Christopher Morris. Kadr z filmu dokumentalnego „Igrając z diabłem” autorstwa Piotra Małeckiego i Maćka Nabrdalika / fot. Piotr Małecki & Maciek Nabrdalik
"Igrając z diabłem" / "Tickling the devil" to film dokumentalny o fotoreporterze specjalizującym się w fotografowaniu konfliktów, Christopherze Morrisie, w reżyserii Piotra Małeckiego i Maćka Nabrdalika. Niespełna 1,5 godziny. W czerni i bieli. Film przepiękny i straszny.
Oglądamy człowieka, który po 30 latach dla magazynu "Time", po sfotografowaniu 28 wojen - mieszka z rodziną w Tampie. Poznajemy jego żonę, obydwoje opowiadają o wielkiej miłości. Spotykamy ich córki oraz matkę głównego bohatera. Zwykłe amerykańskie życie. Jedziemy z Morrisem na temat, jesteśmy na demonstracji, którą akurat fotografuje. Poznajemy go i to kim jest z jego własnych słów. On opowiada. Czasem żonie, czasem córkom. No a czasem, głównie - nam. Ale to te wszystkie drobne rzeczy, które się po prostu dzieją w filmie wzmagają napięcie, poczucie, że coś jest bardzo nie tak. Dlaczego on jest ciągle w kapturze, czapce? Czemu mówi do dziewczynek o sobie "wasz ojciec"? Czemu zaczyna czynność, a potem nagle wychodzi z kadru? Jak z obieraniem jajka. A nade wszystko, to co mówi, to jak mówi, i jak często emocje biorą górę. Wszystkie dane i fakty, jakie powinniśmy mieć, żeby zrozumieć jego sytuację padają w filmie: tyle wojen, kilkukrotna próba odejścia od fotografowania konfliktów, fotografowanie polityki, pandemia, strach, PTSD. Właściwie film się niemal zaczyna tym PTSD, w pierwszej telefonicznej rozmowie pada. Z humorem. Na lekko.
To nie jest opowieść od narodzin. Nie wspomina kolegów ze szkoły, nie opowiada o dzieciństwie. Nie ma chronologii, ważnych wydarzeń z życia. Nie, to niespełna półtorej godziny z życia codziennego Morrisa. Co kluczowe, patrzymy na niego oczami dwóch fotografów, reżyserów tego filmu. Te kadry filmowe są fotograficzne bardzo, mocne punkty, pewna wrażliwość. To widać, że za kamerą są fotografowie. Żeby tylko to. Totalnie kluczowa jest ich znajomość - z bohaterem ale i z zawodem, o którym ten film opowiada. Zarówno Małecki jak i Nabrdalik to fotografowie prasowi, dziennikarze, dokumentaliści, czasem także fotoreporterzy. Maciek Nabrdalik należy do Agencji VII, którą współzakładał Christopher Morris. W sumie nawet nie jestem teraz pewna, czy w ogóle "Seven" pada w jakimkolwiek momencie filmu. To by był doskonały argument, do tego co usiłuję napisać. Bohater amerykański, ale jego biografia - a raczej obraz filmowy opowiedziany zupełnie nie-po-amerykańsku. Po biografię trzeba pójść do internetów. Tutaj mamy postać, bohatera. Z krwi i kości, słów i łez.
Morris dostaje z redakcji do swojego domu własne archiwum zdjęć. Trzeba je przejrzeć i zdigitalizować. Wiadomo, że tam są materiały ważne - nie tylko wygrywające konkursy (lista jest w samej czołówce, x World Press Photo, x POYI, x Perpignan...). Ważne, bo pokazujące zbrodnie wojenne. Bo to są gotowe materiały dla oskarżycieli. Bo są tam historie ludzi wobec konfliktów. Bo to również dzieło życia jednego człowieka. Spuścizna. Niebywała i abstrakcyjnie wręcz niemożliwa do zrozumienia. Nic dziwnego, że córki nie wydają się zbyt zachwycone jak "wasz ojciec" odda wam je całe.
Christopher Morris. Kadr z filmu dokumentalnego „Igrając z diabłem” autorstwa Piotra Małeckiego i Maćka Nabrdalika / fot. Piotr Małecki & Maciek Nabrdalik
Największe wrażenie zrobiła na mnie chyba kolejność wypowiadanych zdań. Sposób przedstawiania bohatera. Jakie informacje dostajemy, żeby sobie powoli budować tę postać. Ok jest fotografem, ale na ekranie bardzo długo nie ma jego zdjęć. Są historie wokół. Jest film, który kręciła jego żona w Mogadiszu, który wspólnie komentują. To może i jest trochę opowieść o miłości, ale i ich pracy. I o dokumentach. Zatem najpierw poznajemy jego wrażliwość - także na obraz - o to jest świetne ujęcie, to jest dobry kadr! Zdjęcia Morrisa będą pod koniec. Krótki slideshow. Bez captions, bez podpisów. I właśnie to, co dzieje się w tym filmie po pokazie zdjęć - mnie wciska w fotel.
Nagle wszystkie te drobne rzeczy stają się zrozumiałe. Wszystkie decyzje reżyserów - absolutnie jasne: pozbawienie kolorów, sposób filmowania, płytka głębia ostrości, przedłużone zdjęcia (nie mam pojęcia jak się to fachowo nazywa). I to spojrzenie głównego bohatera w kamerę. Dopiero wtedy.
Morris mówi to, co już gdzieś widziałam, słyszałam, czytałam. Opowiada o ogromnym ciężarze jaki nagromadził przez te 28 wojen. On ma nie tylko zdjęcia. Zdjęcia wywołują wrażenie na oglądających, a gdy patrzy na nie autor - nagle czuje zapach tych miejsc, panującą wówczas temperaturę, wszystkie sytuacje wokół samego kadru. Mówi o tym bardzo prosto. I o tym, na czym polega jego praca po latach - trzeba wrócić do obrazów, edytować je. Spędzić z nimi czas.
Ma też odpowiedzialność. Wobec tych obrazów. Wobec tych historii. Nie ma z kim o tym porozmawiać, obgadać, wyrzucić z siebie. Newsy dawno są historią. Nikogo to nie interesuje. Z rodziną przecież nie porozmawia. Dziewczynki, nastolatki, zaraz dorosłe, przecież to nie jest opowieść dla nich. Żona towarzyszyła mu czasem w pracy, ale ile historii można na co dzień sobie powtarzać. No i jeszcze, rodzinę lepiej chronić przed tym. Mówi więc to nam. Mówi reżyserom i mówi wprost do kamery.
Znam to z książek "13 wojen i jedna" oraz "Fotografie, które nie zmieniły świata" Krzysztofa Millera. Oczywiście inaczej. Nie wszystko chyba tak wprost. Ale nagle, to stało się tak bardzo czytelne.
I myślę o wszystkich fotografach i fotografkach, którzy zamiast nas patrzą na syf tego świata. Kompletnie nieważne stają się ich motywy - czy to po prostu praca, czy to chęć zdobycia punktów w karierze, czy uzależnienie od adrenaliny itd. Tak jak u Morrisa, wszystkiego po trochę, co nie pozwalało przestać. Zresztą czy się to robi latami czy wystarczył raz. Syf jest syfem, a odporność bywa różna. Za to chyba najbardziej jestem wdzięczna za ten film. Coś układa w głowie, mam nadzieję, że szerzej. Że o tym rozmawiamy. O kosztach bycia reporterem, o kosztach zrobienia znakomitych zdjęć. O kosztach obcowania z tymi zdjęciami.
Film został obsypany nagrodami na Krakowskim Festiwalu Filmowym, teraz zaś trzymamy kciuki za start za oceanem. Gdybyście mieli okazję zobaczyć ten film, nie ma się co wahać. Tym bardziej, jeśli byłoby spotkanie z reżyserami. Nie namawiam, nie zachęcam. Mówię, że to jest absolutnie must-see, lektura obowiązkowa.




































