sobota, 31 stycznia 2026

Chyba się niewiele zmieniło.





Chyba się niewiele zmieniło. Znaczy, że wiadomo dokładnie. Słowo "chyba" wiele wybacza w kwestii precyzji. Rosną nowe budynki. Trochę ogarnięto niektóre przestrzenie. Ale reszta zarasta jakby bardziej, rdzewieje zgodnie z upływem czasu. Pewne miejsca zaś zupełnie nietknięte, bo też jak poznać po łące czy jeziorze. W tym wszystkim chyba najbardziej zmieniliśmy się my - autor i jego widzowie.

Od ostatniej książki Kuby Dąbrowskiego ("Pożar") minęło 8 lat. To jest chyba najwięcej w cyklu wydawniczym Kuby. Wcześniejsze książeczki wychodziły szybciej. Nie miały tempa blogowego, no bo wiadomo. Ale jednak. Czekać 8 lat na książkę Kuby?! Kiedy wychodził "Pożar", Kuba na blogu pisał: "Od wystawy w Zachęcie i ostatnich małych wydawnictw minęła epoka. Epoka w moim prywatnym życiu, epoka w świecie i epoka w fotografii. "Pożar" to książka o odnajdywaniu się w tej nowej sytuacji. O jedzeniu zdrowego jedzenia, o tym, że nie jest lekko, ale w sumie jest dobrze."

Skoro tam minęła epoka, to tu przynajmniej ze dwie. 





Wieści przyszły znienacka. Rozpisane spotkania - oczywiście Warszawa i Kraków. Kolekcjonerzy książek Kuby zwarci i gotowi. No bo wiadomo, będzie znowu 300 sztuk? I znów podzieli nakład między stolicę i starą stolicę? Więc trzeba być a) wcześniej, b) być, c) w razie niemożliwości obecności obdzwonić będących.

A, no właśnie to się zmieniło. Wydawnictwo. I solidny nakład. Taki, że ciągle możecie nadrobić braki. Wydawnictwo "Wydałem" sprawiło, że egzemplarzy jest przynajmniej 1000. I jest to jedna z poważniejszych zmian w kwestii "chyba się niewiele zmieniło".

Zwykle nie recenzuję książek aktualnych, świeżych tutaj. Jeśli już, to dla magazynów. A tak, staram się nie wypowiadać, zanim nie przeprowadzimy kolejnej edycji konkursu "Fotograficzna Publikacja Roku". Co prawda od lat nie ode mnie zależy co wygrywa, bo nie jestem jurorką. Ale, jakoś tak, lepiej nie. Potem, nie ma sprawy. Czemu zatem ten wyjątek? Bo to nie jest książka roku, a od razu dekady. I to tylko w moim prywatnym rankingu. 




To od początku. Na stronie wydawnictwa informacja brzmi tak:

"Tutejszy Kuby Dąbrowskiego to 187 fotografii ułożonych w rytmie pór roku i tworzących narrację, która balansuje między dokumentem a osobistym pamiętnikiem. To podróż po Polsce widzianej oczami człowieka rozdartego między kosmopolitycznym stylem życia a głęboko zakorzenionym doświadczeniem lokalności. Artysta kieruje obiektyw w stronę kraju rodzinnego, zapisując intymną i zarazem uniwersalną opowieść o powrotach.

Dąbrowski fotografuje to, co umyka codzienności – pszczoły tonące w soku pomarańczowym, zaparowane szyby okien, opuszczone sklepiki blednące od słońca, malwy maskujące ubytki murów. Z tych detali powstaje portret kraju: jednocześnie znajomego i obcego, swojskiego i nieustannie zmieniającego się. Tytuł książki nawiązuje do określenia ”tutejsi” – używanego w spisie ludności 1921 roku przez mieszkańców pogranicza Podlasia i Polesia, którzy swoją tożsamość definiowali poprzez miejsce i wspólnotę, a nie abstrakcyjną ideę narodu. Dąbrowski podejmuje ten wątek, zadając pytania o współczesne poczucie przynależności, pamięć i stratę, o to, jak rozumieć dziś dom." 

I gryzie mnie ta twarda inspiracja spisem ludności z 1921 roku. Serio? A nawet jeśli, to ciągle - serio? Trzeba tak totalnie prosty chwyt, zrozumiałe słowo - rozkładać na elementy pierwsze? No ale dobrze, niech będzie. Przyjmuję, ciekawostka kupiona. Nawet uległam pokusie poszerzenia swojej wiedzy w temacie.

Ale ciągle gryzie. Nie leży idealnie. Pasuje, ale coś, szczególnie może w tej warstwie historycznej. W tekście w samej książce (to też spora nowość) - obojga autorów: Kuby Dąbrowskiego i Marty Syrwid - jest odniesienie do proweniencji "tutejszego" ale na miękko. Bez daty. Bez definicji. Trochę zasłyszane czyjeś wspomnienie. No i to znacznie bliższa ciału koszula. "Tytuł książki odsyła do terminu używanego w celu narodowościowego samookreślenia na Polesiu i Podlasiu, gdzie krzyżują się zasięgi języków polskiego, białoruskiego oraz ukraińskiego, a także wyznań: katolickiego i prawosławnego. Te fotografie z podróży zadają więc pytania o przynależność do konkretnych miejsc i wspólnot."

Czyli nie ma co już się pastwić nad tytułem, definicją. Pierwszy strzał był najcelniejszy, każdy to słowo rozumie jak trzeba. Czy dopiszemy historię czy definicję, wiadomo o czym to jest. Wiadomo gdzie. Wiadomo kto. Może w ramach zmian, że trzeba więcej słowa pisanego pod zdjęcia podłożyć? 



Krajobraz. Wnętrza i zewnętrza. No właśnie kolejne miejsca. Idzie rozpoznać miasta. Dla pewności wpisano je też na 4tej stronie okładki, 24 miejscowości "i pomiędzy". Pierwsza w spisie jest Warszawa, drugi jest Białystok. Reszta nie ma klucza, nie jest alfabetycznie, nie jest od ilości mieszkańców (Kraków pod koniec). Może chronologicznie? Dużo jest Warszawy, chyba w sumie najwięcej. Więc może ta lista jest wedle częstotliwości wystąpienia w kadrach? Czy to w ogóle jest istotne? W kontekście odczytania zdjęciowej historii - wcale. Tyle może tylko, żebyśmy nie spodziewali się pocztówek z zagranicy. Jakbyśmy na nie czekali, in the first place. Więc to spis tego "tutaj". Szeroko-pojętego. Rozpoznasz, to masz rozpoznane. Nie poznasz, nie wygrywasz, nie przegrywasz.

Są klasyki Kuby, czyli dużo tablic do kosza, bloki z Mokotowa. Smaczki z 80tych jeśli jeszcze jakieś żyją. Trochę mam powidoków. Widziałam te kadry.  Poza tapetą windowsa (powyżej, prawda?!). Ale powidoków jest więcej, skąd one? U Kuby na socialach? U Kuby w poprzednich książkach? A może w ogóle bez Kuby, ale po prostu, na żywo? 



Zaczyna się od zimy, przyjazdu. Są kwiaty w papierze. Będą odwiedziny. No i dalej choinka, stół zastawiony, jakieś spacery. No ewidentnie przyjechaliśmy na święta. Trochę rodziny, trochę znajomych. Trochę check dzielnicy - co jeszcze stoi, co się zmieniło, jedziemy z powrotem. I tak kilka razy. I przez różne pory roku. Trochę wakacji, trochę złej pogody. Sporo ludzi w tych zdjęciach - ale dominują dwie kategorie wiekowe. I to jest ta zmiana, od ostatniej książki, wszyscy bohaterowie się równo postarzeli o te powiedzmy 8 lat. Młodzież już wiek nastolatka. A my, no już nie 30tki, już raczej 40tki. Już nie wygłupy w parku, ale z synem na myjni. Już nie "Przyjaciele" na laptopie w łóżku z dziewczyną, ale w meczyk leci, a nogi ewidentnie młodzieżowe. Zapisy codzienności, tej super ulotnej. Tak jak kiedyś, tak i teraz. Te momenty, które wszyscy znamy, ale nie robimy wtedy fot. Kuba ciągle robi. W pewnym sensie robi je nam wszystkim.

Sekwencja płynie i jest taka bardziej niż dotychczas. Dojrzalsza, wyrafinowana. Ciut żartu, ale tak to wszystko ładnie siedzi. Z zadzioru młodzieńczego, z partyzantki to chyba tylko ten myk z nałożeniem zdjęć gdzieniegdzie. Ale to też tak ładnie siedzi, tak estetycznie. Jest rytm tych wyjazdów, powrotów, drogi i powietrza. Jest składanie kolorami i kompozycją. Linie przepływają idealnie. Kolory się zgadzają. Formy powracają. Mucha nie siada. Czysta przyjemność. 


Więcej chyba ciszy. Muzyka gra, ciągle jest świetnie. Ale trochę jakby ktoś dbał o poziom dźwięku. Nie za głośno. Więcej jest przestrzeni, wspaniałego światła. Uważności. Wysmakowania. Żarty są też dojrzalsze. Mniej pośpiechu.

Po pierwszej lekturze - łapczywej, chłonącej - od deski do deski, przez dwa miesiące - w zasadnie nie zmieniłam zdania o niej. Ciągle mam zachwyt. Ciągle szeroki uśmiech. Sięgam po nią co kilka dni. A to nie jest normalne. Przecież jak się przeczyta, to się odkłada, nie? Po tę sięgam co jakiś czas. Otwieram na chwilę, na kawałek. I odkładam. I znów. Można i tak czytać. Jak kiedyś z blogiem. Nowy wpis - ładne, ładne, komcie, lajki. I następna strona. Wracam za kilka dni. Ale to porównanie przyszło potem. Niemniej - just sayin' - ciągle chyba można by tego bloga robić ciągle. Powiedzmy, że mniej uwagi skoro nie w konkretnej apce. Ale czytelnicy i widzowie zdaje się zwarci i gotowi.

Wszystko się zmieniło, a jednocześnie jakby nie drgnęło. Wszyscy jesteśmy starsi. Kolejny spis z natury wg Dąbrowskiego. Jest jak jest. I dlatego to moja książka dekady. Opowiada i jego, i nasze, i moje. Taka zbiorowa fotografia. Dziękuję! 




 

wtorek, 13 stycznia 2026

Niby ta sama fotografia


Niby ta sama dziedzina, bo to ciągle fotografia. Ta sama, o której się wypowiadam od lat. Grzebię w jej historii. Zmieniam albo nadaję kolejność obrazów. Obraz jak obraz. Zdjęcie jak zdjęcie. Ale jednak inaczej.

Inaczej się patrzy mając z tyłu głowy kontekst. Nic nadzwyczajnego, proste i oczywiste stwierdzenie. Przy edycji do książki, przy tworzeniu wystawy, przy opracowaniu zbioru zdjęć do jakiegokolwiek celu - no oczywiście, że kontekst robi wszystko. Kierunkuje albo oko albo myśli. Wskazuje i podkreśla znaczenia. Tworzy te znaczenia i połączenia. No przecież!

Archiwum dziadka. Ileż to razy ktoś mi opowiadał albo pokazał archiwum rodzinne - z pytaniem czy to coś warte, czy dobre. A przecież zawsze warte i taka zwykle jest moja odpowiedź i nawet nie muszę patrzeć w zawartość. Dopiero dalej - czy historycznie i uniwersalnie dobre, czy ważne dla szerszej społeczności - to mogę zaglądać i oceniać na zimno. 


I tak spróbowałam zajrzeć w archiwum dziadka. Właściwie to już kolejny negatyw wyszedł ze skanera. Fajne, ważne. Czy historycznie istotne? Zasadniczo - nie. Jasne, klatki poza rodzinne - z odwiedzanych miejsc, ciekawe, bo to jednak szmat czasu minął i miejsca wyglądają inaczej. Ale to nie jest żaden Hartwig. To są zdjęcia amatora, w tym najlepszym rozumieniu tego słowa. Kochał robić zdjęcia. Ewidentnie, widze to po stykówkach. I robił to po swojemu, po inżyniersku i tylko czasem pozwalał sobie na fantazję i eksperymenty.

Najczęściej negatywy są opisane. Po inżyniersku właśnie. I to sprytnie opisane. Bo pod skrótem "zak." - jest dzienna data kiedy powstało ostatnie zdjęcie z rolki. Dzięki dziadku za exif! On nabierze jeszcze znaczenia i "kolorów" kiedy zeskanuję wszystko, poukładam wtedy latami i zobaczę ile tych negatywów rocznie robił. Bo chyba trochę robił. 




 


Wakacje, wyjazdy, zawsze z aparatem. Imprezy rodzinne. Ciocia, wujek, drugi wujek, druga ciocia, najstarszy kuzyn. Tata nie tak często, nawet kilka razy zobaczyłam mamę. No i babcia! Oj, babci dużo. Za stołem, z gośćmi, na wycieczce, pod choinką, na plaży. Z ciocią i wujkiem, ależ ile razy solo. Babci najwięcej. Gości wiele, rozpoznaję tylko siostrę babci i zaprzyjaźnionych sąsiadów dziadków.

Taras! No legendarny taras na Boya. Kolejne pokolenia uczyły się tam jeździć na rowerze. Widok w miarę niezmienny. Mnóstwo Warszawy, Starówki, Mokotowa i Śródmieścia. Trochę podwarszawskich miejscowości. No i architektura spotkana na wakacjach. Pasjami. Do tego fotografowanie kwiatów. Architekturę i kwiaty dziadek zbierał na pocztówkach. I kiedy mówię zbierał, to z podkreśleniem mówię. Posegregowane zostały - wg typów, nazw miejscowości. Ukochane Tatry miały swoje pudełko. Widzę tę zbieżność, taki mój kontekst.

Patrzę na to archiwum, to ciągle fotografia, więc obraz obrazem, prawda? Ale nie mogę - mimo aury za oknem - nabrać zimnego dystansu. Przecież to archiwum jest mi bliskie. Rozpoznaję ludzi na zdjęciach. Czasem trzeba o coś dopytać. Kiedy zaczynam patrzeć na jakąś klatkę i nawet pozwalam sobie myślami odlecieć w wyobrażenia, mam za moment ciocię, która serdecznie dziękuje za uzupełnienie luki i powrót do dawnych lat. No właśnie tu nie trzeba nic dopowiadać sobie, wymyślać, bo to wszystko ma niezatarte jeszcze połączenia.

Nie jestem jednak tak po prostu historykiem tutaj. I być nie mogę. Może jeszcze nie. Mam nadzieję, w każdym razie, że kiedyś tam dotrę. Na razie cieszą mnie takie drobiazgi - jak opis rolki. "Oleńka" na przykład, a jak mnie to zdziwiło zupełnie za pierwszym razem. Kim jest Oleńka? Zajęło to chwilę, żeby ogarnąć, że chodzi o babcię. 



A, bo to istotne, że słabo się z dziadkiem znaliśmy. Zmarł chwilę po moich 14tych urodzinach. Nigdy z nim nie przebywałam 1:1, a jak były rodzinne imprezy, to dziadek głównie w kuchni. Nie widziałam (za swojej świadomości) go nigdy z aparatem. Więcej informacji miewam o autorach, którymi zajmuję się "zawodowo" - a to biogramy, a to czasem i książki, wspomnienia, artykuły, albo rozmowy. A "niezawodowo" - czyli na przykład z tych wszystkich zdjęć anonimów, starych zdjęć, które mam w kolekcji - przypadkowej proweniencji - tam mogę wymyślać, domyślać się, czasem próbuję określić gdzie i kiedy. Tu mam luksus - wiem gdzie (bo dziadek pieczołowicie opisywał nawet po konkretnych dolinach w Tatrach), wiem kiedy (no nawet jak negatyw nieopisany, to zakres lat jest naprawdę prosty), wiem kto - albo kogo dopytać, po te rzeczy, których brakuje. Mogę w sumie zgadywać tylko - dlaczego zrobił takie akurat ujęcie. 

Bez obaw, nie będziemy zmieniać historii fotografii. To nie jest materiał ani na książkę ani na wystawę. Może jednak się zdarzyć, że nie wytrzymam i coś z zachwytem pokażę. Raczej nie gości przy stole czy babcię w kostiumie na plaży (ale figura i stylówa!). Teoria Barthesowskigo "punctum" mi się rozlatuje tutaj, bo mam jej oznaki już nawet na podpisach osłonek, albo kolejności zdjęć na stykówce.

Niby ta sama fotografia, a jednak ani pobawić w historyka fotografii, ani w amatorkę archiwów. Cieszy ogromnie, gdy widzę eksperyment, opisany dumnie na osłonce negatywu - "Księżyc przez lunetę >>w teleobiektywie<<". I nic to, że jest jak strasznie nieudany, ledwo widać. Wartość dla świata - na minusie. Wartość dla rodziny - pewnie bliska zeru. A ja sprawdzam w historii lądowań na Księżycu daty, czy to wtedy była tam załoga któregoś Apollo. Tyle mogę sobie wyobrażać i puszczać fantazję. "Zak." dwa tygodnie po wodowaniu Apollo 15, czyli mogło być, moooogłooo byyyyć! 


 

wtorek, 6 stycznia 2026

Znowu Hidden mother i inne historie

 


Przyszły "nowe" zdjęcia. Coś, co najpierw było na ekranie, jako skany, teraz zmaterializowało się w rękach. Bo przecież chodzi o oryginały. O dotknięcie i obejrzenie. No a właśnie, skoro obejrzenie, to znowu skaner. Bo na skanach widać więcej. 

Motyw "Hidden mother" mogłam widzieć raz, a raz podejrzewać. A jednak 100% trafienia! W jednym widać rękę wyraźnie, w drugim to mogła być plama na powierzchni zdjęcia, albo jakieś odbarwienie, a na szczęście jest guzikiem. Więc dwie "schowane matki". Tak się ten motyw nazywa i kropka. Wbrew trochę logice czy prawdopodobieństwu. 

Najczęściej widać tylko kawalątek postaci kobiecej. Bo to zawsze jest kobieta. (Poprawcie mnie jeśli znacie przykład z mężczyzną?) A to suknia zdradza, a to kawałek mankietu, czasem widać rękę. Zdarza się, że widać kawałek głowy, jakby zniecierpliwionej i zaciekawionej. Kobieta jest po to w zdjęciu - czy raczej poza zdjęciem - żeby trzymać dziecko nieruchomo do fotografii. Szczególnie malutkie, niesamodzielne. No w sumie, pełni funkcję mebla. Narzędzia. W żadnym jednak wypadku tła, ma jej nie być. Stąd uporczywe próby chowania i stąd nazwa motywu.

No a czy to matka? Pełno jest portretów rodzinnych, kiedy to rodzice trzymają dziecko. Okazują. Badań nie robiłam, statystyki nie prowadzę, wydaje mi się zaś, że zarówno panie jak i panowie te dzieci trzymają. Nic nadzwyczajnego się tu nie zdarza. Czemu zatem kobietę trzymającą dziecko tak bezpardonowo się wyrzuca ze zdjęcia? I tu oczywiście mnóstwo pytań i domysłów. 

O motywie trochę pisałam, omg, ile lat temu (?!), bo temat fascynujący i ciągle zagadkowy. Owszem - opracowany nawet. 

miejsce fotografii: schować matkę!

miejsce fotografii: Schowana matka / książka

miejsce fotografii: akuku! /schować matkę (cd)

Skoro mamy już to, to może i zdjęcia. 

Gabriel Blaise, Portret dziecka z motywem 'Hidden mother', Tours / z kolekcji JK

Nieznany autor, Portret dziecka z motywem 'Hidden mother' / z kolekcji JK



Radość oczywiście ogromna, że powiększa się zasób przykładów. Własnych przykładów. Radość radością, a pytania się mnożą. A stąd ścieżki prowadzą dwie. Zacznę od pierwszej. Od zdjęcia z anonimowego zakładu. Ten pomarańczowy wręcz kartonik. W internetach tego nie widać, na reprodukcjach słabo wychodzi. Ale ten owal, proszę mi wierzyć, jest wypukły. To oznacza, że rewers jest wklęsły. Awers jeszcze polakierowany, dokładnie w obrysie owalu. Pewnie opcja "na bogato". Bo też różne zakłady miały różne możliwości, różne także mody panowały. Kartoniki można było dodatkowo dekorować. A to brzegi, a to kolor, pazłotka, i inne. Mógł być lakier, mógł być wykrój na tymże kartoniku różny. Nie trafiłam wcześniej, albo się nad tym nie zastanawiałam w szczegółach wcześniej. Grunt, że ten lakier i ta wypukłość, tak wyraźnie poprowadzona - wzbudziła zainteresowanie. 
Zaraz obok, w zupełnie losowo wybranym zestawie zdjęć, znalazłam jeszcze dwa przykłady takiego lakieru. A jeden - mimo różnicy w kształcie - podobnie wypukły. 
G. Hotz, Portret dziecka stojącego na krześle, Rouen / z kolekcji JK

W obydwu tych wypadkach ta wypukłość jest znaczna. Mamy kartonik i na nim naklejone zdjęcie. Gruby papier. I kartonik. I to razem jest wyciśnięte i bardzo wyraźne. Lakier w tym drugim ujęciu został położony nierówno (widać czarną kreskę w prawym górnym rogu). Może to i motyw częsty, a ja nie byłam go świadoma. Może celował w nim akurat zakład pana Hotz'a z Rouen? A wtedy może mam autora zdjęcia wcześniejszego? Nie dowiem się nigdy. 
Tymczasem sprawdzam, co tam świat wie o G. Hotz'u. Sam zostawił adres na pieczęci, może niespecjalnie wszystko czytelne, ale wystarczające. 56 Rue Joanna d'Arc w Rouen. Cudownie, że można popatrzeć od razu jak to dziś wygląda w mapach. Śladu nie ma po zakładzie fotograficznym. 

W internecie zaś ślad po fotografie Hotz'u jest i to potrójny. Louis (ur 1848 w Toulon, zm. 1888),  Nicolas Georges (ur. 1861 w Toulon; nie wiadomo kiedy zmarł) i Georges Maurice Charles (ur. 1884 w Rouen; zm. 1953). Zacznijmy od najstarszego - Louisa - który z cała pewnością nie jest autorem. Miał swój zakład w Toulon a potem w Marsylii. Za to okazuje się, to on nauczył młodszego brata fachu  - czyli Nicolasa Georges'a. Ten miał kilka zakładów, ale Rouen i dokładny adres zgadzają się z pieczątką. Co więcej, nieczytelność pieczątki przestaje być kłopotem - jest tam w pierwszym wierszu napisane: wielki fotograf paryski (Grande Photographe Parisienne) - jak mówią internety. Do niego wrócimy jeszcze. Tymczasem syn jego - Georges Maurice Charles - też został fotografem, podpisywał się jednak "M. Hotz", mimo pierwszego imienia. 
Autor zdjęcia, fotograf z Rouen, ale także z Toulon, a potem również z Chambery, Corbeil i w końcu z Paryża. Czemu on taki "paryski" był od początku? Może większe słowo robiło robotę jak o "niemieckiej chemii"? Ale co w tym Paryżu, internety mówią?! Data jego zejścia nie jest znana, lecz jeszcze wyraźny i głośny ślad zostawia właśnie w Paryżu w 1927 roku kiedy się żeni po raz wtóry, oraz w 1929 kiedy wdaje się w morderstwo. Sześdziesięcioletni fotograf swoją czwartą żonę znajduje poprzez anons w gazecie. Po dwóch miesiącach od spotkania, biorą ślub. Wdowa Thomasson najwyraźniej majętna sprawia, że Hotz rozleniwia się zupełnie i porzuca fotografię, zamyka zakład i odtąd żyje z utrzymania żony. Tej przestaje się to podobać już po dwóch latach i wnosi o rozwód. W trakcie awantury rodzinnej Georges strzela do "niebawem rozwódki". Żona umiera chwilę później w szpitalu. Wdowiec zostaje ujęty, a następnie skazany - ze względu na łagodzące okoliczności - tylko na dwa lata więzienia. Na doniesieniach prasowych z procesu w styczniu 1930 roku ślad Georgesa się urywa. 
Gdzie też można zabrnąć oglądając stare zdjęcia dzieci? Tymczasem zastanawiam się, czy na którymś z nich nie ma przypadkiem syna fotografa? 

A wracając do schowanej matki. Teraz druga ścieżka myśli. I jeszcze jedno zdjęcie. 
Nieznany autor, Portret kobiety z dzieckiem / z kolekcji JK

Tu znowu żadnych danych. Ani kto robił, ani skąd. No tyle, że z Francji, o czym mówi uniwersalny wzorek na rewersie. Całość mówi, że to przełom wieku, pewnie tuż przed wielką wojną. Nie był to żaden słynny zakład, bo miałby spersonalizowany wzór kartonika. Żaden też słynny zakład nie wypuściłby takiej fuszery?! Bo widać koniec tła. Bo dziecko poruszone. Bo takich ujęć, żeby krzesło tak było widoczne, raczej unikano. Albo jest to ujęcie w rodzaju - to się wytnie. No i z tej perspektywy wszystko jasne. No, bo jak ta kobieta trzyma to dziecko? Jakby usiłowała wyjść z tego kadru, odsunąć się daleko. Jeśli sobie skadrujemy ten obrazek do samego dziecka - voila, mamy cudny, choć poruszony, portret niemowlaka. Ani śladu wtedy matki, czy trzymaczki. Rozwiązanie może biedne, ale pomysłowe. Nie ma studia słynnego, nie ma specjalnych mebelków w wersji dziecięcej, żeby się niemowlaki same trzymały. Trzeba sobie radzić. Ale już najlepsza jest ta mowa ciała kobiety. Odseparowująca się, zero kontaktu, tylko potrzymać w miarę nieruchomo. 
Pytań nigdy za wiele, więc dodam sobie jeszcze: czy ona jest w ogóle spokrewniona z tym dzieckiem? Czy fotograf nie mógł dać jej na kolana choćby prześcieradła, żeby łatwiej było potem wycinać? A gdyby to jednak była rodzina...

No i właśnie dlatego uwielbiam się gapić na stare zdjęcia. 














sobota, 18 października 2025

Pokochaj swoje osiedle



 

Pokochaj swoje osiedle", wystawa zbiorowa w przeważającej mierze złożona z fotografii - do końca października do obejrzenia w Białymstoku.

Nie trzeba mnie namawiać do pokochania własnego osiedla. W zasadzie mam aż trzy, które uznaję za swoje". Ale tu idzie o Białystok. Sprawdzam: 29 osiedli. Nie ukrywam, mylą mi się. Bywam często, ale musiałam dopytywać - które to legendarne z dresami? A które z najciekawszym kościołem wschodniej Polski? A tamto, gdzie mural z Zenkiem? A które to taki Wilanów? W legendach i prawdzie wyznają się tylko mieszkańcy. Możecie sprawdzić ile znacie Wy? podział administracyjny Białegostoku - wikipedia  

 Wiedza o osiedlach nie jest w ogóle konieczna, by obejrzeć wystawę. Można się zdać na przewodników - a tych jest aż 30tka! Kuratorem - chociaż bardziej - organizatorem, pomysłodawcą i producentem (i jednym z autorów) jest Maciej Giedrojć Juraha. Nie podzielili mapy, nie przyznali osiedla konkretnej osobie. Można było trochę wyjść, obejrzeć z daleka, można było zajrzeć w dowolny sposób. Opowiedzieć o mieście.

Naturalnie, tytuł! Samo wezwanie ujęte w nim, ów imperatyw, oddaje przede wszystkim stosunek autorów do odwiedzonych miejsc. Przerzucono tę odpowiedzialność na widzów - od razu milej oglądać, od razu autorefleksja - czy ja swoje mam pokochane.

Anna Sierko

 
Andrzej Zankiewicz


Julia Koleśnik

Jak to się w ogóle zaczęło?

Inicjatywa oddolna. Ze spotkań, z FotoWtorków" w Galerii im. Slendzińskich na Wiktorii. Z zapału, chęci współpracy. I nie tylko Pokochaj swoje osiedle". Dwa lata temu, w tej samej przestrzeni, bardzo zbliżona grupa twórczyń i twórców zaprezentowała swoje prace na temat Wolności". Do dziś na ścianie pawilonu, od strony ul. Bema, widać z prawej strony powystawowy mural.

Materiał prasowy: Jak Białystok widzi fotograf czy artysta? Nieszablonowo. A jak Białystok widzi 30 fotografów i artystów? By się przekonać wystarczy zajrzeć na wystawę „Pokochaj Swoje Osiedle”. To wyjątkowy projekt, w który zaangażowanych jest 30 artystów operujących aparatem fotograficznym, pędzlem, sprayem, tekstem czy głosem. Każdy na swój sposób pokazuje Białystok i białostockie osiedla."

 

Piotr Niedźwiedź

Pokochane osiedla. Potraktowane są w sposób dowolny. Różną też strategię przyjęli autorzy i autorki. Czasem - jak Andrzej Górski albo Piotr Niedźwiedź - wedle swojej, wypracowanej i znanej od lat stylistyki i metody. Albo jak Stefan Haładyj, Wojciech Wojtkielewicz czy Michał Obrycki - ze swojego przez lata tworzonego archiwum wyjęli pasujące kadry. Niektórzy poszli w akcję specjalnie z tej okazji - zupełnie inaczej niż na co dzień", niż z czego są znani, zatem prace Magdaleny Topczewskiej czy Marcina Pawlukiewicza to dobre przykłady tej strategii. Wreszcie - są i tacy, którzy właściwie niedawno zaczęli swoją fotograficzną przygodę - a tu najbardziej spektakularnym przykładem jest szesnastoletni autor: Konstanty Karol.

Nie tylko fotografia! Ale jednak ona wygrywa. Są znakomite prace w technice mieszanej Joanny Auron-Górskiej i obraz Michała Ciruka. Są i teksty, są i instalacje. No i - bo to rzuca się w oczy jeszcze przed wejściem - oprawa graficzna wykonana przez najsłynniejszych (najdłużej działających, najbardziej charakterystycznych...) białostockich grafficiarzy, (boli mnie to określenie, i nie wiem czy można), może lepiej artystów graffiti. Ustalili kanon na wystawę - i stworzyli prace w trzech kolorach: biały, czerwony i czarny. (Nie, nie ma żółtego.) Skąd oni tu? Zostali sfotografowani przez Macieja Giedrojcia, znakomity portret zbiorowy.  

 

Maciej Giedrojć


Moje zachwyty? Mnóstwo! Głównie ta wielowątkowość, różne techniki, odmienne spojrzenia i wszystkie na ten sam temat. Nie były tu żadne prace zaliczeniowe", skąd wiałoby koniecznością, przymusem i męką. (wiecie o czym mówię). Jest za to pasja, hobby, gdzie trudno czasem odróżnić profesjonalizm od amatorstwa. Pełen przekrój. Także w ilości czasu poświęconego na wykonanie pracy - od kilku lat - po 10 dni (nie ma sensu zdradzać rekordzisty, bo nikt by na to nie wpadł). Przekrój także w technikach - wszystkie formaty negatywu, wszystkie możliwości cyfry. Gatunkowo podobnie, od dokumentu (osobistego, typologii...), przez reportaż (streetów mnóstwo), przez pejzaż, po portrety a i kreacja się mogła znaleźć.

 

Magdalena Topczewska Stop.Klatka"

Szok zupełny, gdy stanęłam przed pracami znanych mi". Magdalena Topczewska wykonała serię zdjęć wejść do klatek. Powstało imponujących rozmiarów tableaux, ułożone ze smakiem i można tam tkwić godzinami podziwiając ...inwencję użytkowników. Podobno to praca szeroko komentowana w kręgach architektów białostockich.

Albo Marcin Pawlukiewicz, który na co dzień operuje zupełnie inaczej. Postanowił podpatrzeć place zabaw w godzinach zwolnionych przez docelowych użytkowników. Na zimno. Na dorosło.

Wreszcie Andrzej Górski, którego można podejrzewać o techniki dawne. Sfotografował miasto od strony rzeki Białej. A skoro woda, to cyjanotypia. Całościowo, z humorem, dokumentalnie i blisko siebie.

Uśmiechnęły mnie streety Michała Obryckiego i prace (bo wysiadam przy próbie przypisania kategorii) Andrzeja Kłopotowskiego. Celnie wypatrzone. Te drugie dodatkowo podpisane zjawiskowo. I wyeksponowane jakby ogłoszenia, jak podczas remontu w windzie.

po lewej Alina Gabrel Kamińska / po prawej Andrzej Górski 

 
Marcin Pawlukiewicz


Michał Obrycki

Andrzej Kłopotowski

Przejęły historie białostockich Żydów, które tropi od lat Joanna Auron-Górska. W technice kolażu, z grafiką, malarstwem, fotografią. Do dawnych lat sięgnął najmłodszy uczestnik wystawy - Konstanty Karol - i zbudował całą przestrzeń do oglądania historii z ciemnej strony miasta". Wielowymiarowa historia, świetne portrety inspirowane znalezionymi tekstami. No to jest ładny start :) (A udział w wystawie, bynajmniej nie debiut!)

 

Konstanty Karol

Joanna Auron-Górska

Gdybym miała wskazać jedną tylko pracę - voila. No dobra, dwie. Albo zróbmy, że jedna i dodatkowo honorable mention, bo to inna nagle kategoria.

Praca Okno na świat" Aliny Gabrel-Kamińskiej składa się z dwóch zestawów po 8 zdjęć. Z daleka - proste i typologiczne fragmenty fasad. W każdym zostało wycięte jedno okno (wycinanie w pcv, szacunek). Trzeba zajrzeć do środka. A tam - powitanie noworodka. Moment zero, pierwszy krzyk, cięcie pempowiny. Po obejrzeniu wnętrza - wracam do fasad - no szok, porody domowe. Zaglądam dalej - cesarka. I zdaję sobie przecież sprawę, że zewnętrze mi nic nie mówi, może (i faktycznie) tam akurat oddział położniczy. Z jednej strony precyzja wykonania - tu właśnie w tym pomieszczeniu przychodzi na świat - zapis dokumentalny. Ale przecież porodowa fotografia to emocje w zenicie. I bardzo prywatne. Schowane? To zaglądanie - ma dla mnie dodatkowy wymiar. Różnie jest odbierana fotografia z porodów. W życiu bym na to nie wpadła sama, bo chyba nie ma piękniejszej chwili, niepozowanej, autentycznej. Ale fakt, że gdy niedawno pokazywałyśmy prace Ani Wibig na solowej wystawie, organizator postanowił jednak wystosować ostrzeżenie dla widza. W pracy Gabrel-Kamińskiej - nie czuję autocenzury, zaś idealnie dobrane środki do opowiedzenia znacznie bardziej uniwersalnej historii. Wow.

 
Alina Gabrel-Kamińska

A wspomnieć trzeba o - Januszu Kalinowskim. Inna liga! Prace na wystawie znalazły się prosto z archiwum Mediateki CLZ działającej przy Białostockim Ośrodku Kultury. Odnalezione (ten Białystok ma jakieś extra szczęście do takich historii!) i odkurzone. Powstały na Bema - w okolicy samej hali - przeszło 40 lat wcześniej. Młody chłopak na kółku fotograficznym, z niebywałym okiem, umiejętnie podglądał dzielnicę. Negatywy zgubione, zapomniane. Wpadły niedawno w ręce jednego z autorów wystawy. Natychmiast zrobiono miejsce na ścianie. Autor też się odnalazł, na wernisażu.

 

Janusz Kalinowski

Na sam koniec - totalnie brawa i ukłony. Za zryw, rozmach i całą organizację. Każda autorka i każdy autor znakomicie opisani na miejscu. Czuje się, że żadna jedna praca więcej już by tam nie weszła, że ktoś przypilnował całości. (wiadomo, na upartego jeszcze mnóstwo miejsca było) Rozmach produkcyjny i znakomity pomysł z rusztowaniem do wnętrz dzikich", gdzie ściana jest - ale tylko ta naokoło. (Wierzę, że kiedyś i sztalugi znikną...)

Miejsce znakomite, niewymuszone i nieoczywiste. Zwiedzający to autentycznie okoliczni mieszkańcy. Patrzę na relacje na fb i rośnie coś, gdy widać, że uczniowie ze szkół przychodzą oglądać. Hurtowo. Co za potencjał! Chciałoby się powiedzieć radośnie - do zobaczenia na kolejnej wystawie. Bo moc i chęci czuje się w trakcie oglądania. Niestety hala przechodzi za moment w inne ręce a i też tymczasowo, bo przeznaczona jest do rozbiórki. Za dwa lata jakoś nie wierzę, żeby dano kawałek przestrzeni artystom. No ale może nie doceniam tych 29ciu osiedli?


Autorzy: Alina Gabrel-Kamińska, Andrzej Górski, Andrzej Kłopotowski, Andrzej Zankiewicz, Anna Sierko, Bożena Cywaniuk, Cezary Fabiszewski, Jakub Iwo Zalewski, Jakub Ołdakowski, Janusz Kalinowski, Joanna Auron-Górska, Julia Koleśnik, Julia Sawicka, Kasia Love, Klaudia Kojro, Konstanty Karol, Krzysztof Płoch, Maciej Giedrojć Juraha, Magdalena Topczewska, Marcel Filipczuk, Marcin Kośnik, Marcin Pawlukiewicz, Mateusz Koc, Mateusz Żendzian, Michał Cira Ciruk, Michał Obrycki, Oliwia Górnicka, Piotr Niedźwiedź, Przemysław Sieńko / Praktis, Stefan Haładyj, Wojciech Wojtkielewicz, Zofia Kolenkiewicz, Zuzanna Święcka

 

Informacje techniczne:

Dawna Hala Mięsna

ulica gen. Józefa Bema 6, 15-369 Białystok

strona na fb: https://www.facebook.com/PokochajSwojeOsiedle

 

Partnerzy wydarzenia:
Prezydent Miasta Bia
łegostoku / Województwo Podlaskie / Fundacja M.I.A.S.T.O. Białystok / Galeria im. Slendzińskich / Białostocki Ośrodek Kultury / Politechnika Białostocka


Sponsor g
łówny: Mercise
Sponsorzy strategiczni: New Optica, Kaliccy, Unicell, Wodoci
ągi Białostockie, Top Hi-Fi Białystok
Sponsorzy wspieraj
ący: Fundacja KAN Vision, Unicell - producent farb Primacol, White Bear Coffee, PSS Społem Białystok, Metal Max

Artykuł powstał we współpracy z partnerem PSO Galerią im. Slendzińskich. Bardzo dziękuję Annie Sierko i Arkadiuszowi Puchalskiemu. Dziękuję również autorom i autorkom wystawy, za spotkanie i oprowadzanie. Ukłony.

 




wtorek, 1 lipca 2025

Aaaaaaaby czyli o magii nazwisk w fotografii

 

Zbieram zdjęcia. Trochę tak, jak kiedyś zbierało się znaczki. Albo może jednak inaczej. Ale zakładam, że wolę coś od czegoś innego. Kieruję się, wybieram, skłaniam ku. Nie idę w żadną masę. Ale też granice zbierania ustawiłam powiedzmy, płynnie. Może na konkretach będzie łatwiej.

 

Zbieram stare zdjęcia. Najchętniej amatorskie, albo zwykłe porządne rzemiosło, czyli portrety. Uwielbiam zbiorówki, ale musi być w nich to coś jeszcze. Amatorskie zatem bardzo, a jeszcze lepiej, jak jest ślad użytkownika – dopisek, list, korespondencja. Albo jak jest podrasowane, pomalowane, pokolorowane. Albo wycięte, zamazane. Ślad tego czegoś, że to nie było jedno zdjęcie z wielu. Aczkolwiek jeśli zdjęcie jest w kilku kopiach, to jestem pierwsza w kolejce!

 

Najchętniej wiek XIX, ale oczywiście i XX jest w porządku. Jak najwcześniej, ale warunek czasowy stoi daleko za przedstawieniem. Obraz ma przyciągać, zatrzymywać. Mam się zdziwić, zachwycić, zadumać. Może zatem to być kompozycja, albo czyjś uśmiech, albo – i najlepiej – jak się zdarzy coś dziwnego.

 


Czasem sobie zbieram jakiś temat. Mam tak przy portretach małych dzieci, albo w zbiorówkach właśnie. Mam też taki otwarty temat jak zdjęcia z Warszawy. Morze możliwości. Szczególnie zakłady portretowe z XIX wieku, żeby mieć po jednym z każdego. Chociaż po jednym. Jeśli policzyć fejk Beyera za prawdę, to w sumie już mam. Więc jeszcze zbieram. I to jest chyba ten moment, kiedy nazwisko ma znaczenie większe niż to co na awersie.

Na pieczęci "Beyer" choć nigdy takowej nie używał 

I tak się napominam wewnętrznie, że mi chodzi o obraz, a nie o podpis czy winietę. Śmiałam się do łez, gdy licytowałam „unikat z XIX wieku!” czyli carte de visite z zakładu Melonik, a był to portret Roberta Kuśmirowskiego, którego rozpoznaję z twarzy od czasów studiów. Więc taki unikat. Że wyszła z tego bardziej fajna akcja do opowiadania.

No ale ktoś opisał, że unikat. I mnie to wówczas bawiło, jak w pogoni za kompletem winietek, nie patrzy się wcale na obraz.

Robert Kuśmirowski / Studio Melonik 

Czas przeszły. Bawiło. Bo właśnie próbuję to zrozumieć, zracjonalizować, zastanowić się nad tym. Że czasem jednak magia nazwiska bierze górę.

Próbuję sobie wyobrazić decyzję, żeby pójść się sportretować, czy iść do Maksymiliana Fajansa, Teofila Borettiego czy jednak do Waleriana Twardzickiego. Niedaleko siebie mają te zakłady. Wybiorę co mi bliżej? Kto ma ładniejszą witrynę? Cena zagra rolę? Pewnie była zbliżona. Więc może rekomendacja? Zakładów było sporo. Tradycje – pamiętajmy, że mówimy o świeżej w miarę sprawie, więc raczej atutem nie będzie fakt, że ktoś robi obok fotografii jeszcze starą grafikę a nawet narysuje. Rok założenia zakładu nie mógł być argumentem, bo co to za różnica czy ktoś robi zdjęcia od 8 czy 10 lat. Wreszcie zakłady się wystawiały na wystawach branżowych, przemysłowych, zdobywały medale, tytuły. Znów to próbuję sobie przełożyć na coś zrozumiałego – dzisiaj fryzjer albo cukiernik. Na ścianach zwykle masy dyplomów ze szkoleń, z ambasadorstwa, z tytułem i podziękowaniami. Ale to widzę już w środku – i nie ma związku, z tym, że tam weszłam a następnie na smak ciastka nie wpływa. Ileż osób mogło wybierać fotografa po tych tytułach? Ułamek. No czyli może miła obsługa w zakładzie, kolor mebli w poczekalni?

Są jednak takie nazwiska, które jednak mają moc większą. Mieli już wtedy, przy swoich teraźniejszych. Na przykład Rzewuski, Beyer. Zostańmy przy tych dwóch, bo to przykłady najbardziej czytelne. Opracowane. Najłatwiej widać, że wystawali ponad masę i przeciętność. Nie tylko nazwisko, nie tylko data (że dawno temu). U Beyera te same meble w kółko. Więc gdy na zdjęciu jest nawet postać anonimowa, to przecież stoi tam gdzie bohaterowie powstania! Genius loci. Rzewuski zaś, z wachlarzem możliwości i układów, bardziej te portrety ma wypracowane, bliższe naszym współczesnym potrzebom. Jest w tych oczach, rysach, mimice coś więcej. Tak jest w tych najsłynniejszych portretach, co wyszły z zakładu krakowskiego, czy każdy portret tak ma? Nie musi mieć, ale sam fakt, że to z tego studia dopisuje już do interpretacji.

Te największe nazwiska wiadomo, najrzadsze, i chodzą drożej. Jak unikat, zakład krótko ale dawno działający – chodzą drożej.  Jak jest układ cudny, obrazek marzenie – no, chodzą porządnie, ale jak dodamy nazwisko – nagle cena szybuje. Czyli to nazwisko ma znaczenie. Mówimy cały czas o niedużej grupie zainteresowanych, a mnie z jednej strony wścieka, że ktoś nagle odkrywa zjawiskowość przedstawień z zakładu powiedzmy Furmanka z Wrześni, albo docenia mistrzostwo zakładu Zeuschnera z Poznania i licytuje jakby to pamiątka rodzinna była. Z drugiej gdzieś serce rośnie, że z wiedzą o dawnej fotografii polskiej jest tak dobrze, że się nie da upolować już Beyera za kilka złotych. No chyba, że fejka. A sam fakt, że komuś się już chce podrabiać Beyera, znaczy, że rynek kolekcjonerski nadwiślański ma się dobrze i z perspektywami na przyszłość.

 

Nazwisko!

Zbierając te zdjęcia, oglądając ich tysiące, raz po raz sobie wrzucam nazwiska w wyszukiwarki. A nóż wyskoczy coś ładnego od Jadwigi Golcz albo Stefanii Gurdowej. Miały zakłady, portretów produkowały mnóstwo. Byłoby miło mieć reprezentację kobiecych zakładów w swoim zbiorze.

Wrzucam też te największe nazwiska polskie, żeby sprawdzić, czy może mi się ta legendarna oferta trafi, inni prześpią aukcje, no albo sprawdzić po ile teraz chodzą Beyery, Rzewuscy, Brandle, Twardziccy czy Zeuschnery. Po te największe nazwiska światowe z epoki, to nie śmiem. Trzeba by ich szukać w innych miejscach. A poza tym ceny, gdy ciągle dochód przeliczam na ilość miesięcy kredytu, nie bardzo jest przestrzeń na marzenia o posiadaniu coś od Gustava Le Greya, poza oczywiście pięknie wydanym albumem przekrojowym twórczości, czy innego Foxa Talbota albo późniejszego ale jednak Nadara. Biorę oczywiście pod uwagę jedynie techniki nie-unikatowe, bo dagerotyp ze słynnego zakładu, to jednak lokata kapitału a nie zbieractwo ładnych obrazków, jeśli mogę tak plastycznie spróbować zaznaczyć różnicę. Podobnie ceny tych światowych nazwisk. Jak to się mawia: to nie są tanie rzeczy.

Więc nie przyszłoby mi samej z siebie do głowy, żeby wpisać takie nazwisko w wyszukiwarkę jak Disderi. Zakład, w którym wymyślono technikę kart wizytowych. Ten pierwszy. To nazwisko! A ja znam swoje miejsce w szeregu zbieractwa. Więc nie zdobywam za wszelką cenę, nie poszukuję, żeby się nie załamywać. Ale oglądam obrazki. I tak właśnie oglądam jeden wysyp do sprzedaży. Kilkadziesiąt zdjęć, wszystkie to karty wizytowe, może ze dwa gabinetowe. Są bardzo przeciętne, ale ceny rozsądne. Buzie klasyczne, jakie to mogły być wtedy. Dobrze zachowane. Jedna wielka norma tamtej epoki. Skoro wszystko podobne, to patrzę na nazwiska. A to wymaga, bo się trzeba przeklikać do drugiego obrazka, gdzie w całej okazałości rewers. A tak to „portret mężczyzny”, „portret dziecka”, „portret kobiety”. No i zaglądam w „portret mężczyzny”. Podpis odręczny, nieczytelny. Niezgorszy, zwykły i w tej zwykłości nie ma nic, co by mnie z nóg zwalało. Klikam do rewersu, rezygnacyjnie. No i olśnienie, zdziwienie, szok. Nie wierzę własnym oczom. W opisie stoi jak wół: <<zakład Disderi, wykonane w latach 60.tych XIX wieku>>. Z ceną mi się to kompletnie nie składa. Jakby ktoś zapomniał przynajmniej jednego zera.


I właśnie. Mając w głowie nazwisko, unikatowość i rzadkość tej sytuacji, patrzę na zdjęcie – i myślę:... no niezły. Z oczu lepiej patrzy. Ciekawy jest. Nawet bardzo! Uczony! Miło byłoby spotkać. Trzyma neseser, laseczkę. Coś tu się zaczyna... I jest ślad użytkowania, podpis ładny, że go w życiu nie przeczytam. I nagle mi wszystko w tym obrazku pasuje i cała radosna idę do koszyka. Do koszyka, bo tu się z nikim bić nie będę. Trochę mi żal sprzedającej osoby, bo gdyby wiedział/a?! Bo przecież czy tam jest mężczyzna ten czy ktokolwiek inny, to nazwisko robi robotę. Mi to zupełnie nie przeszkadza, że w sytuacji zdjęciowej, tam wtedy w Paryżu = prawdopodobnie nie było kontaktu wzrokowego fotografowanego z mistrzem Disderi. Właściciel, szef z szyldu, mistrz w latach 60tych to już miał zakład hulający, a przychodził chyba tylko na zdjęcie jakiejś prawdziwej szychy. A tak to kolejni terminujący robili wszystko. No ale zakład jest zakład, nazwisko jest na szyldzie i na rewersach. Nazwisko magicznie polepszyło ciekawość zdjęcia, sam obraz nagle znacznie bardziej interesujący.


A ja czuję, że mam jakiegoś Graala. Na skalę własnych Graali oczywiście.

Głupio mi teraz się uśmiechać, gdy widzę trwający wyścig po nazwisko. Widzę te mechanizmy, czuję tę abstrakcję, jak to się potoczyło, że to nazwisko od tamtego bardziej, ale gdy już raz w tym jestem, no to jestem. Mogę sobie dalej mówić, że to obraz ma większe znaczenie. Ale już.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa Beyera kupię tanio.