niedziela, 8 września 2013

Andrzej Kramarz / rozmowa

O projekcie Andrzeja Kramrza "Promised Land" pisaliśmy z Marcinem w końcu stycznia 2013 nawołując do wsparcia. W lutym przeprowadziłam rozmowę z Andrzejem o założeniach projektu, o tym - czy jeszcze do niego powróci, co dalej z tymi zdjęciami się stanie i czego dowiedział się o Stanach i o sobie w drodze. 



Joanna Kinowska: „Ziemia obiecana” to twój najnowszy i niestety przerwany projekt o Stanach Zjednoczonych. Połączyłeś kilka mitów, legend, marzeń i pojechałeś robić zdjęcia… Jaka jest Ameryka?

Andrzej Kramarz: Przede wszystkim jest to bardziej rodzaj eksperymentu realizowany oczami emigranta w Ameryce niż projekt o niej samej. Jeszcze nie wiem, czy przerwany, bo wracam na Hawaje i będę kontynuował podróż. Ameryka to bardzo patriotyczny kraj. To, co zrobiłem w „Promised Land”, Amerykanom się nie spodoba. Często na moich zdjęciach jest ona krajem nieładu, nad którym nikt nie panuje z powodu olbrzymiej przestrzeni, choć sieć dróg jest nieprawdopodobnie rozwinięta.
Kolejną specyfiką Ameryki jest emigracja. Nie znam kraju, który jest bardziej na niej zbudowany. Przez dziesiątki lat emigrowali tu ludzie z całej Europy, Azji i Afryki. Należy też pamiętać o spuściźnie niewolnictwa. W Galicji, skąd pochodzę, ale jak sądzę nie tylko tam, do niedawna jeszcze panował wręcz kult Ameryki. Kiedyś, pracując dla Tygodnika Powszechnego, przyglądałem się jednej wiosce w okolicach Nowego Targu. O ile dobrze dzisiaj pamiętam, na 117 domów 80, w większości murowanych i potężnych, stało pustych, ponieważ ich właściciele mieszkali w Stanach. Bodajże w „Dworze” Isaaka Signera jeden z bohaterów opowiadał o Ameryce nieprawdopodobne historie. I choć przez długi czas z przyjacielem ironicznie żartowaliśmy, że tam to nawet drzewa są okrągłe, naprawdę uważam, że to bardzo fascynujące miejsce. Moja emigracja nie jest typowa. Nigdy nie musiałem mieszkać w tak zwanym „bejsmencie”, słuchać polonijnych historii. Uczę fotografii w college’u, mieszkam na Hawajach. Ja chciałem, a nie musiałem się ruszać z miejsca. Miałem też ochotę sprawdzić, czy mogę żyć z tego, co umiem robić najlepiej, czyli fotografowania.

Joanna Kinowska: Skąd wziąłeś taki pomysł, jak wyglądały przygotowania do podróży?

Andrzej Kramarz: Projekt wymyśliłem w 2010 roku. Wtedy przeniosłem się na Hawaje, ale podróż przez USA miałem w głowie jeszcze przed przeprowadzką, trochę jako wyjście awaryjne na wypadek, gdyby mi się nie spodobało życie wyspiarskie, ponieważ poczucie izolacji na wyspie jest niemałe. Szybko jednak dostałem pracę, potem zamieszkałem w lesie, w domu serbskiego gitarzysty wykładającego przez cały niemal rok w akademii muzycznej w Szwajcarii… Trochę poczułem się jak pan na emeryturze. Taki stan nie sprzyjał mi zbytnio, mimo iż często myślę o sobie, że w idealnych warunkach najchętniej wylegiwałbym się niczym ciepłolubny gad na plaży. W gruncie rzeczy jednak lubię się zmagać z nowymi rzeczami. Jednocześnie chciałem się upewnić, że Hawaje to „moje miejsce”, chociaż dobrze wiedziałem to, nim ruszyłem w trasę w 2012 roku…


Joanna Kinowska: Zostawmy motywy, bo właściwie każdy jest dobry, by ruszyć. Jaki miałeś plan?

Andrzej Kramarz: Otwarty! Przejechać przez wszystkie stany, poza Alaską. Znajomi pytali, czemu ruszam akurat ruszam z Kansas City. Większość po prostu wyobrażała sobie, że taka podróż powinna się zacząć w Nowym Jorku, Los Angeles czy San Francisco. Tym bardziej zaczęło mi się podobać, że wyruszam „znikąd”. Myślę, że podróż zawsze zaczyna się z miejsc pozornie mało znaczących (nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że tak naprawdę ta zaczęła się w Dębicy i Hilo). Ruszyłem z Kansas City z prozaicznych powodów. Mam w tym mieście dobrego przyjaciela, który w dodatku zna się na samochodach, a jak wiadomo wóz, który ma przejechać tyle tysięcy mil oraz pełnić funkcję domu przez dziesięć miesięcy, musi być niezawodny… Nie mogłem w tej materii polegać na sobie. Więc początkowy plan sam się ułożył. A dla wielbicieli książkowych historii mogę zawsze powiedzieć, że Dorotka z pieskiem Toto – bohaterowie „Czarnoksiężnika z krainy Oz” – też zaczynali w Kansas City!
Kiedy ruszałem, miałem kilka punktów orientacyjnych na tym otwartym planie. Wiedziałem, że muszę pojechać do Olympii (stan Waszyngton, Północny Zachód USA, okolice Seattle), bo tam miałem zaplanowany wykład w Evergreen College. Niesamowite miejsce założone w latach 60. z eksperymentalnym i niekonwencjonalnym programem. No to jadę: z Kansas City, czyli stanu Missouri, przez stan Kansas, Kolorado, Arizonę, Nevadę, Kalifornię, cudownym wybrzeżem Oregonu i stanu Waszyngton do Seattle. Początkowo podążałem szlakiem wytyczonym przez pionierów, Lewisa i Clarka. Wyobrażałem sobie, że w tych mniej zaludnionych okolicach rzeki Missouri widzę podobny pejzaż co oni, kiedy konno przemierzali te zupełnie wówczas dzikie tereny i puste przestrzenie. Jednak już w Denver w Kolorado okazało się, że jest zbyt zimno, że nie da się tak funkcjonować, przynajmniej jak się jest ciepłolubnym typem. Przecież spałem w samochodzie! Więc zmieniłem plan, zadzwoniłem do Olympii, wspominając o okolicznościach, i ruszyłem z Denver na południe, by dogrzać kości.
Czemu akurat znalazłem się później w Teksasie? Uwielbiam film „Paryż, Teksas” Wima Wendersa, który widziałem chyba w ‘94 lub ‘95 roku. Chciałem przejechać się po dokładnie takim Teksasie. Po bezdrożach, pustkowiach, małych mieścinkach, po peryferiach wszystkiego, po zadupiach. Jedynym dużym miastem, które odwiedziłem, było Houston. Chciałem zajrzeć tylko do Photography Center, no i mnie pokarało. Przy próbie wyjazdu na autostradę rozbiłem samochód. Tak więc moją podróż kształtowała raczej rzeczywistość, a nie ścisły plan.
Musiałem się też poruszać zgodnie z trwałością baterii we wszystkich potrzebnych mi sprzętach. Miałem się utrzymywać z fotografii, więc czasem trzeba było nadrobić zaległości w drukowaniu i wysyłce zdjęć. Tak trafiłem na przykład do znajomego w Las Vegas. Już wtedy zauważyłem, że nie utrzymuję się ze sprzedaży zdjęć na poziomie potrzebnym do przetrwania. Liczyłem się z tym, że trzeba będzie podróż zmodyfikować, że nie zrealizuję planu w całości. Jeśli tak, powiedziałem sobie, to przejadę stany, w których jeszcze nigdy nie byłem, a które zawsze chciałem poznać: Missisipi, Alabamę, Karolinę, Tennessee. Blues i „czarna” Ameryka. Przeliczyłem budżet i wyszło, że wystarczy jeszcze tylko na Missisipi i Alabamę. A potem zobaczę, co się wydarzy. Jakieś 200 km przed Missisipi miałem ten wypadek.




Joanna Kinowska: Obejrzałeś filmowy Teksas, a co z innymi słynnymi miejscami?

Andrzej Kramarz: Oczywiście pojechałem do Kanionu. Dech zapiera. A nie zrobisz tam zdjęcia, które ci zaprze dech. Miesiące i lata spędzili inni, by złowić jakieś monumentalne kadry. A ty przyjedziesz na dzień, na chwilę, staniesz tam gdzie wszyscy turyści – i co, zrobisz zdjęcie? Oczywiście, że zawsze i wszędzie można zrobić interesujące fotografie, lecz dla mnie to był raczej rodzaj przeżycia, a nie temat. Leżałem więc na głazach i czasem pstryknąłem coś telefonem. Dojechałem nad Rio Grande. Usiadłem nad rzeką, a tak naprawdę nad jakimś strasznym bajorem z mętną wodą. Miałem w głowie krajobraz z czarno-białych kowbojskich filmów, czytanych w dzieciństwie „Tomków na wojennych ścieżkach”, „Winnetou” Karola Maya (notabene podobno on nigdy nie był w Ameryce i niewielu tam o nim słyszało), robionych pod wpływem starszego brata pióropuszy z piór barbarzyńsko skalpowanych indyków sąsiada. Rzeczywista rzeka obala te mity. Mity, który jakimś cudem dzwonią ci cały czas w uszach i nawet nie masz czasu w dorosłym życiu, aby je sobie w głowie przepracować, zanim się z nimi zetkniesz.
Wcześniej byłem w Nowym Jorku, Los Angeles, Miami, Seattle czy San Francisco. Tym razem chciałem zobaczyć podszewkę Ameryki, a nie produkt uszyty z hollywodzkiego kina, liftingu czy wspaniałej charakteryzacji. Chciałem zobaczyć te miejsca, gdzie normalnie nie poniosą cię oczy gdy masz trzy tygodnie urlopu, przy czym warto pamiętać, że sam Teksas jest dwukrotnie większy niż terytorium Polski.

Joanna Kinowska: Co po podróży? Masz tysiące zdjęć, notatki…

Andrzej Kramarz: Praca nad projektem o Morzu Czarnym nauczyła mnie, że robienie notatek to coś, czego bardzo potrzebuję. Teraz też powstają, nie śmiem tego nazywać dziennikiem. Szlifuję lekko tekst i czekam.
Docelowo ma powstać książka: „cegła”, tysiąc stron, cieniuteńki papier. Przy czym nie chcę budować sobie obrazu Ameryki na podstawie tego, co do tej pory widziałem. Tak więc, jeśli podróż nie może trwać, książka też musi poczekać. W 1996 roku byłem w USA po raz pierwszy. Do dziś, po wielu wyjazdach i kilku latach życia tutaj, moje pierwsze wrażenie przetrwało: wszystko jest gigantyczne – od pejzażu po kubek kawy. Na pierwszym miejscu zawsze rzuca się w oczy wielkość, a później jakość.
Jak wspomniałem wcześniej, nie próbuję definiować Ameryki czy ogarniać jej charakteru. Nie ruszyłem w trasę, aby powiedzieć, jaka ona jest. Ta podróż (jeśli to właściwe słowo) jest raczej rodzajem doświadczania „mojej Ameryki”.



Joanna Kinowska: W twoich zdjęciach tym razem prawie wcale nie ma ludzi, ale jest mnóstwo przestrzeni…

Andrzej Kramarz: W moich zdjęciach od jakiegoś czasu ludzie nie pojawiają się w sposób bezpośredni. Nie interesuje mnie fotografowanie przypadkowych osób na ulicy według zasady, która miałaby wyłącznie budować formę obrazu lub podążać za błędnym wyobrażeniem, że taka forma z człowiekiem nadaje dynamikę zdjęciom. Osobiście wolę rozmawiać i poznawać ludzi, a wtedy raczej nie robię zdjęć. Jeśli już, są one bardzo prywatne. Dodatkowo przestrzeń jako taka i nasza relacja z nią mnie fascynuje. Mam mnóstwo kadrów, w których jest tylko niebo i ziemia.
Nic się specjalnie na nich nie dzieje. Po prostu wyrażają przestrzeń, która, jeśli nie przeraża, to przynajmniej budzi szacunek. Nie mam takiego poczucia w Europie, bo nawet jeśli znajdę się gdzieś, gdzie niczego nie ma, to wiem, że idąc dalej, niebawem spotkam człowieka lub jakiś znak cywilizacji. Podróżując przez Stany, nie da się nie myśleć o pionierach, o ich niepojętym, bez względu na pobudki, parciu w kierunku horyzontu przez te pustkowia pełne dzikich zwierząt i broniących swoich ziem rdzennych Amerykanów. Innym skojarzeniem może być kadr z filmu „Fargo” braci Cohen. Jakaś mała mieścina lub środek „niczego”, gdzieś tam pośród drzew stoi sobie dom. Taka historia z filmu może dziać się właśnie na jednym z moich zdjęć. Tego rodzaju odwołania uruchamiają moją wyobraźnię. Wyobrażam sobie na przykład człowieka, który od dzieciństwa spogląda w dal i jedyne, czego chce, to wyrwać się stamtąd. Albo że jest tak szczęśliwy, że nie miał nawet potrzeby zobaczenia porządnego miasta. Pozorna zwykłość, obok której banalnie przejeżdżasz samochodem. Jadąc z El Paso do Ozony, przez około 150 kilometrów nie widziałem ani jednego domu… Niemal zupełnie nie było śladu ludzkiej ręki (poza niezwykle prostym i sprawiającym wrażenie niekończącego się asfaltowym sznurkiem). Wtedy osiągasz swoisty stan medytacji i ta wydawałoby się pusta przestrzeń zagęszcza się znakami: dostrzegasz jakąś oponę, jakiś słup… Co ten cholerny słup robi na tym odludziu?

Joanna Kinowska: Przypomina mi się Jacek Hugo Bader w łaziku na Syberii…

Andrzej Kramarz: Z pewnością są analogie, przynajmniej co do zasady. Wiedziałem, że muszę się zaopatrzyć w przyciemniane szyby, bo spanie w samochodzie w USA jest nielegalne. Jak zorganizować łóżko, kiedy w wozie masz tysiąc rzeczy? Wymyśliłem plastikowe kontenery z pokrywami, do których wrzuciłem wszystko. Na to chciałem położyć sklejkę i spać, ale ta sklejka znalazła się dokładnie na wysokości szyb, więc pomysł natychmiast upadł. Przygotowałem się logistycznie, wiedziałem, gdzie mogę spać, ładować baterie. Jednym z takich miejsc są parkingi dla TIRów, które mają złą sławę, co akurat kompletnie nie miało dla mnie znaczenia, lecz one znajdują się przy autostradach. Ja poruszam się po zwykłych, podrzędnych drogach, które zazwyczaj są równoległe do autostrad i często od nich odległe. Na nich możesz zapomnieć o nawigacji GPS i zasięgu telefonu, więc odszukanie wyznaczonych miejsc jest utrudnione. Ładowanie baterii najlepiej wychodziło w McDonaldzie, ale to zależy od stanu; w Kalifornii pousuwano wszystkie gniazdka albo pozakładano na nie maleńkie kłódeczki.
Gdy tylko ruszyłem, znajomi dopytywali się o zdjęcia i radzili, bym częściej wrzucał coś na stronę. Udzielali mnóstwa „dobrych rad” związanych z tak zwanym marketingiem. Ja w tym czasie poszukiwałem taniego sposobu na prysznic, ponieważ od kilku dni myłem się wilgotnymi chusteczkami w toaletach. Doświadczenie zdobyte podczas rowerowych wypraw po Europie Wschodniej pomagało mi bardzo.

Joanna Kinowska: Kiedy słyszymy, że fotograf jedzie przez Stany, gdzieś z tyłu głowy zawsze się wychyli Robert Frank….

Andrzej Kramarz: Niepotrzebnie. Zresztą lista fotografów, którzy przemierzyli Amerykę lub podróżowali po niej w jakiś sposób, jest bardzo długa. Tutaj nie jest to niczym oryginalnym. W ogóle nie skupiam się na podobnych inspiracjach, co oczywiście nie oznacza, że praca tych wszystkich artystów nie liczy się dla mnie! Czasem zdarza się o nich pomyśleć, jednak tylko wtedy, kiedy staram się unikać znanych już obrazów. Ale i w tym przypadku raczej nie myślałem o Franku. Mając już pewne doświadczenie, jeszcze większym niż dotąd szacunkiem darzę Walkera Evanasa ze względu na jego pieczołowitość oraz pewnego rodzaju nienasycenie obrazem, a także różnorodność. W Polsce przy takich okazjach faktycznie najpierw pojawia się Robert Frank, Stephen Shore, William Eggleston czy Joel Meyerowitz, ale naprawdę można znaleźć dziesiątki nazwisk, jak choćby Zoe Strauss czy wnoszący, moim zdaniem, najwięcej świeżości do tematu, John Gossage. Deptanie ich śladami nie ma najmniejszego sensu, a ponadto poza fotografią istnieje znacznie więcej inspirujących rzeczy.





wszystkie zdjęcia: Andrzej Kramarz, z projektu "Promised Land" 2012-2013; dzięki uprzejmości autora

wywiad ukazał się w miesięczniku "FOTO" 03/2013 

linki:

strona autorska Andrzeja Kramarza

projekt "Promised Land"

1 komentarz:

  1. Super zdjęcia, kolarz z trasy najbardziej mi się podoba :)

    OdpowiedzUsuń