środa, 22 kwietnia 2015

Fotograficzna Publikacja Roku 2015


Przed nami trzecia edycja konkursu na Fotograficzną Publikację Roku. Do 30 kwietnia czekamy na książki, w których fotografia zajmuje centralne miejsce – albumy, katalogi, książki teoretyczne i podręczniki oraz limitowane wydawnictwa self-publishingowe i ziny. Udział w konkursie jest bezpłatny.

Nagrodzimy te publikacje, które mogą stać się inspiracją, i które prezentują odważne koncepcje, dopracowaną grafikę, doskonały druk, wyjątkowe zdjęcia i przemyślany projekt. Nadesłane publikacje oceniać będą eksperci zajmujący się tworzeniem książek oraz fotografią. Jurorami Fotograficznej Publikacji Roku 2015 są:  Katarzyna Sagatowska, Alicja Kobza, Maciej Pisuk, Łukasz Gorczyca oraz przedstawiciele organizatorów konkursu: Agata Zubrzycka (Fotofestiwal), Paweł Rubkiewicz (Bookoff) i Joanna Kinowska (Miejsce Fotografii).

W konkursie przyznana zostanie Nagroda Główna im. Krzyśka Makowskiego i nagroda specjalna dla publikacji self-publishing. Oprócz nagrodzonych książek i albumów jury wyłoni także co najmniej 10 pozycji, które zostaną zaprezentowane podczas Międzynarodowego Festiwalu Fotografii w Łodzi od 28 maja do 7 czerwca 2015 r.

NAGRODA GŁÓWNA – NAGRODA IMIENIA KRZYŚKA MAKOWSKIEGO
– tytuł Fotograficznej Publikacji Roku 2015,
– voucher o wartości 3000 zł na wybrane produkty firmy Empresse,
– wystawa podczas Fotofestiwalu 2015 (28 maja do 7 czerwca 2015),
– promocja w ramach Fotofestiwalu 2015.

NAGRODA SPECJALNA ZA SELF-PUBLISHING
– voucher o wartości 2000 zł na wybrane produkty firmy Empresse,
– wystawa podczas Fotofestiwalu 2015 (28 maja do 7 czerwca 2015),
– promocja w ramach Fotofestiwalu 2015.



czwartek, 5 marca 2015

Horowitz. Niespotykany, nietypowy, osobliwy.

Ryszard Horowitz, Życie niebywałe. Wspomnienia fotokompozytora, wyd. Znak, Kraków 2014

Niebywałe, wyjątkowe, niespotykane, nietypowe, rzadkie, osobliwe. 

Autor: Nie trzeba przedstawiać, oczywiście. Wyłania się z książki jego obraz, oczywiście.

Na planie zdjęciowym dla Rodier, Pyla-sur-Mer, Francja, 1972. Fot. Emil Laugier. Dzięki uprzejmości R. Horowitza. 

Podtytuł: Zważywszy, że tytułem właściwie jest samo nazwisko autora, za podtytuł należy uznać całość faktycznego tytułu: Życie niebywałe. Wspomnienia fotokompozytora. Całość wskazuje na bardzo osobistą wypowiedź i specyficzny ton opowieści. Każdemu wszak przytrafiają się rzeczy bywałe i niebywałe w życiu, to kwestia podejścia i interpretacji znaków. Co prawda, Ryszard Horowitz miał do tej pory życie interesujące, pełne zbiegów okoliczności i przypadków, autor wspomnień przekonuje, że bardziej niż inni. Ma do tego pełne prawo, opowiada nam o sobie w pierwszej osobie, tak jak pamięta i własnym sposobem. Fotokompozytor to słowo wymyślone przez samego Horowitza, można uznać za przydomek, własną szufladkę w historii sztuki.

Zdjęcia: 126 z czego połowa to pamiątkowe ujęcia przyjaciół, rodziny, spotkanych i znajomych. Druga połowa to twórczość: od pierwszego zdjęcia w czarnobieli przez kompozycje graficzne po najbardziej znane fotomontaże czy jak woli autor: fotokompozycje. Kilka dosłownie ujęć nie jest autorstwa Horowitza, a wtedy są to zdjęcia innych członków rodziny, przyjaciół, m.in. Janusz Fogler, Richard Avedon. Zdjęcia są w niespotykany sposób umiejscowiony w książce. Oglądając stronę z fotografią, widzimy często więcej zdjęć, jakby czekały w stosiku na stole. Widoczna jest jedna, która przykrywa kolejne. Przewracamy kartkę i oto kolejne zdjęcie ze stosu, i tak dalej. Zabawna kontekstami i komponowaniem najwyraźniej pasuje do natury autora wspomnień, co wychwycił autor koncepcji graficznej i projektu Maciej Buszewicz. 


Stron: 444. Plus dziewięciostronicowy indeks osób oraz pięciostronicowe kalendarium. Obydwa szalenie przydatne, ułatwiające odnalezienie się na osi czasu.

Grupa docelowa: każdy komu nazwisko Horowitz mówi „coś”, warto to „coś” pogłębić czytając tę publikację. Jest to pozycja dla miłośników wspomnień i biografii, tych co uwielbiają jazz oraz sztukę jako taką. Jest to też znakomite świadectwo o Holokauście i jego późniejszego upamiętniania. Są też wątki około fotograficzne, w przyswajalnej ilości.

Wygląda po prostu na to, że nie trafiłam w grupę docelową. Może jest za późno dla mnie na tę publikację. Gdybym mogła ją przeczytać 20 lat wcześniej, gdy sztuka Siudmaka, Beksińskiego (malarstwo) i Horowitza przejmowała, emocjonowały historie płynące z bohemy krakowskiej, tej fin de sciecle’u ale i te z Piwnicy, wówczas byłaby to pewnie biblia: kogo słuchać, kogo oglądać, jak żyć. Może gdybym sięgnęła po nią za lat 40, wówczas doceniłabym pamięć, drobiazgowość oraz łut szczęścia autora, może oklaskiwałabym dystans i umiejętne określenie-się autora w modach i trendach. Ale czytałam ją teraz i stoję przed trudnym zadaniem opowiedzenia o niej. Horowitz wielkim artystą jest. A teraz zajrzyjmy do wątków fotograficznych, bo to one mnie głównie interesują. 



Przypadkowy autoportret powstały w czasie sprawdzania, czy aparat poprawnie działa, lata 70. Dzięki uprzejmości R. Horowitza. 

Horowitz jest fotografem o uznanej renomie światowej. O dystansie do samego siebie – jak uznaje sam autor, świadczy publikacja pierwszego zdjęcia, które świadomie wykonał. Niespecjalnie się zgadzam z tym, o czym świadczy ten gest. W trakcie lektury jeszcze kilkukrotnie bardzo zmarszczyłam brwi, nie chodzi bynajmniej o wartościowanie czy ufność wobec autora. Może to kwestia wychowania, może kwestia otoczenia, może dobór nauczycieli w liceum, nie wiem skąd wzięła się reakcja na kilka stwierdzeń autora, dość, że przypomniała wspomnienia i opowieść o pracy Daniela Libeskinda. Podobnie słowa na temat twórczości własnej, które odsłaniają idee stojące za projektami, spójne nastawienie do historii, podobna wizja talentu i kariery oraz wreszcie zbliżony stosunek do zmarłych (Tak, zmarłych, wspomnieniowo, może dlatego, że kogo nie pytam ostatnio - to uznajemy, że się u nas tak nie mówi. Cała kwestia w tym, gdzie jest 'tutaj' i kto uznaje.) 
Wizja talentu i artyzmu przebija mocą i zdecydowaniem poczucie absolwentów uczelni artystycznych o setki procent. Tej afirmacji można wręcz zazdrościć. Szczególnie podobieństwo ze wspomnieniami Libeskinda rzucają cień wątpliwości, czy być może to po prostu podejście nie cechuje polskich emigrantów, którzy wprowadzili w życie ów amerykański sen, dotarli na szczyty i stamtąd do nas mówią? Z drugiej jednak strony - dystans jest i to autentyczny. Świadczy o tym ilość kapitalnych zdjęć, pamiątkowych, przypadkowych, turystycznych, albumowych. Wyłania się z nich człowiek ze świetnym poczuciem humoru, eksperymentujący, bawiący się aparatem. Ciekawe czy podobnych ujęć ma Horowitz więcej, czy te opublikowane to już wszystkie, to byłby interesujący zdaje się materiał... [z paczki prasowej z wydawnictwa wybieram do ilustracji recenzji tylko te "naj". Znacie takiego Horowitza?]   

Przy pracy nad „Park Avenue”, 1986. Dzięki uprzejmości R. Horowitza. 

Pod górę z tą fotografią. Taka oczywista a taka nieznana.

Szalenie interesującym rozdziałem książki jest ten poświęcony wspomnieniom studiów na Pratt Institute. W końcu jakoś historie płynące z krakowskiej ASP są jakoś rozpoznane, tu i ówdzie się przewinęły, ale o Polaku w Pratt, studencie Brodovitcha i Avedona – nie! Apetyt przerósł lekturę i pozostał ciągle głód. Wiemy jakie zadania stawiał Alexey Brodovitch, ale jaki właściwie był? Co mówił kolegom na korekcie? Kto i jak uczył na Pratt? Jak pracował Avedon? Jak się pracowało z nim? Czy Day-Lewis i Meyerowitz, kumple z roku, byli pilnymi studentami? Czy pracowało się w atmosferze nabożnej zgody z profesorami czy przechodzili bunt młodzieńczy, w końcu wraz z autorem, czytelnik trafia na Pratt w burzliwych latach 60-tych.  Bez związku?

Kontynuując wątek 'niebywałych' portretów: zapewne takich Horowitza, Day-Lewisa i Meyerowitza też nie znaliście. Zdjęcie wykonał Richard Avedon. A jakże. 

Fotografowie wymieniani we wspomnieniach są zawsze scharakteryzowani, opisani – co robili oraz jak. Mamy zatem recenzję prac Avedona czy Foglera poczynione przez Horowitza, który swoją drogą w innym miejscu utyskuje na żenujący poziom krytyki artystycznej. Charakterystyka i przebieg twórczości tych wielkich fotografów trochę mnie dziwi. Inne nazwiska są wrzucone z całą absolutnie pewnością rozpoznawalności przez czytelnika. Mick Jagger czy Steven Spielberg może faktycznie nie wymagają opisania. Być może to przewrażliwienie mojego oka, stąd dziwienie się dlaczego przedstawiać należy sylwetkę Avedona, bądź co bądź giganta, a wszech znani są Danuta Rinn, Wojciech Pszoniak, Agnieszka Holland. Może to kwestia dobrania grupy docelowej – jako obywatela Polski, średniego wieku, o ogólnej orientacji w kulturze popularnej, w tym szczególnie telewizyjnej. Wówczas w pewnym sensie zrozumiałe staje się, (skoro już ustaliliśmy, że jestem przewrażliwiona na pozycję fotografii w popkulturze), opisanie Macieja Plewińskiego, jako po prostu syna wielkiego fotografa. Znowu, chciałabym raczej z pierwszej ręki usłyszeć co charakteryzowało pierwsze prace Macieja, coś poza posiadaniem słynnego ojca?

W lustrze, 1971. Dzięki uprzejmości R. Horowitza. 

Jako art director w Grey Advertising, Nowy Jork, 1966. Dzięki uprzejmości R. Horowitza. 

Z pewnością błędem jest sięganie po książkę tylko w poszukiwaniu wątku fotograficznego. Autor spisał wspomnienia, których elementem jest jego praca zawodowa. Ależ to życie jego było barwne, a fotografia koniec końców sprowadzona jest do ot-po prostu zawodu wykonywanego. Krótko i rzeczowo na temat techniki, awansów, podwyżek, angaży, ale mnóstwo i opisowo na temat znajomości, które poprzez pracę się wywiązały. Przeskok ze studiów w wir znajomości i society nowojorskiej także pozostawia niedosyt i pytania. Nie mamy w końcu pojęcia jak się realizuje amerykański sen, jak się zostaje wziętym fotografem w Nowym Jorku (fragment książki poniżej to właściwie jedyny jakoś przybliżający do tej idei). Mamy przed oczami wycinek wspomnień. Klucza upatruję trochę w zdaniu, jakie wypowiedział do Horowitza absolutny gigant fotografii, Andre Kertesz: 
AK: A czym się pan zajmuje?
RH: Jestem fotografem.
AK: A to mnie nie interesuje. 
O pracy i studiach opowiada tylko, gdy jest coś - jak w tytule - niebywałego. Fotokompozycje, czy tzw. cyklopia fotografia, nowatorskie pomysły do reklamy są szerzej omówione. Zwykłe życie zawodowe, 'bieżączka', codzienność już nie. Wspomnienia Horowitza, nie fotografa czy fotokompozytora. 
Zaznaczyłam w książce masę fragmentów, głównie do cytowania czy niezgody. Walczę z tą recenzją już dłuższą chwilę. Nie zgadzam się z podejściem Horowitza do bardzo wielu spraw na temat fotografii, krytyki artystycznej, sztuki w ogóle. Ale po wyczerpującej potyczce wewnętrznej postanawiam nie polemizować. Nie od tego są wspomnienia. Spróbuję zapisać się na wywiad, by wyklarować sobie pewne sprawy. Państwa tymczasem zostawiam z lekturą. 

Linki:
Strona autorska Ryszarda Horowitza
Sylwetka Horowitza w Culture.pl, w Wikipedii
książka do kupienia - ZNAK


Ryszard Horowitz. „Życie niebywałe. Wspomnienia fotokompozytora”, fragment rozdziału pt. „Fotograf snów”, str. 206-210.

Otwierając własne studio, wyobrażałem sobie, że już pierwszego dnia zostanę zasypany zleceniami – klienci będą walić drzwiami i oknami, telefony będą się urywały, a ja nie będę nadążał z realizacją projektów. A nawet jeśli nie byłem aż takim optymistą, sądziłem jednak, że skoro wielu moich kolegów z Pratt pracowało w agencjach reklamowych i ilustrowanych wydawnictwach, dzięki ich rekomendacjom rozbuduję sieć kontaktów i przynajmniej spłacę pozaciągane długi. Nic bardziej mylnego! Panowała cisza jak makiem zasiał, co przy Piątej Alei jest zjawiskiem dość niespotykanym.
Przez pierwsze miesiące zacząłem powoli dostawać niemal wyłącznie zlecenia na tak zwane editorials – zdjęcia towarzyszące artykułom w bogato ilustrowanych magazynach. Na brak prestiżu nie mogłem narzekać. Kilka la t po tym jak – mimo wstawiennictwa Avedona – Marvin Israel odrzucił moje prace, udało mi się w końcu zadebiutować na  łamach wymarzonego
„Harper’s Bazaar”. Nobilitacja moich prac wynikała nie tylko z wysokiego poziomu artystycznego pisma, które w duchu Brodovitcha inspirowało cały fotograficzny i designerski świat. Dziś, w dobie wielkiej dbałości o prawa autorskie, może się to wydać zaskakujące, ale „Bazaar” był jednym z pierwszych magazynów, w których podpisywano autora zdjęć. Fotograf przestawał być anonimowym wykonawcą pomysłów grafika, co na początku samodzielnej kariery miało dla mnie niebagatelne znaczenie. Publikowanie na tych łamach było dla fotografa dowodem uznania, ale zarazem również trudną do przecenienia promocją.
Moja pierwsza praca zamieszczona w piśmie „Bazaar” to czarno-białe zdjęcie przedstawiające wewnętrzną część dłoni z odbitą na niej średniowieczną ryciną. Obrazowało rodzaj mistycyzmu towarzyszącego żmudnemu odczytywaniu linii papilarnych. Zdjęcie podpisane było prosto: Horowitz. Ledwie numer magazynu ujrzał światło dzienne, dzwoni telefon. Odbieram z nadzieją, że właśnie zaczął się czas pochwał i nowych zamówień, a tu zimny prysznic – obcy facet z miejsca robi mi awanturę. „Jakim prawem pan podpisuje swoje prace moim nazwiskiem?! Przecież to JA się nazywam Horowitz!” Okazało się, że był to Irving Horowitz, dużo starszy ode mnie fotograf, dość znany, choć nieszczególnie oryginalny. „Jeśli faktycznie ktoś nas ze sobą pomylił, powinien być pan raczej zadowolony!” – odkrzyknąłem z arogancją, na jaką stać chyba tylko  rozpoczynających karierę artystów, i trzasnąłem słuchawką. Więcej nie zadzwonił, ale od tego czasu pilnowałem, by podpisywano mnie pełnym imieniem i nazwiskiem.
Debiut na łamach „Harper’s Bazaar” bardzo mi pomógł. Wiele osób do dziś pamięta fotografie, które tam opublikowałem. Często też są zamieszczane w kolekcjach prezentujących dorobek fotograficzny tamtych czasów. W końcu udało mi się nawiązać nowe kontakty, dzięki którym przygotowywałem materiały typu editorials również dla „Esquire”, „Look Magazine”, „Time” czy „Life”, a w prasie biznesowej dla „Money” i „Fortune Magazine”.
Jeśli na początku samodzielnej kariery miałem powód do narzekań, to tylko jeden: zarobki. Za zdjęcia ilustracyjne na zamówienie płacono całkiem nieźle – stawki podobne były do dzisiejszych, a koszty utrzymania o wiele niższe. Tyle tylko że teraz byłem właścicielem kosztownego w utrzymaniu studia, a w wolnym zawodzie bardzo łatwo o utratę płynności finansowej. W pierwszych miesiącach działalności nieraz brakowało mi na czynsz. Gdyby nie wyrozumiałość pana Flichtenfelda, właściciela budynku, w którym mieściła się moja pracownia, niechybnie bym zbankrutował.
Mój niedawny wybawca, Manning R., już tak wyrozumiały nie był.
„Jeśli nie będziesz spłacał na czas swojego długu, nie będziemy mogli pozostać przyjaciółmi” – oświadczył mi któregoś razu i rzeczywiście na tym nasza przyjaźń się skończyła. Kolejną pożyczkę zaciągnąłem u państwa Schorów, spłaciłem Manninga i więcej go nie widziałem. Ale problemu to nie rozwiązywało. Ratunkiem mogłyby być zlecenia na zdjęcia reklamowe – nieporównywalnie lepiej płatne. Ale te z kolei prawie nigdy nie były podpisywane. Idealnie byłoby więc pracować nad dwoma rodzajami zleceń – dla wynagrodzenia i dla nazwiska.
Jednego byłem pewny: nie chciałem się ograniczać do jednej dziedziny fotografii. Portrety, moda, biżuteria i martwe natury potrafią być fascynujące, ale zawsze uważałem, że nic tak nie zabija twórczości jak rutyna. Unikałem przyjmowania tuzinkowych zleceń, nawet jeśli dawałyby poczucie względnej stabilności i rozwiązały większość problemów finansowych. Jeden jedyny raz dałem się skusić na ofertę przygotowania katalogu dla sieci domów towarowych J.C. Penney. Moja sytuacja finansowa była naprawdę tragiczna – i nagle zjawia się mój agent z tak dużym zadaniem! Gdy tylko przyjąłem tę propozycję, zaraz zaczęto znosić do mojej pracowni pudła z ich produktami. Ale od samego patrzenia na stosy towarów poczułem trudny do wytłumaczenia strach – jakby ich obecność w moim studio była zamachem na moją duszę, zapowiedzią otępienia, utraty wrażliwości i wyobraźni.
Do przyjęcia tego zlecenia zainspirował mnie kumpel, który zarabiał fortunę, robiąc zdjęcia do katalogów Searsa, wielkiego sklepu wysyłkowego i sieci domów towarowych z Chicago. Pracował w zasadzie tylko dwa razy w roku, trzepiąc fotki jak ze sztancy. Przez resztę czasu żył niczym król, a ponieważ nie miał w zwyczaju przepijać tego, co zarobił (a to zdarzało się wielu lekkomyślnym młodzieńcom w latach sześćdziesiątych), i zainwestował w nieruchomości, w parę lat później został milionerem. Poczułem jednak, że jego droga nie jest dla mnie. Kazałem wszystkie towary natychmiast odesłać z powrotem i wycofałem się ze zlecenia. Choć, biorąc pod uwagę moją ówczesną sytuację, był to ruch bardzo ryzykowny i zajęło mi wiele lat, zanim przyzwyczaiłem się do nieregularnej pracy i dochodów, dziś uważam, że była to jedna z najlepszych zawodowych decyzji w moim życiu.

Być może moja wiara we własne możliwości wynikała ze zdobytego już doświadczenia i wszechstronnego przygotowania. Nie zaplanowałem skrupulatnie ścieżki kariery, ale tak się szczęśliwie złożyło, że asystując Arnoldowi Newmanowi i Richardowi Avedonowi, fotografując dla Ilyi Schora i Natana Rapaporta, pracując jako grafik w CBS dla Lou Dorfsmana czy w studio filmowym Ferro, Magubgub & Schwartz, a potem w agencjach reklamowych Young & Rubicam i Grey Advertising, ciągle zdobywałem nową wiedzę. Dzięki temu dobrze znałem wszystkie etapy pracy w reklamie i wiedziałem, jak realizacja będzie wyglądała w ostatecznej formie. Umiałem rozmawiać z fachowcami z różnych dziedzin – od tekściarzy, muzyków, fotografów przez redaktorów i szefów artystycznych, po drukarzy – znałem ich żargon i rozumiałem oczekiwania. Gdybym od początku kształcił się na zawodowego fotografa, paradoksalnie pewnie nie nauczyłbym się tego wszystkiego.
„A którą szkołę fotograficzną pan ukończył?” – zapytał mnie ktoś
z publiczności po wygłoszeniu w 1995 roku wykładu w prestiżowym Rochester Institute of Technology i poczułem się niezręcznie. Byłem właśnie gościem jednej z najlepszych w całych Stanach i zarazem najdroższych uczelni kształcących zawodowych fotografów. Każdy student siedzący na sali płacił tysiące dolarów rocznie, by posiąść tę wiedzę tajemną. W dodatku mój wykład i dyskusja za pomocą satelity były transmitowane na żywo do dziesiątek uczelni fotograficznych w całych Stanach. Czy wypadało bezceremonialnie postawić się za przykład, że można wybić się w tym fachu bez ukończenia studiów fotograficznych? A czy wypadało tego nie zrobić? Wziąłem głęboki oddech, przybliżyłem się do mikrofonu i powiedziałem prawdę:
Żadnej”.
Najlepszą szkołę daje samodzielne pokonywanie przeciwności przy pracy. Nauczyłem się tego, już fotografując dla Schora i Rapaporta. Ilya robił piękną i szalenie złożoną biżuterię ze srebra i złota – sygnety, naszyjniki, kolczyki. Utrwalenie ich połyskliwych powierzchni tak, by uchwycić każdy detal, było bardzo trudne, jeśli nie posiadło się umiejętności operowania światłem. Właśnie w czasie pracy nad zleceniami dla Schora nabyłem to absolutnie kluczowe doświadczenie w dziedzinie, którą się zajmuję.

czwartek, 29 stycznia 2015

Jerzozwierz. Rozczarowanie, zażenowanie, zmarnowanie.

Olga Ptak, Jerzozwierz. Portrety i autoportrety Jerzego Lewczyńskiego, wyd. Muzeum w Gliwicach, seria Czytelnia Sztuki, Gliwice 2012

Tytuł:  Jerzozwierz. Portrety i autoportrety Jerzego Lewczyńskiego. Rzecz ewidentnie dotyczy Jerzego Lewczyńskiego. Nie jest to jednak, jak po tytule można posądzać opowieść o jego pracach fotograficznych, analiza serii zdjęć, to opowiastka o życiu, osobowości, charakterze i ułomności fotografa. Opowiastka przetykana jest zdjęciami – tutaj zgodnie z częścią tytułu: z autoportretami artysty.
Jerzozwierz – to oczywiście Jerzy Lewczyński, jeden z pseudonimów, przydomków, raczej między zaufanymi ludźmi. 
Stron: około 140. Papier przyjemny, oprawa twarda. Wspaniały przedmiot. Dobry rozmiar.

Wydawca: Muzeum w Gliwicach znane z serii Czytelnia Sztuki i wspaniałych wydawnictw.


Zdjęć 18, plus 3… 18 to autoportrety, pochodzą z kolekcji prywatnych i zbiorów Muzeum w Gliwicach. Te najsłynniejsze, czasem także te mniej znane. Pozowane, precyzyjnie rozplanowane, ustawione, zainscenizowane z przekazem, czasem kolaż. Plus 3 – na samym końcu – to autoportret autorki z bohaterem. Seryjka 3 zdjęć w rodzaju „Picasso wielkim artystą był”, ot modne selfie. Pamiątka, kompletnie nie mająca przekazu, tak drastycznie różna od reszty zdjęć w książce. Na wykonanie serii poświęcono pewnie razem jakieś 10 sekund, z pozowaniem, wyzwoleniem spustu i złożeniem statywu.
Można się w tej serii 3 zdjęć dopatrywać chyba komentarza do całości (jeśli to nie jest zbytnia nobilitacja dla tych obrazków). Puenta z pewnością dobra – cała książka jest opowiastką popełnioną przez młodą uśmiechniętą osobę, która ogromnie się cieszy z poznania i przebywania z mistrzem. Widać to dobrze na tych zdjęciach. Tak bardzo się cieszy, że opowiastka dotyczy jeno tej radości. Przypomina bardziej relację z backstage’u wielkiej gwiazdy rocka dostarczoną przez młodocianą fankę. 


Trudno o tej książce pisać na poważnie. Mieliśmy spróbować  w duecie z Marcinem zmierzyć się nią. Nie rozpisaliśmy ról na złego i dobrego policjanta. No niestety. Zdanie o publikacji mamy identyczne. Jeśli nie macie obligatoryjnie zadane by ją czytać, nie sięgajcie po nią po prostu.

Marcin: książka nie jest o fotografii, ale o spotkaniu starego człowieka. Co gorsza autorka przedstawia owego człowieka bez zrozumienia i empatii, nadużywając jego zaufania i gościnności. I jako, że jest to książka słaba, na dodatek, daleko jej do książki Domosławskiego o Kapuścińskim, a rzuca cień na człowieka, którego darzyłem szacunkiem, to ja nie będę jej promował nawet źle o niej pisząc.

By jednak studenci w przyszłości nie przynosili na zaliczenie pracy o Lewczyńskim pisanej w oparciu o niniejszą publikację, jednak wyrażę swoje zdanie: rozczarowanie, zażenowanie, zmarnowanie. 



Rozczarowanie. To pierwsze moje doznanie. Nie tego się spodziewasz. Książka przepięknie wydana, oszczędnie i ze smakiem. Spodziewam się większego udziału postaci, przepraszam Postaci – jaką jest pan Jerzy. Jego głosu, jego opowieści o tychże portretach i autoportretach. Książka ma jak dla mnie trzy części: pierwsza – przedziwna opowieść o spotkaniach z mistrzem, druga – cytaty z dzienniczka autorki (sic!!) i trzecia – teksty i listy pana Jerzego do Zdzisława Beksińskiego. [właśnie wyszła osobna publikacja zbierająca wszystkie te listy razem, redaktorką jest znowu Olga Ptak, wydawcą jest znowu Muzeum w Gliwicach].
Część druga jest przezabawna, jeśli się do niej dobrnie. Jest miodem na serce po żenującej opowieści pierwszej. Po prostu oczom się nie wierzy. Narrator, opowiadacz wyszedł ze swojej roli i cytuje swój pamiętnik. Co gorsza, w części trzeciej są listy do Zdzisława Beksińskiego. Autorka nie zauważyła, że część – części nierówna…

Zażenowanie. Idzie w parze z rozczarowaniem. Czyta się do końca mając nadzieję, że znajdzie się tam coś wartościowego (i owszem, część trzecia – listy Beksińskiego rekompensuje pierwsze 120 stron (z całych 140)). Jaki obraz pana Jerzego wyłania się z „Jerzozwierza”? Otóż poczciwego staruszka, dość zdziwaczałego, mającego setki przyzwyczajeń, egocentryka i alkoholika. Może i te historyjki o rybach i metaxach wydały się autorce wiekopomne, może i były zabawne dla jej znajomych, gdy opowiadała ‘sprawdzając’ je w gronie najbliższych. Ja czuję jednak zażenowanie. To nie są rzeczy, które potrzebuję wiedzieć o panie Jurku. To są sprawy i sprawki każdego człowieka w pewnym wieku. Przyzwyczajenia i dziwadła, nawyki i sposoby, własne urojenia i zupełnie osobny, prywatny świat. Autorka zestawiła każdego-staruszka z dużym artystycznym nazwiskiem. Może to miało wstrząsnąć? Może coś ukazać? Wyszedł obraz starości, wyśmiany przez kogoś kilka razy młodszego. Drwina ze starości. 


Zmarnowanie. Bynajmniej nie chodzi o pieniądze (chociaż znam kilka tekstów czekających na wydanie…). Zmarnowana szansa. Nie wiem co dokładnie autorka robiła tak często w mieszkaniu pana Jerzego. Coś chyba pomagała posprzątać, uporządkować archiwum, nie wiem. Rozmawiała z panem Jerzym. Często. Przeszła na drugą stronę – stała się kimś codziennym w domu państwa Lewczyńskich.  I to właśnie tę szansę zmarnowała. Nie potrzeba nam bowiem powtarzać, że pan Jurek był schorowany i coraz starszy. Trzeba go było pytać o coś przy czym nas nie było. Jaki był ten Beksiński, jak to było ze Schalbsem? Jakie nawiązał rozmowy ze Steinertem? Jak poznał się z Zofią Rydet? Jak to było na wystawie w Nowym Jorku? Co jest za zdjęciami?

Osobista historia jest szalenie ciekawa, ale na tym styku, który odróżnia tysiące od jednostki. Obawiam się, że mówienie do każdej osoby jednym imieniem nie odróżnia pana Jurka od pana Mietka, mojego sąsiada. Pan Jerzy uczestniczył w najważniejszych wydarzeniach fotograficznych od czasów wojny w Polsce, znał wszystkich i ze wszystkimi korespondował. Był motorem zmian w pewnych kręgach, wyznawcą nowej i awangardowej fotografii. Należą mu się hołdy a nie paszkwile. 


Zostaje też odrobina nadziei. Podwójnej: że pani autorka coś pożytecznego oprócz pisania tej książki zrobiła z archiwum pana Jerzego. I druga – że pan Jurek ze śmiechem przyjął tę publikację. Potraktował to jako kolejny żarcik, obrócił tę niestosowność śmiech. Trochę niezrozumiała jest rola Muzeum w Gliwicach. Wydawca, zdaje się, że także pracodawca i zleceniodawca tejże opowieści i pracy z panem Jerzym. Nikt nie zauważył o czym jest ta książka? W tym samym czasie została wydana gigantyczna publikacja – przez to samo muzeum, jako katalog wystawy Jerzego Lewczyńskiego w Krakowie. Redakcję wziął na siebie kurator wystawy – Wojciech Nowicki. I to jest pomnik należyty. Tu się mówi o tych pracach na poważnie.
Jeśli „Jerzozwierz” miał promować Muzeum jako właściciela prac Lewczyńskiego, no to nie poszło. Nie po takiej monografii jaką jest „Pamięć obrazu”. Mam nadzieję, że świeżo opublikowane listy Beksiński-Lewczyński zostały wydane bez komentarza, bez redakcji, na czysto. 

Gdyby ktoś sięgnął do tego posta w poszukiwaniu informacji o Jerzym Lewczyńskim, proszę bardzo, bibliografia obowiązkowa:
Jerzy Lewczyński, Archeologia fotografii, prace z lat 1941-2005, Muzeum Sztuki w Łodzi, Wyd. Kropka, Września 2005
Jerzy Lewczyński. Pamięć obrazu, red. Wojciech Nowicki, wyd. Muzeum w Gliwicach, Kraków 2012



wtorek, 20 stycznia 2015

Z nowym rokiem, nowym...obrazem!

Trudno zaczyna się posty po długiej przerwie. Nie bardzo wiadomo czy się tłumaczyć. Mimo początku roku niestety żadnych obietnic w temacie częstotliwości postów nie składam. Nowy rok się zaczął chwilę temu, a dziś Gazeta poddała pretekst do publikacji. [nie pierwszy w tym roku, ale na opisanie przypadku z ostatniej 'co jest grane' i o fotografii wojennej - innym razem ;) ].

Do 22 lutego w Domu Spotkań z Historią trwa wystawa/akcja "Fotoikony w Polsce. Poszukiwanie/głosowanie". W pewnym momencie 'miejsce fotografii' zajęło się właściwie tylko tą tematyką. [dalej żadnych obietnic, ale przydadzą się życzenia by przynajmniej skończyć opisywanie fotoikon...]. W ostatniej dyskusji przy okazji wystawy okazało się konieczne przypomnienie impulsu do stworzenia tej akcji. A tutaj Gazeta przynosi nawet wizualne dopełnienie historyjki o impulsie.


Oto okładka kalendarza, który dziś dodawany jest do Wyborczej. 'Time Square Kiss' Alfreda Eisenstaedta. Jedno z najbardziej ikonicznych zdjęć świata. W kalendarzu do polskiej gazety, wybór historycznych zdjęć i rocznic wedle dodatku "Ale Historia". W środku jeszcze budowa wieży Eiffela, Jurij Gagarin, parada zwycięstwa w Londynie i pierwszy mundial. Są oczywiście wątki polskie: transatlantyk 'Batory', żelazne postaci: Józef Piłsudski, Jan Paweł II, dodatkowo Maria Curie-Skłodowska i Ignacy Paderewski. Nie samymi zdjęciami kalendarz stoi - są reprodukcje malarstwa, też z górnej narodowej półki: Matejko i Kossak.

Bardzo się czepiać nie będę. Kalendarz wywołał u mnie spory uśmiech. Po to właśnie akcja "Fotoikony" w Polsce, by przypominać, że mamy świetne kadry z polskiej historii, a za zdjęciami stoją historie niesamowite. Są tam kadry nie tylko martyrologiczne, są i kalendarzowe, naprawdę!



Pozostawię państwa z wizualną lekturą kalendarza, ale dorzucę pytania natury bardziej lub mniej retorycznej:

- Czy zestaw ten opowiada coś konkretnego, czy górę biorą przypadkowe ciekawostki?

- Czy redakcja kierowała się bardziej zdjęciem (wizualnymi walorami fotografii) czy rocznicą - by fotografia pasowała do miesiąca?

- Czy wszystkie zdjęcia są kalendarzowe, czyt. przyjemne oku, takie, które bez obaw powiesimy w kuchni czy biurze? [poza klasą, w której nauczana jest historia]

I mam zawsze aktualne pytanie:
Jakie są dla Was ważne zdjęcia, które mogłyby mieć miano zdjęć ikonicznych? Jeśli nie ma go na wystawie/w akcji "Fotoikony" proszę przysyłajcie swoje typy na email: fotoikony.projekt [na] gmail [kropka] com




wtorek, 25 listopada 2014

Fotoikony w Domu Spotkań z Historią w Warszawie

Prawie trzy lata od startu projektu "Fotoikony" otwieramy kolejną odsłonę wystawy. Zapraszam od dziś, od 18.00 do Domu Spotkań z Historią. Wystawa trwa aż trzy miesiące. Oczywiście wraz z głosowaniem. Nowością w głosowaniu jest pewna informacja zwrotna jaką dostajemy od widza. Proszę się zatem zastanowić na jedną z trzech kategorii:
1) Tak. Dobrze znam to zdjęcie
2) Tak. To zdjęcie zrobiło na mnie największe wrażenie
3) Tak. To zdjęcie dobrze opowiada historię.


Zapraszam do DSH oraz do głosowania przez internet: tutaj.





więcej o wystawie: strona DSH
głosowanie internetowe na stronie DSH

środa, 2 lipca 2014

zmarł Jerzy Lewczyński


to bardzo smutny dzień...
Kilka godzin temu odszedł Jerzy Lewczyński, ikona polskiej fotografii, ale też ciepły i bliski nam człowiek, będzie nam go bardzo brakować...

środa, 11 czerwca 2014

FPR 2014: konkurs rozstrzygnięty!



Fotograficzna Publikacja Roku 2014: NAGRODA GŁÓWNA – NAGRODA IMIENIA KRZYŚKA MAKOWSKIEGO

Dissasembly, Bownik

„Disassembly" Bownika zostało nagrodzone przede wszystkim za twórcze wykorzystanie medium, jakim jest książka fotograficzna. Za bezprecedensowe na polskim rynku wydawniczym, ujęcie fotografii w publikacji. Projekt, znany publiczności z wcześniejszych wystaw, został w książce zaledwie przypomniany, odwołano się do niego odsłaniając, czy wręcz tylko sugerując, drogę poszukiwań autora do celu. Książka nie streszcza, ani nie podsumowuje dotychczasowej pracy nad projektem, jest jego kolejnym, ważnym elementem. Istotnym także dlatego, że może swobodnie funkcjonować, jako niezależny obiekt artystyczny. W subtelny sposób prezentuje proces pracy artystycznej nad projektem, nie odsłaniając wszystkich jego tajemnic. Jest twórczym rozwinięciem wystawy. Publikacja powstała przy współpracy Honzy Zamojskiego, który wcielił się tutaj zarówno w rolę kuratora, jak i projektanta. Partnerstwo i współpraca obydwu artystów zaowocowało bezkompromisowymi rozwiązaniami.

Nagradzamy „Dissasembly" za wyjątkową fuzję pomysłów oraz za nowatorską i niedosłowną prezentację projektu fotograficznego.

wydawca: Mundin
projekt graficzny: Bownik, Honza Zamojski
redakcja: Bownik, Honza Zamojski
nakład: 700 PL / 350 ANG / 30 wersja limitowana





NAGRODA SPECJALNA ZA SELF-PUBLISHING

Justina&co.uk, Magda Buczek

Wyróżnienie specjalne za self-publishing należy się wyjątkowej książce – prywatnej i pamiętnikowej. Niewielki format łączy bogactwo treści i równie rozbudowaną listę środków formalnych. Zakładki, przekładki, brokat i wszelkie dodatkowe elementy doskonale wpisują się w historię, którą opowiadają autorka i bohaterka książki.

„Justynę” doceniamy zatem za niezwykłą szczerość i konsekwencję. Self-publishing w wydaniu Magdy Buczek ujął nas przede wszystkim spójnością tematu i formy. Jest to doskonałe podsumowanie wieloletniej pracy autorki, która w spójny sposób prezentuje temat i nie boi się ekstrawagancji.

projekt graficzny / graphic design: Magda Buczek, Emilia Obrzut (Obszar Roboczy)
nakład: 8 sztuk
redakcja: Magda Buczek




Poniżej relacja z ogłoszenia wyników i wręczenia nagród. Dziękujemy bardzo!

fot. Marcin Grabowiecki

fot. Łukasz Szeląg

fot. Łukasz Szeląg

fot. Łukasz Szeląg

fot. Marcin Grabowiecki

fot. Marcin Grabowiecki

fot. Marcin Grabowiecki

fot. Marcin Grabowiecki

fot. Marcin Grabowiecki

fot. Marcin Grabowiecki


więcej:

Wyniki i relacja w Fotopolis.pl
Nagrody Empresse OGROMNIE DZIĘKUJEMY!

jurorzy/organizatorzy: Marta Szymańska (Fotofestiwal), Paweł Rubkiewicz (Bookoff) i Joanna Kinowska (miejsce fotografii) o wynikach, przebiegu obrad i o nagrodzonych publikacjach w FPR2014

książka Magdy Buczek 
Bownik i Wydawnictwo Mundin
recenzja książki Bownika w Fotopolis.pl


wtorek, 3 czerwca 2014

Fotograficzna Publikacja Roku 2014 - jury


W konkursie Fotograficzna Publikacja Roku 2014 zgłoszonych zostało 56 publikacji. Wybranie jednej nie było prostym zadaniem. Jury obradowało w składzie: Magdalena Heliasz, Andrzej Kramarz, Edgar Bąk, Adam Mazur oraz przedstawiciele organizatorów: Marta Szymańska (Fotofestiwal), Paweł Rubkiewicz (Bookoff) i Joanna Kinowska (miejsce fotografii).
Wyniki ogłosimy w Łodzi, podczas Fotofestiwalu, zapraszamy na spotkanie 7 czerwca (sobota) o 13.30 do Art Inkubatora (Tymienieckiego 3). Wszystkie publikacje, które znalazły się w finale będzie można oglądać na wystawie już od czwartku 5 czerwca, ekspozycja rusza wraz z Fotofestiwalem! 
Poniżej relacja z obrad jury (dzięki Adam za uzupełnienie) i lista finalistów. Ciekawe, czy typujecie tak samo jak jurorzy?  






FINALIŚCI FPR2014:

Fotografie 1924-1939, Wiesław Rakowski
wydawca: Instytut Środowiska Rolniczego i Leśnego Polskiej Akademii Nauk w Poznaniu
projekt graficzny: Michał Sita, Bartosz Fasiecki

Nieodwracalne, Maciek Nabrdalik
wydawca: Exit Zero Publishing
projekt graficzny: Ania Nałęcka (Tapir Book Design)

Karczeby, Adam Pańczuk
self-publishing
projekt graficzny: Ania Nałęcka (Tapir Book Design)

Song to Sing When I'm Lonely, Patryk Wiśniewski
self-publishing
projekt graficzny: Patryk Wiśniewski

20 lat Fotografii PWSFtviT, praca zbiorowa
wydawca: Wydawnictwo Biblioteki Ośrodka Informacji Filmowej PWSFTviT
projekt graficzny: Tomek Głowacki, Małgorzata Frąckiewicz (Poważne Studio)

Lives of the Unholy, Krzysztof Pijarski
wydawca: Fundacja Archeologia Fotografii, Fotohof Edition
projekt graficzny: Ania Nałęcka (Tapir Book Design)

Dissasembly, Bownik
wydawca: Mundin
projekt graficzny: Bownik, Honza Zamojski

Hotel Silesia, Matteo Terzaghi i Marco Zuercher
wydawca: Czytelnia Sztuki, Muzeum w Gliwicach 
projekt graficzny: Marco Zuercher

Swell, Mateusz Sarełło
wydawca: Instytut Kultury Wizualnej
projekt graficzny: Ania Nałęcka (Tapir Book Design)

Justina&co.uk, Magda Buczek
self publishing
projekt graficzny: Magda Buczek, Emilia Obrzut (Obszar Roboczy)

Albom.pl, praca zbiorowa
wydawca: Stowarzyszenie Edukacji Kulturalnej „Widok”
projekt graficzny: PLaJSTER – Jerzy Osiennik

Route 66 PL, Łukasz Gniadek 
self-publishing, Neue Welt
projekt graficzny: Łukasz Gniadek

Stocznia, Michał Szlaga
wydawca: Fundacja Karrenwall
projekt graficzny: Olga Łebkowska

Requiem, Maciej Fiszer
wydawca: Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu
projekt graficzny: Piotr Zdanowicz

Negative Book, Aneta Grzeszykowska
wydawca: Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki   
projekt graficzny: Michał Kaczyński

Body Structures, Zbigniew Dłubak
wydawca: Fundacja Archeologia Fotografii
projekt graficzny: Jakub Certowicz

Jestem z Polski, Wojtek Wieteska
wydawca: WWPhoto
projekt graficzny: Jan Stefański, Lauren Thornson

Biegun, Maurycy Stankiewicz 
wydawca: Paper Beats Rock
projekt graficzny: Martyna Wyrzykowska

12 twarzy / faces, Filip Ćwik
self-publishing
projekt graficzny: Ania Nałęcka (Tapir Book Design)

W służbie narodu [taniec], Katarzyna Iwańska
self-publishing
projekt graficzny: Katarzyna Iwańska

Anima. Obrazy z Arfryki, Magda Hueckel
wydawca: Verbum Sp. z o.o. / Galeria Piekary
projekt graficzny:  Ryszard Bienert