czwartek, 14 kwietnia 2016

Patryk Karbowski / rozmowa

Patryk Karbowski z serii "Halfway" / dzięki uprzejmości autora



Joanna Kinowska: Gdzieś w pół drogi – to dobra metafora dla całego projektu. W jaki sposób znalazłeś tytuł i klucz do opowieści?

Patryk Karbowski: Tytuł dla tego projektu wydawał mi się od początku oczywisty. Bardzo chciałem zrobić zdjęcia o Polsce średniej, bez pokazywania skrajności przyciągających uwagę, bez zbędnej anegdotyczności. Dlatego pracowałem w mało charakterystycznym mieście, spełniającym chyba wszystkie kryteria średniości. Z geografii i mentalności pokazanej w książce wynika właśnie to bycie pomiędzy, opisane prostym słowem „halfwayˮ.
Co ciekawe, pokazywanie oczywistych kontrastów nie sprawdziło się. Więcej o charakterze takich miast mówi bardzo specyficzne dążenie do nowoczesności: nowe gmachy, starannie zaplanowane imprezy miejskie czy siedziba lokalnej telewizji. To wszystko świadczy o dążeniu do rozwoju, ale wygląda bardzo lokalnie, co jest fascynujące. Fotografowałem więc wszystko, co kojarzy się mieszkańcom miasta ze słowami: nowe, nowoczesne, fajne.

JK: Nudne zdjęcia, nudny projekt, moment niedecydujący, dodatkowo jeszcze z tych zdjęć i sytuacji wyziera beznadzieja. Twoje zdjęcia stały się trochę przezroczyste, tak dobrze przystają do rzeczywistości. Stąd pytanie, którego się nie zadaje: co chciałeś przez nie opowiedzieć? 

Patryk Karbowski: Interesują mnie procesy społeczne, obserwowanie zmian w rzeczach pozornie błahych i oczywistych. Zwykle jest tak, że wspominamy coś, czego już nie ma, i żałujemy, że to nie zostało opisane. Problem w tym, że przyzwyczajamy się do najbliższej rzeczywistości, nie analizujemy jej, uznając za oczywistość. Moim zadaniem jest wgryźć się w te oczywistości, powiedzieć: „Spójrzcie, jaka ciekawa i wiele mówiąca o Polsce jest mentalność mieszkańców średnich polskich miastˮ.

JK: To jest jednak spore uogólnienie i zarazem mocna deklaracja; wybierasz przedstawiciela tematu, jedno miasto. Sprawdzałeś, jak to jest w innych „średnichˮ miastach?

Patryk Karbowski: Tak. Fotografowanie jednego miasta dało pewną spójność całości, z drugiej strony unikałem pokazywania rzeczy wyróżniających je. Często w rozmowie z odbiorcami książki słyszę, że widzą w niej swoje rodzinne miasta.

JK: Narracja jest właściwie też „w pół drogiˮ, a właściwie czasu, zawieszona gdzieś jakby trochę w latach 90. To bardzo precyzyjne wybieranie kadru czy szukanie uniwersalności? 

Patryk Karbowski: W Twoim pytaniu widzę warszawocentryzm. Tak właśnie wygląda współczesna Polska. Nie licząc pewnych malowniczych skrajności, statystycznie Polacy żyją na równinie, w mniejszych ośrodkach, które wyglądają bardzo podobnie. Z drugiej strony interesował mnie uniwersalny temat dynamiki postępu w mniejszych społecznościach, gdzie rzeczy napływające z zewnątrz są w pewien sposób filtrowane. Okazało się, że nie mogę opisać tego zjawiska fotografując wszystko, co widziałem, dlatego doszedłem do metody opisanej wcześniej, czyli pokazywania nienowoczesnej nowoczesności.

JK: Czy w Twoim opowiadaniu jest miejsce na nostalgię, coś w rodzaju patriotyzmu lokalnego?

Patryk Karbowski: Raczej nie. Pracując nad tym projektem wyłączałem emocje, skupiałem się na treści, którą chciałem przekazać.


 Patryk Karbowski z serii "Halfway" / dzięki uprzejmości autora 


JK: Skąd nagle fascynacja średnim? Dlaczego to miasto a nie inne? Czy od samego początku wiedziałeś, że to będą takie zdjęcia?  

Patryk Karbowski: Nie uważam, żeby ta fascynacja była nagła. Moje poprzednie projekty były podobne, pomysły znajduję w swoim najbliższym otoczeniu. Zawsze fascynowali mnie twórcy rozbierający świat na części, chociaż bardziej mam tu na myśli literaturę. To miasto jest moim rodzinnym miastem, znam je dobrze, wiedziałem, co pokazać, jak dotrzeć do pewnych sytuacji. Z drugiej strony mam do niego duży dystans, nie mieszkam tam od dobrych kilku lat. Uprzedzając Twoje pytanie – osobisty stosunek, nikły wprawdzie, schodził na dalszy plan podczas fotografowania. I to było ciekawe doświadczenie: zdobywać jeszcze większy dystans dzięki aparatowi.

JK: Kto jest odbiorcą Twojej książki?  

Patryk Karbowski: Ta książka analizuje normalność w poszukiwaniu interesujących wniosków. Jej odbiorcami są wszyscy traktujący fotografię bardziej jako impuls do takich przemyśleń niż poszukujący mocnych obrazów. Co ważne, z dotychczasowych rozmów i spotkań na festiwalach czy targach wynikało, że treść jest czytelna nie tylko dla Polaków, ale i odbiorców zagranicznych. Jest to bardzo satysfakcjonujące, biorąc pod uwagę fakt, że raczej unikałem dosłowności, nie zawsze kodowałem treść w sposób oczywisty. W książce, nie licząc eseju Krzysztofa Pijarskiego, jest tylko krótki wstęp – zrezygnowałem z opisów pod zdjęciami, więc nie było sensu tworzyć dwóch wersji językowych.

JK" Dlaczego mam tę książkę obejrzeć? Czym porywasz czytelnika? 

Patryk Karbowski: Stwierdziłem, że istnieje pewne zjawisko warte opisania i opisałem je; sam proces tego opisywania był satysfakcjonujący, to wszystko. To jest proste i szczere podejście i z tego, co wiem, część odbiorców je docenia. W swojej działalności postawiłem na sztukę bardzo niszową właśnie po to, żeby znaleźć swoją drogę, własny język. Od odbiorcy oczekuję pracy interpretacyjnej i otwartości na rzeczy, które go nie kokietują – inaczej to nie jest mój odbiorca. Niczym nie porywam, zapraszam do przemyśleń – jeśli ktoś nie ma na nie ochoty, to jego sprawa. Nie mam do opowiedzenia żadnych anegdot, niczego chwytliwego, co zareklamowałoby książkę. Wychodziłem, grzebałem w normalności, wracałem, żeby porozmawiać z edytorami, i znowu wychodziłem. I tak przez kilka lat, to wszystko.



Patryk Karbowski z serii "Halfway" / dzięki uprzejmości autora 

JK: Halfway to już Twoja trzecia książka, ale mam wrażenie, jakby to była TA KSIĄŻKA, pierwsza wypracowana w najdrobniejszych szczegółach wypowiedź. Czego nauczyły Cię dotychczasowe próby z książką? 

Patryk Karbowski: Cieszę się z doświadczenia zdobytego przy poprzednich projektach.  Halfway uważam za rzecz najbardziej „mojąˮ, wynikającą z moich zainteresowań i wrażliwości. Książka jest najlepszą formą dla tej historii, a dzięki moim poprzednim publikacjom nabyłem doświadczenia z zakresu druku, projektowania czy samej edycji materiału pod kątem książki, z którego mogłem czerpać tworząc Halfway.

JK: Dlaczego zdecydowałeś się na książkę a nie wystawę?  

Patryk Karbowski: W tej książce bardzo ważna jest narracja – dużo rzeczy rozgrywa się pomiędzy zdjęciami, dzięki ustawieniu ich w konkretnej kolejności. Poprzez tę formę mogę pokazać odpowiednią liczbę zdjęć, narzucam też kolejność ich oglądania; w wypadku wystaw rzadko zdarza się wystarczająca przestrzeń dla obszerniejszych projektów.
Poza tym ważne jest dla mnie to, że projekt trafi do archiwów i bibliotek.


JK: Dlaczego? A jeśli tam nie trafiają jednak Twoi odbiorcy? 

Patryk Karbowski: Nie uważam, że wszystkie moje działania muszą być nastawione na szybki sukces. Obecność tej książki w archiwach po prostu mnie cieszy, poza tym dzięki temu będzie można do niej dotrzeć w dalszej przyszłości, gdy jej wydźwięk może być już zupełnie inny. I to jest bardzo ciekawe.

Patryk Karbowski "Halfway", książka, dokumentacja / dzięki uprzejmości autora 

JK: Nie jesteś zbytnio przekonany do wystaw. Którą uważasz za najważniejszą prezentację swoich prac i dlaczego? 

Patryk Karbowski: Z praktycznego punktu widzenia najbardziej liczą się wystawy na głośnych festiwalach, np. na Encontros da Imagem w Bradze czy New York Photo Festival. Ale jak dotąd najlepiej zaaranżowaną, przemyślaną i dobrze wyglądającą była wystawa „Nowi Polacyˮ, pokazywana w Galerii Pauza w Krakowie i Ars Nova w Łodzi. Prace były produkowane lub dodrukowywane specjalnie pod układ obydwu galerii. Narracja cyklu nie była liniowa, więc można było dowolnie pracować rozmiarem i rozmieszczeniem prac.

JK: Z jakim odbiorem spotyka się Halfway? 

Patryk Karbowski: Miałem już okazję podpisywać ją w Paryżu podczas festiwali Le Photobook Festival i Polycopies, gdzie książka spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem i dużym zainteresowaniem. Największą satysfakcję przyniosło mi spotkanie z Robem Hornstrą, fotografem, którego bardzo cenię. Jest on autorem wielu świetnych książek, dlatego jego pozytywna reakcja na Halfway jest dla mnie ważna.
Patryk Karbowski "Halfway", książka, dokumentacja / dzięki uprzejmości autora 

JK: Pamiętam dawne rozmowy o projekcie, gdy szukałeś reportera piszącego, autora do tekstu. W wersji końcowej mamy tekst okołofotograficzny Krzysztofa Pijarskiego. Jak on dopełnia Twój projekt? 

Patryk Karbowski: Nie jestem fotoreporterem, dlatego książki nie należy czytać dosłownie; nie ma nawet znaczenia to, w jakim mieście powstały zdjęcia. Zrezygnowałem z pomysłu pracy z reporterem, bo okazało się, że fotograf, który jest jednocześnie teoretykiem fotografii, bardziej rozumie charakter projektu, nie przykłada do niego swoich kalek. Krzysztof był jednym z edytorów książki, pomógł mi w opracowaniu narracji całości, dzięki czemu książka nie jest tylko sprawozdaniem z danego miejsca w konkretnym czasie. Jego analityczny tekst jest dobrym zamknięciem książki.  

JK: Na czym polegała pomoc w fotoedycji? Narracja jest tutaj kluczowa – sprawdzałeś jej czytelność czy niuanse i meandry? 

Patryk Karbowski: Obecność edytora czy kuratora przy projekcie daje możliwość spojrzenia na swoją pracę z zewnątrz, co jest nieocenionym doświadczeniem. Czytelność narracji sprawdzałem podczas licznych konsultacji na przeglądach portfolio i warsztatach. Ale to właśnie edytor jest tą osobą, która najlepiej zna intencje autora, jest punktem odniesienia przy podejmowaniu różnych decyzji. Przy poprzednich projektach nie stosowałem takiego sposobu opowiadania – Graniczna 4 jest podzielona na mieszkania, które stanowią osobne rozdziały, co znacznie uprościło edycję. Nowych Polaków z kolei składałem bardzo instynktownie. Halfway wymagał większej ekwilibrystyki, od początku wiedziałem, że nie jest to praca dla jednej osoby.

JK: Uczysz również fotografii. Czego właściwie można nauczyć w tej dziedzinie?  

Patryk Karbowski: Faktycznie sama mechanika fotografii jest prosta. Problem polega na tym, że przeciętny fotografujący, nawet jeśli zacznie swobodnie posługiwać się narzędziem (a do tego też przecież trzeba dojść), nie wie, co z nim zrobić. I tutaj zaczyna się najciekawsza część w uczeniu fotografii – opowiadanie o źródłach inspiracji, świadomości wizualnej, kształtowaniu przekazu, komunikacji z odbiorcą itp. Jest to więc złożony proces.

Patryk Karbowski "Halfway", książka, dokumentacja / dzięki uprzejmości autora  

JK: Nad czym teraz pracujesz?

Patryk Karbowski: Pracuję nad nowym długoterminowym projektem, cały czas inspiruje mnie najbliższe otoczenie i „proste tematyˮ. Więcej szczegółów będę mógł podać, gdy pierwsza wersja pojawi się na mojej stronie. Z drugiej strony mam w perspektywie kilka mniejszych cykli, co stanowi ciekawą odmianę – od pomysłu do efektu w ciągu kilku miesięcy. Ekspres!

http://www.patrykkarbowski.com/
http://www.patrykkarbowski.com/index.php/book/

Krzysztof Pijarski
Martyna Wyrzykowska
Instytut Kultury Wizualnej

Redakcja: Monika Mendroch

Patryk jest jedynym polskim twórcą w finale Grand Prix 2016 Fotofestiwalu w Łodzi, trzymamy kciuki!


niedziela, 10 kwietnia 2016

Co z tym rewersem?

Fotografia to teoretycznie, a nawet poetycko - tysiąc słów. Wszyscy to już słyszeliśmy. Trudno nawet dochodzić kto to pierwszy powiedział. Po takim zdaniu wypada zwykle powiedzieć o wyjątkach od tej 'literackiej' reguły. Bo przecież fotografia, fotografią, ale podpis - caption w fotografii reporterskiej konstytuuje sytuację, opowiada, dopowiada, stwarza kontekst itd. I wyjątków też by można znaleźć tysiąc, jak tych słów do zastąpienia zdjęciem.

Bywały techniki, których nie było jak fizycznie podpisać - ferrotyp, dagerrotyp, ambrotyp, itd... Nie było jak. Trzeba było pamiętać - kto tam był "zdjęty", w jakich okolicznościach. Potem pojawiły się cartes des visites (cdv), karty wizytowe - a z nimi rewersy. Co prawda, umieszczano tam najczęściej reklamę zakładu, czasem użytkownik znajdował kawalątek miejsca by dopisać choćby nazwisko sportretowanej osoby, może nawet datę. Nie zawsze było miejsce czy możliwość podpisania rewersu.



Rewersy kart wizytowych: 1) Muller Budtz z Kopenhagi, 2) Berlin 1871, 3. Eckert & Mullern 1885 Praga, 4. Warszawski Zakład Artystyczno-Fotograficzny w Krakowie / zbiory własne / rep.jk

Jeszcze później na rewersach umieszczano liniaturę pocztówkową, a zdjęcia wysyłano po prostu do znajomych z listem na odwrociu. Bywały i teksty i na awersach. Generalnie - zdjęcia od zawsze funkcjonowały w sposób bardzo użytkowy, konkretny, celowy. Zanim stały się dekoracyjne, długo - i z pewnością także do dziś zachowują tę podstawową funkcję przedłużenia pamięci - kto na zdjęciu, kiedy to było, co się zdarzyło.

Podpisy z rewersów to osobna czasem historia. Jakoś się tak złożyły mi dwie historie w krótkim czasie. Pierwsza to pomysł Jacka Dehnela - żeby udostępniać zbiory wraz z awersami.

Jacek Dehnel (via fb:) "Zdjęcia zbieram od jakichś dwudziestu lat i jednego jestem pewien: uważam się nie za właściciela fotografii, tylko za kustosza, który ma je pod opieką tylko na czas jakiś, bowiem są one na świecie dłużej niż ja i będą, mam nadzieję, jeszcze po mojej śmierci.
Postanowiłem więc udostępnić internautom całość moich zbiorów fotograficznych (dagerotypy, ambrotypy, ferrotypy, stereofotografie, techniki papierowe). Dziś właśnie wykupiłem domenę i miejsce na serwerze, strona się tworzy. Będzie to wymagało długiej pracy i opisywania (...).
Szczególnie zależy mi na pokazaniu zdjęć jako artefaktów, a zatem: rewersów, opraw, gryzmołów, uszkodzeń, podpisów, plam, kosmyków włosów umieszczonych w oprawach. Stąd też nazwa projektu: Awers/Rewers."

Druga historia została opowiedziana na konferencji "Helsinki Photomedia 2016. Photographic Agencies and Materialities"- przez Davida Bate'a w referacie: "Image and Text: Materiality in Archive Fever and Memory". Autor książek, teoretyk i badacz fotografii - Bate opowiedział historię zdjęcia, które "od zawsze" dekorowało ścianę w domu. Była na nim jakaś kobieta. "Jakaś" bo właściwie mało o niej wiedziano, ciotka czyjaś, strasznie dawno, w końcu XIX wieku. Nie pamiętano - nie przekazano (?) informacji czy miała jakieś dzieci, które, jakie, gdzie są? Po prostu zdjęcie kobiety, z rodziny, przy czym praktycznie anonimowej. Wisiało w ramce za szybą wśród innych zdjęć członków rodziny - zdecydowanie lepiej określonych. Dekorowali razem ścianę, tworzyli swoistą galerię przodków. Któregoś razu postanowiono zdjęcia i ramki przeczyścić. Wyjęto je z ramek i szybek. No i okazało się, że na rewersie zdjęcia zapomnianej ciotki - jest reklama zakładu fotograficznego w Indiach i nazwisko pani. Rodzina dość się zdziwiła, bo z tej zapomnianej ciotki, kobieta stała się nagle niesamowitą historią, w dodatku z wątkami kolonialno-przygodowymi! 


Rewersy i sam sposób użytkowania zdjęć dopowiadają nam mnóstwo historii. Nie ma specjalnie pomocy naukowych do tego jak to czytać, jak na przykład datować albumy fotograficzne (a bywały niesamowite!), itd. Są tam zakodowane i zaszyfrowane mikrohistorie ludzi, którzy po coś robili sobie te zdjęcia, wysyłali, wkładali w ramki. Niektóre zdjęcia mogą odżyć. Niektóre... Bywają podpisane dość ascetycznie - jak to poniżej - po prostu: "ja". To też dobra w sumie historia, mówiąca może coś o sportretowanej osobie. 
Zakład fotograficzny M. Ilkinówny (?), Głebokie, zapewne koniec 1940. - początek 1950tych / zbiory własne / rep.jk

Aha, tylko proszę uważać w pogoni za podpisami z rewersów, żeby nie uszkodzić. 



niedziela, 3 kwietnia 2016

Saul Leiter Wielki, i skromny.

Historia fotografii zna coraz więcej i więcej przypadków odnalezionych i odkrytych po wielu latach zdjęć, którymi nagle zachwyca się świat. Czasem zdarza się, że to zainteresowanie przychodzi za życia autora, czasem niestety dawno (lub tuż po). Bolesław Augustis i Stefania Gurdowa, to dobre przykłady z kraju. Ze świata, całe wielkie mnóstwo, chociażby głośna ostatnio Vivian Maier (no przecież nieprawdopodobna historia?!) czy Jacques Lartigue, którego zdjęcia dłuuuuugo przeleżały w szufladzie. W te odkrycia wpisuje się także dorobek Saula Leitera. Tyle, że całe życie był aktywnym fotografem, i w to w Nowym Jorku pracując dla magazynów ilustrowanych. Był zatem TAM gdzie należy, wśród wielkich fotografów, w samym centrum świata fotografii. Był jednak skromnym gościem, unikał wystaw, wydawania książek. Skupiony na swojej pracy, niespiesznie. W rok przed śmiercią wystąpił w filmie Tomasa Leach'a pod tytułem: "In no great hurry. 13 lessons in life with Saul Leiter". W ostatniej dekadzie swojego życia wreszcie opublikował swoje autorskie prace i zrobił, a raczej to jemu zrobiono wystawę retrospektywną. Świat się zachwycił pracami, które wykonywał w latach 1950 i 60tych. Unikalna wizja, specyficzne kolory, niesamowite kompozycje. I to pytanie - dlaczego teraz? Dlaczego nie wcześniej?

Saul Leiter, Taxi, ok 1957 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Saul Leiter, Śnieg, 1960 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Dziś Leiter uchodzi za pioniera nowego użycia fotografii kolorowej. Jest stawiany wśród największych za swoje autorskie prace [czyli nie te zlecone w magazynach]. Wydaje się, że świat mógł nie być gotowy na jego twórczość wtedy, dopiero teraz dojrzał. Ale przecież amerykański koloryzm to już wpisany w annały historii fotografii nurt, przecież Egglestone, przecież Shore! I następnie całe mnóstwo kolejnych używających koloru! Miał pojedyncze wystawy indywidualne w 44, 45, 47, 54, potem jeszcze po jednej w 72 i 84 i 85, 93, 94, dwie w 97. Trochę mało jak na tej klasy fotografa. No i potem dopiero od 2006 roku  kurator Martin Harrison z galerii Howard Greenberg skonstruował prawdziwie monograficzną, indywidualną wystawę.
W filmie "In no great hurry" znajdziecie odpowiedź na pytanie dlaczego tak późno Leiter trafił do świadomości publicznej, a właściwie tylko przeczujecie tę odpowiedź. Wygląda bardziej na to, że sam Leiter nigdzie się nie pchał, włóczył się po ulicach z aparatem i to mu wystarczyło do szczęścia. W ten sposób otwiera listę najskromniejszych fotografów XX wieku.

Saul Leiter, Through Boards (Pomiędzy płytami),1957 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Saul Leiter, Harlem, 1960 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Właśnie kończy się wystawa retrospektywna, kolejna w serii, tym razem w Photographer's Gallery w Londynie, gdzie pokazano ponad setkę prac artysty. Dodatkowo także notatniki i różne 'artefakty'.
Dziś kojarzymy Leitera z prac w kolorze, oczywiście. Zaczynał od czarnobieli, chciał być malarzem (i trochę też nim był). Najbardziej lubił używać przeterminowane filmy, stąd ta niepowtarzalna kolorystyka, znak rozpoznawczy Leitera - numer 1. Numerem drugim, czyli tym co wraz z barwą składa się dziś nam na styl Leitera - jest kompozycja. Specyficzna, ciasna, unikająca przestrzeni. A jeśli już jakaś przestrzeń się rysuje, to Leiter ją zasłania. Patrzymy zwykle przez coś, szybę, krople, pomiędzy znakami, markizą, płytami, no zawsze coś co by się chciało rozsunąć niczym kurtynę i spojrzeć w głąb. Odwraca naszą uwagę, nakazuje się zatrzymać na tej szybie. W gęstym świetle i kolorze. Bajka!
Saul Leiter, Carol Brown, Harper’s Bazaar, ok 1958 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Saul Leiter, Listonosze, 1952 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Nic dziwnego, że fotografie Leitera zachwycają. Jest to zespół bardzo spójnych prac, kompozycyjnie i kolorystycznie, a powstających na przestrzeni dekad! Zachwyca na wystawach, w książkach, nawet w internecie. Nie lubił rozmachu, jego prace na wystawie prezentowane są w niewielkim rozmiarze. Książka, którą wydał za życia, jest też skromnych rozmiarów. Wielki i skromny. Zmarł w 2013 roku, krótko po nakręceniu filmu dokumentalnego. Jego lekcje - życia! - nie fotografii jako takiej, zostały na szczęście z nami. Fascynujący film.

Saul Leiter, Córka Milton Abery,1950te © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Saul Leiter, Słomkowy kapelusz, ok 1955 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Jest jeszcze jeden film warty uwagi. Leiter przy nim nie mógł pracować. "Carol" Todda Haynes'a miał premierę w końcu zeszłego roku. Właśnie jest w polskich kinach. Twórcy filmu podali w informacji prasowej i podkreślali wpływ amerykańskiej fotografii lat pięćdziesiątych na swój obraz. Podali bardzo konkretne nazwiska - samych kobiet! - Vivian Meier, Ruth Orkin, Helen Levitt i Esther Bubley. Haynes i Ed Lachman - autor zdjęć do filmu, podkreślali, że stworzyli sobie księgę obrazów, którymi posługiwali się w pracy nad filmem. Inspiracja fotografującymi kobietami musiała przełożyć się chyba tylko na scenografię, kostiumy, może też światło w pojedynczych scenach. Ale, ale, film "Carol" to hołd złożony Saulowi Leiterowi. Otwarcie mówią o tym twórcy filmu, a trzeba przyznać, że to bardzo udany tribute. Jest tak nakręcony jakby sam Leiter siedział za kamerą. Jego kompozycje, jego kolory. Niektóre zdjęcia wręcz ożywają. Może nie tak ożywają na ekranie jak zdjęcia Roberta Capy w "Kompanii braci" czy "Szeregowcu Ryanie" duetu Spielberg i Hanks. Mniej literalnie, tu nie ma historii do powtórzenia. Jest zaś przeniesiony nastrój, atmosfera i klimat (jak bardzo nie znoszę tych określeń, tu nie ma wyjścia). Jest sposób kręcenia - za czymś, przez coś, coś ciągle zasłania obiektyw kamery. Są ciasne kadry, bliskie i gęste. No i jest kolor i światło.


kadr z filmu "Carol" materiały prasowe, Gutek Film

Warta uwagi ciekawostka, w Somerset House w Londynie była wystawa zdjęć z filmu w porównaniu z pracami Leitera.
Sami zresztą porównajcie, a i koniecznie idźcie obejrzeć film. Miłych wrażeń!


 kadry z filmu "Carol" materiały prasowe, Gutek Film

sobota, 2 kwietnia 2016

Czy jesteś artystą?

Między grudniem 2015 a marcem 2016 zbierałam odpowiedzi do ankiety (internetowa, googledocs) pod bardzo ogólnikowym tytułem „Fotoreporter w Polsce”. Potrzebne były by potwierdzić lub obalić tezę, jaka wynikła w rozmowach z fotoreporterami. Intuicyjna bardziej, a przecież nie można na konferencję naukową jechać z luźnymi spostrzeżeniami.

Zależało mi na uchwyceniu jak postrzegany jest długoterminowy osobisty projekt dokumentalny przez fotoreporterów pracujących dla gazet i agencji. Także i to, do czego dążą, co próbują osiągać i po co, co im ma to dać. W ankiecie, która miała bagatela - 51 pytań, pojawiło się jeszcze mnóstwo informacji. Szykuję porządne podsumowanie całości badania, by było przejrzyste i dostępne, spokojnie. Mam nadzieję, że nadarzy się okazja do jakiegoś publicznego przedstawienia wyników i wtedy zaczniemy dyskusję.

Teza potwierdzona, przedstawiona na konferencji „Photomedia” w Helsinkach. Mnóstwo rzeczowych slajdów, przykłady wizualne także. Jeden z nich wzbudził ogólne poruszenie, wszyscy uczestnicy sfotografowali slajd, i potem jeszcze chcieli do niego wracać. Dociekali, komentowali. Jedno pytanie.


To było pytanie trzydzieste czwarte (!). Czujność uśpiona. Czy jesteś artystą? Każdy respondent musiał udzielić odpowiedzi, wybrać z listy odpowiedź, która najlepiej odzwierciedla to, jak się identyfikuje. Oprócz najprostszych i bardzo precyzyjnie określonych: tak lub nie, postanowiłam dodać odpowiedzi, które sytuują się gdzieś pomiędzy. Nasłuchałam się pewnych wątpliwości przez ostatnie lata. Zetknęłam z mnóstwem fotografujących, którzy nie umieją się określić. Trochę artysta, a trochę rzemieślnik. W liście proponowanych odpowiedzi użyłam określeń, które najczęściej padały w rozmowach prywatnych:

Tak.
Nie mi to oceniać.
Nie.
Mam kłopot z tym słowem.
Wolę określenie „fotograf”.

Nie zamierzam oceniać i państwu też nie proponuję. W badaniu wzięło udział 209 osób (każdej z nich ogromnie dziękuję! To było mnóstwo Waszego czasu, a dla mnie bezcenne informacje!). Nie chcę analizować teraz ile procent osób zajmujących się zawodowo, a ilu faktycznych fotoreporterów  i w jakim wieku udzieliło odpowiedzi o byciu artystą. Na to nadejdzie czas.

Czemu międzynarodowe towarzystwo było tak poruszone tym pytaniem i odpowiedziami? Okazało się być bliskie temu, jak i na świecie ludzie miewają wątpliwości i skromności.

Znamy mniej więcej sytuację fotografów zawodowych – coraz trudniej działać w mediach, jeszcze trudniej wyżyć z tego  co się lubi (a tym samym najlepiej) fotografować. Trzeba brać dodatkowe zlecenia (bardzo długa lista). Trzeba też istnieć i wyrabiać sobie nazwisko mając nadzieję, że kiedyś za prawdziwą własną robotę dostanie się sensowną kasę i nie trzeba będzie chałtur robić. Po to się bierze udział w konkursach, próbuje się publikować, no właśnie – po to się sięga i po projekty długoterminowe, itd. itd. No, ale co z tym samookreśleniem?

Najprościej jak kończy się ASP, dają tam tytuł, można używać bez żadnych adnotacji. Fotografujący, utalentowani ludzie, którzy mają wystawy, sprzedają zdjęcia kolekcjonerskie, niektórzy też robią książki, a przede wszystkim – robią własne prace (oprócz zleconych) mają kłopot z określeniem. To nie jest ani dobrze ani źle. To nasze przyzwyczajenia, doświadczenia i stereotypy.
„Wolę określenie „fotograf” – to właściwie odpowiedź najbezpieczniejsza. To nie jest zdecydowane sytuowanie się poza sztuką. To nie jest rzemieślnik odżegnujący się od wszelkich gestów i wymiarów.

„Mam kłopot z tym słowem” – zgadzam się z tymi, którzy tak odpowiedzieli. To ogromnie trudne w PL w środowisku fotograficznym. Mamy kłopot z tym słowem, bo mamy nieodrobioną lekcję. Popsuło się wszystko co było czarnobiałe – jesteś w ZPAF – to jesteś fotografikiem, jesteś po uczelni artystycznej to jesteś artystą. Przecież większość fotografujących to samoucy, doszkalający się może w szkołach, na kursach. Dostaje się na koniec może dyplom ukończenia kursu, ale nie potwierdzenie, zatwierdzenie, że się tym artystą jest. Kłopoty podobne są także w środowisku plastyków, rzeźbiarzy itd., ale skala problemu wśród fotografów jest absolutnie nieporównywalna z resztą dziedzin sztuki.
Otóż to – dziedzin sztuki. Postrzegamy – upraszczam zbiorowo – że dopiero jak się człowiek wysili konceptualnie, to może artystą będzie w fotografii. Albo umrze, bo przy pośmiertnej retrospektywie pewnie nie będzie kłopotu z określeniem.

Będzie, ależ będzie jeszcze większy! Mamy wszak jeszcze jedno określenie. FOTOGRAFIK. Nie ma go w odpowiedziach możliwych na to pytanie, bo…to mój polityczny bardzo krok naprzód: słowo to straciło swoje znaczenie bardzo wiele lat temu i nie powinniśmy go w ogóle używać do fotografów, którzy żyją i tworzą. Więc nie ma w opcjach odpowiedzi, bo też zauważyłam, że używane jest w kompletnie dowolny sposób, w większości wypadków poza sensem. Najczęściej używają go dziennikarze telewizyjni, media popularne(uogólniam!) – jest tak ą ę i najlepiej nazwać kogoś fotografikiem, to wtedy jest już szczyt kariery! No nie. Tak jak świetne zdjęcia na wystawie to nie fotogramy. [ale do tego przyczepię się osobno]. Fotografik to nie jest nobilitacja fotografa, to nie napisanie słowa fotograf przez duże F. To słowo, które wymyślił Jan Bułhak – piktorialista, żeby wyróżnić piktorialistów właśnie od amatorów.  W dużym uproszczeniu, ale mam nadzieję czytelnie. Kiedy piktorializm na świecie się kończył około 1914, w Polsce hulał. I tak do czasów powojennych, do założenia ZPAF, itd. Słowo zostało. Ale dziś nie ma żadnej logicznej przesłanki by go używać. Czyli tak – nie było takiej opcji wyboru.

Wracamy – jest jeszcze jedna odpowiedź wymagająca wyjaśnienia. „Nie mi to oceniać”, to też nie jest zdecydowane „nie”, co więcej: to jest takie nieśmiałe „tak”. Chcę, ale się wstydzę. Co powiedzą znajomi, że się porywam na słońce, w głowie się przewróciło, ambicje przerosły? Co powiedzą inni, że gdzie mam skończoną szkołę? Co powiedzą…..co powiedzą, co powiedzą!? Nieprawdaż? Ale jeśli to powie ktoś, ktokolwiek, krytyk, historyk, kurator, znajomi, może dziennikarz – robi się. Nie nasze ambicje, ale tak po prostu nas nazwano. Sytuacja bezpieczna. Bo jeśli się tak czujemy… bo jeśli sami to powiemy, to będzie jakiś zgrzyt?

Mnóstwo stereotypów, mnóstwo strachu i wątpliwości. Mało zdecydowania. Odwagi! To kłopot jak spostrzegłam świeżo – międzynarodowy. [czyli do zobaczenia w kolejnym odcinku]


wtorek, 22 marca 2016

Fotografowie prezydenccy 2010-2015 / rozmowa


„Prezydentura w obiektywie” to fotograficzne podsumowanie 5 lat działalności Bronisława Komorowskiego. Pięcioro fotografów towarzyszyło we wszystkich wydarzeniach Kancelarii Prezydenta RP z udziałem głowy państwa, Pierwszej Damy oraz Szefa Kancelarii, jego zastępców, ministrów i doradców. Od sierpnia 2010 powstało ponad milion zdjęć. Fotografowane są wszystkie sytuacje publiczne. Ile mogą zrobić w oficjalnych sytuacjach, jakiego rodzaju obrazy powstają, a kiedy się nie fotografuje opowiadają: Eliza Radzikowska-Białobrzewska, Łukasz Kamiński, Wojciech Olkuśnik, Piotr Molęcki i Wojciech Grzędziński.

Rozmowy zostały przeprowadzone na potrzeby tekstu zamieszonego w książce "Prezydentura w obiektywie" [wyd. maj 2015], jej poszerzona wersja, którą znajdziecie poniżej, została opracowana dla Digital Photographer Polska nr 5/2015.


Joanna Kinowska: Co najbardziej lubisz fotografować, bardzo ustalone sytuacje czy przebiegające w mniej formalny sposób?

Piotr Molęcki: Z fotograficznego punktu widzenia najfajniejsze są rzeczy, które dzieją się wśród ludzi, to dotyczy zarówno Małżonki Prezydenta jak i Prezydenta. Interakcja między ludźmi a Parą Prezydencką – to jest najfajniejsza część roboty, tam gdzie nie ma scenariusza, gdzie się wchodzi w relację czysto reporterską.

Wizyta Prezydenta RP w Gorlicach (woj. małopolskie), 16 maja 2013, fot. Piotr Molęcki

Eliza Radzikowska-Białobrzeska: Lubię obserwować reakcję ludzi na Prezydenta i jego otoczenie. Ludzie zwracają uwagę na drobnostki, na szczegóły, a które dla nas są rzeczami oczywistymi. Słychać komentarze: ‘popatrz jaki ma krawat’, ‘zobacz jakim samochodem przyjechał’, ‘ile osób jest z nim’. Prezydent podaje rękę pierwszej, drugiej, trzeciej osobie, z kimś rozmawia, stojąc ten krok przed nim lub za nim słyszysz, co ludzie mówią. Są czasami bardzo fajne reakcje. Są tacy żywiołowi, czasami nawet za mocno.

Łukasz Kamiński: Fotografujemy jeszcze takie wydarzenia jak dni otwarte pałacu prezydenckiego, noc muzeów, itd. Są dni gdy robimy zdjęcia w pałacu, są też wyjazdy: wstawanie w nocy, przejazdy, przeloty, delegacje 2-3 dniowe, najdłuższa trwała 7 dni. Najbardziej lubię fotografować wyjazdy lokalne w Polsce z tej prostej przyczyny, że Prezydent ma tam bezpośredni kontakt z ludźmi. To jest niesamowite.

Wojciech Grzędziński, szef fotografów: Interesują mnie takie sytuacje, które są niestandardowe, nietypowe, ciekawe. Mają w interesujący sposób pokazywać naszego bohatera w danej sytuacji politycznej. Szukamy ciekawego obrazu fotograficznego. Pracujemy obrazem. Obraz ma zachęcać, przyciągać, budzić pozytywne skojarzenia.

Wizyta Prezydenta USA Baracka Obamy w Polsce, 3 czerwca 2014, fot. Wojciech Grzędziński

Wystąpienie Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego w Bundestagu, Berlin, 10 września 2014, fot. Wojciech Grzędziński

Małżonka Prezydenta RP Anna Komorowska na uroczystościach w Smoleńsku, 9 kwietnia 2011, fot. Łukasz Kamiński

Joanna Kinowska: Wyobrażam sobie, że fotografowanie nominacji czy odznaczeń, to musi być dla was koszmar, robicie kilkaset zdjęć w godzinę?

Łukasz Kamiński: Niestety w przypadku nominacji, to jest pewna rutyna. A to jest najgorsza rzecz dla fotografa jaka jest możliwa, popaść w rutynę. Tym bardziej, że te sytuacje się powtarzają kilka bądź kilkanaście razy w miesiącu. Ale te zdjęcia wykonuje się głównie dla tych ludzi, którzy odbierają te nominacje czy odznaczenia. Wszyscy oni chcą mieć zdjęcie z prezydentem i to ładne zdjęcie.

Joanna Kinowska: Macie przyzwolenie, by fotografować sytuacje z dowolnego miejsca. Zdarzają się spotkania czy wydarzenia, które fotografuje jedna osoba i trwa to nawet niecałe 2 minuty, ale są też i sytuacje, w których pracujecie całym zespołem. Co w tej pracy różni was jeszcze od innych fotografów? Co w niej jest nietypowego?

Wojciech Olkuśnik: Pamiętam pierwszy taki wyjazd na który pojechałem: pokazy lotnicze pod Radomiem. Była sytuacja kiedy chciałem zrobić zdjęcie, na którym znalazłby się lecący samolot i Prezydent. Żeby takie zdjęcie zrobić musiałem stanąć 30 cm od niego. Dopytywałem się wszystkich, każdego ‘BOR’-owika czy mogę tak blisko stanąć. A oni mi odpowiadali:  ‘ty sobie stawaj gdzie chcesz, bo ty możesz stawać gdzie chcesz.’ To było dla mnie takie nowe. Pracując wcześniej w mediach wiedziałem, że mogę stanąć w bezpiecznej odległości od Prezydenta określanej przez BOR na jakieś 5-10 metrów, ale nie 30 cm!

Piotr Molęcki: Staramy się podzielić pracą tak, żeby się uzupełniać. Zdarzają się sytuacje, kiedy wiadomo, że pewne zdjęcia dadzą się zrobić z jednego miejsca, a z innego nie. Przy dużych, oficjalnych wydarzeniach fotografujemy z różnych perspektyw. Ktoś robi z góry, ktoś z dołu, praca zespołowa. Przy wizytach oficjalnych, kiedy jest punkt wspólny pary prezydenckiej, wtedy zwykle jest dwóch  fotografów. Jeśli to jest zwiedzanie, jakieś ciasne przejście, to ja mam zdecydowanie trudniej, bo próbuję pilnować Pani Prezydentowej, która w takich sytuacjach jest z reguły w drugim rzędzie, lub wśród innych członków delegacji.

Łukasz Kamiński: Podobno 90% czasu fotografa to czekanie. Odczuwam to często. Oczekiwanie na różne punkty podczas wyjazdów zagranicznych, najpierw czekamy na przejście i tak zwany ‘szejkhend’: politycy wchodzą, siadają, a my potem mamy 2-3 godziny znowu czekania. Tak bywa podczas szczytów NATO, które tylko tak fajne się wydają z nazwy. Wbrew pozorom to najgorszy wyjazd zagraniczny jaki jest możliwy do sfotografowania. Jesteś zamknięty, pilnie strzeżony, zajmujesz się przede wszystkim obróbką zdjęć i nic więcej nie jesteś w stanie zrobić.

Wojciech Grzędziński: Jeśli na wydarzeniu jest jeden fotograf, ma zupełną wolność. W efekcie ma powstać kilku zdjęciowa relacja. Przy dużych wydarzeniach musimy współpracować, często w pełnym składzie. Bywają tak ważne imprezy, jak wizyta Prezydenta USA czy duże jubileusze, że wysyłamy zdjęcia bezpośrednio z aparatów do jednej osoby, która je opisuje i wysyła w świat. Najlepiej mi się pracuje jako wolny elektron. Lubię poszukać sobie czegoś, rozejrzeć się. Mniej mnie interesuje to, co się dzieje, ale to co jestem w stanie wycisnąć z sytuacji do zdjęcia. Przy dużych imprezach staram się mieć maksymalnie dużo swobody, żeby mieć czas i miejsce na poszukiwania. Bywa, że inni fotografujący w tym samym momencie, nie mogą się ruszyć stojąc w konkretnym miejscu, oczekując na jedno potrzebne nam do relacji zdjęcie. 

Wizyta Prezydenta RP w gospodarstwie hodowlano-mleczarskim państwa Ambroziaków, Baranowo (woj. mazowieckie), 23 lipca 2013. fot. Wojciech Grzędziński

Jubileusz 85. urodzin Premiera Tadeusza Mazowieckiego, Pałac Prezydencki,18 kwietnia 2012, fot. Eliza Radzikowska-Białobrzewska

Wizyta Pary Prezydenckiej w Toruniu, 7 sierpnia 2013, fot. Łukasz Kamiński

Joanna Kinowska: Powstają zdjęcia z każdego spotkania i wizyty. Przeglądając bazę zdjęć, miałam wrażenie, że wielu sytuacji brakuje. W jakich momentach nie robicie zdjęć? Czy macie jakieś odgórne wytyczne co można, a czego lepiej nie pokazywać?

Wojciech Grzędziński: Staramy się być na tyle obiektywni na ile się da. Mam świadomość, że jak pracujesz długo z kimś to tracisz często obiektywizm. Nie wchodzę w żadne bliższe relacje, bo nie jest mi to potrzebne do fotografowania. Jestem zatrudniony jako podglądacz, który uwiecznia, co podejrzy. Zależy mi by pokazywać urząd, a nie tylko jedną osobę. Dbam o wizerunek nie tylko urzędującego Prezydenta, ale całe otoczenie – czyli właśnie cały urząd. To jest dużo ważniejsze w tym wszystkim, niż interes jednej osoby. On jest bardzo, ale to bardzo ważnym człowiekiem. To przez jego wizerunek jest budowany wizerunek całego urzędu w czasie prezydentury. 

Wizyta Prezydenta RP w państwie Katar, 9 grudnia 2013, fot. Wojciech Grzędziński

Prezydent RP w Kościanie, woj. wielkopolskie, 5 czerwca 2013, fot. Wojciech Grzędziński

Prywatna wizyta Kanclerz Angeli Merkel wraz z Małżonkiem Joachimem Sauerem w Polsce, Mierzeja Helska, 10 lipca 2011, fot. Wojciech Grzędziński


Joanna Kinowska: Zdarzyły się sytuacje, kiedy nie zrobiliście zdjęcia?

Łukasz Kamiński: Pewne sytuacje są wręcz odruchem naturalnym. Prezydent wychodzi z pomieszczenia, gdzieś jest sam, poprawia ubranie, dmucha nos, albo podczas jedzenia, kiedy trzyma szklankę z napojem i pije – wiadomo, że wtedy się nie robi zdjęć. To jest w pewnym sensie element autocenzury.

Piotr Molęcki: Pamiętam takie niewykonane zdjęcie z wyjazdu na Litwę, w Wilnie, gdzie był więziony stryj Prezydenta. Zanim nastąpił moment oficjalnego złożenia wiązanki i zapalenia znicza, widać było, że dla Prezydenta jest to szczególne miejsce. Zrobienie tego zdjęcia byłoby tylko suchą rejestracją wzruszenia Prezydenta, nie byłoby dobrym zdjęciem, Zdałem sobie sprawę, iż znalazłem się w tak intymnej emocjonalnie sytuacji, że nie warto wyrywać go z niej  trzaskiem migawki, że po prostu nie mogę tego zrobić.

Wojciech Grzędziński: Jedyną rzeczą, której nie fotografuję to jest pudrowanie i tego typu rzeczy. To nie jest fajna sytuacja. Byłoby chwytliwe, ale mi to nie jest do niczego potrzebne, nawet nie naciskam.

Joanna Kinowska: Z takich brakujących sytuacji – tobie udało się ją sfotografować jako jedynemu na przestrzeni 5 lat prezydentury. Pana prezydent rozmawia przez telefon w samochodzie – a fotograf jest w środku! Nie za szybą! Jak to się stało?

Piotr Molęcki: Przy okazji wizyty w Małopolsce, wiedziałem, że prezydent ma rozmawiać z kimś przez telefon, jeszcze przed wylotem. Spytałem asystenta szefa czy mógłbym takie zdjęcie zrobić. On wyszedł do samochodu i powiedział, coś w rodzaju: ‘panie prezydencie, to Piotrek wejdzie jeszcze zrobi zdjęcie jak pan będzie rozmawiał’. Wsiadłem, usiadłem obok szefa. Przez hałas musiałem zamknąć drzwi. Było jeszcze lepsze miejsce, by to zdjęcie zrobić, ale nie miałem śmiałości by wygonić kierowcę. To są właśnie te zdjęcia, które mogłyby powstawać. Właśnie o takie nam chodzi. 

Wizyta Prezydenta RP w Olecku (woj. warmińsko-mazurskie), 9 listopada 2012, fot. Wojciech Grzędziński

Spotkanie Prezydenta RP z Szewachem Weissem, Władysławem Bartoszewskim i Adamem Danielem Rotfeldem, Belweder, 14 maja 2012, fot. Wojciech Grzędziński

Joanna Kinowska: Wszyscy pracowaliście wcześniej jako fotoreporterzy. Możecie podchodzić blisko, jesteście w uprzywilejowanej sytuacji. Ile macie swobody w fotografowaniu? Co można zmienić w danym wydarzeniu?

Wojciech Grzędziński: Schowaliśmy lampy błyskowe. Zdjęcia mają być naturalne, mało zmodyfikowane, stąd światło sztuczne zostało wyeliminowane. Nie ustawiamy sytuacji. Fotograf jest obserwatorem nieuczestniczącym w wydarzeniu. Stąd technika fotografowania: raczej z bliska niż z daleka. Staramy się korzystać z tego co przynosi nam światło zastane, szukamy elementów które budują atmosferę miejsca, sytuacji, co się składa na dane wydarzenie z udziałem Prezydenta.

Piotr Molęcki: Kiedy robi się dokument o jakiejś postaci, to nie ma miejsca na fotografię kreacyjną, to znaczy można zadziałać jakimiś technicznymi środkami wyrazu, w  tym sensie, że można wybrać perspektywę, ogniskową, parametry ekspozycji, które tak czy inaczej przedstawią daną sytuację. Staram się de facto nie mieć wpływu, chyba, że mamy sytuację wyjątkową i pada pytanie: ‘to może zróbmy sobie pamiątkowe zdjęcie, panie Piotrze, to gdzie pan proponuje byśmy stanęli?’

Wizyta Pary Prezydenckiej w Ostrowie Wielkopolskim, 3 sierpnia 2014, fot. Piotr Molęcki  

Joanna Kinowska: Kiedyś fotografowaliście wielu polityków, w tym prezydenta, kiedy nie był  Waszym szefem. Coś się zmieniło? Czy w Kancelarii dba się o te zdjęcia, pomagają je zrobić dobrze?

Łukasz Kamiński: Prezydent jest doświadczonym politykiem, my robimy swoje, on nas nie zauważa, zachowuje się w sposób naturalny. Jeśli ma zaproszonego gościa u siebie w gabinecie, oczywiście robimy te wszystkie formalne rzeczy: ‘shake-hand’, zasiadają, zdjęcie przy flagach. Kiedy chcę coś więcej zrobić, działam z wyczuciem, patrzę na szefa, on na mnie, czasem jeszcze staram się coś wyczekać, aż szef powie „Łukasz, dziękuję”, wtedy wychodzę, jest po zakończonym temacie.

Chwila przed spotkaniem Prezydenta Bronisława Komorowskiego i Premiera Donalda Tuska z medalistami Igrzysk Olimpijskich i Paraolimpijskich w Londynie, Pałac Prezydencki, 11 września 2012, fot. Wojciech Grzędziński 

Prezydent Bronisław Komorowski na chwilę przed międzynarodową rozmową telefoniczną, Belweder, 19 lutego 2014, fot. Wojciech Grzędziński

Joanna Kinowska: Obok dziesiątek tysięcy zdjęć bardzo sztywnych, takich, które muszą powstać by zilustrować wydarzenie, powstają jeszcze fotografie polityczne, do których mam wrażenie – jako widzowie jeszcze nie przywykliśmy. Mówię o zdjęciach nieoczywistych, nie-wszędzie ostrych, bez prezydenta w kadrze czy wręcz rozmazanych. Inspiracja przychodzi ze Stanów Zjednoczonych, prawda? Co się jeszcze zmienia?

Wojciech Grzędziński: Prezydent nie zawsze musi być w kadrze. Zdarza się, że z 10 zdjęć, wybranych jako relacja z wydarzenia, Prezydent jest na 3. Nie ma przymusu, by Prezydent był na każdym zdjęciu. Jeśli jest głównym bohaterem wydarzenia, staramy się to pokazać. Ale nie możemy przecież na nic tu wpłynąć. Zdarzają się przecież wydarzenia, gdy nie jest głównym bohaterem, ale wtedy zaznaczamy po prostu jego obecność, nic więcej. Nasza fotografia jest po prostu prawdziwa, ma być dokumentem tej prezydentury, a nie narzędziem. Jestem dokumentalistą, fotografem dokumentalistą i nie chciałbym by kilka krótkich lat mojej pracy dla Prezydenta zaważyły nad czymś nad czym pracuję latami – wiarygodnością jako dokumentalista właśnie.

Odjeżdżająca kolumna prezydencka po spotkaniu Prezydentów Polski i Łotwy w Wiśle, 14 marca 2011, fot. Wojciech Grzędziński

Bronisław Komorowski z Mamą Jadwigą, 15 lipca 2013, fot. Wojciech Grzędziński

Piotr Molęcki: Jesteśmy fotografami oficjalnymi, rzadko kiedy osobistymi. Myślę, że głównym powodem, dla którego nie możemy przekroczyć pewnej bariery „oficjalności” jest obawa przed tym, jaka będzie reakcja innych mediów, np. tabloidów na publikację naszych materiałów. Wyleczyłem się z przyglądania się z wypiekami na twarzy zdjęciom z Białego Domu. Jednej rzeczy im po prostu zazdroszczę – mogli opublikować na stronie zdjęcie Baracka Obamy śpiącego w gabinecie na sofie i bez butów. Nie chodzi o to, że ja chcę takie zdjęcie zrobić w Belwederze, czy Pałacu Prezydenckim. To świadczy o tym, że w inny sposób kreuje się wizerunek prezydenta. Pokazuje się bardziej tę stronę ludzką, a mniej tę stronę oficjalną.

Eliza Radzikowska-Białobrzeska: Byłam fotografką w Kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego i od 2010 do teraz. Tak naprawdę wszystko się zmieniło w tym czasie. Świat był inny, fotografia się zmieniła, spojrzenie się zmieniło, inspiracje też. Inaczej się fotografowało.

Joanna Kinowska: Przy wizytach oficjalnych protokół zakłada także kwestię jaką jest ubiór – was to dotyczy również?

Eliza Radzikowska-Białobrzewska: Przy wizytach państwowych – tak. Pamiętam pierwszą taką wizytę w USA, za poprzedniej prezydentury. Było powiedziane, że na kolację oficjalną dziennikarze muszą się ubrać w smoking albo długą suknię. Pamiętaj, że wchodzimy tylko na pierwsze 5-10 minut na powitanie i wychodzimy.

Joanna Kinowska: Jak się robi zdjęcia reporterskie w sukni bez pleców i na obcasach?

Eliza Radzikowska-Białobrzewska: Nie wiem, wtedy w Stanach miałam smoking. W sukience i na obcasach nie próbowałam, ale myślę, że byłoby ciężko. 

Spotkanie Prezydentów Polski, Czech i Słowacji w Wiśle, 18 stycznia 2013. fot. Wojciech Grzędziński 

Joanna Kinowska: Wspominasz jakieś szczególnie wydarzenie związane z pracą?

Łukasz Kamiński: Pamiętam wyjazd do Lizbony na szczyt NATO. Wtedy zasłabłem w samolocie. Już wtedy była nas czwórka fotografujących w Kancelarii, ale wszystkie wyjazdy robiłem sam jeden. Stąd ogromne przemęczenie, natłok wydarzeń, obowiązków, to był ciężki okres. To się przekładało na wiele rzeczy, szczególnie na jakość i czas wysyłania zdjęć.

Wojciech Grzędziński: Kończyło się spotkanie z Prezydentem Węgier w Tarnowie. Ostatnim punktem programu było wspólne zwiedzanie muzeum na rynku. Na końcu, Prezydent Komorowski wychodził, ściskał dłonie, rozmawiał z ludźmi czekających na niego. Powrót był podzielony na trzy kolumny. Ja zazwyczaj odjeżdżam z prezydentem. Pierwsza kolumna pojechała, ale tłum ciągle jest, prezydent pozdrawia. Tu odjeżdża druga kolumna, kątem oka widzę odjeżdżające samochody, ale dalej fotografuję. Prezydent wsiada do samochodu i momentalnie odjeżdża trzecia kolumna. Odwracam się i patrzę, że nie ma mojego samochodu. Okazało się, że oto w ciągu minuty, z ogólnego tłumu, który wiwatuje i macha, jednego wielkiego chaosu, zostałem sam, w garniturze w środku zimy na pustym rynku z dwoma aparatami i portfelem. To był ostatni punkt programu. Cóż robić, wszedłem do najbliższego baru, zamówiłem piwo. Opowiedziałem o sytuacji barmanowi, który nie bardzo chyba dowierzał. Nie przekonał go mój garnitur w środku zimy i brak płaszcza. Uwierzył chyba dopiero, jak pod okna baru zajechał czarny samochód z przyciemnionymi szybami, który udało się zawrócić dla mnie.
To fajny czas. Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Ilu jest fotografów prezydenta? To jest ciekawe móc podejrzeć część rzeczy z drugiej strony, można wyrobić sobie zdanie na wiele tematów widząc je, niż czerpiąc od innych, z drugiej ręki.

Wizyta Prezydenta USA Baracka Obamy w Polsce, dziedziniec Pałacu Prezydenckiego, 27 maja 2011, fot. Wojciech Grzędziński 

Rozmowy zostały przeprowadzone na potrzeby tekstu zamieszonego w książce "Prezydentura w obiektywie" [wyd. maj 2015], jej poszerzona wersja została opracowana dla Digital Photographer Polska nr 5/2015.