony@fundacjadoc.org [lub komentarze w Miejscu].

Na początek coś do poczytania - całe trzy teksty na temat projektu. Zdjęcia z historiami już zaraz.

Wszystkie teksty związane z projektem (i kilka wcześniejszych postów) znajdziecie zawsze pod hasłem IKONY



1 / Fotoikony w Polsce. Poszukiwanie / Głosowanie. O projekcie / Joanna Kinowska

Nie ma takiego słowa w języku polskim jak „fotoikony”, ale wszyscy je rozumiemy jako fotografie ikoniczne. Podobnie jest z owymi zdjęciami. Nikt ich nie zebrał w jednym miejscu, ale każdy ma w pamięci swój własny zbiór ważnych obrazów.

Poszukiwanie.

1/ Fotografie. Interesują nas zdjęcia odnoszące się bezpośrednio do danego wydarzenia. Nie bierzemy pod uwagę reprodukcji innych dzieł sztuki, stopklatek   z filmów, fotomontaży czy innych obrazów kultury. To mogą być zdjęcia cyfrowe lub analogowe, mogą być dokumentalne albo kreacyjne.
2/ Ważne. To musi być zdjęcie istotne dla wielu osób, coś co dotyczy jakiejś grupy. Ważne bo może przedstawiać kluczowe wydarzenie dla wspólnej historii, moment przełomowy, albo symbolizuje coś, opisuje w czytelny dla ogółu sposób, z czymś się nam kojarzy. Wykluczamy z naszego wyboru zdjęcia ważne dla rodziny, jednej klasy czy nawet dzielnicy lub miasteczka. Szukamy zdjęć, które są ważne dla większości Polaków.
3/ Rozpoznawalne. O takim zdjęciu wystarczy opowiedzieć, co widać, co przedstawia. W głowie czytającego lub słuchającego wyłania się obraz. Właśnie ten. Niektórzy widzowie mogą kojarzyć obrazy po nazwisku autora i tytule, inni skojarzą datę wykonania zdjęcia z wydarzeniem, inni zaś będą pamiętać obraz bez szczegółów.
4/ Wywierające wrażenie. Ikony działają na emocje. Widz zapamiętuje lepiej obraz, który go poruszył. Tym bardziej jeśli sprawa jest ważna i jakoś dotycząca oglądającego (patrz punkt 2)
5/ Ponadczasowe. To najtrudniejszy test. Sprawdzian z tego jak interesujemy się historią, fotografią, sztuką i światem. Ponadczasowe zdjęcie musi być znakomicie zrobione, w doskonałym momencie i ogniskować w sobie silny i czytelny przekaz. To takie zdjęcie, które poruszy kilka pokoleń.
6/ Polskie. Nie chodzi o sprawdzanie metryki urodzenia fotografów czy osób przedstawionych na zdjęciach. Powinniśmy raczej napisać „fotoikony dla Polaków”, choć to też nie oddaje zamierzeń. Fotografie faktycznie mają dotyczyć Polski – mogą robić to tu na miejscu, jak i za granicą; mógł fotografować obywatel RP lub gość-turysta.

Poszukiwanie fotoikon odbyło się w trakcie kilkumiesięcznego procesu. Stawialiśmy pytanie o ważne zdjęcia tak zwanemu „komitetowi nominującemu”. Znalazło się w nim przeszło 300 osób, które zajmują się ogólnie pojętą kulturą. Ich odpowiedzi w wielu miejscach  się pokrywały, wskazywali te same obrazy. Te najpopularniejsze zebraliśmy na wystawie.

Głosowanie.
Każdy może zagłosować na zdjęcie, które uważa za najważniejsze. Można uzasadnić swój wybór. TAK: bo dobrze znam to zdjęcie. TAK: bo jest świetne i bardzo mi się podoba fotograficznie. TAK: bo dobrze opowiada historię. TAK: bo pamiętam je z podręcznika czy gazety. TAK: bo właśnie dowiaduję się, o ciekawej historii. Każde z tych „tak” jest świetnym wyborem.
Dzięki głosom publiczności możemy zweryfikować wybór. Efektem będą cyfry i słupki, zmierzona popularność. Głosowanie jest etapem kończącym poszukiwania, ale startem               do dalszych refleksji i prawdziwych badań. Dlaczego w zbiorze dominują zdjęcia trudne  i przykre? Skąd tyle martyrologii? Czemu nie mamy tu prac z pogranicza dokumentu, czemu tak mało dzieł sztuki? Jak to się dzieje, że jeden kadr jest lepiej pamiętany od drugiego? Zostaje nam w pamięci bardziej kolor czy czarno biel? Czy zdjęcia ikoniczne wiążemy jakoś z nostalgią, a może jest coś co „powinno” być dla nas ważne? Czy kojarzymy ten obraz bezpośrednio czy z jakiegoś nawiązania i „remixu”?
Czy wybierając ważne zdjęcie identyfikujemy się z osobą przedstawioną lub jej poglądami?

Poddajemy głosowaniu kilkadziesiąt zdjęć. Zadajemy właściwie tylko jedno pytanie. Tych dodatkowych można jeszcze mnożyć.

Ikoniczne.
Temat ikonicznej fotografii, czyli takiej, którą rozumieją i pamiętają mieszkańcy danego
regionu, z którymi identyfikują swoją historię – jest w Polsce nierozpoznana. Publikacje
wyborów zdjęć „najlepszych”, „najważniejszych”, „ikonicznych” ze świata nie mają wpływu na ten stan.
Pomysł na poszukiwanie narodził się podczas lektury książki „No Caption Needed” Roberta Hariman oraz John’a Louis Lucaites / Iconic Photographs, Public Culture and Liberal Democracy, wyd. The University of Chicago Press, Chicago and London, 2007/. Autorzy weryfikują historie ikonicznych zdjęć, dostarczają definicji oraz opowiadają o związkach fotografii z życiem kulturalnym i polityką.
Zbigniew Libera w swojej pracy „Pozytywy” (2002-2003) zainscenizował kilkanaście ikonicznych zdjęć od nowa, zmieniając ich wydźwięk na optymistyczny. „Mamy zawsze do czynienia z zapamiętanymi widokami rzeczy” – wspominał autor, korzystając z zaledwie dwu obrazów, które namacalnie dotyczą Polski.
„Matka migrująca” (Dorothea Lange), ucieczka i rozpacz wietnamskich dzieci poparzonych napalmem (Nick Ut) lub zatknięcie flagi USA na wyspie Iwo Jima (Joe Rosenthal) czyli jedne z najbardziej znanych, podziwianych i bezspornie ikonicznych zdjęć – czy coś mówią „Kowalskiemu”? Czy nie bliższe są obrazy dotyczące historii europejskiej, jak np. zatknięcie radzieckiej flagi na Reichstagu (Yevgeni Khaldei), upadek muru berlińskiego, wyzwolenie Paryża? Oczywiście do współczesnego zbioru ikon fotografii światowej polskiego obywatela należą także, bezspornie portrety (np. Che, Marylin Monroe) i zdjęcia ilustrujące głośne wydarzenia  (np. atak na World Trade Center) a także te o skali światowej jak np. lądowanie na księżycu.

Poszukiwanie to przede wszystkim próba ułożenia tych ważnych fotografii obok siebie, przypomnienia ich. Głosowanie to sprawdzenie czy podpis pod zdjęciem jest nam potrzebny. Czy wyłonione prace okazały się faktycznie tymi, z którymi może się identyfikować
statystyczny Polak? Mamy nadzieję, że ten projekt to pierwszy głos w dyskusji oraz krok do wyłonienia zbioru „najlepszych i najważniejszych” zdjęć polskiej fotografii.



2. Zakorzenione zdjęcia - Zakorzenieni w zdjęciach / Bogna Kietlińska

Są takie zdjęcia, które, chciałoby się powiedzieć – znają wszyscy. I choć stwierdzenie to jest dużym uproszczeniem, to jednak jak w każdej dobrej bajce, także w nim ukryte jest ziarenko prawdy. Nie ulega bowiem wątpliwości, że istnieją zdjęcia, które w danym społeczeństwie odgrywają znaczącą rolę. Owa rola wyraża się w tym, że są one powszechnie znane i rozpoznawane. Są to zatem zdjęcia, które członków danego społeczeństwa nie pozostawiają wobec siebie obojętnymi. Co więcej, u większości z nich wywołują określony, a zatem przewidywalny wachlarz emocji.
Z socjologicznego punktu widzenia ciekawe jest to, co powoduje tak silny związek pomiędzy konkretnymi zdjęciami i określonymi ludźmi. Krótko mówiąc, co sprawia, że poniższy opis, w wyobraźni tak wielu Polaków wizualizuje się jako konkretny obraz.

Zdjęcie robione z góry, być może z okna. Zaśnieżone miasto. Naszym oczom ukazuje się Kino Moskwa, na którego elewacji znajduje się dużych rozmiarów afisz filmowy reklamujący głośny film Coppoli. Przed kinem stoi czołg, przy którym zebrali się żołnierze.

Wizualizacja ta nie zawsze idzie w parze z konkretną wiedzą, a zatem obraz ten dla wielu osób nie jest w ich świadomości zdjęciem wykonanym przez Chrisa Niedenthala. Niemniej jednak jest obrazem znanym, swojskim, zakorzenionym w „pamięci” Polaków. Właśnie temu zagadnieniu zdecydowałam się poświęcić niniejszy tekst. Chciałabym tu krótko opowiedzieć o zakorzenieniu zdjęć w ludziach i ludzi w zdjęciach. Jednocześnie, na ten moment, decyduję się jedynie na czysto teoretyczny charakter rozważań. Mam jednak nadzieję, że po zakończeniu kluczowych etapów projektu, będę miała okazję zderzyć refleksje te z empirią.

Kompetencje
Jako punkt wyjścia przyjmuję problem kompetencji. Aby jakiś obraz wyłonił się w naszej świadomości, musimy być wyposażeni w określony rodzaj kompetencji – w tym wypadku kulturowych, ponieważ widzenie jest zawsze widzeniem kulturowym. Kompetencje te w mniejszym lub większym zakresie są wspólne dla członków danego społeczeństwa. 
Kompetencje kulturowe należy rozumieć jako zasób potencjalnych możliwości organizmu i umysłu człowieka będącego członkiem danej grupy kulturowej. Jest to zatem zespół cech, które określają predyspozycje jednostki do uczenia się kultury, a także sposób posługiwania się wiedzą i rozwiniętymi umiejętnościami (Por. M. Ziółkowski, Nabywanie kompetencji kulturowej, w: „Kultura artystyczna a kompetencje kulturowe”, (red.) T. Kostyrko i A. Szpociński, Warszawa 1989, s. 18.). Podobnie jak kompetencje językowe, kompetencje kulturowe mają charakter twórczy, a zatem pozwalają wytwarzać nowe zachowania, a także przekształcać przyswojone wcześniej przez jednostkę elementy, reguły czy wartości. Podrzędne względem kompetencji kulturowych, ale jednocześnie stanowiące ich rodzaj są kompetencje wizualne. Funkcjonują one na podobnej zasadzie, a zatem także mają charakter twórczy. Dotyczą one jednak konkretnie umiejętności odczytywania, posługiwania się i interpretowania przekazów ikonicznych wytwarzanych w danej kulturze, a w swym twórczym charakterze także modyfikowania zastanych i wytwarzania nowych obrazów. Dzięki tym kompetencjom powierzchowne patrzenie staje się widzeniem.
Ponadto osoby realizujące te dwa rodzaje kompetencji, są zawsze członkami jakichś grup społecznych. Mimo to, poszczególne osoby należące do danej grupy, w różnym stopniu przyswajają i rozwijają kompetencje kulturowe (w tym także wizualne).
Stąd niektórzy Polacy wcześniej przytoczony przeze mnie opis zdjęcia „Czas Apokalipsy” Chrisa Niedenthala skojarzą z konkretnym obrazem, inni z obrazem i określoną sytuacją, a jeszcze inni dodatkowo z tytułem zdjęcia, datą jego wykonania i nazwiskiem autora. Ci ostatni będą wobec tego wyposażeni w najwyższy poziom kompetencji kulturowych i wizualnych. Bez względu jednak na jednostkowy poziom kompetencji, dla wszystkich tych osób zdjęcie Niedenthala jest rozpoznawalne. Wystarczy o nim opowiedzieć, opisać je, aby w ich głowach „zwizualizowało” jako ten właśnie obraz. Co zatem jeszcze sprawia, że pewne zdjęcia są rozpoznawalne i „uwspólnione” przez większość Polaków? Gdzie leży przyczyna takiego zakorzenienia obrazów?

Zakorzenienie
Ciekawą metaforą organizują myślenie socjologiczne i według mnie bardzo trafną w kontekście opisywanego tu przeze mnie zjawiska, jest metafora zakorzenienia. Zdjęcia-ikony (fotoikony) zakorzenione są w naszej świadomości. Z drugiej jednak strony, ta relacja pomiędzy fotoikoną i jej odbiorcą (nami) jest dwustronna. To nie tylko zdjęcia zakorzenione są w nas, ale to także my zakorzenieni jesteśmy w tych fotografiach. Pomiędzy fotoikoną, a jej odbiorcą, zachodzi sprzężenie zwrotne. Pozycje Obserwowanego (fotografii) i Obserwującego (widza-odbiorcy), mogą dość niepostrzeżenie ulec zamianie. Bo czy to zawsze tylko my przyglądamy się zdjęciom, czy też to także zdjęcia przyglądają się nam? Z jednej strony obserwujemy fotoikony jako obrazy, w których zaklęta jest zbiorowa pamięć. Z drugiej jednak, w fotografiach tych unaocznia się pewna bliska nam historia, opowieść. Pełnią one zatem funkcję zwierciadła, w których odbijamy się jako Polacy, w których z większą lub mniejszą przyjemnością się przyglądamy. Są to kadry zamykające przeszłość, widzianą oczami fotografa. Ten właśnie moment został uwieczniony przez autora danego zdjęcia, który dzięki temu na zawsze sytuuje się w roli obserwatora tej konkretnie chwili. To wszystko powoduje, że relacja Obserwowany - Obserwator znacznie się komplikuje i z liniowej - statycznej, zmienia się w wielokierunkową i dynamiczną.

Zakorzenienie w historii
Fotoikony to zdjęcia ważne dla większości Polaków. Ważne bo odwołują się do pamięci zbiorowej i niejednokrotnie wiążą się z narodową tożsamością. Bardzo często zakorzenienie takich zdjęć związane jest z ich wymiarem historycznym. Niejednokrotnie fotografie te przedstawiają szczególnie ważne dla wspólnej historii wydarzenie, w tym momenty przełomowe (np.: Powstanie Warszawskie, stan wojenny, strajk w Stoczni Gdańskiej, etc.), bądź postacie (Lech Wałęsa, Jan Paweł II, Wisława Szymborska). Zdjęcia te są zapamiętane i rozpoznawalne, ponieważ w jasny sposób odwołują się do znanej większości Polaków historycznej wiedzy i przez to stanowią wizualny, naoczny symbol czasów.
Zdjęcie dobrze ukazujące istotną przeszłość, ma szansę stać się obrazem ponadczasowym. W tym jednak ukrywa się największa trudność, polegająca na tym, czy kolejne pokolenia zdadzą test na rozpoznawanie obecnych fotoikon. Mam wrażenie, że trwałość takich zdjęć może być ograniczona. Dlatego też tak istotna jest edukacja historyczna poszerzona o wymiar wizualny. Tylko w ten sposób możemy przedłużyć żywotność obecnych fotoikon i sprawić, aby ich zbiór z czasem powiększał się, a nie funkcjonował za zasadzie wypierania starych zdjęć nowszymi.
Należy tu jednak także uczynić pewne zastrzeżenie. Odnośnie fotoikon ukazujących kluczowe postacie, trzeba pamiętać o tym, aby rozgraniczyć zdjęcia ukazujące ludzi-ikony od zdjęć będących fotoikonami samymi w sobie. W rozgraniczeniu tym leży moim zdaniem podstawowa trudność. Wybierając zdjęcia ikoniczne i tworząc ich katalog stawiamy się w roli sędziów kompetentnych. Dlatego też proces ten wymaga głębokiej refleksyjności podczas całego czasu swego trwania.


Zakorzenienie społeczne
Istotą fotoikon jest to, że są to zdjęcia ważne dla danego społeczeństwa. Dzięki temu, są one materializacją więzi łączącej jego członków. Działają na zbiorowe emocje, ponieważ z jednej strony dotyczą każdego z osobna, ale jednocześnie konkretnej całości. Aby jakieś zdjęcie stało się fotoikoną musi wywierać wrażenie na znacznej części społeczeństwa, z zatem musi odwoływać się do wspólnej pamięci i przez to poruszać. Zakorzenienie społeczne rozumiem tu jako odnajdywanie się jednostki w określonej wspólnocie norm i relacji społecznych, ról i tożsamości, historii i doświadczeń. Dzięki tej wspólnocie pewne zdjęcia stanowią zapalnik przywołujący intersubiektywne wspomnienia, odwołują się do dostępnej większości osób wiedzy. Wiążą one w widoczny sposób wszystkich zaangażowanych aktorów społecznych – tych historycznych, bezpośrednio biorących udział w danym wydarzeniu i tych obecnych – obserwatorów. Fotoikony mają moc utrwalania zbiorowej tożsamości i zwiększania społecznej spójności aktorów. Wywołują one narrację, która z jednostkowego poziomu wkracza na poziom społeczny. Ponadto, zakorzenienie społeczne jest często ściśle związane z zakorzenieniem historycznym. Na przykład Jan Paweł II, jako postać ważna dla polskiej historii, jest także symbolem narodowej tożsamości, wyzwalającym silne, zbiorowe - niekoniecznie o podłożu religijnym - emocje. Przykładów wzajemnego zachodzenia na siebie zakorzenienia społecznego i historycznego jest z resztą znacznie więcej. Warto byłoby być może zastanowić się nad tym, czy któryś z tych typów jest nadrzędny wobec tego drugiego. Póki co pozostawiam to jednak w charakterze pytania otwartego i zapraszam do wspólnego budowania katalogu polskich fotoikon, bo to w nich spotykamy się jako My – Polacy.



3. Fotoikony w Polsce. Poszukiwanie/Głosowanie. Czego tu brakuje? / Joanna Kinowska

Zdjęcia do akcji zostały wyłonione na podstawie pamięci. Przypominano sobie akurat o tych, a nie innych fotografiach. Nie znamy szczegółów, co determinowało wybór – czy myślano sobie o ważnych wydarzeniach i szukano ich obrazów, czy odwrotnie górę brały znakomite i popularne zdjęcia. Nie wiemy na ile w wyborze tym ważne jest kojarzenie zdjęcia od dawna, „od zawsze”, na ile kadr jest ulubiony lub może czy wybierający zna autora lub przedstawionego na zdjęciu osobiście, może wiąże się z tym dodatkowa historia. Może te kadry są najbardziej opatrzonymi zdjęciami, może ostatnio były zauważone, a może przy okazji jakiejś rocznicy akurat je wydrukowali w gazecie?
Wiemy, że zdjęcia tu prezentowane to najczęściej pojawiające się propozycje „ważnych polskich zdjęć” - nominowanych zupełnie z głowy, bez sugestii ze strony organizatora. Wybierający nie musiał uzasadniać decyzji.

Zdjęcia z pamięci.  Czasem nie było wątpliwości – „ten” „Czas Apokalipsy”, czy „ten” portret Popiełuszki, albo „ten” moment z Wisławą Szymborską, nawet nie to zdjęcie z chwili później. Żaden inny kadr. W niektórych wypadkach nawet przysłane zdjęcie nie precyzowało wyboru – ruiny Warszawy wokół kościoła św. Augustyna znamy z co najmniej 5ciu kadrów a okrągły stół w niemal identycznym ujęciu fotografowało kilkudziesięciu autorów! Które konkretnie zdjęcie mogli mieć na myśli wybierający? Czy nie mieli przypadkiem obrazu „bez nazwiska” autora? Może po prostu – znali i kojarzyli kadr i sytuację w ogólnym wymiarze, uznawali za ważny i przełomowy czy symboliczny obraz, bez wnikania w szczegóły? Zdjęcia wykonane podczas obrad okrągłego stołu z galerii zestawione obok siebie przypominają popularną grę dla dzieci „znajdź 5 szczegółów różniących te obrazy”.
Co zatem zrobić z obrazami, które znamy doskonale, ale czy aby na pewno z fotografii? Wojciech Jaruzelski wprowadzający stan wojenny albo cieszący się ze zwycięstwa Władysław Kozakiewicz są w naszej zbiorowej pamięci. Kojarzymy je jednoznacznie, wiemy o co w nich chodzi. Jednak pozostaje pytanie – czy bohaterowie tych scen w naszej pamięci się ruszają, może coś mówią?
Fotografie o charakterze politycznym dominują, ale jak się okazuje nie zawsze kojarzymy zdjęcia do istotnych wydarzeń. Jak rozpoznajemy wybuch II wojny światowej? Które zdjęcie przychodzi na myśl, gdy mówimy o pontyfikacie Jana Pawła II? O ile brak portretów wielkich polityków czy obrazów wydarzeń sprzed II wojny tłumaczyć można zapomnieniem, słabym rozpowszechnianiem fotografii z tego czasu, wreszcie być może Piłsudskiego czy Paderewskiego pamiętamy raczej z portretów malarskich. Z kolei wydarzenia najnowszej historii reprezentowane są w świadomości masowej przez obrazy ruchome (studia na żywo i na miejscu wydarzeń) i mnóstwo obrazów, różnych perspektyw. Tym trudniej dziś o konkretne ujęcia przechodzące do historii jako ikoniczne.
Całą sytuację komplikuje bardzo płynna w polskiej historii fotografii definicja zdjęcia ikonicznego. Na etapie wyboru i nominowania chcieliśmy uniknąć przykładania bardzo precyzyjnej definicji ukutej na świecie. Wedle niej bowiem zdjęcia ikoniczne muszą odnosić się do bardzo konkretnych i rozpoznawalnych wydarzeń. Wynika z tego chociażby, że portret Jerzego Popiełuszki, który był reprodukowany w tysiącach egzemplarzy i sprzedawany jako malutki święty obrazek w kościołach albo powitanie Breżniewa i Gierka (to akurat pochodzi z wizyty w Warszawie na obchody XXXlecia PRL) nie powinny znaleźć się w tym wyborze.


Wybór nie układa się w podręcznik do historii, chociaż zdjęcia ułożono chronologicznie. Wśród zdjęć „fotoikon” są także zdjęcia nie reportażowe i nie dokumentalne. Przynależą one do zupełnie innego rodzaju fotografii, określanej mianem artystycznej. „Nieznany” Jerzego Lewczyńskiego i „Portret wielokrotny” Witkacego to zdjęcia odnoszące się do treści historycznych, lecz z gatunku fotografii kreacyjnej.


Nie jest to także poradnik fotograficzny ani zbiór najlepszych zdjęć.  Są tu oczywiście także ujęcia mistrzowskie, wykonane przez znakomitych fotoreporterów. Kadry, z których można uczyć się najlepszej szkoły reportażu. Nie zawsze warunki pozwalały na wykonanie dobrego kadru, nie zawsze fotograf miał czas by zmienić miejsce lub przyłożyć się do kompozycji. Są tutaj wreszcie zdjęcia amatorów. Zdjęcie z biegnącym mężczyzną obok czołgu na ulicy przed Kopalnią „Wujek” czy chłopczyk niepewnie i strachliwie podnoszący ręce do góry w trakcie akcji likwidacji warszawskiego Getta – te kadry wykonali po prostu amatorzy. A jednak trudno o bardziej przejmujące fotografie w polskiej historii.
Musimy także pamiętać, że niejednokrotnie wykonaniu zdjęcia towarzyszył strach i niepewność, reporterom trzęsły się ręce, zaś historie z tego jak powstawały kadry „Czasu Apokalipsy” czy z manifestacji z ciałem „Janka Wiśniewskiego” (chodzi naprawdę o Zbyszka Godlewskiego) – mogłyby stanowić kanwę filmu czy powieści sensacyjnej.


Wybór niekompletny. Wybór „najważniejszych zdjęć”, „najlepszych”, „zdjęć ikonicznych” lub fotografii „które zmieniły świat” – nigdy nie będzie idealny i kompletny. Zawsze musi być czyimś wyborem, jakąś propozycją – z którą naturalnie nie zgodzimy się wszyscy. Ten, który tutaj prezentujemy został wyłoniony przez grupę ludzi. Wybór taki przekracza właściwie możliwości jednej osoby. Zawsze musielibyśmy spytać o jej wychowanie, wykształcenie, doświadczenie oraz czy jest upoważniona i ma wystarczający autorytet by decydować w tak istotnej kwestii. A i tak z pewnością nie zgodzilibyśmy się z tym wyborem. Prace pokazywane w akcji „Fotoikony”, dzięki temu wielogłosowi mają większe szanse na bycie rozpoznawalnymi. Sytuacji gdy widz zna wszystkie zdjęcia i rozpoznaje ich autorów, bohaterów oraz konteksty zdarzy się zapewne niewiele.
Fotografie w Polsce. Wymóg „polskości” był rozmaicie rozumiany przez nominujących. W wyborze znalazły się kadry m.in. Norwega, Niemca, Argentyńczyka i Brytyjczyka. „Dywizjon 303” powstał w Anglii, „Gest Kozakiewicza” został wykonany w Moskwie, Danuta Wałęsowa odebrała Nobla w Oslo. Wszystkie zebrane zdjęcia dotyczą Polski – bądź dzieją się w jej granicach, bądź nawiązują bezpośrednio do historii i obywateli kraju.


Zbiór zdjęć ikonicznych nie jest stały i jedyny. Podlega sądom, subiektywnym wyborom oraz upływowi czasu. Badania socjologiczne, które powinny (i może kiedyś będą) towarzyszyć zebraniu ważnych zdjęć, wyjaśnią może część nurtujących nas wątpliwości – czy wiek, wykształcenie czy miejsce zamieszkania mają wpływ na pamiętane obrazy? Do wyjaśnienia pozostaje na pewno ułożenie definicji fotografii ikonicznych w Polsce, następnie analiza każdego z tych obrazów pod kątem rozpowszechnienia i konotacji, przypomnienia sytuacji wykonania kadru oraz odtworzenie kontekstu. Brakuje w naszym wyborze fotografii z wielkiej, światowej historii, które Polacy tak samo znają i rozpoznają.
Część z tych zdjęć ma swoich niemal bliźniaczych odpowiedników. Na potrzeby tej akcji zdecydowano się na wybór, czasem najlepszego, lecz czasem – tego, które było dostępne.
Jesteśmy świadomi ograniczeń tego wyboru. Zdajemy sobie sprawę z wielu kontrowersji jakie ten wybór może budzić. Wybraliśmy spośród wielu metod znalezienia ważnych zdjęć – pracę zespołową i możliwie szeroką. Teraz zdajemy się na publiczność, która ten wybór może zweryfikować. Dołącz i wybierz swoją „fotoikonę”: ulubioną, najlepszą, najciekawszą.


My zaś pozostajemy do dyspozycji, jeśli:
- chcesz zgłosić inne zdjęcie
- masz ważne informacje na temat wybranych zdjęć
- chcesz opowiedzieć nam o swoich wątpliwościach i uwagach na temat tej akcji

niedziela, 6 maja 2012

Beyer przywrócony!





Tytuł: „Karol Beyer 1818-1877”

Autorka: Danuta Jackiewicz, historyk fotografii pracujący od lat jako kurator działu Zbiorów Ikonograficznych i Fotograficznych Muzeum Narodowego w Warszawie.

Podtytuł/Seria: „Fotografowie Warszawy” została rozpoczęta książką, nazywaną przez wydawcę (Dom Spotkań z Historią) „albumem” właśnie o Beyerze. W kolejce czekają: Maksymilian Fajans, Konrad Brandel i Jan Mieczkowski. Seria zapowiada się na wiele tomów i ma się kończyć na współczesnych. „Po raz pierwszy pokażemy w tak kompleksowy sposób dzieje fotografii w Warszawie, a jednocześnie burzliwą historię miasta – przede wszystkim poprzez zdjęcia mało znane i nigdy dotąd nie publikowane. Przypomnimy także te fotograficzne obrazy, które należą już do kanonu polskich zdjęć i powinny być bezbłędnie identyfikowane również przez najmłodsze pokolenia” (3.s.okładki) - redaktorka serii Katarzyna Madoń-Mitzner. Przy tak ambitnie zakreślonym celu i wielkich słowach, można tylko życzyć powodzenia (i jeszcze życzyć oby ten kanon nie był podległy konkretnemu współwydawcy czyli właścicielowi zbiorów).

Wydawca: Książka o Beyerze powstała we współpracy Domu Spotkań z Historią (wydawca serii, realizator ekspozycji) oraz Muzeum Narodowego w Warszawie (autorka/kuratorka, zbiory czyli eksponaty).

Zawiera indeks osób, krótką bibliografię, świetnie rozplanowany spis zdjęć, kalendarium (spisane podwójnie: wedle dziejów fotografii oraz życia Karola Beyera). Znajdziemy też w publikacji jedną stronę absolutnie typową dla prac naukowych – monografii artystów: zestawienie 8 sygnatur „firmowych pracowni” Beyera. [Co prawda nie wiemy której kiedy używał…]

Bibliografia: krótka – zawierając spis źródeł i opracowań. Tym razem bez sztandarowego autora polskich dziejów fotografii czyli Ignacego Płażewskiego. Czyli Beyer zweryfikowany!
"Procesja na Krakowskim Przedmieściu z relikwią św. Wiktora Męczennika, 5.06.1859"

"Wojsko rosyjskie stacjonujące na placu Zamkowym, po 14.10.1861"

Wystawa a książka. Wystawa towarzyszy książce, jest trzecioplanowa. Odbywa się w plenerze, na skwerze przy Karowej/Krakowskim Przedmieściu. Plenerowa a zatem reprodukcje, duże i zauważalne z daleka. Co jeszcze ciekawsze, tym razem i jedynym niestety – zdjęcia eksponowane są tam gdzie w większości powstawały – w tym bowiem miejscu gdzie dziś skwer stała kamienica z pracownią fotograficzną Beyera.


Zdjęcia: 75 prac Beyera (wszystkie ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie). Różne techniki, różne formaty, zbiór bardzo różnorodny – trochę z portretu, trochę z dokumentu, trochę zleceń i eksperymentu. Wybrane prace są publikowane dwukrotnie – raz kadr pełny, raz znakomite zbliżenie (a dla precyzji – trzy razy, bowiem w spisie ilustracji są jeszcze raz zaprezentowane w wielkości znaczka pocztowego).

Język: polski i angielski, w osobnych wydaniach. Ogromne gratulacje za pomysł i realizację, no wreszcie!



"Widok z balkonu zakładu fotograficznego na Hotel Europejski z dekoracją żałobną. W sali narożnej spoczywały ciała czterech poległych w czasie patriotycznej demonstracji 25 lutego 1861: Filipa Adamkiewicza, Karola Brendla, Marcelego Karczewskiego i Zdzisława Rutkowskiego." Fot. 28-29.02.1861

"Pracownia krawiecka, czyli ówczesny salon mody sióstr Józefy i Julii Kuhnke w kamienicy Malcza przy Krakowskim Przedmieściu, 1862"


Beyer na nowo.

Publikacja przeznaczona jest dla „wielbicieli fotografii i varsavianów”. Ale zdaje się i autorka i wydawca myśleli troszkę szerzej (stąd pewnie język angielski). „Album” składa się „jakby” z 3 części (jakby bo nie ma oficjalnego spisu treści chociażby): 1/ tekst, 2/ zdjęcia i 3/ dodatki (kalendaria, spisy, itp.). Książkę się czyta przyjemnie, trochę jak przewodnik, bez napięć i sensacji, z dość powściągliwym udziałem słownictwa historyczno sztucznego. W tekście jest sporo faktów i wypowiedzi z epoki oraz odniesień do konkretnych fotografii. Mamy zatem tekst popularno-naukowy, faktycznie przywracający Beyera – w sposób łatwy i …współczesny. Za sprawą grafiki, ciekawych rozwiązań na kalendarium i spis zdjęć książka o fotografie XIX wiecznym jest na wskroś XXI wieczna (wspaniały jest motyw lupy powiększającej przy zdjęciach, zaznaczający, że reprodukowana praca jest większa niż oryginał).

Książka czy album faktycznie jest ogromnie potrzebny. Coś prostego, przekrojowego i relatywnie taniego (49zł). Dobrze wreszcie wyjść z polemicznych i naukowych publikacji w stronę widza. Dobrze też, że wystawa została zbudowana z reprodukcji i „promuje” właściwie książkę. Książka nie jest katalogiem wystawy, w dodatku – złożona z oryginałów (gdzie największa praca to 27,3x45,6cm) zachwycała by pewnie nielicznych zwiedzających, jedynie wielbicieli czystej-historycznej materii. Powiększone do kilku metrów, opisane i wystawione przy promenadzie mają szanse zwrócić uwagę przechodniów.




Pierwszy, najpierwszy!


Mam właściwie jedną jedyną wątpliwość (plus jedno czepialstwo) co do samej publikacji i wystawy. Beyer jest w tekstach organizatorów wymieniany jako pierwszy fotograf stolicy. Jeśli weźmiemy pod uwagę zakres dokumentacji Beyera, że robił ją wedle własnej inwencji i potrzeby – wówczas jest pionierem absolutnym, wyprzedzającym epokę i postawy. Jeśli zaś zestawimy z datami powstawania zakładów w stolicy oraz z wieściami na temat początków fotografii w Polsce, to już się sprawa komplikuje. Cóż – Beyerowi nie trzeba nic dodawać. Był szalonym eksperymentatorem i to faktycznie on wprowadził do kraju techniki ze świata, i błyskawicznie i w znakomitej jakości: pierwsze kalotypie (ponoć, bo tu walczy z hr Branickim), ambrotypie i panotypie, wprowadził format carte de visite i pierwszy też wykonał w Polsce fotografię zaćmienia słońca (1851), itp. Był z pewnością najwybitniejszym fotografem XIX wieku, i nie tylko warszawskim. Konkurował z nim właściwie tylko Walery Rzewuski w Krakowie. Jednak de facto pierwszym fotografem w stolicy czy „pierwszym zawodowym fotografem warszawskim” (s.9) Beyer nie był.

Zacznijmy od początku: pierwsze dagerotypy, wykonał Andrzej (Jędrzej) Radwański (tak samo twierdzą Danuta Jackiewicz, Ignacy Płażewski i Wacław Żdżarski). Potem sprawa się komplikuje i badacze powołując się na inne źródła – wymieniają inne nazwiska i daty. Jackiewicz podkreśla, że Beyer swój zakład otworzył w 1845 roku jako „pierwszy stały zakład dagerotypowy w stolicy Królewstwa Polskiego” (Jackiewicz, s.8), Płażewski przesuwa otwarcie tego zakładu na koniec 1844 roku. Jednak za pierwszy zakład uważa pracownię Józefa Giwartowskiego (gdzie też była retuszernia), która ponoć miała zostać otwarta już w 1841 roku! (Płażewski, s.53). Wacław Żdżarski w swojej „Historii fotografii warszawskiej” (wyd. Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1974) pisał, że „pierwszym Polakiem trudniącym się zawodowo dagerotypią był Julian Zawodziński, nauczyciel gimnazjalny rysunków w Płocku, który po swoich podróżach po Niemczech w 1844 roku przyjechał do Warszawy i otworzył zakład” (s.19). Jednak Zawodziński działał tylko w miesiące letnie i tylko w 44 i 45 roku, po czym jego zakład przejął Kosiński (bezimienny) i dalej Karol Szczodorowski. Co bardzo ważne – Żdzarski podkreśla: „trudno dziś ustalić, kto był pierwszym zawodowym fotografem warszawskim w pełnym tego słowa znaczeniu, traktującym te pracę jako główne źródło utrzymania, prowadzącym stały zakład” (Żdżarski, 2.21). Dodaje także, że w roku 1845 działały już zakłady – oczywiście Beyera, ale także Giwartowskiego, Blumenthala, Gejslera, La Cour’a i Juliusza Willnowa.

Nazywanie zatem Beyera pierwszym to w pewnym sensie hasło reklamowe, jeśli zaś zawęzimy – że był pierwszym fotografem który otworzył stały i zawodowy zakład i reprezentował podejście dokumentalne i na własną rękę wykonywał zdjęcia wydarzeń oraz widoków Warszawy – możemy się zgodzić. Za dużo jest jednak chyba tych niuansów i zastrzeżeń. Przypomina to trochę oczywiście podział wersji: jedna - uproszczona dla widza, reklamowana i przystępna, oraz druga: naukowo-zastrzeżona.

Czepialstwo moje dotyczy tylko formy opisu zdjęć w spisie. Wszędzie drobiazgowo zapisano technikę wykonania i wymiary prac, jednak carte de visite występuje tutaj niepodlegle (a przecież nie zawsze odbitka była albuminowa?) i jeszcze przy dagerotypach, zamiast formatu w centymetrach mamy zapis „1/6 płyty”. Jak wszyscy wiemy to jest około 7x8 cm. Cóż brakuje jedynie słowniczka. Naprawdę jedynie słowniczka. Niezmiernie się cieszę z tej książki, bo odsyłanie do zeszytów naukowych i publikacji z lat 1970tych przestało być zabawne. Beyera przywrócono – jako pierwszego czy jedynego, no w każdym razie wyjaśniono czemuż to on jest „ojcem polskiej fotografii”. Mimo zastrzeżeń, gratuluję i polecam ogromnie, no i czekam niecierpliwie na kolejne tomy serii.

Więcej zdjęć i szczegółów - w DSH, o wystawie i o albumie. Wystawa czynna do września 2012.
Zdjęcia Karola Beyera pochodzą z materiałów prasowych publikacji&wystawy.

środa, 4 kwietnia 2012

POSZUKIWANY, POSZUKIWANA!

Jakiś czas temu wspominałam o świetnej książce "No Caption Needed", innym razem coś napomknęłam o zdjęciach 'the best of...', itp. Krążymy wokół tematu. Czas na odszukanie i nazwanie - które polskie zdjęcia możemy nazwać ikonicznymi?
Zapraszam do udziału w POSZUKIWANIACH polskich zdjęć ikonicznych. Akcja w trzech aktach.
W pierwszej pytaliśmy specjalistów i ekspertów. W drugiej pytamy Internautów: lubiących zdjęcia, świetnie orientujących się w kulturze, specjalistów różnych dziedzin i widzów wystaw fotograficznych.
O trzeciej na dole.



Jak POSZUKIWAĆ?
- Pomyśl o zdjęciu (zdjęciach!) ważnym dla siebie, ale takim, które mogłoby być znane też Twojemu sąsiadowi czy koleżance z pracy.

- Szukamy polskich zdjęć - polskich autorów lub na temat Polski - autorów zagranicznych. To nie musi być też zdjęcie wykonane w granicach Polski.

- Szukamy takich zdjęć, które można nazwać IKONAMI.

- Swój typ - opis zdjęcia (albo jpg z sieci) razem z własnym imieniem i nazwiskiem - wyślij na adres j.kinowska małpa fundacjadoc kropka org / albo / wyślij odpowiedź na tego posta / albo / poprzez wydarzenia na fb

- Czekamy na zgłoszenia do 15 kwietnia.


Potem zaś etap trzeci - Fotoikony w Polsce / GŁOSOWANIE
W maju 2012 - podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie, w Bunkrze Sztuki pokażemy najczęściej powtarzające się Wasze wybory. W tym ostatnim etapie - zaprosimy widzów do GŁOSOWANIA na ulubione i najważniejsze zdjęcie.
Sprawdzimy wówczas, które to zdjęcia najlepiej znamy :)
Zapraszam!

Projekt "Fotoikony w Polsce. Poszukiwanie / Głosowanie" realizuje Fundacja.DOC dla Fundacji Sztuk Wizualnych, organizatora Miesiąca Fotografii w Krakowie. Opiekunem prawnym projektu jest Kancelaria Adwokacka Lassota i Partnerzy. Pomysł: Joanna Kinowska. Współpraca przy projekcie: Bogna Kietlińska, Rafał Siderski, Mateusz Zgliński, Anna Batko, Zofia Ledzion, Magdalena Guzik, Katarzyna Skrzypczyk, Aleksander Włodyka i Wojtek Sienkiewicz. Dziękuję!

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

po powodzi.



Z okazji nienadchodzącej najwyraźniej wiosny, wracamy do tematu znajdowania zdjęć. Krzysztof Kowalski prezentuje fotografie odnalezione podczas powodzi 2010 w Bogatyni.







wszystkie zdjęcia ze zbiorów Krzysztofa Kowalskiego

czwartek, 29 marca 2012

don't mess with texas


z serii "don't mess with texas" M. Jędrzejowski & T. Liboska

ponownie zapraszam do Gliwic, tym razem na wystawę "don't mess with texas" Michała Jędrzejowskiego i Tomasza Liboski. 
Wystawa otwiera kolejny Halo!gen, multimedialną imprezę (muzyka, film, fotografia, etc) organizowaną przez grupę stowarzyszeń w Starej Fabryce Drutu

z serii "don't mess with texas" M. Jędrzejowski & T. Liboska

Seria "Don't mess with Texas" dotyka mniej znanego powszechnie fragmentu śląskiej historii, z zapomnienia i przemilczenia ostatnich kilkudziesięciu lat wyciągając na światło dzienne Ślązaków rozsianych zagranicą - tu w Texasie.



Do Teksasu ruszyliśmy w 2009 roku, 155 lat po pierwszej fali śląskiej emigracji. Trafiliśmy do Panny Marii – pierwszej polskiej parafii na kontynencie amerykańskim. Odwiedziliśmy domy,szkoły, kościoły i bary. Szukaliśmy Moczygębów, Labusów, Janysków. Znaleźliśmy Teksańczyków: jeansy, kowbojki, republikańskie poglądy i wszechobecne „Don’t Mess withTexas”. Poznawaliśmy ich historie, słuchaliśmy opowieści o dawnej i współczesnej ojczyźnie. Każda z nich to wielopokoleniowa saga przeplatana żalem, ale też radością i poczuciem spełnienia. Wśród naszych bohaterów znaleźli się farmerzy, przedsiębiorcy, duchowni, muzycy, pisarze. Kim są dziś potomkowie śląskich pionierów? Nie znaleźliśmy odpowiedzi. Nie potrzebujemy jej.

 - mówią autorzy fotografii.

Michał Jędrzejowski i Tomasz Liboska – obydwoje zawodowo związani z fotografią, wielokrotnie nagradzani. Razem współpracują od 2008 roku. Za projekt "Wojownicy" otrzymali I nagrodę Grand Press Photo 2008 w kategorii ludzie. Fotografie z cyklu "Don’t mess with Texas" doszły do finału Grand Press Photo 2010, były również pokazywane w ramach Miesiąca Fotografii w Krakowie 2011 w sekcji ShowOFF.


z serii "don't mess with texas" M. Jędrzejowski & T. Liboska

Don't mess with Texas
Michał Jędrzejowski & Tomasz Liboska
koordynacja: Gliwicki Dom Fotografii


Halo!gen
Stara Fabryka Drutu
Dubois 22


30.03.2012 (piątek)
otwarcie: godz. 18.00

czwartek, 15 marca 2012

wishlist



Aukcje fotografii w Polsce organizowane są od wielkiego dzwonu, z kilka rocznie będzie. Mniej więcej w podobnej częstotliwości odbywają się na świecie aukcje książek fotograficznych. Czyli w kilku miejscach rok-rocznie, w Nowym Jorku od 2003 roku Photo-eye, w Christies "rzadkie" lub "japońskie", zawsze z tematem przewodnim. Nie będziemy analizować tutaj rynku książek fotograficznych ani wgłębiać się w historię tematu. Książka o książkach czyli "Photobook: A history" w dwu tomach napisana przez Gerry Badgera i Martina Parr'a upowszechniła i doceniła pewne księgozbiory.
Właśnie startuje jedna taka aukcja książek w Paryżu (finał za tydzień), która przejrzyście odzwierciedla chyba preferencje...


Na pierwszy rzut książki wybrane znakomicie, odzwierciedlają trendy światowe. Znane, duże nazwiska. Opatrzone i poczytne tytuły, czyli znane obrazki. Polak 1 - jest Worobiejczyk ze zdjęciami z Getta wileńskiego. Najmłodsza książka wyszła w zeszłym roku (Jean Francois Jonvelle), zaś najstarsza rok po wynalezieniu fotografii - reprodukcje widoków dagerotypowych Paryża zebranych przez Charlesa Philipon: zawiera 60 reprodukcji prac innych autorów.
Ceny: od przystępnych do szalonych. Poziom szaleństwa wzrasta wraz - i co ważne w kolejności: z głośnym nazwiskiem, limitowaną edycją, oryginalnym-pierwszym wydaniem, podpisem autora i...odbitką!
Jest 320 obiektów, 148 jest podpisanych, 47 zawiera odbitkę, a czasem nawet i kilka. I tu zaczyna się logika wywrotowa do aukcji książki. Im większa sława autora odbitki, tym wyższa cena, im odbitek więcej... itd.


Informacje o książkach są opatrzone minimalną bibliografią - kto mianowicie już o tej publikacji coś ważnego pisał. Odnośniki następują do: Badger/Parr, Auer i Bertelotti.

Cartier-Bresson, Henri (1908-2004), Images à la sauvette. Verve, Paris, 1952. /sygnowana i dedykowana/ 3 700 / 5 000 €
 
 
Najtańsza książka to Machiel Botman (ur.1950), Heartbeat. Editions Volute, 1994, w języku francuskim, z nakładu 500 sztuk, podpisana przez autora.

Najdroższy jest zdecydowanie William Klein - Charyn, Jérome. Citizen Sidel.Coromandel Express, 1996. (30,5 x 40 cm). Wydanie oryginalne, pierwsze. Limitowana edycja i numerowana do 80 sztuk do tego podpisana przez autora i jeszcze plus...6 odbitek.  6 000 / 8 000 €
Dalej najdroższy jest Henri Cartier-Bresson, niemal równie cenny Robert Frank. Dzienie sekundują im  Nan Goldin i Martin Parr, ale jako "młodzież" muszą się posiłkować właśnie jakimś cibachromem czy odbitką srebrową by dorównać samym książkom Bressona i Franka.
 
Dla porównania, kilka innych notowań: Christies 2008, Igavel USA 2009 (tylko kolejność, bez-cenna), Christies 2009 (przewrotnie). Też interesujące - najwyższe ceny osiągają prawdziwie unikalne wydania (czyli te przedwojenne), możliwie z oryginalnymi odbitkami, głównie z Niemiec i Rosji.

Wystawa:  dom aukcyjny ADER rue Favart 3 / 75002 Paris
aukcja 22 marca o 14; gdyby ktoś potrzebował - formularz zgłoszeniowy na stronie, można licytować 'zdalnie'. Katalog pod adresem: http://www.ader-paris.fr/ (materiał ilustracyjny posta pochodzi z katalogu)

A, na zakończenie dodam piosenkę w temacie posta:

I może jeszcze  - kto się zakłada o termin pierwszej takiej aukcji w Polsce?

poniedziałek, 20 lutego 2012

Forza Italia, God Bless America czyli gdzie jest dramat?! WPP12


Tomasz Lazar (Polska) Aresztowanie protestującej w Harlemie, Nowy Jork, podczas demonstracji przeciw taktykom policji oraz nierówności dochodów / 25.10.11 / 2 nagroda / People in the News / zdjęcie pojedyncze




Rok w rok gdzieś na początku lutego stajemy się specjalistami od fotografii. Bywa o niej głośno lub głośniej, w zależności od tego ilu Polaków mamy na liście laureatów World Press Photo. Możemy twierdzić, że to przestarzały i nudny konkurs albo, że przewidywalny i płytki, ale i tak będziemy go oglądać i o nim dyskutować. Możemy dalej twierdzić, że drastycznych zdjęć mamy już dość, lecz gorączkowo przewertujemy wyniki. W końcu z góry zakładając, że zdjęcie roku jest kontrowersyjne przystępujemy do rozmowy. Krajanie mają jeszcze jeden powód do nagłośnienia wyjątkowego tegorocznej edycji konkursu. Mamy dwóch Polaków, jednego z automatu, co przestało dziwić (gdyby ktoś znał odpowiedź na ten fenomen, zapraszam do podziału na priv!). Drugim „naszym” laureatem jest Tomek Lazar – młody freelancer. No i tego jeszcze chyba nie było (w jednak pokaźnej grupie dotychczasowych laureatów z Polski), żeby dziennikarze nasi krajowi zapytali: „kto to jest?”. (lub mylili ich ilość: 1 czy 2?) Mamy zatem dość powodów, żeby dołożyć się do tej dyskusji specjalistycznej, o tym kto wie najlepiej.


Z tysięcy i tysięcy zdjęć pochodzących od tysięcy autorów, jury wybrało 56 autorów i 350 zdjęć. Tutaj galeria 1 z 350.
Najwięcej „medalistów” ze Stanów Zjednoczonych i Włoch – po 7 nagród, dalej jest Holandia z 5. Mamy też potrójne nagrody dla Szwedów, Chińczyków, Rosjan i Japończyków. Tematy – wypada powiedzieć „przewidywalne”. Arabska Wiosna Ludów oraz trzęsienie ziemi i tsunami w Japonii, na dalszym planie niespokojny Bliski Wschód oraz potęga Chin. Prawda?


Przyznano aż 7 nagród za materiały wokół japońskiej tragedii, w zupełnie różnych ujęciach, podejściach i kategoriach: Toshiyuki Tsunenari, David Guttenfelder, Lars Lindqvist, Paolo Pellegrin, Koichiro Tezuka, Yasuyoshi Chiba i Denis Rouvre. Dalej Egipt (Jan Dago, Alex Majoli, Mohammed al-Law, Eduardo Castaldo); Libia (Ochlik i Kozyrew), Afganistan (David Goldman, Massoud Hossaini, Simon Norfolk, Ton Koene) i Rosja z czterema projektami (Alexander Taran, Alexander Gronsky, Rob Hornstra, Jenny E. Ross). Wyróżnia się jeszcze ilość nagrodzonych materiałów wykonanych w Ukrainie (Guillaume Herbaut i Donald Weber, Brent Stirton) i Chinach (Shaofeng Xu, Huimin Kuang, Li Yang) oraz na Haiti (Emiliano Larizza, Paolo Woods). A propos pewniaków i oczywistości, trzeba wymienić dwie gwiazdy konkursu: Tomasza Gudzowatego i Francesco Zizolę (mniej konkursów wygrał, ale za to raz zdjęcie roku w 1997)



Samuel Aranda (Hiszpania, dla The New York Times) Kobieta trzyma w ramionach syna rannego podczas protestów przeciwko prezydentowi Saleh, Sanaa, Jemen, 15.10.10 / Zdjęcie roku / World Press Photo of the Year 2011


Przewidywalna pieta!



O zdjęciu roku wypowiedziano się już wcześniej, także malutka prasówka:


Andrzej Zygmuntowicz zaznaczył, że „nie oddaje dramatu” oraz „To nie jest pierwsza tego typu fotografia. Takich zdjęć, które przypominają układ dwóch osób, gdzie jedna z dużą serdecznością zajmuje się drugą, już parę było. Nawiązują one do tradycji ikonicznej, ale w tym przypadku chciałoby się wiedzieć, czego dotyczy przedstawiona sytuacja. Z tego zdjęcia ta informacja nie wynika, podpis jest więc elementem koniecznym dla zrozumienia obrazu fotograficznego.”


Jacek Cieślak „Zdjęcie laureata przedstawia islamską pietę – zakwefioną kobietę obejmującą krewnego, rannego w antyrządowej demonstracji w Jemenie. Z pełną ekspresji nagością bojownika i widocznymi na rękach tatuażami kontrastuje hieratyczna, żałobna czerń stroju krewnej i biel jej rękawiczek. Nie widzimy twarzy muzułmanki. Tajemnicy, tego, co czuje, nie odsłania wąskie rozcięcie nikabu. Tylko z układu ciała można się zorientować, jaki przeżywa dramat.”
Abstrahując od znaczenia jednej klatki (i czy to jest kwef, burka, nikab?) i zagorzałej dyskusji wokół niego, warto zapoznać się z niecodzienną historią całego materiału w Lens Blog.
Interesujący jest zaś wpis na Wyborcza.pl – gdzie ilustracją jest zdjęcie z
innej teczki prasowej.
Zamykając opinie nad zwycięzcą: Marcin Grabowiecki z Fotopolis.pl dwa razy: jeden i drugi: „Nagrodzona główną nagrodą praca Samuela Arandy nie zaskakuje. Wpisuje się w bogatą tradycję ikonograficzną piety. Obrazy kobiety opłakującej trzymanego w ramionach mężczyznę są obecne w kulturze od lat. Temat ten i sposób obrazowania ma swoje stałe miejsce w historii fotografii prasowej” oraz „Według jury nagrodzone zdjęcie reprezentuje wszystkie konflikty, które przetaczały się przez Jemen, Libię, Tunezję, Libię i Syrię. Pokazuje je z prywatnej perspektywy, wskazując przy okazji na znaczącą rolę kobiety. Kobieta, której twarzy nie widzimy staje się symbolem wszystkich zwykłych ludzi, którzy brali udział w wydarzeniach minionego roku na Bliskim Wschodzie. Zdjęcie jest swoistym hołdem dla nich.”

Damir Sagolj (Bośnia i Herzegowina, Reuters) Pjongjang, Północna Korea, 5.10.10. Zdjęcie Kim Ir-Sena, założyciela Republiki "dekoruje" ścianę budynku w stolicy. /1 nagroda, Życie codzienne, pojedyncze
 
Gdzie jest dramat?



W tegorocznej edycji jakby mało prac drastycznych. Albo może już ogarnęła znieczulica. Nagrodę w tej kategorii wygrywa dla mnie prywatnie na pewno materiał (w konkursie zajął 3cią nagrodę za serię w „Contemporary Issues)” Pedro Pardo z Meksyku „Wojny karteli narkotykowych”a dotyczy bezbronnych i bezstronnych ofiar porachunków: dzieci, kobiet, ludzi starszych, turystów, itp.
Mamy też jeden wyjątkowy dramat techniczny. Albo mam za jasny monitor. Drugą nagrodę w kategorii “Portret” w serii wygrał Ton Koene z Holandii za portrety „legitymacyjne” policjantów z Afganistanu.  Specyficzne biało, niebieskie halo najpierw ładnie świeci, potem zastanawia, a przy którymś zdjęciu z serii robi się przykro, po prostu.


Jest też sztuka. Albo coś zbliżonego. Myślę o ciekawym projekcie Simona Norfolka. Wykonał serię zdjęć żołnierzy w Afganistanie zestawiając je do pary z pracami Johna Burke z lat 1878-1880 z czasów drugiej wojny Anglo-Afgańskiej. Otwierają się ciekawe skojarzenia i analogie, historyczne i kompozycyjne, na koniec podważona zostaje rola fotografa oraz władzy. Miód!

Oczywiście koniecznie trzeba obejrzeć zdjęcia Tomka Lazara, najlepiej – skoro mowa o liczbie mnogiej zrobić to na jego stronie (na żywo - w Warszawie trwa wystawa kolektywu UnPosed w Leica Gallery, w Krakowie trwa wystawa „Street Photography Now. Fotografia uliczna tu i teraz” z pracą Tomka) strona: http://tomaszlazar.pl/ oraz blog http://tomaszlazar.blogspot.com/


 

Alex Majoli (Włochy, Magnum Photos dla Newsweek) Protestujący płaczą, śpiewają i krzyczą na placu Tahrir w Kairze, chwilę po wysłuchaniu przemówienia prezydenta Hosni Mubaraka, że nie odda władzy. 10.2.11/ 1 nagroda w "General News", pojedyncze
Yuri Kozyrev (Rosja, Noor Images dla Time) Rebelianci w Ras Lanuf, Libia, 11.3.11. Przez wiele tygodni rebelianci przeciwko władzy Kaddafiego starali się utrzymać, prosząc świat o pomoc. Opór zniknął gdy pojawiły się samoloty i czołgi dyktatora zajmując tereny zwane już Wolną Libią / 1 miejsce Spot News , pojedyncze

I ciekawostki oraz warto zajrzeć:



- Przyjemnych ujęć jest chyba niewiele. Na pewno urokliwym jest portret haitańskiej gwiazdy radia wykonany przez Paolo Woodsa (Życie codzienne, 3 nagroda, pojedyncze). Całkiem optymistyczny jest też cykl o mieszkańcach Boliwii: (życie codzienne, seria, 2 miejsce) Pietro Paolini. Proponuję jednak przejrzeć większy materiał na stronach autora.

- Moim ulubionym zdjęciem z tych 350 - pozostanie to z Pjongjangu Damira Sagolja. Jest w nim wystarczająco dużo napięcia i wyrzutu, polityki i życia codziennego, smutku i kpiny. Dodatkowo, czego się tylko domyslam, stworzeniu - tej klatki, jak i pewnie innych z serii - musiała towarzyszyć niezła przygoda. Moje prywatne zdjęcie roku.

- Andrzej Zygmuntowicz wspomniał jeszcze m.in. o reportażu Remi Ochlika. W zdjęciu „otwierającym” znalazł mnóstwo pytań i niejednoznacznych odpowiedzi. Ten reportaż wybija się na tle innych przedziwną grą z widzem + obok klasyków i absolutnych klisz – zdjęć, które mamy wrażenie - widzieliśmy kilkanaście i kilkadziesiąt razy znajdują się wspaniałe i gęste od znaczeń klatki: tutaj więcej prac tego autora.


- Jeszcze przy reportażu pozostając, dobrze prezentuje się część 1 nagrody za „Ludzie w wiadomościach” Yasuyoshi Chiba. Niektórym przypomina zeszłoroczne Haiti, jest tam jednak sporo dystansu, dbałość o kompozycję i - nie wiem czy nie nad-interpretowując jakiś japoński duch w tym materiale. Warto porównać jeszcze – do innej ciekawostki: Fotografowie AFP zestawili materiał z tuż po tsunami z niedawnymi klatkami. Kilka miejsc jakby znanych ze zdjęć Chiba.





Paolo Pellegrin, (Włochy, Magnum Photos dla Zeit Magazin) Po tsunami, Japonia, 14.4.11. Trzęsienie ziemi o sile 9 w skali Richtera nawiedziło Północno-wschodnią Japonię wywołując falę tsunami, sięgającą nawet 38 metrów wlewającą się na długość kilometrów w głąb lądu. Przeszło 28 tysięcy ludzi zginęło lub zaginęło, ponad 125 tysięcy budynków zostało zniszczonych. / 2 nagroda "General News" serie



Yasuyoshi Chiba (Japonia, Agence France-Presse) Po tsunami, Japonia, 3.4.11 Chieko Matsukawa pokazuje córce jej świadectwo, które właśnie odnalazła w gruzach miasta Higashimatsushima, w prefekturze Miyagi. / 1 nagroda "People in the News" serie





Alejandro Kirchuk (Argentyna) z cyklu “Never Let You Go”(Nigdy cię nie opuszczę) Marcos (89 lat) i Monica (87 lat)  są małżeństwem i mieszkają razem w Buenos Aires od 65 lat. W 2007 zdiagnozowano Monice chorobę Alzheimera Od tego momentu mąż opiekuje się nią. / 1 nagroda "Daily Life" serie

- Alejandro Kirchuk przedstawia ciepłą i prywatną historię starzenia się, choroby i odchodzenia. Czyli miłości. Oglądamy parę małżeńską osiemdziesięciolatków zmagających się z jej chorobą. Opowiedziana została przy wspaniałym świetle.
- Rok temu wygrała drugie miejsce przejmującym cyklem „The Julia Project” (w Contemporary Issues/historie) Darcy Padilla 18 lat fotografowała kobietę zarażonej HIV. W tym roku otrzymała "honorable mention”za kontynuację projektu, po śmierci Julii, koncentrując się na jej dziecku i mężu. Historia, by mieć ogólne odniesienie do ważnych tematów społecznych – tym razem dotyczy ubóstwa.

Adam Pretty (Australia, Getty Images) Nurkowie ćwiczą podczas 14. FINA World Championships w Oriental Sports Center w Szangchaju, Chiny, 17.7.11./ 2 nagroda , Sport, serie

- Temat sportu i przyrody zwykle mi najbardziej obcy. Urzekające są jednak klatki Adama Prettyego (nomen omen)  Trudno mi jednak nazwać je serią, są to na pewno nietypowe ujęcia, może bardziej „the best of” z kluczem tematycznym, niż formalna seria. Albo już szukam dziury.
Niclas Hammarström (Szwecja, dla Aftonbladet) Utøya, Norwegia, 22.7.11. Wiele osób skakało do zimnej wody próbując uniknąć kul zabójcy. Anders Behring Breivik zastrzelił 69 osób 22 lipca na małej wyspie Utøya nieopodal Oslo w Norwegii. / 2 nagroda "Spot News" serie 


Rob Hornstra (Holandia, Institute dla Artist Management) Projekt Soczi: Śpiewacy Soczi
Marika Bajur śpiewa 'Kuriu' w restauracji "Eurasia". W kurorcie Soczi restauracje walczą o klienta zatrudniając muzyków śpiewających pieśni rosyjskie jak i znane hity. /1 nagroda "Arts and Entertainment" serie



- Europa jakoś przemilczana. Niektórym zabrakło Grecji innym Hiszpanii. Pojawiła się relacja Niclasa Hammarstroma - Szweda z Norwegii z wyspy Utoya.

Jednak obiektyw nagrodzonych materiałów skierowany został dalej na Wschód: na Rosję i Ukrainę, razem 5 materiałów. Najciekawszym jest z pewnością cykl Donalda Webera - portretów (1 nagroda w tej kategorii) z pokojów przesłuchań gdzieś na Ukrainie. Aparat fotograficzny jest świadkiem i pytającym, zaś historie przed obiektywem potwornie autentyczne.
1 nagrodę w „Sztuce i rozrywce” otrzymał materiał Roba Hornstra ukazujący śpiewaków w restauracjach Soczi, w dość typologiczny sposób. Fenomenalne tła, drobiazgi, ubiór i rodzaje sprzętu, to wszystko gra na znak czasów. Pięknie.


Ostatnim materiałem – znowu Ukraina, o jakim wspominam – to znowu pierwsza nagroda (choć nie ona jest kluczem refleksji) w kategorii „Conteporary Issues” dla Brenta Stirtona. Wykonał zdjęcie Marii, o dość trudnej biografii. Wydała mi się zaś podobna do historii już opowiedzianej u Metalliki w „Turn the Page”. Ale "to nie był film" tym razem.

Brent Stirton (RPA, Getty Images dla Kiev Independent) Krzywy Róg, Ukraina, 31.8.11. Maria, narkomanka i prostytutka, w przerwie między klientami w pokoju, który wynajmuje w Krzywym Rogu. Maria codziennie zażywa narkotyków, widzi się z wieloma mężycznami w ciągu tygodnia, jednak uważa, że nie ma HIV. Twierdzi, że potrzebuje pieniędzy by utrzymać siebie i swoją 9 letnią córkę. / 1 nagroda "Contemporary Issues" zdjęcie pojedyncze

Na koniec – nie koniec. 15 marca poznamy laureatów – otwartego jeszcze konkursu multimediów. Organizowana od zeszłego roku kategoria została przesunięta w czasie. Symbolicznie?

Więcej linków na sam koniec:



O nagrodzie dla Alexandra Gronskiego trzeźwo i epicko napisał Tomek Kaczor: http://magazynkontakt.pl/alexander-gronsky-sielanki-nowe-ruskie.html  


O sukcesie Tomka Lazara bardzo refleksyjnie i do sensu napisał zaś Aleksander Prugar (na faceboku: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=2630660330535&id=1376188307 )


Jedno ze wspomnień tegorocznych przekazano na ręce chińskiego fotografa Xu Shaofeng. Polecam dla relaksu króciutki wywiad z nim, w języku zbliżonym do angielskiego http://www.agile-news.com/news-638843-Photo:-Xu-Shaofeng:-I-vote-this-one-did-not-expect-the-award-winning.html


I oficjalnie: http://www.worldpressphoto.org/



sobota, 11 lutego 2012

R & H w samochodzie - islandzka saga drogi


Rafał Milach, z cyklu "In the Car with R"

Prowadzę ja. Co jakiś czas R widzi coś za szybą i każe mi stanąć. Zjeżdżam na pobocze i czekam aż zrobi zdjęcia. Zaczynam się nudzić. Podróżowanie z fotografem jest trochę jak zakupy z dziewczyną, która chce obejrzeć każdy ciuch i każdą szmatę przymierzyć — niekończąca się męka.
(fragment książki "W samochodzie z R.")




Rafał Milach, z cyklu "In the Car with R"



Za oknami renesans mroźnej i śnieżnej zimy a ja w ręku mam książkę o Islandii. Co więcej sugestywne zdjęcia w tej książce nie dają złudzeń – Islandia tak pokazana to mroźna kraina. Snujący się pomiędzy zdjęciami tekst relacjonuje chłodną relację pomiędzy dwoma nieco przypadkowymi jak się zdaje współpodróżnymi.

W zasadzie, można by rzec, że trudno o gorszą propozycję na zimowy wieczór.
A jednak, książka „W samochodzie z R” z fotografiami Rafała Milacha i tekstem znanego islandzkiego pisarza młodego pokolenia Huldara Breiðfjörða wypełniła moje serce ciepłem. Tak pięknej książki nie miałem w dłoniach od lat. Wycyzelowana, wypieszczona forma, niebanalny projekt graficzny, zachwycający (mnie) pomysł na okładkę – można to mnożyć. Bardziej nawet niż to, moje serce podgrzewa treść książki – znakomite i znakomicie dobrane fotografie przeplatane tekstem tworzą pozornie chaotyczną opowieść dwóch różniących się artystów o dzisiejszej Islandii, drodze i rodzącej się w tej drodze więzi, chaotyczną, lecz w końcu układającą się w spójny obraz.

Książka jest swoistym dziennikiem podróży bez wyraźnie zakreślonego planu i celu, obydwaj panowie – H i R, są uczciwi, nie próbują się przypodobać ani sobie ani odbiorcy publikacji, poszukują właściwej formy ekspresji – R szukając właściwego medium (od IPhona do kamery wielkoformatowej) do przedstawienia odkrywanej dla siebie rzeczywistości, H dając wyraz swojej frustracji, irytacji, nudy, niezrozumienia...




Książka stanowi pewnego rodzaju dopełnienie wydanej przez Sputnik Photos książki IS(not), seria fotografii umieszczonych w tej publikacji została nagrodzona w New York Photo Awards 2011. Makieta książki wzięła udział i została nagrodzona w konkursie Blurb (to już druga nagroda Blurb dla Milacha i Ani Nałęckiej odpowiedzialnej za projekt graficzny).
Z niekłamaną przyjemnością dodaję, że ten wspaniały materiał znalazł wydawcę w Gliwicach, jakby nie było rodzinnym mieście R.; książka została wydana przez Czytelnię Sztuki w Gliwicach, wydana i to jak!
Prezentacji książki towarzyszyło otwarcie wystawy, właśnie w Czytelni Sztuki przy Muzeum w Gliwicach.
Wystawa przygotowana przez Magę Sokalską potrwa do 1.04.2012. 



Kiedy pył wulkaniczny zniknie z powietrza? Dlaczego
tu jest tyle amerykańskich samochodów? Dlaczego Islandia nie zmienia czasu na letni?
Zbliżając się do Reykjaviku, zacząłem szacować, że przez ostatnich kilka dni odpowiedziałem na jakieś 300–400 pytań o Islandię. I nadal nie jestem ani o krok bliżej. Wiem jedno: podróżowanie po kraju z fotografem jednak nie jest jak zakupy z dziewczyną. To jak zostać rodzicem.
(fragment książki "W samochodzie z R.")

Rafał Milach, z cyklu "In the Car with R"