środa, 21 października 2026

Przedmieścia Paryża, czyli 'pierwsza solówka' Marcina Kubiaka




Do 15 listopada 2026 w Służewskim Domu Kultury można oglądać wystawę laureata pierwszej edycji konkursu "Pierwsza solówka. Konkurs im. Bartka Molgi" - Marcina Kubiaka oraz jego projekt "Przedmieścia Paryża". 

Zobaczcie wybrane fotografie, przeczytajcie tekst kuratorski tutaj w całości, a po resztę informacji odsyłam na www SDK'u - Przedmieścia Paryża - wystawa fotografii Marcina Kubiaka laureata Konkursu im. Bartka Molgi „Pierwsza solówka” - Służewski Dom Kultury
A po przeżycia - na żywo do galerii. Wystawa jest czynna codziennie, tak jak dom kultury, można oglądać od 9 do 21. 



Było.

Historyczny i świetnie prosperujący przemysł. Pieniądz przyciągający robotników. Rozbudowa, industrializacja. Rośnie wszystko w oczach: nowe zakłady, nowe rynki zbytu, technologie, a za tym – kolonie. Obok zakładów rosła mieszkaniówka, a dalej lokale usługowe, szpitale i kościoły, a nawet kasyno. Miejsca wspólne. Rosną wszystkie słupki w demograficznych wykresach. Prawdziwy wielki świat, nowoczesny, wyedukowany, jakby przedmieścia jakiegoś Paryża.  

 

Pierwsza wojna, druga wojna. A rozwój nie do zatrzymania. Fundament odbudowy kraju ze zniszczeń wojennych. Przemysł ciężki, w PRL'u najważniejszy. Przejęty, narodowy, wspólny. Mówiło się, że to najważniejszy region Polski, Europy, świata. 

PRL sam lubił osiedla, a tu taka gotowa kolonia to prawdziwy raj. Sporo kultury i przestrzeni wspólnej, do tego kino, dom kultury, biblioteka. Kwitły relacje sąsiedzkie. I relacje wobec „swojego” zakładu. Standard życia do pozazdroszczenia. Górnik, hutnik, robotnik. Bohater narodowy.

 

Bobrek to jedna z wielu robotniczych kolonii na Śląsku. Osiedle liczące 2,5 km kwadratowych. Piękne domy. Czerwona cegła. Obok kopalnia węgla, koksownia oraz wielka huta żelaza i stali. Od 1951 roku w granicach miasta Bytom.





 

Jest.

Powidok po potędze. Po transformacji zmieniło się wszystko. Tak jak w reszcie kraju, ale jakby bardziej. Gospodarka odeszła od węgla, a ten starannie pielęgnowany łańcuch zależności pordzewiał i popękał w wielu miejscach na raz. Zamykane zakłady, zmiany w produkcji, coś rewitalizowane, coś dotowane. Demokracja, wolny rynek, emigracja zarobkowa. Osiedle przestało być zakładowe. Wspólne przestrzenie pokryły graffiti, zmieniły się pokolenia, marzenia – a już najbardziej realia. Osiedle się zamknęło w sobie, zatrzymało. Wszyscy się znają, ale trudno tam wejść z ulicy. Nie jest ogrodzone. To bariera niewidzialna. Miejsce zetknięcia i napięcia - wyobrażeń o niej ludzi z zewnątrz, wyobrażeń o sobie od środka.

 

Współczesny Bobrek to bardzo złożony obraz. Rozpościera się pomiędzy pamięcią o stabilności, jaką dawała praca w przemyśle, a obecnymi realiami niepewności. Osiedle jest postrzegane jako przestrzeń problemowa i niebezpieczna, a to zaś pogłębia poczucie marginalizacji mieszkańców. Społeczność ta mierzy się zarówno z ograniczeniami ekonomicznymi, jak i społecznymi uprzedzeniami. 



I będzie. 

Trzeba mieć sporo dystansu do siebie i jeszcze niebywałej więzi sąsiedzkiej, żeby swoje osiedle nazwać „Przedmieściami Paryża”. I żeby tę nazwę chować w sercach i języku przez sto lat z okładem. Osiedle, kolonia, dzielnica przemysłowa – czy na Śląsku czy w innym regionie kraju – dziś wygląda podobnie. Niektóre miały więcej szczęścia do statusu kultowości i legendy, szybciej się zrewitalizowały i otworzyły, wpuściły wycieczki. Zakonserwowały, plan filmowy albo nowy skansen, turystyka kwitnie.

Bobrek jeszcze nie, jak i setki czy tysiące innych. Kolonii, osiedli, które straciły rację bytu w ostatnich dekadach i teraz próbują odnaleźć sens na nowo.

 

Marcin Kubiak przychodzi z zewnątrz. Zachwyca się architekturą, otoczeniem i ludźmi. Szybko staje się swój. Można mu zaufać. To warunek kluczowy. Bez tej otwartości i zaufania, nie byłoby tak szczerego opisu fotograficznego. Dokument jak u zarania gatunku, tylko samochody, bilbordy i ubrania się zmieniły.





Marcin Kubiak (ur.1982) Fotograf z pasji. Absolwent Akademii Fotografii (2016). 

Interesują go projekty dokumentalne, które poruszają problemy społeczne oraz opowiadają o kondycji współczesnego człowieka. Esej fotograficzny "Przedmieścia Paryża" powstawał w latach 2024-2026. Mieszka i pracuje w Warszawie. 



Marcin Kubiak został laureatem nowego konkursu, jaki pod szyldem "Fotograficznego Domu Kultury" został zorganizowany przez SDK. o "Pierwszej solówce. konkursie im. Bartka Molgi" pisałam tutaj

Trzymajcie razem ze mną kciuki, żeby konkurs miał kolejne edycje, tak udane edycje! 


wtorek, 13 października 2026

Polskę czyli o czym nie chcesz pamiętać



- Tylko napisz, że jest brudna i śmierdzi. - dostałam wraz z książką "Polskę" instrukcje od autora, Mariusza Foreckiego. Coś tam jeszcze było, ale szczerze mówiąc, zapomniałam. No, faktycznie capi wyjątkowo, ale tym najcudowniejszym drukarskim zapachem. Co więcej zostaje na palcach, potrzeba solidnych trzech myć rąk, żeby przewiało. Przed nami najlepsza książka Foreckiego. "Bluebox", "Człowiek w ciemnych okularach", "W pracy", "Mechanizm", "Kurz", każda świetna. No ale "Polskę" nokautuje wszystkie poprzednie. 


Mariusz Forecki to fotoreporter i dokumentalista, związany niegdyś z prasą, współzałożyciel Pix.House w Poznaniu. Do tego fotoedytor i edukator. Poznańska legenda. Od kilku lat odkopuje swoje archiwa i pokazuje. Jedna z wcześniejszych jego książek "Mechanizm" znakomicie opisywała czasy transformacji w kraju. Wydawało się, że to już o - zrobione, temat ogarnięty. Tymczasem - raz jeszcze, ten sam temat, inne zdjęcia. No i petarda. 

Są w "Polskę" głównie lata 90te i aż do 2020. 'Brudna i śmierdzi', niezła metafora kraju. O ile w "Mechanizmie" można było jeszcze się otrzeć o pewnego rodzaju nostalgię, choćby przywołać jakieś miłe wspomnienie, może na poziomie estetycznym gdzieś westchnąć, tak "Polskę" nie zostawia na to miejsca. Przegrzane kaloryfery na dworcach, swąd niesprzątanych toalet i niemytych ciał. Przejścia podziemne sfotografowane tak, że nagle wszystkie zmysły przypominają sobie, czym było przejście podziemne w którymkolwiek zakątku kraju, no może tylko to obok Mariottu wyglądało inaczej. Odstające wykładziny, gołe żarówki, wiszące kable. Przepalone jaranymi wszędzie papierosami ściany i podłogi. Godziny oczekiwań na pociąg, aż wystygnie herbata podana w szklance. 


Forecki przywołuje te wspomnienia, które nie były do zapamiętania. Z ulgą przeminęły, a tu je wszystkie dostajemy przed oczy, na palce, którymi trzeba dotknąć zdjęć, żeby przebrnąć przez książkę. Wszystkie zdjęcia są na spad. No i czuje się ten brud, ten smród. Już nie farby drukarskiej.

A obok tego jeszcze mury z ich własną poezją - czasem politycznie, czasem lirycznie. Napisy na ścianach, ale i na odzieży młodych gniewnych, to motyw przewodni książki. Trochę jakby refren. Takt piosenki. 

Widoki miast tylko tyle, kiedy są tłem ludzkich historii. A historie niby zwykłe, ale jednak mógł je zebrać tylko fotoreporter. Przerwa śniadaniowa na zakładzie Grohmana (Łódź), składnica złomu (Swarzędz), świątynia wyznawców Kryszny (Kamienna Góra), kopalnia, więzienie, partia polityczna, a do tego piwiarnie, kluby nocne, koncerty i mnóstwo dworców. I mnóstwo ludzi. Dużo akcji. Bijatyki, pobicia, bójki, to - co po nich: na twarzy, na ulicy. Kiedy się myśli o 90tych, odruchowo nie przypominamy sobie wojen kibiców, przemykania ulicami, sprawdzania, który rewir miasta wyznaje który klub. 

Ta akcja, której pełno w książce, te napięcia - milicja, policja, żołnierze, kibice, fani, wyznawcy, sporo mundurów, glanów, potu i czasem krwi. Długo myślałam co robią zdjęcia z 2020 roku tutaj. Bo jest wyrwa czasowa. Zdjęcia oczywiście nie są ułożone chronologicznie. Głównie to lata 90te i początek 2000. Trochę z 80tych. Nastych 2000 prawie nie ma. I nagle 2020. Ale to jedno wydarzenie tylko - strajk kobiet. Wizualnie zgadza się i nie wybija. Latami - rozjeżdża. Merytorycznie, metaforycznie. No o tym jest ta książka. O "Polskę" jak się dba i walczy, o swoją własną przestrzeń i wolność. Z poziomu codzienności, zwykłości. Same niewygodne tematy. Czy akurat te zdjęcia ze strajku są tu potrzebne, możemy się spierać. Umiejscowione są tak, żeby były klamrą.


Napięcia, akcja. Dojrzewanie i dorosłość. Nawet jeśli nie wy się biliście na ulicach w 90tych, jeśli nie jeździliście do Jarocina, nie Wasze były graffiti, i nie byliście bywalcami nocnych klubów - to jest ciągle o nas. O tym wszystkim, co było, ale mogło być w peryferiach widzenia, martwym polu, szarej strefie. Czy się brało udział, czy się tylko wiedziało. Było. Składało się na całość. Bo w radio, prasie, bo mówiło się o tym. Te napięcia, to dojrzewanie nie tylko nas, ale kraju, naszych wolności, że coś tu można i ile właściwie można - klasyczne i zdrowe sprawdzanie granic dorosłych, zasad i praw. I to w tej brudnej codzienności. 
Nie jest to książka, którą by się chciało pokazywać na świecie, wysyłać znajomym zagranicą. Jest super czytelna, oczywiście, to znakomity materiał, oczywiście. No ale to trochę obnaża, trochę wstyd. No to na prezent za granicę już lepszy był "Mechanizm", tam estetyki ciut więcej, nostalgii. No a tu jakby w zabłoconych glanach wejść komuś do łazienki, na biały dywanik. 
A właśnie, bo tych estetycznych westchnięć do 80tych i 90tych jest sporo w sferze wizualnej i ciągle trend rośnie , no to "Polskę" stanowi skuteczne antidotum. Nic ładnego, nic co by pokazać rodzicom czy dziadkom. Otwiera nie te pokłady pamięci, o których się lubi powspominać. Brudna i śmierdzi. 


Za projekt książki odpowiada Andrzej Dobosz. Koncepcja, fotoedycja, teksty - wszystko Mariusz Forecki, z pomocą rodziny. Zdjęcia mają swój precyzyjny indeks na końcu. Nakład 500 egzemplarzy. Kosztuje porządnie, ale wystarczy spojrzeć na poprzednie książki Foreckiego, nakłady wyczerpane. Więc 'spieszmy się kupować książki'. 
Warto dodać, że jest też wystawa. Trwa właśnie do 8 listopada w Pałacu Schoena w Sosnowcu, w ramach nowego Biennale - Festival 200. Kuratoruje Adrian Wykrota. I to też jest sztos, bo jak mogłoby nie być. Zrezygnowano z oprawy, i słusznie, bo i tak za piękne te wnętrza. Edycja, narracja znakomite, tylko za czysto i za ładnie pachnie na wystawie. 




Księgarnia PIX.House tutaj
Strona autorska Mariusza Foreckiego tutaj
A o "Polskę" od autora: tutaj 

środa, 7 października 2026

Piękno i siła. Film o Pirotte.

„Świetna historia opowiedziana w trochę niezgrabny sposób", to jeden z komentarzy do filmu „Julia Pirotte. Piękno i siła” w społeczności Filmwebu. To zdanie, pod którym się chętnie podpiszę. Może redukując słowo „trochę". Bo historia Julii Pirotte to materiał na kilkuodcinkowy serial. Wiem, nie jestem obiektywna, to nie pierwsza fotografka, o której tak mówię. 

Julia Pirotte, Francuska dziennikarka Dominique Desanti, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma

Pirotte była przede wszystkim fotografką. Julia Pirotte-Sokolska, z domu Gina Diament. 1908-2000. Pochodziła z Końskowoli (między Puławami a Lublinem), ze zubożałej żydowskiej rodziny. Aktywistka, komunistka, bojowniczka, feministka - w losowej kolejności. W Polsce, we Francji, w Belgii.  Wojna zastaje ją w trakcie pracy nad fotoreportażem o krajach Nadbałtyckich dla belgijskiej prasy. Gdy Belgia podpisuje kapitulację, Pirotte ucieka do Marsylii. Tam fotografuje wyzwoleńcze walki, nie tylko fotografuje, także bierze w nich udział.

Po wojnie wraca do Polski i współorganizuje Wojskową Agencję Fotograficzną. Fotografuje pokłosie pogromu kieleckiego (1946) i Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju (1948). 


Julia Pirotte, Kobieta karmiąca gołębie na ulicy Piwnej, w tle ruiny, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma

Jej fotografia jest nierówna. Ale najmocniejszym jej elementem jest człowiek, to w portretach celuje. Nawet jeśli fotografuje wydarzenia, to nie sceny ogólne są jej siłą, ale właśnie skupienie na konkretnej postaci. Oczy, poza, cała kompozycja. Wybitne rzeczy! 

Jako-taką rozpoznawalność światową przynosi jej wystawa prac na Festiwalu w Arles, ale to dopiero w roku 1980. Tam też zapoznaje współtwórców Muzeum Fotografii z Charleroi. Jej prace dziś są w głównej mierze w dwóch kolekcjach: w zbiorach Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie i w Musée de la Photographie Charleroi. 

Julia Pirotte, Mężczyzna, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma

Julia Pirotte, Portret Marii Diament, siostry Julii Pirotte, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma

W samej biografii Julii jest mnóstwo pytań. I to jeszcze zanim pojawia się film. Kiedy pozbyła się imienia? Jak jej się udało przedostać z Litwy (czy Łotwy) przez Niemcy do Belgii? Czy w Marsylii bardziej walczyła czy fotografowała? Pierwszy mąż z Belgii o którym mało co wiemy, potem drugi (miłość życia), i chyba jeszcze mniej wiemy. A w ogóle co robiła przez ostatnie 50 lat swojego życia?  

Jeszcze jest historia rodzinna. A tu szczególnie siostra Mania. Fotografowana w wielu okazjach przez Julię, i są to portrety magnetyzujące. Historia Mani – Mindli – nieszczęśliwa zupełnie: liczne więzienia, bojówki, mnóstwo akcji, w końcu wyrok śmierci. Więc historia burzliwa i wspaniałe zdjęcia. 

Julia Pirotte, Malarz Pablo Picasso, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma


Julia Pirotte, Portret poety Juliana Tuwima, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma


Czekałam na film o Pirotte z wytęsknieniem. Godzina dwadzieścia. Dokument. I gdyby nie katalog wystawy zbiorowej „Dokumentalistki" oraz internet - a w szczególności strona Fundacji Archeologia Fotografii - dalej bym szukała odpowiedzi na podstawowe pytania. 

Film Ewy Pytki (która ma ogromny dorobek: film polski) opowiada historię Julii Pirotte w zasadzie trochę jakby linearnie, idziemy chronologicznie. Trochę jakby, bo mnóstwo jest tam nieciągłości, fragmentów, historii pobocznych. Zrobiony został z wieloma suspensami - że najpierw jakiś fakt, a w kolejnej scenie - być może - będzie jego wyjaśnienie i odpowiedź. Być może, bo zgubiłam się wielokrotnie. 


plakat filmu "Julia Pirotte. Piękno i siła"

Najpierw widzimy straszą panią. Julia Pirotte opowiada sama o sobie, o rodzinie, o swoich zdjęciach. Raz po polsku, innym razem po francusku. Jest kilka różnych ujęć, jakość koszmarna. A ja przeliczam w głowie - film z zeszłego roku, a przecież chyba pani Julia zmarła dawno temu. Nabieram wątpliwości, ale nie sprawdzam, licząc, że w końcu film mi opowie. Robi to, w swojej drugiej połowie. Po drodze mam tyle pytań bez odpowiedzi, tyle razy się zgubiłam, że po wyjściu z kina trochę nie wiem od czego zacząć szukanie. Wywiady z panią Pirotte to materiały archiwalne (nie wiem skąd), które zostały zmiksowane i poukładane w filmie w różnych miejscach, żeby historia szła od początku. 

Julia Pirotte z portretem swojej siostry / Kadr z filmu "Julia Pirotte. Piękno i siła" 


Pytania się mnożą i narastają. I to nie tylko o biografię, ale na samą treść filmu. Jak ona się nazywała, poza Pirotte? Bo to nigdzie nie wybrzmiewa. Skąd na nagrobku (i czy mi się wydaje, że w kadrze z cmentarza widzę krzyże na nagrobkach? Tak, bo to Cmentarz wojskowy na Powązkach) nagle rodzina Diamentów? A ta wystawa w Arles - to kiedy była? A jakaś pani Veronique? Kto i ile czasu siedział w więzieniu i w zasadzie za co? Ilu mężów, skąd i jak? No i przede wszystkim - kto i kiedy nagrał opowiadającą panią Julię o sobie? Mnóstwo luk, wiele poszatkowanych wątków i ogromnie trudno ułożyć sobie tę jedną linię. Do tego nieproporcjonalnie dużo w tym filmie Muzeum w Charleroi, festiwalu w Arles (którejś z niedawnych edycji) czy twórczości Anny Beaty Bohdziewicz (to później).

Film ma momenty dobre. Znakomite są odnalezione i zestawione miejsca z marsylskich zdjęć Julii. Wow! Jest ich kilka. Wow! Kiedy potem jesteśmy w powojennej Warszawie, trzeba sobie samemu już te miejsca rozpoznawać. [Z rozmowy po filmie wynikło, że na wyjazd do Marsylii był grant.]



Julia Pirotte, Zniszczony przez Niemców w czasie II wojny światowej cmentarz żydowski na Bródnie, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma

Wspaniała jest rozmowa z państwem Vercheval (Georges zakładał Muzeum Fotografii) a już najbardziej to z panią Jeanne Vercheval -Vervoort, właśnie z Charleroi. Dowiadujemy się z tych rozmów czegoś więcej o osobie Julii - jakie miała poglądy, jak się zachowywała, jak traktowała swoją fotografię, czego się bała a na co cieszyła. No i na tym zamknęłabym listę plusów. Jest jeszcze jeden, ale wytrzymajcie do końca. 

Dwa materiały, reportaże Julii mają swoje osobne miejsce w tym filmie. Chodzi o walki w Marsylii i o pogrom kielecki. O tych zdjęciach wypowiadają się specjaliści. Jeden jest francuzem (i kompletnie umknęło mi nazwisko i skąd jest, jak rozumiem jest historykiem związanym z Arles), drugi - był nim pan Andrzej Białek ze Stowarzyszenia im. Jana Karskiego. Stowarzyszenie prowadzi w Kielcach Izbę pamięci - wystawę o pogromie, którą też oglądamy w filmie  tutaj pełne informacje. W obydwu tych wypadkach, kiedy Pirotte fotografuje konkretną historię - w filmie dowiadujemy się o samych zdarzeniach i to trochę z genezą, moralnym zapytaniem. Są pokazane zdjęcia, z Marsylii nawet świetnie. Ale to takie epizody tylko, nie wiemy co te materiały zrobiły w karierze Julii. W Marsylii niosła flagę, sama opowiada. Jak przeżywała Kielce, już nie wiemy. 

W filmie wypowiadają się także Anna Beata Bohdziewicz oraz pracownice Żydowskiego Instytutu Historycznego - Urszula Fuks (autorka biogramu Pirotte do katalogu i wystawy „Dokumentalistki”) i Teresa Śmiechowska (kuratorka wystawy Pirotte w ŻIH „Twarze i dłonie” z 2012 r) I świetnie, bo wnoszą wiele. Trochę o tym jaką osobą była, jakie robiła wrażenie, opowiedziany jest też ostatni etap życia Pirotte, kiedy katalogowała swoje prace i przekazywała instytucjom. Ale mówią za krótko, wyrywkowo, jakbyśmy już znali historie spoza kadrów. Trochę sensacyjnie to też zostało ułożone. To raz. A dwa – zabrakło innych opowiadających, a w szczególności badaczek i promotorek twórczości Pirotte – związanych z wystawą „Dokumentalistki” (Zachęta, 2008) a potem z Fundacją Archeologia Fotografii, czyli Karoliny Ziębińskiej, Karoliny Puchały-Rojek, Anny Duńczyk, Marty Przybyło i Anny Hornik [dwie ostatnie kuratorowały wystawę w FAF w 2020 roku „Powtórzenia. Fotografie i archiwum Julii Pirotte”]. Nie ma też wspomnianego faktu, że ów dar Julii dla ŻIH ów 1000 odbitek – we wspólnym projekcie ŻIH i FAF zostały opracowane i są udostępnione dziś online w Wirtualnym Muzeum. To mogłyby być świetne i merytoryczne wypowiedzi. Zostają chyba w domyśle, bo katalog „Dokumentalistek” gra w tym filmie, występuje dwukrotnie na biurkach badaczek z ŻIH.

Nie tylko ŻIH - ale i Muzeum Sztuki w Łodzi ma jej prace. A to jest też ciekawe pytanie na zaś do sprawdzenia – bo do ŻIHu Julia przekazała zdjęcia sama i zrobiła to na rok przed śmiercią. A Muzeum miało je wcześniej... Jest wspomniany w filmie list Urszuli Czartoryskiej o znakomitości postaci Pirotte, list pochwalny i mający za zadanie wprowadzić Julię do ZPAF. Ale nie ma już słowa kim była Czartoryska. A to chyba jej zasługa, że prace Julii są w Łodzi (Marsylia i kilka z Polski; w sumie 32 zdjęcia).

Najgorzej potraktowano jednak w tej historii ze ZPAFem Jerzego Lewczyńskiego, bo to on podpisał się pod dokumentem, w którym jednak nie przyjmują Julii do Związku. Konstatacja jest taka, że nie przyjęli pewnie dlatego, bo była kobietą. Trochę warto by tu pogrzebać, przepytać pewnie więcej osób. Niezbadane są ścieżki przyjmowania i odrzucania, ale czy wiadomo, które zdjęcia pokazała? I kiedy to było? Bo jeśli reportaż, no to sorry. Był dość długi okres, kiedy w ZPAFie chowano reportaże do szuflad a nie obnoszono się z nimi w Związku. No ale Czartoryska? No ale Lewczyński?! Tak bez zdania wyjaśniającego?

internetowe zaproszenie na pokaz filmu do FINA z wykorzystaniem autoportretu Julii Pirotte

A już chyba najbardziej mi ciśnienie podniosło uporczywe używanie słowa „fotografik”. I to w tłumaczeniach?! Czyli po francusku fotograf, nie że fotograf artysta; ale już po naszemu fotografik. Smutne i bez wyczucia. A przecież się do ZPAF nie dostała. 

No tak, wyszłam zła. Frustracja w zenicie. Była nadzieja, a zostały nerwy. Taka historia i tak położona. Niedokładna, spiesząca się. Ten film zdobył nagrody. Trafił do kin (pojedyncze seanse, ale zawsze!).

Miał być jeszcze jeden plus. W sumie wypada tak w ogóle za film podziękować. Dziękuję, mogłam spędzić z twórczością Julii trochę czasu. Dzięki za impuls, za potrzebę odpowiedzi na pytania. Mogłam/musiałam pogrzebać po muzeum, po katalogu. Przypomnieć sobie pewne fakty, dodać nowe. Bo przecież jeszcze Pirotte miała wystawę w Nowym Jorku w ICP, był i Sztokholm. Okazuje się, że przestała fotografować po marcu 1968 roku. Znalazłam informację, że jest jeszcze inny film o niej nakręcony oraz, że jej życiorys ma bohaterka pewnej powieści.

Fajnie było zobaczyć samą autorkę jak opowiada. Chętnie bym obejrzała niepocięte wywiady. Skąd, gdzie, kto to nagrywał, poszukam jeszcze. [W napisach końcowych nie umieliśmy znaleźć na 2 pary oczu]. 


O filmie w filmweb gdzie znajdziecie repertuar [aktualnie to tylko Poznań i jeden jedyny raz]

 A na koniec najważniejsze 3 linki - baza zdjęć / biogram z wikipedii / i biogram plus o wystawie oraz o projekcie digitalizacji:

Archiwum Julii Pirotte

Julia Pirotte – Wikipedia, wolna encyklopedia

Powtórzenia. Fotografie i archiwum Julii Pirotte - Fundacja Archeologia Fotografii 

Ogromnie i serdecznie dziękuję pani Oldze z Archiwum Fotografii ŻIH. 


sobota, 12 września 2026

Proszę nie siadać - film o Wojciechu Plewińskim.

 

„Proszę nie siadać" / kadr z filmu

Albo to koniec wakacji, koniec sierpnia tak nastraja, ale mam powidok właśnie z takim czasem w tym filmie. Temperatura, powolność. Znudzenie latem, upałem. Ciężkość i bezruch. No jeśli ruch nawet, to bez szaleństw na tym jeziorze. Wolniutko. Jest też niepokój, dokładnie końcowosierpniowy, no bo jesień zaraz, kalendarz bezwzględny, szkoła, kierat, zaraz się zacznie, korki wszędzie i kolejna zima. Niepokój, strach, żeby zdążyć jeszcze się nacieszyć tym słońcem, nagrzać się ile wlezie. Zanim się zacznie. Opowiedzieć historię, zanim odejdzie. 

Zatem „Proszę nie siadać" dobrze jest oglądać z takim sierpniem w sercu. Każda pora roku i miesiąc są jak najbardziej odpowiednie. Bo film zobaczyć trzeba. Film Piotra Małeckiego i Katarzyny Sagatowskiej o Wojciechu Plewińskim Nie jest to laurka wystawiona mistrzowi, nie ma chronologicznego przelotu przez twórczość. Jest lepiej! 


„Proszę nie siadać" / kadry z filmu

To dość nieprosty film drogi. Nie tak, że wsiadamy i jedziemy. I wszystko po drodze i w odwiedzanych miejscach. Chociaż konwencja drogi jest osią, bo podróżujemy do miejsc, gdzie powstawały zdjęcia Wojciecha Plewińskiego. Kierowcą jest jego syn Maciej, też fotograf (miejscami czasem za kółkiem zmienia się z Kasią Sagatowską). Ale najpierw jesteśmy na urodzinach. W ostatnim dniu wakacji. [Prawda, ten koniec sierpnia...] 

Ale najpierw impreza, ogromny stół, ogród, mnóstwo ludzi. Kilka pokoleń. Ojciec, dziadek i pradziadek. No a jak urodziny, to jeszcze autoportret. Akt. I od razu mnóstwo humoru. Widać z pierwszych scen, gdzie położono akcenty: na rodzinę, dom, okolice - wszystko to, co mamy wokół bohatera. I tak wyposażony bohater, dopiero rusza w drogę. 

Do swojego archiwum w Teatrze Studio, na Kalatówki, w kilka miejsc, gdzie powstawały zdjęcia. A przy okazji opowieści. Kto był kim w westernie. Co się działo w schronisku, przepraszam hotelu górskim, skąd światło padało, dlaczego w piżamach, itd. Podróż do zdjęć i miejsc i pamięci. I ten humor, cały czas. I relacje. Rodzinne głównie. Bez gadających głów. Wszystko zaobserwowane, podpatrzone. 


„Proszę nie siadać" / kadry z planu / fot. Katarzyna Sagatowska

To najwyraźniej ulubiony sposób pracy reżysera Piotra Małeckiego. Przed chwilą przecież nakręcił inny portret fotografa, który odsłania się stopniowo. Którego też poznajemy z kontekstu. Podpatrzony, a raczej po prostu oglądany, bo nie ma tu żadnych podglądactw. Chodzi o „Igrając z diabłem" o Christopherze Morrisie, we współreżyserii z Maćkiem Nabrdalikiem. (o którym pisałam moment wcześniej) No dobrze, obserwujemy bohatera, też fotografa. Tutaj w kolorze. A fotograf zabiera nas w miejsca, gdzie powstały zdjęcia. O tu, o tak, tam stał ten, tędy płynęli. Podróż sentymentalna, naturalna, niewymuszona, jakby zupełnie przy okazji pojawiały się te opowieści o zdjęciach. Nie ma tu konieczności, nie wiem jak to lepiej nazwać. My raczej idziemy na spacer, na wycieczkę, a te zdjęcia, te opowieści wynikają z tego, że już tam jesteśmy. 


„Proszę nie siadać" / kadry z planu / fot. Katarzyna Sagatowska

„Czemu nie miałem wtedy aparatu? Ilu ja zdjęć nie zrobiłem?! Ciągle mnie to prześladuje." Mówi Wojciech Plewiński, raczej z przodu filmu, niż z końca. I dalej, i po tych słowach dopiero trasa w miejsca, gdzie miał aparat i robił. I jest super przegląd zdjęć w tym filmie, żeby chociaż dotknąć, liznąć temat. Ile to mogłoby być karier - portrecista, fotograf teatru, fotografia humanistyczna - po prostu, eksperymenty artystyczne. Ale bez liczb. Bez ilości okładek „Przekroju", bez podania zawrotnej liczby 821 sfotografowanych spektakli! Bo taka konwencja właśnie w filmie, że człowiek i jego otoczenie. A nie twarda historia fotografii, żeby ktoś opowiadał. Opowiada sam bohater, odpowiada na pytania Katarzyny Sagatowskiej - pomysłodawczyni filmu i jego współproducentce. Syn i żona też czasem pytają, uściślają chronologię, osoby, w naturalny sposób, w ciągu rozmowy. A my, tak po prostu, jakbyśmy przy tym samym stole byli. 

„Proszę nie siadać" / kadr z filmu

Relacje rodzinne to drugie tło w tym filmie. Scena otwierająca - rodzinna impreza. Potem podróżujemy z synem Wojciecha - Maciejem, który poza byciem synem, jest jego asystentem, menadżerem, kierowcą, firmą w firmie. Jest też towarzyszem, a jakby dopiero na końcu synem. A przecież też jest fotografem. Są i wnuki, jesteśmy też na rodzinnym urlopie, wyjeździe. Te relacje na ekranie, są takie zwykłe, jakby tu żadnej kamery nie było. Z żadnego wysokiego „C", że tu film o wielkim człowieku jest kręcony. No i sceny końcowe, te momenty ojciec-syn, a my z nimi. Coś intymnego, coś tak ciepłego jest w tych scenach. I coś, co zatrzymuje pędzący czas. Przecież to robi fotografia, zatrzymuje. Złudnie oczywiście, owszem jest gigantyczne archiwum, ale czas codzienny płynął, kiedy te zdjęcia powstawały. Dom, rodzina, dziecko, dorastanie. Jest i o tym w filmie, jest w słowach bohatera, jest znowu w otoczeniu. Gorzki moment, który rozpływa się w ostatnich scenach filmu. 


„Proszę nie siadać" / kadry z planu / fot. Katarzyna Sagatowska

„Proszę nie siadać", znakomity tytuł. Może urósł mi w oczekiwaniu za bardzo i mam malutkie rozczarowanie, kiedy słowa w końcu padają z ekranu. Wyobrażenia wobec humoru sytuacyjnego. Właściwie świetna parabola. Państwo pójdą, gdy tylko znajdziecie okazję by obejrzeć ten film. I usiądźcie wygodnie, bo to będzie przyjemna uczta. 

A okazja już niebawem, na Paper Photo Festival w Zamku Sieleckim w Sosnowcu [18 września o 20]. Dla mniej ruchliwych news wspaniały, od 1 października film będzie dostępny na platformie VOD Against Gravity https://vod.mdag.pl/pl/ . 



„Proszę nie siadać" / kadry z planu / fot. Katarzyna Sagatowska






wtorek, 25 sierpnia 2026

Sto lat, fotografio!

Niecephore Niepce
 

Hurra, święto! Spóźniłam się, ale to chyba - jak zobaczycie - nie będzie tak istotne. Fotografia ma 200 lat! 19 sierpnia obchodzony jest Światowy Dzień Fotografii (od 2010 roku!). Tego dnia w 1839 roku narodziła się fotografia, a to dopiero za 13 lat. 200 upłynęło od zdjęcia Niepce'a, które raczej nie powstało w sierpniu. Można się pogubić. Wielka okazja, chyba wszystkie media, choćby jednym zdaniem napomknęły. Zdjęcia podstawiano losowo, daty i nazwiska podobnie. To może kilka sprostowań i jedno wielkie wow, przy okazji. 

200 lat od czego właściwie? 

Liczymy od daty wykonania zdjęcia przez Niecephore'a Niepce'a - widok z okna w Le Gras. Daty co prawda bywają różnie wskazywane - bo albo 1826 albo 1827. Skoro można odtrąbić równe urodziny, nie ma co czekać, a można świętować przez obydwa. [ciekawe czy 19 sierpnia 2027 będą media dalej mówić o 200 latach czy już 201?]. Hurra. A jak się mówi w toaście? Sto lat to trochę słabizna, dwieście, też mało polotu... Dobra, za fotografię! 

Skoro liczby i daty, to niesamowite, ale fotografia ma - jako wynalazek - datę dzienną. Jak mało które wynalazki, wcześniej to żadne, później jeszcze przez chwilę zaokrąglane różnie. A tu dzienna, i to dwie do wyboru. I żadnej z nich nie świętujemy dwustu-lecia, jeszcze nie. Za początek fotografii uznaje się rok 1839, kiedy to 7 stycznia przed Francuską Akademią Nauk  Francois Arago przedstawił efekty metody Louisa Daguerre'a [Louis-Jacques-Mandé Daguerre]. 

Louis Daguerre


Kto pierwszy?

Przez kilka miesięcy wrzało w różnych akademiach nauk i w prasie, w laboratoriach i "jaśniach" (bo jeszcze długo nie potrzeba będzie ciemni w procesie fotograficznym). Ogłoszenie styczniowe, że panu Daguerre'owi udało się pochwycić światło i je zapisać, nie używając do tego ręki zelektryzowało wszystkich. Publiczność: a jak to wygląda? A co to jest? Albo z drugiej strony innych próbujących: o, mi też się udało! 

19 sierpnia 1839 roku znowu przed Francuską Akademią Nauk - wynalazek fotografii został w pewnym sensie wykupiony przez Francję i oddany światu - ogłoszono wówczas metodę - jak się wykonuje zdjęcia. Przyznano wtedy nagrody-renty-pensje dożywotnie ojcom wynalazku - liczba mnoga, bowiem poza Daguerrem, pensję po zmarłym Niecephorze Niepce - otrzymał jego syn. 

To właśnie w tych kilku miesiącach 1839 roku pojawiło się kilka pomysłów na fotografię [prasa brytyjska donosiła około czerwca, że nie ma tygodnia by ktoś się nie zgłosił ze swoją metodą!]. Tylko dwa zgłoszenia okazały się istotne, ale tylko jedno wzięto na poważnie. Syn Niecephorea Niepce'a, kiedy usłyszał o wynalazku Daguerre'a, nazwisko zabrzmiało najwyraźniej znajomo - odkopał listy i dokumenty po ojcu. Wykazał, że bez Niepce'a Daguerre donikąd by nie doszedł. Stąd uznanie przez rząd francuski zasług obydwu. Technikę nazwano od Daguerre'a i odtąd mówiono - dagerotypia. Był to obraz lustrzany na metalowej płytce (odwrócony lustrzanie ale i płytka robiła wrażenie lustra) oraz unikatowy. 

Widok z Le Gras to dagero(-niepce-)typ?

Niecephore Niepce wykonał widok z okna swojej pracowni na metalowej płytce (20,3x16,5 cm). Mówi się o tym, że to zdjęcie powstawało 8 godzin. Tego, ile godzin było naświetlane nigdy nie dowiemy się na 100%. Ilość nie została zapisana przez Niepce'a. Możemy jedynie porównywać efekty eksperymentów i naśladowań (z użyciem jak najbardziej zbliżonych warunków). 8 godzin to najniższa sensowna liczba, w którą można uwierzyć. Wróćmy do Niepce'a, gdy zobaczył efekt swojej heliograficznej pracy, musiał być załamany. Odłożył temat, nie pracował już nad nim dalej, nie czynił dalszych prób. Jego nazwisko wypada zatem z nazwy techniki. Efektem podzielił się jedynie z paryskim przedsiębiorcą - Daguerrem, na jego życzenie i zainteresowanie. 

Ale i tak największym przegranym roku 1839 był Brytyjczyk Henry Fox Talbot. Zmagał się z procesem wtedy, co Daguerre, a dobre wyniki osiągnął nawet wcześniej. Ale nie korzystał z blaszek metalowych, tylko z papierów. Jego metoda pozytywowo-negatywowa w roku 1839 nie wyglądała wcale dobrze, nie tak dobrze jak dagerotypy. Odmówiono mu miejsca przy stole założycielskim. Jego metodę usprawniono i podrasowano, tak, że od 1841 nie miała sobie równych. Gdyby nie Fox Talbot i jego - jakżeby inaczej - talbotypia, dalej robilibyśmy polaroidy. 

Henry Fox Talbot


Co jest oryginałem? 

Oryginał Niepce'a zawędrował do USA i jest wystawiany w Harry Ransom Center przy Uniwersytecie w Austin. Najsłynniejsze zaś zdjęcie Daguerre'a, to z ulicą i czyścicielem butów, które też publikowano z okazji 200-lecia fotografii (chociaż ono powstało w 1838 roku, na 100%) nie istnieje w swojej oryginalnej formie. Kiedy przetrwało już swoje setne urodziny i obydwie wojny światowe, ktoś [jak się dokopiemy, to można i imię i nazwisko znaleźć, tylko po co...] chciał wyczyścić płytkę i zniszczył dagerotypię. Gdyby nie Fox Talbot i ktoś inny, kto zadbał o zreprodukowanie zdjęcia, byłoby trochę słabo. 

Wskazanie gdzie jest oryginał, nie rozwiązuje tematu do końca. Bo oto wyszukiwarka grafik google dostarcza kilka wersji tego zdjęcia. [Tak, jest też kolor...] Podobnie z Daguerrem, a i reszta XIX wiecznej fotografii ma się różnie. To jest trochę inny temat, niż porównywanie reprodukcji w kilku książkach  - że inny papier, inna technologia, itd. Internet się nie może zgodzić na jedną wersję. Więcej sepii, mniej sepii, ziarno i bez ziarna, nawet pokolorowane. 

Zauważyłam to kilka lat temu, kiedy postanowiłam trochę podreperować własną bazę obrazków do wykładu. W końcu 600x800 pikseli to jest na dziś maks możliwości. I fajnie się wymieniał wiek XX, XIX nawet, ale te pierwsze zdjęcia to zupełny kosmos. Mogę od razu znaleźć w sieci odcień jaki mi najbardziej będzie pasował, nawet jeśli to czarnobiałe zdjęcie. Z ziarnem i bez ziarna, kontrast wysoki czy wszystko na szaro i miękko. 

Super możliwości, ale halo?! Nie zdołaliśmy się zgodzić dotąd, to chyba właśnie przegraliśmy temat. AI może dodać szczegóły w budynku na lewo, no i wyostrzyć drzewa w oddali, prawda? Niby nic, ale gdzie jest oryginał? Czym jest oryginał? Pytania nie na miejscu, nawet jeśli technika zezwalała na unikat. W końcu nie po to jest fotografia, żeby powielać? 


Hippolyte Bayard
 

Za każdym razem jak grzebię po tej historii, a robię to w sumie rok w rok, przed pierwszym wykładem z historii fotografii dla studentów, sprawdzam sobie daty, nazwiska bohaterów pobocznych [na dziś darowałam] bo przecież to są takie historie i zwroty akcji, że dziwię się, że nie ma świetnej powieści o tym albo 3-sezonowego serialu. Więc tak, kiedy zaglądam w czeluści internetu po tych ojców założycieli - odkrywam coraz to nowe rzeczy. Albo "nowe" portrety Daguerre'a, "nowe" heliografie Niepce'a, chociaż dalej nieistniejące - jak mówią artykuły, ale proszę spojrzeć jak mogłyby wyglądać, gdyby istniały... 

Już wystarczającym trzęsieniem ziemi w historii fotografii było znalezienie autoportretu Roberta Corneliusa (dagerotyp) z 1839 roku - dokonanego w 1996 roku, a spopularyzowane kilkanaście lat później. Nagle trzeba przepisywać książki? Nie trzeba, bo nic nie cofnie już popularności pierwszego znanego i znanego od momentu powstania w 1840 roku autoportretu Hippolyte'a Bayarda. Odkrycie Corneliusa znakomite i oby więcej szuflad, pudeł, strychów (piwnic też, chociaż warunki mniej dające potencjał na przechowanie) przed nami odkryto! Z przepisywaniem encyklopedii ostrożnie, historii fotografii nie zmienimy, możemy tylko pisać dalej. 

Robert Cornelius


Za fotografię! Za jakąś jej wersję, za okazję do rozmowy i obrazki. Nie ma się co przywiązywać do dat (nawet jak jest dzienna...), do nazwisk ani tym bardziej do pojęcia oryginału. Kijem Wisły nie zawrócimy. Pozostaje nam sobie życzyć uwagi w czytaniu, znalezienia własnych wersji zdarzeń i swoich ulubionych autorów i zdjęć.