środa, 17 listopada 2021

Lee Friedlander, Robert Capa, Trent Parke - wystarczający powód na wizytę?


Lee Friedlander, Autoportret / Haverstraw, New York, 1966 © Lee Friedlander / Courtesy Fraenkel Gallery, San Francisco and Luhring Augustine, New York


https://co-berlin.org/en

Joanna: Przez ogólny brak czasu, a może i trochę przez pandemię (bo nie chcę tu insynuować, że się po prostu starzejemy i rdzewiejemy), ale jakoś trudniej wpaść do takiego Berlina – ot, na wystawę. Zdarzyło nam się to raz, dawno temu, i poza wystawą, szło o spotkanie autora – Stephena Shore’a. Do 3 grudnia trwa w (moim zdaniem) najlepszej berlińskiej przestrzeni wystawienniczej C/O Berlin retrospektywa Lee Friedlandera. Jakie miałeś największe zaskoczenie z nią związane? 

 

Rafał: Tak, dobrze pamiętam tamtą wyprawę na Stephena Shore’a, to było wyzwalające w myśleniu o pewnych rzeczach. Co do wyjazdu na Friedlandera, to nie wiem czy to, że od pomysłu do wyjazdu minęły 3 dni można uznać za rdzewienie, chyba nie. Co mnie zaskoczyło, to przede wszystkim sama wystawa. Wielokrotnie opowiadałem o Friedlanderze na zajęciach i wykładach, zawsze podobnie: street, street, street. Natomiast tutaj wchodzę do galerii i najpierw słyszę a potem widzę: jazz! Davies, Coltrane. Słucham, patrzę i oczom nie wierzę. Powiedzieć, że o tej części jego fotograficznego dorobku wiedziałem mało, byłoby nadużyciem. Ja nie wiedziałem o tym kompletnie nic! A im głębiej wchodziłem w sale C/O tym tych zaskoczeń było więcej. To niesamowite i wspaniałe uczucie.

Joanna: Dokładnie! Ta wystawa była dla mnie jednak całkiem niespodziewana. Nie sądziłam, że zobaczę, co zobaczyłam, po prostu. Mi się generalnie zdawało, że jego twórczość znam. Że jest ułożona w dobrej szufladce, wiadomo, kiedy należy o nim powiedzieć na wykładach z historii fotografii. A teraz trochę nie wiem. Wydaje mi się, że najmocniejsza jest ciągle ta część uliczna, nie pozowana z lat 60 i 70. Ale te jego autoportrety, to chyba dla mnie największe odkrycie. Że to nie kilka interesujących klatek, tylko cała ogromna seria, i to ciągle trwająca. Niektóre wydają się tak-ot, z impulsu, bo refleks, bo cień. Ale niektóre totalnie zaplanowane, wykreowane. Wyglądają na naturalne, jakby ktoś inny po prostu je zrobił. Jak ten autoportret za kierownicą powstał, wiesz?



widoki z wystawy / fot. jk
Rafał: Znam to zdjęcie od dawna, ale historii powstania nigdy nie szukałem. Zawsze traktowałem to trochę jako zabawę, a co za tym idzie taką niepoważną część jego fotografowania. Jednak okazuje się, że dla niego każdy z wątków w jego fotograficznych pracach był ważnym. Czy to autoportrety, czy zdjęcia telewizorów, czy – nazwijmy to umownie – pejzaże, on to wszystko traktował jak fotografię, a nie jak jakieś tam foteczki. Czytam jego podejście, jako wieczną zabawę fotografią, ale nie taką niepoważną dla śmiechów, ale taką, która najzwyczajniej daje radość z fotografowania. Myślę, że każdy twórca kiedyś mierzy się z tym problemem, gdy czuje jakąś presję, jakiś zewnętrzny (albo wewnętrzny) przymus do tego żeby „tworzyć coś wielkiego”. Tu mamy fotografa, który mimo kilkudziesięcioletniej kariery wciąż znajduje radość w tworzeniu. Coś fantastycznego. 

Baton Rouge, Louisiana, 1998 © Lee Friedlander / Courtesy Fraenkel Gallery, San Francisco and Luhring Augustine, New York

New York City, New York, 2002 © Lee Friedlander / Courtesy Fraenkel Gallery, San Francisco and Luhring Augustine, New York


Joanna: Wyszłam z tej wystawy trochę skołowana. Oczywiście ogromna. Ale tak jak przed wejściem na tę wystawę miałam sprecyzowane czym się Friedlander zajmował, z czego jest znany, i od razu widziałam najmocniejsze rzeczy pod powiekami, tak po wyjściu strasznie ciężko było powiedzieć – co było absolutnie rozpoznawalne, czym się głównie zajmował... I jeszcze, mam takie wrażenie, że albo jest cudownym fotografem, jakiego tematu się nie dotknie – to dzieła, albo wszystko wygląda porządnie w powiększeniach na ścianie, tymczasem jest po prostu OK. Pejzaże super, kwiaty w wazonie – też, no ale czy to nie jest rozmywanie legendy? 


Rafał:
Hmm… wydaje mi się, że nawet te "okej" prace Friedlandera to są po prostu świetne fotografie. Ta mnogość tematów jakie podejmował świadczy tylko – według mnie – o jego wszechstronnych zainteresowaniach. O tym, że nie chciał być znany z tego w czym jest najlepszy, ale też chciał spróbować innych rzeczy. Jak to się teraz mawia? Rozwój zaczyna się gdy wyjdziesz poza strefę komfortu?


Joanna: No nie wiem... Rozmawialiśmy nie raz i nie dwa o fotografii rodzinnej, tak ją roboczo ujmijmy. O różnych strategiach wykorzystania swojej własnej rodziny w pracy twórczej. Nigdy jakoś nie miałam w tej grupie Friedlandera. Możesz teraz oczywiście powiedzieć, że Ty miałeś od zawsze. Te zdjęcia, sposób opowiadania o własnym życiu poprzez najbliższe otoczenie – jest dla mnie znów odkrywczy. Tak naturalny, tak zwyczajny, a jednak – nie wiem czy nie za mocno, ale prekursorski? To znaczy, że on to robił od tak dawna, publikował, tylko mnie to ominęło. W podręcznikach główny hołd składany jest mu za uliczne klatki.


widok wystawy / fot. jk


Rafał: Tak, jest tam jedno zdjęcie które spowodowało, że aż podskoczyłem. Pamiętasz zresztą pewnie ten moment, gdy podszedłem do Ciebie i powiedziałem Ci na ucho, że jest tam, w prawo za ścianą taka klata, że o ja cię kręcę. Zresztą chwilę wcześniej z mocniejszymi słowami zachwytu wysłałem jej reprodukcję mojej życiowej partnerce.
Nie wiem czy był prekursorem. Temat rodziny w fotografii mam trochę przerobiony. Wiadomo, że myślimy wtedy o Sultanie, czy obecnie o Doug’u Dubois i ich wspaniałych książkach. Nie wiem też czy Friedlander myślał o tych zdjęciach jak o „projekcie”, czy miał z tyłu głowy przeświadczenie, że poprzez to, co robi opowiada o relacjach, o „zwykłym życiu”, czy też o amerykańskiej rodzinie z tamtych lat. Może to przyszło później, gdy zebrał ten swój rodzinny album z kilku, kilkunastu lat i nagle zobaczył ten pierwiastek uniwersalnej historii, tak potrzebny w każdym projekcie o rodzinie. A może po prostu jest to jego album rodzinny, podobny do tych, które mają nasi rodzice – bo my chyba już nie – ale odróżniający się od nich przede wszystkim świadomością fotografa. Tym co fotografował, jak fotografował, które chwile postanowił podnieść do rangi fotografii.


Montana, 2008 © Lee Friedlander / Courtesy Fraenkel Gallery, San Francisco and Luhring Augustine, New York

widoki wystawy / fot. jk

Joanna: Ogromne wrażenie zrobiły na mnie te wczesne prace. Jakieś takie niepoprawne, z partyzanta, świeże, i to świeże po tylu dekadach. Zupełnie ambiwalentne uczucia miałam przy klatkach z serii „The Desert Seen”, albo „Apples & Olives” albo „Frederick Law Olmsted Landscapes” no krzaki, gałęzie, ładne to było, ale hmmmmm... Magia nazwiska? I jeszcze książka do każdej serii. W sumie to nie wiem czy narzekam, czy zazdroszczę, że to jest takie normalne w Stanach. On wydał ile, 80 książek? W tym kilka katalogów i retrospektywnych, ale to jest absolutnie kosmiczna liczba i tak?! 

Rafał: Tak, ta ilość. Do tej pory taka obfitość książek fotograficznych kojarzyły mi się głównie z Japonią. Miałem przeświadczenie, że to tam działa to w taki sposób, że co projekt to książka. To tylko świadczy o tym, jak wszechstronny był Lee.

Joanna: Gdybyś miał wybrać jedną z tych książek, tylko jedną – to którą? Od razu powiem, że potrzebuję sugestii. Ja nie umiem wybrać. „America by Car” jest genialna, ale może przez sam temat. Albo „American Musicians” to kompletny odlot. Chociaż pewnie którąś książkę z autoportretami najbezpieczniej. [takie przedświąteczne sugestie, tak?]

Rafał: Ja będę konsekwentny, którąś z książek o rodzinie. “Family in the pictures?” Może tą. Jakoś ciągnie mnie w kierunku fotografii, która jest blisko codzienności, blisko życia. Zawsze zastanawia mnie, co sprawia, że fotograf sięga po aparat dokładnie w tym – zazwyczaj nie najbardziej spektakularnym – momencie.


Joanna: A jakieś niedociągnięcia? Wiesz, ponarzekajmy po polsku? Dla mnie za ciemno. Względy konserwatorskie, oczywiście. Ale nie wiem czy muszę obcować z odbitką z lat 90tych po ciemku, czy nie wolałabym nowych printów za to w świetle. Ale to jest i tak szczyt czepialstwa. Główne moje narzekanie, to takie, że trzeba jechać do Berlina, za granicę, żeby doświadczyć tego dobra... 



widoki wystawy / fot. jk

Rafał: Tak, to prawda. Ja mam wrażenie, że w Polsce na wystawy takie jak ta się czeka, wypatruje się ich. Z kolei za każdym razem gdy trafiam do Berlina, to jest tam jakaś świetna wystawa, i tak miałem okazję „przy okazji” zobaczyć wystawę Alec’a Sotha’a, Dash’a Snow, Arnolda Newmana czy też wielką i wspaniałą retrospektywę Gerharda Richtera! I tak, wiem, że to zachód a my to Europa Środkowo-Wschodnia, ale jednak chciałoby się, by i u nas wystawy tego kalibru były bliżej standardu niż wyjątku. 
Co do niedociągnięć w wystawie, hmm… Jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że ja zawsze gubię się w „kierunku zwiedzania”, ale nigdy nie wiem czy to moja przypadłość, czy architektura wystawy jest tak myląca. Mi nie było za ciemno, zdjęcia dostały odpowiednią ilość światła, ale wiem, tak – muzyka! Wolałbym trochę głośniej ten jazzik na początku.

Joanna: Lee Friedlander na wystawie do 4 grudnia. A my się załapaliśmy jeszcze na kilka przyjemnych rzeczy. Trafiliśmy na ostatni dzień trwania wystawy Roberta Capy „Berlin 1945”. Przyznam, że miałam okazję to widzieć rok temu i pamiętam tamto olśnienie. Utrwaliło mi się teraz. Setka zdjęć z dwóch (?) wizyt w Berlinie. Dużo powtórzeń, ale nie żeby nie edytować Capy, tylko, żeby pokazać warsztat i odkryć to, co przez lata umykało kanonowi Capy. Jak odebrałeś ten wątek? To w ogóle są dobre zdjęcia?


Widoki z wystawy "Robert Capa. Lato 1945" / Ausstellungsblick_Robert Capa. Berlin Sommer 1945_(c) Foto Anna Fischer

Widoki z wystawy "Robert Capa. Lato 1945" / Ausstellungsblick_Robert Capa. Berlin Sommer 1945_(c) Foto Anna Fischer

Rafał: Dobra, ale co to znaczy „dobre zdjęcia”? Że są ostre? Proste? Dobrze naświetlone? Kompozycja jest ok? Trochę zaczepnie odpowiadam, ale pamiętajmy, że każda fotografia zyskuje z czasem. Jeśli do tego została wykonana w ważnym momencie – życia, historii – to jest to już powód dla których jest cenna. I tak, oglądanie tej wystawy, w pomieszczeniach starej, częściowo zniszczonej podczas II wojny światowej synagogi, to wspaniałe doświadczenie na wielu poziomach. Same zdjęcia, to bardzo dobra, solidna reporterska robota. Jest kilka perełek, a tą która mi najbardziej zapadła w pamięć jest perełka z kolczyka pani z jednego zdjęcia, wiesz którego? Siedzi to we mnie tak, że chcę coś o tym napisać i pewnie niebawem to zrobię. Cieszę się też, że kurator trochę się „lenił” i nie zrobił swojej selekcji zdjęć. Jest ich po prostu za mało by odbierać widzom możliwość obcowania ze wszystkimi.

Joanna: Kiedy widziałam tę wystawę za pierwszym razem, to z totalnego szoku, w ogóle nie zainteresowałam się miejscem, samą Nową Synagogą. Podpytuję o reakcję na Capę, bo mam oczywiście swoje tropy. Kuratorka wystawy - Chana Schütz, wspominała mi w korespondencji, że mogła na wystawie pokazać 120 prac pochodzących z 28 stykówek, czyli mniej więcej z liczby 600 zdjęć. Czyli jednak było dużo edytowania, a wrażenie, że się podgląda warsztat fotografa było osiągnięte! O sposobach na pokazywanie Capy to jeszcze nie raz będziemy rozmawiać, mam nadzieję :)


Widok z wystawy "Robert Capa. Lato 1945" / Ausstellungsblick_Robert Capa. Berlin Sommer 1945_(c) Foto Anna Fischer

Joanna: Tymczasem, byliśmy w Berlinie 24 godziny, gdyby nie noc i przerwa w działaniu galerii, pewnie udałoby się coś więcej jeszcze obejrzeć. Odkryliśmy – dzięki Kubie Dąbrowskiemu – niesamowitą twórczość Andyego Sewella. Andy Sewell Jesteś pewnie po lekturze jego albumu „Known and Strange Things Pass” i jak? 


Rafał: I to po wielokrotnej. Kuba odkrył przed nami skarb. Mała galeria i tak wspaniała, spokojna, cicha i pełna przestrzeni do interpretacji wystawa. To jest fotografia, która niemal idealnie wpisuje się w to, jak ja ją obecnie rozumiem. Sama książka jest też wspaniale wydana, z przemyślanym, ale nieprzekombinowanym designem. Skupiasz się na zdjęciach, na tym co pokazują, i na tym co ukrywają. Wspaniałości!




widok wystawy / Robert Morat Galerie / fot. jk

Joanna: Wystawa szalenie przyjemna, kameralna, ciekawa przestrzeń i świetnie wykorzystana. ROBERT MORAT GALERIE / Andy Sewell | Known and Strange Things Pass — BERLIN PHOTO WEEK W ogóle to jest chyba najlepsze w tym (i innych miastach zachodnich) mnogość malutkich galerii, w których po prostu są świetne nieduże wystawy i znakomite prace. Podobnie dotarliśmy za przewodnictwem Kuby do malutkiej Michael Reid Gallerie. A tam, Trent Parke! The Crimson Line - Art Exhibition - Michael Reid Gallery Pomysłowo pokazane (większa część serii wisiała w jednym pasie - fryzie dookoła galerii). W drugim pomieszczeniu - chyba biurowym - dopiero duże formaty prac. Niedosyt nieprawdopodobny. Ale to taki przykład serii, która na mnie działa w galerii, ale już nie w książce. Pewnie mi zaraz powiesz, jak bardzo jestem w błędzie...


Rafał: Nie wiem czy od razu w błędzie, po prostu patrzysz przez filtr siebie – i to chyba w sztuce jest najcenniejsze, że trafia do każdego w inny sposób (może też nie trafiać wcale, zdarza się). Myślę, że nie powinienem się tu wypowiadać, bo jestem totalnym fanem Trent’a Parke’a. Mam wrażenie, że jest to jeden z tych fotografów, który nie wiem czego by się nie dotknął, to robi to wspaniale. Już od “Dream / Life” - gdy jako absolutny świeżak w fotografii spędzałem dosłownie godziny zastanawiając się: jak on to zrobił? – poprzez „Sold Out” czy też „Christmass Tree Bucket”, ja kupuję od niego wszystko. Z tego powodu pozostawię sobie tu prawo do milczenia. 




 widok wystawy / Michael Reid Berlin / fot. jk


Joanna: Ha! “Czego by się nie dotknął, to robi to wspaniale” my ciągle o tym samym rozmawiamy, podmieniając tylko nazwiska ;) 

Na koniec jeszcze skorzystam z publiczności. Przeszukałam internet, i nie umiem odnaleźć. Otóż zaraz przy C/O, w bocznej uliczce Yvy Bogen wiszą zdjęcia, jest cała seria znakomitych portretów – przede wszystkim muzyków. Mam poczucie, że te zdjęcia znam, widziałam. Ale to może być powidok, bo tak znane buzie przecież. Wiszą bardzo wysoko, na metalowych płytach, które też niesamowicie odbijają światło. No i nie wiem kto jest autorem/autorką. Może ktoś z czytelników pomoże w tej kwestii? Nie wygląda, żeby to była czasowa sprawa, więc gdyby ktoś zajrzał do Berlina, to zaraz przy stacji ZOO – idźcie i cieszcie oczy ☺ 






Rafał: Ja nie wiem i szczerze mówiąc słabo je pamiętam, bo byłem już wtedy strasznie głodny i myślałem tylko o wegańskiej kaczce, gdy Ty pełna zachwytu oglądałaś i fotografowałaś doprowadzając mnie na skraj wycieńczenia. ;-)


Joanna: Wycieńczenia?! Przy takim świetle jak tam wtedy?! Widzę, że mamy odpowiedź na pytanie co to są dobre zdjęcia, a raczej kiedy widz je może docenić. Na głodnego nie można sztuki doświadczać. Dziękuję za rozmowę i sprawdzamy z wyprzedzeniem co będą pokazywać w Berlinie :)


Rafał: Dziękuję! Do Berlina można jechać w ciemno, tam zawsze jest coś do obejrzenia.


Joanna: Owszem! A tu najłatwiej sprawdzić: Photography in Berlin



sobota, 13 listopada 2021

American Photography. Pozycja obowiązkowa czy nie tędy droga?

 

Gregory Crewdson, Untitled, 1998–2002, The Albertina Museum, Vienna – The ESSL Collection, Photo: Mischa Nawrata, Vienna © Gregory Crewdson. Courtesy Gagosian

„American Photography” ogromna wystawa, około 180 prac. Super znane nazwiska, super znane zdjęcia. Od 24 sierpnia do 28 listopada 2021 w Albertinie w Wiedniu. Joanna Kinowska i Tomek Kubaczyk rozmawiają o wystawie. American Photography « The Albertina Museum Vienna

Joanna: Rozmawialiśmy w drodze, rozmawialiśmy na miejscu – w galerii, i teraz porozmawiajmy po i dla innych, do przeczytania. „Great Expectations” – „Wielkie nadzieje”? 

Tomek: Przyznam, że nadzieje były. Wprawdzie nastawiałem się na klasycznie zrobioną wystawę klasycznej fotografii, ale po cichu liczyłem na ciekawe pokazanie jakiegoś wątku amerykańskiej fotografii. Wątku, gdyż nie oczekiwałem, że dostaniemy w tych kilku pomieszczeniach wyczerpującą opowieść o amerykańskiej fotografii, ale jednak liczyłem na coś więcej niż: „patrzcie co mamy i co nam się udało zebrać”. A trochę tak wyszło.

Joel Meyerowitz, Red Interior, Provincetown, 1977, Ambassador Trevor Dow Traina © Joel Meyerowitz, Courtesy Howard Greenberg Gallery

(dokumentacja wystawy, fot. tk)

Joanna: Słyszeliśmy o tej wystawie, zanim tam dotarliśmy, że jest świetna. Ale nie miałam jakichś szczególnych nadziei, na jakieś wow podsumowanie czym jest i jaka jest amerykańska fotografia. Po prostu byłam pewna, że pooglądamy sobie w oryginale (mam na myśli w realu i oryginalnych formatach) świetne zdjęcia. I tu absolutnie pełna satysfakcja. Oczy się cieszyły same. Ba, pierwszy chyba raz zrobiłam sobie selfie na wystawie ze zdjęciem, serio serio. To coś znaczy!

Masz jakieś jedno zdjęcie z tej dwusetki, które Cię totalnie wgniotło w ziemię?

Tomek: Dokładnie tak! Słyszałem, że na wystawie są głównie nowe printy zrobione na wystawę, tymczasem większość prac to jednak oryginalne fotografie z różnych kolekcji Albertiny uzupełnione wypożyczeniami z kolekcji byłego Ambasadora USA w Austrii Trevora D. Trainy. I zobaczenie ich w takiej liczbie to była sama radość. Wszystko czytelne, żadnych przeszkadzających blików, przestrzeń na odejście i podejście. Nie mam uwag co do tego w jaki sposób technicznie zaprezentowano te zdjęcia. Dzięki temu można było bez przeszkód się w nie wpatrywać. Nie wiem czy któreś mnie wgniotło w taki odkrywczy sposób – w końcu to kanon. Znamy prace, znamy autorów.

Ale np. historia Gillesa i Gotscho pokazana przez Nan Goldin zawsze odbiera mowę. W Albertinie zobaczyliśmy 10 dużych zdjęć tej opowieści o miłości, czułości, smutku, chorobie, oczekiwaniu na śmierć. Każdy z nas zna tę opowieść, ale i tak za każdym razem – żeby użyć tego sformułowania wgniata w ziemię. Tym bardziej gdy tę poruszającą historię o miłości między partnerami sprzed 30 lat skonfrontujemy z obecną oficjalną narracją o LGBT w Polsce.

 (dokumentacja wystawy, fot. jk)
(dokumentacja wystawy, fot. tk)

Joanna: No właśnie, silne emocje, a nie odkrycie (potem będzie i o odkryciach). Mi się chce płakać za każdym razem jak widzę zdjęcia Saula Leitera. One zawsze są tak niepozorne, skromne, a tak bardzo zatrzymują. A było w Albertinie całkiem go sporo. Osobno te „klasyczne”, a osobno z serii „Early color”. No i to przy jednej z jego prac mam właśnie selfie ;)  Ale też takich łez szczęścia to miałam więcej na wystawie. 

Tomek: Silne wrażenie zrobiły na mnie trzy zdjęcia Joela Sternfelda. Również znane – jedno z nich, to płonącego domu z McLean z 1978 znalazło się nawet na okładce jednego z jego albumów („American Prospects” z 1987 roku) – a jednak w tym układzie i tej wielkości mnie zachwyciły. Zdjęcia różnego rodzaju wypadków czy katastrof (płonący dom, osunięcie ziemi,  zbiegły, wyczerpany słoń na środku drogi) możemy oglądać jak amerykański pejzaż, z oddalenia, na chłodno, praktycznie bez akcji. Wypadki są elementem zdjęcia, owszem budują obraz, ale w gruncie rzeczy oglądamy coś obok. Dom płonie widzimy trwającą akcję gaśniczą, ale to tło, na pierwszym planie mamy strażaka wśród dyń przy sklepiku z produktami z farmy. Co tu robi? Dlaczego nie gasi pożaru tylko stoi z dynią pod pachą? Sytuacja wręcz surrealna.

Joel Sternfeld, Red Rock State Campground, Gallup, New Mexico, September, 1982, The ALBERTINA Museum, Vienna – Permanent loan from the Austrian Ludwig Foundation for Art and Science © Courtesy Joel Sternfeld and Buchmann Galerie, Berlin 2021

Joanna: Mnie tak bardzo zatrzymało zdjęcie, w sumie wszystkie prace Philipa Lorca-diCorcia. Ale jedno bardziej. Pochodzące z serii „Hustlers” (o czym podpisy nie wspomniały akurat): „Michael Jenson, 19 lat, Dallas, Texas; $20 i Jerry Ime, 18 lat, Wichita, Kansas; $20”. Wydawało mi się, że tę serię dobrze znam. Tej pracy jednak nie widziałąm wcześniej. Jest zupełnie zjawiskowa. Ilośc mikrohistorii, które tu się rysują. Ci chłopcy siedzący na tej samej ławce, ale jakby w innych czasoprzestrzeniach. Jeszcze ich stałość, zastygnięcie, bezruch, zderzone z ruchem aut. Mam tu i powidoki z Leitera i z Lartigue’a! Ale też to zdjęcie, razem z datą, ubraniem modeli – gdzieś mnie przenosi w świat muzyki, teledysków. Ta scena robi z modeli, znów młodych zwykłych chłopaków, którzy prędzej jadą na koncert czy imprezę, a nie czekają na klienta.

(Philip Lorca-diCorcia, „Michael Jenson, 19 lat, Dallas, Texas; $20 i Jerry Ime, 18 lat, Wichita, Kansas; $20”.z dokumentacji wystawy, fot. jk)

Joanna: Wystawa jak podręcznik. Tak znane prace. A mi jednak – ale dopiero dobre kilka dni po wyjściu stamtąd, zaczęło coś przeszkadzać. Zastanowiłam się, czego mi tam brakowało.

Odruchowo powiedziałam, że Parksa. Bo od kilku lat po prostu sobie nie wyobrażam inaczej. Ale ten Parks to tylko takie hasło wywoławcze. Patrz, w ogóle wątek nie-białej fotografii pominięty. Było, owszem, o socjologii trochę, dokumentowaniu, ale takiego stricte reportażu nie było. W ogóle trochę mnie wybił ten wątek Farm Security Administration, skąd oni tam nagle? Skąd Weegee? A jeśli idziemy tak, no to brakuje nawet Margaret Bourke-White, Dorothei Lange, Lee Miller, nie mówiąc o „połowie” Magnum. No ale dobrze, gdyby nawet koncentrować się na tym – wedle tekstu wstępnego – po 45 roku, w takim układzie Gordon Parks czy Eugene Smith to konieczność, a Eve Arnold, Berenice Abbott czy Eshter Bubley? A potem patrzę jeszcze raz na listę i myślę – no coś bardzo poszło nie tak. To faktycznie podręcznikowa wystawa, tylko taka robiona dwie dekady temtu – kiedy jeszcze można było tak robić. 5 kobiet tylko?! Diane Arbus, Cindy Sherman, Lisette Model, Nan Goldin i Tina Barney. Nie rozumiem kompletnie klucza wyboru... A czego Tobie zabrakło?

Tomek: Ja na przykład nie rozumiem tego jednego zdjęcia Ansela Adamsa. Niby do części „Topografie”, niby pasuje, ale według informacji prasowych mamy zobaczyć Stany Zjednoczone poprzez pokazanie mieszkańców i ich środowisk. Mamy uchwycić kraj poprzez jego uwarunkowania polityczne i społeczne. Co więc tam robi 1 (słownie: jeden) pejzaż Ansela Adamsa? No, a jeżeli pejzaż i Adams to dlaczego nie ma reszty grupy f/64?  Choćby takiej Imogen Cunningham czy Edwarda Westona bardziej pasujących do tematu topografii w kontekście socjologicznego środowiska człowieka. Niewątpliwie z punktu widzenia amerykańskiej fotografii pejzaż lat 20-40 był po piktorializmie czymś nowym, ale w takiej reprezentacji i czy na pewno na tej wystawie? Wygląda jakby ktoś uznał, że skoro już ma to zdjęcie to dlaczego go nie pokazać? Tak samo widzę sytuację z Weegem i z Farm Security Administration (FSA). Mamy to – więc pokażemy.

Joanna: Powstrzymałbyś się? ;) 

Tomek: Jasne! I tak w każdej sekcji. Np. w „Portret jako lustro społeczeństwa” świetnie, że mamy Lisette Model czy Larry’ego Finka. Znajdziemy też Arbus, no bo jakby mogło jej nie być, a potem potem wchodzi Avedon. No ładne te zdjęcia i jedne z jego pierwszych, ale raczej widziałbym tam coś z jego „In the American West” albo ze „Small Trades” Irving Penna, jeżeli koniecznie szukamy studyjnych porterów spod ręki wielkich nazwisk.

W części o społeczeństwie „Social Landscape” mamy Franka, Kleina, Friedlandera, Winogranda, Evansa. Wydaje się, że trudno narzekać. Ale chętnie bym tu zobaczył jeszcze choćby Helen Levitt, Mary Ellen Mark czy Vivian Maier (tak, kobiet brakuje na tej wystawie!) Ale jeszcze bardziej brakuje mocnych reportaży społecznych np. wspomnianego przez Ciebie Parksa albo mocnych  zdjęć np. Larryego Clarka czy Susan Meiselas (drobna uwaga - w tym samym czasie w Kunst Haus w Wiedniu można obejrzeć i "Carnival Strippers" i "Prince Street Girls"). W ogóle bardzo grzeczne (nie mylić z lekkie) są te zdjęcia z Albertiny. 

Cindy Sherman, Untitled Film Still, 1980,  Albertina, Wien - The ESSL Collection, Foto: Franz Schachinger © Cindy Sherman

Garry Winogrand, Beverly Hills, California, 1978, ALBERTINA, Wien © The Estate of Garry Winogrand, courtesy Fraenkel Gallery, San Francisco

Tomek: Ale to czego też nie rozumiem to wrzucenia Nan Goldin i jej opowieści obok Crewdsona i Sherman w sekcji „Autobiographical Documentation and Filmic Fiction”. To jest przecież w kosmicznych odległościach od siebie. Ja rozumiem, że Sherman wcielając się w role pokazuje jak funkcjonuje i czym jest kobiecość jako pewien konstrukt, no ale Crewdson? 

I wreszcie skoro mamy zdjęcie  Ryana McGinleya z 2010 roku czy  Crewdsona z 2004 to otwierają się nam zupełnie nowe możliwości! Nie szukając długo Nina Berman z jej „Homelandem" to przecież portret Ameryki lat 2000. Albo Todd Hido czy Richard Misrach (zresztą Misrach i tak mógłby się pojawić) w części krajobrazie. W ogóle wyjście poza rok 2000 zmienia wszystko. A przecież to nie jedyne problemy tej wystawy.

Joanna: A to nie było podziału na sale z kolorem i czarnobielą? ;)

Żartuję, chociaż momentami – właśnie z Nan Goldin tak to wyglądało. Chociaż może – chodziło o zaprezentowane obok prace diCorcii? Wiesz, tu LGBT i tu, żeby zainteresowany tematem widz, nie musiał łazić po całej wystawie.

Ale słuchaj, teraz najlepsze! Zastanawiam się co tam robią prace z lat 1930tych, prawda? Wchodzę jeszcze raz na stronę i nie przełączyłam języka na angielski. Leci w oryginale, bo chciałam tylko listę autorów podejrzeć...a tam zupełnie inny tekst o wystawie :D Ale jaja! I tam wyjaśnienie, że wystawa dotyczy lat 1930-2000-ych. Ktoś tu się zdrowo pogubił, mam wrażenie.

Tomek: Na całej linii.

Joanna: A jakieś odkrycia?

Tomek: Trudno o zupełne odkrycia w podręczniku. O Sternfeldzie wspominałem, to jeszcze dodam do tego Lewisa Baltza i Roberta Adamsa. Latami jakoś ich omijałem, niby zawsze przy okazji New Topographics się pojawiali, niby super znani, ale jakoś mi umykali. Tu popatrzyłem na nich trochę dłużej i z przyjemnością do nich wrócę. Zaintrygowały mnie minimalistyczne zdjęcia Baltza.
Podobnie Mitch Epstein. Pamiętałem go ze zdjęć z Indii, ale z cyklu
„Recreation” lepiej kojarzyłem chyba tylko jedno zdjęcie.

Joanna: Wiesz, ja mam nazwiska na tej wystawie, które musiałam wyguglać: William Christenberry się do nich w pierwszym rzędzie zalicza. William Christenberry - Wikipedia

Nie znałam też prac O. Winstona Linka O. Winston Link - Wikipedia i to jest całkiem ciekawe odkrycie. Ale prawdziwym odkryciem, tak naprawdę były dla mnie rozmiary tych prac, które już znałam. Za każdym razem, głównie z malarstwem tak mam – bo tam format pracy jest zadany z góry, prawda? Kiedy gdzieś trafiam na jakieś dzieło, o którym się uczyłam na studiach, było na slajdach albo (najlepiej w czarnobieli) w jakiejś książce (tak, studiowałam przy raczkującym internecie, kiedy nie było tam jeszcze całej historii sztuki w dużej rozdzielczości) – to zwykle przeżywam szok. Że to dzieło jest trójwymiarowe w sumie, że pociągnięcia pędzla takie, albo że format – taki duży, taki mały. No szok. I tu też tak miałam. Trudniej o to na wystawie fotografii, bo przywykłam do sytuacji, w której produkujemy prace na wystawę, mogę sobie formaty wybrać i coś z nich zbudować. Tutaj nie było tej sytuacji, tu były prace w formatach zadanych wcześniej, przez autorów, może galerie, może.... Więc mnie to wgniotło w ziemię – zobaczenie „Heads” Philipa Lorca-diCorcia. Nieprawdopodobne! A były tylko trzy prace z tej serii. No absolutny szok!  

Philip-Lorca diCorcia, Head #01, 2000, Albertina, Wien – The ESSL Collection, Foto: Mischa Nawrata © Philip-Lorca diCorcia


(dokumentacja wystawy, fot. jk)

Joanna: Brak katalogu. A potrzebny jest w ogóle? Im dłużej myślę o tym, to dochodzę do wniosku, że zupełnie zbędny. Kiedy się odepchnie to przyzwyczajenie (heh), że na świecie wielka wystawa to i katalog – to myślę, że ta wystawa ma tak ogromne braki w samym haśle wywoławczym, że nie wiem po co mi katalog. Prace, które pokazano znajdują się w każdej „Historii fotografii”, z grubsza oczywiście. Resztę chyba lepiej wyjąć sobie z książek indywidualnych twórców... Co sądzisz?

Tomek: A wiesz, że katalog to nawet był, tylko jest wyprzedany od dawna? Na ponad miesiąc przed końcem wystawy! SOLD OUT - American Photography | Albertina Online-Shop

Joanna: Wow, no to zmienia zasadniczo moje pytanie. Ok, wydany w 2020, czyli coś pandemicznie się przesunęło widać.

Tomek: No widzisz, widocznie ludzie jednak chcą mieć klasykę w domu. I chyba tak patrzę na tę wystawę. Każda osoba interesująca się fotografią zna te zdjęcia i tych autorów (chociaż nawet zainteresowani studenci i kursanci fotografii przyznali, że o jakichś nazwiskach słyszą po raz pierwszy!) To wystawa hitów dla coś-tam-wiedzących-o-fotografii, ale nie za dużo.
Ale zgodzę się z tym, że tak jak wystawa nie pokazuje tego, co deklaruje w tytule tak i katalog nie miałby szansy tego pokazać. To co najwyżej punkt wyjścia do dalszych eksploracji.


Lee Friedlander, New York City, 1963, The ALBERTINA Museum, Vienna – Permanent loan from the Austrian Ludwig Foundation for Art and Science © Lee Friedlander, courtesy Fraenkel Gallery, San Francisco, and Luhring Augustine, New York

Lisette Model, Singer at the Metropole Cafe, New York City, 1946, ALBERTINA, Wien | © 2021 Estate of Lisette Model / Courtesy Baudoin Lebon Gallery, Paris and Keitelman Gallery, Brussels

Joanna: Pojechać i chłonąć te prace w realu, po to jest ta wystawa. I tu zaspokaja wszystkie potrzeby J Wspaniale wyeksponowane, ramy, oświetlenie, absolutna perfekcja. Nie za dużo na ścianach. Mocna klasyka w sposobie wystawienia. I to jest, powiem Ci, taka ulga. Kiedy skupiasz się tylko na zdjęciach, tylko na pracach. Ok, jedna Arbus była pofalowana ;)

Jak to dla Ciebie wyglądało? Część prac była nowymi, w miarę nowymi, wydrukami, na pewno zwróciłeś na to uwagę.

Tomek: Jeżeli chodzi o jakość zdjęć to wszystko było na absolutnym topie. Wysokie pomieszczenia pozwalały dobrze ukierunkować światła, nie było w zasadzie żadnych odbić. A te nieliczne, które się pojawiały były minimalizowane przez użycie szkła muzealnego. A wszystko to w odpowiedniej przestrzeni z możliwością odejścia  i podejścia do każdej pracy, z miejscami do siedzenia w niektórych salach. Wszystko to stwarzało idealne wręcz warunki do oglądania zdjęć. I jeżeli ktoś chce oglądać mistrzowskie fotografie – to na tej wystawie znajdzie wszystko co mu do tego jest potrzebne. Do tego same prace to były świetne odbitki albo wydruki.

Jak pamiętasz kilka dni wcześniej oglądaliśmy prace znanej hiszpańskiej fotografki, również pięknie wydrukowane w dużych formatach – niestety skóra na zdjęciach pełna była śladów po niezbyt udanej postprodukcji. W Albertinie wszystko było na najwyższym poziomie.
Muszę teraz to podkreślić - mimo całego mojego wcześniejszego utyskiwania - pojechałbym jeszcze raz po to, żeby pooglądać te wszystkie prace na papierze w tamtych warunkach.


Nan Goldin, Jimmy Paulette on David's Bike, NYC, 1991, 1991, Albertina, Wien - The ESSL Collection © Nan Goldin. Marian Goodman Gallery | Photo: Peter Kainz

(dokumentacja wystawy. fot. jk)

Joanna: Jeszcze mnie jedna rzecz drażniła. No, muszę! Podpisy! To była klasa “Podpisy w MOCAKu”. Przeczytałam ze dwa i no już dzięki. Może dlatego, że większość prac znałam, ale to nie były li tylko wyjaśniające podpisy. Masz od razu interpretację dodaną. Po co? Dlaczego? Na prawdę nowy widz wymaga takiej łopatologii? Niepokojące to jednak.

Tomek: Zgadzam się, że opisy były podaniem wyjaśnienia na tacy. To niepotrzebne. Z drugiej strony im dłużej myślę o tej wystawie tym bardziej, widzę ją jako podręcznik do amerykańskiej fotografii. Przynajmniej w zamierzeniu. Ona nie ma stawiać pytań, ona od razu odpowiada, nie zostawia przestrzeni na własne interpretacje. Miejscami to nawet dobrze, bo jednak nie wszystkie zamierzenia udało się przejrzyście zrealizować. Ale wolałbym jednak aby dało się takie wystawy oglądać na kilku poziomach. Żeby przejście po wystawie budowało czytelną opowieść na poziomie wizualnym pozostawiając możliwości interpretowania oglądającemu. Dla chcących się wgłębić powinny być opisy rysujące problem, ale bez prostych rodem z podręcznika tłumaczeń. I wreszcie dla potrzebujących wyjaśnień powinien być kolejny poziom (może w katalogu, czasami w multimediach) pokazujący jak ów problem jest wyjaśniany, albo jak widzi go kurator. Dzięki temu można przejść wystawę na kilka sposobów nie zamykając drogi do własnych przemyśleń od razu na wstępie.

Joanna: Te refleksje o pogubionej idei, o trudzie interpretacji takiego akurat wyboru, prowadzą mnie w ogóle do pytania o kuratora. Strasznie trudno odnaleźć tę postać w materiałach prasowych. To nie model włoski, że „a cura di” występuje nawet przy wykładzie i każdorazowym spotkaniu w galerii. No ale, żeby tak pominąć kuratora? A mam kilka uwag, właściwie to jedną, powtarzającą się na tej wystawie dość mocno: znów ta łopatologia. Dwa zdjęcia obok siebie – na obydwu ekrany telewizora. Clever! Albo na jednym motocykliści, a na drugim szeroka i daleka droga asfaltowa pośrodku niczego. Mnie te zestawienia raczej drażnią. A Ciebie?

Tomek: Kilka lat temu pracowałem przy książce polskiego autora, który takim właśnie kluczem budował opowieść i rozkładówki w swojej książce. Zdecydowanie nie tędy droga. Wizualna i treściowa zbieżność to słaby klucz do budowania książki, ale nie sprawdza się też na wystawie. Monotonia i łopatologiczne tworzenie oczywistości to prosta droga do zabicia tematu. Na szczęście na wystawie nie było aż tak dużo tego typu sytuacji. Podział na tematy, pomieszczenia i autorów oraz raczej małe zagęszczenie prac sprawiał, że takich wątpliwych sąsiedztw nie było wiele.

Dla mnie większym problemem był wybór prac poszczególnych autorów tudzież dobór samych autorów i późniejszy podział na tematy. Gdybając - domyślam się, że kurator, który ma kilka dużych wystaw na swoim koncie (mi.in. wystawy Lewisa Baltza, Lee Miller czy Roberta Franka) w pewien sposób był ograniczony zbiorami Albertiny i kolekcją byłego Ambasadora USA w Austrii Trevora Trainy. Podział na tematy jest już podręcznikowy; 1. Portret jak lustro społeczeństwa 2. Pejzaż społeczny 3. Topografie 4. Wizje w kolorze 5. Dokumentacja autobiograficzna i fikcja filmowa. Przyporządkowanie do tematów też jest podręcznikowe. Zapewne dlatego zdjęcia Nan Goldin znalazły się w części autobiograficznej. Ale czy na pewno cykl o Gillesie i Gotscho pasuje do tej sekcji?

Joanna: No mówię Ci, nie sekcja, ale łopatologia była silniejsza. I wspomniałeś jeszcze Lee Miller, też jej brakuje, a jakby nie patrzeć urodziła się i wychowała w Stanach.

Porzuciłam czytanie opisów, przyznam bez bicia. Dlatego odebrałam tę wystawę bardziej jako układ chronologiczny, z grubsza, a właśnie nie tematyczny. 

Dzięki za wspólne oglądanie, ba, za pomysł, żeby się tam zjawić, przy okazji wizyty na OFF Bratislava. Dziękuję za rozmowę i Witamy w ekipie "Miejsca fotografii"

Tomek: Dziękuję i dziękuję za rozmowę.

Robert Adams, Private Home, Colorado Springs, Colorado, 1968-1971,  The ALBERTINA Museum, Vienna – Permanent loan from the Austrian Ludwig Foundation for Art and Science © Robert Adams, courtesy Fraenkel Gallery, San Francisco

Stephen Shore, West 9th Avenue, Amarillo, Texas, October 2, 1974, ALBERTINA, Wien © Stephen Shore. Courtesy 303 Gallery, New York


Na wystawie prezentowane są prace następujących artystów: Ansel Adams, Robert Adams, Diane Arbus, Richard Avedon, Lewis Baltz, Tina Barney, William Christenberry, John Coplans, Gregory Crewdson, Philip-Lorca diCorcia, William Eggleston, Mitch Epstein, Walker Evans, Larry Fink, Robert Frank, Lee Friedlander, Nan Goldin, Paul Graham, William Klein, David LaChapelle, Saul Leiter, O. Winston Link, Ryan McGinley, Ray K. Metzker, Joel Meyerowitz, Lisette Model, Cindy Sherman, Stephen Shore, Alec Soth, Joel Sternfeld, Larry Sultan, Weegee, Garry Winogrand



wtorek, 13 lipca 2021

Cortona On The Move 2021 "Perfect Photofestival" ?

Tak, minęło sporo czasu. Były archiwa wyjmowane, opisywane. Ale w końcu się lockdown skończył i chaotycznie czas zaplanował z wystawami, książkami, spotkaniami. Wiele też zmian, kierunków i pomysłów - idą opornie, ale wierzę, że w końcu ruszą :) 


Tymczasem, czy znacie lepszy czas na rozpoczęcie projektu polegającego na odwiedzeniu 10 festiwali fotograficznych na świecie - jak marzec 2020? Ale w końcu, z ponad rocznym poślizgiem, projekt "Perfect Photofestival" rusza. 

Pierwszym przystankiem jest Cortona, niewielkie i urokliwe toskańskie miasteczko (czy są tam nieurokliwe?). Jedziemy z ekipą Służewskiego Domu Kultury obejrzeć jak się robi idealny festiwal. Sprawdzimy jak oni sobie poradzili z najnowszymi wyzwaniami. Projekt "Perfect Photofestival" realizowany jest przez SDK w ramach PO_WER: PONADNARODOWA MOBILNOŚĆ KADRY NIEZAWODOWEJ EDUKACJI DOROSŁYCH / FRSE. 

"We Are Humans" duże i mocne hasło przewodnie całego festiwalu. Nazwiska pierwszoligowe. Projekty raczej nowe. "Cortona On The Move" pokazuje od lat najnowszą fotografię, współczesne projekty. Tym bardziej mnie cieszy i ciekawi sięgnięcie do archiwów "The Publifoto Archive". 

Strona festiwalu: https://www.cortonaonthemove.com/

Część wydarzeń ma być streamingowana, także zajrzyjcie obejrzeć, na bieżąco pewnie tu będzie wszystko się działo: Cortona On The Move | Facebook

O festiwalu jak i o projekcie jeszcze nie raz usłyszycie. :)


© Stephanie Gengotti / Cortona On The Move 2021

© Paolo Pellegrin / Cortona On The Move 2021

© Francesca Todde / Cortona On The Move 2021

© Alessandra Sanguinetti  / Cortona On The Move 2021

© Alec Soth / Cortona On The Move 2021

Archivio Publifoto Intesa Sanpaolo / Cortona On The Move 2021

© Hannah Reyes Morales / Cortona On The Move 2021

sobota, 30 maja 2020

Rekwizyt: krzesło


Jan Idzikowski, Portret sióstr, Warszawa 1901-1905 / z archiwum jk

Niebawem dzień dziecka. Zaglądam w archiwa, czy może coś interesującego w temacie znajdę. No i mam, coś frapującego. Znajduję zabawne, ciekawe, dziwne - krzesło. A obok kolejne, a potem jeszcze jedno. I to już nie jest w sumie o dzieciach. Zawężam wybór, bo moglibyśmy oglądać te krzesła jeszcze długo. Cała historia z dzieckiem na krześle trzymanym przez dorosłą niewidoczną osobę - "hidden mother" - też dziś odpuszczam. Wybieram tylko z folderu zdjęć gabinetowych powstałych w Polsce. Dziś Łódź i Warszawa. A potem idę do mapy i robi się jeszcze ciekawiej. 

Zacznijmy od rodzeństwa. Dwie siostry. Trzymają się za ręce. Skoncentrowane i poważnie patrzące w obiektyw. Niesamowicie duża głowa starszej damy. A jeszcze bardziej niezwykły jest jej strój! Trzewiki, potem skarpetki kraciaste? Wygląda trochę jak mundurek, z białym koronkowym kołnierzem. Historycy ubioru właśnie mnie przeklinają, bo te elementy z pewnością mają swoją historię i właściwe nazwy. Ale ja miałam pisać o krześle. 

Studio fotograficzne w XIX i w pierwszej ćwierci XX wieku zawsze było wyposażone w ciekawe rekwizyty. Oczywiście te największe miały swoje różne garnitury mebli, rozmaite tła, u Rzewuskiego w Krakowie była podobno nawet fontanna. Ale choćby to było najskromniejsze i najmniejsze możliwe studio - to krzesło być musiało. Im większa przestrzeń, im bogatsze studio, tym się tu zaczynają ciekawe historie. U Jana Idzikowskiego w Warszawie tło malowane. Kolumna w tle, znaczy będzie doniośle, oficjalnie, nawiązując do malarstwa oczywiście. Konieczna kotara, bo bez niej nie uchodzi sama kolumna. Wszystko to wymalowane, jeśli uważnie spojrzymy w miejsce gdzie się ta kotara powinna zetknąć z podłogą. Wrażenie trójwymiarowości, dalekiego planu zostało osiągnięte. Ale ja miałam o krześle!

Krzesło nawiązujące budową do krzesła konsularnego bez oparcia, służy w tym zdjęciu trochę za drabinkę, podest, stołek, wywyższenie po prostu. Żeby młodsza młodzież była wyżej. Służyła, między innymi, wygodnemu utrzymaniu dziecka w pozycji siedzącej. Zadanie spełnia. Siostra trzyma, bardziej ukazując relację, niż faktycznie zapobiegając upadkowi czy przewróceniu. 
Kiedy to zdjęcie powstało? Bo już wiemy, że w Warszawie. Można próbować zawężać analizując ubiór, ale ja właśnie idę na ulicę Erywańską po odpowiedzi. Pod numerem 14tym na Erywańskiej mieścił się w końcu XIX wieku zakład "Conrad". Tenże zakład w 1901 wykupił Jan Idzikowski i zmienił nazwę [Leksykon fotografów warszawskich]. W tym miejscu zakład Idzikowskiego istniał do 1905 roku. A zatem fotografia sióstr powstała między 1901 a 1905. Tu trzeba wspomnieć, że rewers pusty. A to jednak dziwne. Na rewersie, co widać poniżej, umieszczano informacje adresowe i wszystkie zdobyte tytuły i medale. Może Idzikowski ledwo otworzył zakład, że jeszcze z tyłu pustka? 
Ulicy Erywańskiej już dawno na mapie Warszawy nie ma. To dawna ulica Kredytowa. Szukam widoku od ulicy na stronach Fotopolska.eu i znajduję tutaj. Podobno to trzeci budynek, najniższy i dziś już nieistniejący. Ale chyba wróćmy do krzeseł...


Antoni Piotrowski, Portret dziecka, Łódź 1909-1914 / z archiwum jk

Każdy współczesny rodzic wie, na co patrzy. Oczywiście, że to stolik do karmienia. Wiadomo! Pulpit zintegrowany z krzesłem, wyższe brzegi, żeby jedzenie nie spadło. Dziecko w miarę siedzi w jednym miejscu, co jest samo z siebie nieocenionym udogodnieniem przy posiłkach. Dzisiejsze wersje zakładają regulację wysokości, kątu odchylenia oparcia, itd, itp. Tu się oczywiście zastanawiam, czy to możliwe, żeby takie krzesełka dla dzieci były na początku XX wieku. Z jednej strony - jak widać na zdjęciu - były. A może było jedno, kilka, robota tak zwana własna? Może to udogodnienie do studio fotograficznego? Skąd ta podejrzliwość? Gdy patrzę na współczesne zdjęcia z atelier, to jednak nie widzę owych plastikowych współczesnych krzesełek do karmienia. W studio się przesadza dziecko, najczęściej chyba na poduszki, leżankę. Ale mogło być przecież inaczej. Takie tylko domysły.

Na fotografii widzimy młodzieńca, Ma około roczku. Nawet siedzący na krześle z pulpitem, co już umiejscawia, dziecko - jak to w jego wieku - ruchliwe. Te ułamki sekund, gdy zdjęcie powstawało, wystarczyły by poruszył główką. Gdy patrzę na stare zdjęcia dzieci, pamiętając o trudnościach technicznych, tym bardziej szanuję zawód fotografa. Poza zdolnościami, trzeba było jeszcze wykazać talenty psychologiczne, towarzyskie, wszelkie - które umożliwią na moment zatrzymanie dziecka w bezruchu do zdjęcia. [Tak, tak, stad niezawodna technika trzymania dziecka przez dorosła osobę]


Zdjęcie powstało w Łodzi, w zakładzie fotograficznym "A. Piotrowskiego" przy Nowym Rynku 6. Dziś w tym miejscu jest Plac Wolności, a według moich dociekań, po budynku numer 6 nie ma śladu. A. Piotrowski - to Antoni Piotrowski. Według wikipedii to urzędnik magistracki. Od 1893 roku prowadził zakład fotograficzny. Tę informację odczytujemy z rewersu. Datę możemy zawęzić, gdy spojrzymy na medale. Jest Paryż z 1904, Wiedeń z 1907, Częstochowa z 1909. Co interesujące, medal złoty z Wiednia nie był tak bardzo ceniony przez Piotrowskiego, jak srebrny z Rostowa nad Donem. Ten właśnie medal znajduje się na awersie kartonika. Zdjęcie musiało powstać zatem po 1909 roku.  Między 1907 a 1909 Piotrowski używał innego wzoru rewersu, co widać w zbiorach Muzeum Miasta Łodzi - w wikipedii. Poprzedni rewers używany był niecałe dwa lata. Jak długo używał tego? Nie znajduję tej informacji, możemy zatem założyć, że do 1914. Zakład funkcjonował do 1930 lub 1934 roku. Ale wtedy, po wojnie, z pewnością nie używał już kart gabinetowych.  "Firma „A. Piotrowski” w 1909 r. zatrudniała 8 pracowników, uzyskując roczny obrót 14 000 rubli. W spisie inwentarza sporządzonym w 1905 r. jako właścicielka firmy była wykazana Maria Piotrowska. Pomimo poszukiwań nie udało się odszukać spisu wyposażenia pracowni, jaki powinien być sporządzony na życzenie władz skarbowych po śmierci fotografa" 

Miało być o krześle! 

Zakład Sigismond & Co, Bolesław i Zygmunt Matuszewscy, 1895-1908 Warszawa / z archiwum jk

Ostatnie na dziś krzesło jest w dłoniach kobiety. Fotografia ma intensywną winietę. Tył głowy modelki, stopy - i nasze tytułowe krzesło, nikną w białym, czy raczej kremowym tle. Kobieta, na oko trzydziestoletnia, może czterdziestoletnia, stoi do nas w interesującym skręcie. Niby 3/4, ale twarz to prawie profil. Przypominają mi się własne doświadczenia z młodości, gdy fotograf wykręcał do portretu. Poza jaką kazali przyjmować była tak nienaturalna, że szło w niej wytrzymać jedynie sekundy. Też tak mieliście? Broda w innym kierunku niż ramiona, szyja do góry i też inny kierunek. Patrzę na tę kobietę na zdjęciu i coś mnie właśnie w okolicy szyi boli. A wygląda na wyniosłą postać, pomnikową, ale ciut zrezygnowaną. Zapatrzona poza kadr. Świetna figura i wyeksponowana tutaj wspaniale! Ręce na oparciu krzesła. Ale... Ale co to za krzesło właściwie? Gdzie ono ma siedzisko, skoro oparcie pochylonego (!) krzesła kończy się poniżej bioder? Pierwsze wrażenie jest takie, że to zupełnie nienaturalne - i poza, i to jak ona trzyma krzesło, i jego rozmiar. Bo skoro krzesło ma być do siedzenia, to jak ona to krzesło przesuwa? Jak ma na nim usiąść? Coś tu bardzo nie pasuje. Ale rozmiar wydaje się zgadzać. To nie jest dziecinne krzesełko, za które je z początku wzięłam. Nic nie zastąpi doświadczenia. Stanęłam i odsunęłam najbliższe krzesło. No i fakt, rozmiar się zgadza. Ale jestem absolutnie pewna, że przy 40 latach na karku, po kilku przeprowadzkach, (także po kilkuletnim stażu w przestawianiu krzeseł w sali multimedialnej pewnej galerii) pierwszy raz w życiu w ten sposób trzymałam krzesło! A państwo? 


Po co to krzesło? Żeby dodać wysokości, wrażenia pomnikowości fotografowanej postaci. Gdyby usiadła, nie byłoby eksponowania figury. Kim była? Nie mamy szans się dowiedzieć. Gdzieś przez to skojarzenie z krzesełkiem dziecinnym, widzę w niej nauczycielkę. Ale to tylko i wyłącznie fantazja. Zdjęcie wykonano w Warszawie, chociaż zakład się nazywa intrygująco i z francuska. "Institut Photographique Sigismond & Co" brzmi zdecydowanie lepiej niż zakład fotograficzny - Zygmunt i spółka. Dodano też poważny "& co", tymbardziej brzmi wszystko światowo. "A Varsovie" na Marszałkowskiej 111. Dziś to adres nowoczesnego biurowca Saski Point.
Przed II wojną adres 111 wypadał w okolicy skrzyżowania z Chmielną. Czyli dziś plac Defilad. Tutaj zdjęcie kamienicy, niestety szyldu Sigismonda nie dojrzymy. Zakład funkcjonował w latach 1895 do 1910. Ale jaka historia! Zakład został założony przez braci Bolesława i Zygmunta Matuszewskich. Ich ojciec był nauczycielem francuskiego, mieszkali za młodu w Pińczowie. Gdy wybrali się na studia do Paryża w latach 1880-tych zafascynowali się fotografią. Bolesław, wg wikipedii: "Działał jako fotograf w stowarzyszeniu „LUX”, a od roku 1894 stał się jednym z członków założycieli Stowarzyszenia Muzeum Francuskiej Fotografii Dokumentalnej. W 1895 roku wraz z młodszym bratem Zygmuntem założył atelier fotograficzne przy Marszałkowskiej 111 w Warszawie pod nazwą Paryska Fotografia Lux Sigismond et Comp"
Okazuje się, żę w tym wypadku użycie języka francuskiego w reklamie, nie tylko miało wyróżnić zakład i dodać mu światowego prestiżu. Przez kilka lat Bolesław funkcjonował także w środowisku fotograficznym w Paryżu. Światowa fotografia i światowa kariera. Ale tylko rzemieślnicza. Nic nie wskazuje, by bracia aspirowali do czegoś więcej. Wynalazek kinematografu zrewolucjonizował także życie Matuszewskich, a historia filmu okazała się łaskawsza dla ich nazwiska niż historia fotografii. 
A miało być o krzesłach, a miało być tak prosto. Na koniec więcej pytań, informacji o zmienianiu się miast, i tak dalej. Dobry pretekst.

Do poczytania więcej o początkach warszawskiej fotografii - "Wykonywa się fotografie"

- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to, co miga nam codziennie przez internet przed oczami. 

środa, 6 maja 2020

Pamiątka z gór


Pięknie, ciepło, cudne widoki! Idealnie by pójść w góry.
To musiał być czerwiec albo lipiec. Dużo słońca, który stopił śnieg, zazielenił trawę. To musiało być w międzywojniu, bo panie ubrane idealnie. Stroje turystyczne, nienazbyt ciasne. Obowiązkowe nakrycia głowy. Wygodne buty, delikatne obcasiki.
Nie mogę się oprzeć uwadze, że one jednak bardziej pasują przed jakąś kawiarnię czy teatr, a nie w tej scenerii. Fotomontaż odpada. Nie poszły też do fotografa, który miał takie fantazyjne tło. One były na wycieczce i mają pamiątkowe zdjęcie. No a teraz, gdzie one były?
Zakopane. Z Kuźnic wychodzimy szlakiem niebieskim do Doliny Gąsienicowej. Przez Boczań to jakieś 1,5 godziny. Można iść żółtym przez Dolinę Jaworzynki. Mniej więcej tyle samo czasu, tylko podejście ostrzejsze. Wreszcie z Murowańca szlakiem niebieskim w kierunku Zawratu nad Czarny Staw Gąsienicowy. Po mnniej więcej pół godziny - oto jesteśmy. Wielki głaz nad taflą wody. Wspaniałe skały w tle. To charakterystyczna grań Kościelca.
I myślę, że to kompletnie niemożliwa trasa dla tych elegantek! Absolutnie! Dolina Jaworzynki odpada w przedbiegach. W sumie, do Murowańca można jeszcze iść po płaskim, przez las, długo, ale płasko przez Dolinę Suchej Wody. 2 godziny z okładem. No to już prędzej w tych butkach. Jakoś nie widzę ich na Przełeczy między Kopami. Serio, lepiej pasują na Krupówki.
Jednak to chyba podstawy górskiego wychowania, że sobie nie wyobrażam, że można choćby w tenisówkach pójść na szlak. A przecież można i w kubotach, jak się nie raz widzi. I szydzi, że nieprzygotowanie, że niedoczytanie, że w ogóle kalają kulturę górską turyści w cudzysłowie.
Tu przepiękny ASZ Dziennik w temacie: https://aszdziennik.pl/120799,dramat-gorskich-januszy-w-klapkach-tatry-maja-nowego-krola-cebulactwa
Albo tu zestawy zdjęć niebywałych, profil "Tatry - nie dla idiotów" https://www.facebook.com/tatryniedlaidiotow/
Wracając do elegantek, nie mogły iść w górskich butach, bo takie to tylko na wspinaczkę. A nie na szlak prosty i widokowy. No i jeszcze jedno rozwiązanie zostaje. Z Kuźnic damy udały się kolejką linową na Kasprowy Wierch. Pierwszy wagonik pojechał w marcu 1936 roku. Nieprawdopodobnie trudna budowa trwała niecały rok. Inwestycja ogromna, która zwróciła się ponoć w trzy lata. No, do wojny. Musiała zatem być popularna, być punktem obowiązkowym każdego odwiedzającego Zakopane. To by wyjaśniało buty owych dam, ich turystyczne, acz eleganckie stroje.
Z Kasprowego Wierchu zeszły, jak po schodach, szlak do stawu jest banalnie prosty. Co potem? Pewnie, przypuszczam, z powrotem na schody i kolejką na dół. I tak myślę, szacunek dla pań. Choć pewnie prawdziwi turyści tatrzańscy w latach 30tych XX wieku musieli na takie panie patrzeć, jak my na balerinki i kuboty na szlaku. Z drugiej strony, właśnie szacun, że nie mając wszystkich dzisiejszych tworzyw, naszej mody turystycznej, szły w kiecach i eleganckich butach. Tatry dla każdego!

A co do samego zdjęcia, identyfikacja miejsca i stroje daje nam wszystkie potrzebne informacje. Zdjęcie wykonano latem 1936-1939 nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. Kto zdjęcie wykonał i kto na nim jest, to zagadka, której nie da się rozwikłać.

- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to, co miga nam codziennie przez internet przed oczami. 


czwartek, 23 kwietnia 2020

Amant z autem


To było po wojnie, kilka lat po wszystkich zawieruchach. Nowe auto, do roboty. Niewiele ich wtedy jeździło. Niewiele trzeba było się wyznawać w przepisach ruchu. Ale trzeba było czuwać, być na zawołanie. Podwieść państwa, gdy tylko potrzebowali. I czekać. To czekanie najgorsze. Szyby wytarte, maska wypucowana, ale ile można trzeć maskę szmatką. Żadna grubsza robota niemożliwa, bo to wszystko można robić na poczekaniu, w stroju roboczym, czyli eleganckim. No przynajmniej biała koszula. A weź człowieku zajmij się olejem, czy maskę otwórz, jeszcze ta biel się rozdziewiczy.
Więc najwięcej to czekania. Na postoju czasem z innymi się porozmawia. Papierosa zapali. Gazetę przeczyta. I się stoi. Czemu by sobie zdjęcia wtedy nie zrobić, skoro akurat lajkarz idzie?

Tak to widzę, choć mogę przestrzelić wszystko. Może to jest właściciel auta? A może po prostu młody człowiek, przechodzień na spacerze. Kolega z aparatem, i wpadli na pomysł zrobienia zdjęcia, widząc świetne auto na ulicy? Niech pierwszy rzuci kamień, kto nigdy nie pomyślał (albo nie wykonał) zdjęcia sobie/znajomemu z jakimś cudem techniki zaparkowanym gdzieś akurat na waszej trasie. Ale im dłużej patrze na niego, tym widzę jakąś pewność ale i znudzenie. Twardość jakąś. On się pewnie opiera o karoserię, jakby wiedział w którym miejscu najlepiej. Więc chyba kierowca, być może sam właściciel. Nie ma w nim jednak też żadnej dumnej pozy, którą przyjmuje się, by zaznaczać swój status. On po prostu stanął pewnie, oparty, czekający.

A w ogóle to jest w nim coś z młodego Witkacego. To w ogóle nie może być on, a jednak coś tam w tym czarnym pod czołem, gdzie kryją się oczy. No cóż, w pełnym słońcu wykonano zdjęcie, sam fotograf ewidentnie nie umiał w portret psychologiczny. Więc jest coś złowrogiego, jakieś napięcie. Albo po prostu mam powidok od tego portretu:


A możę ten Witkacy, poza jakimś dalekim podobieństwem (bardzo dalekim, brak oczu, bardziej pucułowata twarz, ubiór zbyt zwykły, by mógł to być ten ekstrawagancki artysta), czuję jakieś powiązanie z budynkami w tle. Europa Środkowo-Wschodnia, ale może to po prostu gdzieś w Krakowie? Oczywiście mogłoby być znów niemal wszędzie w okolicy, bo i Wiedeń, i Paryż, i wszystko po drodze.
Powiększam obraz, już się bardziej nie da. Rejstracja auta za bohaterem ledwo czytelna, ale jednak WN - a zatem Polska w międzywojniu, a zatem województwo wileńskie. Jest i liczba 14458 czyli w odpowiednim dla województwa zakresie. Tablica jest dwurzędowa, a te obowiązywały w latach 1922-1928. Potem tylna została szersza, ale jednorzędowa. Margines błędu zostawiamy na ewentualne nie-natychmiastowe zmiany rejestracji. [Jeśli trafiłam na poprawne dane, to papier z nadrukiem z tyłu "Azura" istniał od 1930 roku] Ale to i tak mnóstwo nowych informacji!
Teraz tylko pytanie, czy to jest rzeczywiście w samym Wilnie, czy się ktoś wybrał na wycieczkę gdzieś w Polskę?

A ostatnia sprawa, bo żadnego opisu tu nie ma (jedynie nazwa papieru), żadnego śladu użytkowania. Jeden tylko drobiazg - rozmiar. Tracimy zwykle z uwagi ten szczegół, patrząc na zdjęcia w internecie. Z resztą w dobie cyfrowej fotografii, rozmiar to rzecz dość abstrakcyjna, przecież jakiś ułamek tylko się drukuje (nie znam faktycznej statystyki, to tylko podejrzenie). Więc kategoria rozmiaru - czy duże, czy małe, przestała wiele znaczyć. Zeskanowałam porządnie, widać szczegóły. Prawda? A w realu:


Maleństwo 7 na niecałe 5 centymetrów. Wyświetla się na ekranie komputera delikatnie mniejsze niż w rzeczywistości. To teraz ta historia o statusie chyba nie ma jednak sensu. Skłaniam się do pierwszej wersji, akurat przechodził lajkarz, pewnie jesteśmy w niedzielę obok głównej ulicy. Kierowca czeka na państwa, aż wrócą i pojadą pewnie gdzieś do rezydencji pod miastem. Tymczasem zdjęcie - niespecjalnie też udane czy profesjonalne. Winieta wyraźna, środek dnia, ogromne przepalenia. Pamiątkowe. Nieduże. Ktoś mógł pewnie w portfel włożyć. Ten egzemplarz zbyt dobrze zachowany, żeby był jakoś używany ekstensywnie. Leżał pewnie wśród papierów, innych zdjęć. Niepodpisany, że to ktoś krewny, gdzieś.

Taka poboczna refleksja. Często słyszę, z takim sentymentem w głosie i przekleństwem wypowiadane słowa, że 'dziś (o tempora, o mores!), to już ludzie nie podpisują zdjęć!' Prawda, być może zbyt ogólna. Ale albo ja mam wyjątkowy niefart i trafiam na nieopisane, albo mogę z tego wyprowadzać solidną kontrę - otóż ludzie chyba nie podpisywali jakoś zdjęć nagminnie. Ani dziś, ani wtedy. Ufali swojej pamięci. Czasem, bardzo nieczęsto jest rzucone miejsce, albo chociaż sam rok. Jeśli w ogóle. Ale już bez spisu ludności.

- - - -

Kwadrans po publikacji okazało się! Wybitny znawca Wilna zlokalizował miejsce powstania fotografii: Waldemar Wołkanowski: Postój taksówek przy Domu Handlowym Braci Jabłkowskich od strony Jagiellońskiej. W tle wylot Jagiellońskiej na Mickiewicza (Jogailos g. / Gedimino pr,) białego budynku z prawej strony teraz nie ma (dawne Kasyno Oficerskie)... jest tam nowy budynek z księgarnią.
Dziś to miejsce wygląda tak, widok z googlestreetview:

- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to, co miga nam codziennie przez internet przed oczami. 

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Podwójna pamiątka.

Para na ulicy, Europa Środkowo-Wschodnia, 1918-1939 / z archiwum jk


Jesteśmy na ulicy jednego z europejskich miast. Między wojnami. Patrzymy na przemiłą parę elegancko (na miarę ich możliwości) ubranych ludzi. Stoją na ulicy, nawet nie na chodniku. Pozują. Mężczyzna o drobny krok naprzód od kobiety. Brat i siostra? Mąż i żona?
Patrzymy na tak zwaną 'ulicówkę' - zdjęcie wykonane przez fotografa ulicznego, w tym dawnym rozumieniu. Fotografa, który podczas dni świątecznych przemierza główne ulice miasta z aparatem, robi zdjęcia ludziom najczęściej idącym, potem wręcza wizytówkę - by klient odebrał nazajutrz z zakładu swoją fotografię. Nazywano ich lajkarzami, bo uzbrojeni byli najczęściej w małoobrazkowe aparaty Leica.
Sprawa szczególnie modna w latach dwudziestych XX wieku. W latach 30. była już bardzo nużąca przechodniów. Mnóstwo fotografujących, wręcz nagabujących i przeszkadzających w spokojnym niedzielnym spacerze.
Jest coś niepewnego w wyrazie twarzy mężczyzny. Dlatego stawiam, że to krewny świetnie ubranej pani. Przyjechał może w odwiedziny, zobaczyć miasto? Zza ramienia bohatera wygląda, niestety już w nieostrości, mężczyzna ubrany zdecydowanie lepiej. Czarny płaszcz, cylinder. Patrzy na scenę. Znów mój - pojawiający się, photobombing!
Co najciekawsze dla mnie, to oczywiście sam układ fotografii. Sam papier. Na nim naświetlono to samo zdjęcie podwójnie. Tymbardziej myślę sobie, że to krewni na zdjęciu - poprosili o dwa egzemplarze, które docelowo miały się znaleźć w dwóch domach.
Fotograf, zakład fotograficzny, laboratorium nie miewało w standardzie oddawania w ten sposób zdjęć. Tez ciekawe, że przez ostatnie powiedzmy 90 lat nikt tego papieru nie tknął nożyczkami. Nie rozdzielono tych zdjęć. Nie włożono go do albumu ani do ramki. Schowano pewnie ... no właśnie gdzie? Coś mi się wydaje, że dotarło do mnie bardziej z archiwów fotografa, niż tej rodziny. [Poprzez antykwariat, itd...] Fotograf oddając klientowi prace, przeciąłby te zdjęcia.

Popatrzmy na koniec jeszcze na odwrócone zdjęcie. Tak dla upewnienia się, że patrzymy na dwie kopie na jednym papierze. Ach! Jeszcze mamy tu niebieską plamę. Może jakiś tusz się rozlał, jakaś kropla chemikaliów? Nie jest to przyczyna nieoddania fotografii. Tymbardziej, gdyby zdjęcie trafiło do użytkownika, odcięto by zapewne 'dobre' zdjęcie. Plama też wydaje się nowsza, dużo młodsza niż sam papier-zdjęcia. Może jakiś tusz się rozlał w szufladzie?

A co to za miasto? Bardzo trudno identyfikować. Może być Wrocław, może Kraków, równie dobrze Lyon, Wiedeń, Londyn... Okazały gmach za plecami pozujących to po prostu neoklasyczny pałac miejski, jakich mnóstwo do dziś w Europie. Ale może ktoś jednak rozpozna?

- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to, co miga nam codziennie przez internet przed oczami. 

środa, 25 marca 2020

Photobomb 4 / Pojawianie się

Autor nieznany, Portret zbiorowy na ulicy, Europa Środkowa, około 1900-1914 / z archiwum jk

Znów nie wiadomo gdzie ani kiedy, ani kto. Idealne pole do zgadywania. Portret zbiorowy, 10 osób. Sami dorośli. 7 kobiet i 3 mężczyzn. W drodze do lub z pracy. Nie są to odświętne ubrania. Nie jest to wielka okazja. Czym się zajmują? Dlaczego są razem na fotografii?

Zgaduję, że to znów Europa Środkowa. Jakieś większe miasto, a jesteśmy na jego obrzeżach. To podwórko otwierające się z prawej strony, mówi, że to nie może być ścisłe centrum. Chodniki, rynny, na bogato. Niemcy, Czechy, Węgry? Początek XX wieku. Ale jeszcze chyba przed wielką wojną.

Sami dorośli. To jest niesamowite. Mieszkańcy tego budynku? Chyba nie, bo gdzie wtedy dzieci i starsi ludzie? Rodzina? Być może, jeśli znów odjąc starszyznę i młodzież. Jakież byłoby to nietypowe. Wszyscy tu wyglądają na ludzi w sile wieku, siłę roboczą. Pracownicy - jednej firmy, jednej posiadłości? Jeden drobiazg, szczegół, dodatkowo zastanawia. Wszystkie obecne tu kobiety, trzymają płaszcze w ręce. Zrobiło się nagle cieplej? Czy wróciły skądś? Brak bagażu (nie wliczam koszyka), więc chyba bez żadnych podróży, powrotów. Czyli może zrobiło się cieplej? Trudno ocenić. Może sie wybierają na wycieczkę? Tylko te robocze ciuchy wtedy chyba zostałyby w domu? Po co fartuch na imprezie? 

Ale oczywiście najciekawszym dla mnie elementem jest postać w oknie. Też ubrana roboczo, dorosła kobieta. Idealnie pasowałaby do tej grupy przed domem. Jedenasta postać w tym ujęciu. Tylko czemu w oknie a nie na chodniku? Wygląda z zaciekawieniem. Nie mogła być zaplanowana w tym kadrze. Fotograf bardziej musiał zwracać uwagę na nogi postaci stojących, żeby niczego nie uciąć i zostawić trochę miejsca do brzegu kadru. A fryzury pani z okna już nie ma, nie starczyło kadru. 

Niezaplanowana i dodatkowa. Z zaciekawieniem wyglądająca, co to za rumor na ulicy. Okna otwarte, więc naturalnie. Zatrzymała się na dłużej. Pojawiła się w zdjęciu innych ludzi. Coś mi podpowiada, że gdy już otrzymali odbitkę, dokładnie z imienia i nazwiska znali panią z okna. Zgaduję, oczywiście.


- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to, co miga nam codziennie przez internet przed oczami.