wtorek, 24 września 2013

37 z 42 / Jerzy Gumowski / Lech Wałęsa w Stoczni


Jerzy Gumowski, Lech Wałęsa w Stoczni, Gdańsk, 10 kwietnia 1990
Kwiecień 1990 roku w Stoczni Gdańskiej. Podczas wiecu w Stoczni, Lech Wałęsa, przewodniczący NSZZ Solidarność potwierdza chęć kandydowania w wyborach prezydenckich. Wybory wygrał i 22 grudnia 1990 roku został zaprzysiężony na Urząd Prezydenta RP. Urząd złożył 22 grudnia 1995 roku. /fot. dzięki uprzejmości autora

- - - - - - -

Mam wrażenie, że to zdjęcie pamiętam od zawsze. Zostało zrobione 10 kwietnia 1990 roku, czyli to nie jest aż takie ‘zawsze’. Próbowałam ostatnio rozszyfrować, skąd to niemal podświadome wrażenie się wzięło. Nie pamiętam okoliczności gdy to zdjęcie pierwszy raz widziałam. W roku 1990 wiedziałam już dobrze kim jest człowiek na zdjęciu. W domu mówiło się o nim – znowu – od zawsze. Ale też było mnóstwo innych zdjęć, w których występował. Nie idzie zatem o samego Wałęsę, a raczej jego pozę. Gest dumy, pewności siebie i posiadania władzy.
Już w wieku około 6-7 lat wie się doskonale kim był Napoleon Bonaparte. Z doskonałością wiedzy można polemizować, ale każdy w tym wieku umie zaśpiewać chociaż zwrotkę hymnu i po prostu ‘wie’. Gorzej pewnie z przyporządkowaniem wizerunku do nazwiska. Gest wykonywany przez Wałęsę na zdjęciu Jerzego Gumowskiego nazywamy – napoleońskim. Skąd akurat cesarz? Z malarskich portretów jakich popełniono mu setki. Wzór dostarczony przez malarza nadwornego – Jacques Louis David’a. David to jeden z najważniejszych francuskich malarzy, znany z płócien o tematyce mitologicznej, historycznej, itd, wielkich kompozycji w tym chyba najsłynniejszego portretu Napoleona na wspiętym koniu. Na płótnie z około 1800 roku, wykonanym w kilku wersjach imperator wygląda doprawdy wszechmocnie! Ostał się jednak tylko jeden portret oficjalny Napoleona pędzla David’a z ręką w marynarce…


Jacques Louis David, Napoleon w swoim studio w Tuilleries, 1812 / za googleartproject 


Kontynuatorem tradycji malowania Napoleona z tym gestem był z pewnością Paul Delaroche – to jego wizerunek utarł się chyba najgłębiej w zbiorowej pamięci. Delaroche całe życie hołdował malarstwu historycznemu, szczególnie modnemu w tej epoce. Malował głównie wielkie płótna figuratywne, wieloosobowe, pół mitologiczne, pół historyczne. Stworzył kilka portretów Napoleona, co warto zaznaczyć – wszystkie po śmierci cesarza. Jest Napoleon zrezygnowany, opadający z sił podczas abdykacji w Fontainbleau (1845). Tam próżno szukać oznak władzy i wigoru. Jest jednak Napoleon idący przez Alpy (1850) – też niezbyt optymistyczny, lecz rękę chowa w połach kamizelki od munduru. Tu jednak mam nieodparte wrażenie, że czyni to z zimna aniżeli z przyzwyczajenia władcy. Jest jednak jeszcze kilka płócien – portretów w których Bonaparte chowa rękę w mundur. Pochodzą z różnych lat: pomiędzy 1840 a 1850.

Paul Delaroche, Napoleon Bonaparte w Fontainbleau, 1845 / za artprints

Paul Delaroche, Napoleon Bonaparte, 1840, z Collection of Pierre-Jean Chalençon

Paul Delaroche, Napoleon idący przez Alpy, 1850; fragment / za googleartproject 


 Portret Napoleona, naśladowca Delaroche'a / za wikipedia


Jest w końcu mnóstwo kopii Delaroche’a, mniej lub bardziej udanych. Mieliśmy jednak mówić o fotografii i wystarczy już nam przykładów malarskich. Te – przedstawione zostały tu jedynie skrótowo i wyrywkowo. Oczywiście – gest napoleoński, potwierdzony. Długo jednak nie dawał mi spokoju ten gest. Skąd takie rozpowszechnienie w Polsce? Gest ten powtórzył do zdjęcia marszałek Józef Piłsudski. Nie u Jacka Malczewskiego, ani u Wojciecha Kossaka, tylko właśnie w fotografii. Portret wykonał około 1918 roku Jan Ryś, znany z dokumentowania wydarzeń politycznych . Dziś fotografia znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego we Wrocławiu.

Jan Ryś, Portret Józefa Piłsudskiego / rep. z książki Adam Mazur, Historie Fotografii w Polsce, 1989-2009; rep.jk


Portret Piłsudskiego nie była tyle silny i rozpowszechniony by zmienić nazwę gestu. Ręką spoczywa identycznie jak w portretach cesarza. Wymowa gestu też się nie zmieniła – w obydwu wypadkach mamy do czynienia z naczelnikiem, władcą.
Tym więcej pikanterii w geście Lecha Wałęsy i szczególny kontekst powstania fotografii. 10 kwietnia 1990 roku w Stoczni Gdańskiej, stojąc na pace ciężarówki Wałęsa przemówił do tłumu i potwierdził plotki, o startowaniu w wyborach prezydenckich. Wybory odbywające się 25 listopada (I tura) i 9 grudnia (II tura) roku wygrał i został zaprzysiężony 22 grudnia 1990 roku.
Gest pewności, władzy, dumy – jakkolwiek byśmy go nie interpretowali, został wykonany przedwcześnie. W drugiej turze wyborów Wałęsa otrzymał aż 74% głosów, czyli – w pewnym sensie – mógł przewidywać wygraną. Gest jednak – trwał chwilę i był w wykonaniu Wałęsy nieuświadomiony.
10 kwietnia 1990 roku Jerzy Gumowski, wówczas fotoreporter Gazety Wyborczej, wyjechał świtem z Warszawy do Gdańska. W Stoczni wykonał serię zdjęć – chwile oczekiwania na przemówienie oraz kilka ujęć samego Wałęsy. Z całego reportażu – jedno zdjęcie okazało się ukazywać moment kulminacyjny – w którym komentarz nie jest potrzebny. W jednym obrazie Gumowski zawarł informację o wydarzeniu oraz miał szczęście trafić na tę chwilę z ręką w płaszczu. „Pamiętam, że działo się to około 10 rano, dlatego było jeszcze zimno i Lechu musiał włożyć kufajkę” – wspomina reporter.
„Jedynka” Gazety Wyborczej z dnia 11 kwietnia 1990 roku 

„Lech na prezydenta - oświadczenie rzecznika Wałęsy
Nie zostały podjęte ładne inne ustalenia niż te, które wynikają z przepisów konstytucji W rozmowie z dziennikarzem PAP Lech Wałęsa potwierdził nieoficjalne informacje, że będzie się ubiegał w najbliższych wyborach o Urząd Prezydenta RP ? podała 10 kwietnia ta agencja.
Jarosław Kurski, rzecznik prasowy przewodniczącego "Solidarności" powiedział "Gazecie":
Sprawa kandydatury Lecha Wałęsy na Urząd Prezydenta RP stawała już w lecie zeszłego roku. Już wtedy notowano pewien nacisk społeczny na realizację tej idei. Poczucie odpowiedzialności za kraj nie pozwoliło mu wówczas na wysunięcie swej kandydatury.

Głębokie przemiany w Polsce i w całej Europie Środkowej stawiają sprawę prezydentury w nowym świetle. Pytanie korespondentki PAP dotyczyło najbliższych wyborów na prezydenta, co do których terminu ani procedury nie zapadły żadne decyzje. I tylko w tym świetle można rozpatrywać wypowiedź Lecha Wałęsy. Jak dotąd nie zostały podjęte żadne inne ustalenia ponad te, które wynikają z przepisów konstytucji.” / Gazeta Wyborcza nr 253, wydanie z dnia 11/04/1990, str. 1

Zdjęcie zdobyło natychmiastową popularność. Sam gest ogromnie wiele znaczył i co więcej – odnosił się do Napoleona – największej historycznej nadziei Polaków. Ów gest powtórzył Wałęsa, już wówczas przewodniczący „Solidarności”, laureat pokojowej nagrody Nobla. Odnalezienie zdjęcia Jana Rysia wyjaśnia mi jeszcze więcej z tej legendy gestu. Ani Piłsudski ani Wałęsa nie są ubrani oficjalnie czy paradnie. Roboczo, użytecznie. Trudno mówić o elegancji. Obydwaj polscy przywódcy mieli oczywiście serie innych oficjalnych portretów, zdjęcia z gestem – nigdy w zbiorze oficjalnych wizerunkach się nie znalazły. Ciekawostką jest oczywiście kwestia temperatury powietrza tego dnia, czyli do wykonania gestu napoleońskiego (podobnie jak w wersji obrazu Delaroche’a – przeprawy przez Alpy) – motywacją schowania ręki było po prostu zimno. 

Gazeta Wyborcza z dnia 12 kwietnia 1990 roku, strona 3 

Fotografię z wiecu – ale inną – opublikowano następnego dnia na jedynce Gazety. Powyżej fragment artykułu, któremu towarzyszyła. Widać tu Wałęsę przemawiającego do setek zebranych stoczniowców.
Zdjęcie ikoniczne zaś ukazało się na łamach Gazety Wyborczej dwa dni później, 12 kwietnia na 3 stronie. Ilustruje artykuł „Wałęsa do Belwederu?” Anny Bikont i Piotra Pacewicza. Postać Wałęsy wyszparowano, pozbawiono tła a zatem kontekstu. W efekcie mamy figurę dość groteskową…
Gumowski nie był zadowolony z ‘drugiego życia’ fotografii nadanemu przez wydawcę. Zapytany czy jest zdjęcie, którego wykonania, lub publikacji żałuje? odpowiedział: „fotografia Lecha Wałęsy w kufajce i pozie Napoleona z 1990 roku zrobiona w stoczni gdańskiej została wykorzystana przez GW do walki politycznej z Wałęsą. Po jej opublikowaniu wysłałem telegram do Lecha z przeprosinami.[1]

Dziś zdjęcie zostało „uwolnione” od negatywnych skojarzeń. Przetrwało też próbę czasu oraz zakusy na zmiany jej kontekstu i wydźwięku. Nie pamiętamy artykułów przy których było publikowane. Zostało jako symbol – paradoksalnie do momentu wykonania – władzy i ogromnej charyzmy Lecha Wałęsy – z pierwszych lat III Rzeczypospolitej. Zdjęcie ikoniczne Jerzego Gumowskiego znajduje się wofercie  portaluFotografiakolekcjonerska


[1] Gumowski Jerzy w rozmowie z autorem; wg emaila z dnia 22 lutego 2011.









Jerzy Gumowski, Lech Wałęsa na wiecu w Stoczni Gdańskiej, 10.04.1990 / fot. dzięki uprzejmości autora

Jerzy Gumowski fotografią zajął się od lat 1970tych, związany był wówczas z klubem studenckim Remont. Zajmuje się głównie fotoreportażem – od lat 1980tych związany z Solidarnością – jako m.in. fotograf „Tygodnika Mazowsze’. W maju 1989 roku rozpoczął współpracę z Gazetą Wyborczą (1. wydanie to 8 maja 1989), w której pracował do 2009 roku. To na jej zlecenie wykonał serię zdjęć ze Stoczni z kwietnia 1990 roku. Gumowski był wielokrotnie nagradzany w konkursach fotografii prasowej, miał szereg wystaw. Od wielu lat zajmuje się fotografowaniem z paralotni. „Za wybitne zasługi na rzecz przemian demokratycznych Polski , za osiągnięcia podejmowane z pożytkiem dla kraju w pracy zawodowej i społecznej” w grudniu 2011 roku został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

linki:
wikipedia o Jerzym Gumowskim
Fotografia Kolekcjonerska o Jerzym Gumowskim





niedziela, 15 września 2013

Bałem się podać swój adres / Być fotoreporterem w PRL-u


Łukasz Modelski, Fotogbiografia PRL, wyd. Znak, Warszawa 2013

Tytuł: „Fotobiografia PRL”. Tytuł jest skrótem od biografia fotoreportera czynnego w czasie PRL. Tytuł chwytliwy, prosty i dla mnie zbyt mylący. Można by sądzić, że to opowieść o samej fotografii czy fotografowaniu w czasach PRL, a mamy tu tylko sześciu fotografów, którzy mówią o sobie (swoim czasie, swojej pracy, kontekście i tle też, ale w drugiej kolejności).

Podtytuł: „Opowieści reporterów”. To sześć wywiadów, które przeprowadził autor z fotografami: Romualdem Broniarkiem, Aleksandrem Jałosińskim, Bogdanem Łopieńskim, Janem Morkiem, Wojciechem Plewińskim i Tadeuszem Rolke. Ale w podtytule stoi „opowieści” a nie „wywiady”, ani rozmowy. W pewnym sensie „opowieści” lepiej oddają charakter książki. Przeprowadzający wywiad podrzuca właściwie tematy, czasem kieruje opowieść w inną stronę. W podtytule też jest pewien skrót – reporter a nie fotoreporter. 

Autor: Łukasz Modelski (ur. 1970), studiował w Warszawie, Paryżu i Poitiers. Z wykształcenia historyk sztuki i cywilizacji średniowiecza, z zawodu redaktor i reporter. Zastępca redaktora naczelnego magazynu „Twój Styl”. Autor bestsellerowych „Dziewczyn wojennych”. 

Zawiera: wstęp i spis treści. Żadnej bibliografii, spisu fotografii, indeksu osób, etc.

Wydawca: ZNAK, który ostatnio wydał też „13 wojen i jedna” Krzysztofa Millera. Dwie książki wiosny nie czynią, ale może to dobry sygnał, że fotografowie to znakomity materiał na biografie…

Na okładce: zdjęcie Romualda Broniarka, widzimy fotografa, który właśnie wykonuje zdjęcie dziewczynie. Poza fotografa jest dość niebywała i zabawna. Można doszukiwać się symboliki, np. jak być fotografem w PRL = balansować na krawędzi. Klatka dość też przypomina słynny kadr z „Powiększenia” – ale i modelka inna, i okoliczności, no i fotograf i jego nimb także.

Zdjęć: 72 wszystkich podzielić na 6 fotografów daje 12 dla każdego autora. Wszystkie czarnobiałe.

Wystawa a książka. Łukasz Modelski jest kuratorem wystawy „Czas wolny. Fotografie” w Zachęcie. Wernisaż zbiegł się z wydaniem książki. Ekspozycja czynna jeszcze tylko tydzień, do 22 września. W wystawie biorą udział ci sami fotografowie, z którymi przeprowadzano wywiady.
Na wystawie zdjęć jest więcej, ułożone są tematycznie, nie według autora. To dwa absolutnie inne światy książka i wystawa - i tylko niektóre zdjęcia się powtarzają. [a jedno w lustrzanym odbiciu :)]
fotografowie z którymi rozmawiał Łukasz Modelski, autorzy zdjęć na wystawie "Czas wolny. Fotografie" w Zachęcie, 12 sierpnia 2013; od lewej: Bogdan Łopieński, Aleksander Jałosiński, Jan Morek, Wojciech Plewiński i Tadeusz Rolke; fot. jk.
Łukasz Modelski oprowadza po wystawie "Czas wolny. Fotografie", 1 września 2013, Zachęta / fot.jk.

Skąd?
Łukasz Modelski nie krył przypadku, jaki stał za wyborem tematu do książki. Chciał pisać o kobietach w PRL i udał się do pana Tadeusza Rolke po więcej informacji. Adres znakomity, przecież Rolke fotografował dla „Mody Polskiej” – znał wszystkie modelki, a z drugiej strony kobiety wpływowe, (chociażby Jadwigę Grabowską – trzymając się wspomnianego przedsiębiorstwa). Ale Modelski porzucił pomysł książki o kobietach (a może odłożył?) a postanowił zgłębić temat bycia fotoreporterem w PRL. Patrzy na temat świeżo, wyciąga z reporterów to co jego interesuje, dopytuje o cenzurę i o to jak się wywoływało filmy, pyta o kontakty towarzyskie oraz dlaczego nie fotografowali Stoczni. Wszystkim fotografom zadaje mniej więcej te same pytania. Ogląda zdjęcia z archiwum, rozmawiają o zdjęciach. Nawet jeśli nie widzimy reprodukcji, czytamy historię. Oczywiście to co oglądają jest już kwestią negocjacji – przeprowadzający wywiad chce więcej, chce głębiej, chce smaczków i sensacji, chce niepublikowanych zdjęć. Autor fotografii czasem idzie za tropem Modelskiego, czasem jednak staje na straży swojego archiwum. Wydziela z niego tylko te „pewniaki”, opowiada historie te same o tych samych zdjęciach. Taką przynajmniej mam refleksję po przeczytaniu wywiadów. 
A Modelski konsekwentnie unika pokazywania „tych” zdjęć: ikonicznych, najlepszych, najbardziej znanych. Prezentuje w książce (i na wystawie) klatki obok, przed lub po. Jak Breżniew z Gierkiem w obiektywie Jana Morka – to jest chwila po pocałunku, jeśli Komedowie w łóżku wg Wojciecha Plewińskiego, to moment przed „tym” znanym ujęciem, itd. Skoro te zdjęcia znamy i właśnie czytamy ich historię – to obok znajduje się nie-ta klatka. Właściwie brakuje wyraźnej informacji, że zdjęcie prezentowane obok historii, to nie jest to najbardziej znane. Ciekawe, czy tak bardzo ufamy czytelnikom?

Łukasz Modelski, Fotogbiografia PRL, wyd. Znak, Warszawa 2013, s.88-89. zdjęcie Jana Morka / o zdjęciu w akacji "Fotoikony" 

Czego brakuje?
Modelski przedstawia wyraźnie swoje kryterium wyboru osób. Jest tylko sześciu fotoreporterów. Tekst reklamujący książkę, ten okładkowy – mówi o „najważniejszych fotoreporterach czasów PRL-u”. Ten tekst jest oczywiście wiele upraszczajmy. Chodzi o fotoreporterów a) żyjących dziś; b) tworzących przez cały czas PRL; c) tych, którzy nie porzucili zawodu; d) mający dobrą pamięć.
Takich autorów znaleźlibyśmy więcej. Najprościej byłoby dostarczyć długą listę nazwisk, których brakuje w tej książce. Ale gdyby nawet Modelski przepytał powiedzmy 20 osób, a może więcej – nie zmieniłoby to pewnie charakteru publikacji – mielibyśmy tylko więcej podobnych biografii. No właśnie, i tu mi brakuje – kobiety i kogoś z prowincji. Mamy 5 fotografów z Warszawy i jednego twórcę z Krakowa. Poczytałabym z chęcią o tym jak kobietom udawało się być w zawodzie a jednocześnie opiekować się domem, o tym czy było im łatwiej czy trudniej w redakcjach ze względu na płeć, a także o tym jak wyglądało życie fotografa w mieście do 100.000 mieszkańców.
Inna sprawa, którą trzeba mieć na względzie to wiek reporterów. Najstarszy fotoreporter z tej szóstki ma dziś 85 lat. Romuald Broniarek nie zdążył obejrzeć książki ani wystawy, zmarł w czerwcu tego roku. I jeszcze dobra pamięć?! Te kwestie też ograniczyły Modelskiemu zasób osób do przeprowadzenia wywiadu.

Wracając do meritum książki i wywiadów, brakuje mi bardzo dotknięcia sedna tematów. W wielu miejscach reporter odpowiada, opowiada, krąży i odlatuje z tematu w inny. A tu prześlizgnął się po czymś mniej wygodnym. Z jednej strony książka jest fantastycznie poprawna i grzeczna. Z drugiej strony nie jest dosadna ani zbyt nachalna, a świetnie oddaje charakter fotoreporterów.
Czytelnik musi sobie wyciągnąć fakty, skojarzyć je ze sobą, powinien ocenić zachowanie reportera. Sam sobie wyłowić prawdę spośród tych sześciu historii, z nich razem dopiero układa się pewien obraz.
Brakuje przy tym mocnym temacie jednego pytania, które trafiłoby w punkt. Ale co wtedy? Jeden fotograf odpowie wprost i bez zażenowania, inny sparzy się i nie opowie więcej, nie dopuści do innego skrywanego miejsca.


O czym?
Wedle tekstu reklamowego książka odpowiada na szereg pytań: jak szukano dziewczyn na okładki Przekroju? W jaki sposób, fotografując 30 maszyn przemysłowych w ciągu jednego dnia, można było zarobić na samochód? Czy łatwo współpracowało się z Andrzejewskim, Mrożkiem, Polańskim? Jak przed obiektywem zachowywał się Edward Gierek, a jak Fidel Castro?
Jest też mnóstwo odpowiedzi na temat tego jak działała prasa i redakcje, jakie naciski i w jakich miejscach miała cenzura, jak omijano kwestie drażliwe w fotografii, ile filmów i jakich redakcja dawała na temat, kto oceniał zdjęcia, jak budowano reportaże, jak z zaopatrzeniem w klisze na własne tematy, jak publikowano zdjęcia na zachodzie, jak płacono, jaki był status fotoreportera?
Tych historii jest tu najwięcej, czysto fotograficznych tematów. Nie są to jednak te bardzo chwytliwe, które mają pozyskać czytelników zwykłych.
Małgorzata Szejnert opisała tę książkę tak: O drogach do kariery i jej meandrach, o biedzie i szpanie, życiu artystycznym, politycznym i całkiem prywatnym. Tak, z fotografią w tle.


Dlaczego przeczytać?
Szczególnie interesujące było dla mnie poczytać o fenomenie prasy i o podwójnym wydawaniu pewnych tytułów. Słyszałam o tym, czytałam gdzieś, ale tu redakcje „Polska – Wschód” i „Polska - Zachód” stanęły mi przed oczami, niemal byłam wewnątrz i oglądałam co wybierali do kolejnego numeru.
Temat ustawiania zdjęć, poprawiania rzeczywistości i tego do którego miejsca można to zrobić też był arcyciekawy. Zupełnie inaczej wygląda to jednak gdy mówimy o zdjęciu sprzed 50 lat. Włożenie do siatki niewinnej puszki z szynką i innych specjałów z eksportu nie jest chyba manipulacją fotograficzną, prawda?
Wreszcie temat grozy jest też obecny w tej książce. Niektórzy fotografowie mówią o tym ‘co by było gdyby’ – gdyby poszło to a nie tamto zdjęcie, gdyby jakiś materiał oddali redakcji, zamiast zachować sobie do szuflady, itd. Jest jednak kilka historii namacalnych, sensacyjnych mówiących o walce o życie, o pracę, o bycie. Jest zatem tutaj miejsce na pomówienia kolegów, donosy, zawiść. Są myśli o emigracji oraz refleksje z podróży zagranicznych.

Status fotoreportera interesuje nas w kontekście minionej epoki. I to teraz, gdy ten etos runął już chyba bezpowrotnie. Dlatego ta książka jest taka ważna. To też na nią ostatnia chwila.
Do tej pory historii o fotografowaniu PRL dostarczył jedynie Chris Niedenthal w swojej autobiografii. Oczywiście w trakcie spotkań z publicznością fotoreporterzy czynni w PRL opowiadali chętnie o cenzurze i zdobywaniu filmów, o próbach przepchnięcia pewnych tematów itd. Ale wreszcie mamy historie bardzo lokalne spisane. Niedenthal jednak pracował jako zagraniczny dziennikarz, jego status był całkiem inny. On temat musiał sobie znaleźć i dotrzeć do niego, fotoreporterzy z książki – dostawali tematy do realizacji. Dla porównania - bałem się podać swój adres - skomentował swoją publikację zdjęć w Paris Match Bogdan Łopieński.  
Teraz już czas na historię fotoreportażu w PRL– z dwu stron, czas na inne opowieści, być może rekonstruowane ze wspomnień bliskich fotoreporterom. Na tę książkę będę czekać.

A może porozmawiać?
W środę 18 września o 18 w Zachęcie odbędzie się rozmowa o książce. Z autorem oraz dr Karoliną Ziębińską-Lewandowską (Fundacja Archeologia Fotografii) rozmawiać będzie Michał Wójcik (Focus). Będzie okazja przegadać kilka nurtujących tematów. Zapraszam.

Łukasz Modelski, Fotogbiografia PRL, wyd. Znak, Warszawa 2013, s.232-233. zdjęcie Aleksandra Jałosińskiego / rep. jk

niedziela, 8 września 2013

Andrzej Kramarz / rozmowa

O projekcie Andrzeja Kramrza "Promised Land" pisaliśmy z Marcinem w końcu stycznia 2013 nawołując do wsparcia. W lutym przeprowadziłam rozmowę z Andrzejem o założeniach projektu, o tym - czy jeszcze do niego powróci, co dalej z tymi zdjęciami się stanie i czego dowiedział się o Stanach i o sobie w drodze. 



Joanna Kinowska: „Ziemia obiecana” to twój najnowszy i niestety przerwany projekt o Stanach Zjednoczonych. Połączyłeś kilka mitów, legend, marzeń i pojechałeś robić zdjęcia… Jaka jest Ameryka?

Andrzej Kramarz: Przede wszystkim jest to bardziej rodzaj eksperymentu realizowany oczami emigranta w Ameryce niż projekt o niej samej. Jeszcze nie wiem, czy przerwany, bo wracam na Hawaje i będę kontynuował podróż. Ameryka to bardzo patriotyczny kraj. To, co zrobiłem w „Promised Land”, Amerykanom się nie spodoba. Często na moich zdjęciach jest ona krajem nieładu, nad którym nikt nie panuje z powodu olbrzymiej przestrzeni, choć sieć dróg jest nieprawdopodobnie rozwinięta.
Kolejną specyfiką Ameryki jest emigracja. Nie znam kraju, który jest bardziej na niej zbudowany. Przez dziesiątki lat emigrowali tu ludzie z całej Europy, Azji i Afryki. Należy też pamiętać o spuściźnie niewolnictwa. W Galicji, skąd pochodzę, ale jak sądzę nie tylko tam, do niedawna jeszcze panował wręcz kult Ameryki. Kiedyś, pracując dla Tygodnika Powszechnego, przyglądałem się jednej wiosce w okolicach Nowego Targu. O ile dobrze dzisiaj pamiętam, na 117 domów 80, w większości murowanych i potężnych, stało pustych, ponieważ ich właściciele mieszkali w Stanach. Bodajże w „Dworze” Isaaka Signera jeden z bohaterów opowiadał o Ameryce nieprawdopodobne historie. I choć przez długi czas z przyjacielem ironicznie żartowaliśmy, że tam to nawet drzewa są okrągłe, naprawdę uważam, że to bardzo fascynujące miejsce. Moja emigracja nie jest typowa. Nigdy nie musiałem mieszkać w tak zwanym „bejsmencie”, słuchać polonijnych historii. Uczę fotografii w college’u, mieszkam na Hawajach. Ja chciałem, a nie musiałem się ruszać z miejsca. Miałem też ochotę sprawdzić, czy mogę żyć z tego, co umiem robić najlepiej, czyli fotografowania.

Joanna Kinowska: Skąd wziąłeś taki pomysł, jak wyglądały przygotowania do podróży?

Andrzej Kramarz: Projekt wymyśliłem w 2010 roku. Wtedy przeniosłem się na Hawaje, ale podróż przez USA miałem w głowie jeszcze przed przeprowadzką, trochę jako wyjście awaryjne na wypadek, gdyby mi się nie spodobało życie wyspiarskie, ponieważ poczucie izolacji na wyspie jest niemałe. Szybko jednak dostałem pracę, potem zamieszkałem w lesie, w domu serbskiego gitarzysty wykładającego przez cały niemal rok w akademii muzycznej w Szwajcarii… Trochę poczułem się jak pan na emeryturze. Taki stan nie sprzyjał mi zbytnio, mimo iż często myślę o sobie, że w idealnych warunkach najchętniej wylegiwałbym się niczym ciepłolubny gad na plaży. W gruncie rzeczy jednak lubię się zmagać z nowymi rzeczami. Jednocześnie chciałem się upewnić, że Hawaje to „moje miejsce”, chociaż dobrze wiedziałem to, nim ruszyłem w trasę w 2012 roku…


Joanna Kinowska: Zostawmy motywy, bo właściwie każdy jest dobry, by ruszyć. Jaki miałeś plan?

Andrzej Kramarz: Otwarty! Przejechać przez wszystkie stany, poza Alaską. Znajomi pytali, czemu ruszam akurat ruszam z Kansas City. Większość po prostu wyobrażała sobie, że taka podróż powinna się zacząć w Nowym Jorku, Los Angeles czy San Francisco. Tym bardziej zaczęło mi się podobać, że wyruszam „znikąd”. Myślę, że podróż zawsze zaczyna się z miejsc pozornie mało znaczących (nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że tak naprawdę ta zaczęła się w Dębicy i Hilo). Ruszyłem z Kansas City z prozaicznych powodów. Mam w tym mieście dobrego przyjaciela, który w dodatku zna się na samochodach, a jak wiadomo wóz, który ma przejechać tyle tysięcy mil oraz pełnić funkcję domu przez dziesięć miesięcy, musi być niezawodny… Nie mogłem w tej materii polegać na sobie. Więc początkowy plan sam się ułożył. A dla wielbicieli książkowych historii mogę zawsze powiedzieć, że Dorotka z pieskiem Toto – bohaterowie „Czarnoksiężnika z krainy Oz” – też zaczynali w Kansas City!
Kiedy ruszałem, miałem kilka punktów orientacyjnych na tym otwartym planie. Wiedziałem, że muszę pojechać do Olympii (stan Waszyngton, Północny Zachód USA, okolice Seattle), bo tam miałem zaplanowany wykład w Evergreen College. Niesamowite miejsce założone w latach 60. z eksperymentalnym i niekonwencjonalnym programem. No to jadę: z Kansas City, czyli stanu Missouri, przez stan Kansas, Kolorado, Arizonę, Nevadę, Kalifornię, cudownym wybrzeżem Oregonu i stanu Waszyngton do Seattle. Początkowo podążałem szlakiem wytyczonym przez pionierów, Lewisa i Clarka. Wyobrażałem sobie, że w tych mniej zaludnionych okolicach rzeki Missouri widzę podobny pejzaż co oni, kiedy konno przemierzali te zupełnie wówczas dzikie tereny i puste przestrzenie. Jednak już w Denver w Kolorado okazało się, że jest zbyt zimno, że nie da się tak funkcjonować, przynajmniej jak się jest ciepłolubnym typem. Przecież spałem w samochodzie! Więc zmieniłem plan, zadzwoniłem do Olympii, wspominając o okolicznościach, i ruszyłem z Denver na południe, by dogrzać kości.
Czemu akurat znalazłem się później w Teksasie? Uwielbiam film „Paryż, Teksas” Wima Wendersa, który widziałem chyba w ‘94 lub ‘95 roku. Chciałem przejechać się po dokładnie takim Teksasie. Po bezdrożach, pustkowiach, małych mieścinkach, po peryferiach wszystkiego, po zadupiach. Jedynym dużym miastem, które odwiedziłem, było Houston. Chciałem zajrzeć tylko do Photography Center, no i mnie pokarało. Przy próbie wyjazdu na autostradę rozbiłem samochód. Tak więc moją podróż kształtowała raczej rzeczywistość, a nie ścisły plan.
Musiałem się też poruszać zgodnie z trwałością baterii we wszystkich potrzebnych mi sprzętach. Miałem się utrzymywać z fotografii, więc czasem trzeba było nadrobić zaległości w drukowaniu i wysyłce zdjęć. Tak trafiłem na przykład do znajomego w Las Vegas. Już wtedy zauważyłem, że nie utrzymuję się ze sprzedaży zdjęć na poziomie potrzebnym do przetrwania. Liczyłem się z tym, że trzeba będzie podróż zmodyfikować, że nie zrealizuję planu w całości. Jeśli tak, powiedziałem sobie, to przejadę stany, w których jeszcze nigdy nie byłem, a które zawsze chciałem poznać: Missisipi, Alabamę, Karolinę, Tennessee. Blues i „czarna” Ameryka. Przeliczyłem budżet i wyszło, że wystarczy jeszcze tylko na Missisipi i Alabamę. A potem zobaczę, co się wydarzy. Jakieś 200 km przed Missisipi miałem ten wypadek.




Joanna Kinowska: Obejrzałeś filmowy Teksas, a co z innymi słynnymi miejscami?

Andrzej Kramarz: Oczywiście pojechałem do Kanionu. Dech zapiera. A nie zrobisz tam zdjęcia, które ci zaprze dech. Miesiące i lata spędzili inni, by złowić jakieś monumentalne kadry. A ty przyjedziesz na dzień, na chwilę, staniesz tam gdzie wszyscy turyści – i co, zrobisz zdjęcie? Oczywiście, że zawsze i wszędzie można zrobić interesujące fotografie, lecz dla mnie to był raczej rodzaj przeżycia, a nie temat. Leżałem więc na głazach i czasem pstryknąłem coś telefonem. Dojechałem nad Rio Grande. Usiadłem nad rzeką, a tak naprawdę nad jakimś strasznym bajorem z mętną wodą. Miałem w głowie krajobraz z czarno-białych kowbojskich filmów, czytanych w dzieciństwie „Tomków na wojennych ścieżkach”, „Winnetou” Karola Maya (notabene podobno on nigdy nie był w Ameryce i niewielu tam o nim słyszało), robionych pod wpływem starszego brata pióropuszy z piór barbarzyńsko skalpowanych indyków sąsiada. Rzeczywista rzeka obala te mity. Mity, który jakimś cudem dzwonią ci cały czas w uszach i nawet nie masz czasu w dorosłym życiu, aby je sobie w głowie przepracować, zanim się z nimi zetkniesz.
Wcześniej byłem w Nowym Jorku, Los Angeles, Miami, Seattle czy San Francisco. Tym razem chciałem zobaczyć podszewkę Ameryki, a nie produkt uszyty z hollywodzkiego kina, liftingu czy wspaniałej charakteryzacji. Chciałem zobaczyć te miejsca, gdzie normalnie nie poniosą cię oczy gdy masz trzy tygodnie urlopu, przy czym warto pamiętać, że sam Teksas jest dwukrotnie większy niż terytorium Polski.

Joanna Kinowska: Co po podróży? Masz tysiące zdjęć, notatki…

Andrzej Kramarz: Praca nad projektem o Morzu Czarnym nauczyła mnie, że robienie notatek to coś, czego bardzo potrzebuję. Teraz też powstają, nie śmiem tego nazywać dziennikiem. Szlifuję lekko tekst i czekam.
Docelowo ma powstać książka: „cegła”, tysiąc stron, cieniuteńki papier. Przy czym nie chcę budować sobie obrazu Ameryki na podstawie tego, co do tej pory widziałem. Tak więc, jeśli podróż nie może trwać, książka też musi poczekać. W 1996 roku byłem w USA po raz pierwszy. Do dziś, po wielu wyjazdach i kilku latach życia tutaj, moje pierwsze wrażenie przetrwało: wszystko jest gigantyczne – od pejzażu po kubek kawy. Na pierwszym miejscu zawsze rzuca się w oczy wielkość, a później jakość.
Jak wspomniałem wcześniej, nie próbuję definiować Ameryki czy ogarniać jej charakteru. Nie ruszyłem w trasę, aby powiedzieć, jaka ona jest. Ta podróż (jeśli to właściwe słowo) jest raczej rodzajem doświadczania „mojej Ameryki”.



Joanna Kinowska: W twoich zdjęciach tym razem prawie wcale nie ma ludzi, ale jest mnóstwo przestrzeni…

Andrzej Kramarz: W moich zdjęciach od jakiegoś czasu ludzie nie pojawiają się w sposób bezpośredni. Nie interesuje mnie fotografowanie przypadkowych osób na ulicy według zasady, która miałaby wyłącznie budować formę obrazu lub podążać za błędnym wyobrażeniem, że taka forma z człowiekiem nadaje dynamikę zdjęciom. Osobiście wolę rozmawiać i poznawać ludzi, a wtedy raczej nie robię zdjęć. Jeśli już, są one bardzo prywatne. Dodatkowo przestrzeń jako taka i nasza relacja z nią mnie fascynuje. Mam mnóstwo kadrów, w których jest tylko niebo i ziemia.
Nic się specjalnie na nich nie dzieje. Po prostu wyrażają przestrzeń, która, jeśli nie przeraża, to przynajmniej budzi szacunek. Nie mam takiego poczucia w Europie, bo nawet jeśli znajdę się gdzieś, gdzie niczego nie ma, to wiem, że idąc dalej, niebawem spotkam człowieka lub jakiś znak cywilizacji. Podróżując przez Stany, nie da się nie myśleć o pionierach, o ich niepojętym, bez względu na pobudki, parciu w kierunku horyzontu przez te pustkowia pełne dzikich zwierząt i broniących swoich ziem rdzennych Amerykanów. Innym skojarzeniem może być kadr z filmu „Fargo” braci Cohen. Jakaś mała mieścina lub środek „niczego”, gdzieś tam pośród drzew stoi sobie dom. Taka historia z filmu może dziać się właśnie na jednym z moich zdjęć. Tego rodzaju odwołania uruchamiają moją wyobraźnię. Wyobrażam sobie na przykład człowieka, który od dzieciństwa spogląda w dal i jedyne, czego chce, to wyrwać się stamtąd. Albo że jest tak szczęśliwy, że nie miał nawet potrzeby zobaczenia porządnego miasta. Pozorna zwykłość, obok której banalnie przejeżdżasz samochodem. Jadąc z El Paso do Ozony, przez około 150 kilometrów nie widziałem ani jednego domu… Niemal zupełnie nie było śladu ludzkiej ręki (poza niezwykle prostym i sprawiającym wrażenie niekończącego się asfaltowym sznurkiem). Wtedy osiągasz swoisty stan medytacji i ta wydawałoby się pusta przestrzeń zagęszcza się znakami: dostrzegasz jakąś oponę, jakiś słup… Co ten cholerny słup robi na tym odludziu?

Joanna Kinowska: Przypomina mi się Jacek Hugo Bader w łaziku na Syberii…

Andrzej Kramarz: Z pewnością są analogie, przynajmniej co do zasady. Wiedziałem, że muszę się zaopatrzyć w przyciemniane szyby, bo spanie w samochodzie w USA jest nielegalne. Jak zorganizować łóżko, kiedy w wozie masz tysiąc rzeczy? Wymyśliłem plastikowe kontenery z pokrywami, do których wrzuciłem wszystko. Na to chciałem położyć sklejkę i spać, ale ta sklejka znalazła się dokładnie na wysokości szyb, więc pomysł natychmiast upadł. Przygotowałem się logistycznie, wiedziałem, gdzie mogę spać, ładować baterie. Jednym z takich miejsc są parkingi dla TIRów, które mają złą sławę, co akurat kompletnie nie miało dla mnie znaczenia, lecz one znajdują się przy autostradach. Ja poruszam się po zwykłych, podrzędnych drogach, które zazwyczaj są równoległe do autostrad i często od nich odległe. Na nich możesz zapomnieć o nawigacji GPS i zasięgu telefonu, więc odszukanie wyznaczonych miejsc jest utrudnione. Ładowanie baterii najlepiej wychodziło w McDonaldzie, ale to zależy od stanu; w Kalifornii pousuwano wszystkie gniazdka albo pozakładano na nie maleńkie kłódeczki.
Gdy tylko ruszyłem, znajomi dopytywali się o zdjęcia i radzili, bym częściej wrzucał coś na stronę. Udzielali mnóstwa „dobrych rad” związanych z tak zwanym marketingiem. Ja w tym czasie poszukiwałem taniego sposobu na prysznic, ponieważ od kilku dni myłem się wilgotnymi chusteczkami w toaletach. Doświadczenie zdobyte podczas rowerowych wypraw po Europie Wschodniej pomagało mi bardzo.

Joanna Kinowska: Kiedy słyszymy, że fotograf jedzie przez Stany, gdzieś z tyłu głowy zawsze się wychyli Robert Frank….

Andrzej Kramarz: Niepotrzebnie. Zresztą lista fotografów, którzy przemierzyli Amerykę lub podróżowali po niej w jakiś sposób, jest bardzo długa. Tutaj nie jest to niczym oryginalnym. W ogóle nie skupiam się na podobnych inspiracjach, co oczywiście nie oznacza, że praca tych wszystkich artystów nie liczy się dla mnie! Czasem zdarza się o nich pomyśleć, jednak tylko wtedy, kiedy staram się unikać znanych już obrazów. Ale i w tym przypadku raczej nie myślałem o Franku. Mając już pewne doświadczenie, jeszcze większym niż dotąd szacunkiem darzę Walkera Evanasa ze względu na jego pieczołowitość oraz pewnego rodzaju nienasycenie obrazem, a także różnorodność. W Polsce przy takich okazjach faktycznie najpierw pojawia się Robert Frank, Stephen Shore, William Eggleston czy Joel Meyerowitz, ale naprawdę można znaleźć dziesiątki nazwisk, jak choćby Zoe Strauss czy wnoszący, moim zdaniem, najwięcej świeżości do tematu, John Gossage. Deptanie ich śladami nie ma najmniejszego sensu, a ponadto poza fotografią istnieje znacznie więcej inspirujących rzeczy.





wszystkie zdjęcia: Andrzej Kramarz, z projektu "Promised Land" 2012-2013; dzięki uprzejmości autora

wywiad ukazał się w miesięczniku "FOTO" 03/2013 

linki:

strona autorska Andrzeja Kramarza

projekt "Promised Land"

niedziela, 25 sierpnia 2013

akuku! /schować matkę (cd)

Portret dziecka / schowana matka, fotograf nieznany, ok 1870-1880, cdv / zbiory prywatne. rep. jk

Jakiś czas temu w poście zatytułowanym "Schować matkę"  zastanawiałam się nad tym fenomenem - trzymania dziecka do fotografii w XIX wieku. Wtedy było bardziej na poważnie, jakaś część portretów dzieci była z pewnością post-mortem. A tu - przepraszam za tytuł, lecz radość i wesołość wylewa mi się z tego kadru. 
Ponawiam też apel, bo sprawy ciągle nie rozwikłałam: Będę wdzięczna za podrzucenie wyjaśnienia, podzielenie się pomysłem czy własnym zdaniem, ewentualnie bibliografią i przypisem. Dlaczego i po co chować matkę!?!

piątek, 2 sierpnia 2013

28 z 42 / Marek Janicki / Pacyfikacja Kopalni Wujek / 1981


Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981

Do pacyfikacji w KWK Wujek (Kopalnia Węgla Kamiennego) doszło w trzeci dzień strajku okupacyjnego górników przeciwko ogłoszeniu stanu wojennego. W trakcie działań ZOMO (Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej), innych oddziałów milicji oraz wojska zginęło 9 górników a 21 zostało rannych. / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 
Pacyfikacja Kopalni Wujek to jedno z ważniejszych, jeśli nie najważniejsze wydarzenie Stanu Wojennego. Górnicy rozpoczęli strajk 14 grudnia. Następnego dnia otrzymali informacje o brutalnym pacyfikowaniu innych strajkujących zakładów z regionu, m.in. kopalń Staszic i Manifest Lipcowy. Pewni, że ZOMO przybędzie do Wujka, zaczęli przygotowania do konfrontacji. Decyzja o pacyfikacji Wujka została podjęta w nocy, po 22 jeszcze 15 grudnia. Oprócz Wujka milicja miała rozpędzić strajkujących w kopalniach Julian i Andaluzja. Rano pod kopalnią Wujek zjawiły się: 5 kompanii ZOMO, 2 kompanie ORMO, 2 kompania NOMO, 7 armatek wodnych, 3 kompanie po 10 bojowych wozów piechoty i 1 kompania czołgów. (za wikipedią). Do akcji wkroczyli o 11 rozpędzając tłum pod bramą. Zginęło 9 górników: Jan Stawisiński, Joachim Gnida, Józef Czekalski, Krzysztof Giza, Ryszard Gzik, Bogusław Kopczak, Andrzej Pełka, Zbigniew Wilk i Zenon Zająć.  Sześciu z nich zginęło na miejscu, jeden w szpitalu kilka godzin później, ostatni dwaj w wyniku odniesionych ran w styczniu 1982. Rannych zostało 21 osób. Po stronie pacyfikujących rannych zostało 41 milicjantów.
Historia wykonania zdjęć i odnalezienia fotografa po 20 latach doskonale odzwierciedla nastroje społeczne panujące wówczas w grudniu 81 roku. Strach przemieszany z koniecznością zapamiętania tych zdarzeń. Zdjęcia, które przez lata świadczyły i przypominały, uratowane i przywrócone widzom.

Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora
Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora
Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

Zacznijmy od grudnia 1981 roku. Marek Janicki mieszka w okolicy. Katowice. Coś się dzieje, idzie wojsko. Ludzie się zbierają. Od kilku dni sąsiedzi o czymś szeptem rozmawiają, niby mimochodem. Ktoś z paczkami idzie do kopalni. Wraca bez siatek, bez paczek. Zmartwiony, bezradny. Janicki wygląda przez okno. Widzi grupę mężczyzn. Wyjmuje aparat z szafki. Chwilę się zastanawia jak go schować w ubraniu. Za oknem śnieg, pewnie minus 8 stopni. Gruba kurtka. Może sweter. Sweter będzie dobry, ciepły, w jego fałdach schowa się aparat. Zawiesza go na szyi, przedłuża pasek. Teraz dobrze. Ręce się trzęsą, działa w pośpiechu. Sprawdza film, przecież go nie zmieni tam na ulicy. Kończy rolkę, przewija. Lepiej mieć czystą, nową. Nawija film. Ręce zimne, pot, ale już spokojniej. Wszystko działa. Zakłada kurtkę. Jeszcze szalik, tak na wierzch, przyda się. Sprawdza w lustrze – nic nie widać. Może się uda. Wychodzi, zamyka drzwi, zbiega po schodach. Idzie pod kopalnię. Widzi pojazdy, widzi wojsko, mieszkańcy przerażeni stoją w oknach. Na ulicy sami mężczyźni. Zacięte miny. Osobno stoją, kawałek od siebie. Żadnej grupki. Patrzą, idą powoli. Osobno, ale razem. Jest ich z czterdziestu. Żadnych toreb, żadnych walizek. Tu nikt nie idzie do pracy. Kopalnia odłączona od miasta już trzeci dzień. Gdzieś z oddali, z ulicy obok coś się dymi. Strzały. Ludzie wściekli. Przecież w środku są ludzie. Lufy pojazdów opancerzonych celują dokładnie w budynki kopalni. Ktoś podnosi cegłę i rzuca. Cegła w tonę żelastwa, dobre sobie. Co pozostaje. Potem ktoś kolejny bierze cegłę, rzuca. I jeszcze jeden, i jeszcze jeden kamień. Lufa wypala, dym i huk. HUK! Ten co przed chwilą rzucił cegłą traci równowagę, zatacza się porządnie. Z tyłu idzie kolumna milicjantów. Idą, przyspieszają. Trochę razem ale osobno, pod bronią, celują i idą. Mężczyźni – cywile, mieszkańcy przyspieszają kroku, wchodzą w osiedle domów, zaraz obok kopalni. Przez boisko i plac zabaw, dziś przysypany śniegiem biegną. Jakby się śnieżkami rzucali – dwie ekipy chłopaków. Mieszkańcy i ZOMO. Jedni z cegłami drudzy z karabinami. Trochę nierówno. Ktoś się odwraca. Wrzeszczy. Krzyczy. Próbuje wprowadzić reguły, powiedzieć tym od karabinów, że jest trochę nierówna walka. Wrzeszczy i prosi ich o opamiętanie. Może się któryś zastanowi po co w tej kamizelce i rynsztunku bojowym, po cholerę stoi w śniegu na mrozie, przy jakimś bloku i trzyma też trzęsącymi się rękami karabin wycelowany w innego gościa, który w ręce ma…cegłę?! Osiedle jak jego. Patrzy na blok. 5 pięter. W oknach, za firankami ludzie, patrzą przerażeni. Gra miejska poza kontrolą. Nie wiadomo dlaczego i po co.

Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

A tam przy kopalni, mur i ogrodzenie rozwalają. Tam stoją górnicy. Pociski. Strzały. Wybuchy. Ktoś biegnie, ktoś krzyczy. Chowają się i wstają. Masa dymu. Leci jakiś śmietnik w stronę milicji. Marek robi zdjęcia. Spod kurtki. Zimno, mróz, kurtka rozpięta do polowy. Pomiędzy swetrem a szalikiem. Sprawdza się ten pomysł. Coś się zacina. Może to z zimna, nie. To koniec kliszy. Wraca do domu. Nie ma sensu się narażać. Może potem wróci, z aparatem lub bez. Ale potem. Teraz biegiem, na około, klucząc po innych osiedlach, żeby zgubić ewentualny ogon. W bramie, za śmietnikiem przewija film. Wyjmuje. Chowa pod ubranie. Aparat głębiej chowa. Wraca, jeszcze dwie przecznice na około.
Kilka tygodni później. Region Mazowsze. „Biuro” Solidarności. Jakaś koperta. Ktoś przyniósł, wyjmuje ją z książki. Kładzie. Rozrywają. Patrzcie – Katowice, to Wujek! Patrzcie, Jezus Maria, ktoś wrzeszczy. Chodźcie wszyscy. Ktoś nerwowo rozkłada te zdjęcia na biurku, na innych papierach. Cała gromadka się rzuca i patrzą. Klną pod nosem. Inni stoją w milczeniu.

 Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora
 Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

Kilka dni później ewakuują biuro. Każdy coś zabiera, coś tną, coś palą. Ktoś upycha papiery pod sweter. Ktoś składa do toreb, zawija w gazetę. Jakieś opony porozrywane leżą w kącie. Masa gratów. Upychają w nie jak się tylko da, żeby nic nie wystawało. Zabierają. Przekazują paczki. Co chwila ktoś wchodzi. Coś zabiera, wychodzi. Krzątanina. Pośpiech. I ta koperta. Przychodzi Jerzy Kośnik. Wszyscy go tu znają. Fotograf Regionu. Zabiera się za sprzątanie, co jeszcze zabrać? Wszystko wygląda już jak pobojowisko. Podchodzi do opon, kto je tu przyniósł, po co? Są ponacinane, rozcięte w środku, jakiś papier w środku, obok kartki rozrzucone, pomiędzy nimi zdjęcie. Zdjęcia tutaj? Kośnik podnosi papiery, to wszystko zdjęcia. Ogląda pobieżnie – co to jest, czy to trzeba stąd zabrać? Zamiera na chwilę. Skąd się to tu wzięło – myśli. Nieważne. Trzeba to zabrać. Ukryć. Wkłada je wszystkie w gazetę i pod sweter. Rozgląda się jeszcze w okolicy, może jeszcze jakaś koperta. Podnosi jakieś papiery, dokłada do zdjęć. Wychodzi. Na około, wsiada w autobus, potem w tramwaj, zmienia kierunki. W domu ogląda zdjęcia, w skupieniu, w milczeniu. Są dość zniszczone, poplamione, pozaginane. Kto je zrobił? – zastanawia się. Ale miał ktoś tupet. Katowice, kto tam wtedy był od nas? Wykręca numer do Katowic. Rozmawia z jednym, potem z drugim. Nic. Nikt. Nieważne. Teraz to nieważne. Dzwoni do kogoś z Warszawy. Mówi tak, że nie wiadomo o co chodzi. O pogodzie, o ogrodzie, jakieś gruszki? Rozmówca rozumie. To najważniejsze. ‘No coś ty? Niemożliwe! Jak to – kto je zrobił?’. ‘Nie wiem. Jutro Ci pokażę. Widzimy się tam gdzie zwykle, o 13.’

 Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora
 Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora
Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

Zdjęcia trafiają w drugi obieg. Kośnik je kopiuje. Stara się by ktoś to zabrał zagranicę. Niech tam pokażą 
w gazetach, niech się tam dowiedzą. Całe środowisko S i fotografów już te zdjęcia zna. Teraz tylko niech się dowie cały kraj.
- - - - - - - - - - 
To mogło tak wyglądać, mogło też trochę inaczej. Marek Janicki robi zdjęcia. Zdjęć jest kilkanaście. Klisza przepadła. Nikt nie wie, nie pamięta.
Marek Janicki: mieszkałem niedaleko, mieszkałem dwie ulice dalej, wtapiałem się między ludzi. Miałem aparat w kurtce schowany. Gdzieś tu (pokazuje) rozchyliłem, cyk zdjęcie. (…) Na tych zdjęciach nie ma wszystkiego, co widziałem w tym czasie. Nie dało się tego zarejestrować. Widziałem ofiary przykryte kocami. Stwierdziłem, że nie wolno mi w tym miejscu robić zdjęć, że nie wolno mi szargać czyjejś pamięci. Widziałem pojmanych zomowców, bardzo skruszonych, ze spuszczonymi głowami. I też nie bardzo mi wypadało robić zdjęcia. Tam była walka na dwa fronty, bo w środku było ZOMO, z jednej strony byli górnicy, a z drugiej byli mieszkańcy.  Cieszę się, że to zrobiłem. Jak się potem okazało, jestem prawie-że jedynym autorem zdjęć spod kopalni. Tam kilka zdjęć zrobili policjanci z okien bloku – i to jest wszystko. Janicki miał wtedy 18 lat.
Jerzy Kośnik, zaprawiony reporter Solidarności. Opowiadając o zdjęciach z kopalni, po latach mówił nad wyraz ważne zdanie: Wszystko to co ja zrobiłem, co inni – to naprawdę jest sielanka. Kiedy wypowiadał to zdanie w telewizji TVN 13 grudnia 2011 roku podkreślał – to nie ja jestem autorem. Powinniście znaleźć tego, kto zrobił te zdjęcia.
 Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora
Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

Dzień później. 14 grudnia Pani Bogusława Janicka mówi do kamery: nie wiedziałam, że on coś takiego zrobił, a z kopalnią Wujek byłam związana przez swojego ojca. Zdjęć nie pokazał. Nigdy zresztą potem Marek Janicki nie zajmował się fotografią. Oczywiście – zdjęcia z wakacji, rodzinne uroczystości. Nic więcej. Nawet nie szukał zdjęć z Wujka, rozdział zamknięty. Dzień wcześniej oglądał telewizję. Mówili o czasach Solidarności i stanu wojennego. Pokazywali zdjęcia. Pogłośnił odruchowo. "Powinniście znaleźć tego, kto zrobił te zdjęcia”. I te kadry. Ten człowiek z cegłą. Dalej zdjęcie – ten sam mężczyzna trzyma się za ucho, niemal się przewraca.  Ogłuchł zupełnie, na całe życie od tego wybuchu. Wypalili przecież kilka metrów od niego. Poszukał numeru do TVN. Następnego dnia ekipa telewizyjna w salonie państwa Janickich. To właśnie wtedy Jerzy Kośnik dowiaduje się jak nazywa się autor zdjęć. Dzwoni do Ośrodka Karta – mamy autora! Ulga dla Kośnika. Przez lata gdy pokazywał te zdjęcia, po 1989 roku – zawsze podkreślał, że to nie on jest autorem. To z jego archiwum zdjęcia, autor nieznany. Kilku nadgorliwych dziennikarzy podpisało je błędnie, nie wszyscy respektowali tę formę zapisu. Uratowałem te zdjęcia. Znalazły się w regionie Mazowsze, przed ewakuacją na Zachód i to tak nieszczęśliwie zapakowane zostały w opony i uległy zniszczeniu, ale ponieważ zrobiłem reprodukcje – (przetrwały) – młodego autora jakiegoś – prawdopodobnie z Katowic.

O realiach fotografowania wtedy Jerzy Kośnik wspominał: Obowiązywała zasada – nie dać się zaprowadzić na komendę. Dwa razy oddałem aparat temu, który mnie zatrzymywał. To była taka swoista łapówka - wspominał Kośnik. - Były też momenty, kiedy człowiek znalazł się oko w oko z ZOMO, wtedy podnosiłem ręce do góry, poddawałem się i to działało. Według mnie, za każdym razem oni dostawali jakieś środki – jak ktoś biegł, to go gonili, a jak stał, to go zostawiali w spokoju.
Zdjęcia Marka Janickiego przechowuje Ośrodek KARTA. Zdjęcie, które znalazło się w akcji „Fotoikony” było w różny sposób kadrowane w rozmaitych publikacjach. Mężczyznę trzymającego się za ucho, rozpoznajemy także we wcześniejszym kadrze, gdy podnosi cegłę do rzutu.

Marek Janicki, Pacyfikacja Kopalni Wujek, Katowice, 16 grudnia 1981 / Zbiory Ośrodka KARTA / dzięki uprzejmości autora

Po pacyfikacji, przez dwa dni jeszcze trwały aresztowania posądzanych o organizację strajku. Przywódcy zostali skazani na od 3 do 4 lat pozbawienia wolności. Do sprawy pacyfikacji wrócono w grudniu 1991 roku – odbył się wtedy pierwszy proces, w którym przed sądem stanęło 24 oskarżonych. Po wielu procesach w różnych instancjach, 31 maja 2007 roku zapadł wyrok: Sąd Okręgowy w Katowicach uznał za winnych zbrodni komunistycznej wszystkich oskarżonych (17 osób) członków ZOMO.  W procesie odbyło się 100 rozpraw, przesłuchano około 300 świadków. (za wikipedią). Sprawa pacyfikacji Wujka znalazła się także w procesie karnym rozpoczętym w 1993 roku wobec Czesława Kiszczaka. 26 kwietnia 2011 warszawski Sąd Okręgowy uniewinnił generała.
15 grudnia 1991 roku na ulicy Wincentego Pola w Katowicach, w bezpośrednim otoczeniu kopalni Wujek – odsłonięto pomnik ku czci poległych górników. 

Z Kopalni Wujek znane są także zdjęcia Andrzeja Konarzewskiego (Agencja Forum). Są to ujęcia z poziomu oczu (!), fotograf musiał wyjąć aparat. Widać na nich mnóstwo ludzi. Kobiety, mężczyzn. Widać umundurowanych. Aresztowania. Rannych. Czołgi na ulicach. Kilka zdjęć wykonał Konarzewski z okien autobusu. Fotografie te wykonane też z ukrycia z ogromnym zaangażowaniem. Są jednak bardziej "geograficzne" - pokazują szerszy plan, momenty oczekiwania, widać gdzie się coś dzieje. Przy czym akcja nie jest tak bezpośrednia jak u Janickiego.

Zdjęcia Janickiego są - w moim mniemaniu - bardziej przejmujące. Udało mu się zarejestrować akcję, jest to relacja bezpośrednia, uczestnika zdarzeń, niemal słyszymy chrzęszczący śnieg pod stopami biegnących - w tym fotografa. Niedoskonałość techniczna schodzi na ‘-nasty’ plan. Wszystko to może podkreśla zaangażowanie autora w uwiecznienie chwili. Brzmi patetycznie, ale wystarczy sobie wyobrazić ile autor - zarówno Janicki jak i Konarzewski ryzykowali, by je zrobić. 

LINKI
Wypowiedzi Marka Janickiego i Jerzego Kośnika pochodzą z materiałów TVN:
- rozmowa z Jerzym Kośnikiem z dnia 13 grudnia 2011
- rozmowa z Markiem Janickim z dnia 14 grudnia 2011

Ośrodek Karta
Galeria zdjęć Andrzeja Konarzewskiego / forum.com.pl
Galeria zdjęć Marka Janickiego / fakty.interia.pl