środa, 7 października 2026

Piękno i siła. Film o Pirotte.

„Świetna historia opowiedziana w trochę niezgrabny sposób", to jeden z komentarzy do filmu „Julia Pirotte. Piękno i siła” w społeczności Filmwebu. To zdanie, pod którym się chętnie podpiszę. Może redukując słowo „trochę". Bo historia Julii Pirotte to materiał na kilkuodcinkowy serial. Wiem, nie jestem obiektywna, to nie pierwsza fotografka, o której tak mówię. 

Julia Pirotte, Francuska dziennikarka Dominique Desanti, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma

Pirotte była przede wszystkim fotografką. Julia Pirotte-Sokolska, z domu Gina Diament. 1908-2000. Pochodziła z Końskowoli (między Puławami a Lublinem), ze zubożałej żydowskiej rodziny. Aktywistka, komunistka, bojowniczka, feministka - w losowej kolejności. W Polsce, we Francji, w Belgii.  Wojna zastaje ją w trakcie pracy nad fotoreportażem o krajach Nadbałtyckich dla belgijskiej prasy. Gdy Belgia podpisuje kapitulację, Pirotte ucieka do Marsylii. Tam fotografuje wyzwoleńcze walki, nie tylko fotografuje, także bierze w nich udział.

Po wojnie wraca do Polski i współorganizuje Wojskową Agencję Fotograficzną. Fotografuje pokłosie pogromu kieleckiego (1946) i Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju (1948). 


Julia Pirotte, Kobieta karmiąca gołębie na ulicy Piwnej, w tle ruiny, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma

Jej fotografia jest nierówna. Ale najmocniejszym jej elementem jest człowiek, to w portretach celuje. Nawet jeśli fotografuje wydarzenia, to nie sceny ogólne są jej siłą, ale właśnie skupienie na konkretnej postaci. Oczy, poza, cała kompozycja. Wybitne rzeczy! 

Jako-taką rozpoznawalność światową przynosi jej wystawa prac na Festiwalu w Arles, ale to dopiero w roku 1980. Tam też zapoznaje współtwórców Muzeum Fotografii z Charleroi. Jej prace dziś są w głównej mierze w dwóch kolekcjach: w zbiorach Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie i w Musée de la Photographie Charleroi. 

Julia Pirotte, Mężczyzna, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma

Julia Pirotte, Portret Marii Diament, siostry Julii Pirotte, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma

W samej biografii Julii jest mnóstwo pytań. I to jeszcze zanim pojawia się film. Kiedy pozbyła się imienia? Jak jej się udało przedostać z Litwy (czy Łotwy) przez Niemcy do Belgii? Czy w Marsylii bardziej walczyła czy fotografowała? Pierwszy mąż z Belgii o którym mało co wiemy, potem drugi (miłość życia), i chyba jeszcze mniej wiemy. A w ogóle co robiła przez ostatnie 50 lat swojego życia?  

Jeszcze jest historia rodzinna. A tu szczególnie siostra Mania. Fotografowana w wielu okazjach przez Julię, i są to portrety magnetyzujące. Historia Mani – Mindli – nieszczęśliwa zupełnie: liczne więzienia, bojówki, mnóstwo akcji, w końcu wyrok śmierci. Więc historia burzliwa i wspaniałe zdjęcia. 

Julia Pirotte, Malarz Pablo Picasso, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma


Julia Pirotte, Portret poety Juliana Tuwima, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma


Czekałam na film o Pirotte z wytęsknieniem. Godzina dwadzieścia. Dokument. I gdyby nie katalog wystawy zbiorowej „Dokumentalistki" oraz internet - a w szczególności strona Fundacji Archeologia Fotografii - dalej bym szukała odpowiedzi na podstawowe pytania. 

Film Ewy Pytki (która ma ogromny dorobek: film polski) opowiada historię Julii Pirotte w zasadzie trochę jakby linearnie, idziemy chronologicznie. Trochę jakby, bo mnóstwo jest tam nieciągłości, fragmentów, historii pobocznych. Zrobiony został z wieloma suspensami - że najpierw jakiś fakt, a w kolejnej scenie - być może - będzie jego wyjaśnienie i odpowiedź. Być może, bo zgubiłam się wielokrotnie. 


plakat filmu "Julia Pirotte. Piękno i siła"

Najpierw widzimy straszą panią. Julia Pirotte opowiada sama o sobie, o rodzinie, o swoich zdjęciach. Raz po polsku, innym razem po francusku. Jest kilka różnych ujęć, jakość koszmarna. A ja przeliczam w głowie - film z zeszłego roku, a przecież chyba pani Julia zmarła dawno temu. Nabieram wątpliwości, ale nie sprawdzam, licząc, że w końcu film mi opowie. Robi to, w swojej drugiej połowie. Po drodze mam tyle pytań bez odpowiedzi, tyle razy się zgubiłam, że po wyjściu z kina trochę nie wiem od czego zacząć szukanie. Wywiady z panią Pirotte to materiały archiwalne (nie wiem skąd), które zostały zmiksowane i poukładane w filmie w różnych miejscach, żeby historia szła od początku. 

Julia Pirotte z portretem swojej siostry / Kadr z filmu "Julia Pirotte. Piękno i siła" 


Pytania się mnożą i narastają. I to nie tylko o biografię, ale na samą treść filmu. Jak ona się nazywała, poza Pirotte? Bo to nigdzie nie wybrzmiewa. Skąd na nagrobku (i czy mi się wydaje, że w kadrze z cmentarza widzę krzyże na nagrobkach? Tak, bo to Cmentarz wojskowy na Powązkach) nagle rodzina Diamentów? A ta wystawa w Arles - to kiedy była? A jakaś pani Veronique? Kto i ile czasu siedział w więzieniu i w zasadzie za co? Ilu mężów, skąd i jak? No i przede wszystkim - kto i kiedy nagrał opowiadającą panią Julię o sobie? Mnóstwo luk, wiele poszatkowanych wątków i ogromnie trudno ułożyć sobie tę jedną linię. Do tego nieproporcjonalnie dużo w tym filmie Muzeum w Charleroi, festiwalu w Arles (którejś z niedawnych edycji) czy twórczości Anny Beaty Bohdziewicz (to później).

Film ma momenty dobre. Znakomite są odnalezione i zestawione miejsca z marsylskich zdjęć Julii. Wow! Jest ich kilka. Wow! Kiedy potem jesteśmy w powojennej Warszawie, trzeba sobie samemu już te miejsca rozpoznawać. [Z rozmowy po filmie wynikło, że na wyjazd do Marsylii był grant.]



Julia Pirotte, Zniszczony przez Niemców w czasie II wojny światowej cmentarz żydowski na Bródnie, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma

Wspaniała jest rozmowa z państwem Vercheval (Georges zakładał Muzeum Fotografii) a już najbardziej to z panią Jeanne Vercheval -Vervoort, właśnie z Charleroi. Dowiadujemy się z tych rozmów czegoś więcej o osobie Julii - jakie miała poglądy, jak się zachowywała, jak traktowała swoją fotografię, czego się bała a na co cieszyła. No i na tym zamknęłabym listę plusów. Jest jeszcze jeden, ale wytrzymajcie do końca. 

Dwa materiały, reportaże Julii mają swoje osobne miejsce w tym filmie. Chodzi o walki w Marsylii i o pogrom kielecki. O tych zdjęciach wypowiadają się specjaliści. Jeden jest francuzem (i kompletnie umknęło mi nazwisko i skąd jest, jak rozumiem jest historykiem związanym z Arles), drugi - był nim pan Andrzej Białek ze Stowarzyszenia im. Jana Karskiego. Stowarzyszenie prowadzi w Kielcach Izbę pamięci - wystawę o pogromie, którą też oglądamy w filmie  tutaj pełne informacje. W obydwu tych wypadkach, kiedy Pirotte fotografuje konkretną historię - w filmie dowiadujemy się o samych zdarzeniach i to trochę z genezą, moralnym zapytaniem. Są pokazane zdjęcia, z Marsylii nawet świetnie. Ale to takie epizody tylko, nie wiemy co te materiały zrobiły w karierze Julii. W Marsylii niosła flagę, sama opowiada. Jak przeżywała Kielce, już nie wiemy. 

W filmie wypowiadają się także Anna Beata Bohdziewicz oraz pracownice Żydowskiego Instytutu Historycznego - Urszula Fuks (autorka biogramu Pirotte do katalogu i wystawy „Dokumentalistki”) i Teresa Śmiechowska (kuratorka wystawy Pirotte w ŻIH „Twarze i dłonie” z 2012 r) I świetnie, bo wnoszą wiele. Trochę o tym jaką osobą była, jakie robiła wrażenie, opowiedziany jest też ostatni etap życia Pirotte, kiedy katalogowała swoje prace i przekazywała instytucjom. Ale mówią za krótko, wyrywkowo, jakbyśmy już znali historie spoza kadrów. Trochę sensacyjnie to też zostało ułożone. To raz. A dwa – zabrakło innych opowiadających, a w szczególności badaczek i promotorek twórczości Pirotte – związanych z wystawą „Dokumentalistki” (Zachęta, 2008) a potem z Fundacją Archeologia Fotografii, czyli Karoliny Ziębińskiej, Karoliny Puchały-Rojek, Anny Duńczyk, Marty Przybyło i Anny Hornik [dwie ostatnie kuratorowały wystawę w FAF w 2020 roku „Powtórzenia. Fotografie i archiwum Julii Pirotte”]. Nie ma też wspomnianego faktu, że ów dar Julii dla ŻIH ów 1000 odbitek – we wspólnym projekcie ŻIH i FAF zostały opracowane i są udostępnione dziś online w Wirtualnym Muzeum. To mogłyby być świetne i merytoryczne wypowiedzi. Zostają chyba w domyśle, bo katalog „Dokumentalistek” gra w tym filmie, występuje dwukrotnie na biurkach badaczek z ŻIH.

Nie tylko ŻIH - ale i Muzeum Sztuki w Łodzi ma jej prace. A to jest też ciekawe pytanie na zaś do sprawdzenia – bo do ŻIHu Julia przekazała zdjęcia sama i zrobiła to na rok przed śmiercią. A Muzeum miało je wcześniej... Jest wspomniany w filmie list Urszuli Czartoryskiej o znakomitości postaci Pirotte, list pochwalny i mający za zadanie wprowadzić Julię do ZPAF. Ale nie ma już słowa kim była Czartoryska. A to chyba jej zasługa, że prace Julii są w Łodzi (Marsylia i kilka z Polski; w sumie 32 zdjęcia).

Najgorzej potraktowano jednak w tej historii ze ZPAFem Jerzego Lewczyńskiego, bo to on podpisał się pod dokumentem, w którym jednak nie przyjmują Julii do Związku. Konstatacja jest taka, że nie przyjęli pewnie dlatego, bo była kobietą. Trochę warto by tu pogrzebać, przepytać pewnie więcej osób. Niezbadane są ścieżki przyjmowania i odrzucania, ale czy wiadomo, które zdjęcia pokazała? I kiedy to było? Bo jeśli reportaż, no to sorry. Był dość długi okres, kiedy w ZPAFie chowano reportaże do szuflad a nie obnoszono się z nimi w Związku. No ale Czartoryska? No ale Lewczyński?! Tak bez zdania wyjaśniającego?

internetowe zaproszenie na pokaz filmu do FINA z wykorzystaniem autoportretu Julii Pirotte

A już chyba najbardziej mi ciśnienie podniosło uporczywe używanie słowa „fotografik”. I to w tłumaczeniach?! Czyli po francusku fotograf, nie że fotograf artysta; ale już po naszemu fotografik. Smutne i bez wyczucia. A przecież się do ZPAF nie dostała. 

No tak, wyszłam zła. Frustracja w zenicie. Była nadzieja, a zostały nerwy. Taka historia i tak położona. Niedokładna, spiesząca się. Ten film zdobył nagrody. Trafił do kin (pojedyncze seanse, ale zawsze!).

Miał być jeszcze jeden plus. W sumie wypada tak w ogóle za film podziękować. Dziękuję, mogłam spędzić z twórczością Julii trochę czasu. Dzięki za impuls, za potrzebę odpowiedzi na pytania. Mogłam/musiałam pogrzebać po muzeum, po katalogu. Przypomnieć sobie pewne fakty, dodać nowe. Bo przecież jeszcze Pirotte miała wystawę w Nowym Jorku w ICP, był i Sztokholm. Okazuje się, że przestała fotografować po marcu 1968 roku. Znalazłam informację, że jest jeszcze inny film o niej nakręcony oraz, że jej życiorys ma bohaterka pewnej powieści.

Fajnie było zobaczyć samą autorkę jak opowiada. Chętnie bym obejrzała niepocięte wywiady. Skąd, gdzie, kto to nagrywał, poszukam jeszcze. [W napisach końcowych nie umieliśmy znaleźć na 2 pary oczu]. 


O filmie w filmweb gdzie znajdziecie repertuar [aktualnie to tylko Poznań i jeden jedyny raz]

 A na koniec najważniejsze 3 linki - baza zdjęć / biogram z wikipedii / i biogram plus o wystawie oraz o projekcie digitalizacji:

Archiwum Julii Pirotte

Julia Pirotte – Wikipedia, wolna encyklopedia

Powtórzenia. Fotografie i archiwum Julii Pirotte - Fundacja Archeologia Fotografii 

Ogromnie i serdecznie dziękuję pani Oldze z Archiwum Fotografii ŻIH. 


sobota, 12 września 2026

Proszę nie siadać - film o Wojciechu Plewińskim.

 

„Proszę nie siadać" / kadr z filmu

Albo to koniec wakacji, koniec sierpnia tak nastraja, ale mam powidok właśnie z takim czasem w tym filmie. Temperatura, powolność. Znudzenie latem, upałem. Ciężkość i bezruch. No jeśli ruch nawet, to bez szaleństw na tym jeziorze. Wolniutko. Jest też niepokój, dokładnie końcowosierpniowy, no bo jesień zaraz, kalendarz bezwzględny, szkoła, kierat, zaraz się zacznie, korki wszędzie i kolejna zima. Niepokój, strach, żeby zdążyć jeszcze się nacieszyć tym słońcem, nagrzać się ile wlezie. Zanim się zacznie. Opowiedzieć historię, zanim odejdzie. 

Zatem „Proszę nie siadać" dobrze jest oglądać z takim sierpniem w sercu. Każda pora roku i miesiąc są jak najbardziej odpowiednie. Bo film zobaczyć trzeba. Film Piotra Małeckiego i Katarzyny Sagatowskiej o Wojciechu Plewińskim Nie jest to laurka wystawiona mistrzowi, nie ma chronologicznego przelotu przez twórczość. Jest lepiej! 


„Proszę nie siadać" / kadry z filmu

To dość nieprosty film drogi. Nie tak, że wsiadamy i jedziemy. I wszystko po drodze i w odwiedzanych miejscach. Chociaż konwencja drogi jest osią, bo podróżujemy do miejsc, gdzie powstawały zdjęcia Wojciecha Plewińskiego. Kierowcą jest jego syn Maciej, też fotograf (miejscami czasem za kółkiem zmienia się z Kasią Sagatowską). Ale najpierw jesteśmy na urodzinach. W ostatnim dniu wakacji. [Prawda, ten koniec sierpnia...] 

Ale najpierw impreza, ogromny stół, ogród, mnóstwo ludzi. Kilka pokoleń. Ojciec, dziadek i pradziadek. No a jak urodziny, to jeszcze autoportret. Akt. I od razu mnóstwo humoru. Widać z pierwszych scen, gdzie położono akcenty: na rodzinę, dom, okolice - wszystko to, co mamy wokół bohatera. I tak wyposażony bohater, dopiero rusza w drogę. 

Do swojego archiwum w Teatrze Studio, na Kalatówki, w kilka miejsc, gdzie powstawały zdjęcia. A przy okazji opowieści. Kto był kim w westernie. Co się działo w schronisku, przepraszam hotelu górskim, skąd światło padało, dlaczego w piżamach, itd. Podróż do zdjęć i miejsc i pamięci. I ten humor, cały czas. I relacje. Rodzinne głównie. Bez gadających głów. Wszystko zaobserwowane, podpatrzone. 


„Proszę nie siadać" / kadry z planu / fot. Katarzyna Sagatowska

To najwyraźniej ulubiony sposób pracy reżysera Piotra Małeckiego. Przed chwilą przecież nakręcił inny portret fotografa, który odsłania się stopniowo. Którego też poznajemy z kontekstu. Podpatrzony, a raczej po prostu oglądany, bo nie ma tu żadnych podglądactw. Chodzi o „Igrając z diabłem" o Christopherze Morrisie, we współreżyserii z Maćkiem Nabrdalikiem. (o którym pisałam moment wcześniej) No dobrze, obserwujemy bohatera, też fotografa. Tutaj w kolorze. A fotograf zabiera nas w miejsca, gdzie powstały zdjęcia. O tu, o tak, tam stał ten, tędy płynęli. Podróż sentymentalna, naturalna, niewymuszona, jakby zupełnie przy okazji pojawiały się te opowieści o zdjęciach. Nie ma tu konieczności, nie wiem jak to lepiej nazwać. My raczej idziemy na spacer, na wycieczkę, a te zdjęcia, te opowieści wynikają z tego, że już tam jesteśmy. 


„Proszę nie siadać" / kadry z planu / fot. Katarzyna Sagatowska

„Czemu nie miałem wtedy aparatu? Ilu ja zdjęć nie zrobiłem?! Ciągle mnie to prześladuje." Mówi Wojciech Plewiński, raczej z przodu filmu, niż z końca. I dalej, i po tych słowach dopiero trasa w miejsca, gdzie miał aparat i robił. I jest super przegląd zdjęć w tym filmie, żeby chociaż dotknąć, liznąć temat. Ile to mogłoby być karier - portrecista, fotograf teatru, fotografia humanistyczna - po prostu, eksperymenty artystyczne. Ale bez liczb. Bez ilości okładek „Przekroju", bez podania zawrotnej liczby 821 sfotografowanych spektakli! Bo taka konwencja właśnie w filmie, że człowiek i jego otoczenie. A nie twarda historia fotografii, żeby ktoś opowiadał. Opowiada sam bohater, odpowiada na pytania Katarzyny Sagatowskiej - pomysłodawczyni filmu i jego współproducentce. Syn i żona też czasem pytają, uściślają chronologię, osoby, w naturalny sposób, w ciągu rozmowy. A my, tak po prostu, jakbyśmy przy tym samym stole byli. 

„Proszę nie siadać" / kadr z filmu

Relacje rodzinne to drugie tło w tym filmie. Scena otwierająca - rodzinna impreza. Potem podróżujemy z synem Wojciecha - Maciejem, który poza byciem synem, jest jego asystentem, menadżerem, kierowcą, firmą w firmie. Jest też towarzyszem, a jakby dopiero na końcu synem. A przecież też jest fotografem. Są i wnuki, jesteśmy też na rodzinnym urlopie, wyjeździe. Te relacje na ekranie, są takie zwykłe, jakby tu żadnej kamery nie było. Z żadnego wysokiego „C", że tu film o wielkim człowieku jest kręcony. No i sceny końcowe, te momenty ojciec-syn, a my z nimi. Coś intymnego, coś tak ciepłego jest w tych scenach. I coś, co zatrzymuje pędzący czas. Przecież to robi fotografia, zatrzymuje. Złudnie oczywiście, owszem jest gigantyczne archiwum, ale czas codzienny płynął, kiedy te zdjęcia powstawały. Dom, rodzina, dziecko, dorastanie. Jest i o tym w filmie, jest w słowach bohatera, jest znowu w otoczeniu. Gorzki moment, który rozpływa się w ostatnich scenach filmu. 


„Proszę nie siadać" / kadry z planu / fot. Katarzyna Sagatowska

„Proszę nie siadać", znakomity tytuł. Może urósł mi w oczekiwaniu za bardzo i mam malutkie rozczarowanie, kiedy słowa w końcu padają z ekranu. Wyobrażenia wobec humoru sytuacyjnego. Właściwie świetna parabola. Państwo pójdą, gdy tylko znajdziecie okazję by obejrzeć ten film. I usiądźcie wygodnie, bo to będzie przyjemna uczta. 

A okazja już niebawem, na Paper Photo Festival w Zamku Sieleckim w Sosnowcu [18 września o 20]. Dla mniej ruchliwych news wspaniały, od 1 października film będzie dostępny na platformie VOD Against Gravity https://vod.mdag.pl/pl/ . 



„Proszę nie siadać" / kadry z planu / fot. Katarzyna Sagatowska






wtorek, 25 sierpnia 2026

Sto lat, fotografio!

Niecephore Niepce
 

Hurra, święto! Spóźniłam się, ale to chyba - jak zobaczycie - nie będzie tak istotne. Fotografia ma 200 lat! 19 sierpnia obchodzony jest Światowy Dzień Fotografii (od 2010 roku!). Tego dnia w 1839 roku narodziła się fotografia, a to dopiero za 13 lat. 200 upłynęło od zdjęcia Niepce'a, które raczej nie powstało w sierpniu. Można się pogubić. Wielka okazja, chyba wszystkie media, choćby jednym zdaniem napomknęły. Zdjęcia podstawiano losowo, daty i nazwiska podobnie. To może kilka sprostowań i jedno wielkie wow, przy okazji. 

200 lat od czego właściwie? 

Liczymy od daty wykonania zdjęcia przez Niecephore'a Niepce'a - widok z okna w Le Gras. Daty co prawda bywają różnie wskazywane - bo albo 1826 albo 1827. Skoro można odtrąbić równe urodziny, nie ma co czekać, a można świętować przez obydwa. [ciekawe czy 19 sierpnia 2027 będą media dalej mówić o 200 latach czy już 201?]. Hurra. A jak się mówi w toaście? Sto lat to trochę słabizna, dwieście, też mało polotu... Dobra, za fotografię! 

Skoro liczby i daty, to niesamowite, ale fotografia ma - jako wynalazek - datę dzienną. Jak mało które wynalazki, wcześniej to żadne, później jeszcze przez chwilę zaokrąglane różnie. A tu dzienna, i to dwie do wyboru. I żadnej z nich nie świętujemy dwustu-lecia, jeszcze nie. Za początek fotografii uznaje się rok 1839, kiedy to 7 stycznia przed Francuską Akademią Nauk  Francois Arago przedstawił efekty metody Louisa Daguerre'a [Louis-Jacques-Mandé Daguerre]. 

Louis Daguerre


Kto pierwszy?

Przez kilka miesięcy wrzało w różnych akademiach nauk i w prasie, w laboratoriach i "jaśniach" (bo jeszcze długo nie potrzeba będzie ciemni w procesie fotograficznym). Ogłoszenie styczniowe, że panu Daguerre'owi udało się pochwycić światło i je zapisać, nie używając do tego ręki zelektryzowało wszystkich. Publiczność: a jak to wygląda? A co to jest? Albo z drugiej strony innych próbujących: o, mi też się udało! 

19 sierpnia 1839 roku znowu przed Francuską Akademią Nauk - wynalazek fotografii został w pewnym sensie wykupiony przez Francję i oddany światu - ogłoszono wówczas metodę - jak się wykonuje zdjęcia. Przyznano wtedy nagrody-renty-pensje dożywotnie ojcom wynalazku - liczba mnoga, bowiem poza Daguerrem, pensję po zmarłym Niecephorze Niepce - otrzymał jego syn. 

To właśnie w tych kilku miesiącach 1839 roku pojawiło się kilka pomysłów na fotografię [prasa brytyjska donosiła około czerwca, że nie ma tygodnia by ktoś się nie zgłosił ze swoją metodą!]. Tylko dwa zgłoszenia okazały się istotne, ale tylko jedno wzięto na poważnie. Syn Niecephorea Niepce'a, kiedy usłyszał o wynalazku Daguerre'a, nazwisko zabrzmiało najwyraźniej znajomo - odkopał listy i dokumenty po ojcu. Wykazał, że bez Niepce'a Daguerre donikąd by nie doszedł. Stąd uznanie przez rząd francuski zasług obydwu. Technikę nazwano od Daguerre'a i odtąd mówiono - dagerotypia. Był to obraz lustrzany na metalowej płytce (odwrócony lustrzanie ale i płytka robiła wrażenie lustra) oraz unikatowy. 

Widok z Le Gras to dagero(-niepce-)typ?

Niecephore Niepce wykonał widok z okna swojej pracowni na metalowej płytce (20,3x16,5 cm). Mówi się o tym, że to zdjęcie powstawało 8 godzin. Tego, ile godzin było naświetlane nigdy nie dowiemy się na 100%. Ilość nie została zapisana przez Niepce'a. Możemy jedynie porównywać efekty eksperymentów i naśladowań (z użyciem jak najbardziej zbliżonych warunków). 8 godzin to najniższa sensowna liczba, w którą można uwierzyć. Wróćmy do Niepce'a, gdy zobaczył efekt swojej heliograficznej pracy, musiał być załamany. Odłożył temat, nie pracował już nad nim dalej, nie czynił dalszych prób. Jego nazwisko wypada zatem z nazwy techniki. Efektem podzielił się jedynie z paryskim przedsiębiorcą - Daguerrem, na jego życzenie i zainteresowanie. 

Ale i tak największym przegranym roku 1839 był Brytyjczyk Henry Fox Talbot. Zmagał się z procesem wtedy, co Daguerre, a dobre wyniki osiągnął nawet wcześniej. Ale nie korzystał z blaszek metalowych, tylko z papierów. Jego metoda pozytywowo-negatywowa w roku 1839 nie wyglądała wcale dobrze, nie tak dobrze jak dagerotypy. Odmówiono mu miejsca przy stole założycielskim. Jego metodę usprawniono i podrasowano, tak, że od 1841 nie miała sobie równych. Gdyby nie Fox Talbot i jego - jakżeby inaczej - talbotypia, dalej robilibyśmy polaroidy. 

Henry Fox Talbot


Co jest oryginałem? 

Oryginał Niepce'a zawędrował do USA i jest wystawiany w Harry Ransom Center przy Uniwersytecie w Austin. Najsłynniejsze zaś zdjęcie Daguerre'a, to z ulicą i czyścicielem butów, które też publikowano z okazji 200-lecia fotografii (chociaż ono powstało w 1838 roku, na 100%) nie istnieje w swojej oryginalnej formie. Kiedy przetrwało już swoje setne urodziny i obydwie wojny światowe, ktoś [jak się dokopiemy, to można i imię i nazwisko znaleźć, tylko po co...] chciał wyczyścić płytkę i zniszczył dagerotypię. Gdyby nie Fox Talbot i ktoś inny, kto zadbał o zreprodukowanie zdjęcia, byłoby trochę słabo. 

Wskazanie gdzie jest oryginał, nie rozwiązuje tematu do końca. Bo oto wyszukiwarka grafik google dostarcza kilka wersji tego zdjęcia. [Tak, jest też kolor...] Podobnie z Daguerrem, a i reszta XIX wiecznej fotografii ma się różnie. To jest trochę inny temat, niż porównywanie reprodukcji w kilku książkach  - że inny papier, inna technologia, itd. Internet się nie może zgodzić na jedną wersję. Więcej sepii, mniej sepii, ziarno i bez ziarna, nawet pokolorowane. 

Zauważyłam to kilka lat temu, kiedy postanowiłam trochę podreperować własną bazę obrazków do wykładu. W końcu 600x800 pikseli to jest na dziś maks możliwości. I fajnie się wymieniał wiek XX, XIX nawet, ale te pierwsze zdjęcia to zupełny kosmos. Mogę od razu znaleźć w sieci odcień jaki mi najbardziej będzie pasował, nawet jeśli to czarnobiałe zdjęcie. Z ziarnem i bez ziarna, kontrast wysoki czy wszystko na szaro i miękko. 

Super możliwości, ale halo?! Nie zdołaliśmy się zgodzić dotąd, to chyba właśnie przegraliśmy temat. AI może dodać szczegóły w budynku na lewo, no i wyostrzyć drzewa w oddali, prawda? Niby nic, ale gdzie jest oryginał? Czym jest oryginał? Pytania nie na miejscu, nawet jeśli technika zezwalała na unikat. W końcu nie po to jest fotografia, żeby powielać? 


Hippolyte Bayard
 

Za każdym razem jak grzebię po tej historii, a robię to w sumie rok w rok, przed pierwszym wykładem z historii fotografii dla studentów, sprawdzam sobie daty, nazwiska bohaterów pobocznych [na dziś darowałam] bo przecież to są takie historie i zwroty akcji, że dziwię się, że nie ma świetnej powieści o tym albo 3-sezonowego serialu. Więc tak, kiedy zaglądam w czeluści internetu po tych ojców założycieli - odkrywam coraz to nowe rzeczy. Albo "nowe" portrety Daguerre'a, "nowe" heliografie Niepce'a, chociaż dalej nieistniejące - jak mówią artykuły, ale proszę spojrzeć jak mogłyby wyglądać, gdyby istniały... 

Już wystarczającym trzęsieniem ziemi w historii fotografii było znalezienie autoportretu Roberta Corneliusa (dagerotyp) z 1839 roku - dokonanego w 1996 roku, a spopularyzowane kilkanaście lat później. Nagle trzeba przepisywać książki? Nie trzeba, bo nic nie cofnie już popularności pierwszego znanego i znanego od momentu powstania w 1840 roku autoportretu Hippolyte'a Bayarda. Odkrycie Corneliusa znakomite i oby więcej szuflad, pudeł, strychów (piwnic też, chociaż warunki mniej dające potencjał na przechowanie) przed nami odkryto! Z przepisywaniem encyklopedii ostrożnie, historii fotografii nie zmienimy, możemy tylko pisać dalej. 

Robert Cornelius


Za fotografię! Za jakąś jej wersję, za okazję do rozmowy i obrazki. Nie ma się co przywiązywać do dat (nawet jak jest dzienna...), do nazwisk ani tym bardziej do pojęcia oryginału. Kijem Wisły nie zawrócimy. Pozostaje nam sobie życzyć uwagi w czytaniu, znalezienia własnych wersji zdarzeń i swoich ulubionych autorów i zdjęć. 


piątek, 14 sierpnia 2026

Po co się jeździ na Paris Photo?



Paris Photo to najstarsze i nieprzerwanie działające od 29 lat targi fotografii. Marka sama w sobie. Rok w rok przyciąga rzesze oglądających. Po co się tam właściwie jeździ?

Oczywiście można zacząć od liczb i epitetów zaczynających się od "naj": największe, najstarsze, najbardziej frekwentowane, itd. Co do odwiedzających - bywały lata kiedy malownicza kolejka ustawiała się pod pałacem, zakręcając potrójnie dobijała w końcu do pobliskiej stacji metra. No i to robiło wrażenie. Rok temu Paris Photo pozmieniał system biletowania i nikt nie traci już czasu w kolejkach. No ale tak, tłum. Noga za nogą. Czekanie aż ta osoba przed tobą obejrzy, cofnie się do podpisu, znów się cofnie do pracy, zrobi zdjęcie, pójdzie dalej. Teraz możesz ty. I tak przez setki stoisk. I dwa piętra. Kolejka do łazienki, do kawy, do krzesełka, do szatni. Przy książkach gęsto, że do stołów nie da się podejść. A jak gwiazda jakaś przyjeżdża w stylu Jima Jarmusha, ale i najsłynniejszych fotografów - kolejka formuje się momentalnie - do wykładu, do podpisywania książki. Liczba spotkań, podpisywań rośnie z roku na rok. Więc tłum. Chyba, że...

 

Chyba, że przyjdziesz na wernisaż albo w którykolwiek potem wieczór. Albo rano. Omijamy weekend, bo wtedy najgęściej. Wernisaż kojarzy się z największym możliwym tłumem. Ileż to razy szło się gdzieś na wernisaż, nie mogąc podejść do prac, rezygnowało i zostawało na etapie socjalizacji z innymi spotkanymi? "Przyjdę później obejrzeć na spokojnie", prawda? Na Paris Photo to działa trochę inaczej. Potrzebne jest specjalne zaproszenie albo można też kupić bilet na wernisaż, jest droższy od zwykłego wejścia. Ale wernisaż jest w środę popołudniu - od godziny 14 (!) i przy masowym turyście, ta informacja raczej nie przebija się do wiedzy ogólnej, że w ogóle jest czynne i można. W efekcie - w miarę pusto, a poczucie do elegancji plus 500. 
Inne wieczory - i tańsze i mijacie przy wejściu po prostu zmęczonych kilkugodzinnym chodzeniem ludzi. Zwykle również można liczyć na ogromną ilość imprez towarzyszących "na mieście" w efekcie czego Grand Palais ciut pustoszeje. 
Albo rano. Do godziny 12tej kiedy otwierane są drzwi na zwykłe bilety - są godziny dla VIPów, dziennikarzy i środowiska. Jedyny czas, kiedy można porozmawiać z galerzystami, zupełnie swobodnie zdążyć przejść z miejsca A do B, jedyny czas kiedy się można umawiać na spotkania, itp. (Nieeee, w kafeterii kolejka jest zawsze.) 
W 2026 godziny zostały już podmienione: wszyscy: czwartek-niedziela 13.-20. (niedziela do 19). VIP i środowisko od 10.30. Wieczorne bilety startują od 17tej. 

Nieczęsty widok pustej alejki. Można taki trafić z samego rana. 

Paris Photo to targi. Dość specyficzne. Najlepsze i największe galerie tam się spotykają, więc jest poczucie przeglądu i prestiżu. Czy tam się jedzie kupować? No targi, w końcu. Wiadomo. Kiedy się już wchodzi w jakąkolwiek interakcję z wystawcami, gdzieś w którymś momencie jest pytanie - a jak idzie sprzedaż, a spotkanie kończy życzeniami sprzedaży wszystkiego. No ale ten tłum odwiedzający nie kupuje. Kupuje książki. Bo ten tłum - składa się głównie z aspirującego środowiska oraz z tych, co lubią i coś tam się znają na fotografii. Więc książki są w budżecie. A prace trochę mniej. 1 na 20 osób jakie spotykam mówi, że tak, coś kupiła. I tak, na Paris Photo, nie na mieście. I nie chodzi o książkę. 


Od cen, różnorodności tematów, nazwisk, rozwiązań technicznych - może głowa rozboleć. Ale przecież po to się tam jedzie! Żeby być w pewnym sensie na największej wystawie czasowej i to jeszcze z doroczną odsłoną. Coś jakby mega salon światowej fotografii. Można oblecieć temat w dwie godziny - po prostu się przejść i rozejrzeć, jeśli chcesz odwiedzić każdą galerię - rzucić okiem i choćby przeczytać jakieś nazwisko - musisz jednak liczyć solidną dniówkę. Systemy bywają różne - wg mapy i sektorów, wg zajętości alejek, wg wybranych wcześniej nazwisk. Wszyscy spotkani na targach znajomi szczególną logistykę układali na książki - kiedy tam iść i oglądać, a kiedy kupować - bo wiadomo, że te siaty raczej najpierw do hotelu trzeba odwieźć. A i bagaż miewa limity.  


Wystawa MUUS Collection - w przestrzeni specjalnej 

Samo Paris Photo pomaga w rozeznaniu. Każdorazowo wybiera swoje ulubione prace. Jest katalog. Jest sekcja Voices, bywają wielcy przewodnicy - (w 2025 nie było) osoby ze świata filmu (chyba najczęściej) wybierały najciekawsze kadry z prezentowanych w pałacu. Jest obecna od 2018 roku i ciągle rozwijana sekcja "Elles x Paris Photo" starająca się przechylać parytet. Od 2017 roku jest nagroda studencka. I jest najważniejszy konkurs książkowy - od 2012 roku razem z Aperture - czyli także wystawa finalistów. Do tego jest przestrzeń w pewnym sensie Prime - której nie zajmują szeregowe galerie - ale inicjatywy specjalne, sponsorzy, partnerzy główni itp. Różnie się to układa, gdzie indziej trzeba czasem szukać, ale nigdy nie da się tego przeoczyć. Wszystkie te ścieżki tematyczne, specjalne, nagrody - to są już niezłe punkty orientacyjne. 



Można patriotyczną ścieżkę wybrać. W najbliższej edycji wiele zmian co do obecności polskiej nie przewidziano. Monopol wystąpi ponownie w sekcji Voices, trzy warszawskie galerie Jednostka, Lokal 30 i Raster po raz kolejny czyli ugruntują swoje pozycje i w sekcji wydawnictw, znów po raz kolejny Blow Up Press. Gdy pojawiali się po raz pierwszy wraz z powrotem targów do Grand Palais w 2024 - oczywiście radowaliśmy się ogromnie taką reprezentacją. Po trzech latach entuzjazm może niezmniejszony, lecz apetyt wzrósł, gdzie więcej nas? 

Raster / Blow Up Press / Jednostka + Lokal 30 na Paris Photo 2025


Po co się tam jeździ, zatem? Żeby chłonąć, naoglądać się za wsze czasy, no czyli dawkę roczną przyjąć w trybie ekspresowym. Żeby się zainspirować, zobaczyć "wielki świat", znaleźć swoje ulubione wątki ,tematy. Przedziwne techniki - bo to przecież przy średniej 170 galerii rocznie, 1500 artystów prezentowanych na targach, czyli ilu pracach - kilku-kilkunastu tysiącach - to jest morze możliwości. Trendów się raczej nie wychwyci. Żadnego kierunku dla fotografii w przyszłości. Trzeba ciągle sobie przypominać - to nie jest wystawa kuratorowana, to targi, galeriom zależy na sprzedaży. Więc nie trafiają się tam masakry wojenne, ważne i plastycznie ukazane tematy trudne. Jasne, wyjątki. Ale sprzedaż! Trendem jest wszechobecny qr code - coraz częściej zastępujący podpisy, nazwisko, listę prac z cenami. 
 
Można też jechać towarzysko. A towarzystwo-środowisko bardzo zacnie rozumie się przy spotkaniu w alejkach Paris Photo - jedni mają pisać, inni umówione spotkania, ktoś coś - więc nie ma stania i rozmów godzinami, tylko najwyżej podawanie adresów i miejsc wartych uwagi. Tych w Paryżu w okolicy Paris Photo nie brakuje. Wystawy czasowe w paryskich galeriach w rodzaju - zawsze coś. A dla sfocusowanych na fotografię - no jest jeszcze kilka równoległych imprez - kolekcjonerskich, targowych, książkowych itd. Wiadomo, że wieczorem się jest się na Polycopies, czyli na barce Concorde (i nabrzeżu, bo targi "trochę" się rozrosły). 


To co, widzimy się na święcie niepodległości w Grand Palais? 



niedziela, 26 lipca 2026

Ukryte koszty robienia zdjęć.

 

Christopher Morris. Kadr z filmu dokumentalnego „Igrając z diabłem” autorstwa Piotra Małeckiego i Maćka Nabrdalika / fot. Piotr Małecki & Maciek Nabrdalik 


"Igrając z diabłem" / "Tickling the devil" to film dokumentalny o fotoreporterze specjalizującym się w fotografowaniu konfliktów, Christopherze Morrisie, w reżyserii Piotra Małeckiego i Maćka Nabrdalika. Niespełna 1,5 godziny. W czerni i bieli. Film przepiękny i straszny. 

Oglądamy człowieka, który po 30 latach dla magazynu "Time", po sfotografowaniu 28 wojen - mieszka z rodziną w Tampie. Poznajemy jego żonę, obydwoje opowiadają o wielkiej miłości. Spotykamy ich córki oraz matkę głównego bohatera. Zwykłe amerykańskie życie. Jedziemy z Morrisem na temat, jesteśmy na demonstracji, którą akurat fotografuje. Poznajemy go i to kim jest z jego własnych słów. On opowiada. Czasem żonie, czasem córkom. No a czasem, głównie - nam. Ale to te wszystkie drobne rzeczy, które się po prostu dzieją w filmie wzmagają napięcie, poczucie, że coś jest bardzo nie tak. Dlaczego on jest ciągle w kapturze, czapce? Czemu mówi do dziewczynek o sobie "wasz ojciec"? Czemu zaczyna czynność, a potem nagle wychodzi z kadru? Jak z obieraniem jajka. A nade wszystko, to co mówi, to jak mówi, i jak często emocje biorą górę. Wszystkie dane i fakty, jakie powinniśmy mieć, żeby zrozumieć jego sytuację padają w filmie: tyle wojen, kilkukrotna próba odejścia od fotografowania konfliktów, fotografowanie polityki, pandemia, strach, PTSD. Właściwie film się niemal zaczyna tym PTSD, w pierwszej telefonicznej rozmowie pada. Z humorem. Na lekko. 

To nie jest opowieść od narodzin. Nie wspomina kolegów ze szkoły, nie opowiada o dzieciństwie. Nie ma chronologii, ważnych wydarzeń z życia. Nie, to niespełna półtorej godziny z życia codziennego Morrisa. Co kluczowe, patrzymy na niego oczami dwóch fotografów, reżyserów tego filmu. Te kadry filmowe są fotograficzne bardzo, mocne punkty, pewna wrażliwość. To widać, że za kamerą są fotografowie. Żeby tylko to. Totalnie kluczowa jest ich znajomość - z bohaterem ale i z zawodem, o którym ten film opowiada. Zarówno Małecki jak i Nabrdalik to fotografowie prasowi, dziennikarze, dokumentaliści, czasem także fotoreporterzy. Maciek Nabrdalik należy do Agencji VII, którą współzakładał Christopher Morris. W sumie nawet nie jestem teraz pewna, czy w ogóle "Seven" pada w jakimkolwiek momencie filmu. To by był doskonały argument, do tego co usiłuję napisać. Bohater amerykański, ale jego biografia - a raczej obraz filmowy opowiedziany zupełnie nie-po-amerykańsku. Po biografię trzeba pójść do internetów. Tutaj mamy postać, bohatera. Z krwi i kości, słów i łez. 

Morris dostaje z redakcji do swojego domu własne archiwum zdjęć. Trzeba je przejrzeć i zdigitalizować. Wiadomo, że tam są materiały ważne - nie tylko wygrywające konkursy (lista jest w samej czołówce, x World Press Photo, x POYI, x Perpignan...). Ważne, bo pokazujące zbrodnie wojenne. Bo to są gotowe materiały dla oskarżycieli. Bo są tam historie ludzi wobec konfliktów. Bo to również dzieło życia jednego człowieka. Spuścizna. Niebywała i abstrakcyjnie wręcz niemożliwa do zrozumienia. Nic dziwnego, że córki nie wydają się zbyt zachwycone jak "wasz ojciec" odda wam je całe. 


Christopher Morris. Kadr z filmu dokumentalnego „Igrając z diabłem” autorstwa Piotra Małeckiego i Maćka Nabrdalika / fot. Piotr Małecki & Maciek Nabrdalik 



Największe wrażenie zrobiła na mnie chyba kolejność wypowiadanych zdań. Sposób przedstawiania bohatera. Jakie informacje dostajemy, żeby sobie powoli budować tę postać. Ok jest fotografem, ale na ekranie bardzo długo nie ma jego zdjęć. Są historie wokół. Jest film, który kręciła jego żona w Mogadiszu, który wspólnie komentują. To może i jest trochę opowieść o miłości, ale i ich pracy. I o dokumentach. Zatem najpierw poznajemy jego wrażliwość - także na obraz - o to jest świetne ujęcie, to jest dobry kadr! Zdjęcia Morrisa będą pod koniec. Krótki slideshow. Bez captions, bez podpisów. I właśnie to, co dzieje się w tym filmie po pokazie zdjęć - mnie wciska w fotel. 

Nagle wszystkie te drobne rzeczy stają się zrozumiałe. Wszystkie decyzje reżyserów - absolutnie jasne: pozbawienie kolorów, sposób filmowania, płytka głębia ostrości, przedłużone zdjęcia (nie mam pojęcia jak się to fachowo nazywa). I to spojrzenie głównego bohatera w kamerę. Dopiero wtedy. 

Morris mówi to, co już gdzieś widziałam, słyszałam, czytałam. Opowiada o ogromnym ciężarze jaki nagromadził przez te 28 wojen. On ma nie tylko zdjęcia. Zdjęcia wywołują wrażenie na oglądających, a gdy patrzy na nie autor - nagle czuje zapach tych miejsc, panującą wówczas temperaturę, wszystkie sytuacje wokół samego kadru. Mówi o tym bardzo prosto. I o tym, na czym polega jego praca po latach - trzeba wrócić do obrazów, edytować je. Spędzić z nimi czas. 

Ma też odpowiedzialność. Wobec tych obrazów. Wobec tych historii. Nie ma z kim o tym porozmawiać, obgadać, wyrzucić z siebie. Newsy dawno są historią. Nikogo to nie interesuje. Z rodziną przecież nie porozmawia. Dziewczynki, nastolatki, zaraz dorosłe, przecież to nie jest opowieść dla nich. Żona towarzyszyła mu czasem w pracy, ale ile historii można na co dzień sobie powtarzać. No i jeszcze, rodzinę lepiej chronić przed tym. Mówi więc to nam. Mówi reżyserom i mówi wprost do kamery. 

Znam to z książek "13 wojen i jedna" oraz "Fotografie, które nie zmieniły świata" Krzysztofa Millera. Oczywiście inaczej. Nie wszystko chyba tak wprost. Ale nagle, to stało się tak bardzo czytelne. 

I myślę o wszystkich fotografach i fotografkach, którzy zamiast nas patrzą na syf tego świata. Kompletnie nieważne stają się ich motywy - czy to po prostu praca, czy to chęć zdobycia punktów w karierze, czy uzależnienie od adrenaliny itd. Tak jak u Morrisa, wszystkiego po trochę, co nie pozwalało przestać. Zresztą czy się to robi latami czy wystarczył raz. Syf jest syfem, a odporność bywa różna. Za to chyba najbardziej jestem wdzięczna za ten film. Coś układa w głowie, mam nadzieję, że szerzej. Że o tym rozmawiamy. O kosztach bycia reporterem, o kosztach zrobienia znakomitych zdjęć. O kosztach obcowania z tymi zdjęciami. 

Film został obsypany nagrodami na Krakowskim Festiwalu Filmowym, teraz zaś trzymamy kciuki za start za oceanem. Gdybyście mieli okazję zobaczyć ten film, nie ma się co wahać. Tym bardziej, jeśli byłoby spotkanie z reżyserami. Nie namawiam, nie zachęcam. Mówię, że to jest absolutnie must-see, lektura obowiązkowa. 



Montaż: Ilona Urbańska-Grzyb i Irek Grzyb
Produkcja: Short Docs Media
Producenci: Piotr Malecki, Asia Tatko, Iwona Harris
Koprodukcja: Telewizja Polska, Lollipop Films
Współfinansowanie: by Polski Instytut Sztuki Filmowej

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Pierwsza solówka!

 


W Służewskim, czyli na ten rok w Fotograficznym Domu Kultury rusza właśnie nabór do konkursu "Pierwsza solówka". Od razu z tytułu wiadomo, chodzi o debiut, pierwszą wystawę. 

Półtora miesiąca na zgłoszenia, wystawa już w październiku - więc to rzeczywiście propozycja dla tych - którzy nie tylko nie mieli poważnej indywidualnej wystawy, ale mają materiał gotowy do pokazania. Nagroda to 10tys PLN, które mogą się przydać do produkcji wystawy. Informacje o regulaminach, formularzach, itp na dole. Tymczasem opowieść. 

Konkurs "Pierwsza solówka" zaczął się jako pomysł półtora roku temu. Tytuł wymyśliła Kasia Zdrodowska, fotografka, i najwyraźniej niedoceniona copyrajterka. A wziął się właściwie od Bartka. 



Bartek Molga sam przyszedł do SDKu z pytaniem, czy się nie przyda. Publikujący fotograf, świetny w studio, do tego utalentowany fotoedytor związany na przestrzeni lat z takimi tytułami jak:„Newsweek”, „Gazeta Wyborcza”, „Dziennik Polska Świat” czy „Rzeczpospolita”. Jasne, że się przydał! I tak przez lata, których nazbierało się 9, prowadził warsztaty z fotoedycji (sam ale i w wersji z Tymonem Markowskim) i warsztaty fotografii studyjnej. Brał udział w projekcie "Perfect Photofestival" i bez jego logistycznych skillsów, ten projekt by chyba się nie wydarzył. Sfotografował cały zespół SDKu i ciągle posługujemy się tymi zdjęciami  Przede wszystkim był charyzmatycznym edukatorem, potrafił opowiadać, inspirować, uczyć. 

<- Bartek Molga, fot. Katarzyna Zdrodowska



Któregoś razu, zadał mi pytanie, czy bym może nie obejrzała jego zdjęć, takich jego własnych, bez zlecenia, bo ma taką serię i może by to można było pokazać? W końcu lipca 2024 w SDKu otworzył swoją debiutancką wystawę. Pierwszą solówkę. W wieku 45 lat. Po setkach publikacji, po istnieniu na tak zwanym rynku przez lata, dekady. Ale wystawa była pierwsza. Dopiero. "Reflection" - kilka zdjęć Bartka z tej serii: 






Więcej o wystawie Bartka: „Reflection” / wystawa fotografii Bartka Molgi - Służewski Dom Kultury

Minęliśmy się wtedy. Wakacyjnie. I tak będąc gdzieś w Czechach, odebrałam telefon i kilka wiadomości. Że wow, co w tym SDKu się zdarzyło. Jedną opinię szczególnie pamiętam: "gdzieś ty chowała ten talent?!?! Ma gość 45 lat i dopiero teraz pokazuje takie cuda?!" Odpowiedziałam, że sam się chował, nie zabiegał o wystawy. Czyli debiut z sukcesem. Wystawa trwała krótko. Dwa tygodnie z haczykiem. Odłożyliśmy jego zdjęcia na zapleczu, powiesiliśmy coś innego. 

Bartek zmarł nagle 9 września. Zostawił wyrwę, mówiąc skrótowo. Chwilę później narodził się pomysł na konkurs. Jego imienia, żeby go uhonorować, żeby mieć okazję przypomnieć jego świetne zdjęcia, żeby też jego nieśmiałość do pokazywania własnej pracy jakoś...przepracować. Nigdy nie jest za późno na debiut. 

Więc nurkujcie do archiwów, jeśli jeszcze nie mieliście wystawy. Od tego jest też dom kultury, żeby wejść w ten świat i środowisko na miękko. Zwycięzca/zwyciężczyni będzie pracować z kuratorką, konkretnie ze mną nad tym jak zdjęcia najlepiej pokazać. Napiszemy tekst, zaplanujemy, zamontujemy, wesprzemy promocję. Duży mały krok, bo po prostu musisz się zgłosić. 

Info o konkursie tutaj: „Pierwsza solówka” – nabór do konkursu im. Bartka Molgi na organizację wystawy - Służewski Dom Kultury

Tam formularz zgłoszeniowy, informacje o tym, co poza formularzem trzeba wysłać i gdzie. Regulamin. Sylwetki jurorów - bez błyszczących sław fotografii, za to przyjaciele i współpracownicy Bartka, my: Kasia Zdrodowska, Zby Kordys, Tomek Kubaczyk i ja. 

Jakich projektów szukamy? Fotograficznych. Tylko tyle. No i raczej na ukończeniu, w gotowości, bo jednak do wystawy nie zostało dużo czasu. Tyle, żeby na spokojnie wyprodukować wydruki, oprawić, nie na tyle, żeby iść i robić zdjęcia. 

Do zobaczenia, mam nadzieję, w zgłoszeniach. 




Projekt „Fotograficzny Dom Kultury” realizowany w 2026 roku dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.