poniedziałek, 21 grudnia 2015

Historie za zdjęciem Emilii ze Szwarców Heurichowej z córkami



Karol Beyer, Emilia ze Szwarców Heurichowa z córkami Teodorą, Heleną, Julią i Emilią, przed 1867 / ze zbiorów Jacka Dehnela


Jacek Dehnel
Historie za zdjęciem Emilii ze Szwarców Heurichowej z córkami

Właśnie uzyskałem potwierdzenie, że duża fotografia Emilii ze Szwarców Heurichowej z córkami (wszystkie w żałobie narodowej, w sukniach nawiązujących krojem do czamar powstańczych) została wykonana w atelier Karola Beyera (brak nazwy firmy, więc kluczowy okazał się wzór na dywanie).
Kiedy Emilia z córkami zajęły się działalnością konspiracyjną, zerwały kontakty z "cywilnymi" znajomymi, żeby nikogo nie narażać - wówczas to Jan Szwarce, załatwił siostrzenicom dorywcze zajęcie w swoim miejscu pracy - czyli właśnie w atelier Beyera. Retuszowały tam zdjęcia, zatem ci kolekcjonerzy warszawskiej fotografii, którzy mają w swoich zbiorach "beyery", mogą mieć egzemplarze dotknięte ręką (i pędzelkiem) tych dziewczyn. Stąd zapewne to duże zdjęcie, zrobione po znajomości (podobnie jak kilkanaście innych rodzinnych fotografii z tego zbioru).
W domu Heurichów na ul. Widok 5 znajdował się główny punkt spotkań Centralnego Komitetu Narodowego, podziemna drukarnia "Ruchu" oraz tajny zakład fotograficzny (nie wiem, czy Jan Szwarce lub sam Beyer w tym pomagali), później trzymano tam również bibułę i ważne dokumenty, w tym pieczęci powstańcze, z narażeniem życia ocalone przez Heurichówny podczas carskiej rewizji.
Po rewizji Emilia i córki zostały zaaresztowane, były więzione w cytadeli, zesłane (na szczęście niedaleko i na niezbyt długo; ich kuzyn, Bronisław Szwarce spędził na Syberii 30 lat); zostawiły nadzwyczajne "Wspomnienia matki i córki", wydane w 1918 roku, dziś zupełnie zapomniane, które są świadectwem roli kobiet w powstaniu styczniowym w czasach, gdy "słaba płeć" rzekomo "takimi rzeczami się nie zajmowała", tylko przypinała kokardę wojownikowi jak na obrazku Grottgera. Jakby tego było mało, po powrocie z zesłania siostry założyły pierwszy ponoć w Warszawie sklep bławatny, prowadzony wyłącznie przez kobiety. Myślę, że warto przywrócić o nich pamięć, bo to naprawdę niezwykłe osobowości - na ścianie domu pod numerem Widok 5/7/9 jest wprawdzie tablica, ale poświęcona drukarni, nie tym arcyciekawym kobietom.
 Karol Beyer, Emilia ze Szwarców Heurichowa  z córką Heleną  / ze zbiorów Jacka Dehnela

Karol Beyer, przypuszczalnie Teodora z Heurichów Kiślańska  / ze zbiorów Jacka Dehnela

Karol Beyer, Julia Heurichówna  / ze zbiorów Jacka Dehnela

 Karol Beyer, Emilia Heurichówna / ze zbiorów Jacka Dehnela


Karol Beyer, Julia Heurichówna / ze zbiorów Jacka Dehnela

 Karol Beyer, Julia Heurichówna / ze zbiorów Jacka Dehnela

 Karol Beyer, Helena Heurichówna / ze zbiorów Jacka Dehnela

 Karol Beyer, Helena Heurichówna / ze zbiorów Jacka Dehnela

 Karol Beyer, Helena Heurichówna / ze zbiorów Jacka Dehnela




wtorek, 15 grudnia 2015

[autor poszukiwany] Zburzenie pomnika Dzierżyńskiego,

17 listopada 1989 roku został zburzony pomnik Feliksa Dzierżyńskiego w Warszawie. Przygotowania rozpoczęły się dzień wcześniej. Na miejscu w piątek 17 listopada oprócz widzów i ekipy demontującej pomnik znaleźli się także dziennikarze. Jest wiele bardziej znanych zdjęć z tego wydarzenia, niż te prezentowane poniżej. Było tam bardzo wiele aparatów i kamer, profesjonalistów i amatorów.

Szukam autora tych zdjęć!

Zdjęcia, które publikuję trafiły do mnie od razu w postaci odbitek z epoki. Nie są opisane, opieczętowane, nic. Mają format 22x16 cm, co daje nadzieję, że to wglądówki z którejś redakcji. To zwiększa ilość osób, które mogły je widzieć lub znać autora. Z góry dzięki za każdy trop!






niedziela, 13 grudnia 2015

Okazja, jubileusz, wypominanie?

Najpoczytniejszym postem w "Miejscu fotografii" jest ten dotyczący ikonicznego zdjęcia Chrisa Niedenthala "Czas Apokalipsy". link Zdarza się po raz kolejny, co widzę w statystykach regularnie, że przy rocznicy i okazji, przypominamy zdjęcie, szukamy informacji. Stąd aktualizacja wpisów na temat zdjęć ikonicznych. [proponuję otworzyć, bo są tam zdjęcia, które będę dalej tylko wymieniać wg nazwiska autora].

Zbliża się okazja, jubileusz, będzie wspominanie.
Dziś znalazłam w sieci taki wpis: [publiczny, można go przeczytać nie mając konta na fb]

za fb / link


Mam pytania merytoryczne, oczywiście, dam znać jak znajdę odpowiedzi: gdzie te zdjęcia, skąd ich tyle, czemu ich nie pokazywano? 
Mam jednak wątpliwości co do samego oburzenia. Pewnie nie ma co tematu rozdmuchiwać, ale skoro tę ikoniczność podglądam i badam przy każdej okazji, to może i tu okazja jest dobra.

Widzę jedno zdjęcie, tak jak i Wy. Nie widzę rejestracji samochodów, ani twarzy przechodniów, ale to jest tylko czepialstwo. Bardziej kłopotliwe wydaje mi się oskarżenie Chrisa Niedenthala. Najpierw ciśnie mi się logika. Identyczne, tak identyczne..., jak to identyczne?! Prawie identyczne zdjęcie co Niedenthal wykonał Burnett. Są tak łudząco podobne, że przypominają zabawę dziecięcą w znajdź 5 szczegółów (a może nawet 4 szczegóły?). Istnienia Burnetta Niedenthal nie wypiera, wspomina o nim przy okazji spotkań, pisze o nim w książce, nie ukrywa. [czyli nie kreuje się na jedynego autora...].

Zdjęcie Nawrockiego przypomina zaś zdjęcie Piotrowskiego, odnalezione wiele lat później. Ale Piotrowski był bliżej, wspominał, że z tramwaju. Nawrocki widać dalej, długi obiektyw. Piotrowski też był na tej klatce, mocował się z oknem. Przejmująca opowieść. Niedenthal występuje z Piotrowskim w jednym programie telewizyjnym [czyli nie kreuje się na jedynego autora...].

Zaskoczyła mnie ta informacja o 12 zdjęciach, nie wiedziałam. Nie widziałam! Nie miałam gdzie. Nie uważam się za typowego 'Kowalskiego' jeśli idzie o oglądanie zdjęć. A co do ikonicznych to mam arcyodwrotnie. Szukałam tych zdjęć. ale nie znalazłam. Pytałam o to, kto jeszcze gdzie był. Zapewne słabo szukałam. Poszukam teraz konkretu, mając kadr i nazwisko, szeroka droga, znajdę. 

Zdjęcie Niedenthala - tak Chrisa Niedenthala [nie Burnetta, nie Nawrockiego ani Piotrowskiego] jest zdjęciem ikonicznym. To ono opublikowane w kilka dni później w Newsweeku poinformowało świat, dotarło, przedostało się, spełniło swoją rolę. To na jego bazie powstały opowieści, anegdoty, remake'i, To ono było reprodukowane często, wielokrotnie, nieskończenie. Niedenthal, fotograf, korespondent "Newsweeka". Wielka kariera fotograficzna, której nie ma jak podważyć. Co więcej, szczery i otwarty człowiek, który w swojej książce przyznaje się do ustawki, ciężkich politycznych żartów, drobnych życiowych niestosowności. Wspomina też w niej, że gdy robił to zdjęcie był obok fotograf. [Burnett to też wielka kariera! Tyle, że daleko mu do tytułu 'fotografa nowej historii Polski']. Tu jest moja pierwsza wielka wątpliwość i ogromne potwierdzenie ikoniczności zdjęcia Niedenthala właśnie. [potwierdzenie, że znajduje się zdjęcia sprzed-po, porównuje, znajduje inne wersje, itd - al w odniesieniu do jednej, j e d n e j ikonicznej fotografii]. Wątpliwość ataku zaś polega na tym, że to najwyraźniej nie Niedenthal kreuje się na autora. Jest nim niezaprzeczalnie i jest autorem tego najbardziej rozsławionego i najpopularniejszego ujęcia. 

Nawrocki nie był fotografem, nie miał kilka dni później publikacji w tygodniku w światowej dystrybucji. [Podobna historia dotyczy zdjęcia "Time Square Kiss" Alfreda Eisenstaedt'a - dla "Life" vs Victora Jorgensena dla...US Marines]. Jego zdjęcia mogą być i lepsze i prawdziwsze, i bardziej przejmujące, i t d, wszystko co podlega sprawom gustu tu można wstawić. Ale to nie jego cykl stał się nośnikiem informacji, stał się ikoną wydarzenia, obrazem pojawiającym się w głowach ludzi na samo to hasło. To są tematy nieporównywalne. 

Staram się przypomnieć rozmowy i spotkania z fotografami, kiedy mowa jest o ważnych zdjęciach, sytuacjach, albo nawet o pracy, tej zwykłej codziennej. Bo czasem pytam czy pamiętają, że wtedy a wtedy ktoś był obok, może "TO" mieć z innej strony, inne ujęcie, inaczej? Zaryzykuję uogólnienie, że łatwiej spamiętać kto mógł tam być 30-40 lat wstecz, niż miesiąc temu "na tym samym temacie". Pamiętają i opowiadają o tym. Trochę sobie jednak nie wyobrażam sytuacji, że na spotkaniu autorskim  fotograf opowiada o zdjęciach i przy każdym wymienia listę tych, którzy też tam robili. Załóżmy takie zdanie: 'Jana Kobuszewskiego, któremu zrobiłem zdjęcie fotografowali także inni, a tu ich nazwiska...'. Aż śmieszne, prawda? Paradoksalnie zupełnie, komentarz dotyczy fotografa, który pamięta i opowiada przy innych także okazjach, że w oknie obok stał Krzysztof Pawela, że całe wydarzenie stał obok Bogdana Łopieńskiego, że lepsze ujęcie niż on - ma  z tej sytuacji Jan Morek, itd... 

Wplatanie dalszych treści, ocenianie postaw jest już zupełnie niestosowne. Nie mamy pojęcia co przeżyli robiąc te zdjęcia, każdy swoją wersję "Czasu Apokalipsy". Nie były to jedyne zdjęcia powstałe w te dni w kraju. Było ich znacznie więcej, bywają publikowane, niektóre po długich latach odzyskują autora [tak było z Markiem Janickim i jego serią zdjęć z Pacyfikacji Kopalni Wujek]. Tak wolę do końca traktować informację o zdjęciach Nawrockiego, jako świetną informację i wzbogacenie tematu. Bez nerwów, polityki, i jak to ostatnio częste - radykalizowania postaw społecznych wobec historii i nas nawzajem.



niedziela, 6 grudnia 2015

Jak nie zanudzić albumem rodzinnym...


Barbara Caillot Dubus, Aleksandra Karkowska, Banany z cukru pudru, wyd. Oficyna Wydawnicza Oryginały, Warszawa 2015


Dla kogo: Dla wszystkich, bez względu na wiek. Co więcej, z założenia ma być międzypokoleniowa. Dla dziadków i wnuków.

O kim: „Banany z cukru pudru” to wspomnienia i fotografie 24 osób związanych z Sadybą, osiedlem warszawskim. Jest mapa, dzięki której możemy (jeśli potrzebujemy) zorientować się w terenie.

Kiedy: Są to wspomnienia z dzieciństwa zebrane w 2015 roku. Samo dzieciństwo nie zostało precyzyjnie określone w datach. Jeśli spojrzymy na spis fotografii, wówczas odkryjemy, że zdjęcia, które wywołują wspomnienia powstały w latach 1933 do 1962.

Autorki: Barbara Caillot Dubus, Aleksandra Karkowska „połączyły swoje pasje i mocne strony, by odnaleźć historie zachowane w pamięci, obudzić wartościowe wspomnienia i przekazywać je dalej”.


Jest to szczególna książka z fotografiami. Czyta się ją w maximum pół godziny. Mnóstwo zdjęć, przy których są historie dopowiadające, jak w pamiętniku. Jakbyśmy oglądali zdjęcia z kimś starszym, kto tłumaczy: o, tam było…, pamiętam…, a obok stoi…, tego lata zdarzyło się…  Oglądamy zwykłe zdjęcia, czytamy najzwyklejsze historie. No nie, jednak nie takie codzienne te opowieści. Są sprzed lat. Fascynujące, niesamowite, jak z innej czasoprzestrzeni. O pewnych rzeczach może ktoś kiedyś wspominał, o innych może gdzieś w jakiejś książce się natrafiło. Ale tutaj są same smaczki, jedno wielkie bogactwo wspomnień. „Przytoczone anegdoty stanowią historię w małej, efektownej kapsułce” – w recenzji napisała Joanna Olech, Katarzyna Stoparczyk dodała: „wzruszająca książka. Kiedy się ją czyta, człowiek nabiera szacunku do twardego, niełatwego życia sprzed lat”.  



Tu nie ma wielkiej historii, żadnej sensacji wiekowej, wojna się prześlizguje całkiem nie tak ważna. To faktycznie małe sprawy, taka opowiedziana codzienność. Jednak różnica kilkudziesięciu lat sprawia, że wspomnienia rosną do bajkowych rozmiarów. Niewiarygodne historie! Do tego zdjęcia, albo i odwrotnie, zdjęcia a do nich wspomnienia. Zdjęcia jakich pełno w naszych domowych albumach, zdjęcia, o których im kto młodszy w rodzinie tym mniej o tym wie cokolwiek. W niektórych albumach bardziej zaradni kiedyś może podpisali osoby na zdjęciach. Ale czy dopisali okoliczności spoza kadru? Zapisali wspomnienie towarzyszące? Dopisali coś więcej o tym, kto stał obok kogoś na zdjęciu? No jasne, że nie! Takie opowieści otrzymujemy jedynie oglądając album z babcią albo dziadkiem. Już nawet wspomnienia rodziców, czy cioć, wujków to zupełnie inna narracja. Brakująca, niepełna, ale też bliższa i nie tak abstrakcyjna.


Na  tych zdjęciach są konkretne osoby, które robią arcyciekawe rzeczy. Czasem po prostu stoją, ale czemu akurat w szlafrokach, albo na jakiej wystawie? Innym razem po prostu się śmieją. Ileż śmiechu jest w tej książce! Naprawdę od zawsze uśmiechaliśmy się na widok aparatu, nawet zanim ktoś nam kazał mówić „cheese” do obiektywu. Mnóstwo śmiechu, radosnych twarzy. Czasem poważnych (bo w szkole), zaciekawionych albo nawet kilka przestraszonych (a jak ma wyglądać 4latka na wielbłądzie?!). Są także eleganckie panie i panowie na ulicach Warszawy, samochody duże i małe, osobliwe zabawki, sporo łąk, pól oraz wody. Idealny początek bajki, dawno, dawno temu…



Ale co jest tak niesamowitego we wspomnieniach tych konkretnych ludzi? Dla nich, spodziewam się, wspaniała forma przetrwania pamięci. Dla nas – interesująca lekcja tej zwykłej, najzwyklejszej historii. Jest jednak znacznie więcej, co daleko wyrasta poza ten jeden tom. Jest wzbudzenie chęci odkurzenia albumu rodzinnego, wyciągnięcia zdjęć i słuchania kto tam jest i dlaczego. Jest potrzeba rozmowy o tym, co za chwilę zostanie zapomniane. I owszem „kładka przerzucona między pokoleniami” (Joanna Olech). Bez zadęcia i bez namaszczenia. Zawsze zachodzi obawa, że trzeba poznać historie tych sztywnych postaci z grupowych zdjęć z albumu, że będzie tylko wymienianie „to twoja praprababcia, tak tam w wózeczku”, „to kuzyn pradziadka do pierwszej komunii idzie”, „siostra prababci, wyjątkowo niekorzystnie”. Bez zaczepienia, twarz za twarzą, jak to spamiętać?

Tymczasem tu, autorki pytają o dzieciństwo: ulubione zabawy, przygody, jak to było w szkole, czy zawsze prace domowe się odrabiało, itd. To właśnie ten mostek, prosta i działająca na wyobraźnię sprawa. Znajdowanie podobieństw i różnic, dopisywanie historii do zdjęć. Dziadek przestanie być tak stary, gdy uświadomimy sobie, że kiedyś śmigał na nartach, babcia chodziła po drzewie, itd… Historie są uzupełnione rysunkami dzieci, fragmentami z pamiętników, i innymi papierowymi drobiazgami – zaproszenie, legitymacja szkolna. Całość  przypomina sztambuch babci, może jedynie brakuje wstążeczki.

Gdyby ktoś potrzebował zagajenia, nie potrafił zacząć opowieści, autorki podrzucają zeszyt ćwiczeń - proste zadania dla dziadków i wnuków. Teraz już nie ma wymówek. 




środa, 2 grudnia 2015

Jak pisać komentarz do WPP, tutorial. [felieton]

Komentarz do konkursu World Press Photo można pisać w dowolnym momencie przed ogłoszeniem wyników. Potem tylko trzeba w odpowiednie akapity wpisać konkretne nazwiska. To wielce ułatwia sprawę, utrzymuje nerwy na wodzy, a przede wszystkim pozwala potwierdzić  wszelkie przypuszczenia i umożliwia, bez względu na wyniki i jurorów, trzymać się własnego zdania.

O WPP pisze się rok w rok to samo, podstawiając nawet niekoniecznie nowe nazwiska. Spróbujemy? Idealny komentarz zaczyna się od zdjęcia roku, najlepiej odnajdując jakieś wizualne wcześniejsze odniesienie (najlepiej z malarstwa!) lub nakreślić pewną prawidłowość w historii konkursu. Przykładowo: zwycięskie zdjęcie przywodzi na myśl znakomite barokowe przedstawienia mitu, nastrojowość obrazu przenosi nas do płócien z silnym światłocieniem. To także znak na utrwalenie trendu zauważalnego przemiennie, że wygrywa zdjęcie nastrojowe, które dopiero po chwili ujawnia aktualne problemy współczesnego świata. Wielką ulgę  i spore zaskoczenie przynosi wygrana. Warto mieć przygotowany także akapit na wypadek tej przemienności w rodzaju: Konkurs klasycznie kojarzy się z fotoreportażem drastycznym, krwawym, pełnym szlochów i tragedii, jury nie zawiodło nas w tym roku.

Potrzebujemy w komentarzu wskazać najlepszych i najgorszych. Znowu jedynie teoretycznie potrzeba tu wyników obrazowych. W tegorocznej edycji nie brakuje znakomitych materiałów, aktualnych, ważkich, doskonale uchwyconych i świetnie zbudowanych. W wynikach oczywiście znajdujemy odzwierciedlenie najważniejszych światowych wydarzeń (tu wystarczy podać mniej więcej najgłośniejsze wojny, epidemie, kataklizmy z danego roku). Są także chwytające za serce serie fotografii o sprawach bardzo intymnych i codziennych, w tej edycji przykładem może być… Kategoria życie codzienne to zestaw zmiennych, ale zawsze przynajmniej jeden materiał dotyczy odejścia, zgonu, choroby, samotności. Można zawsze „okrągło” zauważyć: znajdujemy zaskakujące serie fotografii, które starają się wyjść poza stereotypowe myślenie o pewnym obszarze, ludności i kulturze. Wskazywanie najgorszych to okazja do ekspozycji własnych poglądów. Nie brak w nagrodzonych materiałach zupełnie odstających poziomem i klasą. Zdumiewa, że przy tej randze zostaje nagrodzony cykl oparty na tanim chwycie, prowadzony niekonsekwentnie, bez rozumienia materii. Trudno szukać nawet w podpisie pewnych nowości, widz trudzi się ze zrozumieniem, ale w końcu kapituluje, niczego nowego się niedowiadując. Gdyby ktoś nie znosił konceptu, a zawsze choć jeden materiał na tym polega, piszemy: już tradycją stało się przyznawanie nagrody materiałom, które trudno nazwać reporterskimi, przepełnione są wymuszonym konceptem, wątpliwą kreacją, sprawdzą się być może w galerii bardziej niż w prasie. Chciałam nadmienić, że bardzo trudno było mi napisać to przykładowe zdanie. Ale ćwiczymy, uczymy się.

Kolejny punkt: znajdowanie ciekawostek. Gdzie jak gdzie, ale tu już z pewnością konieczny jest wizualny materiał. Ależ po co? Mamy nieograniczone możliwości, choćby klucz geograficzny: zaskakujące i warte odnotowania są wyjątkowo często przyznawane w tym roku nagrody fotografom z… (uwaga na USA, Holandię, Francję, Niemcy i Włochy, to żadna nadzwyczajność). Klucz narodowy jest zawsze dobrym rozwiązaniem i zawsze trzeba mieć go w zanadrzu. Tutaj nawet nie trzeba zmieniać nazwisk, dawniej rok w rok wygrywał Tomasz Gudzowaty, teraz Kacper Kowalski. 

Nieodłącznym tematem jest ilość manipulacji oraz jakość materiału zwycięskiego. Organizator na szczęście dostarcza tych materiałów przed ogłoszeniem wyników. Standardy WPP ustawione są na najwyższym fotoreporterskim poziomie wynikającym z tradycji medium, które nie dopuszczają cyfrowych manipulacji – ingerencji w obraz. Skandaliczna jest informacja o dyskwalifikacji aż 20% materiałów! Albo, gdy piszący jest jednak mniej przywiązany do etyki reporterskiej: Być może rosnąca przez lata fala dyskwalifikacji za manipulację, otrzeźwi wreszcie organizatora konkursu i dopuści możliwość korzystania z rudymentarnych opcji medium fotograficznego! Oh, to była kolejna ciężka próba, mam nadzieję, że doceniacie wysiłek.


Dochodzimy już do podsumowania, które warto zaopatrzyć w zwroty: znowu, zwykle, ponownie oraz dodać utyskiwanie i oburzenie, w wersji light po prostu nie przesadzać z entuzjazmem: nagrody rozczarowują, ilość materiałów fotoreporterskich niestety nie idzie w parze z jakością. Bywają także w tej części wtręty moralizatorskie: zastanawia intensywna promocja słabizny, oby młodzi nie szli tak wytyczoną drogą, to kolejny gwóźdź do trumny jaką szykujemy od lat fotografii. Ale, ale, pamiętając, że już za chwilę piszemy komentarz przyszłoroczny, warto zostawić sobie i czytelnikowi nadzieję: oby przyszłoroczna edycja nas nie zawiodła, ciągle licząc na poprawę świata, oraz z życzeniami dla fotografów: odwagi, uwagi i rozwagi. Uff.  Czy naczelny poprosi o komentarz w przyszłym roku? 

felieton dla Digital Photographer Polska [luty 2015]
a poniżej komentarz, co prawda, napisany zupełnie inaczej niż proponowany schemat:

Mads Nissen, Denmark, Scanpix/Panos Pictures
/World Press Photo of the Year 2014, First Prize Contemporary Issues, Singles/


Od wielu już lat WPP nie lansuje jednego trendu w fotoreportażu, w corocznych wynikach każdy odbiorca znajduje swoją stylistykę choćby na jednym zdjęciu. Głosy krytyczne znacznie przeważają nad zupełnie nielicznymi pozytywnymi. Kilkukrotnie wyniki tegorocznej edycji wzbudziły moje zdziwienie, szczery śmiech i okrzyk: co to tu robi?! Trzy wspaniałe pozytywy:

1/ Cieszę się głównie z nowej kategorii i wszystkich zwycięskich materiałów: projekty długoterminowe. Od lat fotografowie ubolewali, że kilkuletnie projekty powinni przycinać do zbyt ciasnych ram kategorii tego jednak najważniejszego konkursu. Pierwszą nagrodę w nowej kategorii, niemal na potwierdzenie sensu istnienia tej kategorii dostała Darcy Padilla, która temat ciągnie od 21 lat! Drugie miejsce to tym większa radość : Kacper Kowalski za projekt ciągle otwarty, który jednak miał swoją premierę w postaci książki i wystawy „Efekty uboczne”.

Darcy Padilla, USA, Agence Vu
/First Prize Long-Term Projects/

2/ Najmocniejszy fotoreportaż minionego roku zajął pierwsze miejsce w kategorii serii o ważnych wydarzeniach. Jérôme Sessini opowiadał o zestrzelonym samolocie malezyjskim nad Ukrainą. To reportaż nowoczesny, oczywiście informacyjny, ale przejmujący i emocjonalny w niebywałej dawce.
http://www.worldpressphoto.org/collection/photo/2015/spot-news/j%C3%A9r%C3%B4me-sessini  [Sessini wygrał także drugie miejsce w tej kategorii za reportaż z Majdanu, tu się jednak bardzo nie zgadzam z jury, a z samej sytuacji widziałam jakieś 30 lepszych reportaży, mniej drastycznych niż JS]

3/ Zdjęcie roku Madsa Niessena jest podobne w wymiarze do wygranej zeszłorocznej. Nastrojowe, malownicze, przywodzące na myśl malarstwo  oraz skojarzenia kulturowe i literackie, zaciekawia i wymusza w widzu chwilę na zastanowienie. Po chwili odkrywamy głębię i istotę problemu. Oczywiście jest to fotografia jakiej na próżno szukać na łamach prasy. Dla mnie jednak jest to przekazanie pałeczki do widzów: wymagajcie więcej od prasy, od fotoedytorów, od wydawców. Jurorzy konkursu zdają się mówić: takie materiały istnieją, opowiadają o historiach interesujących i ważnych, pobudzając myślenie czytelników o IQ >70. Nie musicie już oglądać w prasie stopklatek. Oby!

komentarz do konkursu World Press Photo 2015 dla Digital Camera Polska.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Temat aktualny, bo właśnie dziś World Press Photo ogłasza nabór zdjęć do kolejnej edycji konkursu: tu szczegóły. Koniecznie przeczytajcie też nowości: kodeks etyczny i nowe zasady zgłoszeń!




środa, 25 listopada 2015

Rob Hornstra & Arnold van Bruggen / rozmowa

© Rob Hornstra / The Sochi Project

Szczególnie ważna była wystawa w Moskwie, nawet jeśli się nie odbyła.
„Projekt Soczi. Atlas wojen i turystyki na Kaukazie” to wielowątkowa opowieść o regionie, w którym odbyły się Zimowe Igrzyska Olimpijskie w 2014 roku. Od 2007 roku Arnold van Bruggen, dziennikarz i Rob Hornstra, fotograf spędzali wiele tygodni i miesięcy w okolicach poznając ludzi, ich prywatne historie, starając się zrozumieć specyfikę miejsca. Gdy po raz pierwszy przybyli do Soczi, nazywanej Florydą czy Costa del Sol Rosji, poraziło ich kompletne nieprzygotowanie miejscowości do goszczenia tak ogromnej międzynarodowej imprezy i klimat, zgoła nie pasujący do konkurencji zimowych. To były pierwsze, ale zdecydowanie nie ostatnie zaskoczenia. Zaczęli od kilkutygodniowej kuracji w sanatorium, by poznać lokalny koloryt. Kilka lat później starali się dotrzeć do partyzantów rezydujących w górach Północnego Kaukazu. Wszystko to z potrzeby zrozumienia: po co komu te Igrzyska, jak się zmienia ten skomplikowany narodowo i politycznie region.

© Rob Hornstra / The Sochi Project

Joanna Kinowska: ‘Projekt Soczi’ to bardzo złożona opowieść. To też w pewnym sensie nowoczesny wymiar dziennikarstwa. Nie posługujecie się klasycznym zestawem tekstu i fotografii, ale używacie twittera, znalezionych i archiwalnych zdjęć, nagrań z kamery przemysłowych, itd. Do czego są one wam potrzebne?


Rob Hornstra: Sądzę, że do około 2000 roku historie były opowiadane w bardzo tradycyjny sposób, co oznaczało tekst od 850 do 3000 słów i do niego kilka ilustracji, lub odwrotnie magazyny publikowały 8 do 10 zdjęć i nieduży tekst. W bardzo szczególnych przypadkach ludzie publikowali książki z szerszym materiałem. W tym podejściu nie było specjalnie miejsca na odróżnianie się, bo to był też główny sposób zarabiania pieniędzy. Pewnie gdybym urodził się 20 lat wcześniej, nasz projekt zamknąłby się w dużym materiale w magazynie. I właśnie to jest tak wspaniałe w tym czasie, w jakim jesteśmy teraz, możemy zupełnie wyzwolić się ze wszystkich konserwatywnych sposobów pracy. Możesz zrobić wszystko, nie musisz – ale możesz! W końcu zawsze pojawia się pytanie jaki jest najlepszy sposób na opowiedzenie historii. Fotografia to narzędzie, tekst również jest narzędziem. Jeszcze wiele innych rzeczy może być narzędziami, jeśli to jest możliwe może stać się częścią książki, wystawy czy strony www. Gdy znajdujemy świetny materiał wideo, być może cenniejszy niż moje zdjęcia, pokazujemy go na stronie albo wystawie. Koniec epoki tradycyjnej pracy, to najlepsze co mogło spotkać opowiadaczy historii i fotografów. Wyzwoliło nas.

© Rob Hornstra / The Sochi Project

© Rob Hornstra / The Sochi Project

Czy w takim razie określenie ‘dziennikarstwo’ to ciągle dobre słowo na to co robicie? Gdzie potem można pokazać tę opowieść?

Rob Hornstra: Dobre pytanie. Jaki rodzaj publikacji wydajemy? Rozmawiamy o tym, gdy decydujemy się na wydanie książki: nie chcemy książki fotograficznej, nie chcemy zwykłej książki z tekstem, chcemy zrobić książkę dokumentalną. To najlepsze określenie na to, co robimy. To doskonała kombinacja, połączenie strony internetowej, książki i wystawy, generują znacznie więcej uwagi widza niż tradycyjne środki.

W każdym opisie projektu pojawia się określenie ‘slow journalism’ – wolne dziennikarstwo. Co to znaczy?

Arnold van Bruggen: To rodzaj dziennikarskiej pracy, która nie reaguje na wydarzenia codzienne, ale stara się o ukazanie szerszej historii razem z tłem. Chodzi o to by nie robić materiału w jeden dzień, tak by ukazał się nazajutrz w gazecie. My staramy się zanurkować głęboko w cały region, dopiero po zebraniu bardzo wielu historii z większego obszaru, czujemy, że możemy opowiadać o tym temacie, mamy pewną wiarygodność. Zapewne w ciągu ponad pięcioletniej pracy nad projektem posługiwaliśmy się tysiącami definicji tego, czym jest wolne dziennikarstwo. Lubimy to określenie. Dobrze oddaje sposób naszej pracy, gdy pozwoliliśmy sobie na wydanie książki, spędzenie w regionie wielu tygodni, znowu i znowu, tak, że w końcu byliśmy w stanie opublikować jedną dużą książkę. To by było dziennikarstwo tła czy właśnie wolne dziennikarstwo.

Ile książek/publikacji wydaliście w związku z projektem?

Arnold & Rob: Dziewięć plus „An Atlas of War and Tourism In the Caucasus”. Niektóre z nich to nieduże rzeczy, jest też gazeta, aż po finalną wielką książkę.

Finałem projektu są trzy odsłony: książka, wystawa i strona www.thesochiproject.org. Czy opowiadają to samo, czy widz musi połączyć je ze sobą dla pełnego obrazu?

Rob Hornstra: W tym projekcie nie ma jednej ważniejszej rzeczy od drugiej. Wystawa i stroną są narzędziami by zdobyć największą możliwą i pozostającą w naszym zasięgu publiczność. Używaliśmy wielu więcej rozmaitych narzędzi w trakcie realizacji projektu w tym celu. Tak było na przykład z książeczką zawierającą kartki świąteczne (2010). Podobnie jest z gazetą, która leży przy wejściu na wystawę, którą widz zabiera do domu, ogląda ją tam albo komuś pokazuje. Nie myśleliśmy o jednym narzędziu – książce czy wystawie. Najpierw zastanowiliśmy się co chcemy osiągnąć, a potem czego potrzebujemy by to zrobić.
Jest tyle sposobów by dotrzeć z historią do odbiorcy. Jeśli tylko pozbędziesz się tradycyjnych pomysłów, to właśnie to co lubię. Jest sporo ludzi, którym to świetnie wychodzi, ale większość jest ciągle dość konserwatywna. To zresztą jedna z bardziej frustrujących mnie ostatnio rzeczy: fotografowie nie myślą nad tym co chcą powiedzieć, jaki efekt uzyskać. Myślą tylko „chcę wydać książkę fotograficzną”. Kiedy pytasz ich: w jakim celu to robią? – nie potrafią udzielić odpowiedzi. A to przecież najważniejsza sprawa!

Mieć coś do powiedzenia?

Rob Hornstra: Wiedzieć co i dlaczego to robimy. 99% książek fotograficznych jest robiona tylko dlatego, że ktoś chciał po prostu zrobić książkę. To widać, zwykle nie ma tam nic więcej.
Hornstra Rob, Bruggen Arnold van, The Sochi Project. An Atlas of War and Tourism in the Caucasus, Aperture Foundation, New York 2013 / fot. dzięki uprzejmości autorów


Nie tylko doświadczaliście i obserwowaliście, ale też coś konkretnego zmieniliście.

Rob Hornstra: Cóż, to tylko jeden przypadek. Khava opowiedziała nam ważną i osobistą historię. Mieliśmy z nią rodzaj umowy. Została bohaterką książki [„The Secret History of Khava Gaisanova” 2013] To była tak nietypowa, ważna sytuacja, że czuliśmy potrzebę odwdzięczenia. To fantastyczne jaki był odzew i jak szybko udało się zdobyć pieniądze. W niecałe dwa tygodnie mieliśmy dla niej lodówkę!  
Oczywiście robiliśmy wywiady i fotografowaliśmy wiele więcej osób dla których nie zrobiliśmy nic. Nie było naszą intencją ingerować i zmieniać życia tych ludzi. Naszym celem było opowiedzenie ich historii, co w dalszym biegu wypadków być może mogło mieć kontynuację, przynieść zmianę. Zdarzyły się przypadki, gdy ktoś czytając daną historię mówił, że chce pomóc tej konkretnej osobie. W rzeczywistości jednak my staraliśmy się po prostu rozmawiać z ludźmi, a potem nie tracić ich z oczu. Ale oczywiście – jeśli tego nie pokażesz, nic się nie zmieni. Dlatego sądzę, że nadrzędną rolą dziennikarzy i dokumentalistów, nawet artystów jest wskazywanie wrażliwych spraw i mówienie: popatrzcie na to chociaż, wiedzcie o tym, bądźcie świadomi co tam się dzieje. Jeśli oglądałeś Olimpiadę, wiedz, że to tylko fasada, za którą dzieje się mnóstwo rzeczy.

© Rob Hornstra / The Sochi Project


Projekt był przez lata wspierany czy w ogóle możliwy poprzez działania crowdfundingowe. To miało pewien wpływ na wasze działania i finalny kształt projektu, prawda?

Arnold van Bruggen: O tak, to wpłynęło na projekt na kilka sposobów. Rok w rok bardzo się spinaliśmy by wydać publikację podsumowującą. Przez nasze absolutne zamiłowanie do książek, pomysł z roku na rok był coraz większy. Te publikacje nadawały też tempo i układały się rozdziałami, coroczny deadline wpłynął na porządkowanie historii.  Innym wpływem jest na pewno włączenie części ‘travel journal’ do ekspozycji. Był to sposób naszej komunikacji z darczyńcami. To też bardzo wpłynęło na nasz sposób pracy. Byliśmy w ciągłym kontakcie ze wspierającymi projekt, dzieliliśmy się pomysłami, a ta grupa edytowała materiał na bieżąco.



Hornstra Rob, Bruggen Arnold van, The Sochi Project. An Atlas of War and Tourism in the Caucasus, Aperture Foundation, New York 2013 / fot. dzięki uprzejmości autorów

Rob, określiłeś „Sochi singers” jako prostą i do-strawienia historię, idealną dla World Press Photo, którą z resztą wygrałeś tym projektem. Jaki wpływ miała ta nagroda na twoją karierę i czy był też odczuwalny efekt na samym „Projektem Soczi”?

Rob Hornstra: Nagroda World Press Photo to najlepsze marketingowe narzędzie jakie może się zdarzyć dokumentaliście. Byłem zdumiony napięciem jakie jej towarzyszy, całym tym sprężeniem zwrotnym jakie odczuliśmy po tej wygranej. Jest ogrooooomne! Wszystko z tą nagrodą jest wspaniałe, poza jednym drobiazgiem – kompletnie nie pasuje do tego co robimy. Chcemy dostarczać wielowymiarowe opowieści, ale one nie mieszczą się w zainteresowaniach WPP. To jest dość staromodne podejście organizatorów, seria musi się zmieścić w 8 czy 12 obrazach. Mam nadzieję, że razem ze zmianą tradycyjnych mediów i sposobów opowiadania, kiedyś rozszerzą kategorię i zauważą też tych, którzy mają większe opowieści. Stąd moje zakłopotanie wynikające z tej nagrody. „Sochi singers” pasowały tam, dlatego z resztą wysłałem materiał. Nie mógłbym wysłać nic innego z całego projektu, to by nie miało żadnego sensu. Po co byłoby wysyłać serię „Empty Land”? Oczywiście byłem prze-szczęśliwy z tej nagrody.

‘Projekt Soczi’  był już bardzo często wystawiany. Który z pokazów był dla was szczególnie ważny?

Rob Hornstra: To by zdecydowanie była Moskwa, bez wątpliwości, ale tę wystawę odwołano. Co też było szalenie istotnym krokiem naprzód dla całego projektu, wpłynęło na kształt z pewnością, ale przede wszystkim zdobyło uwagę w samej Rosji. Czyli tak, szczególnie ważna była wystawa w Moskwie, nawet jeśli się nie odbyła.

W końcu udało się wam otworzyć wystawę w Moskwie, nie w Winzavod, ale w Centrum Sacharowa. Otworzyć zdalnie, na odległość…

Arnold van Bruggen: Tak, tego samego wieczoru otwieraliśmy symultanicznie wystawę w Amsterdamie i byliśmy połączeni poprzez skype z Moskwą. Było mnóstwo ludzi. To było fantastyczne.

Rob Hornstra: Ludzie pojawiali się tam nie tylko by obejrzeć wystawę, ale swoją obecnością wyrazić swoje zdanie.

Co się tak nie podobało w waszym przekazie? Odwołano wystawę, odmówiono wam wiz, itd…

Arnold van Bruggen: Domyślam się, że ocenzurowano naszą wystawę ze strachu. Tak to działa w Rosji. Jeśli montujesz wystawę, która jest znacznie bardziej krytyczna niż ci się pierwotnie zdawało - zgaduję dlaczego ministerstwo kultury musiało tak zareagować na to, nie spodziewali się pewnie, że poza opowieścią o Soczi dodamy wątek o Północnym Kaukazie. Winzavod to ogromna instytucja w Moskwie, ale jest ściśle związana z rządem.

Rob Hornstra (z lewej) i Arnold van Bruggen podczas spotkania na wystawie w Warszawie, grudzień 2014 / fot.jk


"Projekt Soczi" - wystawa, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa, grudzień 2014 / fot.jk

Macie swoich bohaterów w przeszłości, kogoś kto wywarł wpływ na to, co robicie dziś?

Arnold van Bruggen: Mam ich mnóstwo, a jednym z nich był z pewnością Kapuściński. To przez niego wylądowałem w Abchazji. Byłem szalenie zainspirowany opisem Suchumi w „Imperium”, to jak widział grecką świątynię w wodzie. Innym autorytetem był Robert Kaplan, który podróżując po świecie składał to wszystko w wielkie analizy. To były takie postacie dla mnie, które oczywiście stawiasz raz na piedestale, ale z czasem musisz je stamtąd zrzucić. Tak zrobiłem z obydwoma i Kaplanem i Kapuścińskim. Ich patrzenie na świat i sposób rozpalania, bardzo inspirowały.

Rob Hornstra: Oglądając się za siebie widzę mnóstwo inspiracji, wielu fotografów. Każdego dnia i w każdej chwili jeśli ktoś robi genialną książkę czy materiał, on zostaje w głowie. W przeszłości podziwiałem sposób dokumentalnej pracy Oliviera Chanarina i Adama Broomberga. Dziś są bardziej artystami konceptualnymi i nie zawsze ich dziś pochwalam. Magazyn ‘Colors’ był ważny, odkryłem, że to co jest tam pokazywane jest mi po prostu bliskie. Cenię bardzo Alexa Sotha, szczególnie za starsze książki. Dużo eksperymentuje i raz na jakiś czas wydaje piękne serie dokumentalne. Ważny jest też Jim Goldberg, który zdaje się wywarł na mnie największy wpływ. Zwykle jednak jestem niezwykle poruszony projektem, nie zaś osobą fotografa. Jeśli myślę o Goldbergu – widzę jego projekty, to samo z Sothem. Powinienem też wymienić współczesnych fotografów. Inspiruje mnie Rafał Milach, Daniel Weber robi świetne materiały, jest tak wielu znakomitych ‘opowiadaczy historii’ pracujących teraz, to samo z siebie jest inspirujące.

W trakcie pracy nad projektem wcielaliście się jako dziennikarze w różne role: kuracjusze z sanatorium, antropolodzy, prowadzący wywiad, portrecista czy fotograf pejzażu, itd., która z ról byłą ulubioną?

Arnold van Bruggen: trudno powiedzieć. Wszystkie były interesujące. Może inaczej było w Północnym Kaukazie, w którym tak bardzo długo szukaliśmy klucza do opowiedzenia o regionie. Chociaż to z kolei zaprowadziło nas w tak wiele miejsc. Opublikowaliśmy chyba ze trzy notatniki stamtąd, w sumie aż 4 książki o tym miejscu, to świadczy o naszym pogubieniu.

Czy któraś z sytuacji, w której się znaleźliście przysporzyła problemów, była niebezpieczna?

Arnold van Bruggen: Wiesz, tak. Za każdym razem gdy zbliżaliśmy się tam do gór, byliśmy aresztowani. W końcu oczywiście się tam nie dostaliśmy.

© Rob Hornstra / The Sochi Project

© Rob Hornstra / The Sochi Project

Hornstra Rob, Bruggen Arnold van, The Sochi Project. An Atlas of War and Tourism in the Caucasus, Aperture Foundation, New York 2013 / fot. dzięki uprzejmości autorów


Rob, posługujesz się różnymi gatunkami fotografii, czasem jako portrecista, pejzażysta, itd. W jaki sposób dobierasz sposób opowiadania? Czy to momentalna decyzja czy wynika z przygotowania?

Rob Hornstra: Wszystko zależy od tego co fotografuję, od miejsca, charakteru. Zależy od sytuacji i nie mam dobrego wyjaśnienia na to. Chociażby takie, że kiedy mam kaca, wolę używać wielkoformatowego aparatu, bo jest wolniejszy i wtedy nie ma znaczenia czy robię krajobraz czy portret.  Mam dwa aparaty, używam średniego i dużego formatu. Nie zawsze możesz fotografować wielkim. Jeśli widzę kogoś interesującego z czysto fotograficznego punktu - zwykle robię bardzo bliski portret. Jeśli zaś otoczenie jest ciekawe, więcej koncentruję się na nim, wtedy postać jest mniejsza. Czasem wypatruję struktur i porządku jak w „Sochi singers”.  Najczęściej na miejscu się rozglądam, zastanawiam się co jest interesujące i jak to zrobić. Uwielbiam robić zdjęcia papierów i notatek. Zawszę to robię wielkim formatem, wiem że to nie ma kompletnie sensu, ale i tak to ciągle robię.

Żadnych fotek na instagramie?

Rob Hornstra: Konto na instagramie założyłem już po „Projekt Soczi”, w następnym projekcie chyba go użyję, świetnie się nadaje na notatnik.

Co z włączeniem filmów do projektu, Arnold, masz w tym doświadczenie?

Arnold van Bruggen: Tak, powinienem robić ich więcej, ale filmowanie dokładnie podwaja czas spędzany w danym miejscu. Wiesz, rozmawianie i robienie zdjęć to ten sam czas.

Dziękuję za rozmowę i powodzenia z dalszymi, wspólnymi projektami.



"Projekt Soczi" - wystawa, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa, grudzień 2014 / fot.jk


środa, 18 listopada 2015

Taki lajf. [felieton]

Masz 15 lat. Oglądasz już filmy dla dorosłych. Jesteś właściwie doroślejszy od wszystkich, bo wiesz to samo co starsi, ale jeszcze nie masz odpowiedzialności. Pełna beztroska. Bez obawy, to nie odezwa do młodzieży, ale próba wyobrażeń i wspomnień. Cofnijmy się na moment do nastoletniości. Czy była tam fotografia? Czy ktoś ją stamtąd pamięta?

Kiedy miałam 13 lat na specjalnej lekcji w szkole pan żołnierz z błękitnych beretów i pan fotoreporter opowiadali nam o tym co się dzieje w Jugosławii. Zdjęcia oglądaliśmy na papierze, historie były dość dramatyczne. Nie pamiętam jak zareagowali inni, przeszło 90 osób z trzech klas, które słuchały ojców kolegi i koleżanki, zamiast siedzieć na lekcjach matematyki czy polskiego. Nie powiem, żeby mi się świat zmienił „na pstryk” od tych obrazów. Po prelekcji nie poszliśmy dyskutować i nie zgadzać się ze światem. Siedzieliśmy zdaje się grzecznie, nie było żadnych awantur. Nie było w naszych rękach żadnych sprzętów rejestrujących czy odtwarzających cokolwiek. Każdy się chyba cieszył, że nie ma tych dwu czy trzech lekcji. Możliwe, że powiedziało się o tym rodzicom po powrocie, pytanie czy bardziej o Sarajewie czy o tym, że „hurra nie było matmy”? Stare dzieje.

Te zdjęcia powróciły same przy następnej opowieści o kolejnej strasznej wojnie. One opowiadały coś innego, nie dawali tego w telewizji. Jakiś syf, jakaś bieda, głód, groby i uchodźcy. W ekranie raczej jakieś mundury i garnitury, trochę gruzów. Po latach poznałam pana fotografa od tamtych obrazów na nowo, i wszystkie te mechanizmy dotyczące fotoreportażu z konfliktu, procesy i historię.

Historia ta wróciła właśnie, oczywiście lubi się powtarzać. Gimnazjaliści AD 2014 oglądali zdjęcia z wojen i tego co ona zostawia: Sarajewo, Palestynę, Indonezję, RPA. Oglądali film o Jamesie Nachtwey'u. Potem mieliśmy pogadać, nie o historii czy wojnie, nie o polityce czy wojsku, tylko o fotografii. Korciło, ale jednak przywoływanie ckliwych własnych wspomnień o odmianie przeznaczenia nie wchodziło oczywiście w grę. Projekcję ciut zakłócała muza płynąca z telefonów i odgłosy chrupania. Jestem zdaje się obydwiema nogami już po drugiej stronie, w tym nudnym poważnym świecie, gdzie się gada o szacunku. Pamiętam przecież, że się wszyscy cieszyliśmy, kiedy nie było normalnych lekcji, gdy byliśmy na wycieczce w kinach na filmach: „Szeregowiec Ryan”, „Helikopter w ogniu”, „Czas Apokalipsy” czy „Pluton” [dopasujcie dekadę swojej młodości]. Ale pamiętam też, że wszystkim widzom wypadały przekąski z ust, cisza i zatkanie pełne. Ale to była udramatyzowana wojna, sztuczna i efektowna. Nic dziwnego, że siedzieliśmy z zapartym tchem. Sceny w „Fotografie wojennym” były niestety prawdziwe, mało podkręcone, nie robiły wrażenia. Nachtwey był świadkiem wydarzeń, które poskładał w książce „Inferno”, fotografował je by świat nie zapomniał i oby nigdy nie powtórzył tych historii.

OK, nie oczekuję padania na klęczki, oddawania czci, a nawet jedzcie i pijcie, na zdrowie! W końcu co pokolenie to inna wyporność. Jeszcze „niedawno” gorszono się na widok pola po bitwie w ujęciu Rogera Fentona, a „przedwczoraj” publikacją zdjęcia zmarłego reportera od ostrzału.


OK, ale masz te 15 lat, możesz wszystko. A tutaj cała widownia zwolniła się jednogłośnie z odpowiedzialności. Nie mogą nic, taki lajf. Są za młodzi, mają tylko masę lekcji, własne problemy, kieszonkowe nieduże, więc niby jak mieliby pomóc? Też tacy byliśmy, bez rzucania się. Jedna rzecz zaledwie nas różni – moc w rękach. Starsi nie mieli Internetu w kieszeni. Każde pokolenie zajmowało się sobą i nie ma tu nic nadzwyczajnego. Dziś się linkuje ciekawostki z życia gwiazd na potęgę, kręci się filmy zaangażowane z kibla telefonem, jest się permanentnie podpiętym do netu. Czy w tej sytuacji, doprawdy nie możesz jednak wszystkiego? Większość bajek zagranicznych kończy się nawołaniem: „bądźcie ciekawi świata, idźcie i odkrywajcie”. Gdzie to się zgubiło?! I najważniejsze: czy kiedyś wróci?  

październik 2014 dla Digital Photographer Polska 
dedykuję i dziękuję panom Włodzimierzowi Kasprzyckiemu i Jerzemu Gumowskiemu.