wtorek, 25 maja 2010
myślę o powodzi
Tak czy siak - pisałem o tym kiedyś w komentarzu na blogu pana Jureckiego, lecz spotkałem się z niezrozumieniem (bo i tak się nie uda) - z uświadamiania o fotografii wyjdzie nic, jeśli nie wyjdzie się do ludzi. O ile maturzysta będzie wiedzieć mniej więcej, co to był kubizm, może nawet fowizm, o tyle nie będzie miał wiedzy o piktorialiźmie albo na przykład Zofii Rydet.
Wyjście do ludzi nie oznacza monotonnego głosu naszych teoretyków, używania słów, których nikt nie rozumie (ja mało błyskotliwy nie jestem, ale czasem mam problem wielki z czytanio-rozumieniem naszych tekstów teoretycznych). Czy ktoś zaczepiony na ulicy zrozumie manifesty Natalii LL? Gwarantuję, że nie. A takiego pana, jak Jiří Šigut? Na 90% zrozumie większość, choć jego prace nie są łatwe, tematyka może odstraszać lub wywoływać poczucie naruszenia tabu.
Ten przydługi wstęp dotyczy jednej rzeczy. Kilku. W 1997 roku, w czasie powodzi, telefony komórkowe - o ile ktoś miał, nie miały wbudowanej kamery. Aparaty - o ile ktoś miał, były drogie i nie dla każdego. Gazety były i miały (nawet lokalne) w dużej części foty, które ogląda się do dzisiaj, bo da się na nie patrzeć. Podobnie z pierwszej powodzi, którą pamiętam, czyli 1985 rok. W 2010 roku każdy ma możliwość rejestracji obrazu. Każdy ma przy sobie przynajmniej jedno narzędzie, które oferuje taką funkcję. Mamy dziesiątki różnych mediów, których nie było 13 lat temu. Dziesiątki gazet, stacji telewizyjnych, portali informacyjnych. Właśnie mijająca powódź, z wyjątkiem osadu rzecznego i masy śmieci, bakterii, drzew, martwych zwierząt i ludzkich tragedii zostawi po sobie setki tysięcy zdjęć z tzw. dziennikarstwa obywatelskiego. Z punktu widzenia np. mojego to zjawisko szkodliwe, bo zabiera w końcu pracę specjalistom, a na pewno powoduje liche zarobki. Z punktu widzenia wydawcy to obłęd, bo obywatelski reporter cieszy się z samego faktu publikacji jego zdjęcia podpisanego jego "nick'iem", pod którym podrywa dziewczyny na portalu społecznościowym i pod którym morduje kolegów na serwerze gier. Z punktu widzenia odbiorcy - o ile nie jest fotografem (lub po prostu kimś o nieco wyższej wrażliwości) - te rzeczy są bardziej prawdziwe, niż dobre foty podpisane imieniem i nazwiskiem znanego fotoreportera.
Sytuacja ta jest dość mocno znana na rynku pornograficznym. Najlepiej sprzedają się produkcje amatorskie: im aktorki bardziej naturalne, aktorzy nie są super herosami, tym lepsza sprzedaż i szansa na błyskawiczne pieniądze i sukces. Ale przede wszystkim liczy się to, że to właśnie nie są aktorki, tylko "ta konkretna kobieta, być może moja sąsiadka", a to nie jest aktor, tylko "być może pan z placu co sprzedaje plastiki".
Czym się różnimy zatem od produkcji porno? Porno nauczyło się w tym żyć i znalazło swoją drogę.
I tu muszę przyznać rację, że nie musimy zaczynać od nowa przy pomocy teoretyków.
Na koniec link z popularnej wyszukiwarki po wpisaniu frazy: Powódź 2010 - konia z rzędem temu, kto znajdzie w pierwszej dziesiątce znajdzie coś, co nie jest fotografią z telefonu komórkowego, albo jest jak z telefonu komórkowego, mimo podpisu poważnej agencji.
PS. To tylko moje spostrzeżenie i punkt widzenia. Nikogo do tego nie chcę przekonywać, nikomu opowiadać jak jest. W tym akurat momencie widzę to w ten właśnie sposób.
czwartek, 13 maja 2010
Tomasz Wiech / rozmowa
fot. Tomasz Wiech / dzieki uprzejmości artystyjoanna: Jesteś tegorocznym stypendystą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Gratuluję! Jesteś w trakcie opowiadania o Polsce.... czy możesz opowiedzieć więcej o projekcie?
Tomasz Wiech: Pomysł na fotografowanie Polski sprecyzował się w chwili, gdy przeglądałem swoje archiwum i zastanawiałem się, co mogę pokazać podczas Awards Days w Amsterdamie. To było ciekawe doświadczenie, bo spośród zdjęć powstałych przez kilka lat pracy w codziennej gazecie, musiałem wybrać te, które będą interesujące dla osób potencjalnie z całego świata i będą miały w sobie coś uniwersalnego, zrozumiałego dla każdego. I wtedy właśnie okazało się, że spośród wszystkiego, co zrobiłem najfajniej układa mi się cykl o Polsce. Taki trochę śmieszny, trochę ironiczny, a w zasadzie smutny. Wybrałem wtedy kilkanaście zdjęć. Teraz dzięki stypendium Ministra Kultury kontynuuję projekt na szerszą skalę. Interesuję mnie przede wszystkim to, jakie zmiany zaszły w naszym kraju przez ostatnie 20 lat i jak funkcjonujemy pomiędzy: z jednej strony tym, co pozostało z PRL-u, a z drugiej tym, co przyszło do Polski zza zachodniej granicy.Mam ogólny plan, jakie wydarzenia i jakie miejsca chciałbym sfotografować, gdzie pojechać i co zobaczyć. Wstępnie wymyśliłem sobie kilka kategorii typu: religia, życie codzienne, wypoczynek, praca, wieś czy krajobraz. Jak to później wszystko ułożę, jeszcze nie wiem.
joanna: Finał tego projektu będziemy mogli obejrzeć w formie...wystawy czy albumu?
Tomasz Wiech: Chciałbym oczywiście pokazać to w formie wystawy i wydać album. Wszystko zależy od funduszy. Na razie pracuje nad zdjęciami, ale już powoli zaczynam myśleć nad końcowym efektem - innymi słowy, myślę jak to wszystko sfinansować.
joanna: Kiedy uznajesz temat za skończony? Kiedy mówisz sobie, że nic więcej nie opowiesz? Czy publikacja zamyka sprawę autorskiego projektu?
Tomasz Wiech: To jest trudna sprawa, bo zawsze można zrobić lepsze zdjęcia, albo w ogóle wszystko zmienić i do tematu podejść inaczej. Często jest tak, że publikacja osłabia motywację, żeby temat kontynuować, nawet jak się wie, że warto. Zdjęcia w biurach dalej robię, ale już nie tak systematycznie jak rok temu. A może się i tak zdarzyć, że w między czasie zmienia się sposób widzenia świata i sposób fotografowania i kontynuacja jest niemożliwa, bo trzeba by było wszystko zacząć na nowo inaczej....
joanna: „Właśnie” zrezygnowałeś z pracy w Gazecie. To poświęcenie się nowemu projektowi czy raczej kwestia "znudzenia" pracą etatową?
Tomasz Wiech: W zasadzie chodzi o obydwie te kwestie, chociaż „znudzenie” to może nie najtrafniejsze słowo. Miałem wrażenie, że już nic nie robię nowego. Tematy się powtarzały. Praca w codziennej gazecie w 80% to fotografowanie tego, co nagle się wydarzy na mieście: spadnie śnieg – trzeba sfotografować jak odśnieżają dachy, zamontują nowe kasowniki w autobusach – trzeba sfotografować kasowniki. Taka praca. Chciałem to zmienić i możliwość realizacji swojego pomysłu o Polsce dała mi tą możliwość. Dała mi też rok czasu, kiedy nie muszę bardzo martwić się o pieniądze. Rok to dużo czasu, ale już teraz planuje co dalej. Z Karolina Sekułą otwieramy masz.in studio, które będzie się zajmować fotografia portretowa. Jako freelancer chciałbym współpracować z jak największą ilością magazynów, miejsc i ludzi zajmujących szeroko pojętą fotografia.
joanna: Gazeta podsumowała swoje 20lecie, zrobiła to organizując wystawę fotografii. Pracowałeś w GW 1/4 tego czasu. Jak się czujesz w takiej historii?
Tomasz Wiech: Historii Gazety czy historii Polski...? Tak naprawdę to nie mam poczucia uczestnictwa w podniosłych momentach i, że widziałem jak powstaje historia przez duże H. Te pięć lat postrzegam bardziej osobiście. To była moja pierwsza stała praca. Fotografowanie dla prasy daje ogromną ilość wrażeń. Jest się w wielu miejscach, widzi się ludzkie życie, spotyka się ludzi bogatych i biednych, mądrych i mniej mądrych, szczęśliwych i załamanych. Niewiele jest innych zawodów, które dają podobną ilość doświadczeń.Pracowałem w Krakowie. Nie jeździłem po świecie. Nie fotografowałem zbyt wielu wydarzeń z „pierwszych stron gazet”. W zasadzie tylko raz Historia sama pojawiła się w moim mieście. Wtedy, kiedy umarł Jan Paweł II. Podczas tych kilku dni Kraków był jednym z kilku miejsc, na które patrzył cały Świat. Na co dzień było zwyczajnie, ale ja lubię taką zwyczajność.
fot. Tomasz Wiech / dzieki uprzejmości artysty
joanna: Wydaje się, ze GW stwarza nieograniczone możliwości dla fotografa. Naśladując światowe tytuły wykorzystuje dużą ilość zdjęć w samej papierowej gazecie, ma dodatek z reportażami: Duży Format, dawniej był słynny Magazyn GW, wydaje albumy podsumowujące swoje osiągnięcia, organizuje konkursy foto i Szkołę Mistrzów, w końcu pokazuje wystawy fotoreportażu a fotoedytorki prowadzą blogi. Jak oceniasz te możliwości i czas?
Tomasz Wiech: To wiele rzeczy na raz. Jeżeli chodzi o tak zwany główny grzbiet to jest to gazeta codzienna i wygląda różnie. Kiedyś byłem na warsztatach z Donavanem Wylie z Agencji Magnum zaaranżowanych przez Wyborczą. To fotograf, który robi bardzo nudne zdjęcia. Gdy o nich opowiadał, ktoś powiedział, że w codziennej gazecie chodzi o coś innego, że zdjęcie musi być atrakcyjnie wizualnie, mieć wiele planów, musi formalnie zainteresować czytelnika. I wtedy Wylie poprosił o egzemplarz Gazety z tego dnia. Zaczął kartkować i pokazywać kolejne zdjęcia na kolejnych stronach. Na pierwszej było zdjęcia z konferencji, na drugiej dwie tzw. główki polityków, na trzeciej podpisywanie umowy, na czwartej kadr z filmu i dopiero na kolejnej zdjęcie wydarzeniowe, ale małe. Egzemplarz z poprzedniego dnia wyglądał podobnie. To są realia codziennej gazety.
Jeżeli chodzi o Duży Format to jasne, jest to miejsce na większe materiały i chwała mu za to. Jest to jedyny reporterski magazyn w Polsce, chociaż niewątpliwie jest bardziej tekstowy niż zdjęciowy.
Blogi fotoedytorek, szkoła fotografii to inicjatywy za które trzeba trzymać kciuki, bez względu pod jakim logo takie inicjatywy powstają. Im więcej o fotografii się mówi, im więcej w tym kierunku edukuje, tym lepiej.
joanna: A jak się miały proporcje zleceń do projektów własnych?
Tomasz Wiech: Z tym bywa różnie. Większość tych rzeczy, które zrobiłem, czy robię, wymagają czasu i poświęcenia na nie wielu dni. Pracując w Gazecie czasami udawało mi się coś zrobić w ramach pracy, czasami było to pomiędzy jednym zlecenie, a drugim, a często też poświęcałem swoje wolne dni albo weekendy. Różnie. Zdjęcia w biurach udawało mi się najczęściej wkomponować pomiędzy zlecenia gazetowe, a na przykład do Skawiec jeździłem wtedy kiedy miałem wolne.
fot. Tomasz Wiech / dzieki uprzejmości artysty
joanna: Jak najbardziej lubisz komunikować się z widzem: w galerii, w prasie, na stronie/blogu, w albumie, książce? To pytanie prowadzi w stronę szerszej refleksji - gdzie jest miejsce fotoreportażu...?
Tomasz Wiech: Każda osobno z tych form ma swoje wady jak i zalety. Wiadomo, najłatwiej jest opublikować na własnej stronie internetowej. Z publikacją prasową dociera się do ogromnej liczby odbiorców, a dobrze zrobiona wystawa w ciekawej przestrzeni to jeszcze inny rodzaj satysfakcji.
A gdzie miejsce fotoreportażu czy fotografii dokumentalnej…niewątpliwie w prasie jej mniej. Szkoda, bo odbiorcy są. Wystawy World Press Photo to jedne z nielicznych wystaw, na których galerie zarabiają na biletach, bo tyle przychodzi na nie osób.
joanna: A która wystaw Tobie szczególnie zapadła w pamięć (niekoniecznie fotograficzna)? I druga kwestia - jakie masz ulubione albumy?
Tomasz Wiech: Trudno przywołać z pamięci to co zrobiło największe wrażenie. Mogę coś pominąć. Zapamiętałem niewątpliwie „Teatry Wojny" - jedną z wystaw podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie kilka lat temu, której kuratorem był Mark Power. To było w zasadzie kilka wystaw na terenie Fabryki Schindlera. Była tam zarówno multimedialna ekspozycja na kilku ekranach, jak i cykl zdjęć, które oglądało się w totalnej ciemności. Jedyne światło dochodziło ze szpar pomiędzy deskami w podłodze, sprawiając, że miało się wrażenie, że ta podłoga się zaraz zawali.
Z niefotograficznych wystaw mam w pamięci Muzeum Hasiora w Zakopanem. Bardzo podobają mi się jego prace, a pokazywane są w miejscu, które sam zaprojektował i chyba to sprawia, że jeszcze silniej działają. Polecam.
A albumy. Wiele. Trudno oceniać. Najczęściej lubię je za same zdjęcia, nie za to, że są albumem. Ostatnio widziałem bardzo ładną rzecz. Album Roberta Franka, ale w formie koperty - takiej jak koperta na papier fotograficzny. W środku były luzem wydrukowane powiększenia.
joanna: Jak oceniasz tegoroczne edycje konkursów: WPP i fotografii prasowej?
Tomasz Wiech: Mnie się podoba. Jest wiele materiałów, które na mnie osobiście robią duże wrażenie. Materiał Eugenie Richardsa zapada w pamięć. Podobają mi się też miejskie dżungle Petera Bialobrzeskiego. Ten konkurs wywołuje duże emocje. To dobrze, chociaż czasami nie rozumiem niektórych komentarzy. Nigdy też nie emocjonowałem się tym jednym zdjęciem. Ono zawsze będzie kontrowersyjne. To tylko jedno zdjęcie a gustów i oczekiwań wiele. Na wyniki konkursu patrzę, nie tylko jako na efekt pracy fotografów, ale też jak na pewną pracę jury, które buduje medialny, fotograficzny obraz świata. To nie są najlepsze zdjęcia z minionego roku. Bo co to oznacza najlepsze? To wynik subiektywnych gustów i przemyśleń kilkunastu ludzi zasiadających w jury, które wybrało kilkadziesiąt zdjęć spośród ponad 100 tysięcy. Mam też wrażenie, że wiele osób ocenia ten konkurs przez pryzmat tego, jakiego rodzaju zdjęcia sam robi, a tym samy zawęża sobie rodzaj fotografii, jaki chciałby na tym konkursie widzieć.
joanna: Co zmieniła przez ten rok w Twojej karierze nagroda WPP?
Tomasz Wiech: Myślę, ze dzięki nagrodzie więcej osób dowiedziało się o tym, co robię. Wystawa była pokazywana w ponad stu krajach, mając jednocześnie świetną promocje. To moje zdjęcie jest dosyć specyficzne jak na stereotypowy pogląd o World Press Photo. Jure Janssen, który jest jedna z osób koordynującą wystawy podróżujące po całym świecie, powiedział, że gdy ludzie podchodzą do mojego zdjęcia to najczęściej ich reakcje są skrajne. Cześć jest zdegustowanych, bo przecież każdy takie zdjęcie umie zrobić. A drugiej części się podoba, że na wystawie WPP można tego typu fotografie zobaczyć. Mnie jako autora to cieszy. W końcu chodzi o to, żeby nie pozostawić widza obojętnym.
www.tomaszwiech.com
www.tomaszwiech.blogspot.com
http://maszinstudio.com/
wtorek, 11 maja 2010
Czarnobiel: wolny wybór?

Zdejmowanie koloru ze zdjęć w różnych magazynach i gazetach zarówno drukowanych jak i internetowych to przy okazji ostatniej żałoby narodowej praktyka masowa. Stoją za tymi decyzjami edytorzy i redaktorzy, nie zaś sami fotografujący... Już po opublikowaniu kilku refleksji o traktowaniu fotografii i aparatu w czasach narodowego smutku trafiłam na dość skrajny przykład ściągania koloru z....części zdjęcia. Fotografie do artykułu o prezydencie Kaczorowskim w Focus Historia zostały tylko we fragmencie pozbawione barw. Co ciekawe ten sam tekst w internecie jest ilustrowany tylko jednym zdjęciem, w kolorze.

Kiedyś fotografia walczyła o utrwalenie koloru. Teraz różnie to bywa z wyborem. W fotografii newsowej raczej nikt nie liczy się z intencjami fotografa. Jeśli zaś chodzi o sesje portretowe, reportaż itd. Wybór czarnobieli może się wiązać z przyzwyczajeniem, nawiązywaniem do historii fotoreportażu lub do chwilowej mody czy wreszcie pewnych fotografowanych okoliczności. O różnicę w fotografowaniu w kolorze a w czarnobieli, o własne doświadczenia i moment wyboru materiału zapytałam kilku fotografów. Tomasz Tomaszewski jest znany przede wszystkim z reportaży kolorowych, lecz jego cykl z 2008 roku „Rzut beretem” jest czarno-biały. Leszek Szurkowski w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych fotografował w czarnobieli, dziś komponuje prace przede wszystkim w kolorze, choć czarnobiel czy jak to ujmuje „monochromatyczność” bywa często fragmentem kompozycji. Julia Staniszewska swoje ostatnie cykle tworzyła w kolorze, lecz czarnobiel jest stale obecna w jej pracy. Wojtek Wilczyk dawniej w czarnobieli fotografował śląskie fabryki i kopalnie, od kilku zaś lat tworzy dokumenty w kolorze, niemal „przezroczyste” względem rzeczywistości.
Zapraszam do lektury, dyskusji a niebawem część kolejna wypowiedzi.
Tomasz Tomaszewski
Kolor jest jednym z wielu i zapewne ważnym środkiem wyrazu wśród tych, którymi dysponuje fotograf. Decyzja czy materiał fotograficzny będzie kolorowy, czy też zredukowany do czerni i bieli zależy w moim przypadku od tematu jakiego dotyczą fotografie, oraz emocji czy nastroju jaki chciałbym wywołać u odbiorcy.
Fotografia czarno biała ze swej natury jest bardziej elegancka, wymaga też abstrakcyjnego i symbolicznego myślenia, co bardzo mi odpowiada. Kolor natomiast bywa wulgarny, trudny do uzyskania takim, aby oddawał to, co czułem podczas naciskania migawki. Szczególnie dotyczy to fotografii cyfrowej, która ze swej natury jest płaska i daleka od wrażeń jakie odbierałem podczas robienia zdjęć. Kolor cyfrowy wymaga więc wielu zabiegów nie związanych z samym procesem wykonywania zdjęcia, tak, aby na końcu zbliżył się do tego co czułem kiedy dostrzegłem atrakcyjny moment. Nie ma więc jednej obowiązującej reguły, której mógłbym się nauczyć. Zawsze jest to jakaś trudna decyzja i często polegam na intuicji, która podpowiada mi czy bardziej dramatyczna będzie wersja świata w czerni i bieli, choć wiem, że takiego świata przecież nie ma, czy też więcej osiągnę próbując zapisać wszystko w kolorze, i walczyć różnymi technologicznymi metodami o to, aby był bliski temu co przeżywałem, kiedy naciskałem migawkę. Choć przez całe lata fotografowałem w kolorze, ciągle tęsknię za fotografią czarno białą, która wydaje mi się znacznie bardziej intrygująca, mniej oczywista i jakby bliższa mej wrażliwości.
Julia Staniszewska
Najczęściej pracuję na kolorowych filmach. To naturalny dla mnie wybór, bo świat, który fotografuję jest kolorowy. Robię też czarno-białe zdjęcia, kiedy nie chcę myęleć w kolorach, a mówiąc metaforycznie - mam ochotę rysować a nie malować.
Często to, co chcę sfotografować narzuca mi wybór filmu. Chcę opisać czernią i bielą formę, fakturę, przedmiot lub postać i to co ona robi. Lub odwrotnie - chce to zrobić w kolorze. I mimo ze wiem, ze czarno-biała fotografia jest kojarzona z jakąś konwencją, stylem, formą wypowiedzi, staram się zachować podstawowy związek między kolorem, a czernią i bielą - taki jak w relacji rysunku i malarstwa.
Wojtek Wilczyk
To zdejmowanie koloru z całych szpalt gazet, czy też portali internetowych, to proste odwołanie się do koloru barw żałoby i jej zasygnalizowanie. Oczywiście jeszcze 15-20 lat temu, wszystkie chyba dzienniki codzienne były czarno-białe, więc wtedy dodawano pogrubioną czcionkę i ramki jak z klasycznej klepsydry (o ile dobrze pamiętam).
Sam kolor żałoby to sprawa umowna, celebrujący żałobne msze kapłani przywdziewają fioletowe ornaty, w innych tradycjach kolorem żałoby może być np. niebieski, rosyjscy żołnierze kompanii honorowej, asystujący w załadunku trumien do samolotu, mieli na lewej ręce opaski czerwono-czarne...
Zdejmowanie koloru w zdjęciach? Materiały czarno-białe, czyli srebrowe mają niepodrabialną charakterystykę i to zawsze widać w przypadku tych imitacji monochromu. Posiadają przede wszystkim ziarno (o kształcie i wielkości różnym, dla poszczególnych materiałów - też jest to zależne od sposobu wołania i ustalenia czułości naświetlania), więc te wszystkie strefy, które na zdjęciu pozostają poza głębią ostrości obiektywu, są ziarniste i przez to też bardziej "wyraziste", a nie "pływają" jak w przypadku cyfry (vide "Rzut beretem" Tomaszewskiego).
W fotoreportażu kolor ściąga się, chcąc chyba nawiązać do tzw. "fotografii humanistycznej", czyli do zdjęć z lat 40. 50. 60. XX wieku. Tyle, że "humanizm widzenia" nie polega na obserwowaniu rzeczywistości w monochromie, ale w stosunku do tematu, jego bohaterów, etc. Słowem, zabieg o powierzchownym charakterze, ale nagminnie stosowany. W przypadku polskiego fotoreportażu przychodzi mi do głowy jedna z pierwszych tego typu akcji w postaci serii zdjęć Piotra Janowskiego z Palestyny z Pierwszej Intifady, wykonana jeszcze analogowo na kolorowych negatywach, ale ze ściągnięciem barw przy produkcji odbitek (w Gazecie Wyborczej były one jednak reprodukowane w full kolorze - o ile pamiętam). Postawmy pytanie: czy wspomniany zabieg pomógł jakoś tym fotografiom?
Pozostając w kręgu fotografii analogowej, wybór materiałów kolorowych, czy też monochromatycznych, zależy od charakteru motywu oraz żywionych względem niego intencji. Mnie ostatnio interesuje pewnego rodzaju nadwrażliwość na kolory, więc robię zdjęcia używając filmu Kodak Ektar 100.
Aha, kontrast i skala półtonów monochromu, jakie można uzyskać na srebrowym filmie, reprodukowanym potem na barytowym papierze JEST NIE DO PODROBIENIA w technice cyfrowej!
Leszek Szurkowski
Dla mnie to proste. Ciągle robię cz/b (a raczej monochromatyczne) tam, gdzie uważam to za uzasadnione. I odwrotnie: kolor tylko tam gdzie do czegoś służy i jest kontrolowany.
Załączam „kolorowe obrazki" z w pełni kontrolowanym kolorem (uzasadnionym). Będą wisiały na płocie w czasie Festiwalu w Łodzi pod egidę Akademii Nikona.
To prace z serii Ekiben- Japanese Walks, 1996. Bento to pudełko, a eki to stacja kolejowa. Ekiben to pudełko z jedzeniem sprzedawane na stacjach kolejowych. Tutaj to raczej Photo-
bento.... Kompozycja oparta na rozłożonym kimonie....
czwartek, 29 kwietnia 2010
paint it black
Po katastrofie samolotu z delegacją prezydentów Kaczyńskiego i Kaczorowskiego, lecącą do Katynia na uroczystości rocznicowe 10 kwietnia zarządzono żałobę narodową. Niektórzy mówią, że była ona najdłuższa z dotychczasowych. Nie zamierzam komentować wydarzeń. Wydaje mi się interesujące przyjrzenie się temu jakie obrazy towarzyszyły nam przez te 9 dni.
Galerie i muzea były pozamykane. [Warszawski festiwal fotografii rozpoczął się z tygodniowym opóźnieniem.] Telewizje „oszalały“, wszystkie stacje miały podgląd na żywo z...Krakowskiego Przedmieścia. Tygodniki pozmieniały daty edycji by jak najszybciej powiadomić o zdarzeniach. Dominowała czerń. W gazetach codziennych zabrakło kolorowych reklam. Pojawiło się w ich miejsce mnóstwo nekrologów. W internecie wszędzie czarne wstążki, na wszelakich logotypach /od portali newsowych, przez kulturalne po kąciki dla matki i dziecka/.
Zdjęcia jakie obejrzeliśmy w ciągu tygodnia potwierdziły dawne przeczucia: ciągle nie przywiązujemy należnej wagi do fotografii, które wykonujemy i oglądamy, godzimy się na obrazowy chaos. Po zakończeniu źałoby pojawiają się komentarze, że media nie spełniły swojej informacyjnej funkcji. Zamiast podawać fakty „grały na emocjach“. Fotografia, nie poraz pierwszy stała się jednym ze środków do „celu“. Potrzebujemy obrazów, by się upewnić, tylko czy ich wykonanie i użycie było w ostatnich dniach zawsze „na miejscu“?
Przypomnieć ich natychmiast. Jakkolwiek.
Tragedia do jakiej doszło w sobotni poranek wytrąciła z równowagi, poza rodzinami ofiar najbardziej zdaje się dziennikarzy. W pierwszych godzinach, rzecz oczywista, do dyspozycji były jedynie stop klatki, marnej jakości zdjęcia. Ale były także archiwa! Z czasem przybywało informacji, wywiadów telefonicznych, czymś to trzeba było szybko zobrazować. Czy faktycznie trzeba?
Od lat gazety i portale internetowe oprócz podawania tekstu ilustrują wypowiedż. W tej chwili to standard. Kiedy zaś nie ma czasu na dobór odowiedniego zdjęcia zdarzają się manipulacje. Jest taka jedna fotografia Renaty Dąbrowskiej przedstawiająca Lecha Wałęsę. Bardzo charakterystyczna, dobra i znana (wygrywała konkursy foto w 2009 roku). Wpadająca w pamięć. Ma to coś. Łzę. Czyli wszystko co potrzeba by zilustrować materiał, w którym Wałęsa wypowiada się o katastrofie. Jest łza - jest emocja. No cóż... nie jest to tak zwana „główka”, legitymacyjne zdjęcia prezydenta, które po prostu obrazowałoby autora słów zapisanych obok, ale zdjęcie kipiące emocjami z określonego wydarzenia jakim była 20. rocznica obrad Okrągłego Stołu zorganizowana w Uniwersytecie Gdańskim. Łza na wspomnienie Okrągłego Stołu a łza po wydarzeniach pod Smoleńskiem, to chyba jednak nie ta sama łza.

Paint it black
Playlisty rozgłośni radiowych odpowiadały bezradności prowadzących. Jest smutno, ma być przykro, więc gramy pościelówy, spokojne utwory. Tekst stał się nieważny. Podobnie patrząc na zdjęcia w internecie. A kontekst? Królowały zatem piosenki o utraconej miłości, niespełnionych marzeniach, ludziach z problemami, antybohaterach, trudnym dzieciństwie, narkotykach itd...
Powaga chwili wymagała przypomnieć oficjalne sesje zdjęciowe zmarłych w katastrofie. Pojawiły się zatem wizerunki ciepłe, uśmiechnięte, przyjazne. Ale....w czarnobieli. Oczywiście na znak żałoby, na „pierwszy rzut oka“ żałoby. Po kliknięciu w zdjęcia ze stron pierwszych najczęściej na podstronach mogliśmy już podziwiać te zdjęcia w kolorze. Kuriozalny przykład (akurat znowu) z Gazety.pl. Reportaż z miejsca wypadku wykonany przez Sergeia Karpukhina jest w kolorze. Trumny są też bardzo kolorowe. Może aż nazbyt kolorowe niż przywykliśmy.



Wiadomym jest od dawna, że Polacy potrafią przechodzić narodowe żałoby. Nie tylko media mają już awaryjne czarne paski i logotypy. Ale i zwykli ludzie wiedzą, że trzeba coś zrobić ze sobą. Iść i zapalić znicz, pomodlić się, wywiesić fotografię w oknie, itd... Wiedzą także, że jeśli gdzieś się wypadnie wybrać w celu upamiętnienia trzeba zabrać ze sobą aparat (od kilku lat wystarczy telefon komórkowy). Przeżywanie chwil dramatycznych i pamiętnych dzieje się poprzez ekraniki lcd. Przysłowiowy „Japoński turysta” działa na wyjeździe, podczas gdy „Polski żałobnik” u siebie.
Krajanie zaś ruszyli fotografować wówczas wszelkie pomniki, tablice pamiątkowe, popiersia JPII i ustawione tamże znicze. Konieczna była fotografia krzyża, tymczasowego ołtarza i telebimu! W ostatnich dniach zdarzyło się podobnie. Z ciekawą inicjatywą wyszło Narodowe Archiwum Cyfrowe otwierając specjalną stronę –
A na deser opowieści z krypty.
Na koniec jeszcze refleksja – kiedy i kto i czemu zdjęcie robi. Fotoreporterzy przekazują informacje, emocje. Często są z tej drugiej, oficjalnej, zamkniętej strony. Nam pokazują jak to wygląda. Zwykli uczestnicy wydarzeń upamiętniają, dokumentują to co widzieli, czy raczej co zobaczą później na większym ekranie. Jak zawsze. Gdzieś zawsze z tyłu głowy pojawia się pytanie o to czy i komu i kiedy wypada zdjęcie zrobić.
Do pożegnania prezydenckiej pary w podziemiach Wawelu została dopuszczona jedynie najbliższa rodzina. Media i wszyscy inni mogli tam wejść później. Obecny na rodzinnym pożegnaniu poseł Adam Bielan przez twittera opublikował natychmiast zdjęcie z krypty. Fotografia zaraz pojawiła się w innych portalach. Internauci zareagowali błyskawicznie nie zostawiając na pośle suchej nitki (byli i chwalący inicjatywę). Bielan tłumaczył się, że przecież media były tam wcześniej, nie ma o co hałasu robić. Jest jednak różnica w pokazaniu sarkofagu jak wygląda przygotowany w pustej kaplicy, jak wygląda sarkofag z wieńcem od rodziny oraz jak otaczają go zwiedzający. Poseł Bielan udawał, że różnicy nie widzi, wszystko w celach PR: wykonał koszmarne zdjęcie w bardzo nietaktownym momencie, tym samym jednak podkreślił swoją pozycję polityczną i przywiązanie do rodziny prezydenta.
wtorek, 27 kwietnia 2010
fotografia kolekcjonerska
Jutro (28 kwietnia) w Warszawie odbędzie się aukcja fotografii kolekcjonerskiej. Organizatorami wystawy i aukcji są Rempex oraz portal Artinfo.pl. Trzeba zaznaczyć, że jest to siódma edycja projektu. Każda zakłada, że oprócz artystów, którzy pojawiają się na aukcji, następuje pewna rotacja. Co aukcję, organizatorzy zapraszają także nowych artystów, by pokazać, że ta dziedzina sztuki wciąż się rozwija – piszą organizatorzy. Chciałoby się dodać - na całe szczęście jest taka inicjatywa, która pokazuje rozwój fotografii.
Ale na poważnie i trochę informacji najpierw.
To siódma edycja. Pierwsza aukcja „Polska Fotografia Kolekcjonerska” odbyła się w 2007 roku. Od edycji 5 zmieniła się nazwa na „Fotografia Kolekcjonerska”. Znaleźli się wówczas także autorzy z zagranicy: Paul Strand, Josef Sudek, Aleksander Rodczenko. W tym roku wielki świat reprezentują: Yong Hee Kim, Nabuyoshi Araki i Tom Hunter.
Podkreślanie rotacji artystów i mowa o wskazywaniu nowych talentów jest jak dla mnie dużym nadużyciem. Na 112 autorów prac biorących udział w aukcji znakomita większość powtarza się względem poprzednich edycji. Można powiedzieć – i dobrze, bo to oznacza pewien kanon znakomitych fotografów. Zgadzam się, że w panteonie znajdują się m.in. Robakowski, państwo Lachowiczowie, Łagocki, Lewczyński, Kossakowski, Piasecki, Rydet, czy klasycy przedwojenni: Dorys, Bułhak, itd... I nic dziwnego, że te nazwiska pojawiają się zawsze. Jest jednak duża grupa artystów, którzy nigdy nie zdobyli tak zwanego rozgłosu, kariera nie potoczyła się gładko, nie są rozpoznawalni w historii – brak osiągnięć, brak wystaw, publikacji. Ale bogate archiwa. I takie nazwiska od lat pojawiają się na aukcjach fotografii kolekcjonerskiej, tej z Rempexu. Oczywiście podobnie ‘ulubionych’ autorów mają inne aukcje w kraju, organizowane przez PolSwiss Art, Desę Unicum, itp.
Zofia Rydet, Z cyklu Mały Człowiek, lata 60-te XX w., fotografia czarno-biała, brom, papier, 40 x 30 cm / nr katalogowy 130Fotografia Kolekcjonerska, aukcja 6.: jesień 2009: sprzedano 64 obiekty z 260. 12 prac z zyskiem (!). Znakomita większość sprzedanych warunkowo, poniżej ceny wywoławczej. W takiej sytuacji można się zastanawiać – po co ten interes ciągnąć? I tu należą się brawa dla organizatorów – za cierpliwość i kontynuowanie powziętego pomysłu. Warto zaznaczyć, że wydarzenia mają dostępną dokumentację w internecie, co przede wszystkim odróżnia FK od konkurencji w aukcjach.
Ceny wywoławcze są w przedziale od 300 do 64 000 zł. Sprawdzałam kilkakrotnie czy górna granica to jednak nie pomyłka. Porównanie z poprzednią aukcją jednak wyprowadziło mnie z wahania. Hitem cenowym jesiennej edycji była heliografika Karola Hillera za wywoławcze 70.000 zł (nawiasem mówiąc nie wyjaśniono pojęcia heliografiki ani nie próbowano pokusić się o sprecyzowanie daty powstania pracy, mimo wyraźnego numeru kompozycji). Wracając do cen – przedział szokujący. Widać pewne serie sprzedawane na kolejnych aukcjach: Zdzisław Sosnowski czy Ewa Kuryluk. Ceny wywoławcze się raczej nie zmieniają. Z drobnymi wyjątkami autorów, którzy podnieśli swoje wymagania nawet i o 50% (np. Andrzej Dragan)!

Teresa Murak, Zasiew, 1975/1976, fotografia czarno-biała, brom, papier, 40 x 28,5 cm / numer katalogowy 279
Edukujmy, edukujcie, niech edukują.
Jest to przedsięwzięcie, które należy rozwijać, wspierać. Mimo że przeżywamy, od jakiegoś czasu, mały boom w tej dziedzinie sztuki, to przed Fotografią Kolekcjonerską jest jeszcze sporo pracy, przede wszystkim edukacyjnej. Owszem warto rozwijać, ale z tym wspieraniem chyba drobna przesada. Dom aukcyjny Rempex nie jest chyba instytucją charytatywną. Cele edukacyjne, tu się zgodzę - do postawienia i wykonania, znajdują się ciągle w przyszłości.
Edukacja leży w interesie zarówno organizatorów jak i potencjalnych klientów. Nabywca, który tworzy sobie prywatny zbiór prac fotograficznych to ciągle rzadkość w naszym kraju. Organizatorzy od kilku lat próbują zmienić ten stan poprzez cykliczne i dobrze nagłośnione wydarzenie. Mam jednak wrażenie, że edukacja tu się zaczyna i kończy. Drukowany katalog (do zdobycia w galerii Rempex) nie zastąpi napisania historii polskiej fotografii. Internetowy katalog zredagowany jest pobieżnie, na szybko, co gorsza od lat tak samo. Brakuje konsekwencji w opisach (daty urodzenia, zgonu, miejsce urodzenia, itd.) w biogramach. Organizatorzy powołują się na niemożliwe czasem do określenia nakłady odbitek, szczególnie jeśli chodzi o „dawniejszą” fotografię. Racja, warto jednak może podać opisowo, nie tylko „nakład nieokreślony”, ale że czasem mamy do czynienia z prawdopodobnym unikatem przy fotografiach z XIX wieku? Tu warto postawić sobie pytanie czy w ogóle trzeba podawać nakład w odniesieniu do prac sprzed 89 roku w Polsce? Organizatorzy w nocie prasowej podają: Tworzenie normalizacji jest przydatne dla samych fotografów, ale także dla kolekcjonerów, historyków sztuki, marszandów. Oczywiście, zgoda, ale trzeba też znać umiar w wyjątkach, których już nieznormalizujemy. W nocie czytamy dalej także każdy artysta zaproszony do udziału w projekcie, dostaje do wypełnienia specjalny formularz, który spełnia rolę tzw. formatu, dokładnego opisu zdjęcia. Artysta w odpowiednie miejsca wpisuje dane, jak: technika wykonania fotografii, format zdjęcia, nakład.
Andrzej Różycki, Legenda, 1968, fotografia czarno-biała, brom, papier, 39,5 x 50,5 cm / nr katalogowy 228Wracając do edukacji, na o można liczyć? Katalog, opis na wystawie. Rzekłabym – wymagana informacja o obiekcie. Edukacja? Może to te dodatkowe opisy, jak na przykład czym jest „carte de visite”? (gratuluję dociekliwości autorowi tej notki, na prawdę urzekająca). Jeśli tak, warto wpisywać także czym jest „vintage print” (niemal wszystkie prace z aukcji mają ten odnośnik...poza dagerotypami i pojedynczymi przykładami). O, właśnie czym jest dagerotypia albo tajemnicza „fotografia czarno-biała” Jana Bułhaka? Odbitką srebrową, bromosrebrową, wtórnikiem? /dobrze, że nie robił bromolejów i przetłoków, będzie łatwiej ocenić/ To znowu kwestia porządku i konsekwencji. Są także opisy idealne, encyklopedyczne i faktycznie na miarę dzieł z kolekcji. Tym bardziej drażniący jest nieporządek w innych notach.
Edukację polecam skierować w stronę techniczną: jak opisywać dzieła, jak wyceniać, wyjaśniać wszystkie pojęcia fotograficzne. Warto też przy takich wystawach zrobić spotkania, nie tylko celem sprzedaży/kupna, opowiedzieć o tych pracach więcej, porozmawiać z kolekcjonerami, itd. Zamiast powtarzać dwa razy do roku (tak często odbywają się aukcje) o „ewenemencie na polskim rynku“, wyjątkowości wydarzenia i trudach organizacyjnych, w działanie polecam włożyć więcej konsekwencji, poszerzać faktycznie grono artystów a konkurencję deklasować podnoszeniem poprzeczki nie tylko w ilości autokomplementów w nocie prasowej.
Do zobaczenia na zakupach.
katalogi kolejnych edycji Fotografii Kolekcjonerskiej
edycja 1; edycja 2; edycja 3; edycja 4; edycja 5; edycja 6; edycja 7 - aktualna
środa, 7 kwietnia 2010
Dowody tożsamości 2
fot. Aneta Grzeszykowska, z serii Bez tytułu ["Portrety"], 2005-2006, materiały prasowe wystawy
Już jutro wernisaż drugiej odsłony gliwickiego projektu Dowody tożsamości, o którym pisaliśmy jakiś czas temu >
Tym razem do Czytelni Sztuki zaproszona została polska fotografka młodego pokolenia - Aneta Grzeszykowska oraz Joachim Schmid - niemiecki socjolog-artysta.
fot. Aneta Grzeszykowska, z serii Bez tytułu ["Portrety"], 2005-2006, materiały prasowe wystawy
Kwietniowa ekspozycja skupia się na zagadnieniu tożsamości człowieka postrzeganej przez pryzmat wizerunku, wyglądu w wymiarze osobistym. Zaprezentowana zostanie seria portretów nieistniejących osób autorstwa Anety Grzeszykowskiej. Artystka, poprzez komputerową manipulację obrazem i perfekcyjne dopracowanie szczegółu, tworzy byty pozorne - fikcyjne postaci, których istnienie zależy wyłącznie od widza, od siły złudzenia wywołanego w jego świadomości.
fot. Joachim Schmid, materiały prasowe wystawy
fot. Joachim Schmid, materiały prasowe wystawy
Fotografie Grzeszykowskiej zostaną zestawione z pracami Joachmia Schmid'a, do których, co znamienne dla jego twórczości, wykorzystuje fotografie znalezione. Stare, podarte na wpół studyjne portrety - wykonane prawdopodobnie do dokumentów tożsamości - układa tak, że powstaje nowy, podwójny portret. Połączone w nim ze sobą cechy zewnętrzne dwóch osób, stwarzają niepokojący obraz nowej, nieistniejącej tożsamości. Osoby prawdopodobnej, choć nieprawdziwej - możliwej, ale wirtualnej.fot. Aneta Grzeszykowska, z serii Bez tytułu ["Portrety"], 2005-2006, materiały prasowe wystawy
Konfrontując ze sobą prace Schmid'a i Grzeszykowskiej wystawa ma wzbudzać wątpliwość, burzyć nasze przeświadczenie o prawdziwości tego kogo i co widzimy.
Tekst kurator wystawy Magdalena Sokalska
Aneta Grzeszykowska ur.1974, ukończyła studia na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Od 1999 współpracuje przy projektach artystycznych z Janem Smagą. Głównym medium działania Anety Grzeszykowskiej jest fotografia, ale traktowana instrumentalnie jako narzędzie do realizacji zaawansowanych artystyczno-ontologicznych ćwiczeń.
Joachim Schmid ur.1955, jest absolwentem kierunku Komunikacji Wizualnej przy Fachhochschule für Gestaltung Schwäbisch Gmünd and Hochschule der Künste Berlin. Od lat w obszarze jego największych zainteresowań znajduje się recycling fotografii zużytych, znalezionych. W 1990 stworzył Instytut na Rzecz Przetwarzania Zużytych Fotografii mający na celu bezpieczne dla środowiska, masowe utylizowanie bądź przetwarzanie niepotrzebnych fotografii.
Gdzie: Czytelnia Sztuki, Gliwice Dolnych Wałów 8a
Kiedy: 08.04.2010 godz. 18.00, wystawa dostępna do 29.04.2010
wernisaż połączony będzie ze spotkaniem autorskim z Joachimem Schmid'em
niedziela, 4 kwietnia 2010
najlepszego...!
od Mariusza Foreckiego i 5 klatek

od Anny Bohdziewicz
piątek, 2 kwietnia 2010
3 kawałki bez flesza / koncertowa fotografia 2009 roku
To bardzo świeży konkurs, bo "Koncertową fotografię roku" wybrano dopiero po raz drugi. Konkurs zatacza jednak coraz szersze kręgi. Więcej uczestników, rozszerzone jury, impreza na ogłoszenie wyników - oczywiście koncertowa z możliwością fotografowania.
Mam jednak nieodparte wrażenie, że efekt znacznie gorszy niż rok temu.
Zobaczcie z resztą sami:
- tutaj oficjalna strona konkursu - czyli wszyyyystkie zgłoszone do konkursu zdjęcia i zeszłoroczni nagrodzeni
- tutaj pełna galeria zwycięzców
Konkurs był podzielony na dwie kategorie: profesjonalistów i open, przy czym ułatwiono fotografującym podjęcie decyzji o tym gdzie wysłać zdjęcia: profesjonalista to ten który miał 5 publikacji w prasie lub 10 w internecie (liczy się oczywiście 5 koncertów, a nie 5 zdjęć z tego samego...) oraz był akredytowany na 15 imprezach. Profesjonalistów oceniało 20 osobowe jury (plus sami uczestnicy). Jury złożone z przedstawicieli firm nagraniowych, organizatorów imprez muzycznych, dziennikarzy, itd...czyli znawców tematu. Kategorię open oceniali sami jej uczestnicy - ilością głosów. Wygrały zdjęcia, które...doładowano jako ostatnie :) Jednak to wyniki kategorii profesjonalistów wzbudzają kontrowersje (patrz tutaj)

środa, 31 marca 2010
nowe 5klatek.
W świeżym, ósmym numerze 5klatek m.in. prezentacja Snapsa (czyli i części redakcji miejsca fotografii): Agnieszki Sym, Sylwestra Rozmiarka, Michała Macioszczyka, Piotra Koszczyńskiego i Roberta Jaworskiego. Do tego dodatek w postaci mojego tekstu: "Snapshot nobilitowany". Oczywiście w numerze dużo dobrego fotoreportażu, ale nie omawiamy i nie recenzujemy, bo maczaliśmy w nim palce. ale... to też dobra okazja by zapowiedzieć nowego kolegę w redakcji "miejsca fotografii" - Wojtka Sienkiewicza. Polecam jego wywiady w 5klatkach!wtorek, 23 marca 2010
fotografia wojenna...

Fenton miał do dyspozycji ciemnię w wozie (ale to nie on tam siedzi na zdjęciu...), jeśli trzeba było zrobić fotografie poza obozem. Warto mieć na uwadze, że fotografował w mokrym kolodionie, który trzeba było nanieść na szklaną płytkę w stanie mokrym, naświetlić (5-20 sekund) a następnie szybko wywołać zanim cała substancja wyschła. Faktycznie warunki zbyt trudne by udało się uchwycić ruch...

poniedziałek, 22 marca 2010
Wystawa fotografii Tadeusza Sumińskiego

2 kwietnia – 15 maja 2010, Wernisaż: 1 kwietnia (czwartek), 19.00
piątek, 19 marca 2010
Sophie Calle: o teorii obrazu w praktyce
Pewna francuska artystka od przeszło 30 lat opowiada historie swoje i innych, jedne wymyśla, inne bardzo precyzyjnie wydobywa z codziennego życia. Używa do tego celu najczęściej fotografii, co gorsza - tej dokumentalnej, tej zimnej fotografii.


5 marca ogłoszono, że Sophie Calle została laureatką dorocznej nagrody Fundacji Hasselblada. Jury (Claude W. Sui, Ariella Azoulay, Vladimir Birgus, Sergio Mah, Mette Sandbye) postanowiło uhonorować przeszło 30 lat pracy artystki za (bardzo wolne tłumaczenie bardzo złego angielskiego) niepowtarzalny sposób przedstawiania w fotografii relacji między obrazem a tekstem, prawdą i fikcją, postawą publiczną i prywatną. W werdykcie czytamy także o wyczuciu w prezentowaniu ludzkich ułomności, budowaniu napięcia między tożsamością a intymnością. Jury dostrzegło również, że młode pokolenia fotografów inspirują się jej pracami.
W każdej pracy, a fotografia jest przecież zawsze jej podstawą, znajduje się refleksja nad obrazem w kontekście, w opisie, w szerokim ujęciu. W tym opisie najczęściej posługuje się słowem. Zdjęciom towarzyszy tekst: prywatne zapiski, fragmenty wywiadów, wypowiedzi osób zaangażowanych w projekt. Oprócz słów, fotografiom towarzyszą także akcje, filmy, z wybranych zaś elementów Calle tworzy instalacje.
Fundacja Hasselblada uhonorowała Calle nie tylko za dobre zdjęcia, ale za całokształt twórczości, za nadzwyczajne osiągnięcia. Może nie pasuje na pierwszy rzut oka do długiej listy dotychczasowych laureatów. Może to znak, że sama nagroda się zmienia. Laureaci poprzednich lat wypowiadali się tylko przez fotografię - dokumentalną (Bernd & Hilla Becher), reporterską (Josef Koudelka), ale i "artystyczną" - inscenizowaną (Cindy Sherman), konceptualną (Jeff Wall), itd. A Calle...do tego bogactwa dodaje jeszcze pozafotograficzne elementy: słowo, gest, akcję, instalację, film. Wydaje się, że Calle należy bardziej do świata wielkiej sztuki, niż sztuki zamkniętej w kategoriach fotograficznych.
W 2007 roku reprezentowała Francję podczas Biennale w Wenecji wystawiając pracę "Take care of yourself" (opis poniżej). Była wówczas faworytką do nagrody głównej (a nagrody publiczności, której to faworytem była, w Wenecji się nie przyznaje). Jej praca znakomicie pasowała do konwencji wystawy międzynarodowej - czytelna, uniwersalna, pozostawiająca widza w oszołomieniu, a na pewno nie-obojętności.

"Take care of yourself" znakomicie charakteryzuje twórczość Calle, to osobista historia opowiedziana przez innych, na granicy prawdy i fikcji, naturalna i pozowana, praca monumentalna (setki zdjęć, kilkadziesiąt filmów, mnóstwo słów).Nie mogę się doczekać kolejnych realizacji. Życzę też sobie i Państwu szansy obejrzenia jej prac tu u nas w kraju. A tu krótka ściąga - wyróżnione zostały odautorskie opisy - z najważniejszych realizacji.
Suite Vénitienne 1980 - praca, która dała Sophie Calle zainteresowanie widzów i przyciągnęło baczne oczy krytyków sztuki. Do tej pory gdziekolwiek wzmiankowana jest artystka, razem z nią - ta właśnie praca.
Przez miesiące chodzę za nieznajomymi ludźmi po ulicach. Z przyjemności śledzenia ich, nie dlatego, że mnie interesują. Robię im zdjęcia bez ich wiedzy, notuję ich ruchy, w końcu zwykle tracę ich z oczu i zapominam ich. Pod koniec stycznia 1980 ulicami Paryża podążałam za mężczyzną, którego za chwilę utraciłam z pola widzenia. Zupełnie przez przypadek przedstawiono mi tego mężczyznę tego samego wieczoru podczas wernisażu. Opowiedział mi wówczas, że zamierza udać się do Wenecji. Zdecydowałam, że ruszę jego śladem.
Cień / The Shadow 1981 - Sophie poprosiła matkę o wynajęcie detektywa, by śledził jej córkę. W efekcie artystka otrzymała "fotograficzny dowód swojego istnienia", a my w każdym jej biogramie czytamy o zainteresowaniach artystki w prowadzeniu śledztw i detektywistyką. Pracy towarzyszył także dziennik Sophie, która świadoma faktu bycia obserwowaną, opisywała dzień po dniu, marzyła też o swoim detektywie-cieniu, oprowadzała go w myślach po pięknych miejscach Paryża...Hotel 1981-83, Pokój 28 (16 lutego 1981)
Room 28 (February 16th 1981), 1983 Sophie Calle © Adagp, Paris 2010 Courtesy Galerie Emmanuel Perrotin, Paris & Miami
Wyjechałam 25 października, nie zdając sobie sprawy, że był to początek dziewięćdziesięciodwu dniowego odliczania do końca romansu. Nic nadzwyczajnego, ale dla mnie, wówczas, najbardziejnieszczęśliwy czas w moim życiu, za który obwiniałam całą tę podróż. Oddzielenie / The Detachment 1996 [Seria 12 książek i 12 oprawionych zdjęć]Oglądałam w Berlinie te miejsca, z których usunięto symbole Wschodnich Niemiec (NRD). Prosiłam przechodniów o opisanie przedmiotów, które kiedyś wypełniały te puste miejsca. Sfotografowałam nieobecność i wypełniłam brakujące pomniki wspomnieniami o nich.
Pokój z widokiem /Chambre avec vue 2003
.jpg)
Take care of yourself 2007
tu biografia artystki:
11a.jpg)
21a.jpg)












.jpg)