wtorek, 28 czerwca 2011

Festiwal na 10!

Levi van Veluw, Ballpoints, Spirals, FF2011, Out Of Mind / Thorsten Brinkmann, Portraits of a Serialsammler, Morris Bodymind, FF2011, Out Of Mind

Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam! I oklaski. To już 10 lat! Łódzki festiwal fotografii, pierwszy, który nieprzerwanie się trzyma. Zmieniał miejsce, formuły, sponsorów ale trzyma się dzielnie jeden zespół kierujący i trzyma się mocno miesiąca maja. Rok temu festiwale majowe zakończyły się plotką, że ponoć dogadały się i przejdą na biennalowy system i…nie trzeba będzie wybierać i kombinować jak w jednym tygodniu znaleźć się na dwu imprezach. Cóż, biennale nie widać, ale chociaż terminy tym razem ustalono. Maj rozpoczęła Łódź. Poniżej relacja, która ma ambicje być krótką i zwięzłą i oczywiście subiektywną. Zaznaczam, bo to spostrzeżenia po jednym dniu oglądania, a udało się aż/tylko 11 wystaw odwiedzić (zdecydowanie nie „zwiedzić”).

Gabor Kasza, Y, 02, FF2011, Out Of Life
Adam Jeppesen, Wake, NO Flam 11 09 03, FF2011, Out Of Life

Wystawa główna: dwuczęściowa. „Out of Life” i „Out of Mind”. Organizatorzy piszą: „W wystawie Out of Life proponujemy przyjrzeć się różnym formom wyrazu jako spojrzeniom, które wskazują nowe drogi i prowokują do zastanowienia się nad tym, jak inni postrzegają otaczający nas świat. Tylko oko, które dostrzega to, co inne i poszukuje alternatyw, gotowe jest na iluzję, oczarowanie i nieznane.” O drugiej zaś: „Wystawa Out of Mind to przegląd prac 13 fotografów, którzy w niezwykły sposób opowiadają o sytuacjach wyjątkowych. Poruszają tematy innowacyjności, obsesji i ekscentryczności.”
Zakładając, że każde spojrzenie może być wyjątkowe, „każdy jest artystą” itd… Wystawy dopełniały się dość ciekawie i ten podział może niekoniecznie czytelny był dla zwiedzającego. Kuratorów w sumie 3 (Celina Lunsford, Nina Kassianou, Krzysztof Candrowicz). Autorów w sumie 25. Nowe miejsce ekspozycji – Willa Grohmana na ulicy Tylnej. Obok w pawilonie nieodłączny GrandPrix (w tym roku pod tytułem „Out of Space”).
Miejsce idealne dla festiwalu, nie przerywa tradycji łódzkiej organizacji wystaw w przestrzeniach „przywróconych” i oddanych sztuce. W dodatku ogród, leżaki, piaskownica (!), gastronomia, ah!


Erwin Olaf, Dusk - The Mother, FF2011, Out Of Mind
„Oglądając tę wystawę, być może zmienicie sposób, w jaki na siebie patrzycie, ja tymczasem posłucham jak The Contenders zaśpiewają mi do ucha: “Lean on your mind, and rest your mouth a while” (Polegaj na umyśle, daj ustom odpocząć)” - Celina Lunsford, kurator „Out of Mind”

Program główny festiwalu to ciekawa – jak zwykle – ekspozycja, składająca się z „nowych” i „starych” autorów i prac. Międzynarodowo, z drobnym polskim akcentem w postaci Bownika (plus Agata Witkowska w Grand Prix). Całość zestawiona przyjemnie i miło.



widok wystawy z programu głównego, Willa Grohmana

Program towarzyszący na miarę możliwości łódzkich, ciągle wydaje się rosnących (Owoce i warzywa?!). Na festiwalowej mapie znalazło się 30 punktów – wystaw, pokazów i warsztatów. Miejsca konieczne to jak zawsze Atlas Sztuki, Galeria FF, Muzeum Kinematografii, Wschodnia, 87, itd.

Alexey Titarenko, untitled, from the series Time Standing Still, 1998, FF2011

Atlas Sztuki gościł wystawę monograficzną Alexeya Tintarenki. Fotografia (1986-2010) „Retrospektywa zawierająca fragmenty zaczerpnięte z najważniejszych prac Alexeya Titarenki: Nomenklatura of Signs (1986-1991), Miasto Cieni (1992-1994), Czarno-biała magia St. Petersburga (1995-1997), Czas zatrzymany (1998-2000) oraz wybrane elementy z serii poświęconych Wenecji (2001-2008) i Kubie (2003, 2006). Dwie nowe fotografie, powstałe podczas pobytu Alexeya w Łodzi w 2011 roku, stanowią świetne dopełnienie tej czarno-białej kolekcji.” Bardzo miłe oku prace, uniwersalne i ponadczasowe. Przede wszystkim przyjemne i senne. Długi czas naświetlania bardzo sprytnie użyty, bardziej w tonie dokumentu totalnego. Na szczęście daleko od nostalgii, poezji czy innej melancholii. Wystawy w Atlasie jak zawsze powieszone ślicznie, pani wita w drzwiach, tylko trochę może zbyt dużo tych prac. Może o tę Wenecję?

Energia czasu. Archiwum Dalkii. Energy of Time Dalkia Archive, 04, FF2011

Mój osobisty hit całego festiwalu! „Energia czasu. Archiwum Dalkii” w Centralnym Muzeum Włókiennictwa wystawa przygotowana przez Marka Domańskiego i  Martę Szymańską. „W archiwach firmy Dalkia zachował się niezwykły materiał – dokumentacja z rozbudowy i pracy łódzkiej elektrowni EC1, portrety grupowe jej pracowników oraz widoki Łodzi z początku zeszłego wieku. Obszerny zbiór szklanych negatywów (ok. 2000 sztuk) pochodzi z lat ok. 1922-1940. Autorem zdjęć jest łódzki fotograf W. Jekimenko.” Faktycznie zbiór znakomity. Prace odświeżone i powiększone starannie. Kadry potrzebujące skupienia i wnikliwości. Wymagające zachwytu! A jednak mamy swojego Eugene Smith’a, Todda Webba i Jacka Delano! Wiktor Jekimenko fotografował widoki ogólne i szczegóły, maszyny i ludzi. Mnóstwo tam smaczków i pięknych detali. Czasem czuje się jednak oddech zleceniodawcy w tych pracach, mało polotu i eksperymentu. Ale jakiż to dokument czasów i miejsc! Zdjęcia umieszczono wszystkie za szybami – niektóre naprzeciw pięknych okien, co zachęcało widzów do gimnastyki.  Wybrane kadry – 5 czy 6 zdjęć – powiększono i zrobiono z nich wydruki bilbordopodobne, które może jakoś organizowały przestrzeń galerii, lecz zabijały kompletnie „atmosferę”. Znowu miło i pięknie!

 widok wystawy "Energia czasu. Archiwum Dalkii" w Centralnym Muzeum Włókiennictwa

Andrzej Jerzy Lech, z cyklu Kalendarz szwajcarski, rok 1912, Hartford, Connecticut, 1989, FF2011
 widok wystawy "Andrzej J.Lech, Cytaty z jednej rzeczywistości. Fotografie z lat 1979-2010" w Galerii FF

W Galerii FF dwie wystawy: retrospektywa Andrzeja Jerzego Lecha i wspólne działanie Magdy Hueckel i georgii Krawiec.


Andrzej J. Lech Cytaty z jednej rzeczywistości. Fotografie z lat 1979-2010. Tekst wstępny, nota prasowa, teksty w katalogu podkreślają historyczną rolę autora: „Dokument fotograficzny w wersji zaproponowanej przez Lecha miał duży wpływ na kształtowanie się fotografii polskiej od lat 80. (tzw. „fotografia elementarna” i „szkoła jeleniogórska”)." Oczywiście, na samej wystawie jednak tych akcentów brakuje. Ekspozycja zajmuje dwa piętra, zdjęcie obok zdjęcia. Odbitki ładne. Przyjemny spacer. Kuratorzy (Magdalena Świątczak i Krzysztof Jurecki) nawołują jednak do skupienia: „W poetycki, a nawet zagadkowy, sposób ukazuje głównie intymny świat swych przeżyć. Bardzo ważną rolę w powstaniu jego obrazów fotograficznych pełni światło. Stało się ono nostalgicznym, a nawet dramatycznym, środkiem wyrazu, a także sposobem poszukiwania kategorii piękna o mistycznych podtekstach.” Prace świetne – jasne i czytelne, miłe oku i myśli. Autor znakomity, znany i nieprzeceniany. Czyli w sumie chyba nie potrzeba takich okrągłych zdań o roli światła w fotografii?

 Transgresje, georgia Krawiec, EXodus, Balsam I, 2007, FF2011 / widok wystawy w Galerii FF

Więcej wyjaśnień potrzebuje natomiast wystawa wspólna projektów Krawiec i Hueckel. Transgresje to wspólny projekt, na który składa się EXodus georgii Krawiec oraz Autoportrety obsesyjne Magdy Hueckel. Cykle opowiadają o doznaniach protagonistki, w którą wcielają się obie autorki. georgia Krawiec ukazuje nieznane obszary ludzkiego umysłu, a Magda Hueckel skupia się na rozpadzie ciała. Obie serie łączy motyw widma nieuniknionej śmierci, związanych z nią obsesji i lęków” - kuratorka  Magdalena Świątczak. W efekcie przestrzeń wystawy podzielona została na dwie części – w pierwszej króluje Krawiec – dosłownie zabierając każdy kawałek ściany – ten pod sufitem i ten przy podłodze i rozmieszczając swoje autoportrety. Druga część, za przepierzeniem, czyli za plecami instalacji georgii, to miejsce Magdy Hueckel, gdzie „blado” (jak tylko blado mogą wypaść prace w ‘low key’) wypadają rozmieszczone „po prostu” na ścianie prace. Zabrakło trochę myślenia o przestrzeni, ale to głównie efekt bycia ‘za’ znakomitą instalacją georgii.

Power, Zuza Krajewska and Bartek Wieczorek, Jarek, FF2011 / przerwa techniczna na dokumentowanie ekspozycji przez autorów

Przeniesienie centrum festiwalowego do Willi Grohmana osierociło trochę kompleks przy Tymienieckiego. Zostały tam: warsztaty oraz wystawa Zuzy Krajewskiej i Bartka Wieczorka, a kawał dalej podczas jeszcze wystawa zbiorowa „Young Fashion Photographers Now”. Kameralny pokaz tandemu Krajewska&Wieczorek nosił tytuł „Power”, autorzy wyjaśniali: Power jest wystawą przekrojową, nie pokazuje jednej zamkniętej serii, lecz nasze podejście do fotografii portretowej. Wystawa jest rodzajem instalacji foto-video, pokazuje różnorodne techniki, sposoby, pomysły, z których korzystaliśmy portretując ludzi znanych, anonimowych modeli i naszych przyjaciół.” W małej przestrzeni zmieszczono setki zdjęć. Zrobiło się bardzo rock’n’rollowo i młodzieżowo, faktycznie z „powerem“!

widok wystawy "Young Fashion Photographers Now"
Wystawa zbiorowa ‘young fashion photographers now’ (Monika Jelińska, Katarzyna Czarnecka, Marcin Kosakowski, Krzysztof Wyzynski, Magdalena Olek, Kamil Zacharski, Łukasz Brześkiewicz, Maciej Byczkowski, Beata Stańska, Michał Polak, Sylwia Gaczorek, Berta Cebrat), przyciągnęła mnie zdecydowanie tytułem. „Now” odniosłam błędnie do zdania raportu, podsumowania kondycji młodej polskiej fotografii modowej. Cóż, a organizator przecież pisał wyraźnie: „Dedykowana młodym fotografom mody wystawa zdjęć cieszy się niesłabnącym powodzeniem wśród gości odwiedzających polski Fashion Week. Towarzysząca tygodniowi mody impreza jest niepowtarzalną szansą dla debiutujących fotografów na pokazanie talentu i zaistnienie w świecie profesjonalistów. Założeniem Young Fashion Photographers NOW jest promocja młodych talentów i umożliwienie młodym zdolnym konfrontację własnej twórczości z dokonaniami utytułowanych kolegów. Dzięki Young Fashion Photographers NOW młodzi fotografowie mody mogą dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i zaistnieć na najbardziej prestiżowej imprezie modowej w Polsce.” Mam nadzieję, że się udało. Wystawa bowiem bardzo średnia. Prace o podobnym formacie, głównie pianki w pionie, co gorsza wisiały na tle białego tiulu (gazy czy innej  firanki?), który miał udawać ścianę lub artystycznie jakoś aranżować miejsce pofabryczne. Młodzieżowy zapał zniweczono przestrzenią, a świeżość ewentualnych pomysłów od razu przygnieciono jednolitą formą.

Tozsamosc fotografii, Paweł Kula, Przesilenie, 01, FF2011

Młodość kontra… profesor to chyba (?) temat wystawy „Tożsamość fotografii” w galerii Akademii Sztuk Pięknych. Kuratorem, organizatorem oraz jednym z autorów był Grzegorz Przyborek; wystawiali ponadto Ola Buczkowska, Maria Dmitruk, Paweł Kula, Dominika Sadowska, Grzegorz Przyborek. „Na wystawie Tożsamość fotografii prezentowanych artystów łączy jedna cecha – dbałość o obraz i jego formę. Ich fotografie niosą w sobie treści ukryte, symboliczne i wieloznaczne, podlegające interpretacji widza. Ich styl nie podlega żadnej panującej modzie. Każdy z nich prezentuje inny, własny sposób interpretowania świata, dzięki temu, że tożsamość fotografii opiera się na wolności i niekonwencjonalności tworzenia. (…) W wystawie biorą udział moi wychowankowie. Moja rola nauczyciela polegała głównie na inicjowaniu i rozwijaniu ich indywidualności artystycznej, co jest moją główną ideą kształcenia w uczelniach artystycznych.”
Pomysł zestawienia profesora ze studentami to oczywiście nic nowego. Tego rodzaju wystawy albo pochwalają naśladownictwo albo podkreślają niezależność twórczą. Tutaj zwyciężyła co prawda druga opcja, jednak osoba profesora stał się punktem wyjścia, przejścia i dojścia. Profesor wyjaśniał swoją rolę: „Moja obecność jako jednego z wystawiających artystów nie polega na konfrontacji z nimi. Czas, który nas dzieli z racji wieku, nie jest przeszkodą czy barierą, lecz łącznikiem idei sztuki ponad czasem. Nie było moim zamiarem także tworzenie wrażenia kontynuacji czy podobieństw wychowanków z moją twórczością. Bywa, że mistrz woli być uczniem a uczniowie stają się mistrzami. Stawiam nacisk na bogactwo postaw i różnorodność wspólnoty, gdyż każdy z nas odbiera i przeżywa sztukę inaczej.” Prace znakomite i niekoniecznie miłe oku. Lecz zdecydowanie zabrakło spojrzenia z poza pracowni, poza uwikłaniem mistrz-uczeń, jakkolwiek próbowano się dystansować od konfrontacji, organizator z zewnątrz mógłby coś jeszcze pewnie poruszyć.



widok wystawy Zofii Rydet, zbliżenie na pracę z cyklu "Suita Śląska"

Na koniec przeglądu, creme de la creme: Zofia Rydet. To powinien być jej rok, szkoda, że Ministerstwo jeszcze nie rozpoznaje w środowisku artystycznym – mam na myśli sztuk wizualnych – pretendentów do nazywania kolejnych lat ich jubileuszami. W stulecie urodzin zorganizowano (jak dotąd) już trzy wystawy Rydet (Asymetria, Art New Media).



O ekspozycji „Łuk realizmu. Zofia Rydet 1911-1997 – w stulecie urodzin” kuratorzy (Andrzej Różycki i Karol Jóźwiak) piszą: „Budując wystawę na napięciu łączącym dwa najważniejsze etapy twórcze Zofii Rydet, dwa wielkie realizmy – nad-realizm fotomontażu i czysty realizm Zapisu socjologicznego – staraliśmy się przedstawić pewną jedność tematyczną, która góruje nad zmiennością wyborów formalnych.” Wyszło niestety mało spektakularnie. Prace zostały wciśnięte w dwie salki w głębi Muzeum Kinematografii. Samo dotarcie do nich było przygodą, na szczęście – wartą każdego Zachodu! Pokazano bowiem różne kolaże i fotomontaże Rydet – z cykli „Fantomy”, „Zagłada” oraz znakomite ze „Suity Śląskiej”. Szczególnie „Suita Śląska” wykonana na przełomie lat 1980 i 90tych zachwyca z bliska. Nie sposób wręcz oglądać ich poprzez reprodukcje (i tak świetne w katalogu z Łodzi 99), gdyż prace te mają swoją głębię i fakturę. Kto widział ten wiedział, ale poza retrospektywną wystawą w Muzeum Sztuki w Łodzi w 1999 roku nie było dotąd okazji w XXI wieku by te prace obejrzeć.

widok wystawy Zofii Rydet, zbliżenie na pracę z cyklu "Suita Śląska"

Koniec końców – przyjemnie i miło. Znakomite nazwiska i prace, świetne znalezisko i trochę „średniej” pomiędzy. Bardzo przyjemne spacery i wrażenie – niestety – ciągłego nieskoordynowania działań programu głównego z towarzyszącym. Zaleta lub wada festiwalu, zależy jak patrzeć. Z punktu widzenia dość przyziemnego, czyli przyjezdnego widza, dotarcie do punktów na mapie w ciągu jednego dnia okazało się niemożliwe. Wybory zaś, co obejrzeć lub pominąć nie zależały od woli zwiedzającego, lecz godzin dostępności galerii i czasu trwania wystaw. Na szczęście jest katalog, jak zwykle zawierający wszystko, będący zachętą do kolejnego i spokojnego oglądania festiwalu, co prawda z reprodukcji – ale bez obawy o tempo zwiedzania.

środa, 8 czerwca 2011

inside/outside Filipa Ćwika





wystawa czynna do 10 lipca, więcej szczegółów na stronie galerii Apteka Sztuki
więcej obrazków i coś do poczytania w Fotopolis

sobota, 4 czerwca 2011

jaka piękna katastrofa!

autor nieznany [niemiecki żołnierz],1941 Kowel, zbiory prywatne; rep.jk
Jaka piękna katastrofa! Zawalone wieża ciśnieniowa i most stalowy. Na obydwu zdjęciach ludzie, którzy pozują niczym burmistrzowie przecinający wstęgi. Nie otwierają jednak tych zdobyczy cywilizacji, tylko dokumentują i poświadczają swoją obecnością zniszczenia. Żołnierze są jeszcze jakoś zrozumiali, jakoś to można wyjaśnić. Pewnie to ich dzieło. Ale ta grupa cywilów, dobrze ubranych ludzi - co oni na tym móście nam mówią? Szukam dalej powodów i przykładów na fotografowanie się przy zgliszczach i ruinach. Wyobrażacie sobie takie foto przy 'Supersamie' albo 'Stadionie X-lecia' lub budynek Ciechu? Nie idzie oczywiście o twórcze wykorzystanie zmiany pejzażu, interwencjęartysty, tylko taką pamiątkę do albumu...

autor nieznany, [Rosja], pocz. XXw., zbiory prywatne; rep.jk


Temat "pięknej katastrofy" kojarzy mi się ponadto ze swoistą klęską urodzaju czyli nadmiarem imprez o charakterze fotograficznym i około w maju i czerwcu. Póki co brak rezencji, omówień czy relacji, gdyż ciągle uczestniczymy. Brak jeszcze mocy na przelanie wrażeń.

wtorek, 31 maja 2011

lewczyński. oczyszczenie

Jerzy Lewczyński, z cyklu Negatywy, 1975

z niekłamaną przyjemnością donoszę, że w Gliwicach dzieje się, dzieje się fotograficznie i to coraz lepiej się dzieje...

Już w ten piątek będziemy mieli wyjątkową okazję uczestniczenia w święcie fotografii jaką niewątpliwie jest wystawa nestora polskiej fotografii w jego mateczniku. Ta przekrojowa wystawa powstała z fotografii wybranych przez Wojciecha Nowickiego będzie też okazją do spotkania z autorem coraz rzadziej pojawiającym się publicznie.
Warto może zaznaczyć, że jest to pierwsza (sic!) indywidualna wystawa Jerzego Lewczyńskiego w Gliwicach, współzałożyciela i ikony Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego, spiritus movens niemal wszystkich ważniejszych wydarzeń fotograficznych w naszym mieście na przestrzeni ostatniego półwiecza.

fot. Jerzy Lewczyński, XXX

Mimo, że nie wiem jakiego doboru wykonano i jak skonstruowano wystawę, wiem jednak, że nie można przegapić tej wystawy, zapraszam serdecznie do Gliwic.


fot. Jerzy Lewczyński, 251. Syphilis rupiformis. Nékám


kurator: Wojciech Nowicki | czytelnia sztuki | dolnych wałów 8a | gliwice | wernisaż 3 czerwca 2011 r., godz. 18.00 | tel. 691 33 90 64
wystawa otwarta do 3 września 2011 r. |



fot. Jerzy Lewczyński, Portret Zdzisława Beksińskiego, 1979

piątek, 27 maja 2011

różne wizje streeta.

O tym czym jest streetphotography, jak bardzo jej daleko czy blisko do fotografii ulicznej, jak ją nazywać i czy można mówić "strit" - to tematy, które w Miejscu fotografii już się pojawiały [książka, definicje]. Znacznie szerzej tematyką zajmuje się Snaps.pl.Wracamy zatem do tematu, nie po raz ostatni. Jest okazja. Po raz kolejny odbył się w Polsce konkurs pod hasłem fotografii ulicznej [galeria prac]. Jest zdecydowanie lepiej niż ostatnio, ale też brakuje serii, projektów czy wręcz wyzwań i pomysłów niesztampowych, wykraczających poza i tak szeroką definicję. Mamy tam zatem mnóstwo zdjęć z ulicy. Po prostu ulicy - latarnie, teatry, przechodnie.
Stąd propozycja alternatywnego choć trochę pokazu, "innego strita" w Miejscu fotografii. W podobnym czasie zgłosili się do nas autorzy zdjęć "ulicznych": Dariusz Majgier i Michał Napartowicz. Prezentujemy je poniżej - raczej w ramach "inbox" - czyli z komentarzem autorskim, bez naszej już analizy.
Prezentację "trochę innych stritów" otwiera zaś seria zdjęć Magdy Galas, pokazywanych podczas Fotofestiwalu w Łodzi (materiał prasowy festiwalu). Korzystając z funkcji "google street view" przetwarza i dodaje obraz od siebie. Warto podkreślić, projekt "Google Street View" Michaela Wolfa otwiera publikację "Streetphotography Now!", jest też pierwszym artystycznym projektem na tej aplikacji. Oczywiście podobnych przetworzeń jest teraz wiele..., np. jeden, drugi, i tak dalej, ale warto też zauważyć szaloną popularność śledzenia w całkiem innych okolicznościach, kompletnie abstrahujących od fotograficznego czy artystycznego przekazu [sam google podpowiada "goosle street view funny" albo edytorski zestaw: "10 niesamowitych momentów zarejestrowanych przez GSV".





Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu, Magda Galas, Google street view, 60x146


Dariusz Majgier, Portrety Uliczne Nieznajomych
Dariusz Majgier, Portrety Uliczne Nieznajomych. Pytam o pozwolenie i w ciągu kilku sekund wykonuję portrety osób spotykanych na ulicy. Migawki z życia ludzi, pochodzących z różnych miast, z całego świata, zbiór fotografii o charakterze dokumentalnym - wyjaśnia autor.








Michał Napartowicz strona

blogspot w gliwicach



Z największą przyjemnością informuję o otwarciu nowej wystawy w Fabryce Drutu w Gliwicach. Wystawa Blogspot wpisuje się w tradycyjną już akcję Halo!gen - spotkania młodej zazwyczaj nieco off-streamowej sztuki wszelkich dziedzin, o fotografii właśnie, muzyki, kina itp.
Blogspot to autorski wybór fotografii (ponad 350! a więc jest to potężna dawka dobrej i bardzo ciekawie pokazanej fotografii) prezentowanej na osobistych blogach przez grupę młodych ale często już uznanych fotografów. Wśród nich znajdziemy Rafała Milacha, Barta Pogodę, Michała Łuczaka, a całość zestawiła Maga Sokalska, co dla mnie osobiście jest kolejnym powodem do radości.
Maga wybrała twórców, których często ad hoc wykonywane i niemal natychmiastowo publikowane w blogach zdjęcia pokazują prawdziwy a nie kreowany obraz ich życia, życia rejestrowanego przez aparat "tu i teraz". Kluczem do wystawy jest autentyczność przekazu. Całość składa się, w moim odbiorze, w arcyciekawy, szczery obraz młodej generacji właśnie wchodzącej w "prawdziwe" życie.

fot. Anna Bajorek


Oto co o wystawie mówi kuratorka Maga Sokalska:

Potrzeba notatnika, pamiętnika, dziennika, miejsca komunikacji - oto najczęstsze odpowiedzi na pytanie o przyczynę prowadzenia bloga fotograficznego. Na pierwszy rzut oka odpowiedź sensowna, dobre porównanie. Rzeczywiście jak w notatniku, a nie w składnym tekście - artykule, książce czy wypracowaniu, wybaczone są: nieregularność, przypadkowość, żart, niechlujstwo, brak, naiwność, "zbyt piękne", brzydkie.. Wszystko to “broni się”, bo koncepcja luźnej prywatnej wypowiedzi jest tak naprawdę sprawą wyłączną autora. Do tej pory jednak  takie właśnie rzeczy jak notes, pamiętnik, dziennik klasyfikowaliśmy jako prywatne, intymne.  Służyły nam jako zapiski do prac dalszych, a jeśli do publikacji to po gruntownej weryfikacji - zarówno przez nas samych czy wydawcę, jak i w dużej mierze przez czas. Więc dlaczego teraz autorzy dzielą się tym publicznie - w internecie, w tempie niemal natychmiastowym? Dlaczego sam “zapis” następuje właściwie na oczach odbiorcy?

fot. Michał Łuczak

Na wystawie Blogspot prezentuję fragmenty dziesięciu fotoblogów, których autorzy na codzień zajmują się fotografią. A ważny jest ich bardziej profesjonalny związek z fotografią ponieważ w pewien sposób zaznacza ich wizualną świadomość.  W swojej pracy czy też w autorskich seriach pokazywanych w galeryjnym świecie sztuki  przykładają dużą uwagę do jakości obrazu, spójności prezentacji oraz do jej zrozumiałości. Natomiast w przypadku bloga fotograficznego wielu z tych autorów pozwala sobie na masę niedopowiedzeń, bardzo często na eksperyment - zarówno wizualny jak i treściowy. Nie raz zdarza się, że tylko tutył  “wpisu”  lub zwięzły opis naprowadzają nas na miejsce i sytuacje, w których fotografie zostały zrobione. Bez nich oglądający często trafia na zagadkę, której rozwiązaniem są właściwie tylko jego wrażenia i emocje jako widza.

fot. Rafał Milach

Niezaprzeczalnie blog jest miejscem, tablicą, punktem gdzie ich autor opowiada o sobie samym - często w bardzo subiektywny sposób,  dopuszcza nas do swojego świata i dzieli się doświadczeniem, ale dozuje nam te historie... kadrem, ilością zdjęć,  i wreszcie czasem oczekiwania na kolejny post.
Ta wystawa nie daje gotowych odpowiedzi. Ma być bardziej pytaniem o zjawisko, które wraz z intensywnym rozwojem świata wirtualnego rozwinęło się w ciągu ostatnich kilkunastu lat, o nową formę, która wykorzystywana jest przez jej użytkowników w co raz bardziej świadomy sposób.

Polecam gorąco.

Autorzy: Anna Bajorek, Karol Grygoruk, Marcin Grabowiecki, Monika Kotecka / Kama Rokicka, Rafał Milach, Marcin Morawicki, Michał Łuczak, Bart Pogoda, Silvia Sencekova, Karolina Zajączkowska

Wernisaż dzisiaj (27.05.11) o 18:00 do 19 czerwca o 18:30
Stara Fabryka Drutu
Dubois 22
Gliwice


poniedziałek, 16 maja 2011

ważne, ważniejsze, najważniejsze

Yevgeni Khaldei, Zatknięcie flagi na Reichstagu, Berlin, 1945 © Yevgeni Khaldei  / materiał prasowy Atlas Gallery

Ważne zdjęcia - to ciekawa kategoria. Każdy ma swoje własne, nawet często nie zdając sobie sprawy. Wśród ważnych zdjęć mamy z pewnością wizerunki bliskich ale i szczególne momenty historii ogólnej. Te ważne zdjęcia możemy posiadać na wyłączność lub współdzielić w zbiorowej pamięci. Każda wystawa "ważnych zdjęć" jest zwykle szalenie interesująca i budzi mnóstwo zastrzeżeń. Zestawy "najważniejsze zdjęcia" dnia, tygodnia, dekady, stulecia czy z podziałem na kategorie, narodowości, geografię nigdy nie zaspokajają. Każdy oglądający ma inne wyobrażenie o najciekawszych fotografiach.

Temat ikoniczności zdjęć, ledwie zaczęliśmy w Miejscu fotografii - od lektury "No Caption Needed" Roberta Hariman i John Louis Lucaites. W londyńskiej Atlas Gallery można do 28 maja podziwiać selekcję najciekawszych zdjęć "naszych czasów". Wśród autorów - same sławy: Eddie Adams, Robert Capa, Alfred Eisenstaedt, Josef Koudelka, Don McCullin, James Nachtwey, Mark Power, Eliott Erwitt, Eugene Smith, Leonard Freed,  a także - czy przede wszystkim same znakomite zdjęcia, autorów - przysłowiowej "jednej piosenki" jak Alberto Korda czy Abraham Zapruder.
"Momenty naszych czasów" w podtytule  "Fotografie, które definiują nowoczesną historię" to wystawa "hitów", obrazów, które wszyscy dobrze znamy. Jest portret che Guevary, zatknięcie flagi na Reichstagu, D-Day, "Przypadkowy Napalm" itd. Znajduje się tu pewien zbiór prawdopodobnie-ikon - zdjęć, któe wystarczy opisać opatrzonemu odbiorcy kultury, by ten wobraził sobie i przypomniał kompozycję. Znacznie trudniej wówczas przypomnieć sobie konkretne wydarzenie i jego datę, nie mówiąc o genezie czy skutkach czy nazwisku autora.
Ikoniczne zdjęcia charakteryzuje jeszcze jeden drobiazg - historie, które nawarstwiają się wokół samej fotografii, motywu czy sposobu utrwalenia obrazu. Mówiąc o "D-day" ze zdjęć Capy często wyjaśniamy, że to był jedyny fotograf w tym miejscu, że ocalało tylko 11 kadrów. Wspominając ujęcie Ewgenija Khaldei'a wszyscy "pamiętamy" o zegarkach wyretuszowanych z ręki żołnierza, czasem także fakt, że zdjęcie upozowano wedle wydarzenia z dnia poprzedniego. Każde ikoniczne zdjęcia ma taką właśnie swoją drugą historię. Każde ważne zdjęcie. Czyż przeglądając album rodzinny nie wyjaśniamy podobnie - kto, co i dlaczego?
Joe Rosenthal, Marines z 28 Pułku z 5 Dywizji zatykają amerykańską flagę na szczycie góry Suribachi, Iwo Jima, 1945 ©AP / materiał prasowy Atlas Gallery

Eddie Adams, Street Execution of a Viet Cong Prisoner, Saigon, 1968 © AP / materiał prasowy Atlas Gallery

Odcisk buta Aldrin'a, Apollo 11, 1969 ©Michael Light / materiał prasowy Atlas Gallery

Ikoniczność zdjęcia zależy również od tego jak jest dobre oraz jak często zaatakuje nasze oczy. Można śmiało powiedzieć, że oficjalne portrety Bolesława Bieruta czy analogicznie portret Aleksandra Łukaszenki to zdjęcia-ikony. Mało kto pamięta czy wie, któ je wykonał, wszyscy zaś wiążemy z nimi jakieś wspomnienia, oczywiście - ikoniczne fotografie nie muszą być miłe oku i pamięci. Zdjęcia szeroko omawiane i dyskutowane mają też większą szansę się zapamiętać. Tak było chociażby z fotografią Thomasa Hoepkera.


 Thomas Hoepker, 11 września 2001, New York © Thomas Hoepker/ Magnum Photos / materiał prasowy Atlas Gallery
Przeglądom "dorobku" roku sprzyja głównie jego schyłek, w końcu grudnia zatem wszystkie agencje fotograficzne i gazety przygotowują własne zestawienia. Celuje w tym w Polsce Agencja Gazeta - wydając rok w rok albumy, kalendarze czy wreszcie organizując wystawy objazdowe. Jest też jeden zbieg okoliczności, związany z przeglądem ważnych fotografii - do końca tygodnia na Skwerze Hoovera w Warszawie kolejni fotografowie Gazety Wyborczej prezentują swoje najlepsze zdjęcia (wyboru dokonali Dominique Roynette i Piotr Wójcik - kuratorzy wystawy z Zachęty "Ludzie, przemiany, wydarzenia. 20 lat fotografii Gazety Wyborczej oraz zeszłorocznej wystawy "Czas, ludzie, wydarzenia"). Odbyło się już spotkanie z Krzysztofem Millerem i Adamem Golcem. Jutro gościć będzie Kuba Atys [poniżej zdjęcie - zwycięzca w kategorii Sport w konkursie Grand Press Photo 2011], dalej Sławomir Kamiński i Wojciech Olkuśnik (środa, 18 maja), Renata Dąbrowska i Damian Kramski (czwartek, 19 maja) oraz Bartłomiej Barczyk (piątek, 20 maja). A za "chwilę" (wszystkie spotkania o 21) Michał Mutor, do zobaczenia.



Kuba Atys, Oslo. Pokonana Justyna Kowalczyk i zwycięska Norweżka Marit Bjoergen na mecie biegu na 10 km podczas mistrzostw świata w biegach narciarskich. 28 lutego 2011 © Agencja Gazeta

Krzysztof Miller, Czeczenia © Agencja Gazeta



środa, 11 maja 2011

Twoja religia? jestem fotografem!


Chauvel Patrick, Reporter wojenny, tłum. Melech Wiktoria, Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2005
Autor: Patrick Chauvel. Reporter wojenny. Obywatel Francji urodzony w 1949 roku. Pochodził z rodziny dziennikarzy i dyplomatów. Człowiek, który fotografował konflikty w ciągu ponad 35 lat. Trudno właściwie streszczać w kilku zdaniach kim jest, skoro przekazuje czytelnikowi swoje wspomnienia spisane na kilkuset stronach.

Biografia Chauvela napisana jest w brawurowym tempie, barwnym językiem ze znakomitymi szczegółami. Jest w niej ból i zniecierpliwienie, ciekawość i kurz, huk wystrzałów i łoskot deszczu w dżungli. Są też emocje, pragnienia, wątpliwości. Można się zagubić co prawda w czasie historycznym, ilości żon, dzieci i szefów samego autora, lecz pełno jest scen tak namacalnych, filmowych, w których autor odsłania kulisy powstawania zdjęć oraz trud informowania o wydarzeniach.

Przedmowa: Pierre Schoendoerffer, czyli francuski reżyser, autor „Pożegnania króla”, przyjaciel rodziny Chauvel’ów. W dużej mierze to dzięki niemu Patrick zainteresował się dziennikarstwem, a szczególnie tą częścią reportażu.

Wydanie – szata graficzna i opisy zdjęć – sprawia wrażenie dobrej prozy sensacyjnej z pogranicza faktów. Podkreśla to jeszcze slogan umieszczony na ostatniej stronie okładki: Patrick Chauvel, fotoreporter, świadek ciemnej strony historii…

Zdjęcia/na okładce: 33 sztuki plus jedno z okładki. Większość kolorowych. Kilka archiwalnych, na których jest sam autor. Takie zdjęcie jest też na okładce, niestety opisane jedynie „archiwum autora”. Z tekstu jednak domyślać się można, że na fotografii widnieje waśnie Chauvel, ranny w Kambodży w 1974 roku, prawdopodobnie zdjęcie wykonał Al Rockoff. [niestety w książce funkcjonujący jako „Rokoff” i tak bez wyraźnego autorstwa; postać Rockoff’a odzwierciedlona została w filmie „Pola śmierci”, zagrana przez Johna Malkovicha]. Zdjęcia wydają się pełnić rolę czysto ilustracyjną, nie mają opisów, nie wiadomo kto je de facto zrobił, kiedy, gdzie?

Grupa docelowa: każdy miłośnik reportażu zarówno fotograficznego jak i literackiego oraz, a może przede wszystkim każdy marzący o karierze fotografa wojennego. Każdy, kto używa aparatu fotograficznego by przekazać wieści o świecie, może coś zmienić za pomocą zdjęć, każdy rewolucjonista i wreszcie każdy kto lubi sensację historyczną jako gatunek literacki.
Marzący o karierze fotografa wojennego, o ile ktoś taki jest, powinien tę lekturę przerobić bardzo skrupulatnie. Chauvel bowiem nie jest postacią wybitną, nie zaliczamy go do wielkiej historii fotografii. Sam nie uważa się za bohatera ani rewolucjonistę. Stąd wynikają pewna trudność: na próżno szukać potwierdzenia faktów opisanych przez autora. Jesteśmy ciągle na zapleczu konfliktów, nawet jeśli jesteśmy na froncie, w pierwszej linii ostrzałów, w ważnych historycznych chwilach – i tak nie znamy tych zdjęć. Te wydarzenia zapisały się w pamięci innymi kadrami, akurat nie Chauvela. Relacjonować to wszystko? Dla kogo? W jakim celu? Udaje mi się niekiedy zrobić dobre zdjęcia jak innym, trzeba się tylko dobrze skoncentrować. Jednak zdjęcie zbyt dobre nie jest zwykłym odbiciem rzeczywistości, fotograf wkłada w nie zbyt wiele własnej inwencji /s.95/.

W książce znajdziemy w równej mierze zachętę co przestrogę, pochwałę i przekleństwo zawodu fotoreportera. Oglądając zdjęcia bodaj najwybitniejszego a z pewnością najbardziej rozpoznawalnego fotografa wojennego na świecie Jamesa Nachtwaya (czy chociaż film o nim) oczywiście przy całym obrzydzeniu i trwodze, ma się jednak ochotę zmienić tryb życia, iść i dokumentować, robić zdjęcia i tym samym zmieniać świat, a przynajmniej zwracać oczy ludzi na problemy i konflikty. Chauvel daleki jest od takiej postawy. Swoją pracę traktuje jak uzależnienie ale i jako zawód. To robi, bo to umie. Zna się na tym i to lubi. Robi zdjęcia i… nie zarabia, nie wydaje albumów, nie ma wystaw, rzadko publikuje, jego życie rodzinne jest w nieustannej ruinie a sam żyje z chwili na chwilę, w ryzyku, w strachu, w drodze. Co więcej Chauvel odsłania swoje myśli i wątpliwości, problemy z życiem codziennym w warunkach wielkomiejskiego spokoju. Okazuje się, że nie ma tu miejsca na bohaterstwo, że wojny, które widział odcisnęły się głęboko w nim samym.

- Your religion?

- I am photographer. /s.36/

Chauvel z lekkością i bez złudzeń podejmuje tematy ważne dla fotoreportażu: etyka, bezstronność, dostęp do informacji, przygotowanie psychiczne. Dziennikarstwo to wariacki zawód, a czasem wręcz robi z człowieka wariata. (…) Przez tydzień po powrocie dziwnie się czuję. Śpię na podłodze, bo nie mogę zasnąć w łóżku /s. 202/. W wielu miejscach zadziwia, w innych przeraża, czasem opowiada żarty. Chauvel odsłania czasem ponurą praktykę, by nie rzec rutynę swojego zawodu. Autor miał wiele szczęścia, może nie w swojej karierze fotograficznej, ale na pewno w całym swoim życiu – omijały go różne pociski, miny i zasadzki, niebezpieczeństwa i nieporozumienia, wszystkie te fascynujące historie znajdziecie właśnie w jego autobiografii.
- Co pan wiezie?

- Wojny, morderstwa… Może nawet kilka przykładów korupcji w policji.

- Proszę wysiąść z wozu. /s.143/

sobota, 7 maja 2011

wernisaż "Fado das Sextas"

Joanna otworzyła ostatnio malutkie pudełko z nazwą "chwalimy się", poczułem się wobec tego zachęcony do podzielenia się na łamach Miejsca Fotografii moją radością z powodu dzisiejszego wernisażu mojej wystawy "Fado das Sextas".





"Fado das Sextas" jest pierwszym publicznie pokazanym efektem mojego wielomiesięcznego pobytu w portugalskich górach prowincji Beira. Odkryłem tam dla siebie istniejący od lat nieznany i zamknięty świat fado vadio, świat nocnych spotkań miłośników prawdziwego (jak mówią) fado, spotkań w zadymionych tascach, czasami niezbyt legalnych (pozbawionych koncesji) małych dziuplach, gdzie króluje śpiew na żywo i guitarra portuguesa, miejsca w których nazwiska Marizy czy Dulce Pontes wywołują nieco pobłażliwy uśmiech.



Otwarcie wystawy, połączone z koncertem fado na żywo oraz prezentacją multimedialną  z oryginalnymi nagraniami z fotografowanego miejsca, dzisiaj w Galerii "A Cadeira de Van Gogh" w Porto, Rua do Morgado de Mateus, 41 - niedaleko FBAUP - Metro Campo 24 de Agosto. Początek o 21.30, wszystkich goszczących dzisiaj w Porto zapraszam serdecznie.





Nieco skromniejsza wersja wystawy zostanie niebawem pokazana w Gliwicach podczas Nocy Galerii.