niedziela, 8 września 2013

Andrzej Kramarz / rozmowa

O projekcie Andrzeja Kramrza "Promised Land" pisaliśmy z Marcinem w końcu stycznia 2013 nawołując do wsparcia. W lutym przeprowadziłam rozmowę z Andrzejem o założeniach projektu, o tym - czy jeszcze do niego powróci, co dalej z tymi zdjęciami się stanie i czego dowiedział się o Stanach i o sobie w drodze. 



Joanna Kinowska: „Ziemia obiecana” to twój najnowszy i niestety przerwany projekt o Stanach Zjednoczonych. Połączyłeś kilka mitów, legend, marzeń i pojechałeś robić zdjęcia… Jaka jest Ameryka?

Andrzej Kramarz: Przede wszystkim jest to bardziej rodzaj eksperymentu realizowany oczami emigranta w Ameryce niż projekt o niej samej. Jeszcze nie wiem, czy przerwany, bo wracam na Hawaje i będę kontynuował podróż. Ameryka to bardzo patriotyczny kraj. To, co zrobiłem w „Promised Land”, Amerykanom się nie spodoba. Często na moich zdjęciach jest ona krajem nieładu, nad którym nikt nie panuje z powodu olbrzymiej przestrzeni, choć sieć dróg jest nieprawdopodobnie rozwinięta.
Kolejną specyfiką Ameryki jest emigracja. Nie znam kraju, który jest bardziej na niej zbudowany. Przez dziesiątki lat emigrowali tu ludzie z całej Europy, Azji i Afryki. Należy też pamiętać o spuściźnie niewolnictwa. W Galicji, skąd pochodzę, ale jak sądzę nie tylko tam, do niedawna jeszcze panował wręcz kult Ameryki. Kiedyś, pracując dla Tygodnika Powszechnego, przyglądałem się jednej wiosce w okolicach Nowego Targu. O ile dobrze dzisiaj pamiętam, na 117 domów 80, w większości murowanych i potężnych, stało pustych, ponieważ ich właściciele mieszkali w Stanach. Bodajże w „Dworze” Isaaka Signera jeden z bohaterów opowiadał o Ameryce nieprawdopodobne historie. I choć przez długi czas z przyjacielem ironicznie żartowaliśmy, że tam to nawet drzewa są okrągłe, naprawdę uważam, że to bardzo fascynujące miejsce. Moja emigracja nie jest typowa. Nigdy nie musiałem mieszkać w tak zwanym „bejsmencie”, słuchać polonijnych historii. Uczę fotografii w college’u, mieszkam na Hawajach. Ja chciałem, a nie musiałem się ruszać z miejsca. Miałem też ochotę sprawdzić, czy mogę żyć z tego, co umiem robić najlepiej, czyli fotografowania.

Joanna Kinowska: Skąd wziąłeś taki pomysł, jak wyglądały przygotowania do podróży?

Andrzej Kramarz: Projekt wymyśliłem w 2010 roku. Wtedy przeniosłem się na Hawaje, ale podróż przez USA miałem w głowie jeszcze przed przeprowadzką, trochę jako wyjście awaryjne na wypadek, gdyby mi się nie spodobało życie wyspiarskie, ponieważ poczucie izolacji na wyspie jest niemałe. Szybko jednak dostałem pracę, potem zamieszkałem w lesie, w domu serbskiego gitarzysty wykładającego przez cały niemal rok w akademii muzycznej w Szwajcarii… Trochę poczułem się jak pan na emeryturze. Taki stan nie sprzyjał mi zbytnio, mimo iż często myślę o sobie, że w idealnych warunkach najchętniej wylegiwałbym się niczym ciepłolubny gad na plaży. W gruncie rzeczy jednak lubię się zmagać z nowymi rzeczami. Jednocześnie chciałem się upewnić, że Hawaje to „moje miejsce”, chociaż dobrze wiedziałem to, nim ruszyłem w trasę w 2012 roku…


Joanna Kinowska: Zostawmy motywy, bo właściwie każdy jest dobry, by ruszyć. Jaki miałeś plan?

Andrzej Kramarz: Otwarty! Przejechać przez wszystkie stany, poza Alaską. Znajomi pytali, czemu ruszam akurat ruszam z Kansas City. Większość po prostu wyobrażała sobie, że taka podróż powinna się zacząć w Nowym Jorku, Los Angeles czy San Francisco. Tym bardziej zaczęło mi się podobać, że wyruszam „znikąd”. Myślę, że podróż zawsze zaczyna się z miejsc pozornie mało znaczących (nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że tak naprawdę ta zaczęła się w Dębicy i Hilo). Ruszyłem z Kansas City z prozaicznych powodów. Mam w tym mieście dobrego przyjaciela, który w dodatku zna się na samochodach, a jak wiadomo wóz, który ma przejechać tyle tysięcy mil oraz pełnić funkcję domu przez dziesięć miesięcy, musi być niezawodny… Nie mogłem w tej materii polegać na sobie. Więc początkowy plan sam się ułożył. A dla wielbicieli książkowych historii mogę zawsze powiedzieć, że Dorotka z pieskiem Toto – bohaterowie „Czarnoksiężnika z krainy Oz” – też zaczynali w Kansas City!
Kiedy ruszałem, miałem kilka punktów orientacyjnych na tym otwartym planie. Wiedziałem, że muszę pojechać do Olympii (stan Waszyngton, Północny Zachód USA, okolice Seattle), bo tam miałem zaplanowany wykład w Evergreen College. Niesamowite miejsce założone w latach 60. z eksperymentalnym i niekonwencjonalnym programem. No to jadę: z Kansas City, czyli stanu Missouri, przez stan Kansas, Kolorado, Arizonę, Nevadę, Kalifornię, cudownym wybrzeżem Oregonu i stanu Waszyngton do Seattle. Początkowo podążałem szlakiem wytyczonym przez pionierów, Lewisa i Clarka. Wyobrażałem sobie, że w tych mniej zaludnionych okolicach rzeki Missouri widzę podobny pejzaż co oni, kiedy konno przemierzali te zupełnie wówczas dzikie tereny i puste przestrzenie. Jednak już w Denver w Kolorado okazało się, że jest zbyt zimno, że nie da się tak funkcjonować, przynajmniej jak się jest ciepłolubnym typem. Przecież spałem w samochodzie! Więc zmieniłem plan, zadzwoniłem do Olympii, wspominając o okolicznościach, i ruszyłem z Denver na południe, by dogrzać kości.
Czemu akurat znalazłem się później w Teksasie? Uwielbiam film „Paryż, Teksas” Wima Wendersa, który widziałem chyba w ‘94 lub ‘95 roku. Chciałem przejechać się po dokładnie takim Teksasie. Po bezdrożach, pustkowiach, małych mieścinkach, po peryferiach wszystkiego, po zadupiach. Jedynym dużym miastem, które odwiedziłem, było Houston. Chciałem zajrzeć tylko do Photography Center, no i mnie pokarało. Przy próbie wyjazdu na autostradę rozbiłem samochód. Tak więc moją podróż kształtowała raczej rzeczywistość, a nie ścisły plan.
Musiałem się też poruszać zgodnie z trwałością baterii we wszystkich potrzebnych mi sprzętach. Miałem się utrzymywać z fotografii, więc czasem trzeba było nadrobić zaległości w drukowaniu i wysyłce zdjęć. Tak trafiłem na przykład do znajomego w Las Vegas. Już wtedy zauważyłem, że nie utrzymuję się ze sprzedaży zdjęć na poziomie potrzebnym do przetrwania. Liczyłem się z tym, że trzeba będzie podróż zmodyfikować, że nie zrealizuję planu w całości. Jeśli tak, powiedziałem sobie, to przejadę stany, w których jeszcze nigdy nie byłem, a które zawsze chciałem poznać: Missisipi, Alabamę, Karolinę, Tennessee. Blues i „czarna” Ameryka. Przeliczyłem budżet i wyszło, że wystarczy jeszcze tylko na Missisipi i Alabamę. A potem zobaczę, co się wydarzy. Jakieś 200 km przed Missisipi miałem ten wypadek.




Joanna Kinowska: Obejrzałeś filmowy Teksas, a co z innymi słynnymi miejscami?

Andrzej Kramarz: Oczywiście pojechałem do Kanionu. Dech zapiera. A nie zrobisz tam zdjęcia, które ci zaprze dech. Miesiące i lata spędzili inni, by złowić jakieś monumentalne kadry. A ty przyjedziesz na dzień, na chwilę, staniesz tam gdzie wszyscy turyści – i co, zrobisz zdjęcie? Oczywiście, że zawsze i wszędzie można zrobić interesujące fotografie, lecz dla mnie to był raczej rodzaj przeżycia, a nie temat. Leżałem więc na głazach i czasem pstryknąłem coś telefonem. Dojechałem nad Rio Grande. Usiadłem nad rzeką, a tak naprawdę nad jakimś strasznym bajorem z mętną wodą. Miałem w głowie krajobraz z czarno-białych kowbojskich filmów, czytanych w dzieciństwie „Tomków na wojennych ścieżkach”, „Winnetou” Karola Maya (notabene podobno on nigdy nie był w Ameryce i niewielu tam o nim słyszało), robionych pod wpływem starszego brata pióropuszy z piór barbarzyńsko skalpowanych indyków sąsiada. Rzeczywista rzeka obala te mity. Mity, który jakimś cudem dzwonią ci cały czas w uszach i nawet nie masz czasu w dorosłym życiu, aby je sobie w głowie przepracować, zanim się z nimi zetkniesz.
Wcześniej byłem w Nowym Jorku, Los Angeles, Miami, Seattle czy San Francisco. Tym razem chciałem zobaczyć podszewkę Ameryki, a nie produkt uszyty z hollywodzkiego kina, liftingu czy wspaniałej charakteryzacji. Chciałem zobaczyć te miejsca, gdzie normalnie nie poniosą cię oczy gdy masz trzy tygodnie urlopu, przy czym warto pamiętać, że sam Teksas jest dwukrotnie większy niż terytorium Polski.

Joanna Kinowska: Co po podróży? Masz tysiące zdjęć, notatki…

Andrzej Kramarz: Praca nad projektem o Morzu Czarnym nauczyła mnie, że robienie notatek to coś, czego bardzo potrzebuję. Teraz też powstają, nie śmiem tego nazywać dziennikiem. Szlifuję lekko tekst i czekam.
Docelowo ma powstać książka: „cegła”, tysiąc stron, cieniuteńki papier. Przy czym nie chcę budować sobie obrazu Ameryki na podstawie tego, co do tej pory widziałem. Tak więc, jeśli podróż nie może trwać, książka też musi poczekać. W 1996 roku byłem w USA po raz pierwszy. Do dziś, po wielu wyjazdach i kilku latach życia tutaj, moje pierwsze wrażenie przetrwało: wszystko jest gigantyczne – od pejzażu po kubek kawy. Na pierwszym miejscu zawsze rzuca się w oczy wielkość, a później jakość.
Jak wspomniałem wcześniej, nie próbuję definiować Ameryki czy ogarniać jej charakteru. Nie ruszyłem w trasę, aby powiedzieć, jaka ona jest. Ta podróż (jeśli to właściwe słowo) jest raczej rodzajem doświadczania „mojej Ameryki”.



Joanna Kinowska: W twoich zdjęciach tym razem prawie wcale nie ma ludzi, ale jest mnóstwo przestrzeni…

Andrzej Kramarz: W moich zdjęciach od jakiegoś czasu ludzie nie pojawiają się w sposób bezpośredni. Nie interesuje mnie fotografowanie przypadkowych osób na ulicy według zasady, która miałaby wyłącznie budować formę obrazu lub podążać za błędnym wyobrażeniem, że taka forma z człowiekiem nadaje dynamikę zdjęciom. Osobiście wolę rozmawiać i poznawać ludzi, a wtedy raczej nie robię zdjęć. Jeśli już, są one bardzo prywatne. Dodatkowo przestrzeń jako taka i nasza relacja z nią mnie fascynuje. Mam mnóstwo kadrów, w których jest tylko niebo i ziemia.
Nic się specjalnie na nich nie dzieje. Po prostu wyrażają przestrzeń, która, jeśli nie przeraża, to przynajmniej budzi szacunek. Nie mam takiego poczucia w Europie, bo nawet jeśli znajdę się gdzieś, gdzie niczego nie ma, to wiem, że idąc dalej, niebawem spotkam człowieka lub jakiś znak cywilizacji. Podróżując przez Stany, nie da się nie myśleć o pionierach, o ich niepojętym, bez względu na pobudki, parciu w kierunku horyzontu przez te pustkowia pełne dzikich zwierząt i broniących swoich ziem rdzennych Amerykanów. Innym skojarzeniem może być kadr z filmu „Fargo” braci Cohen. Jakaś mała mieścina lub środek „niczego”, gdzieś tam pośród drzew stoi sobie dom. Taka historia z filmu może dziać się właśnie na jednym z moich zdjęć. Tego rodzaju odwołania uruchamiają moją wyobraźnię. Wyobrażam sobie na przykład człowieka, który od dzieciństwa spogląda w dal i jedyne, czego chce, to wyrwać się stamtąd. Albo że jest tak szczęśliwy, że nie miał nawet potrzeby zobaczenia porządnego miasta. Pozorna zwykłość, obok której banalnie przejeżdżasz samochodem. Jadąc z El Paso do Ozony, przez około 150 kilometrów nie widziałem ani jednego domu… Niemal zupełnie nie było śladu ludzkiej ręki (poza niezwykle prostym i sprawiającym wrażenie niekończącego się asfaltowym sznurkiem). Wtedy osiągasz swoisty stan medytacji i ta wydawałoby się pusta przestrzeń zagęszcza się znakami: dostrzegasz jakąś oponę, jakiś słup… Co ten cholerny słup robi na tym odludziu?

Joanna Kinowska: Przypomina mi się Jacek Hugo Bader w łaziku na Syberii…

Andrzej Kramarz: Z pewnością są analogie, przynajmniej co do zasady. Wiedziałem, że muszę się zaopatrzyć w przyciemniane szyby, bo spanie w samochodzie w USA jest nielegalne. Jak zorganizować łóżko, kiedy w wozie masz tysiąc rzeczy? Wymyśliłem plastikowe kontenery z pokrywami, do których wrzuciłem wszystko. Na to chciałem położyć sklejkę i spać, ale ta sklejka znalazła się dokładnie na wysokości szyb, więc pomysł natychmiast upadł. Przygotowałem się logistycznie, wiedziałem, gdzie mogę spać, ładować baterie. Jednym z takich miejsc są parkingi dla TIRów, które mają złą sławę, co akurat kompletnie nie miało dla mnie znaczenia, lecz one znajdują się przy autostradach. Ja poruszam się po zwykłych, podrzędnych drogach, które zazwyczaj są równoległe do autostrad i często od nich odległe. Na nich możesz zapomnieć o nawigacji GPS i zasięgu telefonu, więc odszukanie wyznaczonych miejsc jest utrudnione. Ładowanie baterii najlepiej wychodziło w McDonaldzie, ale to zależy od stanu; w Kalifornii pousuwano wszystkie gniazdka albo pozakładano na nie maleńkie kłódeczki.
Gdy tylko ruszyłem, znajomi dopytywali się o zdjęcia i radzili, bym częściej wrzucał coś na stronę. Udzielali mnóstwa „dobrych rad” związanych z tak zwanym marketingiem. Ja w tym czasie poszukiwałem taniego sposobu na prysznic, ponieważ od kilku dni myłem się wilgotnymi chusteczkami w toaletach. Doświadczenie zdobyte podczas rowerowych wypraw po Europie Wschodniej pomagało mi bardzo.

Joanna Kinowska: Kiedy słyszymy, że fotograf jedzie przez Stany, gdzieś z tyłu głowy zawsze się wychyli Robert Frank….

Andrzej Kramarz: Niepotrzebnie. Zresztą lista fotografów, którzy przemierzyli Amerykę lub podróżowali po niej w jakiś sposób, jest bardzo długa. Tutaj nie jest to niczym oryginalnym. W ogóle nie skupiam się na podobnych inspiracjach, co oczywiście nie oznacza, że praca tych wszystkich artystów nie liczy się dla mnie! Czasem zdarza się o nich pomyśleć, jednak tylko wtedy, kiedy staram się unikać znanych już obrazów. Ale i w tym przypadku raczej nie myślałem o Franku. Mając już pewne doświadczenie, jeszcze większym niż dotąd szacunkiem darzę Walkera Evanasa ze względu na jego pieczołowitość oraz pewnego rodzaju nienasycenie obrazem, a także różnorodność. W Polsce przy takich okazjach faktycznie najpierw pojawia się Robert Frank, Stephen Shore, William Eggleston czy Joel Meyerowitz, ale naprawdę można znaleźć dziesiątki nazwisk, jak choćby Zoe Strauss czy wnoszący, moim zdaniem, najwięcej świeżości do tematu, John Gossage. Deptanie ich śladami nie ma najmniejszego sensu, a ponadto poza fotografią istnieje znacznie więcej inspirujących rzeczy.





wszystkie zdjęcia: Andrzej Kramarz, z projektu "Promised Land" 2012-2013; dzięki uprzejmości autora

wywiad ukazał się w miesięczniku "FOTO" 03/2013 

linki:

strona autorska Andrzeja Kramarza

projekt "Promised Land"

niedziela, 25 sierpnia 2013

akuku! /schować matkę (cd)

Portret dziecka / schowana matka, fotograf nieznany, ok 1870-1880, cdv / zbiory prywatne. rep. jk

Jakiś czas temu w poście zatytułowanym "Schować matkę"  zastanawiałam się nad tym fenomenem - trzymania dziecka do fotografii w XIX wieku. Wtedy było bardziej na poważnie, jakaś część portretów dzieci była z pewnością post-mortem. A tu - przepraszam za tytuł, lecz radość i wesołość wylewa mi się z tego kadru. 
Ponawiam też apel, bo sprawy ciągle nie rozwikłałam: Będę wdzięczna za podrzucenie wyjaśnienia, podzielenie się pomysłem czy własnym zdaniem, ewentualnie bibliografią i przypisem. Dlaczego i po co chować matkę!?!

piątek, 2 sierpnia 2013

28 z 42 / Marek Janicki / Pacyfikacja Kopalni Wujek / 1981


Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981

Do pacyfikacji w KWK Wujek (Kopalnia Węgla Kamiennego) doszło w trzeci dzień strajku okupacyjnego górników przeciwko ogłoszeniu stanu wojennego. W trakcie działań ZOMO (Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej), innych oddziałów milicji oraz wojska zginęło 9 górników a 21 zostało rannych. / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 
Pacyfikacja Kopalni Wujek to jedno z ważniejszych, jeśli nie najważniejsze wydarzenie Stanu Wojennego. Górnicy rozpoczęli strajk 14 grudnia. Następnego dnia otrzymali informacje o brutalnym pacyfikowaniu innych strajkujących zakładów z regionu, m.in. kopalń Staszic i Manifest Lipcowy. Pewni, że ZOMO przybędzie do Wujka, zaczęli przygotowania do konfrontacji. Decyzja o pacyfikacji Wujka została podjęta w nocy, po 22 jeszcze 15 grudnia. Oprócz Wujka milicja miała rozpędzić strajkujących w kopalniach Julian i Andaluzja. Rano pod kopalnią Wujek zjawiły się: 5 kompanii ZOMO, 2 kompanie ORMO, 2 kompania NOMO, 7 armatek wodnych, 3 kompanie po 10 bojowych wozów piechoty i 1 kompania czołgów. (za wikipedią). Do akcji wkroczyli o 11 rozpędzając tłum pod bramą. Zginęło 9 górników: Jan Stawisiński, Joachim Gnida, Józef Czekalski, Krzysztof Giza, Ryszard Gzik, Bogusław Kopczak, Andrzej Pełka, Zbigniew Wilk i Zenon Zająć.  Sześciu z nich zginęło na miejscu, jeden w szpitalu kilka godzin później, ostatni dwaj w wyniku odniesionych ran w styczniu 1982. Rannych zostało 21 osób. Po stronie pacyfikujących rannych zostało 41 milicjantów.
Historia wykonania zdjęć i odnalezienia fotografa po 20 latach doskonale odzwierciedla nastroje społeczne panujące wówczas w grudniu 81 roku. Strach przemieszany z koniecznością zapamiętania tych zdarzeń. Zdjęcia, które przez lata świadczyły i przypominały, uratowane i przywrócone widzom.

Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora
Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora
Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

Zacznijmy od grudnia 1981 roku. Marek Janicki mieszka w okolicy. Katowice. Coś się dzieje, idzie wojsko. Ludzie się zbierają. Od kilku dni sąsiedzi o czymś szeptem rozmawiają, niby mimochodem. Ktoś z paczkami idzie do kopalni. Wraca bez siatek, bez paczek. Zmartwiony, bezradny. Janicki wygląda przez okno. Widzi grupę mężczyzn. Wyjmuje aparat z szafki. Chwilę się zastanawia jak go schować w ubraniu. Za oknem śnieg, pewnie minus 8 stopni. Gruba kurtka. Może sweter. Sweter będzie dobry, ciepły, w jego fałdach schowa się aparat. Zawiesza go na szyi, przedłuża pasek. Teraz dobrze. Ręce się trzęsą, działa w pośpiechu. Sprawdza film, przecież go nie zmieni tam na ulicy. Kończy rolkę, przewija. Lepiej mieć czystą, nową. Nawija film. Ręce zimne, pot, ale już spokojniej. Wszystko działa. Zakłada kurtkę. Jeszcze szalik, tak na wierzch, przyda się. Sprawdza w lustrze – nic nie widać. Może się uda. Wychodzi, zamyka drzwi, zbiega po schodach. Idzie pod kopalnię. Widzi pojazdy, widzi wojsko, mieszkańcy przerażeni stoją w oknach. Na ulicy sami mężczyźni. Zacięte miny. Osobno stoją, kawałek od siebie. Żadnej grupki. Patrzą, idą powoli. Osobno, ale razem. Jest ich z czterdziestu. Żadnych toreb, żadnych walizek. Tu nikt nie idzie do pracy. Kopalnia odłączona od miasta już trzeci dzień. Gdzieś z oddali, z ulicy obok coś się dymi. Strzały. Ludzie wściekli. Przecież w środku są ludzie. Lufy pojazdów opancerzonych celują dokładnie w budynki kopalni. Ktoś podnosi cegłę i rzuca. Cegła w tonę żelastwa, dobre sobie. Co pozostaje. Potem ktoś kolejny bierze cegłę, rzuca. I jeszcze jeden, i jeszcze jeden kamień. Lufa wypala, dym i huk. HUK! Ten co przed chwilą rzucił cegłą traci równowagę, zatacza się porządnie. Z tyłu idzie kolumna milicjantów. Idą, przyspieszają. Trochę razem ale osobno, pod bronią, celują i idą. Mężczyźni – cywile, mieszkańcy przyspieszają kroku, wchodzą w osiedle domów, zaraz obok kopalni. Przez boisko i plac zabaw, dziś przysypany śniegiem biegną. Jakby się śnieżkami rzucali – dwie ekipy chłopaków. Mieszkańcy i ZOMO. Jedni z cegłami drudzy z karabinami. Trochę nierówno. Ktoś się odwraca. Wrzeszczy. Krzyczy. Próbuje wprowadzić reguły, powiedzieć tym od karabinów, że jest trochę nierówna walka. Wrzeszczy i prosi ich o opamiętanie. Może się któryś zastanowi po co w tej kamizelce i rynsztunku bojowym, po cholerę stoi w śniegu na mrozie, przy jakimś bloku i trzyma też trzęsącymi się rękami karabin wycelowany w innego gościa, który w ręce ma…cegłę?! Osiedle jak jego. Patrzy na blok. 5 pięter. W oknach, za firankami ludzie, patrzą przerażeni. Gra miejska poza kontrolą. Nie wiadomo dlaczego i po co.

Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

A tam przy kopalni, mur i ogrodzenie rozwalają. Tam stoją górnicy. Pociski. Strzały. Wybuchy. Ktoś biegnie, ktoś krzyczy. Chowają się i wstają. Masa dymu. Leci jakiś śmietnik w stronę milicji. Marek robi zdjęcia. Spod kurtki. Zimno, mróz, kurtka rozpięta do polowy. Pomiędzy swetrem a szalikiem. Sprawdza się ten pomysł. Coś się zacina. Może to z zimna, nie. To koniec kliszy. Wraca do domu. Nie ma sensu się narażać. Może potem wróci, z aparatem lub bez. Ale potem. Teraz biegiem, na około, klucząc po innych osiedlach, żeby zgubić ewentualny ogon. W bramie, za śmietnikiem przewija film. Wyjmuje. Chowa pod ubranie. Aparat głębiej chowa. Wraca, jeszcze dwie przecznice na około.
Kilka tygodni później. Region Mazowsze. „Biuro” Solidarności. Jakaś koperta. Ktoś przyniósł, wyjmuje ją z książki. Kładzie. Rozrywają. Patrzcie – Katowice, to Wujek! Patrzcie, Jezus Maria, ktoś wrzeszczy. Chodźcie wszyscy. Ktoś nerwowo rozkłada te zdjęcia na biurku, na innych papierach. Cała gromadka się rzuca i patrzą. Klną pod nosem. Inni stoją w milczeniu.

 Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora
 Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

Kilka dni później ewakuują biuro. Każdy coś zabiera, coś tną, coś palą. Ktoś upycha papiery pod sweter. Ktoś składa do toreb, zawija w gazetę. Jakieś opony porozrywane leżą w kącie. Masa gratów. Upychają w nie jak się tylko da, żeby nic nie wystawało. Zabierają. Przekazują paczki. Co chwila ktoś wchodzi. Coś zabiera, wychodzi. Krzątanina. Pośpiech. I ta koperta. Przychodzi Jerzy Kośnik. Wszyscy go tu znają. Fotograf Regionu. Zabiera się za sprzątanie, co jeszcze zabrać? Wszystko wygląda już jak pobojowisko. Podchodzi do opon, kto je tu przyniósł, po co? Są ponacinane, rozcięte w środku, jakiś papier w środku, obok kartki rozrzucone, pomiędzy nimi zdjęcie. Zdjęcia tutaj? Kośnik podnosi papiery, to wszystko zdjęcia. Ogląda pobieżnie – co to jest, czy to trzeba stąd zabrać? Zamiera na chwilę. Skąd się to tu wzięło – myśli. Nieważne. Trzeba to zabrać. Ukryć. Wkłada je wszystkie w gazetę i pod sweter. Rozgląda się jeszcze w okolicy, może jeszcze jakaś koperta. Podnosi jakieś papiery, dokłada do zdjęć. Wychodzi. Na około, wsiada w autobus, potem w tramwaj, zmienia kierunki. W domu ogląda zdjęcia, w skupieniu, w milczeniu. Są dość zniszczone, poplamione, pozaginane. Kto je zrobił? – zastanawia się. Ale miał ktoś tupet. Katowice, kto tam wtedy był od nas? Wykręca numer do Katowic. Rozmawia z jednym, potem z drugim. Nic. Nikt. Nieważne. Teraz to nieważne. Dzwoni do kogoś z Warszawy. Mówi tak, że nie wiadomo o co chodzi. O pogodzie, o ogrodzie, jakieś gruszki? Rozmówca rozumie. To najważniejsze. ‘No coś ty? Niemożliwe! Jak to – kto je zrobił?’. ‘Nie wiem. Jutro Ci pokażę. Widzimy się tam gdzie zwykle, o 13.’

 Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora
 Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora
Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

Zdjęcia trafiają w drugi obieg. Kośnik je kopiuje. Stara się by ktoś to zabrał zagranicę. Niech tam pokażą 
w gazetach, niech się tam dowiedzą. Całe środowisko S i fotografów już te zdjęcia zna. Teraz tylko niech się dowie cały kraj.
- - - - - - - - - - 
To mogło tak wyglądać, mogło też trochę inaczej. Marek Janicki robi zdjęcia. Zdjęć jest kilkanaście. Klisza przepadła. Nikt nie wie, nie pamięta.
Marek Janicki: mieszkałem niedaleko, mieszkałem dwie ulice dalej, wtapiałem się między ludzi. Miałem aparat w kurtce schowany. Gdzieś tu (pokazuje) rozchyliłem, cyk zdjęcie. (…) Na tych zdjęciach nie ma wszystkiego, co widziałem w tym czasie. Nie dało się tego zarejestrować. Widziałem ofiary przykryte kocami. Stwierdziłem, że nie wolno mi w tym miejscu robić zdjęć, że nie wolno mi szargać czyjejś pamięci. Widziałem pojmanych zomowców, bardzo skruszonych, ze spuszczonymi głowami. I też nie bardzo mi wypadało robić zdjęcia. Tam była walka na dwa fronty, bo w środku było ZOMO, z jednej strony byli górnicy, a z drugiej byli mieszkańcy.  Cieszę się, że to zrobiłem. Jak się potem okazało, jestem prawie-że jedynym autorem zdjęć spod kopalni. Tam kilka zdjęć zrobili policjanci z okien bloku – i to jest wszystko. Janicki miał wtedy 18 lat.
Jerzy Kośnik, zaprawiony reporter Solidarności. Opowiadając o zdjęciach z kopalni, po latach mówił nad wyraz ważne zdanie: Wszystko to co ja zrobiłem, co inni – to naprawdę jest sielanka. Kiedy wypowiadał to zdanie w telewizji TVN 13 grudnia 2011 roku podkreślał – to nie ja jestem autorem. Powinniście znaleźć tego, kto zrobił te zdjęcia.
 Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora
Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

Dzień później. 14 grudnia Pani Bogusława Janicka mówi do kamery: nie wiedziałam, że on coś takiego zrobił, a z kopalnią Wujek byłam związana przez swojego ojca. Zdjęć nie pokazał. Nigdy zresztą potem Marek Janicki nie zajmował się fotografią. Oczywiście – zdjęcia z wakacji, rodzinne uroczystości. Nic więcej. Nawet nie szukał zdjęć z Wujka, rozdział zamknięty. Dzień wcześniej oglądał telewizję. Mówili o czasach Solidarności i stanu wojennego. Pokazywali zdjęcia. Pogłośnił odruchowo. "Powinniście znaleźć tego, kto zrobił te zdjęcia”. I te kadry. Ten człowiek z cegłą. Dalej zdjęcie – ten sam mężczyzna trzyma się za ucho, niemal się przewraca.  Ogłuchł zupełnie, na całe życie od tego wybuchu. Wypalili przecież kilka metrów od niego. Poszukał numeru do TVN. Następnego dnia ekipa telewizyjna w salonie państwa Janickich. To właśnie wtedy Jerzy Kośnik dowiaduje się jak nazywa się autor zdjęć. Dzwoni do Ośrodka Karta – mamy autora! Ulga dla Kośnika. Przez lata gdy pokazywał te zdjęcia, po 1989 roku – zawsze podkreślał, że to nie on jest autorem. To z jego archiwum zdjęcia, autor nieznany. Kilku nadgorliwych dziennikarzy podpisało je błędnie, nie wszyscy respektowali tę formę zapisu. Uratowałem te zdjęcia. Znalazły się w regionie Mazowsze, przed ewakuacją na Zachód i to tak nieszczęśliwie zapakowane zostały w opony i uległy zniszczeniu, ale ponieważ zrobiłem reprodukcje – (przetrwały) – młodego autora jakiegoś – prawdopodobnie z Katowic.

O realiach fotografowania wtedy Jerzy Kośnik wspominał: Obowiązywała zasada – nie dać się zaprowadzić na komendę. Dwa razy oddałem aparat temu, który mnie zatrzymywał. To była taka swoista łapówka - wspominał Kośnik. - Były też momenty, kiedy człowiek znalazł się oko w oko z ZOMO, wtedy podnosiłem ręce do góry, poddawałem się i to działało. Według mnie, za każdym razem oni dostawali jakieś środki – jak ktoś biegł, to go gonili, a jak stał, to go zostawiali w spokoju.
Zdjęcia Marka Janickiego przechowuje Ośrodek KARTA. Zdjęcie, które znalazło się w akcji „Fotoikony” było w różny sposób kadrowane w rozmaitych publikacjach. Mężczyznę trzymającego się za ucho, rozpoznajemy także we wcześniejszym kadrze, gdy podnosi cegłę do rzutu.

Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

Po pacyfikacji, przez dwa dni jeszcze trwały aresztowania posądzanych o organizację strajku. Przywódcy zostali skazani na od 3 do 4 lat pozbawienia wolności. Do sprawy pacyfikacji wrócono w grudniu 1991 roku – odbył się wtedy pierwszy proces, w którym przed sądem stanęło 24 oskarżonych. Po wielu procesach w różnych instancjach, 31 maja 2007 roku zapadł wyrok: Sąd Okręgowy w Katowicach uznał za winnych zbrodni komunistycznej wszystkich oskarżonych (17 osób) członków ZOMO.  W procesie odbyło się 100 rozpraw, przesłuchano około 300 świadków. (za wikipedią). Sprawa pacyfikacji Wujka znalazła się także w procesie karnym rozpoczętym w 1993 roku wobec Czesława Kiszczaka. 26 kwietnia 2011 warszawski Sąd Okręgowy uniewinnił generała.
15 grudnia 1991 roku na ulicy Wincentego Pola w Katowicach, w bezpośrednim otoczeniu kopalni Wujek – odsłonięto pomnik ku czci poległych górników. 

Z Kopalni Wujek znane są także zdjęcia Andrzeja Konarzewskiego (Agencja Forum). Są to ujęcia z poziomu oczu (!), fotograf musiał wyjąć aparat. Widać na nich mnóstwo ludzi. Kobiety, mężczyzn. Widać umundurowanych. Aresztowania. Rannych. Czołgi na ulicach. Kilka zdjęć wykonał Konarzewski z okien autobusu. Fotografie te wykonane też z ukrycia z ogromnym zaangażowaniem. Są jednak bardziej "geograficzne" - pokazują szerszy plan, momenty oczekiwania, widać gdzie się coś dzieje. Przy czym akcja nie jest tak bezpośrednia jak u Janickiego.

Zdjęcia Janickiego są - w moim mniemaniu - bardziej przejmujące. Udało mu się zarejestrować akcję, jest to relacja bezpośrednia, uczestnika zdarzeń, niemal słyszymy chrzęszczący śnieg pod stopami biegnących - w tym fotografa. Niedoskonałość techniczna schodzi na ‘-nasty’ plan. Wszystko to może podkreśla zaangażowanie autora w uwiecznienie chwili. Brzmi patetycznie, ale wystarczy sobie wyobrazić ile autor - zarówno Janicki jak i Konarzewski ryzykowali, by je zrobić. 

LINKI
Wypowiedzi Marka Janickiego i Jerzego Kośnika pochodzą z materiałów TVN:
- rozmowa z Jerzym Kośnikiem z dnia 13 grudnia 2011
- rozmowa z Markiem Janickim z dnia 14 grudnia 2011

Ośrodek Karta
Galeria zdjęć Andrzeja Konarzewskiego / forum.com.pl
Galeria zdjęć Marka Janickiego / fakty.interia.pl


poniedziałek, 29 lipca 2013

Fotoreporter w konflikcie czyli: Suder wracaj!

Wiadomo od lat, że nic tak nie podnosi ciśnienia jak komentarze z internetu. Artykuł artykułem, komentarze często nie dotyczą w ogóle tematu. Wszyscy wiedzą, że to strata czasu na czytanie, a jeszcze większa dać się złapać nieodpartej i niepohamowanej chęci odpisywania. 
W komentarzach do artykułu o porwaniu w Syrii Marcina Sudera znalazło się coś więcej niż "wina Tuska", wypowiedzi prostackie i antysemickie. Wychynęła totalna, ale po prostu bezdenna niewiedza na temat tego kim jest fotoreporter, po co robi zdjęcia, czemu się angażuje. Ileś osób ośmieliło się wyrazić te wątpliwości, a reszta? Czy wyraża to samo? Działa to jakoś procentowo? Nagminne było także powątpiewanie w szczerość intencji Marcina, niezrozumienie potrzeby robienia zdjęć w konfliktach. Jakieś 2, może 3 niedobitki starały się coś wyjaśniać na bieżąco. Pod lupę biorę dwie strony komentarzy: w wyborczej.pl i gazecie.pl. Zachowuję oryginalną pisownię. Oczywiście proponuję najpierw przeczytać artykuły. 


1. "Polski fotoreporter Marcin Suder porwany w Syrii" 

kat-kk: 
Co mnie obchodzi jakiś dziennikarzyna co się pcha w konflikty religijne?Tyle co Hoser obcinający głowy Tutsi.



cholenderstwo:
W siedzibie sił opozycyjnych urzędował?

A jakim prawem? Kaduka?
To tak jakby Wacek zdradzał Michnika z Chodorkowskim...




  • jean_zatapathique @cholenderstwo:

    "Urzędował"? Przebywał w biurze prasowym. Jeśli nie wiesz, to w takich miejscach reporterzy czasami bywają...
    Ech, kiepsko z edukacją w tym kraju, skoro pojawia się tyle wpisów, świadczących o braku zrozumienia prostego artykułu w prasie (na dodatek tabuny takich samych inteligentów spieszy "przybić im piątkę").


  • jean_zatapathique@hen-live:

    Nie zrozumiałeś chyba za dobrze tego, co przeczytałeś. Porwali go najprawdopodobniej islamscy radykałowie. Uprowadzili go z biura prasowego sił opozycyjnych (więc to nie opozycjoniści go uprowadzili). Należy rozróżnić liberalna opozycję od radykalnych islamskich rebeliantów. To dwie siły, które walczą między sobą o objęcie władzy na wydartych al-Asadowi ziemiach. Zachód wspiera liberałów, a więc nie porywaczy polskiego fotoreportera. 
    Co do samego reportera, to oczywiście - wybrał dość niebezpieczny zawód ale na takich ludzi jest zapotrzebowanie. Gdyby nie oni nie wiedziałbyś co się w takich miejscach dzieje. Nie liczę, że docenisz jego pracę ale może stać Cię choć na ludzki odruch.


antyclon:

pomagał im to dostał zapłatę, mam dla niego 0 współczucia !


2. "Marcin Suder - polski dziennikarz porwany w Syrii"


wiceherszt:
(...) I co to teraz będzie? Przyjdzie bratać się z szatanem, sprawującym tam akurat władzę i prosić o pomoc w uwolnieniu gryzipiórka...

c.t.k @wiceherszt:
Mam nadzieję,ze MSZ ruszy dupę i nie zostawi go bez pomocy jak było to w przypadku tego nieszczęśnika Stańczaka,porwanego w Pakistanie.

wiceherszt@c.t.k:
A dlaczego niby MSZ miałoby "ruszać dupę"? W przypadku nieszczęśnika Stańczyka faktycznie mogli podjąć jakieś działania, bo to był bogu ducha winny inżynier, który pojechał tam w ramach kontraktu. Tutaj mamy "wolnego strzelca", który na własną rękę jedzie do kraju, o którym MSZ już od dwóch lat huczy, żeby do niego nie jeździć, chyba że szuka się guza. 
Mimo to koleś pojechał i znalazł. I co według ciebie ma zrobić MSZ? Płacić za niego okup z moich podatków? A czemu to niby? Wysyłać noty do władz syryjskich? To przyjdzie odpowiedź, że facet dobrowolnie udał się na niebezpieczne tereny kontrolowane przez bandytów, więc to raczej normalne, że ci zachowali się po bandycku.

c.t.k@wiceherszt:
Ano dlatego,że jednym z głównych zadań MSZ jest;"reprezentowanie i ochrona interesów Polski i jej obywateli".

born8 @kinskyart
W sumie dzięki takim ludziom wiemy, co się tam dzieje. Pewnie nie robi tego za darmo (może uzależnił się od adrenaliny, reporterzy zazwyczaj tylko robią materiał, obcując z cierpieniem, ale nikomu nie pomagają, wszystko to jest dla mnie trochę dwuznaczne, nie mógłbym tak pracować, zrobić wywiad z biedna wioską i wsiąść w helikopter), ale ryzykował życiem, żeby swiat się dowiedział, co się tam wyrabia. 
Zobaczymy, jakie są realne możliwości polskiego MSZu. Kto to wie. Gdyby mogli coś zrobić, na pewno nie wydawaliby takiego oświadczenia, ktore odcina się od wszelkiej odpowiedzialności. A sprawa z ubojem z pewnością nie wpłynie dobrze na reakcję Izraela po prośbach o pomoc, tak samo, jak obojętność wobec strajku izraelskiego MSZu przeciwko temu p.ojebowi, który tam rządzi.

minipolak:
Po co tam pojechal. Przeciez oni i tak swoje zbrodnie puszczaja na youtube.

heliheli: 
chybabym sie nie czul bezpiecznie jadac gdziekolwiek jako wyslannik agencji Melon ..... mowie calkiem serio .

mniklasp:
Czy nie lepiej dla niego bylo jechac do Londynu i czekac na urodziny royal baby. Milo, cieplo i bezpiecznie.Tak robi kazdy normalny reporter, Polak musi jechac pod lufy poniewaz to jest jedyny ochotnik na swiecie z reporterow ktorzy za pare zlotych jada pod ogien zeby ludziska wiedzialy i widzialy. Czy to nie jest patetyczne?

jkredman: (...)
drugi ciekawy problem to ta agencja Studio Melon - agencja reklamowa Izabeli Bil i Andrzeja Wyszyńskiego, po kiego jej potrzebne zdjęcia z teatru wojny, czym oni się faktycznie zajmują czy na pewno reklamą czy to tylko przykrywka,


doomsday:
Żyd czy nie , szkoda chłopaka. Młody jeszcze był, tylko 34 lata. Niektóre inne kraje do takiej roboty wysyłaja tylko facetów prawie w wieku emerytalnym, często rozwodników z alimentami o wyrażnych skłonnosciach samobójczych. Taki wie, że moze zginąć, godzi się na to i dlatego tam jedzie. Dziadoskie służby mamy, dla których życie Polskiego młodego Żyda jest bez wartości. A przebrać za reportera i wysłać tam jednego z drugim grubego generała z dużą dupą. Oni wolą walić dziewczyny na miejscu w pracy, jak ten gen. Marzec z Opola, niech gina młodzi.


45rtg:
Pojechał zarabiać na ludzkich tragediach aż w końcu jego dopadła nieprzyjemność.

tomtey:
jak On
jest dziennikarzem to ja jestem biskupem ,do kogo takie teksty,czy ludzie nie myśla

asxc:
Przepraszam bardzo a po co on tam w ogóle pojechał ? Porobić sobie zdjęcia popalonych dzieci a potem sprzedać je z zyskiem ? KAżdy zawód niesie jakieś ryzyko...jak się nie podoba niech zostanie hasjerem w biedronce.

mangusta3@asxc:
A może po prostu pojechał żeby pokazać prawdę o salafickich mordercach, zawodowych terrorystach al-Kaidy i zagranicznych najemnikach werbowanych w krajach arabskich czyli o tym o czym milczą media w Polsce...

mis3zen: 
foty super ale nie warte ryzyka www.studiomelon.pl/#index.php?m=m&id=135

josif47:
Sam sobie winien !....Szukal guza ?...to go znalazl.....

drive55: 
Polacy to naród debili i samobójców. Jak nie odpadanie od ściany podstarzały prezes to się to się utopi na 200 metrach jakiś mistrz świata w nurkowaniu,a teraz mamy się przejmować kimś kto się naogąldał filmów sensacyjnych. Obrzydzenie mnie bierze do takich wiadomości.

leser.1:
Dziennikarze mieszczą się w granicach pojęcia "dog`s of ware".
Zamiast kałacha, czy m-16 maja aparat "sony", ale po jaki ch.j tam jadą?

cracovpl:
Jakoś mi nie jest żal fotoreporterów którzy żerują na ludzkiej tragedii.
Przecież wszyscy wiemy co się tam dzieje i bez ich zdjęć.


Komentarz, który spowodował chęć powrócenia do innych, wybrania - zapadł mi szczególnie w pamięć, oto on:


calmy:
Freelancerem? W pewnym sensie? Co to znaczy w pewnym sensie? Dlaczego polskie agencje oszczędzają na akredytacji? Co to za dziadostwo? Czy też może próba pozbycia się odpowiedzialności?
W każdym razie biedny człowiek. Dużo szczęścia mu yczę. Będzie potrzebował.


To zacznijmy od słowa fotoreporter i jego charakterystyki. To dziennikarz. Pewien rodzaj dziennikarza, który posługuje się obrazem (słowo 'gryzipiórek' doprawdy nie pasuje). Łatwiej w opisaniu tego zawodu mają ludzie posługujący się językiem angielskim. Mowa tam o 'photojournalism' - czyli dziennikarstwie fotograficznym. Dla nas te dwa słowa są chyba za długie, bo doprawdy nieczęsto się słyszy to określenie. Aha, Marcin Suder jest fotoreporterem, a zatem jest dziennikarzem. (pozdrawiam biskupa!)

Po co fotoreporter ma gdzieś jechać? Zawsze wydawało mi się to jasne i oczywiste. Ale warto może wyartykułować. Żeby zrobić komuś/czemuś zdjęcie trzeba obiekt umieścić przed obiektywem. To najprostsze wyjaśnienie. Jeśli ktoś chce zrobić zdjęcie jak ludzie żyją daleko w świecie - nie ma wyjścia, trzeba tam pojechać. Nie na wycieczkę, nie przy okazji urlopu. Właśnie - motywacja. Choć także: misja, zaangażowanie, powołanie. Zwykle jest ich kilka. Wśród nich są z pewnością gdzieś, na którymś miejscu także pieniądze. Także, gdzieś. Umówmy się, do rejonów konfliktów nie jedzie się po pieniądze. One są pochodną, jeśli się zrobi dobrze swoją robotę. Są w domyśle. I jeszcze drobiazg: to nie są kokosy, nie dolary leżące na ścieżkach, które proszą fotoreportera o zabranie do domu. Może drobny cytat: 
Samuel Aranda: W Polsce jest bardzo wysoki poziom fotografii. Na prawdę widziałem świetne materiały. Zdaje się, że macie tutaj problem, identyczny z sytuacją w Hiszpanii. Wielu znakomitych fotografów musi szukać klientów za granicą. To przykre, że nie znajdują zleceniodawców w kraju. 10 lat temu pracowałem dla dużej gazety w Hiszpanii i płacili dobrze, można było z tego żyć. A dziś? Płacą najdalej 50 euro za zdjęcie. Jeśli, by je zrobić musisz lecieć do Kairu, powiedzmy za reportaż zapłacą 100 euro, to nawet nie starcza na bilet. [z rozmowy dla FOTO]
Jasne? Czyli motywacja nie jest spieniężalna. Są wśród fotoreporterów pchających się w konflikty ludzie, którzy 1/ chcą opowiadać trudne historie; 2/ naświetlać tematy, by wiedzieli o nich inni; 3/ sprawozdawać, dostrzegać, wskazywać, dowiadywać się, poznawać, itd...  i tak do 10. Pewnie na miejscu około 11 pojawia się może kwestia adrenaliny a może i myślenia o sławie, publikacjach, wystawach, wygranych w konkursach. Tym podobne. Ci, którzy jadą tylko po wpis do cv - oczywiście mogliby zostać w domach, nie są dobrze widziani, oceniani. Umówmy się, że takich jest niewielu.

Wiek fotoreportera wojennego. Ktoś z komentujących miał kłopot z tym, że giną młodzi. No tak, bo niedoświadczeni? Niezupełnie. Żeby pchać się w rejony konfliktów - dobrze, o czym wspomina Filip Ćwik w rozmowie dla Newsweek.pl - nie być uwiązanym. Być wolnym ptakiem, bez rodziny. To raczej dotyczy pełnych energii młodych ludzi, często niezdających sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Inne kraje robią inaczej? No tak, są w tym zawodzie sławy - nie gwiazdorzy jednej klatki, ale wieloletni mistrzowie fotografii z konfliktów, a wśród nich najważniejszy, "War Photographer" - James Nachtwey. Nie ma może sensu ich tu wszystkich wymieniać. Są niemłodzi, to prawda. Większość jednak reporterów odpada z tematów konfliktowych z wiekiem, czasem, z rodziną, odpowiedzialnością, zdrowiem, psychiką, itd... Niewielka część pozostaje. Nie czyniłabym z tego reguły. Wiek po prostu nie ma totalnie nic do tego. 

Po co się opowiada historię obrazem? Umówmy się - to działa. Po co czytać setki, tysiące słów artykułu? Wnikać w geografię, ekonomię, politykę, religię i sięgać jeszcze do pięciu pokoleń wstecz...? Jest obraz - jest temat. A jak nie ma obrazu - obraz trzeba jakoś zamarkować, jakoś skonstruować. (co widzimy w coraz weselszych i śmielszych propozycjach internetowych pisemek). (Więc nie - człowieku, nie wiesz bez zdjęć co tam się dzieje...). Skoro jednak mamy fotoreportera, który przypadkiem jedzie gdzieś po zdjęcie - to mamy je. A jeśli je mamy - jeśli się je poda czytelnikowi - ten lub ta - może przeczyta tekst, w każdym razie kupi gazetę. Tak to przynajmniej działało w teorii jeszcze niedawno, do tego potrzebny był sztab ludzi od laborantów przez fotoedytora, do redaktora artystycznego i w końcu kogoś, kto potrafi przygotować zdjęcie do druku. Dlatego tak ubawił mnie komentarz o dostępności informacji na YouTube. Tak, jasne, seriously? 

Fotografia zmienia świat. Udowodniono to już nie raz. Pierwszy i wielki raz - był poprzez zdjęcia Lewisa W. Hine'a, który czytelnikom amerykańskim pokazał na zdjęciach pracujące dzieci. Gazeciarza w wieku 4 lat, tkaczkę w wieku 8 lat, itd, itp. Naród dał wyraz swojemu oburzeniu - zmieniono wówczas prawo. Wprowadzono regulacje, wiek ochronny, itd, itp... Ale jednak - nikt do konfliktu nie jedzie aż po takie zdjęcia. Pewnie, że byłoby to COŚ, gdyby przez zdjęcia skończyła się jakaś wojna. Ah. Choć właśnie w pewnym sensie, choć nie tak bezpośrednio - coś podobnego zdarza się, gdy oglądamy te straszliwe fotografie. Dowiadujemy się. Już nie możemy udawać, że nikt nam nie powiedział. To co zrobimy z tą wiedzą, to już inna kwestia. Ale ktoś nam o tym opowiedział. Był, widział, zrozumiał, zredagował i podał. A może bohater zdjęcia będzie miał odmieniony los - jak Bibi Aisha, bohaterka zdjęcia Jodi Biber? 

Tak, i jeszcze raz głośno tak: fotoreporter jedzie na koniec świata, naraża swoje życie (choć właśnie robi wszystko by jak najmniej ryzykować), byśmy mogli obejrzeć (przeczytać), żeby mogło do nas dotrzeć to co i jak dzieje się z innymi. 
A propos hien, sępów i tym podobnych porównań o żerujących i szukających - no cóż... spróbujmy z zagadką: 
- Co fotoreporter robi dla bohatera? 
- Opowiada o jego/jej życiu, życiu codziennym, wskazuje problemy. [By o tym mówić - przejechał spory kawał świata, przeczytał sporo książek i tekstów, rozmawiał z wieloma różnymi ludźmi, zrozumiał cały kontekst, itd...aha, ma sprzęt i umie fotografować.]

- A co robi czytelnik dla tego samego bohatera? Dla tych, o których był dany artykuł? Obejrzał zdjęcie, i...?
- ....
Halo? Halo? 
Może chociaż odrobinę współczucia? Ciut? Niestety rzadkością jest czytelnik, który zainteresowany tematem grzebie dalej, dopytuje, doszukuje. By wiedzieć. Błędem statystycznym zaś ten, który pójdzie dalej - poszuka akcji humanitarnej, która działa w rejonie, powie o tym innym, włączy się - by coś zmienić. Coś autentycznie zmienić. Reszta, większość przytłaczająca - przewraca stronę; lajkuje bez zaglądania w artykuł, linkuje bez sprawdzenia treści. I teraz drobiażdżek - kto kogo powinien nazywać fascynatem sensacji? 

Dla opornych dodam jeszcze - fotoreporter, jak każdy dziennikarz przestrzega pewnych reguł: etyki. Nie manipuluje, nie kłamie, nie udaje, itd. O innych nie warto wspominać, a ich zdjęcia nas nie porwą zapewne. Ostatnia kwestia: dla kogo to robi i czyja to wina. Marcin Suder współpracuje z agencjami Corbis i Melon. Ale żadna z tych agencji go tam nie posłała. Oto wielki smutek i dramat naszych czasów. Redakcje zatrudniły księgowych, którzy zatrudnili badających rynek (a może odwrotnie?) i z badań dowiedziano się, że za zdjęcia się przepłaca oraz, że ludzie wcale ich nie chcą. Pomysłów na to co komu i kiedy i jak bardzo uwierało jest wiele, efekt jest taki, że za zdjęcia płaci się mało, fotografów zwalnia z etatów, na miejsce nie wysyła się swoich ludzi, bo można polegać na materiale tambylców. Jest jednak gatunek niepohamowany, który nie potrzebuje zlecenia, opłaconego przez redakcję/agencję lotu, wygodnego hotelu na miejscu. Ten gatunek nazywa się freelancer, wolny strzelec. W przypadku fotoreportera - to niepohamowanie to właśnie poczucie misji, potrzeby, konieczności działania - powołania. Kłopot w tym, że zapomina się powszechnie, że jest to zawód. Praca. Nie wolontariat. 
Faktycznie wysyłając się sam - sam ryzykuje. Jego potknięcie kosztować będzie jedynie jego, dalej także rodzinę, znajomych. No właśnie, i oczywiście MSZ. Nikt nie ponosi odpowiedzialności, nikt nie wypłaci grosza rodzinie, pewnie i ubezpieczyciel zasugeruje niezbyt ostrożne prowadzenie się. Globalnie - przestano się tym zajmować. Protestujących jest coraz mniej. Fotoreportaż jakąś chwile temu uznano za zawód kończący się.
Mówiąc prawdę - ani Studia Melon, ani Corbis, ani rządu, ani MSZ'u nie ma co winić. Winni są ewentualnie wydawcy. Choć nie bezpośrednio. Wszystkie te czynniki, które sprawiły, że fotoreportaż stracił swoją cenę, z nim zaś niestety życie reportera. 

Wracając do tematu i zmierzając do zakończenia. Marcin Suder oraz Miłosz Brzeziński starali się (w 2012) rozpropagować temat zachowań i postawy Josepha Kony'ego oraz jego Armii Bożego Oporu w Ugandzie. Potwornej i skandalicznej sprawy, przemilczanej przez media. Jest bardzo ciekawa rozmowa w TVN o wyprawie Sudera do Ugandy i przede wszystkim - odpowiedź po co TO robi. 


zrzut ekranu / źródło TVN 


Marcin, środowisko jest po Twojej stronie - dziennikarskie i fotograficzne. Inni ludzie tkliwi i czujący, którzy mogą się nie znać na zdjęciach - też są po Twojej stronie. To zaledwie garstka idiotów nie wie o czym mówi. Może właśnie dzięki Tobie się coś niecoś oświecą. Wracaj cały i zdrowy! 


Dwie bardzo ważne rozmowy o porwanym Marcinie, o pracy fotoreportera i sytuacji w Syrii:
z Filipem Ćwikiem: "Zawód fotoreporter"

Zdjęcia Marcina Sudera: w Corbis / w Studio Melon

czwartek, 18 lipca 2013

Sarełło / Swell / Dla większych jednostek pływających martwa fala jest bardziej dokuczliwa



Mateusz Sarełło, Swell, wyd. Instytut Kultury Wizualnej, Warszawa 2013


Czarna książeczka. Płótno. Tłoczone litery. Tekst angielski, półpoetycki. Zdjęcia czarnobiałe i w kolorze. "Projekt bałtycki", ale właściwie historia osobista. Prywatna. Hermetyczna i zamknięta. Emocjonalna. Dla czytelnika emocjonująca, pozostawiająca coś mokrego po sobie: lepkie ręce, pot na czole, a może nawet otrzepujemy piasek z powiek.


wedle wikipedii:

Martwa fala (rozkołys) - długa, łagodna, powoli gasnąca fala posztormowa, powstała wskutek długotrwałego działania wiatru z jednego kierunku. Występuje tylko na dostatecznie rozległych obszarach wodnych. Może być również wywołana trzęsieniem ziemi (dna), wybuchem podwodnego wulkanu, lub podwodnej bomby atomowej. Termin ten odnosi się jednak głównie do zjawisk pogodowych, gdy stan morza jest wyższy od siły wiatru.
Martwa fala może istnieć przez długi czas po ustaniu sztormu (i wiatru), który ją wywołał. Jeśli wiatr wieje nadal, kierunek martwej fali nie jest związany z kierunkiem wiatru. Kierunek martwej fali jest stały. Martwa fala może również obejmować tereny przyległe do sztormu, nawet jeśli panowała na nich lepsza pogoda, oraz dociera do miejsc osłoniętych, np. zatoki. Okres i długość martwej fali są znacznie większe niż fali wiatrowej.

W dalszej części wiki-definicji jest wreszcie coś co wiele wyjaśnia mi z tytułu i napięcia w książce. Jako urodzona na płaskim Mazowszu, niestety nie zgłębiłam natury morskiej - rodzajów i nastrojów ani wody ani powietrza. 
Dla większych jednostek pływających martwa fala jest bardziej dokuczliwa, a nawet groźna od wyższej, ale jednak krótszej fali wiatrowej, ponieważ powoduje znacznie większe przechyły jednostki. Z tych samych powodów jest znacznie bardziej męcząca dla osób znajdujących się na tej jednostce, mogąc wywołać chorobę morską nawet u bardzo odpornych osób.

I taka jest ta książka, taka jest ta historia. Długotrwała, niesłabnąca, męcząca. Przed i po. Historia rozdarta na dwie części, w ślad za nią podąża książka. Wygląda jakby została źle zszyta, po otwarciu wydaje się, że jest uszkodzona. Najpierw polaroidy, instaxy, kolor, jakaś nostalgia, album i pamiątki. Potem wyrwa, przerwa, rozdarcie i kalka. W każdym miejscu książki widać tę przerwę. Przed nią i po. Rozdział. Podział. Dwie części, osobne. A potem wiatr w oczy.



Za kalką wszystko się zmienia. Nabiera tempa i rytmu. Nie ma tu żadnego "albumu". Jest nieprzyjemnie, wieje, mokro, czasem sypie śnieg. Woda wylewa się z kartek. Oblewa widza. Jesteśmy w morzu, kąpiemy się, chociaż wcale nie mieliśmy wchodzić do wody. Za chwilę wszystko ustępuje. Znowu widać horyzont. Ciągle brak koloru, ciągle ziarno, piasek, ten sam kontrast. Złowrogie niebo. Ale jest horyzont. Jest jakiś podział i kompozycja. I potem znowu się zaczyna. Uciążliwie, intensywnie, znowu. Coś sypie, coś wieje. Ktoś idzie. Ktoś leży. Intensywnie. Z bliska. Od środka. Żadne tam molo z lornetką. Wszystko na pierwszym planie, w pierwszej osobie.



Historia jest osobista. Autor jej nie ukrywa. Odczuwa się ją za każdym zdjęciem. Czyha. Czeka. Nie ma co tłumaczyć jej tutaj, przywoływać słów zapisanych w książce. Jest ich tak niewiele, że wyrwanie ich z kontekstu coś popsuje. 
Kilka razy już stykałam się z projektem "Martwa fala". Na Miesiącu Fotografii w Krakowie w 2012 roku w sekcji Show OFF Mateusz miał swoją wystawę. Była jedną z ważniejszych tamtej edycji Miesiąca jak dla mnie. Była też niemal całkiem inna. Potem materiał krążył trochę w prasie, trochę na konkursach. Wszędzie zestawy różne, mniejsze i większe. Miejsca, w których "Martwa fala" się pojawiała miały ogromne znaczenie: wymuszały formę, rozmiar, ilość, narrację. 
Z dobrymi zdjęciami, ze szczerą i emocjonalną historią, z dobrym okiem i talentem (z pomocą opiekunów, mentorów i kuratorów) - nie da się zmarnować sprawy, chyba nie da się wypaść blado. Przy tej książce, jestem tego pewna. Wystawy, przedruki w prasie, konkursy - to napędza może cv Mateusza, ale temu projektowi nie było wcale potrzebne. Efekt końcowy, finalny, właściwy i jedyny - to książka. 



Projektanta książki odczytuje się i domyśla: w podejściu, w wykończeniu, w zadbaniu o szczegóły - to (oczywiście) Ania Nałęcka. Podpis-odcisk dość czytelny, autorki wydawnictw Sputnikowych, oraz solowych Sputnikowców: Agnieszki Rayss, Michała Łuczaka, Rafała Milacha, Adama Pańczuka, itd.
Pomocą przy książce, projekcie służył też bardzo Michał Łuczak, wzmiankowany gdzieniegdzie (w innych mediach) jako 'kurator książki', a w spisie jako "curator and photo edition". Łuczak & Pańczuk byli kuratorami-opiekunami wystawy/projektu w Krakowie.

Minusy i minusiki. 
Tekst jest tylko i wyłącznie angielski. Wiem, tak, eksport, ja rozumiem. Łamanie tekstu w dwa języki rozwala sprawę. Szczególnie jak na stronie ma być jedno tylko słowo. Po prostu szkoda, że nie ma dwu wersji językowych. Chyba.
Tyle właściwie spraw porządkowych.

Wróćmy do autora.
Mateusz Sarełło. 1978. Fotograf niezależny. Nagradzany i wyróżniany w wielu konkursach m.in. PDN Photo Annual, Prix de la Photographie Paris, International Photography Awards oraz FotoVisura Grant. Finalista Lucie Foundation Scholarship, Descubrimientos PhotoEspana, Grand Press Photo (itd, itp). Uczył się w Akademii Fotografii, uczestnik programu Napo Mentor, jest członkiem Spółdzielni Dokumentalnej. W 2012 i 2013 jego "Swell" można znaleźć od Tblisi po Waszyngton, od Zagrzebia do Dakki. Powodzenia i gratulacje.

A wracając do książki: do lektury biegiem, pod wiatr, poprzez śnieg i chłód. Jak drogą nad morze w zimie. 

linki:
o projekcie na stronach agencji Napo Images  'Martwa fala'
wydawca książki: Instytut Kultury Wizualnej


piątek, 12 lipca 2013

ahoj

fotograf nieznany, Hel, 1932 /ze zbiorów prywatnych, rep. JK/

z letnim pozdrowieniem!