Od końca listopada można w Netflixie obejrzeć film dokumentalny w reżyserii Bao Nguyen film "The Stringer: The Man Who Took The Photo". Za całym pomysłem, procesem i produkcją stoi VII Photo i Gary Knight.
W skrócie to dokument ze śledztwa wokół jednego z najbardziej znanych zdjęć w historii fotografii, ikonicznego (z całą ciężkością i merytoryką idącą za tym słowem). O tym jak powstało i kto zrobił zdjęcie "The Terror of War" (Terror wojny) albo znacznie bardziej nośny tytuł: "Napalm Girl" czyli "Dziewczynki poparzonej napalmem" w Trang Bang w Wietnamie w dniu 8 czerwca 1972 roku.
Samo zdjęcie budziło mnóstwo kontrowersji, ukazuje w końcu nagą 9latkę. Dyskutowano zatem o etyce - odnośnie wykonania, pokazywania, a w ostatnich latach (jeszcze przed dyskusją o autorstwie) o filtrach dzisiejszych przeglądarek. Dlatego też nie wklejam tu zdjęcia, o którym mamy mówić. Stopklatka z filmu, który przedstawia model całej sytuacji wykonania fotografii wystarczy, żeby sobie przypomnieć kadr.
Autorem zdjęcia wg agencji Associated Press (AP) był Nick Ut, wietnamski współpracownik agencji, zatrudniony przez nią na miejscu - czyli "staff". W internecie i książkach - w publikacjach do 2025 roku - nie było co do tego wątpliwości. Znajdziemy mnóstwo zdjęć Nicka trzymającego "swoją" fotografię, Nicka razem z bohaterką fotografii - Kim Phuc, mnóstwo też nagród, medali, eksponatów muzealnych, wspomnień, wywiadów. Cała kariera Nicka oparta jest właściwie na tym jednym zdjęciu, na zasadzie zespołu z jednym przebojem. Fajnie, że całe życie coś robisz, ale opowiedz jeszcze raz o tym zdjęciu.
Stringer - to nazwa środowiskowa, to "wolny strzelec". To określenie dziennikarza współpracującego z konkretną redakcją czy agencją. Nie ma etatu, nie ma ubezpieczenia. Przynosi materiał. Dostaje za te materiały zapłatę jednorazową. Dziś byśmy powiedzieli - totalna śmieciówka. W redakcji odnotowują, który negatyw przyniósł który stringer. Następnego lub kolejnego dnia, stringer może odebrać odbitki ze swojego negatywu. Może, nie musi. Negatyw zostaje w redakcji.
Rok 1972 - w Trang Bang powstaje zdjęcie. Trafia do Agencji AP. Szef biura - Horst Faas - mówi, że to zdjęcie Nicka Ut. Na miejscu byli inni dziennikarze, z innych agencji, były ekipy telewizyjne. Sporo ludzi. Szefa biura tam nie było. Dziś już nie żyje. Nie ma też śladu po księgach i spisach negatywów, które trafiły tamtego dnia do agencji. Zostaje tylko pamięć.
Wróćmy do filmu. Premierę miał w końcówce stycznia 2025 podczas festiwalu Sundance i od tego momentu środowisko fotoreporterskie rozpadło się na pół. Takie nie-do-końca policzalne, takie metaforyczne pół. Linia podziału nie przebiega w sposób znany z każdej wcześniejszej rewolucji - że stare i nowe, że awangarda wypiera wcześniejsze. Nie przebiega też wedle przekonania czy zebranej dokumentacji. Przebiega wedle strefy interesów wokół oskarżonej agencji AP, pewnego rodzaju przekonania i wiary, a w końcu lojalności i fanatyzmu. I to bez konieczności oglądania filmu.
Zobaczmy jak to wygląda środowiskowo, dlaczego w ogóle powstał film, oraz czy to jest pozycja dla zwykłych ludzi, dla masowego odbiorcy platformy streamingowej.
Reżyser podąża za prowadzącym śledztwo Garym Knightem, który postanawia zgłębić i sprawdzić wspomnienie fotoedytora Carla Robinsona. Zostaje więc w filmie odegrana scena z redakcji Associated Press - moment znalezienia zdjęcia, moment autorytarnej atrybucji przez szefa biura na rzecz fotografa tej agencji - Nicka Ut. Każde pytanie jakie pojawia się w głowie oglądającego, jakby padło głośno - zostaje wypowiedziane na ekranie - i sprawdzone, odpowiedziane. Dlaczego dopiero teraz o tym rozmawiamy? Czemu nikt wcześniej nie powiedział, że może być wątpliwość co do autora? Kto zrobił to zdjęcie? Jakie mamy na to dowody?
Momentem zupełnie przełomowym w tym filmie jest zatrudnienie zewnętrznej agencji detektywistycznej do odpowiedzi na pytanie - kto zrobił zdjęcie. Sama analiza dostępnego materiału - innych fotografów, rejestracji filmowych. Samo to. Bez żadnych "pamiętam jak to było". Nie. Tylko zdjęcia, mapa, filmy. Stworzenie modelu całej sytuacji i analiza w czasie. Ile metrów, ile sekund, jaki obiektyw. I krok po kroku - "najprawdopodobniej".
Język. Bo to jest mistrzostwo świata w grzeczności, poprawności, inkluzywności na każdym poziomie. Nie ma tu żadnych przekleństw, jest najczystsze dążenie do prawdy. Są zatem pytania, a jeśli odpowiedzi - to poprzedzone: "najprawdopodobniej", "z tego co wiemy to...", "w moim przekonaniu..." W każdym momencie jesteśmy otwarci - razem z twórcami filmu, że jeszcze wypłyną dokumenty, wypowiedzi, fakty. Co na to AP? Co na to Nick Ut? Nie wiemy, ale wiemy jak brzmiała argumentacja - w emailach, w telefonach. Pokazano starania o ich komentarze, Gary idzie na rozmowę do AP, Gary wychodzi z rozmowy i komentuje. Zaproszono do rozmowy.
Dowody. Gdyby to faktycznie było tylko o dowodach, to sprawa trochę leży. Nie ma śladu, niestety i ten wątek doskonale też jest wszechstronnie potraktowany w filmie - więc Nguyen Thành Nghe - tytułowy stringer - nie ma negatywu, nie ma potwierdzenia, nie ma nawet odbitki z negatywu z tamtego czasu. Ma swoją pamięć. Dlaczego nie walczył? To pytanie też jest zadane w filmie. Rozpracowano każdy szczegół - z wypowiedzi Kim, Nicka - kto gdzie był, co potem, kto zawiózł Kim do szpitala, jakim samochodem, jak był ubrany. Jakim aparatem wykonano zdjęcie - że Pentaxem, a nie Leicą, jak dotąd mówiono, kiedy zmieniono tę narrację...
Te dowody zebrane przez Knighta pozwoliły nie tylko zasiać wątpliwość, ale doprowadzić do wycofania autorstwa Nicka Ut zdjęcia nagrodzonego w konkursie World Press Photo. Powstał raport, zwołano konferencję prasową i "zawieszono przypisywanie autorstwa Nickowi Ut". Film obejmuje tę sytuację. Dodano również planszę z informację, że zdarzyło się to po raz pierwszy w 70letniej historii organizacji. Nie, nie wpisano Nghe jako autora. Na to, jak wspomniałam wyżej, nie ma żadnego dowodu.
Po premierze filmu zawrzało konkretnie. W wielu miejscach w internecie i prasie drukowanej wybuchła dyskusja nad autorstwem. Uaktualniono niektóre wpisy w encyklopediach. Dopisano wątpliwość, wykreślono miejscami autorstwo Uta, ale z reguły nie wpisano Nghe jako autora.
Większość środowiska obejrzała film dopiero po premierze w Netflixie. "Moja bańka" czekała i wyczekała i potem się rzuciła na ten film. I zostawiła rozliczne ślady w postaci komentarzy, postów, relacji, wpisów. Niektórzy oglądali po kilka razy. Ja obejrzałam późno, bo wiedziałam, że trzeba to obejrzeć na raz i z przytomną głową - nie rozrywkowo na odmóżdżenie wieczorne, ale w godzinach roboczych, po kawie. Obejrzałam i tak na raty. I potem wracałam i przewijałam kilka razy. Wybucha mózg. Na tak wielu poziomach.
Nie ma namacalnego dowodu. Ale nikt z kim rozmawiałam o filmie przez ostatnie 3 miesiące nie ma żadnej wątpliwości - zebrany materiał jednoznacznie wskazuje autorstwo Nghe. Zacznijmy przepisywać książki. Już!
Tylko, że to nie takie proste. Agencja AP przeprowadziła swój raport, opublikowała go w dniu 6 maja 2025 i w nim wyraźnie przyznała autorstwo Utowi. Oni nie mają wątpliwości. Rozmowy dalej brak. Są tylko powtarzane narracje z wcześniej. Dla przekonanych po filmie - ten brak rozmowy, to brak przyznania się, że faktycznie zamotano historię.
Ten wątek też jest w filmie pokazany - to przewidywanie - co się zdarzy, kiedy efekty śledztwa zobaczy świat. Siła zdjęcia nie ulegnie zmianie. To, że zdjęcie należy do AP - też nie ulega zmianie. "Ale będą konsekwencje". "Niełatwo rozmontować narrację, która trafiła do zbiorowej świadomości na tak długo" - mówi w filmie Santiago Lyon (VP&Director of Photography w AP 2003-2016).
Raport AP to 97 stron w PDF. Do tego analiza wizualna. Oni nie mają wątpliwości. Czytam i oglądam i nie umieścili Nicka Ut tam gdzie "byłby w pozycji do wykonania tego zdjęcia". Nie dopisali, że posiadał Pentaxa, a pokazali jak prosto jest wskazać jakim aparatem zrobił zdjęcie. I tu się zaczynają schody i serio próbuję to zrozumieć. Jest mowa o tym, że Leica z muzeum jednak nie, że inne Leicki Nicka zostały skradzione w Wietnamie, że w sumie choć mówili przez lata, że Leica, to jednak mogli się mylić, że może jednak Nikon, że Nikon robi podobnie w rogach, co Pentax. A w ogóle to może jednak nawet Nick miał Pentaxa. Każdy się może pomylić i może nie pamiętać. I to w oficjalnym raporcie, którego końcowa fraza brzmi, że oczywiście, autorem zdjęcia - bez wątpliwości - jest Nick Ut.
Czyli obstawiamy przy swoim. Nikt nie drgnie. AP i Nick Ut bronią siebie. Co dalej? Podział. Jedni stoją za Nickiem - powstała lista wspierających, list otwarty, i hashtag: #standingwithNick, na festiwalu w Perpignan po prostu przyznano, że zdjęcie zrobił Nick. (Zanim film trafił w szeroki obieg, czyli zanim sygnatariusze listy mogli go obejrzeć). Nie zaproszono tym razem nikogo z VII. Nie pokazano filmu. I tak można długo wymieniać - kto się podpisał, a kto nie, kto komu powiedział i co. Środowisko podzielone i to jest większe zmartwienie niż to jedno zdjęcie.
Bo w końcu jest film w szerokim obiegu. Najszerszym możliwym obiegu. Może go obejrzeć każdy. Zatrzymać, wrócić, przewinąć. Wyrobić sobie zdanie. Najpierw, miałam wątpliwość. Kurczę, taki zwykły człowiek obejrzy taki film i powie: no tym fotoreporterom to nie można ufać. Znowu skandal, znowu afera.
To mocne wystawienie środowiska na próbę. Zanim się ułoży wewnątrz sprawa, puszczać tak na świat? Z drugiej strony - a jak inaczej o tym rozmawiać? Skoro jedna strona sporu odmawia rozmowy? Stoi przy swoim. A dokładnie to musiał przewidzieć Gary Knight. Dlatego film. I dlatego w streamingu.
Przecież gdyby to był stos dokumentów, już dawno przysypałby je kurz. To nie jest żaden hot-temat dla internetu. Środowisko by sobie pokrzyczało, pewnie spolaryzowało dokładnie tak samo. Ale mamy okazję popatrzeć na ten temat wszyscy, środowisko i nie tylko. I jeśli ten zwykły człowiek pomyśli sobie szerzej, nie zatrzyma się na "znowu skandal" - to mamy szansę coś odczarować.
Ciągle nie można ruszyć książek. Musiałby się Nick wypowiedzieć i wyraźnie stwierdzić, że to jednak nie on. Musiałaby się też lub albo - wypowiedzieć AP. Dopóki tego nie zrobią, a nie wygląda, żeby mieli - sprawa jest otwarta, pod znakiem zapytania. Jest uznaniowa. Demokratyczna.
Film został zadedykowany stringerom - wolnym strzelcom. Zostało w nim wypowiedziane, że korzystanie z pracy stringerów odbywało się wszędzie - wszystkie agencje, każdy rejon świata. Od wejścia cyfry sprawa autorstwa przestaje być kłopotliwa - bo autor nie pozbywa się oryginału. Czyli "The Stringer" to kamyczek do opowiedzenia na nowo historii - nie tylko fotoreportażu, ale i dziennikarstwa, sposobu opisywania świata 50 lat temu. Innych standardów. Czasy się zmieniły i właśnie film w Netflixie to sposób na współczesną dyskusję. Nie wystarczy nam, że szef tego czy owego ubierze się ładnie, stanie w dobrze oświetlonym miejscu i przemówi do świata i historii. Są inne kanały i inne opowieści. Mądrze byłoby wyciągnąć z tego lekcję. Chciałabym w tym widzieć szansę dla środowiska. Póki co muszę chyba zmienić okulary.
Powierzchnia Księżyca widziana z pokładu misji Apollo 17, magazynek 157 / grudzień 1972 / fot. NASA
Wracamy na Księżyc. Pewnie już słyszeliście. Nic wielkiego, skoro już tam byliśmy, prawda? Po co tam wracamy? Kiedy? Pytań jest mnóstwo. Odpowiedzi jest mnóstwo, a to i tak wykluczając te, że całość kiedyś nakręcił Stanley Kubrick w holywoodzkim studio. W przeddzień startu misji Artemis II - zobaczmy, czego można się spodziewać.
Ostatnio Księżyc z bliska był fotografowany przez ludzi przeszło 50 lat temu. Konkretnie w grudniu 1972 roku, kiedy na orbicie (i powierzchni) Księżyca znaleźli się Eugene (Gene) Cernan, Harrison (Jack) Schmitt i - pozostający na orbicie - Ronald (Ron) Evans. Ich misja rozpoczęła się od startu 7 grudnia 1972 i skończyła wodowaniem 19 grudnia. Gene i Jack na Księżycu spędzili wówczas rekordowy czas - 3 dni i 3 godziny (bez 20 sekund). Na orbicie księżycowej przebywali również rekordowe 6 dni i 3 godziny z hakiem. Ta misja, skoro ostatnia z planowanych - biła wszelkie rekordy - od spędzonego "tam" czasu, po ilości próbek (110 kilogramów!), aż po ilości zdjęć. I nie tylko Hasselbladami, ale i małobrazkowymi Nikonami. Także podczas tej misji, astronauta - geolog Jack Schmitt odnalazł pomarańczowe próbki księżycowej ziemi.
Powierzchnia Księżyca widziana z pokładu misji Apollo 17, magazynek 153 / grudzień 1972 / fot. NASA
Fotografia interesuje mnie najbardziej. A tamta trójka robiła zdjęcia jak na wycieczce życia! To z tej misji mamy najwięcej kadrów z codzienności na pokładzie - jak i co się je, jak się wygląda, nogi w skarpetkach na konsoli. Mnóstwo, ale to mnóstwo ujęć powierzchni. Wszyscy wiedzieli, że te zdjęcia będą ostatnie na raczej długi czas. Ciekawe, czy którykolwiek z nich, czy w ogóle ktokolwiek, zakładał wtedy, że na kolejną szansę poczekamy aż 50 lat?!
Do obrazów życia codziennego w nieważkości przywykliśmy oglądając zdjęcia z ISS (International Space Station - Międzynarodowej Stacji Kosmicznej). Można oglądać programy edukacyjne, podgląd co właśnie widzi stacja. Każdy astronauta na pokładzie robi też zdjęcia. Znamy to. Ale Księżyc? No cóż, jest obfotografowany najlepiej ze wszystkich obiektów niebieskich. Ilość sond i łazików, satelitów, zrobiły swoje. Są atlasy, globusy. Znamy to. No ale to nie "ręką ludzką poczynione", gdyby to miało dla kogoś znaczenie.
Technologia teleskopowa rozwija się również szalenie - i z Ziemi można już fotografować - no ciągle widoczny kawałek Księżyca - w świetnej jakości. No ale to jednak jest kawałek - średnio 400 tysięcy kilometrów stąd. Więc tak, jeszcze nic nie zastąpi jakościowych fotografii wykonanych z orbity Księżyca. Mamy za chwilę unikalną szansę obejrzeć ją znów - wykonaną przez załogę Artemis II.
Kapitan Gene Cernan (Apollo 17) podczas spaceru (E.V.A.), w tle Ziemia, magazynek 152 / grudzień 1972 / fot. NASA
Za chwilę, bo jeszcze w lutym albo na początku marca 2026 na orbitę Księżyca dotrze czwórka astronautów: Reid Wiseman, Victor Glover, Christina Koch, Jeremy Hansen. Polecą śladem misji niezałogowej Artemis I. W szczytowym momencie mają osiągnąć odległość 10427 kilometrów (dobra, dobra, ta liczba w różnych miejscach mówi o 6500 do 9000 km) od powierzchni Księżyca. Pobiją tym samym rekord ludzkiego oddalenia-się od Ziemi. I nie chodzi tylko o bicie rekordu, ale chodzi o... zrobienie zdjęcia!
Jasne, że nie lecą tam tylko po zdjęcie. Testy, nauka, sprawdzenie technologii. Ale ciągle człowiek na miejscu, to człowiek na miejscu. A jeszcze z aparatem! No i właśnie, potęga fotografii! Jest kilka takich zdjęć z misji Apollo, które wszyscy znamy. Stały się super popularne. Nie myślę tylko o portretach ludzi zatykających flagi, czy odciskach butów w księżycowym pyle. Jednym z ujęć, które natychmiastowo stało się super popularne - to moment wschodu Ziemi znad powierzchni Księżyca. Earthrise. Wspaniałe słowo. Wspaniały widok! Historycznie pierwsze zdjęcie wykonano podczas misji Apollo 8 - znowu w grudniu - 1968 roku. Misja Artemis II - jest bardzo podobna do tej właśnie podróży.
Earthrise - Ziemia widziana znad powierzchni Księżyca, magazynek 152 / grudzień 1972 / fot. NASA
Każda późniejsza misja Apollo - czyli Apollo 10, a potem 11, 12, nawet 13, 14, 15, 16 i ostatnia 17 - wykonywały swoje wersje "Earthrise". Jakby trudno się było powstrzymać. Czyli znana nam sytuacja, kiedy jesteśmy w ekstra miejscu, które już jest obfotografowane na wszystkie sposoby, ale my i tak zrobimy swoje. Zachody słońca nad morzem, prawda?
Artemis II ma wykonać zdjęcie również Ziemi znad powierzchni Księżyca, ale pamiętajmy, że będą oddaleni od naszego naturalnego satelity o jakieś 10 tysięcy kilometrów. I właśnie o takie zdjęcie chodzi:
Ziemia widziana znad powierzchni Księżyca, fotografia wykonana przez kamerę na pokładzie misji Artemis I, 5 grudnia 2022 / fot. NASA
To wyżej wykonano zdalnie z pokładu Artemis I - jest i Księżyc (z podobnej odległości), jest i Ziemia. "Wlazł" kawałek kapsuły. Co i tak jest już niesamowitym ujęciem. No ale jednak zdalnie, to zdalnie. A człowiek za aparatem, to człowiek za aparatem. W sieci znajdziecie już mnóstwo wizji artystycznych jak mogłoby wyglądać zdjęcie, które dopiero powstanie. Typowani są również autorzy. Nie jest teoretycznie trudno, bo jest ich tylko - aż czwórka. Ale najbardziej prawdopodobną w tym wyścigu jest Christina Koch. No a to pierwsza kobieta w tych okolicach kosmosu, siłą rzeczy będzie za moment pierwszą okołoksiężycową fotografką.
No właśnie, właśnie, właśnie! Jak będzie wyglądać zdjęcie? Kto je wykona? Sytuacja zupełnie bez precedensu. Kiedy ostatnio się tak emocjonowaliśmy fotografią? I to tak - globalnie?!
Jeszcze jedna sprawa. Zmiana technologii. To nie tylko lepsze iso, obiektywy, teleskopy, stabilizacje, baterie. No dobra, dla ułatwienia - powiedzmy, że wszystko. Przez te 50 lat, zrobiono technologiczny "great big leap for mankind". Więc oczywiście biorą co można najlepszego (nie wdaję się w szczegóły). Także docieralność i sposób rozpowszechnienia informacji zgoła się różnią od możliwości 72-ego. Raczej nie będzie przerwy w programach telewizyjnych i radiowych na transmisję z kosmosu. Nie tym razem, jak sądzę. Dedykowany kanał youtuba, podgląd pokładu 24/7 - zdecydowanie prędzej. Dlatego NASA w zupełnie inny sposób zadbała o oglądalność i klikalność. Na dotychczasowe misje Artemis można było wysłać swoje imię i nazwisko. Mieć swój wirtualny (ale jak najbardziej drukowalny) bilet. Dalej możesz się zapisać na Artemis II. Kiedy zaglądam na licznik biletów - jest ich: 4,390,416. Tylu subskrybentów, oglądających - start, może również transmisję z któregoś momentu tej 10-dniowej misji.
A skoro klikający, to jeszcze jeden momencik z historii. Przeszło 10 lat temu, w styczniu 2015 roku prezydent Barack Obama w swoim orędziu o stanie państwa zapowiedział
roczny pobyt Scotta Kelly’ego, amerykańskiego astronauty, na ISS. Mówił głównie o przygotowaniach NASA do podboju dalszej części
kosmosu, jednak pożegnał go słowami: „Powodzenia, kapitanie i nie zapomnij
zrelacjonować tego na Instagramie!” (Good luck, captainand make sure to Instagram it.) Wtedy to już robiło robotę! Tymczasem konta społecznościowe astronautów mogły się w końcu i przejeść z ilości. Ale nie było jeszcze instagramerów na orbicie Księżyca. A ci, ta właśnie czwórka, poza aparatami, będzie mieć przecież telefony. Liczę na te selfiaki :)
A kiedy lądowanie? Jeśli Artemis II nie napotka żadnych nieprzyjemności, Artemis III wyląduje. Jeszcze kilka dni temu, planowana data lądowania była podawana na rok 2027. Lutowe artykuły przewidują dopiero start na 2028. A jakie tam będą foty i filmy?! Będzie trudniej o "to jedno", czy kilka rozpoznawalnych, bo w końcu będą mogły powstawać bez ograniczeń ilościowych. Ale może first things first, najpierw zobaczmy co będzie z orbity ludzką ręką wykonane.
Chyba się
niewiele zmieniło. Znaczy, że wiadomo dokładnie. Słowo "chyba" wiele
wybacza w kwestii precyzji. Rosną nowe budynki. Trochę ogarnięto niektóre
przestrzenie. Ale reszta zarasta jakby bardziej, rdzewieje zgodnie z upływem
czasu. Pewne miejsca zaś zupełnie nietknięte, bo też jak poznać po łące czy
jeziorze. W tym wszystkim chyba najbardziej zmieniliśmy się my - autor i jego
widzowie.
Od
ostatniej książki Kuby Dąbrowskiego ("Pożar") minęło 8 lat. To jest
chyba najwięcej w cyklu wydawniczym Kuby. Wcześniejsze książeczki wychodziły
szybciej. Nie miały tempa blogowego, no bo wiadomo. Ale jednak. Czekać 8 lat na
książkę Kuby?! Kiedy wychodził "Pożar", Kuba na blogu pisał: "Od wystawy w Zachęcie i ostatnich małych
wydawnictw minęła epoka. Epoka w moim prywatnym życiu, epoka w świecie i epoka
w fotografii. "Pożar" to książka o odnajdywaniu się w tej nowej
sytuacji. O jedzeniu zdrowego jedzenia, o tym, że nie jest lekko, ale w sumie
jest dobrze."
Skoro tam
minęła epoka, to tu przynajmniej ze dwie.
Wieści
przyszły znienacka. Rozpisane spotkania - oczywiście Warszawa i Kraków.
Kolekcjonerzy książek Kuby zwarci i gotowi. No bo wiadomo, będzie znowu 300
sztuk? I znów podzieli nakład między stolicę i starą stolicę? Więc trzeba być
a) wcześniej, b) być, c) w razie niemożliwości obecności obdzwonić będących.
A, no
właśnie to się zmieniło. Wydawnictwo. I solidny nakład. Taki, że ciągle możecie
nadrobić braki. Wydawnictwo "Wydałem" sprawiło, że egzemplarzy jest
przynajmniej 1000. I jest to jedna z poważniejszych zmian w kwestii "chyba
się niewiele zmieniło".
Zwykle
nie recenzuję książek aktualnych, świeżych tutaj. Jeśli już, to dla magazynów.
A tak, staram się nie wypowiadać, zanim nie przeprowadzimy kolejnej edycji
konkursu "Fotograficzna Publikacja Roku". Co prawda od lat nie ode
mnie zależy co wygrywa, bo nie jestem jurorką. Ale, jakoś tak, lepiej nie.
Potem, nie ma sprawy. Czemu zatem ten wyjątek? Bo to nie jest książka roku, a
od razu dekady. I to tylko w moim prywatnym rankingu.
"Tutejszy Kuby
Dąbrowskiego to 187 fotografii ułożonych w rytmie pór roku i tworzących narrację,
która balansuje między dokumentem a osobistym pamiętnikiem. To podróż po Polsce
widzianej oczami człowieka rozdartego między kosmopolitycznym stylem życia a
głęboko zakorzenionym doświadczeniem lokalności. Artysta kieruje obiektyw w
stronę kraju rodzinnego, zapisując intymną i zarazem uniwersalną opowieść o
powrotach.
Dąbrowski fotografuje to, co umyka
codzienności – pszczoły tonące w soku pomarańczowym, zaparowane szyby okien,
opuszczone sklepiki blednące od słońca, malwy maskujące ubytki murów. Z tych
detali powstaje portret kraju: jednocześnie znajomego i obcego, swojskiego i
nieustannie zmieniającego się. Tytuł książki nawiązuje do określenia ”tutejsi”
– używanego w spisie ludności 1921 roku przez mieszkańców pogranicza Podlasia i
Polesia, którzy swoją tożsamość definiowali poprzez miejsce i wspólnotę, a nie
abstrakcyjną ideę narodu. Dąbrowski podejmuje ten wątek, zadając pytania o
współczesne poczucie przynależności, pamięć i stratę, o to, jak rozumieć dziś
dom."
I gryzie
mnie ta twarda inspiracja spisem ludności z 1921 roku. Serio? A nawet jeśli, to
ciągle - serio? Trzeba tak totalnie prosty chwyt, zrozumiałe słowo - rozkładać
na elementy pierwsze? No ale dobrze, niech będzie. Przyjmuję, ciekawostka
kupiona. Nawet uległam pokusie poszerzenia swojej wiedzy w temacie.
Ale
ciągle gryzie. Nie leży idealnie. Pasuje, ale coś, szczególnie może w tej
warstwie historycznej. W tekście w samej książce (to też spora nowość) - obojga
autorów: Kuby Dąbrowskiego i Marty Syrwid - jest odniesienie do proweniencji
"tutejszego" ale na miękko. Bez daty. Bez definicji. Trochę
zasłyszane czyjeś wspomnienie. No i to znacznie bliższa ciału koszula.
"Tytuł książki odsyła do terminu używanego w celu narodowościowego
samookreślenia na Polesiu i Podlasiu, gdzie krzyżują się zasięgi języków
polskiego, białoruskiego oraz ukraińskiego, a także wyznań: katolickiego i
prawosławnego. Te fotografie z podróży zadają więc pytania o przynależność do
konkretnych miejsc i wspólnot."
Czyli nie
ma co już się pastwić nad tytułem, definicją. Pierwszy strzał był najcelniejszy,
każdy to słowo rozumie jak trzeba. Czy dopiszemy historię czy definicję,
wiadomo o czym to jest. Wiadomo gdzie. Wiadomo kto. Może w ramach zmian, że
trzeba więcej słowa pisanego pod zdjęcia podłożyć?
Krajobraz.
Wnętrza i zewnętrza. No właśnie kolejne miejsca. Idzie rozpoznać miasta. Dla
pewności wpisano je też na 4tej stronie okładki, 24 miejscowości "i
pomiędzy". Pierwsza w spisie jest Warszawa, drugi jest Białystok. Reszta
nie ma klucza, nie jest alfabetycznie, nie jest od ilości mieszkańców (Kraków
pod koniec). Może chronologicznie? Dużo jest Warszawy, chyba w sumie najwięcej.
Więc może ta lista jest wedle częstotliwości wystąpienia w kadrach? Czy to w
ogóle jest istotne? W kontekście odczytania zdjęciowej historii - wcale. Tyle
może tylko, żebyśmy nie spodziewali się pocztówek z zagranicy. Jakbyśmy na nie
czekali, in the first place. Więc to spis tego "tutaj".
Szeroko-pojętego. Rozpoznasz, to masz rozpoznane. Nie poznasz, nie wygrywasz,
nie przegrywasz.
Są
klasyki Kuby, czyli dużo tablic do kosza, bloki z Mokotowa. Smaczki z 80tych
jeśli jeszcze jakieś żyją. Trochę mam powidoków. Widziałam te kadry. Poza tapetą windowsa (powyżej, prawda?!). Ale powidoków jest więcej, skąd one? U Kuby na
socialach? U Kuby w poprzednich książkach? A może w ogóle bez Kuby, ale po
prostu, na żywo?
Zaczyna
się od zimy, przyjazdu. Są kwiaty w papierze. Będą odwiedziny. No i dalej
choinka, stół zastawiony, jakieś spacery. No ewidentnie przyjechaliśmy na
święta. Trochę rodziny, trochę znajomych. Trochę check dzielnicy - co jeszcze
stoi, co się zmieniło, jedziemy z powrotem. I tak kilka razy. I przez różne
pory roku. Trochę wakacji, trochę złej pogody. Sporo ludzi w tych zdjęciach -
ale dominują dwie kategorie wiekowe. I to jest ta zmiana, od ostatniej książki,
wszyscy bohaterowie się równo postarzeli o te powiedzmy 8 lat. Młodzież już
wiek nastolatka. A my, no już nie 30tki, już raczej 40tki. Już nie wygłupy w
parku, ale z synem na myjni. Już nie "Przyjaciele" na laptopie w
łóżku z dziewczyną, ale w meczyk leci, a nogi ewidentnie młodzieżowe. Zapisy
codzienności, tej super ulotnej. Tak jak kiedyś, tak i teraz. Te momenty, które
wszyscy znamy, ale nie robimy wtedy fot. Kuba ciągle robi. W pewnym sensie robi
je nam wszystkim.
Sekwencja
płynie i jest taka bardziej niż dotychczas. Dojrzalsza, wyrafinowana. Ciut
żartu, ale tak to wszystko ładnie siedzi. Z zadzioru młodzieńczego, z
partyzantki to chyba tylko ten myk z nałożeniem zdjęć gdzieniegdzie. Ale to też
tak ładnie siedzi, tak estetycznie. Jest rytm tych wyjazdów, powrotów, drogi i
powietrza. Jest składanie kolorami i kompozycją. Linie przepływają idealnie.
Kolory się zgadzają. Formy powracają. Mucha nie siada. Czysta przyjemność.
Więcej chyba ciszy. Muzyka gra, ciągle jest świetnie. Ale trochę jakby ktoś dbał o poziom dźwięku. Nie za głośno. Więcej jest przestrzeni, wspaniałego światła. Uważności. Wysmakowania. Żarty są też dojrzalsze. Mniej pośpiechu.
Po
pierwszej lekturze - łapczywej, chłonącej - od deski do deski, przez dwa
miesiące - w zasadnie nie zmieniłam zdania o niej. Ciągle mam zachwyt. Ciągle
szeroki uśmiech. Sięgam po nią co kilka dni. A to nie jest normalne. Przecież
jak się przeczyta, to się odkłada, nie? Po tę sięgam co jakiś czas. Otwieram na
chwilę, na kawałek. I odkładam. I znów. Można i tak czytać. Jak kiedyś z
blogiem. Nowy wpis - ładne, ładne, komcie, lajki. I następna strona. Wracam za
kilka dni. Ale to porównanie przyszło potem. Niemniej - just sayin' - ciągle
chyba można by tego bloga robić ciągle. Powiedzmy, że mniej uwagi skoro nie w
konkretnej apce. Ale czytelnicy i widzowie zdaje się zwarci i gotowi.
Wszystko
się zmieniło, a jednocześnie jakby nie drgnęło. Wszyscy jesteśmy starsi. Kolejny
spis z natury wg Dąbrowskiego. Jest jak jest. I dlatego to moja książka dekady. Opowiada i jego, i nasze, i moje. Taka zbiorowa fotografia. Dziękuję!
Niby ta sama dziedzina, bo to ciągle fotografia. Ta sama, o
której się wypowiadam od lat. Grzebię w jej historii. Zmieniam albo nadaję
kolejność obrazów. Obraz jak obraz. Zdjęcie jak zdjęcie. Ale jednak inaczej.
Inaczej się patrzy mając z tyłu głowy kontekst. Nic
nadzwyczajnego, proste i oczywiste stwierdzenie. Przy edycji do książki, przy
tworzeniu wystawy, przy opracowaniu zbioru zdjęć do jakiegokolwiek celu - no
oczywiście, że kontekst robi wszystko. Kierunkuje albo oko albo myśli. Wskazuje
i podkreśla znaczenia. Tworzy te znaczenia i połączenia. No przecież!
Archiwum dziadka. Ileż to razy ktoś mi opowiadał albo
pokazał archiwum rodzinne - z pytaniem czy to coś warte, czy dobre. A przecież
zawsze warte i taka zwykle jest moja odpowiedź i nawet nie muszę patrzeć w
zawartość. Dopiero dalej - czy historycznie i uniwersalnie dobre, czy ważne dla
szerszej społeczności - to mogę zaglądać i oceniać na zimno.
I tak spróbowałam zajrzeć w archiwum dziadka. Właściwie to
już kolejny negatyw wyszedł ze skanera. Fajne, ważne. Czy historycznie istotne?
Zasadniczo - nie. Jasne, klatki poza rodzinne - z odwiedzanych miejsc, ciekawe,
bo to jednak szmat czasu minął i miejsca wyglądają inaczej. Ale to nie jest
żaden Hartwig. To są zdjęcia amatora, w tym najlepszym rozumieniu tego słowa.
Kochał robić zdjęcia. Ewidentnie, widze to po stykówkach. I robił to po
swojemu, po inżyniersku i tylko czasem pozwalał sobie na fantazję i
eksperymenty.
Najczęściej negatywy są opisane. Po inżyniersku właśnie. I to
sprytnie opisane. Bo pod skrótem "zak." - jest dzienna data kiedy
powstało ostatnie zdjęcie z rolki. Dzięki dziadku za exif! On nabierze jeszcze
znaczenia i "kolorów" kiedy zeskanuję wszystko, poukładam wtedy
latami i zobaczę ile tych negatywów rocznie robił. Bo chyba trochę robił.
Wakacje, wyjazdy, zawsze z aparatem. Imprezy rodzinne. Ciocia,
wujek, drugi wujek, druga ciocia, najstarszy kuzyn. Tata nie tak często, nawet kilka
razy zobaczyłam mamę. No i babcia! Oj, babci dużo. Za stołem, z gośćmi, na wycieczce,
pod choinką, na plaży. Z ciocią i wujkiem, ależ ile razy solo. Babci najwięcej.
Gości wiele, rozpoznaję tylko siostrę babci i zaprzyjaźnionych sąsiadów dziadków.
Taras! No legendarny taras na Boya. Kolejne pokolenia uczyły
się tam jeździć na rowerze. Widok w miarę niezmienny. Mnóstwo Warszawy, Starówki,
Mokotowa i Śródmieścia. Trochę podwarszawskich miejscowości. No i architektura spotkana
na wakacjach. Pasjami. Do tego fotografowanie kwiatów. Architekturę i kwiaty dziadek
zbierał na pocztówkach. I kiedy mówię zbierał, to z podkreśleniem mówię. Posegregowane
zostały - wg typów, nazw miejscowości. Ukochane Tatry miały swoje pudełko. Widzę
tę zbieżność, taki mój kontekst.
Patrzę na to archiwum, to ciągle fotografia, więc obraz obrazem,
prawda? Ale nie mogę - mimo aury za oknem - nabrać zimnego dystansu. Przecież
to archiwum jest mi bliskie. Rozpoznaję ludzi na zdjęciach. Czasem trzeba o coś
dopytać. Kiedy zaczynam patrzeć na jakąś klatkę i nawet pozwalam sobie myślami
odlecieć w wyobrażenia, mam za moment ciocię, która serdecznie dziękuje za
uzupełnienie luki i powrót do dawnych lat. No właśnie tu nie trzeba nic
dopowiadać sobie, wymyślać, bo to wszystko ma niezatarte jeszcze połączenia.
Nie jestem jednak tak po prostu historykiem tutaj. I być nie
mogę. Może jeszcze nie. Mam nadzieję, w każdym razie, że kiedyś tam dotrę. Na
razie cieszą mnie takie drobiazgi - jak opis rolki. "Oleńka" na
przykład, a jak mnie to zdziwiło zupełnie za pierwszym razem. Kim jest Oleńka?
Zajęło to chwilę, żeby ogarnąć, że chodzi o babcię.
A, bo to istotne, że słabo się z dziadkiem znaliśmy. Zmarł
chwilę po moich 14tych urodzinach. Nigdy z nim nie przebywałam 1:1, a jak były
rodzinne imprezy, to dziadek głównie w kuchni. Nie widziałam (za swojej
świadomości) go nigdy z aparatem. Więcej informacji miewam o autorach, którymi
zajmuję się "zawodowo" - a to biogramy, a to czasem i książki,
wspomnienia, artykuły, albo rozmowy. A "niezawodowo" - czyli na
przykład z tych wszystkich zdjęć anonimów, starych zdjęć, które mam w kolekcji
- przypadkowej proweniencji - tam mogę wymyślać, domyślać się, czasem próbuję
określić gdzie i kiedy. Tu mam luksus - wiem gdzie (bo dziadek pieczołowicie
opisywał nawet po konkretnych dolinach w Tatrach), wiem kiedy (no nawet jak
negatyw nieopisany, to zakres lat jest naprawdę prosty), wiem kto - albo kogo
dopytać, po te rzeczy, których brakuje. Mogę w sumie zgadywać tylko - dlaczego zrobił takie akurat ujęcie.
Bez obaw, nie będziemy zmieniać historii fotografii. To nie jest
materiał ani na książkę ani na wystawę. Może jednak się zdarzyć, że nie wytrzymam
i coś z zachwytem pokażę. Raczej nie gości przy stole czy babcię w kostiumie na
plaży (ale figura i stylówa!). Teoria Barthesowskigo "punctum" mi się
rozlatuje tutaj, bo mam jej oznaki już nawet na podpisach osłonek, albo kolejności
zdjęć na stykówce.
Niby ta sama fotografia, a jednak ani pobawić w historyka
fotografii, ani w amatorkę archiwów. Cieszy ogromnie, gdy widzę eksperyment,
opisany dumnie na osłonce negatywu - "Księżyc przez lunetę >>w
teleobiektywie<<". I nic to, że jest jak strasznie nieudany, ledwo
widać. Wartość dla świata - na minusie. Wartość dla rodziny - pewnie bliska
zeru. A ja sprawdzam w historii lądowań na Księżycu daty, czy to wtedy była tam
załoga któregoś Apollo. Tyle mogę sobie wyobrażać i puszczać fantazję.
"Zak." dwa tygodnie po wodowaniu Apollo 15, czyli mogło być,
moooogłooo byyyyć!
Przyszły "nowe" zdjęcia. Coś, co najpierw było na ekranie, jako skany, teraz zmaterializowało się w rękach. Bo przecież chodzi o oryginały. O dotknięcie i obejrzenie. No a właśnie, skoro obejrzenie, to znowu skaner. Bo na skanach widać więcej.
Motyw "Hidden mother" mogłam widzieć raz, a raz podejrzewać. A jednak 100% trafienia! W jednym widać rękę wyraźnie, w drugim to mogła być plama na powierzchni zdjęcia, albo jakieś odbarwienie, a na szczęście jest guzikiem. Więc dwie "schowane matki". Tak się ten motyw nazywa i kropka. Wbrew trochę logice czy prawdopodobieństwu.
Najczęściej widać tylko kawalątek postaci kobiecej. Bo to zawsze jest kobieta. (Poprawcie mnie jeśli znacie przykład z mężczyzną?) A to suknia zdradza, a to kawałek mankietu, czasem widać rękę. Zdarza się, że widać kawałek głowy, jakby zniecierpliwionej i zaciekawionej. Kobieta jest po to w zdjęciu - czy raczej poza zdjęciem - żeby trzymać dziecko nieruchomo do fotografii. Szczególnie malutkie, niesamodzielne. No w sumie, pełni funkcję mebla. Narzędzia. W żadnym jednak wypadku tła, ma jej nie być. Stąd uporczywe próby chowania i stąd nazwa motywu.
No a czy to matka? Pełno jest portretów rodzinnych, kiedy to rodzice trzymają dziecko. Okazują. Badań nie robiłam, statystyki nie prowadzę, wydaje mi się zaś, że zarówno panie jak i panowie te dzieci trzymają. Nic nadzwyczajnego się tu nie zdarza. Czemu zatem kobietę trzymającą dziecko tak bezpardonowo się wyrzuca ze zdjęcia? I tu oczywiście mnóstwo pytań i domysłów.
O motywie trochę pisałam, omg, ile lat temu (?!), bo temat fascynujący i ciągle zagadkowy. Owszem - opracowany nawet.
Gabriel Blaise, Portret dziecka z motywem 'Hidden mother', Tours / z kolekcji JK
Nieznany autor, Portret dziecka z motywem 'Hidden mother' / z kolekcji JK
Radość oczywiście ogromna, że powiększa się zasób przykładów. Własnych przykładów. Radość radością, a pytania się mnożą. A stąd ścieżki prowadzą dwie. Zacznę od pierwszej. Od zdjęcia z anonimowego zakładu. Ten pomarańczowy wręcz kartonik. W internetach tego nie widać, na reprodukcjach słabo wychodzi. Ale ten owal, proszę mi wierzyć, jest wypukły. To oznacza, że rewers jest wklęsły. Awers jeszcze polakierowany, dokładnie w obrysie owalu. Pewnie opcja "na bogato". Bo też różne zakłady miały różne możliwości, różne także mody panowały. Kartoniki można było dodatkowo dekorować. A to brzegi, a to kolor, pazłotka, i inne. Mógł być lakier, mógł być wykrój na tymże kartoniku różny. Nie trafiłam wcześniej, albo się nad tym nie zastanawiałam w szczegółach wcześniej. Grunt, że ten lakier i ta wypukłość, tak wyraźnie poprowadzona - wzbudziła zainteresowanie.
Zaraz obok, w zupełnie losowo wybranym zestawie zdjęć, znalazłam jeszcze dwa przykłady takiego lakieru. A jeden - mimo różnicy w kształcie - podobnie wypukły.
G. Hotz, Portret dziecka stojącego na krześle, Rouen / z kolekcji JK
W obydwu tych wypadkach ta wypukłość jest znaczna. Mamy kartonik i na nim naklejone zdjęcie. Gruby papier. I kartonik. I to razem jest wyciśnięte i bardzo wyraźne. Lakier w tym drugim ujęciu został położony nierówno (widać czarną kreskę w prawym górnym rogu). Może to i motyw częsty, a ja nie byłam go świadoma. Może celował w nim akurat zakład pana Hotz'a z Rouen? A wtedy może mam autora zdjęcia wcześniejszego? Nie dowiem się nigdy.
Tymczasem sprawdzam, co tam świat wie o G. Hotz'u. Sam zostawił adres na pieczęci, może niespecjalnie wszystko czytelne, ale wystarczające. 56 Rue Joanna d'Arc w Rouen. Cudownie, że można popatrzeć od razu jak to dziś wygląda w mapach. Śladu nie ma po zakładzie fotograficznym.
W internecie zaś ślad po fotografie Hotz'u jest i to potrójny. Louis (ur 1848 w Toulon, zm. 1888), Nicolas Georges (ur. 1861 w Toulon; nie wiadomo kiedy zmarł) i Georges Maurice Charles (ur. 1884 w Rouen; zm. 1953). Zacznijmy od najstarszego - Louisa - który z cała pewnością nie jest autorem. Miał swój zakład w Toulon a potem w Marsylii. Za to okazuje się, to on nauczył młodszego brata fachu - czyli Nicolasa Georges'a. Ten miał kilka zakładów, ale Rouen i dokładny adres zgadzają się z pieczątką. Co więcej, nieczytelność pieczątki przestaje być kłopotem - jest tam w pierwszym wierszu napisane: wielki fotograf paryski (Grande Photographe Parisienne) - jak mówią internety. Do niego wrócimy jeszcze. Tymczasem syn jego - Georges Maurice Charles - też został fotografem, podpisywał się jednak "M. Hotz", mimo pierwszego imienia.
Autor zdjęcia, fotograf z Rouen, ale także z Toulon, a potem również z Chambery, Corbeil i w końcu z Paryża. Czemu on taki "paryski" był od początku? Może większe słowo robiło robotę jak o "niemieckiej chemii"? Ale co w tym Paryżu, internety mówią?! Data jego zejścia nie jest znana, lecz jeszcze wyraźny i głośny ślad zostawia właśnie w Paryżu w 1927 roku kiedy się żeni po raz wtóry, oraz w 1929 kiedy wdaje się w morderstwo. Sześdziesięcioletni fotograf swoją czwartą żonę znajduje poprzez anons w gazecie. Po dwóch miesiącach od spotkania, biorą ślub. Wdowa Thomasson najwyraźniej majętna sprawia, że Hotz rozleniwia się zupełnie i porzuca fotografię, zamyka zakład i odtąd żyje z utrzymania żony. Tej przestaje się to podobać już po dwóch latach i wnosi o rozwód. W trakcie awantury rodzinnej Georges strzela do "niebawem rozwódki". Żona umiera chwilę później w szpitalu. Wdowiec zostaje ujęty, a następnie skazany - ze względu na łagodzące okoliczności - tylko na dwa lata więzienia. Na doniesieniach prasowych z procesu w styczniu 1930 roku ślad Georgesa się urywa.
Gdzie też można zabrnąć oglądając stare zdjęcia dzieci? Tymczasem zastanawiam się, czy na którymś z nich nie ma przypadkiem syna fotografa?
A wracając do schowanej matki. Teraz druga ścieżka myśli. I jeszcze jedno zdjęcie.
Nieznany autor, Portret kobiety z dzieckiem / z kolekcji JK
Tu znowu żadnych danych. Ani kto robił, ani skąd. No tyle, że z Francji, o czym mówi uniwersalny wzorek na rewersie. Całość mówi, że to przełom wieku, pewnie tuż przed wielką wojną. Nie był to żaden słynny zakład, bo miałby spersonalizowany wzór kartonika. Żaden też słynny zakład nie wypuściłby takiej fuszery?! Bo widać koniec tła. Bo dziecko poruszone. Bo takich ujęć, żeby krzesło tak było widoczne, raczej unikano. Albo jest to ujęcie w rodzaju - to się wytnie. No i z tej perspektywy wszystko jasne. No, bo jak ta kobieta trzyma to dziecko? Jakby usiłowała wyjść z tego kadru, odsunąć się daleko. Jeśli sobie skadrujemy ten obrazek do samego dziecka - voila, mamy cudny, choć poruszony, portret niemowlaka. Ani śladu wtedy matki, czy trzymaczki. Rozwiązanie może biedne, ale pomysłowe. Nie ma studia słynnego, nie ma specjalnych mebelków w wersji dziecięcej, żeby się niemowlaki same trzymały. Trzeba sobie radzić. Ale już najlepsza jest ta mowa ciała kobiety. Odseparowująca się, zero kontaktu, tylko potrzymać w miarę nieruchomo.
Pytań nigdy za wiele, więc dodam sobie jeszcze: czy ona jest w ogóle spokrewniona z tym dzieckiem? Czy fotograf nie mógł dać jej na kolana choćby prześcieradła, żeby łatwiej było potem wycinać? A gdyby to jednak była rodzina...
No i właśnie dlatego uwielbiam się gapić na stare zdjęcia.
wszystko co o projekcie i ikonicznych zdjęciach pojawiło się w miejscu fotografii. o kolejnych odsłonach wystawy, o głosowaniu, ciekawych historiach wokół konkretnych zdjęć itd.
miejsce f.: służy wymianie myśli, zdań, opinii i spostrzeżeń na temat kultury fotograficznej.
miejsce f.: jest głównie o f., ale czasem i szerzej o obrazie i kulturze.
miejsce f.: zachęca do dzielenia się tym co widać.
zostaw swój komentarz. wyślij nam swój tekst lub zdjęcia. ciekawe spostrzeżenia i refleksje, interesujący materiał obrazkowy z ogromną chęcią opublikujemy!
Wojtek Sienkiewicz, Marcin Górski, Rafał Siderski, Tomek Kubaczyk, Wojtek Wilczyk, Karolina Puchała-Rojek, Marta Przybyło, Dominik Miklaszewski, Benjamin Cope, Robert Jaworski, Marta Górnicka