wtorek, 6 stycznia 2026

Znowu Hidden mother i inne historie

 


Przyszły "nowe" zdjęcia. Coś, co najpierw było na ekranie, jako skany, teraz zmaterializowało się w rękach. Bo przecież chodzi o oryginały. O dotknięcie i obejrzenie. No a właśnie, skoro obejrzenie, to znowu skaner. Bo na skanach widać więcej. 

Motyw "Hidden mother" mogłam widzieć raz, a raz podejrzewać. A jednak 100% trafienia! W jednym widać rękę wyraźnie, w drugim to mogła być plama na powierzchni zdjęcia, albo jakieś odbarwienie, a na szczęście jest guzikiem. Więc dwie "schowane matki". Tak się ten motyw nazywa i kropka. Wbrew trochę logice czy prawdopodobieństwu. 

Najczęściej widać tylko kawalątek postaci kobiecej. Bo to zawsze jest kobieta. (Poprawcie mnie jeśli znacie przykład z mężczyzną?) A to suknia zdradza, a to kawałek mankietu, czasem widać rękę. Zdarza się, że widać kawałek głowy, jakby zniecierpliwionej i zaciekawionej. Kobieta jest po to w zdjęciu - czy raczej poza zdjęciem - żeby trzymać dziecko nieruchomo do fotografii. Szczególnie malutkie, niesamodzielne. No w sumie, pełni funkcję mebla. Narzędzia. W żadnym jednak wypadku tła, ma jej nie być. Stąd uporczywe próby chowania i stąd nazwa motywu.

No a czy to matka? Pełno jest portretów rodzinnych, kiedy to rodzice trzymają dziecko. Okazują. Badań nie robiłam, statystyki nie prowadzę, wydaje mi się zaś, że zarówno panie jak i panowie te dzieci trzymają. Nic nadzwyczajnego się tu nie zdarza. Czemu zatem kobietę trzymającą dziecko tak bezpardonowo się wyrzuca ze zdjęcia? I tu oczywiście mnóstwo pytań i domysłów. 

O motywie trochę pisałam, omg, ile lat temu (?!), bo temat fascynujący i ciągle zagadkowy. Owszem - opracowany nawet. 

miejsce fotografii: schować matkę!

miejsce fotografii: Schowana matka / książka

miejsce fotografii: akuku! /schować matkę (cd)

Skoro mamy już to, to może i zdjęcia. 

Gabriel Blaise, Portret dziecka z motywem 'Hidden mother', Tours / z kolekcji JK

Nieznany autor, Portret dziecka z motywem 'Hidden mother' / z kolekcji JK



Radość oczywiście ogromna, że powiększa się zasób przykładów. Własnych przykładów. Radość radością, a pytania się mnożą. A stąd ścieżki prowadzą dwie. Zacznę od pierwszej. Od zdjęcia z anonimowego zakładu. Ten pomarańczowy wręcz kartonik. W internetach tego nie widać, na reprodukcjach słabo wychodzi. Ale ten owal, proszę mi wierzyć, jest wypukły. To oznacza, że rewers jest wklęsły. Awers jeszcze polakierowany, dokładnie w obrysie owalu. Pewnie opcja "na bogato". Bo też różne zakłady miały różne możliwości, różne także mody panowały. Kartoniki można było dodatkowo dekorować. A to brzegi, a to kolor, pazłotka, i inne. Mógł być lakier, mógł być wykrój na tymże kartoniku różny. Nie trafiłam wcześniej, albo się nad tym nie zastanawiałam w szczegółach wcześniej. Grunt, że ten lakier i ta wypukłość, tak wyraźnie poprowadzona - wzbudziła zainteresowanie. 
Zaraz obok, w zupełnie losowo wybranym zestawie zdjęć, znalazłam jeszcze dwa przykłady takiego lakieru. A jeden - mimo różnicy w kształcie - podobnie wypukły. 
G. Hotz, Portret dziecka stojącego na krześle, Rouen / z kolekcji JK

W obydwu tych wypadkach ta wypukłość jest znaczna. Mamy kartonik i na nim naklejone zdjęcie. Gruby papier. I kartonik. I to razem jest wyciśnięte i bardzo wyraźne. Lakier w tym drugim ujęciu został położony nierówno (widać czarną kreskę w prawym górnym rogu). Może to i motyw częsty, a ja nie byłam go świadoma. Może celował w nim akurat zakład pana Hotz'a z Rouen? A wtedy może mam autora zdjęcia wcześniejszego? Nie dowiem się nigdy. 
Tymczasem sprawdzam, co tam świat wie o G. Hotz'u. Sam zostawił adres na pieczęci, może niespecjalnie wszystko czytelne, ale wystarczające. 56 Rue Joanna d'Arc w Rouen. Cudownie, że można popatrzeć od razu jak to dziś wygląda w mapach. Śladu nie ma po zakładzie fotograficznym. 

W internecie zaś ślad po fotografie Hotz'u jest i to potrójny. Louis (ur 1848 w Toulon, zm. 1888),  Nicolas Georges (ur. 1861 w Toulon; nie wiadomo kiedy zmarł) i Georges Maurice Charles (ur. 1884 w Rouen; zm. 1953). Zacznijmy od najstarszego - Louisa - który z cała pewnością nie jest autorem. Miał swój zakład w Toulon a potem w Marsylii. Za to okazuje się, to on nauczył młodszego brata fachu  - czyli Nicolasa Georges'a. Ten miał kilka zakładów, ale Rouen i dokładny adres zgadzają się z pieczątką. Co więcej, nieczytelność pieczątki przestaje być kłopotem - jest tam w pierwszym wierszu napisane: wielki fotograf paryski (Grande Photographe Parisienne) - jak mówią internety. Do niego wrócimy jeszcze. Tymczasem syn jego - Georges Maurice Charles - też został fotografem, podpisywał się jednak "M. Hotz", mimo pierwszego imienia. 
Autor zdjęcia, fotograf z Rouen, ale także z Toulon, a potem również z Chambery, Corbeil i w końcu z Paryża. Czemu on taki "paryski" był od początku? Może większe słowo robiło robotę jak o "niemieckiej chemii"? Ale co w tym Paryżu, internety mówią?! Data jego zejścia nie jest znana, lecz jeszcze wyraźny i głośny ślad zostawia właśnie w Paryżu w 1927 roku kiedy się żeni po raz wtóry, oraz w 1929 kiedy wdaje się w morderstwo. Sześdziesięcioletni fotograf swoją czwartą żonę znajduje poprzez anons w gazecie. Po dwóch miesiącach od spotkania, biorą ślub. Wdowa Thomasson najwyraźniej majętna sprawia, że Hotz rozleniwia się zupełnie i porzuca fotografię, zamyka zakład i odtąd żyje z utrzymania żony. Tej przestaje się to podobać już po dwóch latach i wnosi o rozwód. W trakcie awantury rodzinnej Georges strzela do "niebawem rozwódki". Żona umiera chwilę później w szpitalu. Wdowiec zostaje ujęty, a następnie skazany - ze względu na łagodzące okoliczności - tylko na dwa lata więzienia. Na doniesieniach prasowych z procesu w styczniu 1930 roku ślad Georgesa się urywa. 
Gdzie też można zabrnąć oglądając stare zdjęcia dzieci? Tymczasem zastanawiam się, czy na którymś z nich nie ma przypadkiem syna fotografa? 

A wracając do schowanej matki. Teraz druga ścieżka myśli. I jeszcze jedno zdjęcie. 
Nieznany autor, Portret kobiety z dzieckiem / z kolekcji JK

Tu znowu żadnych danych. Ani kto robił, ani skąd. No tyle, że z Francji, o czym mówi uniwersalny wzorek na rewersie. Całość mówi, że to przełom wieku, pewnie tuż przed wielką wojną. Nie był to żaden słynny zakład, bo miałby spersonalizowany wzór kartonika. Żaden też słynny zakład nie wypuściłby takiej fuszery?! Bo widać koniec tła. Bo dziecko poruszone. Bo takich ujęć, żeby krzesło tak było widoczne, raczej unikano. Albo jest to ujęcie w rodzaju - to się wytnie. No i z tej perspektywy wszystko jasne. No, bo jak ta kobieta trzyma to dziecko? Jakby usiłowała wyjść z tego kadru, odsunąć się daleko. Jeśli sobie skadrujemy ten obrazek do samego dziecka - voila, mamy cudny, choć poruszony, portret niemowlaka. Ani śladu wtedy matki, czy trzymaczki. Rozwiązanie może biedne, ale pomysłowe. Nie ma studia słynnego, nie ma specjalnych mebelków w wersji dziecięcej, żeby się niemowlaki same trzymały. Trzeba sobie radzić. Ale już najlepsza jest ta mowa ciała kobiety. Odseparowująca się, zero kontaktu, tylko potrzymać w miarę nieruchomo. 
Pytań nigdy za wiele, więc dodam sobie jeszcze: czy ona jest w ogóle spokrewniona z tym dzieckiem? Czy fotograf nie mógł dać jej na kolana choćby prześcieradła, żeby łatwiej było potem wycinać? A gdyby to jednak była rodzina...

No i właśnie dlatego uwielbiam się gapić na stare zdjęcia. 














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz