piątek, 14 sierpnia 2026
Po co się jeździ na Paris Photo?
wtorek, 13 lipca 2021
Cortona On The Move 2021 "Perfect Photofestival" ?
Tak, minęło sporo czasu. Były archiwa wyjmowane, opisywane. Ale w końcu się lockdown skończył i chaotycznie czas zaplanował z wystawami, książkami, spotkaniami. Wiele też zmian, kierunków i pomysłów - idą opornie, ale wierzę, że w końcu ruszą :)
Tymczasem, czy znacie lepszy czas na rozpoczęcie projektu polegającego na odwiedzeniu 10 festiwali fotograficznych na świecie - jak marzec 2020? Ale w końcu, z ponad rocznym poślizgiem, projekt "Perfect Photofestival" rusza.
Pierwszym przystankiem jest Cortona, niewielkie i urokliwe toskańskie miasteczko (czy są tam nieurokliwe?). Jedziemy z ekipą Służewskiego Domu Kultury obejrzeć jak się robi idealny festiwal. Sprawdzimy jak oni sobie poradzili z najnowszymi wyzwaniami. Projekt "Perfect Photofestival" realizowany jest przez SDK w ramach PO_WER: PONADNARODOWA MOBILNOŚĆ KADRY NIEZAWODOWEJ EDUKACJI DOROSŁYCH / FRSE.
"We Are Humans" duże i mocne hasło przewodnie całego festiwalu. Nazwiska pierwszoligowe. Projekty raczej nowe. "Cortona On The Move" pokazuje od lat najnowszą fotografię, współczesne projekty. Tym bardziej mnie cieszy i ciekawi sięgnięcie do archiwów "The Publifoto Archive".
Strona festiwalu: https://www.cortonaonthemove.com/
Część wydarzeń ma być streamingowana, także zajrzyjcie obejrzeć, na bieżąco pewnie tu będzie wszystko się działo: Cortona On The Move | Facebook
O festiwalu jak i o projekcie jeszcze nie raz usłyszycie. :)
sobota, 30 maja 2020
Rekwizyt: krzesło
Na fotografii widzimy młodzieńca, Ma około roczku. Nawet siedzący na krześle z pulpitem, co już umiejscawia, dziecko - jak to w jego wieku - ruchliwe. Te ułamki sekund, gdy zdjęcie powstawało, wystarczyły by poruszył główką. Gdy patrzę na stare zdjęcia dzieci, pamiętając o trudnościach technicznych, tym bardziej szanuję zawód fotografa. Poza zdolnościami, trzeba było jeszcze wykazać talenty psychologiczne, towarzyskie, wszelkie - które umożliwią na moment zatrzymanie dziecka w bezruchu do zdjęcia. [Tak, tak, stad niezawodna technika trzymania dziecka przez dorosła osobę]
Po co to krzesło? Żeby dodać wysokości, wrażenia pomnikowości fotografowanej postaci. Gdyby usiadła, nie byłoby eksponowania figury. Kim była? Nie mamy szans się dowiedzieć. Gdzieś przez to skojarzenie z krzesełkiem dziecinnym, widzę w niej nauczycielkę. Ale to tylko i wyłącznie fantazja. Zdjęcie wykonano w Warszawie, chociaż zakład się nazywa intrygująco i z francuska. "Institut Photographique Sigismond & Co" brzmi zdecydowanie lepiej niż zakład fotograficzny - Zygmunt i spółka. Dodano też poważny "& co", tymbardziej brzmi wszystko światowo. "A Varsovie" na Marszałkowskiej 111. Dziś to adres nowoczesnego biurowca Saski Point.
Przed II wojną adres 111 wypadał w okolicy skrzyżowania z Chmielną. Czyli dziś plac Defilad. Tutaj zdjęcie kamienicy, niestety szyldu Sigismonda nie dojrzymy. Zakład funkcjonował w latach 1895 do 1910. Ale jaka historia! Zakład został założony przez braci Bolesława i Zygmunta Matuszewskich. Ich ojciec był nauczycielem francuskiego, mieszkali za młodu w Pińczowie. Gdy wybrali się na studia do Paryża w latach 1880-tych zafascynowali się fotografią. Bolesław, wg wikipedii: "Działał jako fotograf w stowarzyszeniu „LUX”, a od roku 1894 stał się jednym z członków założycieli Stowarzyszenia Muzeum Francuskiej Fotografii Dokumentalnej. W 1895 roku wraz z młodszym bratem Zygmuntem założył atelier fotograficzne przy Marszałkowskiej 111 w Warszawie pod nazwą Paryska Fotografia Lux Sigismond et Comp"
Okazuje się, żę w tym wypadku użycie języka francuskiego w reklamie, nie tylko miało wyróżnić zakład i dodać mu światowego prestiżu. Przez kilka lat Bolesław funkcjonował także w środowisku fotograficznym w Paryżu. Światowa fotografia i światowa kariera. Ale tylko rzemieślnicza. Nic nie wskazuje, by bracia aspirowali do czegoś więcej. Wynalazek kinematografu zrewolucjonizował także życie Matuszewskich, a historia filmu okazała się łaskawsza dla ich nazwiska niż historia fotografii.
A miało być o krzesłach, a miało być tak prosto. Na koniec więcej pytań, informacji o zmienianiu się miast, i tak dalej. Dobry pretekst.
Do poczytania więcej o początkach warszawskiej fotografii - "Wykonywa się fotografie"
środa, 6 maja 2020
Pamiątka z gór
Pięknie, ciepło, cudne widoki! Idealnie by pójść w góry.
To musiał być czerwiec albo lipiec. Dużo słońca, który stopił śnieg, zazielenił trawę. To musiało być w międzywojniu, bo panie ubrane idealnie. Stroje turystyczne, nienazbyt ciasne. Obowiązkowe nakrycia głowy. Wygodne buty, delikatne obcasiki.
Nie mogę się oprzeć uwadze, że one jednak bardziej pasują przed jakąś kawiarnię czy teatr, a nie w tej scenerii. Fotomontaż odpada. Nie poszły też do fotografa, który miał takie fantazyjne tło. One były na wycieczce i mają pamiątkowe zdjęcie. No a teraz, gdzie one były?
Zakopane. Z Kuźnic wychodzimy szlakiem niebieskim do Doliny Gąsienicowej. Przez Boczań to jakieś 1,5 godziny. Można iść żółtym przez Dolinę Jaworzynki. Mniej więcej tyle samo czasu, tylko podejście ostrzejsze. Wreszcie z Murowańca szlakiem niebieskim w kierunku Zawratu nad Czarny Staw Gąsienicowy. Po mnniej więcej pół godziny - oto jesteśmy. Wielki głaz nad taflą wody. Wspaniałe skały w tle. To charakterystyczna grań Kościelca.
I myślę, że to kompletnie niemożliwa trasa dla tych elegantek! Absolutnie! Dolina Jaworzynki odpada w przedbiegach. W sumie, do Murowańca można jeszcze iść po płaskim, przez las, długo, ale płasko przez Dolinę Suchej Wody. 2 godziny z okładem. No to już prędzej w tych butkach. Jakoś nie widzę ich na Przełeczy między Kopami. Serio, lepiej pasują na Krupówki.
Jednak to chyba podstawy górskiego wychowania, że sobie nie wyobrażam, że można choćby w tenisówkach pójść na szlak. A przecież można i w kubotach, jak się nie raz widzi. I szydzi, że nieprzygotowanie, że niedoczytanie, że w ogóle kalają kulturę górską turyści w cudzysłowie.
Tu przepiękny ASZ Dziennik w temacie: https://aszdziennik.pl/120799,dramat-gorskich-januszy-w-klapkach-tatry-maja-nowego-krola-cebulactwa
Albo tu zestawy zdjęć niebywałych, profil "Tatry - nie dla idiotów" https://www.facebook.com/tatryniedlaidiotow/
Wracając do elegantek, nie mogły iść w górskich butach, bo takie to tylko na wspinaczkę. A nie na szlak prosty i widokowy. No i jeszcze jedno rozwiązanie zostaje. Z Kuźnic damy udały się kolejką linową na Kasprowy Wierch. Pierwszy wagonik pojechał w marcu 1936 roku. Nieprawdopodobnie trudna budowa trwała niecały rok. Inwestycja ogromna, która zwróciła się ponoć w trzy lata. No, do wojny. Musiała zatem być popularna, być punktem obowiązkowym każdego odwiedzającego Zakopane. To by wyjaśniało buty owych dam, ich turystyczne, acz eleganckie stroje.
Z Kasprowego Wierchu zeszły, jak po schodach, szlak do stawu jest banalnie prosty. Co potem? Pewnie, przypuszczam, z powrotem na schody i kolejką na dół. I tak myślę, szacunek dla pań. Choć pewnie prawdziwi turyści tatrzańscy w latach 30tych XX wieku musieli na takie panie patrzeć, jak my na balerinki i kuboty na szlaku. Z drugiej strony, właśnie szacun, że nie mając wszystkich dzisiejszych tworzyw, naszej mody turystycznej, szły w kiecach i eleganckich butach. Tatry dla każdego!
A co do samego zdjęcia, identyfikacja miejsca i stroje daje nam wszystkie potrzebne informacje. Zdjęcie wykonano latem 1936-1939 nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. Kto zdjęcie wykonał i kto na nim jest, to zagadka, której nie da się rozwikłać.
czwartek, 23 kwietnia 2020
Amant z autem
To było po wojnie, kilka lat po wszystkich zawieruchach. Nowe auto, do roboty. Niewiele ich wtedy jeździło. Niewiele trzeba było się wyznawać w przepisach ruchu. Ale trzeba było czuwać, być na zawołanie. Podwieść państwa, gdy tylko potrzebowali. I czekać. To czekanie najgorsze. Szyby wytarte, maska wypucowana, ale ile można trzeć maskę szmatką. Żadna grubsza robota niemożliwa, bo to wszystko można robić na poczekaniu, w stroju roboczym, czyli eleganckim. No przynajmniej biała koszula. A weź człowieku zajmij się olejem, czy maskę otwórz, jeszcze ta biel się rozdziewiczy.
Więc najwięcej to czekania. Na postoju czasem z innymi się porozmawia. Papierosa zapali. Gazetę przeczyta. I się stoi. Czemu by sobie zdjęcia wtedy nie zrobić, skoro akurat lajkarz idzie?
Tak to widzę, choć mogę przestrzelić wszystko. Może to jest właściciel auta? A może po prostu młody człowiek, przechodzień na spacerze. Kolega z aparatem, i wpadli na pomysł zrobienia zdjęcia, widząc świetne auto na ulicy? Niech pierwszy rzuci kamień, kto nigdy nie pomyślał (albo nie wykonał) zdjęcia sobie/znajomemu z jakimś cudem techniki zaparkowanym gdzieś akurat na waszej trasie. Ale im dłużej patrze na niego, tym widzę jakąś pewność ale i znudzenie. Twardość jakąś. On się pewnie opiera o karoserię, jakby wiedział w którym miejscu najlepiej. Więc chyba kierowca, być może sam właściciel. Nie ma w nim jednak też żadnej dumnej pozy, którą przyjmuje się, by zaznaczać swój status. On po prostu stanął pewnie, oparty, czekający.
A w ogóle to jest w nim coś z młodego Witkacego. To w ogóle nie może być on, a jednak coś tam w tym czarnym pod czołem, gdzie kryją się oczy. No cóż, w pełnym słońcu wykonano zdjęcie, sam fotograf ewidentnie nie umiał w portret psychologiczny. Więc jest coś złowrogiego, jakieś napięcie. Albo po prostu mam powidok od tego portretu:
A możę ten Witkacy, poza jakimś dalekim podobieństwem (bardzo dalekim, brak oczu, bardziej pucułowata twarz, ubiór zbyt zwykły, by mógł to być ten ekstrawagancki artysta), czuję jakieś powiązanie z budynkami w tle. Europa Środkowo-Wschodnia, ale może to po prostu gdzieś w Krakowie? Oczywiście mogłoby być znów niemal wszędzie w okolicy, bo i Wiedeń, i Paryż, i wszystko po drodze.
Powiększam obraz, już się bardziej nie da. Rejstracja auta za bohaterem ledwo czytelna, ale jednak WN - a zatem Polska w międzywojniu, a zatem województwo wileńskie. Jest i liczba 14458 czyli w odpowiednim dla województwa zakresie. Tablica jest dwurzędowa, a te obowiązywały w latach 1922-1928. Potem tylna została szersza, ale jednorzędowa. Margines błędu zostawiamy na ewentualne nie-natychmiastowe zmiany rejestracji. [Jeśli trafiłam na poprawne dane, to papier z nadrukiem z tyłu "Azura" istniał od 1930 roku] Ale to i tak mnóstwo nowych informacji!
Teraz tylko pytanie, czy to jest rzeczywiście w samym Wilnie, czy się ktoś wybrał na wycieczkę gdzieś w Polskę?
A ostatnia sprawa, bo żadnego opisu tu nie ma (jedynie nazwa papieru), żadnego śladu użytkowania. Jeden tylko drobiazg - rozmiar. Tracimy zwykle z uwagi ten szczegół, patrząc na zdjęcia w internecie. Z resztą w dobie cyfrowej fotografii, rozmiar to rzecz dość abstrakcyjna, przecież jakiś ułamek tylko się drukuje (nie znam faktycznej statystyki, to tylko podejrzenie). Więc kategoria rozmiaru - czy duże, czy małe, przestała wiele znaczyć. Zeskanowałam porządnie, widać szczegóły. Prawda? A w realu:
Maleństwo 7 na niecałe 5 centymetrów. Wyświetla się na ekranie komputera delikatnie mniejsze niż w rzeczywistości. To teraz ta historia o statusie chyba nie ma jednak sensu. Skłaniam się do pierwszej wersji, akurat przechodził lajkarz, pewnie jesteśmy w niedzielę obok głównej ulicy. Kierowca czeka na państwa, aż wrócą i pojadą pewnie gdzieś do rezydencji pod miastem. Tymczasem zdjęcie - niespecjalnie też udane czy profesjonalne. Winieta wyraźna, środek dnia, ogromne przepalenia. Pamiątkowe. Nieduże. Ktoś mógł pewnie w portfel włożyć. Ten egzemplarz zbyt dobrze zachowany, żeby był jakoś używany ekstensywnie. Leżał pewnie wśród papierów, innych zdjęć. Niepodpisany, że to ktoś krewny, gdzieś.
Taka poboczna refleksja. Często słyszę, z takim sentymentem w głosie i przekleństwem wypowiadane słowa, że 'dziś (o tempora, o mores!), to już ludzie nie podpisują zdjęć!' Prawda, być może zbyt ogólna. Ale albo ja mam wyjątkowy niefart i trafiam na nieopisane, albo mogę z tego wyprowadzać solidną kontrę - otóż ludzie chyba nie podpisywali jakoś zdjęć nagminnie. Ani dziś, ani wtedy. Ufali swojej pamięci. Czasem, bardzo nieczęsto jest rzucone miejsce, albo chociaż sam rok. Jeśli w ogóle. Ale już bez spisu ludności.
- - - -
Kwadrans po publikacji okazało się! Wybitny znawca Wilna zlokalizował miejsce powstania fotografii: Waldemar Wołkanowski: Postój taksówek przy Domu Handlowym Braci Jabłkowskich od strony Jagiellońskiej. W tle wylot Jagiellońskiej na Mickiewicza (Jogailos g. / Gedimino pr,) białego budynku z prawej strony teraz nie ma (dawne Kasyno Oficerskie)... jest tam nowy budynek z księgarnią.
Dziś to miejsce wygląda tak, widok z googlestreetview:
poniedziałek, 6 kwietnia 2020
Podwójna pamiątka.
Patrzymy na tak zwaną 'ulicówkę' - zdjęcie wykonane przez fotografa ulicznego, w tym dawnym rozumieniu. Fotografa, który podczas dni świątecznych przemierza główne ulice miasta z aparatem, robi zdjęcia ludziom najczęściej idącym, potem wręcza wizytówkę - by klient odebrał nazajutrz z zakładu swoją fotografię. Nazywano ich lajkarzami, bo uzbrojeni byli najczęściej w małoobrazkowe aparaty Leica.
Sprawa szczególnie modna w latach dwudziestych XX wieku. W latach 30. była już bardzo nużąca przechodniów. Mnóstwo fotografujących, wręcz nagabujących i przeszkadzających w spokojnym niedzielnym spacerze.
Jest coś niepewnego w wyrazie twarzy mężczyzny. Dlatego stawiam, że to krewny świetnie ubranej pani. Przyjechał może w odwiedziny, zobaczyć miasto? Zza ramienia bohatera wygląda, niestety już w nieostrości, mężczyzna ubrany zdecydowanie lepiej. Czarny płaszcz, cylinder. Patrzy na scenę. Znów mój - pojawiający się, photobombing!
Co najciekawsze dla mnie, to oczywiście sam układ fotografii. Sam papier. Na nim naświetlono to samo zdjęcie podwójnie. Tymbardziej myślę sobie, że to krewni na zdjęciu - poprosili o dwa egzemplarze, które docelowo miały się znaleźć w dwóch domach.
Fotograf, zakład fotograficzny, laboratorium nie miewało w standardzie oddawania w ten sposób zdjęć. Tez ciekawe, że przez ostatnie powiedzmy 90 lat nikt tego papieru nie tknął nożyczkami. Nie rozdzielono tych zdjęć. Nie włożono go do albumu ani do ramki. Schowano pewnie ... no właśnie gdzie? Coś mi się wydaje, że dotarło do mnie bardziej z archiwów fotografa, niż tej rodziny. [Poprzez antykwariat, itd...] Fotograf oddając klientowi prace, przeciąłby te zdjęcia.
Popatrzmy na koniec jeszcze na odwrócone zdjęcie. Tak dla upewnienia się, że patrzymy na dwie kopie na jednym papierze. Ach! Jeszcze mamy tu niebieską plamę. Może jakiś tusz się rozlał, jakaś kropla chemikaliów? Nie jest to przyczyna nieoddania fotografii. Tymbardziej, gdyby zdjęcie trafiło do użytkownika, odcięto by zapewne 'dobre' zdjęcie. Plama też wydaje się nowsza, dużo młodsza niż sam papier-zdjęcia. Może jakiś tusz się rozlał w szufladzie?
A co to za miasto? Bardzo trudno identyfikować. Może być Wrocław, może Kraków, równie dobrze Lyon, Wiedeń, Londyn... Okazały gmach za plecami pozujących to po prostu neoklasyczny pałac miejski, jakich mnóstwo do dziś w Europie. Ale może ktoś jednak rozpozna?
środa, 25 marca 2020
Photobomb 4 / Pojawianie się
sobota, 21 marca 2020
W góry i na morze!
Te pamiątkowe zdjęcia, czasem zupełnie niewstrzelone, poruszone, nieostre, czasem zbyt sztywne i sztampowe. Amatorskie ujęcia i każde ma inną historię. Uczucia - czy smutek (rozpacz!) pożegnania, czy wzrok zapatrzony w horyzont na zwykłym portrecie, w dodatku z fleszem, te uczucia wręcz wylewają się ze stron książki. Zebrane razem tworzą jedną historię, jednego rejsu tam. Zaglądamy do baru na rufie, do jadalni, oczywiście mnóstwo czasu spędzamy na pokładzie. Absolutnie zjawiskowe jest zdjęcie z basenu na Batorym (basenu, krytego, ze zdumieniem oglądam to zdjęcie i tę opowieść). Są i tańce i rytuały. I widoki. Podróż pełnowymiarowa. A w końcu ląd.
"Na Giewont się patrzy" to druga wspólna książka autorek Caillot i Karkowskiej. ("Batory" jest trzeci). Idea ta sama: zebrane wypowiedzi, historie opowiedziane, przeplecione zdjęciami. Jesteśmy na Podhalu, słuchamy opowieści prawdziwych górali. Mówią o wszystkim - jak wyglądała praca na polu i przy wypasie, jak obchodzono święta, jak chodziło się do szkoły, jak dorastało, wreszcie - jak przebiegała wojna. Napisałam słuchamy, choć oczywiście czytamy, ale czytamy oryginalne zapisy rozmów, na przykład:
"Po sąsiadach chodzilimy na posiady, chłopcy się schodzili, panny się bawiły, do rana muzykowali. Wesoło było. (...). Ciotko, ujku, krzesny - tak się mówiło, jak ktoś był z innej chałupy. Ujku, stryjku to po rodzinie, a krzesny to jak szanowny panie, bo krzesny to był ktoś!"
"Trzy rocki mioł, małe grabki mu się zrobiło, grabił w drugą stronę, ale mioł zajęcie." Słychać te opowieści, prawda?
Idźcie czytać i oglądać: https://oficynawydawniczaoryginaly.wordpress.com/gdzie-kupic/
środa, 18 marca 2020
Photobomb 3 / Pojawianie się
Photobomb czy taka specjalna kompozycja?
Czy pani zza okna była planowana w tym zdjęciu? Z jednej strony wygląda tak, jakby była tam niechcący, jak na bardzo wielu innych zbiorowych zdjęciach. Po prostu spogląda przez okno, akurat wtedy gdy zdjęcie robiono.
Z drugiej jednak strony - jest tutaj na nią miejsce, jakby zostawiono specjalnie. Pani z lewej strony "zostawia" miejsce tej w oknie. Pan w prawej próbuje w tym zdjęciu się znaleźć, chyba bardziej nawet niż delikwentka za oknem. Mają teraz wszyscy razem portret zbiorowy, z tą w oknie. Z pytaniem czy to celowe, czy niechcący zostaniemy.
Przypomina mi to - może przez nazwę dosć aktualną dziś: zdjęcia astronautów z misji Apollo 11 podczas powitań na okręcie USS Hornet podczas kwarantanny. Oni w okienku specjalnie zmodyfikowanej przyczepy, a obok - prezydent Nixon, żony, albo jak tutaj - tort i orkiestra. Tylko, że oni oczywiście są najważniejsi w tych zdjęciach. Czy to samo się dzieje w tym obrazku na samej górze?
wtorek, 17 marca 2020
Photobomb 2 / Pojawienie się.
Może to ‘pojawianie się’, ‘zjawienie się’? Jacek Dehnel zaproponował "apparitions". Jak zjawa. Wskazywał na upiorność, na pojawianie się, niby znikąd, z innego planu. Po angielsku krócej, prościej. Po polsku większy kłopot, bo ‘objawienie’ - to za dużo i kręci się gdzieś niebezpiecznie wokół religii, ‘zjawa’ - już zajęta przez duchy, ‘ukazanie’ – generalnie słabo leży. Może ktoś z państwa coś dorzuci do rozważań leksykalnych?






















