wtorek, 11 maja 2010

Czarnobiel: wolny wybór?



Zdejmowanie koloru ze zdjęć w różnych magazynach i gazetach zarówno drukowanych jak i internetowych to przy okazji ostatniej żałoby narodowej praktyka masowa. Stoją za tymi decyzjami edytorzy i redaktorzy, nie zaś sami fotografujący... Już po opublikowaniu kilku refleksji o traktowaniu fotografii i aparatu w czasach narodowego smutku trafiłam na dość skrajny przykład ściągania koloru z....części zdjęcia. Fotografie do artykułu o prezydencie Kaczorowskim w Focus Historia zostały tylko we fragmencie pozbawione barw. Co ciekawe ten sam tekst w internecie jest ilustrowany tylko jednym zdjęciem, w kolorze.



Kiedyś fotografia walczyła o utrwalenie koloru. Teraz różnie to bywa z wyborem. W fotografii newsowej raczej nikt nie liczy się z intencjami fotografa. Jeśli zaś chodzi o sesje portretowe, reportaż itd. Wybór czarnobieli może się wiązać z przyzwyczajeniem, nawiązywaniem do historii fotoreportażu lub do chwilowej mody czy wreszcie pewnych fotografowanych okoliczności. O różnicę w fotografowaniu w kolorze a w czarnobieli, o własne doświadczenia i moment wyboru materiału zapytałam kilku fotografów. Tomasz Tomaszewski jest znany przede wszystkim z reportaży kolorowych, lecz jego cykl z 2008 roku „Rzut beretem” jest czarno-biały. Leszek Szurkowski w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych fotografował w czarnobieli, dziś komponuje prace przede wszystkim w kolorze, choć czarnobiel czy jak to ujmuje „monochromatyczność” bywa często fragmentem kompozycji. Julia Staniszewska swoje ostatnie cykle tworzyła w kolorze, lecz czarnobiel jest stale obecna w jej pracy. Wojtek Wilczyk dawniej w czarnobieli fotografował śląskie fabryki i kopalnie, od kilku zaś lat tworzy dokumenty w kolorze, niemal „przezroczyste” względem rzeczywistości.
Zapraszam do lektury, dyskusji a niebawem część kolejna wypowiedzi.


Tomasz Tomaszewski
Kolor jest jednym z wielu i zapewne ważnym środkiem wyrazu wśród tych, którymi dysponuje fotograf. Decyzja czy materiał fotograficzny będzie kolorowy, czy też zredukowany do czerni i bieli zależy w moim przypadku od tematu jakiego dotyczą fotografie, oraz emocji czy nastroju jaki chciałbym wywołać u odbiorcy.
Fotografia czarno biała ze swej natury jest bardziej elegancka, wymaga też abstrakcyjnego i symbolicznego myślenia, co bardzo mi odpowiada. Kolor natomiast bywa wulgarny, trudny do uzyskania takim, aby oddawał to, co czułem podczas naciskania migawki. Szczególnie dotyczy to fotografii cyfrowej, która ze swej natury jest płaska i daleka od wrażeń jakie odbierałem podczas robienia zdjęć. Kolor cyfrowy wymaga więc wielu zabiegów nie związanych z samym procesem wykonywania zdjęcia, tak, aby na końcu zbliżył się do tego co czułem kiedy dostrzegłem atrakcyjny moment. Nie ma więc jednej obowiązującej reguły, której mógłbym się nauczyć. Zawsze jest to jakaś trudna decyzja i często polegam na intuicji, która podpowiada mi czy bardziej dramatyczna będzie wersja świata w czerni i bieli, choć wiem, że takiego świata przecież nie ma, czy też więcej osiągnę próbując zapisać wszystko w kolorze, i walczyć różnymi technologicznymi metodami o to, aby był bliski temu co przeżywałem, kiedy naciskałem migawkę. Choć przez całe lata fotografowałem w kolorze, ciągle tęsknię za fotografią czarno białą, która wydaje mi się znacznie bardziej intrygująca, mniej oczywista i jakby bliższa mej wrażliwości.



Julia Staniszewska
Najczęściej pracuję na kolorowych filmach. To naturalny dla mnie wybór, bo świat, który fotografuję jest kolorowy. Robię też czarno-białe zdjęcia, kiedy nie chcę myęleć w kolorach, a mówiąc metaforycznie - mam ochotę rysować a nie malować.
Często to, co chcę sfotografować narzuca mi wybór filmu. Chcę opisać czernią i bielą formę, fakturę, przedmiot lub postać i to co ona robi. Lub odwrotnie - chce to zrobić w kolorze. I mimo ze wiem, ze czarno-biała fotografia jest kojarzona z jakąś konwencją, stylem, formą wypowiedzi, staram się zachować podstawowy związek między kolorem, a czernią i bielą - taki jak w relacji rysunku i malarstwa.


Wojtek Wilczyk
To zdejmowanie koloru z całych szpalt gazet, czy też portali internetowych, to proste odwołanie się do koloru barw żałoby i jej zasygnalizowanie. Oczywiście jeszcze 15-20 lat temu, wszystkie chyba dzienniki codzienne były czarno-białe, więc wtedy dodawano pogrubioną czcionkę i ramki jak z klasycznej klepsydry (o ile dobrze pamiętam).
Sam kolor żałoby to sprawa umowna, celebrujący żałobne msze kapłani przywdziewają fioletowe ornaty, w innych tradycjach kolorem żałoby może być np. niebieski, rosyjscy żołnierze kompanii honorowej, asystujący w załadunku trumien do samolotu, mieli na lewej ręce opaski czerwono-czarne...

Zdejmowanie koloru w zdjęciach? Materiały czarno-białe, czyli srebrowe mają niepodrabialną charakterystykę i to zawsze widać w przypadku tych imitacji monochromu. Posiadają przede wszystkim ziarno (o kształcie i wielkości różnym, dla poszczególnych materiałów - też jest to zależne od sposobu wołania i ustalenia czułości naświetlania), więc te wszystkie strefy, które na zdjęciu pozostają poza głębią ostrości obiektywu, są ziarniste i przez to też bardziej "wyraziste", a nie "pływają" jak w przypadku cyfry (vide "Rzut beretem" Tomaszewskiego).
W fotoreportażu kolor ściąga się, chcąc chyba nawiązać do tzw. "fotografii humanistycznej", czyli do zdjęć z lat 40. 50. 60. XX wieku. Tyle, że "humanizm widzenia" nie polega na obserwowaniu rzeczywistości w monochromie, ale w stosunku do tematu, jego bohaterów, etc. Słowem, zabieg o powierzchownym charakterze, ale nagminnie stosowany. W przypadku polskiego fotoreportażu przychodzi mi do głowy jedna z pierwszych tego typu akcji w postaci serii zdjęć Piotra Janowskiego z Palestyny z Pierwszej Intifady, wykonana jeszcze analogowo na kolorowych negatywach, ale ze ściągnięciem barw przy produkcji odbitek (w Gazecie Wyborczej były one jednak reprodukowane w full kolorze - o ile pamiętam). Postawmy pytanie: czy wspomniany zabieg pomógł jakoś tym fotografiom?

Pozostając w kręgu fotografii analogowej, wybór materiałów kolorowych, czy też monochromatycznych, zależy od charakteru motywu oraz żywionych względem niego intencji. Mnie ostatnio interesuje pewnego rodzaju nadwrażliwość na kolory, więc robię zdjęcia używając filmu Kodak Ektar 100.

Aha, kontrast i skala półtonów monochromu, jakie można uzyskać na srebrowym filmie, reprodukowanym potem na barytowym papierze JEST NIE DO PODROBIENIA w technice cyfrowej!


Leszek Szurkowski
Dla mnie to proste. Ciągle robię cz/b (a raczej monochromatyczne) tam, gdzie uważam to za uzasadnione. I odwrotnie: kolor tylko tam gdzie do czegoś służy i jest kontrolowany.
Załączam „kolorowe obrazki" z w pełni kontrolowanym kolorem (uzasadnionym). Będą wisiały na płocie w czasie Festiwalu w Łodzi pod egidę Akademii Nikona.
To prace z serii Ekiben- Japanese Walks, 1996. Bento to pudełko, a eki to stacja kolejowa. Ekiben to pudełko z jedzeniem sprzedawane na stacjach kolejowych. Tutaj to raczej Photo-
bento.... Kompozycja oparta na rozłożonym kimonie....


Leszek Szurkowski, prace z serii Ekiben-Japanese Walks, 1996










czwartek, 29 kwietnia 2010

paint it black

...czyli fotografia w czasie zgiełku.

Po katastrofie samolotu z delegacją prezydentów Kaczyńskiego i Kaczorowskiego, lecącą do Katynia na uroczystości rocznicowe 10 kwietnia zarządzono żałobę narodową. Niektórzy mówią, że była ona najdłuższa z dotychczasowych. Nie zamierzam komentować wydarzeń. Wydaje mi się interesujące przyjrzenie się temu jakie obrazy towarzyszyły nam przez te 9 dni.

Galerie i muzea były pozamykane. [Warszawski festiwal fotografii rozpoczął się z tygodniowym opóźnieniem.] Telewizje „oszalały“, wszystkie stacje miały podgląd na żywo z...Krakowskiego Przedmieścia. Tygodniki pozmieniały daty edycji by jak najszybciej powiadomić o zdarzeniach. Dominowała czerń. W gazetach codziennych zabrakło kolorowych reklam. Pojawiło się w ich miejsce mnóstwo nekrologów. W internecie wszędzie czarne wstążki, na wszelakich logotypach /od portali newsowych, przez kulturalne po kąciki dla matki i dziecka/.

Zdjęcia jakie obejrzeliśmy w ciągu tygodnia potwierdziły dawne przeczucia: ciągle nie przywiązujemy należnej wagi do fotografii, które wykonujemy i oglądamy, godzimy się na obrazowy chaos. Po zakończeniu źałoby pojawiają się komentarze, że media nie spełniły swojej informacyjnej funkcji. Zamiast podawać fakty „grały na emocjach“. Fotografia, nie poraz pierwszy stała się jednym ze środków do „celu“. Potrzebujemy obrazów, by się upewnić, tylko czy ich wykonanie i użycie było w ostatnich dniach zawsze „na miejscu“?

Przypomnieć ich natychmiast. Jakkolwiek.


Tragedia do jakiej doszło w sobotni poranek wytrąciła z równowagi, poza rodzinami ofiar najbardziej zdaje się dziennikarzy. W pierwszych godzinach, rzecz oczywista, do dyspozycji były jedynie stop klatki, marnej jakości zdjęcia. Ale były także archiwa! Z czasem przybywało informacji, wywiadów telefonicznych, czymś to trzeba było szybko zobrazować. Czy faktycznie trzeba?

Od lat gazety i portale internetowe oprócz podawania tekstu ilustrują wypowiedż. W tej chwili to standard. Kiedy zaś nie ma czasu na dobór odowiedniego zdjęcia zdarzają się manipulacje. Jest taka jedna fotografia Renaty Dąbrowskiej przedstawiająca Lecha Wałęsę. Bardzo charakterystyczna, dobra i znana (wygrywała konkursy foto w 2009 roku). Wpadająca w pamięć. Ma to coś. Łzę. Czyli wszystko co potrzeba by zilustrować materiał, w którym Wałęsa wypowiada się o katastrofie. Jest łza - jest emocja. No cóż... nie jest to tak zwana „główka”, legitymacyjne zdjęcia prezydenta, które po prostu obrazowałoby autora słów zapisanych obok, ale zdjęcie kipiące emocjami z określonego wydarzenia jakim była 20. rocznica obrad Okrągłego Stołu zorganizowana w Uniwersytecie Gdańskim. Łza na wspomnienie Okrągłego Stołu a łza po wydarzeniach pod Smoleńskiem, to chyba jednak nie ta sama łza.


Paint it black

Playlisty rozgłośni radiowych odpowiadały bezradności prowadzących. Jest smutno, ma być przykro, więc gramy pościelówy, spokojne utwory. Tekst stał się nieważny. Podobnie patrząc na zdjęcia w internecie. A kontekst? Królowały zatem piosenki o utraconej miłości, niespełnionych marzeniach, ludziach z problemami, antybohaterach, trudnym dzieciństwie, narkotykach itd...

Powaga chwili wymagała przypomnieć oficjalne sesje zdjęciowe zmarłych w katastrofie. Pojawiły się zatem wizerunki ciepłe, uśmiechnięte, przyjazne. Ale....w czarnobieli. Oczywiście na znak żałoby, na „pierwszy rzut oka“ żałoby. Po kliknięciu w zdjęcia ze stron pierwszych najczęściej na podstronach mogliśmy już podziwiać te zdjęcia w kolorze. Kuriozalny przykład (akurat znowu) z Gazety.pl. Reportaż z miejsca wypadku wykonany przez Sergeia Karpukhina jest w kolorze. Trumny są też bardzo kolorowe. Może aż nazbyt kolorowe niż przywykliśmy.



Melancholia, zaduma, smutek.... Każdego roku na jesieni pojawia się podobny kłopot jak to pokazać w fotografii. Lepiej lub gorzej poradzili sobie fotografowie. A fotoedytorzy z pierwszych stron i tak zdjęli kolor /“Party“ w czarnobieli, bezcenny „źart“/. Kancelaria prezydencka poszła za ciosem i spośród pracowników „wyszarzyła” pasażerów nieszczęsnego lotu.
Fotografia czarnobiała przestała być środkiem wyrazu, wybieranym przez fotografa. Nie istotne jak zdjęcie występuje w oryginale. Na pierwszych stronach kolor znikał. W prasie codziennej i tygodnikach (odrodziły się) reportaże czarnobiałe. Pod wpływem potrzeby chwili i powagi, nie zaś według istoty fotografii, która przecież ze względu na barwę wymaga innego myślenia, kompozycji, itd. [Do tematu wrócimy w kolejnym poście, opublikujemy wypowiedzi kilku fotografów.]


Fotografia pamiątkowa.

Wiadomym jest od dawna, że Polacy potrafią przechodzić narodowe żałoby. Nie tylko media mają już awaryjne czarne paski i logotypy. Ale i zwykli ludzie wiedzą, że trzeba coś zrobić ze sobą. Iść i zapalić znicz, pomodlić się, wywiesić fotografię w oknie, itd... Wiedzą także, że jeśli gdzieś się wypadnie wybrać w celu upamiętnienia trzeba zabrać ze sobą aparat (od kilku lat wystarczy telefon komórkowy). Przeżywanie chwil dramatycznych i pamiętnych dzieje się poprzez ekraniki lcd. Przysłowiowy „Japoński turysta” działa na wyjeździe, podczas gdy „Polski żałobnik” u siebie.
Kilka lat temu, gdy kraj i świat opłakiwał Jana Pawła II, ze zdumieniem i niesmakiem patrzyłam jak ludzie, którzy przebyli kilkunastogodzinną kolejkę by pokłonić się papieżowi w Bazylice św. Piotra w tym momencie kulminacyjnym ręce składają ...do zdjęcia. Zwykle obydwie ręce zajęte – komórka i aparat, czasem kamera.
Krajanie zaś ruszyli fotografować wówczas wszelkie pomniki, tablice pamiątkowe, popiersia JPII i ustawione tamże znicze. Konieczna była fotografia krzyża, tymczasowego ołtarza i telebimu! W ostatnich dniach zdarzyło się podobnie. Z ciekawą inicjatywą wyszło Narodowe Archiwum Cyfrowe otwierając specjalną stronę –
zbiór fotografii pamiątkowych. „Jeśli utrwaliłeś na fotografiach te świadectwa narodowej tragedii, to możesz uczynić z nich elementem polskiego dziedzictwa narodowego, przekazując je do Narodowego Archiwum Cyfrowego.” Może troszkę pompatycznie, sama akcja przypomina grupę flickr’ową, jednak faktycznie w naszej historii to rzecz bez precedensu. I dobrze, skoro już ludzie pstrykają...

A na deser opowieści z krypty.

Na koniec jeszcze refleksja – kiedy i kto i czemu zdjęcie robi. Fotoreporterzy przekazują informacje, emocje. Często są z tej drugiej, oficjalnej, zamkniętej strony. Nam pokazują jak to wygląda. Zwykli uczestnicy wydarzeń upamiętniają, dokumentują to co widzieli, czy raczej co zobaczą później na większym ekranie. Jak zawsze. Gdzieś zawsze z tyłu głowy pojawia się pytanie o to czy i komu i kiedy wypada zdjęcie zrobić.

Do pożegnania prezydenckiej pary w podziemiach Wawelu została dopuszczona jedynie najbliższa rodzina. Media i wszyscy inni mogli tam wejść później. Obecny na rodzinnym pożegnaniu poseł Adam Bielan przez twittera opublikował natychmiast zdjęcie z krypty. Fotografia zaraz pojawiła się w innych portalach. Internauci zareagowali błyskawicznie nie zostawiając na pośle suchej nitki (byli i chwalący inicjatywę). Bielan tłumaczył się, że przecież media były tam wcześniej, nie ma o co hałasu robić. Jest jednak różnica w pokazaniu sarkofagu jak wygląda przygotowany w pustej kaplicy, jak wygląda sarkofag z wieńcem od rodziny oraz jak otaczają go zwiedzający. Poseł Bielan udawał, że różnicy nie widzi, wszystko w celach PR: wykonał koszmarne zdjęcie w bardzo nietaktownym momencie, tym samym jednak podkreślił swoją pozycję polityczną i przywiązanie do rodziny prezydenta.
- - -
Już niebawem w MIEJSCU FOTOGRAFII znajdą się wypowiedzi na temat fotografii czarnobiałej: decyzji o wyborze koloru, znaczeniu dla kompozycji, itd. Zapraszam.

wtorek, 27 kwietnia 2010

fotografia kolekcjonerska



Jerzy Kosiński, Meditation, 1957, fotografia czarno-biała, brom, papier, 38 x 29 cm / nr katalogowy 140

Jutro (28 kwietnia) w Warszawie odbędzie się aukcja fotografii kolekcjonerskiej. Organizatorami wystawy i aukcji są Rempex oraz portal Artinfo.pl. Trzeba zaznaczyć, że jest to siódma edycja projektu. Każda zakłada, że oprócz artystów, którzy pojawiają się na aukcji, następuje pewna rotacja. Co aukcję, organizatorzy zapraszają także nowych artystów, by pokazać, że ta dziedzina sztuki wciąż się rozwija – piszą organizatorzy. Chciałoby się dodać - na całe szczęście jest taka inicjatywa, która pokazuje rozwój fotografii.


Ale na poważnie i trochę informacji najpierw.


To siódma edycja. Pierwsza aukcja „Polska Fotografia Kolekcjonerska” odbyła się w 2007 roku. Od edycji 5 zmieniła się nazwa na „Fotografia Kolekcjonerska”. Znaleźli się wówczas także autorzy z zagranicy: Paul Strand, Josef Sudek, Aleksander Rodczenko. W tym roku wielki świat reprezentują: Yong Hee Kim, Nabuyoshi Araki i Tom Hunter.

Podkreślanie rotacji artystów i mowa o wskazywaniu nowych talentów jest jak dla mnie dużym nadużyciem. Na 112 autorów prac biorących udział w aukcji znakomita większość powtarza się względem poprzednich edycji. Można powiedzieć – i dobrze, bo to oznacza pewien kanon znakomitych fotografów. Zgadzam się, że w panteonie znajdują się m.in. Robakowski, państwo Lachowiczowie, Łagocki, Lewczyński, Kossakowski, Piasecki, Rydet, czy klasycy przedwojenni: Dorys, Bułhak, itd... I nic dziwnego, że te nazwiska pojawiają się zawsze. Jest jednak duża grupa artystów, którzy nigdy nie zdobyli tak zwanego rozgłosu, kariera nie potoczyła się gładko, nie są rozpoznawalni w historii – brak osiągnięć, brak wystaw, publikacji. Ale bogate archiwa. I takie nazwiska od lat pojawiają się na aukcjach fotografii kolekcjonerskiej, tej z Rempexu. Oczywiście podobnie ‘ulubionych’ autorów mają inne aukcje w kraju, organizowane przez PolSwiss Art, Desę Unicum, itp.


Zofia Rydet, Z cyklu Mały Człowiek, lata 60-te XX w., fotografia czarno-biała, brom, papier, 40 x 30 cm / nr katalogowy 130

Fotografia Kolekcjonerska, aukcja 6.: jesień 2009: sprzedano 64 obiekty z 260. 12 prac z zyskiem (!). Znakomita większość sprzedanych warunkowo, poniżej ceny wywoławczej. W takiej sytuacji można się zastanawiać – po co ten interes ciągnąć? I tu należą się brawa dla organizatorów – za cierpliwość i kontynuowanie powziętego pomysłu. Warto zaznaczyć, że wydarzenia mają dostępną dokumentację w internecie, co przede wszystkim odróżnia FK od konkurencji w aukcjach.

Ceny wywoławcze są w przedziale od 300 do 64 000 zł. Sprawdzałam kilkakrotnie czy górna granica to jednak nie pomyłka. Porównanie z poprzednią aukcją jednak wyprowadziło mnie z wahania. Hitem cenowym jesiennej edycji była heliografika Karola Hillera za wywoławcze 70.000 zł (nawiasem mówiąc nie wyjaśniono pojęcia heliografiki ani nie próbowano pokusić się o sprecyzowanie daty powstania pracy, mimo wyraźnego numeru kompozycji). Wracając do cen – przedział szokujący. Widać pewne serie sprzedawane na kolejnych aukcjach: Zdzisław Sosnowski czy Ewa Kuryluk. Ceny wywoławcze się raczej nie zmieniają. Z drobnymi wyjątkami autorów, którzy podnieśli swoje wymagania nawet i o 50% (np. Andrzej Dragan)!



Teresa Murak, Zasiew, 1975/1976, fotografia czarno-biała, brom, papier, 40 x 28,5 cm /
numer katalogowy 279


Edukujmy, edukujcie, niech edukują.

Jest to przedsięwzięcie, które należy rozwijać, wspierać. Mimo że przeżywamy, od jakiegoś czasu, mały boom w tej dziedzinie sztuki, to przed Fotografią Kolekcjonerską jest jeszcze sporo pracy, przede wszystkim edukacyjnej. Owszem warto rozwijać, ale z tym wspieraniem chyba drobna przesada. Dom aukcyjny Rempex nie jest chyba instytucją charytatywną. Cele edukacyjne, tu się zgodzę - do postawienia i wykonania, znajdują się ciągle w przyszłości.

Edukacja leży w interesie zarówno organizatorów jak i potencjalnych klientów. Nabywca, który tworzy sobie prywatny zbiór prac fotograficznych to ciągle rzadkość w naszym kraju. Organizatorzy od kilku lat próbują zmienić ten stan poprzez cykliczne i dobrze nagłośnione wydarzenie. Mam jednak wrażenie, że edukacja tu się zaczyna i kończy. Drukowany katalog (do zdobycia w galerii Rempex) nie zastąpi napisania historii polskiej fotografii. Internetowy katalog zredagowany jest pobieżnie, na szybko, co gorsza od lat tak samo. Brakuje konsekwencji w opisach (daty urodzenia, zgonu, miejsce urodzenia, itd.) w biogramach. Organizatorzy powołują się na niemożliwe czasem do określenia nakłady odbitek, szczególnie jeśli chodzi o „dawniejszą” fotografię. Racja, warto jednak może podać opisowo, nie tylko „nakład nieokreślony”, ale że czasem mamy do czynienia z prawdopodobnym unikatem przy fotografiach z XIX wieku? Tu warto postawić sobie pytanie czy w ogóle trzeba podawać nakład w odniesieniu do prac sprzed 89 roku w Polsce? Organizatorzy w nocie prasowej podają: Tworzenie normalizacji jest przydatne dla samych fotografów, ale także dla kolekcjonerów, historyków sztuki, marszandów. Oczywiście, zgoda, ale trzeba też znać umiar w wyjątkach, których już nieznormalizujemy. W nocie czytamy dalej także każdy artysta zaproszony do udziału w projekcie, dostaje do wypełnienia specjalny formularz, który spełnia rolę tzw. formatu, dokładnego opisu zdjęcia. Artysta w odpowiednie miejsca wpisuje dane, jak: technika wykonania fotografii, format zdjęcia, nakład.


Andrzej Różycki, Legenda, 1968, fotografia czarno-biała, brom, papier, 39,5 x 50,5 cm / nr katalogowy 228



Wracając do edukacji, na o można liczyć? Katalog, opis na wystawie. Rzekłabym – wymagana informacja o obiekcie. Edukacja? Może to te dodatkowe opisy, jak na przykład czym jest „carte de visite”? (gratuluję dociekliwości autorowi tej notki, na prawdę urzekająca). Jeśli tak, warto wpisywać także czym jest „vintage print” (niemal wszystkie prace z aukcji mają ten odnośnik...poza dagerotypami i pojedynczymi przykładami). O, właśnie czym jest dagerotypia albo tajemnicza „fotografia czarno-biała” Jana Bułhaka? Odbitką srebrową, bromosrebrową, wtórnikiem? /dobrze, że nie robił bromolejów i przetłoków, będzie łatwiej ocenić/ To znowu kwestia porządku i konsekwencji. Są także opisy idealne, encyklopedyczne i faktycznie na miarę dzieł z kolekcji. Tym bardziej drażniący jest nieporządek w innych notach.


Edukację polecam skierować w stronę techniczną: jak opisywać dzieła, jak wyceniać, wyjaśniać wszystkie pojęcia fotograficzne. Warto też przy takich wystawach zrobić spotkania, nie tylko celem sprzedaży/kupna, opowiedzieć o tych pracach więcej, porozmawiać z kolekcjonerami, itd. Zamiast powtarzać dwa razy do roku (tak często odbywają się aukcje) o „ewenemencie na polskim rynku“, wyjątkowości wydarzenia i trudach organizacyjnych, w działanie polecam włożyć więcej konsekwencji, poszerzać faktycznie grono artystów a konkurencję deklasować podnoszeniem poprzeczki nie tylko w ilości autokomplementów w nocie prasowej.

Do zobaczenia na zakupach.

katalogi kolejnych edycji Fotografii Kolekcjonerskiej
edycja 1; edycja 2; edycja 3; edycja 4; edycja 5; edycja 6; edycja 7 - aktualna

Fotografie użyte w tekście za organizatorem aukcji i wystawy: artinfo.pl

środa, 7 kwietnia 2010

Dowody tożsamości 2

fot. Aneta Grzeszykowska, z serii Bez tytułu ["Portrety"], 2005-2006, materiały prasowe wystawy

Już jutro wernisaż drugiej odsłony gliwickiego projektu Dowody tożsamości, o którym pisaliśmy jakiś czas temu >

Tym razem do Czytelni Sztuki zaproszona została polska fotografka młodego pokolenia - Aneta Grzeszykowska oraz Joachim Schmid - niemiecki socjolog-artysta.

fot. Aneta Grzeszykowska, z serii Bez tytułu ["Portrety"], 2005-2006, materiały prasowe wystawy

Kwietniowa ekspozycja skupia się na zagadnieniu tożsamości człowieka postrzeganej przez pryzmat wizerunku, wyglądu w wymiarze osobistym. Zaprezentowana zostanie seria portretów nieistniejących osób autorstwa Anety Grzeszykowskiej. Artystka, poprzez komputerową manipulację obrazem i perfekcyjne dopracowanie szczegółu, tworzy byty pozorne - fikcyjne postaci, których istnienie zależy wyłącznie od widza, od siły złudzenia wywołanego w jego świadomości.


fot. Joachim Schmid, materiały prasowe wystawy


fot. Joachim Schmid, materiały prasowe wystawy

Fotografie Grzeszykowskiej zostaną zestawione z pracami Joachmia Schmid'a, do których, co znamienne dla jego twórczości, wykorzystuje fotografie znalezione. Stare, podarte na wpół studyjne portrety - wykonane prawdopodobnie do dokumentów tożsamości - układa tak, że powstaje nowy, podwójny portret. Połączone w nim ze sobą cechy zewnętrzne dwóch osób, stwarzają niepokojący obraz nowej, nieistniejącej tożsamości. Osoby prawdopodobnej, choć nieprawdziwej - możliwej, ale wirtualnej.

fot. Aneta Grzeszykowska, z serii Bez tytułu ["Portrety"], 2005-2006, materiały prasowe wystawy

Konfrontując ze sobą prace Schmid'a i Grzeszykowskiej wystawa ma wzbudzać wątpliwość, burzyć nasze przeświadczenie o prawdziwości tego kogo i co widzimy.

Tekst kurator wystawy Magdalena Sokalska

Aneta Grzeszykowska ur.1974, ukończyła studia na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Od 1999 współpracuje przy projektach artystycznych z Janem Smagą. Głównym medium działania Anety Grzeszykowskiej jest fotografia, ale traktowana instrumentalnie jako narzędzie do realizacji zaawansowanych artystyczno-ontologicznych ćwiczeń.

Joachim Schmid ur.1955, jest absolwentem kierunku Komunikacji Wizualnej przy Fachhochschule für Gestaltung Schwäbisch Gmünd and Hochschule der Künste Berlin. Od lat w obszarze jego największych zainteresowań znajduje się recycling fotografii zużytych, znalezionych. W 1990 stworzył Instytut na Rzecz Przetwarzania Zużytych Fotografii mający na celu bezpieczne dla środowiska, masowe utylizowanie bądź przetwarzanie niepotrzebnych fotografii.

Gdzie: Czytelnia Sztuki, Gliwice Dolnych Wałów 8a
Kiedy: 08.04.2010 godz. 18.00, wystawa dostępna do 29.04.2010


wernisaż połączony będzie ze spotkaniem autorskim z Joachimem Schmid'em

niedziela, 4 kwietnia 2010

najlepszego...!


na Wielkanoc kartek jakby mniej (tutaj bożonarodzeniowe) . dekoracje świąteczne też później się zjawiają. najlepszego!

od Mariusza Foreckiego i 5 klatek

od Anny Bohdziewicz


od Kwartalnika Fotografia


od
Fundacji Archeologia Fotografii


od Stanisława J. Wosia



piątek, 2 kwietnia 2010

3 kawałki bez flesza / koncertowa fotografia 2009 roku

Clawfinger na Przystanku Woodstock / Profesjonaliści: II miejsce / fot. Robert Grablewski


To bardzo świeży konkurs, bo "Koncertową fotografię roku" wybrano dopiero po raz drugi. Konkurs zatacza jednak coraz szersze kręgi. Więcej uczestników, rozszerzone jury, impreza na ogłoszenie wyników - oczywiście koncertowa z możliwością fotografowania.
Mam jednak nieodparte wrażenie, że efekt znacznie gorszy niż rok temu.
Zobaczcie z resztą sami:
- tutaj oficjalna strona konkursu - czyli wszyyyystkie zgłoszone do konkursu zdjęcia i zeszłoroczni nagrodzeni
- tutaj pełna galeria zwycięzców

Konkurs był podzielony na dwie kategorie: profesjonalistów i open, przy czym ułatwiono fotografującym podjęcie decyzji o tym gdzie wysłać zdjęcia: profesjonalista to ten który miał 5 publikacji w prasie lub 10 w internecie (liczy się oczywiście 5 koncertów, a nie 5 zdjęć z tego samego...) oraz był akredytowany na 15 imprezach. Profesjonalistów oceniało 20 osobowe jury (plus sami uczestnicy). Jury złożone z przedstawicieli firm nagraniowych, organizatorów imprez muzycznych, dziennikarzy, itd...czyli znawców tematu. Kategorię open oceniali sami jej uczestnicy - ilością głosów. Wygrały zdjęcia, które...doładowano jako ostatnie :) Jednak to wyniki kategorii profesjonalistów wzbudzają kontrowersje (patrz tutaj)


Lupe Fiasco na CLMF w Krakowie / Profesjonaliści: wyróżnienie / fot. Piotr Tarasewicz
Pomysł na konkurs świetny, wpadł do głowy dwóm fotografom: Arturowi Rawiczowi i Marcina Bąkiewicza, założycieli Music Foto Kolektiv. Z informacji prasowej (za plfoto.com): "celem konkursu zesżłorocznego była konsolidacja środowiska fotografów koncertowych i oczywiście dobra zabawa. Pierwotnie konkurs miał być jedynie atrakcyjnym wydarzeniem towarzyskim adresowanym do osób czynnie zajmujących się fotografią koncertową. W szranki stanęło wówczas 20 najaktywniejszych polskich fotografów specjalizujących się w fotografii koncertowej, publikujących swoje zdjęcia w ogólnopolskich mediach (między innymi: Wirtualna Polska, Onet, "Teraz Rock", "Metal Hammer", Infomuzyka). Każdy z fotografów mógł zgłosić jedynie 5 zdjęć."
Faktycznie dobrze, że ktoś zwraca uwagę jakie zdjęcia są publikowane z koncertów, że jest to pewna specyficzna odmiana fotografii, że rządzi się swoimi prawami, a...w fosie obowiązują pewne zasady i swoista etykieta. Ten konkurs wywołuje temat, ale go nie zamyka. Szkoda tylko, że oprócz konkursu nie ma okazji do dyskusji, brak forum, a także opisu czy refleksji czym jest fotografia koncertowa i jak ją zrobić. (nieliczne blogi fotografów koncertowych, ostatnia inicjatywa http://fosiarze.blogspot.com/ i "zbiorowy" http://fosiarze.pl/ jeszcze młode, więc trzymamy kciuki niezapeszając).
Pozostają wzory zagraniczne - amerykańskie nieprzekładalne dla nas, ale coś tam się znajdzie ciekawego, dla każdego: Daniel Bound , Steve Mirarchi (tu rodział o wyborze negatywu na koncert! ah, bezcenne!) i Bryan Kremkau.
Czekam na te czasy kiedy akredytacje będą rozdawane z głową, w fosie nie spotka się fanów z małpkami, którzy z piskiem i fleszem rzucają się do nóg wokalistów a zasada "3 kawałki bez flesza" będzie obowiązywać tylko w na prawdę uzasadnionych wypadkach... wtedy, przy takim komforcie pracy i zdjęcia będą ciekawsze.

środa, 31 marca 2010

nowe 5klatek.

W świeżym, ósmym numerze 5klatek m.in. prezentacja Snapsa (czyli i części redakcji miejsca fotografii): Agnieszki Sym, Sylwestra Rozmiarka, Michała Macioszczyka, Piotra Koszczyńskiego i Roberta Jaworskiego. Do tego dodatek w postaci mojego tekstu: "Snapshot nobilitowany". Oczywiście w numerze dużo dobrego fotoreportażu, ale nie omawiamy i nie recenzujemy, bo maczaliśmy w nim palce. ale... to też dobra okazja by zapowiedzieć nowego kolegę w redakcji "miejsca fotografii" - Wojtka Sienkiewicza. Polecam jego wywiady w 5klatkach!

wtorek, 23 marca 2010

fotografia wojenna...

Roger Fenton, 1855, Prints and Photographs Division, Library of Congress, Washington, D.C., 20540-4730

O fotografii wojennej niewiele się pisze w Polsce. Mówi się na szczęście więcej. Najwięcej zaś do powiedzenia ma czołowy polski fotoreporter Krzysztof Miller. Celowo nie piszę fotoreporter wojenny, bo zgodnie z tym co powtarza, za Ryszardem Kapuścińskim: reporterem wojennym jest się na wojnie.

Jutro w Zachęcie będzie okazja posłuchać "fotoreportera wojennego" i poznać historię tej dziedziny fotografii. więcej info

Pierwsze zdjęcia "wojenne" pochodzą z Wojny Krymskiej. Najlepsze realizacje wykonał Roger Fenton na zlecenie rządu brytyjskiego podczas czterech miesięcy spędzonych na froncie. Ówczesna technika nie pozwalała na zbyt wiele. Na fotografiach znalazło sie przede wszystkim codzienne życie obozowe. Są również pejzaże: port, pole bitwy, cmentarz. Fenton miał wyraźną niechęć do fotografowania pola bitwy po jej rozegraniu. Dzięki temu jego wojenna relacja jest niczym malarstwo historyczne - nie przekazuje zbyt wielu informacji, ale upamiętnia i gloryfikuje tych co trzeba. A jednak zdjęcie "Doliny cienia śmierci" (pierwsze) wywołało żywą dyskusję na temat granic estetycznych drukowanego dokumentu! [zdjęcie z resztą okazało się posiadać dwie wersje, to ^ z kulami na drodze, i takie, gdzie kule leżą z boku]
Roger Fenton, 1855, Prints and Photographs Division, Library of Congress, Washington, D.C., 20540-4730

Zdjęcia z Wojny Krymskiej są udostępnione przez Bibliotekę Kongresu - tutaj wybór. W całej tej ilości dwa ujęcia wydają siędominować - żołnierz na koniu oraz grupa osób na schodkach przed drzwiami. Przy czym portret konny wydaje się być popisem fotografa, a przy tym ulubionym tematem.
Fenton miał do dyspozycji ciemnię w wozie (ale to nie on tam siedzi na zdjęciu...), jeśli trzeba było zrobić fotografie poza obozem. Warto mieć na uwadze, że fotografował w mokrym kolodionie, który trzeba było nanieść na szklaną płytkę w stanie mokrym, naświetlić (5-20 sekund) a następnie szybko wywołać zanim cała substancja wyschła. Faktycznie warunki zbyt trudne by udało się uchwycić ruch...

Ciekawe w jakim procesie próbował swoich sił fotografujący tę samą wojnę Jean-Charles Langlois, francuski żołnierz i malarz, skoro do swojej żony pisał z frontu tak: wciąż trzeba pamiętać o tym okropnym słowie cierpliwość, kiedy czas goni. Moja miła! Co za wstrętna pogoda! Jak długo jeszcze tak będzie? Dwadzieścia sześć dni, i ani jednego, który można by uznać za ładny. Jest zupełnie inaczej, wciąż rozbudzane nadzieje i kolejne rozczarowania [...] te rzadkie i marne próbki, które udało się nam uzyskać dzięki uporowi i wytrwałości, za jaką cenę? To nieprawdopodobne! Czas naświetlania, który zajmuje kilka godzin, a potem jeszcze dwa lub trzy dni, o ile nie więcej, w laboratorium, do tego zanurzanie płytek w roztworze dwa lub trzy razy dziennie, no i do tego koszty informacji o tym, co się dzieje, materiały, które niszczy ludzka ręka, czas i klimat, który nas tutaj nie oszczędza. Tych kilka zdjęć, które udało nam się wyrwać zimą, ileż zniszczonych płytek, jakże wiele straconych bezpowrotnie odczynników chemicznych, nie licząc tych, które straciliśmy na skutek panujących tu mrozów. [Andre Rouille, Fotografia. Między dokumentem a sztuką współczesną, tłum. Oskar Hedemann, wyd. Universitas, Kraków 2007, s.30]

Mokry kolodion oczywiście szybko został zastąpiony czymś dużo praktyczniejszym: suchą płytą a następnie procesem żelatynowo-srebrowym Richarda Leach Maddoxa. Nikt więcej po 1880 roku nie używał kolodionów do reportażu, tymbardziej wojennego! Prawie... W zeszłym roku Krzysztof Miller zaprezentował serię przefotografowanych w mokrym kolodionie najważniejszych dla autora kadrów z reportaży z 13 wojen. Serię otwiera zaś fotografia z Republiki Południowej Afryki gdzie widzimy sześciu fotografów przy pracy.
Krzysztof Miller, z serii 13 wojen, 2009, prezentowane podczas wystawy "Ludzie, wydarzenia, przemiany. 20 lat fotografii Gazety Wyborczej" w Zachęcie 2009;

O serii fotografii Millera pisała jakiś czas temu Basia Sokołowska - tutaj. Nie przekonał jej pomysł sięgnięcia po kolodion by nawiązać do początków fotografii: W zdjęciach Millera nie czuje się kolodionowego lenistwa, jego kadry zdecydowanie należą do szybkich czasów małego obrazka. Jest pewien rozdźwięk między estetyką negatywu i pozytywu. "13 wojen" to nie są zdjęcia zrobione techniką mokrego kolodionu - to tylko współczesne negatywy jedynie zreprodukowane przez skanowanie i obróbkę cyfrową na szklanych płytach w mokrym kolodionie.
Wydaje się właśnie, że to zatrzymanie przy jednym kadrze wśród setek wykonanych, na jednej twarzy, ta skomplikowana edycja była przyczyną dla której autor wybrał kolodion. Na przekór temu czym dziś jest fotoreportaż - kilka gigabajtów fotografii przesyłanych z miejsca zdarzeń do redakcji, pobieżny rzut oka na materiał przez fotoedytora i druk w gazecie. Ten proces "jedynie zreprodukowany" traktuję znacznie poważniej. Technika dodaje wartości uniwersalnej tym kadrom, których w pewnym sensie mamy dość z gazet, wystaw, książek.

poniedziałek, 22 marca 2010

Wystawa fotografii Tadeusza Sumińskiego


Tadeusz Sumiński, Fabryka i forma. Fotografie zakładów przemysłowych
Wystawa jest pierwszą odsłoną tego, co zawiera archiwum znakomitego pejzażysty Tadeusza Sumińskiego opracowywane aktualnie przez Fundację Archeologia Fotografii. Jest to wybór materiału z czasów pracy fotografa w miesięczniku „Polska”, edycji kierowanej do krajów Afrykańskich i Azjatyckich („La Revue Polonaise”, „The Polish Review”, Wyd. Polonia). Tematyka przemysłowa była stałym i dominującym tematem fotoreportaży na łamach „afrykańskiej” edycji pisma. W latach 1962-1964 Sumiński fotografował liczne zakłady przemysłowe w Polsce m.in. takie jak Huta Warszawa, Zakłady Azotowe w Mościcach, Pafawag we Wrocławiu, czy obecne szerzej na wystawie zakłady tytoniowe w krakowskich Czyżynach. W zbiorze tym przeplatają się fotografie robotników przy pracy czy hal fabrycznych z formalistycznymi ujęciami efektów produkcji przemysłowej. W dorobku Sumińskiego tematyka przemysłowa zajmuje obszar marginalny i stanowi zaskakujący i ciekawy kontrast wobec konsekwentnie wykonywanej i prezentowanej na wystawach fotografii krajobrazowej. Pokaz w Galerii Asymetria przypomina ten nieznany szerzej materiał, będący nie tylko interesującym dokumentem, ale także przykładem poszukiwań – „ćwiczeń” formalnych fotografa.
Wystawa otwiera się w osiemdziesiątą szóstą rocznicę urodzin fotografa.
Wystawa czynna: Galeria Asymetria, ul. Nowogrodzka 18 a m 8a,
2 kwietnia – 15 maja 2010, Wernisaż: 1 kwietnia (czwartek), 19.00
Serdecznie zapraszamy!

piątek, 19 marca 2010

Sophie Calle: o teorii obrazu w praktyce

Dużo pisano i rozmawiano o subiektywnym dokumencie w fotografii. Wyznaczano granice (przyzwoitości) w których autor miałby się bezpiecznie poruszać mówiąc o świecie. Kiedy autor stara się być obiektywny często nazywa się go zimnym, jeśli wchodzi i ocenia - jest zbyt wścibski.

Pewna francuska artystka od przeszło 30 lat opowiada historie swoje i innych, jedne wymyśla, inne bardzo precyzyjnie wydobywa z codziennego życia. Używa do tego celu najczęściej fotografii, co gorsza - tej dokumentalnej, tej zimnej fotografii.
























/fot. lewa: Jean-Baptiste Mondino, materiały z Fundacji Hasselblada; prawa: okładka albumu prazy wystawie w Centre Pompidou w 2003 roku/

5 marca ogłoszono, że Sophie Calle została laureatką dorocznej nagrody Fundacji Hasselblada. Jury (Claude W. Sui, Ariella Azoulay, Vladimir Birgus, Sergio Mah, Mette Sandbye) postanowiło uhonorować przeszło 30 lat pracy artystki za (bardzo wolne tłumaczenie bardzo złego angielskiego) niepowtarzalny sposób przedstawiania w fotografii relacji między obrazem a tekstem, prawdą i fikcją, postawą publiczną i prywatną. W werdykcie czytamy także o wyczuciu w prezentowaniu ludzkich ułomności, budowaniu napięcia między tożsamością a intymnością. Jury dostrzegło również, że młode pokolenia fotografów inspirują się jej pracami.

Wszystko pięknie, to wspaniała wiadomość, artystce oczywiście należą się gratulacje, piękny dodatek do tak świetnej kariery. Chętnie bym obejrzała wystawę, która w październiku zostanie otwarta w Hasselblad Center w Goeteborgu. Ale póki co popatrzmy na listę dotychczas nagrodzonych. Sami wielcy, sami sławni, sami...fotografowie. A któż inny miałby dostać wyróżnienie fotograficzne jak nie fotograf? No właśnie taka Sophie Calle! W jej pracach zawsze mamy do czynienia ze zdjęciami, ale... nigdy nie są pierwszoplanowe. Wymykają się tym samym wszelkim normom i regułom tak zwanego "dobrego zdjęcia". One zawsze służą 'czemuś', dokumentują 'coś', nie aspirują do bycia estetycznym 'czymś'. Wobec tego warsztat fotografa nie jest tu istotny. Walory estetyczne u Calle na pewno grają ważną rolę, jednak każdy kadr, każde zdjęcie wydaje się podlegać innym kryteriom. Jest potrzebne, konieczne.

W każdej pracy, a fotografia jest przecież zawsze jej podstawą, znajduje się refleksja nad obrazem w kontekście, w opisie, w szerokim ujęciu. W tym opisie najczęściej posługuje się słowem. Zdjęciom towarzyszy tekst: prywatne zapiski, fragmenty wywiadów, wypowiedzi osób zaangażowanych w projekt. Oprócz słów, fotografiom towarzyszą także akcje, filmy, z wybranych zaś elementów Calle tworzy instalacje.

Fundacja Hasselblada uhonorowała Calle nie tylko za dobre zdjęcia, ale za całokształt twórczości, za nadzwyczajne osiągnięcia. Może nie pasuje na pierwszy rzut oka do długiej listy dotychczasowych laureatów. Może to znak, że sama nagroda się zmienia. Laureaci poprzednich lat wypowiadali się tylko przez fotografię - dokumentalną (Bernd & Hilla Becher), reporterską (Josef Koudelka), ale i "artystyczną" - inscenizowaną (Cindy Sherman), konceptualną (Jeff Wall), itd. A Calle...do tego bogactwa dodaje jeszcze pozafotograficzne elementy: słowo, gest, akcję, instalację, film. Wydaje się, że Calle należy bardziej do świata wielkiej sztuki, niż sztuki zamkniętej w kategoriach fotograficznych.

W 2007 roku reprezentowała Francję podczas Biennale w Wenecji wystawiając pracę "Take care of yourself" (opis poniżej). Była wówczas faworytką do nagrody głównej (a nagrody publiczności, której to faworytem była, w Wenecji się nie przyznaje). Jej praca znakomicie pasowała do konwencji wystawy międzynarodowej - czytelna, uniwersalna, pozostawiająca widza w oszołomieniu, a na pewno nie-obojętności.

"Take care of yourself" znakomicie charakteryzuje twórczość Calle, to osobista historia opowiedziana przez innych, na granicy prawdy i fikcji, naturalna i pozowana, praca monumentalna (setki zdjęć, kilkadziesiąt filmów, mnóstwo słów).Nie mogę się doczekać kolejnych realizacji. Życzę też sobie i Państwu szansy obejrzenia jej prac tu u nas w kraju. A tu krótka ściąga - wyróżnione zostały odautorskie opisy - z najważniejszych realizacji.


/fragment wystawy Sophie Calle w pawilonie francuskim podczas Biennale w Wenecji, 2007; fot.jk./

Suite Vénitienne 1980 - praca, która dała Sophie Calle zainteresowanie widzów i przyciągnęło baczne oczy krytyków sztuki. Do tej pory gdziekolwiek wzmiankowana jest artystka, razem z nią - ta właśnie praca.
Przez miesiące chodzę za nieznajomymi ludźmi po ulicach. Z przyjemności śledzenia ich, nie dlatego, że mnie interesują. Robię im zdjęcia bez ich wiedzy, notuję ich ruchy, w końcu zwykle tracę ich z oczu i zapominam ich. Pod koniec stycznia 1980 ulicami Paryża podążałam za mężczyzną, którego za chwilę utraciłam z pola widzenia. Zupełnie przez przypadek przedstawiono mi tego mężczyznę tego samego wieczoru podczas wernisażu. Opowiedział mi wówczas, że zamierza udać się do Wenecji. Zdecydowałam, że ruszę jego śladem.
Stuart Morgan o tej pracy we Frieze nr z 1992 roku

Cień / The Shadow 1981 - Sophie poprosiła matkę o wynajęcie detektywa, by śledził jej córkę. W efekcie artystka otrzymała "fotograficzny dowód swojego istnienia", a my w każdym jej biogramie czytamy o zainteresowaniach artystki w prowadzeniu śledztw i detektywistyką. Pracy towarzyszył także dziennik Sophie, która świadoma faktu bycia obserwowaną, opisywała dzień po dniu, marzyła też o swoim detektywie-cieniu, oprowadzała go w myślach po pięknych miejscach Paryża...

Hotel 1981-83, Pokój 28 (16 lutego 1981)
W poniedziałek 16 lutego 1981 roku zostałam zatrudniona na trzy tygodnie jako sprzątaczka w weneckim hotelu. Przypisano mi dwanaście pokoi na czwartym piętrze. W trakcie wykonywania moich obowiązków przeglądałam podróżne rzeczy gości hotelowych oraz obserwowałam poprzez detale ich życie, które pozostawało mi nieznane. W piątek 6 marca skończyłam wykonywanie tej pracy.

Room 28 (February 16th 1981), 1983 Sophie Calle © Adagp, Paris 2010 Courtesy Galerie Emmanuel Perrotin, Paris & Miami

Przeszywający ból / Equisite pain 1984/99
W 1984 roku otrzymałam stypendium francuskiego ministerstwa spraw zagraniczych na trzymiesięczny wyjazd do Japonii. Wyjechałam 25 października, nie zdając sobie sprawy, że był to początek dziewięćdziesięciodwu dniowego odliczania do końca romansu. Nic nadzwyczajnego, ale dla mnie, wówczas, najbardziejnieszczęśliwy czas w moim życiu, za który obwiniałam całą tę podróż.
Wróciłam do Francji 28 stycznia 1985 roku. Od tego momentu, kiedy ktoś mnie pytał o wyjazd, zamiast o Dalekim Wschodzie, opowiadałam im o swoich cierpieniach. W zamian zaczęłam zadawać im - i przyjaciołom a z czasem i przypadko spotkanym ludziom - pytanie: kiedy najbardziej cierpiałeś? Robiłam to tak długo, aż dzieki porównaniom z innymi ludźmi, dzięki powtarzaniu tej swojej historii, poradziłam sobie z własnym bólem. Metoda ta okazała sie bardzo efektywna" trzy miesiące później byłam wyleczona.
Wtedy, w obawie przed ewentualnym nawrotem cierpienia, postanowiłam nie robić z tego użytku artystycznego. W tym momencie kiedy powracam do tego tematu - minęło od tych wydarzeń 15 lat.


The Detachment, (fragment), 1996 Sophie Calle © Adagp, Paris 2010 Courtesy Galerie Emmanuel Perrotin, Paris & Miami

Oddzielenie / The Detachment 1996 [Seria 12 książek i 12 oprawionych zdjęć]Oglądałam w Berlinie te miejsca, z których usunięto symbole Wschodnich Niemiec (NRD). Prosiłam przechodniów o opisanie przedmiotów, które kiedyś wypełniały te puste miejsca. Sfotografowałam nieobecność i wypełniłam brakujące pomniki wspomnieniami o nich.

Pokój z widokiem /Chambre avec vue 2003

Pewne noce są niewypowiedziane. Spędziłam noc 5 października 2002 w pokoju przygotowanym dla mnie na szczycie wieży Eiffel'a. W łóżku. Pomiędzy białymi prześcieradłami, wsłuchując się w opowieści obcych ludzi, którzy zmieniali się przy moim łóżku.

Opowiedz mi historię abym nie zasnęła. Maksymalna długość 5 minut. Dłużej, tyklo jeśli jest ekscytująca. Nie ma opowieści - nie ma wizyty. Jeśli twoja historia mnie uśpi, odejdź po cichu i poproś strażników, żeby mnie obudzili...

Przybyły setki osób. Pewne noce są nie do opisania. Wróciłam na dół wczesnym rankiem. Te wiadomość widziałam na każdym rogu: Sophie Calle zakończyła bezsenną noc o 7 rano. Zupełnie jakby na potwierdzenie, że nie wyśniłam sobie tego. Spytałam księżyca i dostałam odpowiedź: SPAŁAM NA SZCZYCIE WIEŻY EIFFEL'A. Od tamtej pory wypatruję go i czasem kiedy wyłania się z jakiejś ulicy, którą przechodzę - pozdrawiam go. Przypatruję mu się dokładnie. Tam, jakieś 300 metrów nad ziemią jest trochę jakby w domu.









Take care of yourself
2007
Otrzymałam email mówiący mi, że to koniec.
Nie wiedziałam jak odpowiedzieć.
Wydawało się, jakby nie był adresowany do mnie.
Kończył sie słowami: trzymaj się. Postąpiłam zgodnie z radą w liście.
Poprosiłam 107 kobiet (a także dwie pacynki i papugę), wybranych ze względu na ich zawód lub umiejętności, aby ten list zinterpretowały dla mnie.
Aby go przeanalizowały, skomentowały, wytańczyły, wyśpiewały.
Rozłożyły na czynniki pierwsze. Wykończyły go.
Zrozumiały go dla mnie. Odpowiedziały za mnie.
To był sposób na wykorzystanie czasu zerwania.
To sposób na "trzymanie się".

Jej prace fotograficzne jeszcze nie były pokazywane w Polsce.
CSW Zamek Ujazdowski w ramach festiwalu "Temps d'images" 2009 gościło spektakl brytyjskiej grupy "Forced Entertainment" powstały na podstawie zdjęć Sophie Calle z serii "Exquisite pain".

tu biografia artystki:

/fragment wystawy Sophie Calle w pawilonie francuskim podczas Biennale w Wenecji, 2007; fot.jk./
Fundacja Erny i Victora Hasselbladów powstała w 1979 roku zgodnie z zapisem w testamencie dr Victora Hasselblada. Promuje badania i edukację w fotografii i naukach "naturalnych". Od 1980 co rok przyznaje nagrodę za nadzwyczajne osiągnięcia w dziedzinie fotografii. Dotychczasowymi laureatami nagrody byli najwięksi: Lennart Nilsson, Ansel Adams, Henri Cartier-Bresson, Irving Penn, Josef Koudelka, William Eggleston, Jeff Wall, itd... pełna lista i oficjalna strona

czwartek, 18 marca 2010

Stepan Rudik o World Press Photo

World Press Photo raz jeszcze. O wynikach edycji 2010 roku pisałam na krótko po ogłoszeniu wyników. Jeszcze nie zdążyły na dobre opaść emocje, a już kilka tygodniu później o WPP znów było głośno. I chyba znacznie bardziej gorąco. Jury postanowiło zdyskwalifikować Stepana Rudika - laureata 3cia miejsca w kategorii fotoreportaż sportowy, tj. odebrać nagrodę i jego zdjęcia z serii „Antysport” usunąć z oficjalnych materiałów.
Powód? Niedozwolona przez regulamin manipulacja na zdjęciu.
Podam trochę linków, dla tych co nie byli na bieżąco.
- oficjalnie -
z newsów konkursu WPP
- opis całej sprawy - blog the New York Times'a LENS
- bardzo żywa dyskusja „środowiska” plus obrazki – blog Beaty Łyżwy-Sokół
- Stepan Rudik dla Gazety Wyborczej przed dyskwalifikacją - blog Kingi Kenig

Miejsce Fotografii nie podejmowało tematu, dopóki...nie zdobyliśmy wypowiedzi samego zainteresowanego fotoreportera. A oto nasza bardzo krótka i sucha wymiana zdań.

J: Co sądzisz o dyskwalifikacji? W końcu znamy znacznie “lepsze” manipulacje, jak się ma do nich pozbycie się przez Ciebie tego małego fragmentu zdjęcia?
Stepan Rudik: To co zrobiłem może być nazwane retuszem, dokładnie tak samo jak postępuje się z materiałem na negatywie.

J: Chciałabym poznać w jaki sposób pracujesz, jak układasz historię. Kiedy pojawia się pomysł jak ma ostatecznie wyglądać seria (w tym wypadku ciasny kadr, czarnobiel, duże kontrasty, mocne ziarno) od samego początku – razem z tematem, czy w trakcie pracy, czy na sam koniec jako ostateczny układ?
Stepan Rudik: Wiedziałem, że właśnie tak widzę ten temat, kiedy seria była już gotowa patrzę na nią jak na całość.

J: “Antysport” to które Twoje zgłoszenie do konkursu WPP?
Stepan Rudik: To było moje drugie zgłoszenie.

J: Masz jakiś bohaterów w fotografii?
Stepan Rudik: Josef Koudelka and James Nachtwey.

J: “Antisport” to Twój autorski pomysł czy zlecenie z gazety? W jaki sposób znajdujesz tematy do zdjęć?
Stepan Rudik: To był mój pomysł. Fotografuję życie, jego różne aspekty, dlatego jestem zainteresowany właściwie wszystkimi tematami, poza tymi nudnymi.

fot. Stepan Rudik z serii "Antysport"

wtorek, 9 marca 2010

podglądanie Międzywojnia.

Pod koniec 2009 roku ukazał się interesujący album "Polska międzywojenna" wydawnictwa Carta Blanca.

Zawiera przeszło 300 zdjęć z Dwudziestolecia. Są tam zarówno oficjalne zdjęcia polityków, imprez publicznych itd, ale jest bogaty wybór zdjęć prywatnych, rodzinnych. Drobne opisy pozwalają się zorientować w historii, zawierają trochę statystyki i faktów. Nie przegadują tematu, i co najważniejsze: nie oceniają zdjęć :)

Album został bardzo sprytnie pomyślany. Układ jest tematyczny i przypomina wydawane w międzywojniu roczniki, albumy jubileuszowe, itd - było tam miejsce na fakty historyczne i na prezentację krajobrazów kraju, trochę kultury i tak zwane życie codzienne - od sposobów komunikacji, poprzez edukację do spędzania wolnego czasu. Wszystko w bardzo poręcznej formie - rozmiar jakby cegły, ciut lżejszy od prawdziwej i wiele mniejszy od potocznego "albumu-cegły".

Fotografie urzekają. Część jest znana. Większość zaś to ciekawostki, interesująco dobrane. Bawią, dziwią i przede wszystkim przenoszą w tamte czasy. Ogląda się płynnie prywatne zdjęcia, przeplatane profesjonalnymi fotoreportażami, dalej "streetowe" ujęcia i fotografie dokumentujące przedwojenny przemysł. Inaczej rzecz ujmując jest tam i jakby Lewis Hine, i prawie August Sander, ale i jakby Atget i nawet trochę Kertesz... No cóż, większość fotografii nie ma nazwisk swoich autorów. Nie ma tu miesjca ani na Witkacego ani na Bułhaka, nie jest to album o historii polskiej fotografii. Obraz gra tu pierwszorzędną rolę, lecz głównie ten anonimowy, dokumentalny i archiwalny.
Zdjęcia pochodzą w głównej mierze z Narodowego Archiwum Cyfrowego.

"Ten album to zaproszenie do świata elit tamtych czasów, spotkanie z politykami, pisarzami i ludźmi kultury. To podglądanie życia codziennego w odrodzonej Polsce. To zwykli ludzie z ich marzeniami, nadziejami i obawami. To wreszcie ulotne chwile i kamienie milowe historii" - fragment z albumu.

I całość jest właśnie przepleciona Iksińskim i Kowalskim, między Paderewskim i Kiepurą. Nie sposób się znudzić. To takie podglądanie Międzywojnia, tego codziennego.

Przy czym jeśli by się czepiać czegokolwiek, to chyba tylko zbyt ambitnej edycji zdjęć. Rozumiem, że zachowały się w różnym stanie i trzeba je było wygładzić, ale w pewnych miejscach wyostrzanie jest jednak na wyrost.
Podsumowując album wyszedł całkiem fenomenalny - a zdjęcia... sami zobaczcie!

Polska międzywojenna, red. Katarzyna Kucharczuk, wyd. Carta Blanca, Warszawa 2009

wtorek, 2 marca 2010

na prawdę instant!

/fot.Rafał Kucharczuk ze stron galerii 2.0./


właśnie otworzyła się wystawa polaroidów w galerii 2.0. nosi tytuł "instant". trwa także chwilę, bo tylko do niedzieli (w godz. 12-18 Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie ul. Krakowskie Przedmieście 5, budynek Rektoratu, 4. piętro). do obejrzenia są prace Michała Bojary, Krzysztofa Ćwiertniewskiego, Krzysztofa Jabłonowskiego, Rafała Kucharczuka, Katarzyny Majak, Piotra Markowskiego i Jacka Poremby. o wystawie

plakat wystawy jest edukacyjny :) a fotografię pamiątkową z otwarcia wystawy wykonano, oczywiście - "polaroidem".

"przypominają się " wrocławskie akcje: Włodzimierza Borowskiego przy pomocy Tadeusza Rolke z otwarcia wystawy "Fubki tarb" w Galerii Pod Moną Lizą w 1969 roku i Andrzeja Lachowicza "Permart" z Galerii Permafo w 1971. no ale tam, w obydwu przypadkach, fotorelacje z otwarcia wystawy stawały się wystawą. z drugiej strony...kto i kiedy ostatnio wykonywał takie pamiątkowe zdjęcia z wernisaży?