zdjęcie ekranu z filmu "The Stringer"
Od końca listopada można w Netflixie obejrzeć film dokumentalny w reżyserii Bao Nguyen film "The Stringer: The Man Who Took The Photo". Za całym pomysłem, procesem i produkcją stoi VII Photo i Gary Knight.
W skrócie to dokument ze śledztwa wokół jednego z najbardziej znanych zdjęć w historii fotografii, ikonicznego (z całą ciężkością i merytoryką idącą za tym słowem). O tym jak powstało i kto zrobił zdjęcie "The Terror of War" (Terror wojny) albo znacznie bardziej nośny tytuł: "Napalm Girl" czyli "Dziewczynki poparzonej napalmem" w Trang Bang w Wietnamie w dniu 8 czerwca 1972 roku.
Samo zdjęcie budziło mnóstwo kontrowersji, ukazuje w końcu nagą 9latkę. Dyskutowano zatem o etyce - odnośnie wykonania, pokazywania, a w ostatnich latach (jeszcze przed dyskusją o autorstwie) o filtrach dzisiejszych przeglądarek. Dlatego też nie wklejam tu zdjęcia, o którym mamy mówić. Stopklatka z filmu, który przedstawia model całej sytuacji wykonania fotografii wystarczy, żeby sobie przypomnieć kadr.
Autorem zdjęcia wg agencji Associated Press (AP) był Nick Ut, wietnamski współpracownik agencji, zatrudniony przez nią na miejscu - czyli "staff". W internecie i książkach - w publikacjach do 2025 roku - nie było co do tego wątpliwości. Znajdziemy mnóstwo zdjęć Nicka trzymającego "swoją" fotografię, Nicka razem z bohaterką fotografii - Kim Phuc, mnóstwo też nagród, medali, eksponatów muzealnych, wspomnień, wywiadów. Cała kariera Nicka oparta jest właściwie na tym jednym zdjęciu, na zasadzie zespołu z jednym przebojem. Fajnie, że całe życie coś robisz, ale opowiedz jeszcze raz o tym zdjęciu.
Stringer - to nazwa środowiskowa, to "wolny strzelec". To określenie dziennikarza współpracującego z konkretną redakcją czy agencją. Nie ma etatu, nie ma ubezpieczenia. Przynosi materiał. Dostaje za te materiały zapłatę jednorazową. Dziś byśmy powiedzieli - totalna śmieciówka. W redakcji odnotowują, który negatyw przyniósł który stringer. Następnego lub kolejnego dnia, stringer może odebrać odbitki ze swojego negatywu. Może, nie musi. Negatyw zostaje w redakcji.
Rok 1972 - w Trang Bang powstaje zdjęcie. Trafia do Agencji AP. Szef biura - Horst Faas - mówi, że to zdjęcie Nicka Ut. Na miejscu byli inni dziennikarze, z innych agencji, były ekipy telewizyjne. Sporo ludzi. Szefa biura tam nie było. Dziś już nie żyje. Nie ma też śladu po księgach i spisach negatywów, które trafiły tamtego dnia do agencji. Zostaje tylko pamięć.
Wróćmy do filmu. Premierę miał w końcówce stycznia 2025 podczas festiwalu Sundance i od tego momentu środowisko fotoreporterskie rozpadło się na pół. Takie nie-do-końca policzalne, takie metaforyczne pół. Linia podziału nie przebiega w sposób znany z każdej wcześniejszej rewolucji - że stare i nowe, że awangarda wypiera wcześniejsze. Nie przebiega też wedle przekonania czy zebranej dokumentacji. Przebiega wedle strefy interesów wokół oskarżonej agencji AP, pewnego rodzaju przekonania i wiary, a w końcu lojalności i fanatyzmu. I to bez konieczności oglądania filmu.
Zobaczmy jak to wygląda środowiskowo, dlaczego w ogóle powstał film, oraz czy to jest pozycja dla zwykłych ludzi, dla masowego odbiorcy platformy streamingowej.
Reżyser podąża za prowadzącym śledztwo Garym Knightem, który postanawia zgłębić i sprawdzić wspomnienie fotoedytora Carla Robinsona. Zostaje więc w filmie odegrana scena z redakcji Associated Press - moment znalezienia zdjęcia, moment autorytarnej atrybucji przez szefa biura na rzecz fotografa tej agencji - Nicka Ut. Każde pytanie jakie pojawia się w głowie oglądającego, jakby padło głośno - zostaje wypowiedziane na ekranie - i sprawdzone, odpowiedziane. Dlaczego dopiero teraz o tym rozmawiamy? Czemu nikt wcześniej nie powiedział, że może być wątpliwość co do autora? Kto zrobił to zdjęcie? Jakie mamy na to dowody?
Momentem zupełnie przełomowym w tym filmie jest zatrudnienie zewnętrznej agencji detektywistycznej do odpowiedzi na pytanie - kto zrobił zdjęcie. Sama analiza dostępnego materiału - innych fotografów, rejestracji filmowych. Samo to. Bez żadnych "pamiętam jak to było". Nie. Tylko zdjęcia, mapa, filmy. Stworzenie modelu całej sytuacji i analiza w czasie. Ile metrów, ile sekund, jaki obiektyw. I krok po kroku - "najprawdopodobniej".
Język. Bo to jest mistrzostwo świata w grzeczności, poprawności, inkluzywności na każdym poziomie. Nie ma tu żadnych przekleństw, jest najczystsze dążenie do prawdy. Są zatem pytania, a jeśli odpowiedzi - to poprzedzone: "najprawdopodobniej", "z tego co wiemy to...", "w moim przekonaniu..." W każdym momencie jesteśmy otwarci - razem z twórcami filmu, że jeszcze wypłyną dokumenty, wypowiedzi, fakty. Co na to AP? Co na to Nick Ut? Nie wiemy, ale wiemy jak brzmiała argumentacja - w emailach, w telefonach. Pokazano starania o ich komentarze, Gary idzie na rozmowę do AP, Gary wychodzi z rozmowy i komentuje. Zaproszono do rozmowy.
Dowody. Gdyby to faktycznie było tylko o dowodach, to sprawa trochę leży. Nie ma śladu, niestety i ten wątek doskonale też jest wszechstronnie potraktowany w filmie - więc Nguyen Thành Nghe - tytułowy stringer - nie ma negatywu, nie ma potwierdzenia, nie ma nawet odbitki z negatywu z tamtego czasu. Ma swoją pamięć. Dlaczego nie walczył? To pytanie też jest zadane w filmie. Rozpracowano każdy szczegół - z wypowiedzi Kim, Nicka - kto gdzie był, co potem, kto zawiózł Kim do szpitala, jakim samochodem, jak był ubrany. Jakim aparatem wykonano zdjęcie - że Pentaxem, a nie Leicą, jak dotąd mówiono, kiedy zmieniono tę narrację...
Te dowody zebrane przez Knighta pozwoliły nie tylko zasiać wątpliwość, ale doprowadzić do wycofania autorstwa Nicka Ut zdjęcia nagrodzonego w konkursie World Press Photo. Powstał raport, zwołano konferencję prasową i "zawieszono przypisywanie autorstwa Nickowi Ut". Film obejmuje tę sytuację. Dodano również planszę z informację, że zdarzyło się to po raz pierwszy w 70letniej historii organizacji. Nie, nie wpisano Nghe jako autora. Na to, jak wspomniałam wyżej, nie ma żadnego dowodu.
Po premierze filmu zawrzało konkretnie. W wielu miejscach w internecie i prasie drukowanej wybuchła dyskusja nad autorstwem. Uaktualniono niektóre wpisy w encyklopediach. Dopisano wątpliwość, wykreślono miejscami autorstwo Uta, ale z reguły nie wpisano Nghe jako autora.
Większość środowiska obejrzała film dopiero po premierze w Netflixie. "Moja bańka" czekała i wyczekała i potem się rzuciła na ten film. I zostawiła rozliczne ślady w postaci komentarzy, postów, relacji, wpisów. Niektórzy oglądali po kilka razy. Ja obejrzałam późno, bo wiedziałam, że trzeba to obejrzeć na raz i z przytomną głową - nie rozrywkowo na odmóżdżenie wieczorne, ale w godzinach roboczych, po kawie. Obejrzałam i tak na raty. I potem wracałam i przewijałam kilka razy. Wybucha mózg. Na tak wielu poziomach.
Nie ma namacalnego dowodu. Ale nikt z kim rozmawiałam o filmie przez ostatnie 3 miesiące nie ma żadnej wątpliwości - zebrany materiał jednoznacznie wskazuje autorstwo Nghe. Zacznijmy przepisywać książki. Już!
Tylko, że to nie takie proste. Agencja AP przeprowadziła swój raport, opublikowała go w dniu 6 maja 2025 i w nim wyraźnie przyznała autorstwo Utowi. Oni nie mają wątpliwości. Rozmowy dalej brak. Są tylko powtarzane narracje z wcześniej. Dla przekonanych po filmie - ten brak rozmowy, to brak przyznania się, że faktycznie zamotano historię.
Ten wątek też jest w filmie pokazany - to przewidywanie - co się zdarzy, kiedy efekty śledztwa zobaczy świat. Siła zdjęcia nie ulegnie zmianie. To, że zdjęcie należy do AP - też nie ulega zmianie. "Ale będą konsekwencje". "Niełatwo rozmontować narrację, która trafiła do zbiorowej świadomości na tak długo" - mówi w filmie Santiago Lyon (VP&Director of Photography w AP 2003-2016).
Printscreen z raportu AP
Raport AP to 97 stron w PDF. Do tego analiza wizualna. Oni nie mają wątpliwości. Czytam i oglądam i nie umieścili Nicka Ut tam gdzie "byłby w pozycji do wykonania tego zdjęcia". Nie dopisali, że posiadał Pentaxa, a pokazali jak prosto jest wskazać jakim aparatem zrobił zdjęcie. I tu się zaczynają schody i serio próbuję to zrozumieć. Jest mowa o tym, że Leica z muzeum jednak nie, że inne Leicki Nicka zostały skradzione w Wietnamie, że w sumie choć mówili przez lata, że Leica, to jednak mogli się mylić, że może jednak Nikon, że Nikon robi podobnie w rogach, co Pentax. A w ogóle to może jednak nawet Nick miał Pentaxa. Każdy się może pomylić i może nie pamiętać. I to w oficjalnym raporcie, którego końcowa fraza brzmi, że oczywiście, autorem zdjęcia - bez wątpliwości - jest Nick Ut.
Czyli obstawiamy przy swoim. Nikt nie drgnie. AP i Nick Ut bronią siebie. Co dalej? Podział. Jedni stoją za Nickiem - powstała lista wspierających, list otwarty, i hashtag: #standingwithNick, na festiwalu w Perpignan po prostu przyznano, że zdjęcie zrobił Nick. (Zanim film trafił w szeroki obieg, czyli zanim sygnatariusze listy mogli go obejrzeć). Nie zaproszono tym razem nikogo z VII. Nie pokazano filmu. I tak można długo wymieniać - kto się podpisał, a kto nie, kto komu powiedział i co. Środowisko podzielone i to jest większe zmartwienie niż to jedno zdjęcie.
Bo w końcu jest film w szerokim obiegu. Najszerszym możliwym obiegu. Może go obejrzeć każdy. Zatrzymać, wrócić, przewinąć. Wyrobić sobie zdanie. Najpierw, miałam wątpliwość. Kurczę, taki zwykły człowiek obejrzy taki film i powie: no tym fotoreporterom to nie można ufać. Znowu skandal, znowu afera.
To mocne wystawienie środowiska na próbę. Zanim się ułoży wewnątrz sprawa, puszczać tak na świat? Z drugiej strony - a jak inaczej o tym rozmawiać? Skoro jedna strona sporu odmawia rozmowy? Stoi przy swoim. A dokładnie to musiał przewidzieć Gary Knight. Dlatego film. I dlatego w streamingu.
Przecież gdyby to był stos dokumentów, już dawno przysypałby je kurz. To nie jest żaden hot-temat dla internetu. Środowisko by sobie pokrzyczało, pewnie spolaryzowało dokładnie tak samo. Ale mamy okazję popatrzeć na ten temat wszyscy, środowisko i nie tylko. I jeśli ten zwykły człowiek pomyśli sobie szerzej, nie zatrzyma się na "znowu skandal" - to mamy szansę coś odczarować.
Ciągle nie można ruszyć książek. Musiałby się Nick wypowiedzieć i wyraźnie stwierdzić, że to jednak nie on. Musiałaby się też lub albo - wypowiedzieć AP. Dopóki tego nie zrobią, a nie wygląda, żeby mieli - sprawa jest otwarta, pod znakiem zapytania. Jest uznaniowa. Demokratyczna.
Film został zadedykowany stringerom - wolnym strzelcom. Zostało w nim wypowiedziane, że korzystanie z pracy stringerów odbywało się wszędzie - wszystkie agencje, każdy rejon świata. Od wejścia cyfry sprawa autorstwa przestaje być kłopotliwa - bo autor nie pozbywa się oryginału. Czyli "The Stringer" to kamyczek do opowiedzenia na nowo historii - nie tylko fotoreportażu, ale i dziennikarstwa, sposobu opisywania świata 50 lat temu. Innych standardów. Czasy się zmieniły i właśnie film w Netflixie to sposób na współczesną dyskusję. Nie wystarczy nam, że szef tego czy owego ubierze się ładnie, stanie w dobrze oświetlonym miejscu i przemówi do świata i historii. Są inne kanały i inne opowieści. Mądrze byłoby wyciągnąć z tego lekcję. Chciałabym w tym widzieć szansę dla środowiska. Póki co muszę chyba zmienić okulary.
trochę najważniejszych linków:
Agencja/Fundacja VII - Newsroom zebrane informacje o filmie
Wikipedia o Kim Phuc - po angielsku (bo po polsku jest tylko kilka słów)
Wikipedia - Nick Ut (tylko wersja angielska)
World Press Photo - o wycofaniu autorstwa
Raport World Press Photo - pdf: Authorship attribution suspended for ‘The Terror of War’ photograph | World Press Photo
Raport AP - informacja o raporcie / raport AP na 97 stron / Analiza wizualna
Petapixel: komentarz filmowy o filmie / "Nikt już nie uwierzy w autorstwo Nicka Ut"




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz