poniedziałek, 31 stycznia 2011

podsumowanie 2010: plus/minus

Miejsce fotografii jest bardzo młode. Przeoczyliśmy nawet pierwsze urodziny. Tradycji podsumowań i rankingów jeszcze sobie nie wyrobiliśmy. Rok 2009 fotograficznie podsumował Wojtek Wilczyk: subiektywnie i ja równie „po swojemu”.
Czas najwyższy na odniesienie do minionego 2010 roku. Tym razem z prośbą o krótkie wskazanie największego PLUSa i MINUSa zwróciliśmy się do kilku osób na co dzień związanych z fotografią i okolicami.
Część pierwsza podsumowań to wypowiedzi Agnieszki Kozak (Miesiąc Fotografii w Krakowie), Marcina Szymczaka (ZawszeKwadrat), Kingi Kenig (Gazeta Wyborcza, Blindspot), Krzysztofa Pacholaka (Migawki, Ę) i Adama Mazura (CSW, Obieg). Niebawem część druga. Zapraszam do lektury i dyskusji! j


Agnieszka Kozak / http://www.photomonth.com/
PLUS: na pewno to, że Polska zwariowała na punkcie sprzedawania fotografii. Być może nie do końca jeszcze kupowania, lecz na pewno sprzedawania. Niezliczone błyskwiczne aukcje, specjalne eventy, na których można było kupić zdjęcia uznanych tworców, gwiazdkowe "wyprzedaże" sztuki, na których zdjęcia naprawdę się sprzedawałay - na pewno podniosły świadomość rynku sztuki i fotografii w szczególności. Zwieńczeniem był pewnie udział i sukces polskich galerii na Paris Photo: Asymetria, Czarna i ZPAF i Ska. No i Małgosia Bela, która kupiła zdjęcia Konrada Pustoły właśnie tam... :)

MINUS i PLUS JEDNOCZEŚNIE: strasznie zmartwił mnie "Przekrój" bez zdjęć, za to z ilustracjami. Gazeta, w której pracowali jedni z najlepszych fotografów w Polsce - robących humanistyczne, niekonwencjonalne, osobiste zdjęcia - nie wykorzystywała ich potencjału. To, co jest świetne, to to, że wygląda na to, że właśnie odeszła od tej polityki i można w ostatnich numerach oglądać np. prace Krężela. Może wrócą czasy, kiedy kupowałam "Przekrój" dla zdjęć wyżej wspomnianego czy Szczepańskiego, Dąbrowskiego lub Bajorek.To takie życzenie na Nowy Rok.


Marcin "Rudolf" Szymczak / http://zawsze-kwadrat.pl/
Zastanawiałem się trochę nad tym, co rzeczywiście przyniósł rok 2010 w fotografii, ale muszę powiedzieć, że nie było tam nic, co by rzeczywiście potrafiło z perspektywy czasu poruszyć. Coraz więcej ludzi robi zdjęcia, ale to od lat jest stały trend. Coraz więcej jest publikacji fotograficznych i bardzo dobrze, bo widać szansę na nadrobienie w tej kwestii zaległości do reszty świata. Są wciąż nowe wystawy, imprezy okołofotograficzne, itd, itd. Ale znowu: to trwa od paru ostatnich lat.

Jedyną rzeczą, która rzeczywiście była nowa, to... (uwaga, uwaga) wystąpienie - bodajże pierwszy raz w historii fotografii polskiej - fotografa jako celebryty! Mam na myśli kuriozalną rolę Marcina Tyszki w Top Model! Myślę, że to jest przełomowe zdarzenie, które wiele mówi o kierunku, w jakim staramy się fotografię rozwinąć. I nie wiedzieć czemu - jakoś nie potrafię znaleźć uczucia dumy, że taki program (z wyraźnie zaznaczoną rolą fotografii) powstał.


Kinga Kenig / http://blindspot.blox.pl/
Dużym plusem była dla mnie wystawa The Mexican Suitcase w International Center of Photography, wydany album oraz strona, na której możemy zobaczyć niesamowite stykówki Capy, Taro i Chima.
http://museum.icp.org/mexican_suitcase/%20

Bardzo ważnym wydarzeniem było też dla mnie reakcja kolegów Joao Silva, który stracił w Afganistanie obydwie nogi. Jego przyjaciel zorganizował aukcję jego zdjęć. Dochód z niej ma wspomóc fundusze na leczenie Silvy. Wspaniale zachował się też NYT, dla którego Silva robił zdjęcia. Gazeta po wypadku postanowiła zatrudnić fotografa na etat. http://joaosilva.photoshelter.com/

A coś z minusów to np. zmiana regulaminu konkursu Newsreportaż.


Krzysztof Pacholak / http://migawki-animatornia.blogspot.com/
W 2010 roku spotkało nas dużo dobrego i na tym się skupię.
Numerem jeden był Miesiąc Fotografii w Krakowie. Impreza, którą możemy się chwalić. Wystawa prac Tony’ego Ray-Jones’a i Anne Fox, kuratorski popis Jasona Evans’a oraz hit ubiegłego roku: „Melodia dwóch pieśni” Marka Powera wraz z towarzyszącym jej albumem. Warto też przypomnieć o sekcji Show Off i odkryciach takich, jak choćby „Miasto śpi” Łukasza Biedermana.

Cieszą nowe książki. „Historie fotografii w Polsce” Adama Mazura, których wciąż jeszcze w całości nie przeczytałem, ale które z całą stanowczością polecam. Cieszy „Dno oka. Eseje o fotografii” Wojciecha Nowickiego. Książka wyjątkowa: zapładniająca umysł, poszerzająca wrażliwość. Perełka.

2010 rok to również dwa małe prezenty od moich ulubionych fotografów. Najpierw Kuba Dąbrowski pokazał „Western”, broszurowy album przypominający czasy nieodżałowanego „accidents will happen”. Drugie mini-wydawnictwo to „U” kolektywu Sputnik Photos. Z jednej strony radość, że mamy w Polsce takich twórców i tak dobre projekty, z drugiej zawód, że wydawane są tak skromnie.

Co dobrego jeszcze pamiętam?
Festiwal „Warszawa bez fikcji” i serię debat o fotoreportażu. Organizacja pozostawia wiele do życzenia, ale najważniejsze, że takie inicjatywy powstają i znajdują rzesze odbiorców. Pamiętam o wystawach w Yours Gallery, o Adamie Pańczuku i Rafale Milachu, o Masie Prac i o aukcji „Fotosprint” na Solcu 44. Pamiętam o Domu Spotkań z Historią i świetnych, przekrojowych reporterskich wystawach: „Cztery pory Gierka” i „Amerykanin w Warszawie”.

Co na minus?
Grand Press Photo 2010. Rzadko się tak emocjonuję konkursami prasowymi, ale ubiegłoroczna edycja pozostawiła długotrwały niesmak. Przede wszystkim dziwi wybór jury. Polską fotografię prasową w 2010 reprezentowała banalna scenka uchwycona podczas śląskiego Bożego Ciała. Tomasz Tomaszewski po raz kolejny pokazał, jak sprawnie potrafi tworzyć pocztówki. Od fotografa tej klasy oczekiwałbym więcej: autorskiego podejścia, próby własnej interpretacji rzeczywistości. Brak tu tego. Szkoda.
Niestety na samym werdykcie temat się nie kończy. Historia zwycięskiego zdjęcia trwała przecież znacznie dłużej. Nie potrafię zapomnieć o żenującej nagonce, o podejrzeniach o manipulacje i de facto zmuszeniu Tomaszewskiego do ujawnienia pliku RAW. Szkoda, że to zrobił.

Jednak żeby nie demonizować za dużo.
Podsumowując: dzieje się! Wyraźnie drgnęło w polskiej fotografii, mamy przeglądy portfolio, debaty i świetne festiwale. Powoli rodzi nam się rynek. Mocno trzymam kciuki za rok 2011


Adam Mazur / www.obieg.pl/
PLUS: Osobiście był to dla mnie przede wszystkim rok książek. Bynajmniej nie chodzi mi tu o żmudną końcówkę redagowania /Historii fotografii/, lecz o przyjemność lektury innych książek, a było z czego wybierać: /Dno oka /Wojciecha Nowickiego, /Fotografia /Marii Anny Potockiej, /Fotoeseje /Lecha Lechowicza, czy zamykający rok tom /Za fotografię! /Marka Krajewskiego i Rafała Drozdowskiego. Dodam, że to wszystko książki krytyków, teoretyków, historyków fotografii. Listę tekstów krytyczno-teoretycznych uzupełnię albumem fotograficznym wyróżniającym się zdecydowanie na tle produkcji krajowej, czyli /Melodią dwóch pieśni /Marka Powera.

MINUS: Konkurencja nie śpi, ale internetowa "Fototapeta" trzyma się dzielnie od lat. Z tym większym smutkiem i zdumieniem czytałem wywiad-rzekę z Bogdanem Konopką przeprowadzony przez Marka Grygla. Do tej pory nie mogę zrozumieć dlaczego ludzie o wielkim dorobku i licznych zasługach zniżają się do takiego poziomu. Kubeł pomyj wylany i nie ma komu posprzątać.

PRZEPOWIEDNIA (EXTRA)

Wydarzeniem 2011 roku już jest to, że w maju nie nałożą się na siebie terminy wiodących imprez fotograficznych w Łodzi (pierwszy weekend), Krakowie (połowa miesiąca) i Poznaniu (biennale przeniesione na wrzesień).

sobota, 8 stycznia 2011

Kartka z kalendarza



Korporacyjna kuchenka, przerwa na herbatę. Na ścianie kalendarz - z roku na rok coraz mniejszy - w 2011 osiągnął chyba szczyty oszczędności, pochodzi z paczki herbaty dla pracowników. Wiadomo, kryzys dawno za nami, ale raz ucięte koszty głupio przyszyć z powrotem...

Z lat PRL pozostał w człowieku sentyment do takich kalendarzyków, więc odruchowo sięgam i oglądam rewersy stron z datami. Przepisy kulinarne, rysunki satyryczne, porady savoir vivre... Wtem!


Przecieram oczy... Ten Tomaszewski? Napisał o wielkości wyświetlacza w cyfmałpie??

I już po mnie, przekartkowuję dzień po dniu... Można się dowiedzieć co nieco o Lightroom'ie:


Co nieco o ustawieniach aparatu:


O fotografii na śniegu, co ciekawe, radzi już nie Tomasz, a Tomek Tomaszewski:


Na deser kartka z marca:


Dla tych, którzy będą mieli pecha i nie zdobędą tego wydawnictwa w promocji w tesco, podsyłam link do sklepu.

Miało być bez komentarza, ale... w opisie sklepu napotkałem niezwykle trafne, nowe słowo: "zdzierkowy". I lżej mi się będzie piło następne herbaty.

środa, 5 stycznia 2011

Kolekcjonuj, teraz!

Koniec listopada i grudzień w świecie kolekcjonerskim to czas aukcji charytatywnych. Zbliżają się Święta i okazyjne zakupy łączone są ze szczytnymi celami: na działalność fundacji, stowarzyszeń, ośrodków, zakładów, lecznic, świetlic, itp. W fotografii w Polsce niezupełnie... Ten czas to istny wysyp aukcji i akcji o kolekcjonowaniu, ale tylko jedna zorganizowana została pod hasłem „charytatywnej”. Jednak mnie najbardziej zainteresowało powoływanie się niemal wszystkich organizatorów na kolekcjonowanie fotografii w naszym kraju jako dziedzinę, którą trzeba zacząć, wspomóc i rozpalić. 7 akcji w ciągu miesiąca o kolekcjonowaniu i niemal nieodzowne hasło „zacznij!”. Przyjrzyjmy się (chronologicznie) kto jest wedle organizatorów grupą docelową i czym wedle nich jest to tajemnicze „kolekcjonowanie”...



Nazwa: Fotografia kolekcjonerska 8 /”projekt” - aukcja
Organizator: Galeria Senatorska / Warszawa
Data: 23 listopada 2010
strona

„Projekt fotografia kolekcjonerska” - w Miejscu już omawiałam poprzednie edycje. Katalog edycji 8

Niestety, większość się nie sprzedała. Zestaw nazwisk ciągle podobny do tych z poprzednich edycji, wybór większy. Ale ceny wydają się jednak znów wyprzedzać poziomem aukcje malarstwa i rzeźby.

Kolekcjonowanie fotografii, jak zauważają organizatorzy w krótkim wstępie, jest tak stare jak sama fotografia, i zaznaczają: „także w Polsce obserwuje się rozwój zainteresowania tą dziedziną sztuki.”

„Projekt ma skierować uwagę zarówno kolekcjonerów, marszandów, historyków sztuki, jak i osób niezwiązanych zawodowo ze światem sztuki na polską fotografię.” To bardzo ważne stwierdzenie organizatorów, które aukcję każe traktować jako element szerokiego działania wystawienniczo-wydawniczo-edukacyjnego. „Katalog ma charakter indeksu nazwisk tworzących rynek fotografii kolekcjonerskiej w Polsce” – z tym zdaniem, niestety, zgodzić się nie można. Katalogi „Fotografii kolekcjonerskiej” są na pewno wydaniami wyjątkowymi na polskim rynku fotograficznym, jednak ciągle nie wyczerpują tematu, zawarte w nich biogramy są skrótowymi informacjami i mimo kilkuletniej działalności „projektu” jeszcze nie powinniśmy zachłystywać się „indeksem tworzących”.






Nazwa: „Fotosprint” /akcja
Organizator: Fundacja Archeologia Fotografii /Warszawa
Data: 4 grudnia 2010
strona

„Zdobądź oryginalną fotografię po atrakcyjnej cenie i zainicjuj swoją kolekcję, lub zrób wyjątkowy prezent gwiazdkowy dla swoich bliskich!”

Jedyna spośród wymienionych tu akcji o charakterze charytatywnym. Fundacja zebrała zdjęcia od zaprzyjaźnionych autorów i wszystkie zaoferowała za jednakową cenę 250 złotych. Dochód zasilił konto fundacji, która obiecała w 2011 wydać (częściowo z tych pieniędzy) katalog prac m.in. Zofii Chomętowskiej. Była to także pierwsza tego rodzaju impreza w Polsce. Zdjęcia znanych i nieznanych autorów były przedstawione anonimowo. Można było kupić (trafić) za te 250 złotych fotografię Dłubaka lub mogło się okazać, że wybraliśmy „Iksińskiego”. Co więcej, zgodnie z tytułem imprezy – czas wyboru i namysłu był ograniczony. Nigdzie bowiem nie przedstawiono katalogu prac, kłóciło by się to z resztą z pomysłem. Publiczność biegła do ścian i w pośpiechu oglądała prace. Decyzję trzeba było podjąć zanim ktoś inny „zaklepał” sobie pracę. Dopiero po dokonaniu wpłaty okazywało się czyje zdjęcie kupiliśmy. Opatrzenie się w fotografii oczywiście punktowało, można zaś było także dobrać pracę ze względu na temat, dominujący kolor (czy będzie pasować do sypialni) czy format (wedle ceny za cm2 fotografii). W ofercie „Fotosprintu” znalazły się zarówno odbitki kolekcjonerskie (sygnowane, numerowane), jak i „zwykłe” zdjęcia i wreszcie reprinty prac dawnych.

Fotografię potraktowano jako prezent lub zachętę do stworzenia („zainicjuj”... czemu nie kontynuacji? wzbogacenia?) kolekcji – a tak naprawdę „cegiełkę” na rzecz Fundacji.

Fotosprint w Solec 44 / 4 grudnia / fot jk





Nazwa: „Masa prac” /wystawa
Organizator: Yours Gallery
Data: od 8 grudnia 2010 do 9 stycznia 2011
strona

„Od kilku lat obserwujemy rosnące zainteresowanie polską fotografią, coraz więcej osób decyduje się na zakup zdjęć i rozpoczęcie swojej przygody z kolekcjonowaniem.”

„Masa prac to ponad dwudziestu autorów oraz blisko siedemdziesiąt fotografii, zróżnicowanych tematycznie, technicznie, a także cenowo. Każda z nich jest przygotowana od razu do zakupu, dzięki czemu może stać się unikalnym prezentem dla najbliższych lub początkiem nowej kolekcji.”

Znowu temat zaczynania kolekcji i prezentowania fotografii. „Unikalność” jak rozumiem bierze się z niecodzienności, lepiej – nietuzinkowości podobnego prezentu, nie zaś „unikatowości” dzieł, które występują w edycjach po kilka sztuk. Siedemdziesiąt prac wystarczyłoby na małą aukcję, tyle, że tutaj ceny są ustalone. Po prostu wystawa sklepowa, bierzemy co jest dostępne. Przychodzi na myśl wspomnienie nieistniejącej już dziś galerii Luksfera w Domotece, podwarszawskim centrum handlowym. Galeria posiadała swoją przestrzeń wystawienniczą i oferowała do zakupu prace – w jeszcze szerszym niż w Yoursie przedziale cenowym i przeglądzie autorów. Termin przedświąteczny teoretycznie nie został skomentowany, natomiast słowo „prezent” pojawiające się w informacji prasowej każe domyślać się wyjścia frontem do klienta przedgwiazdkowego.





Nazwa: XI aukcja fotografii /aukcja
Organizator: Rynek Sztuki / Łódź
Data: 16 grudnia 2010
strona

To coroczna impreza organizowana na początku grudnia we współpracy z Łódzkim Towarzystwem Fotograficznym. Autorzy lokalni, raczej mniej znani, ceny przystępne i mnóstwo niesprzedanych prac. Poziom imprezy słaby, ale nie ma tutaj zadęcia teoretycznego i proklamowania nowego wspaniałego świata. Nie ma tu mowy o kolekcjonowaniu ani prezentowaniu. Warto zaznaczyć - jest to najdłużej działająca cykliczna fotograficzna impreza komercyjna. Powodzenia w następnych latach.





Nazwa: Aukcja fotograficzna /aukcja
Organizator: ZPAF /Warszawa
Data: 18 grudnia 2010
strona

Postanowiłam wkleić duży fragment większej wypowiedzi Anny Wolskiej o aukcji. Oprócz wzmiankowanego charakteru imprezy bardzo cenna jest opowieść o genezie.

Anna Wolska, organizatorka aukcji: „Zaledwie kilka miesięcy temu, miałam okazję przechadzać się ulicami Gdańska w czasie Jarmarku Dominikańskiego. Moją uwagę przykuły wówczas „stare”, pruskie fotografie, pożółkłe w wyniku kąpieli w herbacie lub wręcz malowane laserunkowo farbami akrylowymi. Ilość takich cudeniek wywołała u mnie zdumienie, bo oznaczało to, że musi istnieć zapotrzebowanie społeczne na takie falsyfikaty. Tylko po co u licha ludzie to robią? Takie samo pytanie można by zadać oczywiście wszystkim osobom kupującym kolorowe obrazki, czy postery w rozlicznych domach towarowych. Czemu to robią? By wypełnić czymś ścianę, by zaimponować, by było ładniej? Przecież oszustwo jest widoczne dla wprawnego widza gołym okiem. Oleodruk Klimta z pewnej sieci sklepów nigdy nie zastąpi oryginału przechowywanego w Luwrze!”

„Hasło aukcji „hande made” i „arts and crafts” wyraża tęsknotę za „magicznością” fotografii wiążącej się nie tylko z chemicznym procesem przywoływania obrazów na kartce papieru powleczonego emulsją, jej wartości związanych nieodłącznie z ręką i okiem mistrza ale i z pewnym procesem intelektualnym, który w sposób twórczy wykorzystuje nowoczesne środki reprodukcji obrazu. Budując dla Państwa zbiór prac na Aukcję w Starej Galerii ZPAF starałam się prosić autorów, by wyszukali w swoich zbiorach prawdziwe unikaty. Fotografie niepowtarzalne, zarówno pod względem technologicznym jak i artystycznym. Cyjanotypie, gumy, heliografie, odbitki wykonane w mokrym procesie kolodionowym, autorskie odbitki srebrowe, nietypowe, autorskie wydruki, fotografię performance.”

„Praca u podstaw” by statystyczny Polak przyozdabiał ścianę czymś wartościowym (i to jeszcze fotografią?!) wydaje się z góry skazana na niepowodzenie. Pytanie czy aukcją fotografii członków ZPAF można w tym temacie cokolwiek zmienić? Oby (ale niezdecydowane „oby”).

Większość prac pozostała niesprzedana. W katalogu oprócz szeregu „vintage prints” „odbitek unikatowych”, „1 sztuka” lub „1/1” (może by tak ujednolicić zapis?) znalazły się także edycje „wyjątkowe” z 15, 20, 25, 30 lub nieodzowny „nakład nieokreślony” czy „brak danych” (lub brak pozycji „nakład”). Nie ma tutaj mowy o zaczynaniu kolekcji czy prezentowaniu fotografii na gwiazdkę. Biogramy sporządzone dobrze, wiele niestety do życzenia pozostawiają wspomniane nieujednolicone opisy prac. Pełny katalog






Nazwa: Kuba Dąbrowski. Dwa zdjęcia /akcja
Organizator: Miesiąc Fotografii w Krakowie w TR /Warszawa
Data: 20 grudnia 2010

Projekt Kuby Dąbrowskiego w TR Warszawa jest zapowiedzią jednego z tematów, jakimi będziemy chcieli zająć się podczas kolejnej edycji Miesiąca Fotografii w Krakowie, tj. kolekcjonowania fotografii. Niestety nie mamy w naszym kraju tradycji kupowania czy zbierania zdjęć, a pora najwyższa by wejść do grona krajów takich jak Czechy, Węgry - o Francji czy Wielkiej Brytanii nie wspominając - gdzie kolekcjonerstwo jest od dawna "zdrową modą". Być może sygnowany plakat Kuby Dąbrowskiego będzie dla niektórych uczestników wydarzenia zaczątkiem prawdziwej kolekcji - pisze Tomasz Gutkowski - dyrektor Miesiąca Fotografii w Krakowie [za fotopolis.pl].

Kuba zaś na blogu pisał: „robimy taką jakby wystawę, rozdajemy plakaty z dwoma moimi zdjęciami. Plakaty są w formacie B2. Każdego jest sto sygnowanych i numerowanych egzemplarzy i ani jednego więcej. Można przyjść i po prostu sobie wziąć. Chociaż plakaty są prezentem i można je dać komuś w prezencie, to całe przedsięwzięcie nie ma związku ze świętami.”

Czyli kolekcjonowanie dla każdego. Wystarczy być, przyjść, zabrać. Można nakleić na ścianę, płytki w łazience, wstawić w ramkę.

Zdjęcie-prezent-gratis może być prezentem albo „zaczątkiem prawdziwej kolekcji”. Akcja wyjątkowa w kraju, niespotykana też często na świecie, powiedzmy „okołokolekcjonerski performans”.

"Dwa zdjęcia" w TR 20 grudnia /fot. jk





Nazwa: Fotografia Kolekcjonerska. Klasyka polskiej fotografii artystycznej (XX wiek) /akcja? oferta wydawnicza?
Organizator: Muzeum Narodowe we Wrocławiu + Profilab /Wrocław-Warszawa
Data: od grudnia 2010 do lipca 2011
strona

Na koniec, na deser przedziwna akcja trwająca od grudnia do lipca. „Pierwsza na rynku”!

Przygotowały ją „ważne dla fotografii podmioty – wiodące laboratorium fotografii profesjonalnej Profilab wraz z posiadającym najlepszy w Polsce zbiór fotografii Muzeum Narodowym we Wrocławiu”. Tu już można zacząć polemikę – zarówno jeśli chodzi o laboratorium jak i „najlepszy zbiór”. Ale przejdźmy do meritum. Oto możemy stać się posiadaczami dwudziestu „zdjęć składających się na kolekcję klasyki polskiej fotografii artystycznej XX wieku”. Co więcej za tę okazyjną cenę otrzymamy nie tylko wybitną pracę ale i certyfikat trwałości wydruku, archiwalny sposób oprawy. „Stwórz unikatową kolekcję”! tutaj dostępne prace

„Edycja każdego mistrzowskiego zdjęcia z Kolekcji to jedynie sto sztuk*.”

„* Wyjątek stanowi fotografia Jana Bułhaka Wilno, która występuje w nakładzie 150 sztuk, z których 50 sztuk zostanie przekazane przez Profilab do najważniejszych polskich instytucji kulturalnych, mediów i wspierających kulturę firm.” Wspaniale, akcja jest także edukacyjna, „z fotografią pod strzechy”! (tylko czemu znowu Bułhak a nie chociaż Hartwig czy Sikora?!...ale nie o tym ten post).

Organizatorzy, starając się pozyskać klienta, niestety brną dalej: „mamy do czynienia z (…) majstersztykami, które od teraz – w ściśle limitowanej serii – dostępne są dla kolekcjonerów indywidualnych, którym nieobce jest pragnienie posiadania najpiękniejszych i historycznie najbardziej znaczących zdjęć.” Pięknie napisane. Jednak na koniec organizatorzy dodają, niejako pozbawieni złudzeń:

„Zbieranie dzieł sztuki wprawdzie zawsze pozostanie domeną elity, ale mamy nadzieję, że te dwadzieścia wyjątkowych zdjęć stanie się dla odbiorców początkiem niezwykłej przygody z fotografią i sztuką.” A zatem „przygoda” nie „kolekcja”. To z resztą całkiem adekwatne określenie jeśli mówimy na przykład o „bezcennym” autochromie Henryka Mikolascha „Niebieska flasza”, który w założeniu był unikatem, a teraz za jedyne 129 lub 199 złotych (w oprawie) może trafić do jednego ze stu szczęśliwców!

Na stronie internetowej projektu i w ulotce (dołączanej do Gazety Wyborczej) mowa jest o zdjęciach, fotografiach, niepowtarzalnych i numerowanych kopiach, wyjątkowych i wybitnych obrazach, itd...brakuje jednak słowa klucza: reprint. I to jest największa porażka pomysłu, który mylnie/marketingowo nazwano „Fotografia kolekcjonerska”. To są właściwie „postery”, pamiątki z wizyty w galerii czy muzeum, takie, które zazwyczaj możemy kupić w sklepiku. W światowych przybytkach sztuki możemy kupić zdjęcie na kubku, talii kart do gry, ołówku, pocztówce, koszulce, torbie, parasolu...lub w formie plakatu lub oprawionego artefaktu na ścianę. Nihil novi sub sole, a jednak w krajowych warunkach rzecz niespotykana. To chyba faktycznie pierwsze tego rodzaju przedsięwzięcie na rynku polskim, żeby klientowi udostępnić reprinty prac z kolekcji. Ale żeby dodawać certyfikaty, rozwodzić się na temat trwałości wydruku, nazywać tę akcję kolekcjonowaniem to znaczna przesada! Chciałoby się zapytać kto był pomysłodawcą tej akcji? Muzeum pragnące promocji swoich zbiorów czy laboratorium chcące pochwały swoich usług? Nie jest to nigdzie wzmiankowane, idealne „partnerstwo prywatno-publiczne”. Nie wiadomo także kto wybrał owe dzieła spośród kilkunastu tysięcy i co nim kierowało. Cytowane wyżej fragmenty pochodzą ze strony organizatora akcji, a podpisane są imieniem i nazwiskiem ważnego polskiego kuratora, znawcy historii fotografii, doktora nauk humanistycznych. Oczom nie wierzę.





Wymienione przykłady nie wyczerpują na pewno tematu. Pod koniec listopada i w grudniu na innych aukcjach charytatywnych, aukcjach promocyjnych młodych twórców, w sklepach artystycznych i galeriach fotografia także znajdowała chętnych nabywców. Na warsztat wzięłam te większe i ciekawsze akcje i te dostępne dla każdego podłączonego do internetu klienta(poza „Dwoma zdjęciami” i „Fotosprintem”). Akcja Profilabu ma swoją specjalną witrynę, zaś we wspomnianych aukcjach można było wziąć udział za pośrednictwem artinfo.pl [pewnie dla upartego klienta z Yoursa udałoby się zamówić zdjęcie z wysyłką].

Celowo w przykładach pominęłam autorów, przepraszam. Poza Kubą, taki urok akcji indywidualnej. Chodzi bowiem byśmy przypatrzyli się akcji samej w sobie, a nie patrzyli fotografom do kieszeni.

Interesująca jest zbieżność tych wydarzeń w kalendarzu – koniec roku i tym samym -czas zakupów prezentowych.

Wszystkie te akcje każą myśleć optymistycznie o „dzianiu się” w kwestii kolekcjonowania fotografii. Nie jest to terra kompletnie incognita, nie jest to pole zapomniane, temat nie poruszany i obcy w naszym kraju. Interesujące, że niektórzy organizatorzy mówili o „zaczynaniu” kolekcji, nie pojawiła się ani razu zachęta do jej wzbogacenia i poszerzenia. Najwyraźniej slogan o rozpoczynaniu zbioru, podjęcie zajęcia „wyjątkowego” i elitarnego otwiera najskuteczniej portfele potencjalnych nabywców.

Jasne, daleko „nam” do świata. Narzekanie na brak kupców i kolekcjonerów sprawy nie rozwinie. Traktowanie zaś widza jako nieuświadomionego kolekcjonera to też chybiony pomysł. Cóż, instytucje organizujące podobne imprezy powinny staranniej się przyłożyć do treści przez siebie produkowanych... i rozpocząć akcje edukacyjne, oczywiście zaczynając od siebie.




Na koniec polecam wszystkim lekturę niezrównanego Gerry Badgera „Collecting Photography”. Mamy tu i rys historyczny, próbę spojrzenia socjologicznego, przegląd najważniejszych tendencji i...słownik terminów technicznych, wykaz najważniejszych instytucji i galerii oraz biogramy autorów wraz z notką o uprawianych tematach, technikach i cenach. Ach, gdyby coś takiego o polskiej fotografii...





poniedziałek, 3 stycznia 2011

zmarł Wiktor Hombek

Dziś w nocy zmarł Wiktor Hombek, członek Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego. Pogrzeb odbędzie się w Gliwicach, w najbliższą sobotę.

Wiktor Hombek - Wieśniaczka, 1963

Wiktor Hombek, Rzeźbiarz, z serii: Zostań Napoleonem, 1970-75

czwartek, 30 grudnia 2010

Fotografia uliczna to nie jest streetphoto?

Fotografia polska, poza nielicznymi przykładami jak na przykład izohelia, fotografika, fotonit, posługuje się spolonizowanymi lub tłumaczonymi określeniami z języków obcych. Nic nowego. Kwestia przyzwyczajenia i ogromnej pracy nad spopularyzowaniem słownictwa. Henryk Mikolasch wraz z Józefem Świtkowskim wydali broszurkę "Polskie słownictwo fotograficzne" we Lwowie jeszcze przed I wojną światową [przypomnienie i próba kontynuacji tej publikacji]. W prasie fotograficznej często spierano się nad klasą tłumaczenia, nad sensem nowych słów, itd. Ostatnio ten nawyk ustał. Bezmyślnie powtarza sięokreślenia "fajne" i "dobrze brzmiące" nieadekwatnie do sensu. Przykładów jest wiele: fotografik, fotogram, ale jak się okazuje w tym najnowszym słownictwie również. Przykładem jest najwyraźniej street photo.

Fotografia uliczna to określenie zdjęć wykonanych nie tylko "na ulicy" - ale raczej na zewnątrz, w przestrzeni publicznej, miejskiej, wiejskiej, wśród budynków i ludzi. Chodzi bowiem o fotografowanie ludzi, miejsc, sytuacji w pewien sposób. Czym innym zatem są pejzaże miejskie, czym innym portret osoby na ulicy, jeszcze czym innym fotografia architektury. Osoby zajmujące się tego rodzaju zdęciami najczęściej nazywają tę dziedzinę z angielska: strit. Świat dojrzewa od kilku lat do tego czym jest "street photo", ukazują się książki i albumy, sprofilowane wystawy i społeczności internetowe. Te właśnie grupy hobbystów walczą z niewiedzą tłumacząc czym street photo nie jest. "Portret wykonany na ulicy to nie jest street photography". Strit powinien zaś "znacznie wykraczać poza codzienność, 'zwykłość', to co oczekiwane i zastane" [grupa extreme street photography]. Inna grupa podaje dla ułatwienia kogo wielbią stritowcy: Koudelka, Arbus, Winogrand, Levitt, itd oraz sugeruje lekturę ułatwiającą orientację w temacie: "Look through some of the Magnum images for starters. Check out In-public. Read Michael David Murphy's Ways of Working and Phyla of Street Photography and Nick Turpin's Undefining Street Photography" [grupa hardcore street photography].

Od września 2010 mamy solidne oparcie teoretyczno wizualne w tym czym jest współczesna "fotografia uliczna" czy raczej "street photo", a to za sprawą albumu wydanego przez Thames & Hudson "Street photo now!" [już wspominaliśmy o wydawnictwie i wystawach z nim związanych].
Jakiś czas temu dla Snapsa i 5klatek próbowałam się wgryźć w znaczenie określeń street photo i snaps. I dalej i ciągle jestem zdania, że street photo daje się tłumaczyć na język polski w formie okreslenia: fotografia uliczna. Ale... mam też nadzieję, że to kwestia czasu, kiedy wszyscy przyzwyczaimy się czym ona jest.

Niestety kłody pod nogi. I to od...Olympusa! Producenta aparatów niepozornych, małych, skutecznych itd...uwielbianych przez stritowców. Właśnie zostały ogłoszone wyniki konkursu pod hasłem "street photo".
Bez tumaczenia. Nawet lepiej, wszystko wydaje sie prostsze. Proszę zajrzeć pod link i ocenić czy wygrane prace pasowałyby pod hasło fotografii ulicznej. Organizator dodaje, byśmy mieli pewność: "Nagrodzone prace są piękne, intrygujące, niewątpliwie bardzo oryginalne... Jury po naprawdę długich i burzliwych obradach wyłoniło laureatów i przyznało nagrody." Konkurs odbywał się w trzech kategoriach: ludzie, bawy i klimat (i zdaje się nie chodzi o ogół zjawisk pogodowych). Może i nie sa takie złe te zdjęcia, niektóre przyjemne, ale najwyraźniej nie chodzi o "street photo" ani "fotografię uliczną". Najciekawsze wyjątki znajdziemy w wyróżnieniach.
Konkurs ma taki poziom jak startujący w nim autorzy, pewnie więc można mieć za złe jedynie uczestnikom, czy raczej niedoszłym uczestnikom, ludziom, którzy faktycznie strit uprawiają. Ale wybaczam i rozgrzeszam, co bowiem po takim konkursie, w którym wygra można... peny i mju Olympusa oraz kurs o "zarządzaniu barwą w druku"?

wtorek, 28 grudnia 2010

relacja: Monat der Fotografie 2010


Subiektywna i wybiórcza relacja z Europejskiego Miesiąca Fotografii 2010 w Berlinie - Magdalena Wajda-Kacmajor

Subiektywna i wybiórcza, ponieważ z ogromnej oferty Monat der Fotografie trzeba wybrać to, co chce się zobaczyć, żeby nie zwariować. Zresztą, to nie do końca miesiąc – zaczyna się na początku października, a niektóre wystawy trwają aż do stycznia. My skoncentrowaliśmy się na tym, co lubimy najbardziej – na klasycznej, czarno-białej fotografii. A tegoroczny Foto-Monat oferuje bardzo dużo takich wystaw. Oglądanie trzech wystaw dziennie to aż nadto, trzeba jeszcze „przetrawić” to, co się widziało.
Duża wystawa Petera Lindbergha w C/O Berlin otwarta jest do 9 stycznia 2011. Imponuje rozmachem i formatem – ponad 200 zdjęć, głównie czarno-białych, w większości ogromnych odbitek. Jest sporo tych, z których znamy Lindbergha najlepiej – komercyjne sesje, portrety modelek, inscenizowane sesje dla Vogue czy domów mody.  Są też i zdjęcia uliczne z Berlina oraz rewelacyjne portrety Verushki poprzebieranej w różne stroje i najwyraźniej bawiącej się tą sesją równie dobrze, jak sam fotograf. Genialne portrety – Jeanne Moreau w całej krasie swoich zmarszczek, trzy supermodelki oraz gigantyczna przemysłowa maszyneria, czy wreszcie zdjęcie, przed którym stoję najdłużej – cztery modelki, w tym Verushka i Tatiana Patitz, ucharakteryzowane na berlińskie piękności z lat 30-tych XX wieku. Gdybym mogła zabrać z tej wystawy jedną, jedyną odbitkę, to właśnie tę.
W salach na piętrze prezentowane są dwie grupy zdjęć „ulicznych”, pozornie nieinscenizowanych. Dodatkową ciekawostką jest możliwość podejrzenia warsztatu – w gablotach wystawione są negatywy i stykówki. Uśmiecham się widząc, ile rolek zostało wykorzystanych podczas sesji na to, aby wybrać z nich to jedno, konkretne zdjęcie.
Wystawa prezentowana jest w C/O Berlin, Oranienburger Str 35/36.
W tej samej okolicy jest jeszcze kilka wystaw godnych uwagi.
Pierwsza jest bardzo blisko, na Tucholskystrasse 41, w Galerie Hiltawsky.
Osobom interesującym się fotografią i muzyką jednocześnie nazwisko Olaf Heine nie powinno być obce. W najgorszym przypadku znają fantastyczny portret steranego rockowym  życiem Iggy’ego Popa, półnagiego i w bokserskich bandażach na rękach. Wystawa prezentuje niemal wyłącznie czarno-białe zdjęcia, głównie portretowe – jest Chris Cornell, Snoop Dog, Sting i wielu innych. Wstęp wolny, czynne do 8 stycznia 2011. Ciekawostka, z którą spotkaliśmy się także w innej galerii – spis zdjęć zawiera od razu ceny odbitek, gdyby ktoś chciał kupić. (Jest to nieco frustrujące – skąd wziąć na szybko 4 tys. euro? Ale to i tak drobniaki, w porównaniu z inną wystawą, o czym dalej …)
Galeria Kicken – Linienstrasse 155/ 161a, 10 minut spacerkiem – prezentuje typowe „streephoto” autorstwa Barbary Klemm i Ed van der Elskena. Czynne  do 18 grudnia. Uwaga, idąc do galerii „właściwej” nie należy przegapić ni to pokoju, ni to gabloty po lewej stronie w bramie, gdzie wystawiono jest kilka zdjęć :)
Czas na coś bardzo, bardzo berlińskiego. Alan Luft – Berlin Portfolio. To, co tygrysy lubią najbardziej – proste, bezpośrednie, czarno-białe portrety ludzi, których ten amerykański fotograf napotykał podczas swoich wędrówek po mieście. Bez udziwnień, bez stylizacji, ot po prostu – ludzie pokazani takimi, jakimi są. Wystawa czynna jest niestety tylko do 17 listopada, więc trzeba się pospieszyć. Dodatkowym bonusem jest jej miejsce – Hotel Bogota, kilka kroków w bok od Kurfürstendamm. Miejsce-legenda. Tutaj było studio słynnej Yvy, tutaj pierwsze kroki w fotografii stawiał niejaki Helmut N. :) Polecam uważne oglądanie wszystkiego po drodze do kawiarni, w której wiszą zdjęcia. 
W małej salce – chyba byłej biblioteczce hotelowej – po drugiej stronie holu wisi kilka skromnych, czarno-białych zdjęć z hospicjum, autorstwa Iny Schröder. Przejmujące.
W Berlinische Gallerie chcemy obejrzeć dwie wystawy – Arno Fischera i Emila Otto Hoppé. Obie przewidziane są do końca lutego 2011 i obydwie bardzo polecam. Arno Fischer to głównie „street photo” z Berlina Wschodniego i Zachodniego – fragmenty jego sporego projektu „Situation Berlin”, który przedstawiał podział miasta po II wojnie – jeszcze zanim stanął mur. Na środku sali malutkie, kolorowe polaroidy z serii „ogród” – bardzo urokliwe, przyciągające ciepłymi barwami.
Wystawa Emila Otto Hoppé ucieszy fanów „Miasta, Masy, Maszyny”. To fotografie głównie z okresu republiki weimarskiej, mnóstwo zdjęć obiektów przemysłowych, fragmentów maszynerii. Zagłębie Ruhry, konstrukcja sterowca, fabryka samolotów Junkersa. Precyzyjnie skadrowane, dopracowane technicznie. Oprócz tego świetne portrety – robotników fabrycznych, ale i tancerek czy aktorek z berlińskiej wytwórni Ufa.
Mnie jednak urzeka wystawa w tej samej galerii, której się nie spodziewałam. Niestety, już jej nie ma, przypadkiem trafiliśmy na ostatni tydzień jej prezentacji. To zdjęcia niemieckiej fotografki Marianne Breslauer. Portrety wykonywane poza studiem, w zastanym świetle, często na dworze – delikatne, świetliste zdjęcia „chłopczyc” z lat 20-tych i 30-tych. Doskonała seria zdjęć reporterskich z podróży do Hiszpanii w roku 1933, równie świetne scenki uliczne z Paryża. (Już wiadomo, na kim wzorował się HCB :)). Od kilku portretów nie sposób oderwać wzroku.
W tej samej dzielnicy, kilkaset metrów od BG, znajduje się dobrze ukryta Galerie Berinson (Lindenstraße 34). Do 21 listopada prezentuje prace Dietera Kellera, reportera wydawnictwa „Kosmos”. Keller był także żołnierzem na froncie wschodnim podczas II wojny – to z tego okresu właśnie pochodzą zdjęcia. Doskonale skomponowane kadry o chwilami przerażającej treści – dobre do przekonywania o bezsensie wojny.
Instytut Cervantesa (Rosenstraße 18 – 19) prezentuje bardzo dużą kolekcję fotografii Luisa Ramóna Marína. To jeden z pionierów hiszpańskiego foto-dziennikarstwa, kiedyś uważany za czołowego fotografa kraju, potem nieco zapomniany. Wśród ponad 60 zdjęć znajdują się obrazy z zawodów sportowych, codziennego życia w Madrycie, ale także i z wojny domowej.  Wystawa czynna do 25 listopada, więc trzeba się pospieszyć – a warto.
No i deser. Deser także i dla nas, bo była to ostatnia wystawa, jaką mieliśmy na liście. Street Photography – przykłady z sześciu dekad, prezentowana w galerii Jörg Maaß Kunsthandel (Rankestraße 24, blisko Ku-dammu, czynna do 10 grudnia). Znajdujemy małą galeryjkę – sklepik z fotografiami. W witrynie tego „sklepiku” dwie rzeczy – informacja, że właściwa wystawa jest obok, proszę dzwonić oraz – zdjęcie Roberta Capy, TO zdjęcie, najbardziej znane jego zdjęcie z wojny domowej.  Znajdujemy wejście, dzwonimy, wchodzimy po schodach do wielkiego mieszkania przerobionego na galerię … i od razu po wejściu opada mi szczęka. Jedno z najbardziej znanych zdjęć Ruth Orkin wisi w korytarzu. Dalej jest jeszcze lepiej. Callahan, Brassai, Robert Frank … ta galeria to jak świątynia dla fanów street photo. Każde zdjęcie można kupić, jest oficjalna lista z cennikiem. Może by tak, w ramach przedświątecznych zakupów ? … niestety, cennik otrzeźwia.  Bez wygranej w totka byłoby ciężko, przeciętna cena to około 20 tys. euro.




Charles H Traub, Tokyo Japan, 1983 copyright Charles H. Traub /dzięki uprzejmości Kunsthandel Jörg Maaß


relację przygotowała Magdalena Wajda-Kacmajor. dziękujemy!
[bardzo przepraszam za opóźnienie w publikacji, bardzo! j]

sobota, 25 grudnia 2010

pięknych świąt!


od Mariusza Foreckiego i 5klatek





 od Anny Beaty Bohdziewicz

 od Pawła Sosnowskiego i galerii Appendix2

 od Aleksandry Śliwczyńskiej i Kwartalnika Fotografia

 od Romana Babjaka i Sittcomm sk

ode mnie. pięknego NR11!

[aktualizacja posta 4stycznia2011]

piątek, 10 grudnia 2010

"Po prostu uśmiechamy się i patrzymy sobie w oczy" - Izabela Wojciechowska

Zmarła Izabela Wojciechowska. Redaktorka naczelna Centralnej Agencji Fotograficznej, potem Redakcji Fotograficznej w PAPie. Kuratorka wystaw, fotoedytorka, wydawca, wykładowca, właścicielka galerii Green Gallery. "Impresario" fotograficzny - szczególnie Ryszarda Kapuścińskiego. Bogaty i piękny życiorys. Kobieta ciepła i wesoła. Zmarła 6 grudnia w warszawskim szpitalu w wyniku powikłań po...złamaniu nogi. Wystawa, którą przygotowywała od kilku miesięcy, zostanie otworzona 17 grudnia w Zachęcie: "Ryszard Kapuściński. Z Imperium. Fotografie".
Proponuję kilka lektur:
- Izabela Wojciechowska o Kapuścińskim [dyskusja wokół "Kapuściński non-fiction" Artura Domosłowskiego"]

Izabela Wojciechowska podczas jednego z wernisaży w Green Gallery /fot.jk/

Ryszard Kapuściński, Rosja, Moskwa, 1991 /materiały prasowe wystawy/


"Ryszard Kapuściński. Z Imperium. Fotografie" 18 grudnia 2010 -20 lutego 2011 Zachęta Narodowa Galeria Sztuki. Wernisaż 17 grudnia 2010 godzina 19.
z noty prasowej wystawy:
W 17 lat po ukazaniu się Imperium będziemy mieli okazję obejrzeć wystawę fotografii powstałych w latach 1989–1991, będących plonem podróży Ryszarda Kapuścińskiego po republikach dawnego ZSRR. Fotografie te do tej pory nie ujrzały światła dziennego poza kilkoma, które znalazły się w albumie "Ze świata". Odnaleziono je dwa lata temu w archiwum prywatnym Kapuścińskiego. Ze sposobu posegregowania tego materiału i próby selekcji fotografii należy sądzić, że myślał on o wystawie o Imperium. Dziś ten zamysł realizujemy wystawą prezentującą 50 czarno-białych fotografii wybranych spośród kilkuset. Fotografie te nie są dziennikiem fotograficznym z podróży ani materiałem ilustrującym Imperium. Stanowią raczej niezwykły fotoreportaż emocjonalny ukazujący ludzi, miejsca i wydarzenia w zderzeniu z uniwersalnym światem Kapuścińskiego. Tym razem wkraczamy w świat obrazu, do którego przyjdzie nam dodać słowa, ponieważ artysta nigdy swoich fotografii nie podpisywał. Znalazły się w tym wyborze zdjęcia z pierwszej po czterdziestu latach, a odbytej w 1979 roku podróży do rodzinnego Pińska, które dodatkowo czynią ten fotograficzny esej bardzo osobistym. więcej

piątek, 3 grudnia 2010

zawsze chciałem być pilotem!


fotograf nieznany, zbiory prywatne /rep.JK/

Zdjęcia pamiątkowe z gotowego tła to zwykle atrakcja dla dzieci. Dziś coraz rzadsza, ustawiana zwykle w jakimś związku z miejscem - bez twarzy: górale pod Giewontem, państwo Poznańscy w swoim pałacu w Łodzi, itp. Samolotów, okrętów i łódek jakoś dawno się nie widzi na deptakach i w turystycznych mekkach. Tu przykłady z międzywojnia, tło bardziej i mniej profesjonalne. Może drodzy czytelnicy mają jakieś ciekawe przykłady w albumach? Chętnie obejrzymy i tutaj pokażemy!

piątek, 26 listopada 2010

Rayogramy, fotogramy, nudogramy.

Floris Neussüs, z cyklu "E Photo measures" rep. za "Fotografia", nr 4, 1974, s. 109  

Floris Neussüs, Körperbild (KOR B27), Berlin, 1963 © Floris Neussüs / dzięki uprzejmości AtlasGallery, Londyn/


Fotogram to jedno z tych słów, których się używa, żeby mówić piękniej, ładniej i mniej treściwie. Jak mawiał profesor Zbigniew Łagocki >>niektórym nie wystarczy słowo „fotografia” albo „zdjęcie” muszą użyć „fotogram”, bo to ponoć lepiej brzmi.<< Tak zwana stara szkoła, albo wielka polska fotografia bardzo lubiła używać „fotogramu” w odniesieniu do odbitki. Odbitki, zdjęcia, kawałka papieru, tyle, że z przeznaczeniem na wystawę. Słowo „fotogram” jest wówczas nobilitacją dla zdjęcia. Pierwotne znaczenie słowa fotogram – to zdjęcie powstałe bez użycia aparatu fotograficznego, jako efekt luksografii, „odbitka” unikatowa. [Ciekawe, że nawet słowo to występuje w słowniku programu microsoft office Word w języku polskim.] Nie czas (teraz) na krucjaty leksykalne a’ la Jan Miodek.

Floris Neussüs eksperymentując przez wiele lat w fotografii zaproponował określenie „nudogramy” (ang. Nudogramms, w oryginale niem. Körperfotogramms). Neussüs jest w Polsce artystą dobrze znanym, może jedynie nieco zapomnianym. W latach siedemdziesiątych utrzymywał z pismem „Fotografia” i czołowymi polskimi fotografami żywe kontakty. Do Warszawy przywiózł wystawę „Photography as Art. Art as Photography” (część 2 pokazywaną w 1977 roku).
Założył Forum Fotograficzne [Fotoforum] Zbiorczej Szkoły Wyższej w Kassel w 1972 roku „jako galeria kierunku fotografiki, a później poszerzone o dziedzinę sztuki wyrażaną za pośrednictwem fotografii”. /niestety polski tłumacz niepotrzebnie użył słowa „fotografika”/. Wystawa pokazywana w Warszawie była już drugą częścią „objazdówki”, która swoją drogę zaczęła w 1976 roku od miasta rodzinnego Niecephore Niepce’a w Chalon-sur-Saon, a objęła między innymi Zurych, Norymbergę, Porto, Amsterdam i Paryż. W tekście towarzyszącym wystawie
Neussüs pisał „pragnę wyrazić nadzieję, że wystawa ta będzie organizowana przez nas na nowo co trzy lub cztery lata, tak aby mogła dokumentować rozwój fotografii jako środka wyrazu w sztuce”. [Floris M. Neususs [red.], Photography as Art. Art as Photography , wyd. Gesamthochschule Kassel, Fotoforum, Kassel 1977; + wkładka w języku polskim odnośnie warszawskiej wystawy]

W 1979 roku zorganizowano Art as photography 3, oczywiście w Kassel, a następnie w m.in. w Londynie, Coimbra, Lizbonie, Barcelonie. Część czwarta przypadałaby na lata 82-83, niestety nie mogę odnaleźć śladu czy ta wystawa się odbyła, ta czy jakaś inna, późniejsza edycja pomysłu.
Warto wymienić kilka osób związanych z ideą wystaw Neussüs’a: z Polski: Józef Robakowski, Natalia LL i Kazimierz Bendkowski; z reszty Europy: Annette Messager, Michael Druks, Christian Boltanski, Jan Dibbets, Valie Export, Gilbert_George, John Hilliard, Ger Dekkers czy Ugo Mulas. Za każdym razem w przeglądzie brało udział 50 artystów, starano się pokazywać za każdym razem inną 50tkę. Neussüs od 1971 roku do niedawna wykładał w Uniwersytecie w Kassel fotografię eksperymentalną.


Floris Neussüs, Körperbild (KOR 42), Kassel,1967 © Floris Neussüs / dzięki uprzejmości AtlasGallery, Londyn/


I wreszcie sedno posta: Floris Neussüs i fotogramy. Zainteresował się tą techniką w końcu lat 1960tych i na początku 1970tych. Inspirował się „oczywiście” pracami Man Ray’a i Làszló Moholy-Nagy. Mówił: W fotogramie… nie ma odzwierciedlenia człowieka, ale jego obraz pojawia się jako akt wyobraźni. /In the photogram...man is not depicted, but the picture of him comes into being by an act of imagination/. Galeria Atlas w Londynie (znana czytelnikom miejscafotografii z wystawy Africa) przypomina serie fotogramów Neussüs’a. Do najbardziej znanych jego fotogramów należą właśnie owe „nudogramy” czyli odbicia aktu-modelki na papierze. Artysta eksperymentował z papierami srebrowymi, ale także odwracalnymi – mamy zatem albo czarne figury na białym tle, albo odwrotnie. Z czasem także eksperymentował z utrwalaniem odbitek, zezwalając światłu operować na papier dłużej, nawet podczas ekspozycji prac w galerii. Więcej o wystawie i pracach Neussüs’a na stronach Atlas Gallery.

Do lutego 2011 w Victoria & Albert Museum, też w Londynie, można oglądać wystawę „Shadow Catchers”, czyli zbiór najciekawszych współczesnych eksperymentów na fotogramach w wykonaniu: Pierre Cordier, Garry Fabian Miller, Susan Derges i Adam Fuss. o wystawie w Victoria and Albert Museum
Z okazji wystawy w V&A w The Telegraph ukazał się wywiad z Florisem Neussüs’em o technice fotogramów, dadaistach i technikach cyfrowych: polecam!

Floris M. Neususs [red.], Photography as Art. Art as Photography , wyd. Gesamthochschule Kassel, Fotoforum, Kassel 1977, s.214-215/rep.jk

środa, 17 listopada 2010

Bardzo dużo wulgaryzmów, obelg i obrazy.

W pierwszej kolejności zachęcam do przeczytania starszego postu od tego, który właśnie jest czytany. Tam Aśka nakieruje Was na ciekawą wystawę. Aż głupio mi być przez chwilę na "topie" strony, ale cóż - jak już coś się we mnie zapali, to nie mogę tego zdusić. Czasu mam niewiele, więc napiszę szybko, pewnie z błędami i masę durnot popełnię. Pewnie kogoś obrażę - mam nadzieję.

Od kilku tygodni znane są nowe zasady ważnego (do tej pory) konkursu fotografii prasowej, jakim jest Newsreportaż. To, że zostały one nie tyle zmienione, co zlikwidowane, jest jasne. Niedawno z przyjaciółmi żartowaliśmy na forum serwisu społecznościowego, że będą zdjęcia z rodzinnych albumów, wakacje itp. Jest gorzej. Na stronie konkursu organizator chwali się, że wpłynęło aż 300 prac. O matko! W dobie serwisów informacyjnych opierających swe istnienie o MMSy - to niewiele. Zdjęcia z rodzinnych albumów - masa. Chciałem zobaczyć wszystkie foty zanim moja żona skończy usypiać naszego syna (czyli mniej więcej kwadrans). Nie dałem rady. Nie potrafię.

To wszystko jest jasne. Pozostaje mi w głowie tylko jedna rzecz - co z tym wszystkim? Dla kogo jest taki blog, jak ten, dla kogo kulejący rynek stworzył te wszystkie mniej lub bardziej darmowe pisma? Komu robić wystawy i publikować albumy? Czy szczytem fantazji ma być kolejna odsłona aktów w żabiej perspektywie? Czy albumy Eskildsena zapleśnieją na półkach? Czy kolejne odsłony aukcji (ósma chyba się zbliża) dadzą komukolwiek coś dla ducha? Czy tylko zamiennik za robotników jedzących śniadanie na metalowej belce wysoko nad ulicami miasta?

Rozumiałbym, gdyby takie psucie zaczęło się w pismach dla fanów sprzętu, forumowych trolli itp. Ale to przerosło moje wszelkie przypuszczenia. Tym bardziej mając na uwadze zeszłoroczne wyróżnienia, jak choćby zestaw Michała Łuczaka, który zdobył uznanie na innych, znaczących kompetycjach. W tym roku - aktualne żyri - nie dało by pół głosu na jakąkolwiek z jego prac. Co gorsza, od poprzedniej edycji miało miejsce dość dużo spektakularnych wydarzeń. Byłem ogromnie ciekaw zestawienia wydarzeń niusowych (ach ta ściana fotografów, ogon C-5 Galaxy na tle płonącego nieba - liczyłem, że na konkursie różnice będą widoczne tylko w numerach seryjnych aparatów) przeciw życiu codziennemu.

Konkursy dają mi - jako widzowi, bo raz w życiu wygrałem coś fotografiami, ale o tym za moment, bo to rozwojowe i musi dojrzeć - możliwość zapoznania się z dokonaniami. Dają mi szersze spektrum niż okręgowe wystawy związku (w temacie okręgu dolnośląskiego powinny one być kojarzone z okrężnicą, niźli z okręgiem), pozwalają prześledzić to, kto i jak nad czym pracuje i odnieść to do konkursów światowych. Siłą rzeczy nie zobaczę wszystkiego, ale dobre jury daje mi jakąś przebraną treść, która dostarcza mi masę informacji do własnej interpretacji. W tym roku jestem o tę masę uboższy. Tym bardziej, że ten konkurs był wg mnie najciekawszy.

Teraz wiedzę o stanie kraju przekazują użytkownicy różnej maści sprzętów, ale nie fotografowie. Widziałem chłopczyka na łące, dziewczynkę na plaży, zdjęcie auta w wodzie zrobione z okna kamienicy i takie tam. To już nie jest wredne, tylko smutne. Chyba najbardziej jest mi po prostu smutno, że tak się dzieje. Szkoda mi tych emocji, gdy co drugim laureatem był mój bliższy lub dalszy kumpel, dzwonienia telefonu, gratulacji. Szkoda. Szkoda, że taka osoba, która kiedyś przyjęła na konkurs moje prace, wydrukowała i nieco sobie przekadrowała ucinając połowę obrazu (napisała w mailu: bo bardziej mi się podobało), teraz decyduje o tym, co się działo w kraju.

Na koniec linki:
2010
2009

Wiem wiem, to jeszcze nie koniec, jeszcze nie było wyników. Tylko ja o tym już nie będę pisać. Chyba, że sam organizator, a - co pokazała Aśka kilka wpisów temu - Newsweek ma już dobry, nowy sposób do takich zadań.

wtorek, 16 listopada 2010

Widok z okna: 40 lat później.

Fundacja "Archeologia fotografii" organizuje wystawę fotografii Mariusza Hermanowicza z cyklu "Widok z okna" w miejscu powstania serii, w danym mieszkaniu artysty. Okazja jest szczególna, tylko do niedzieli można porównać widok z lat 1968-1979 utrwalony przez Mariusza Hermanowicza z aktualnym.


Organizator wystawy: Fundacja Archeologia Fotografii
Wystawa czynna: 15 – 21 listopada 2010
Miejsce: Dawne mieszkanie Mariusza Hermanowicza, Warszawa, Al. Armii Ludowej 13 m. 23, 4 piętro
Wstęp na wystawę: 5 zł (w cenie biletu oprowadzanie po wystawie)
Godziny otwarcia wystawy: 15.00 - 19.00
 


/fot: nr 2: Mariusz Hermanowicz, z serii Widok z okna, 1968-79, materiały prasowe wystawy; fot. nr 1 i 3:jk/

niedziela, 7 listopada 2010

Tło bohaterem. /2/

/Paryż, 1899; zbiory prywatne /rep.JK/

Dwa małżeństwa. Państo Clouet. I z lewej i z prawej. Prawodopodobnie bracia. Na pewno Louis i Victor. Nic o nich nie wiem więcej. Tego samego dnia przyszli aby dać się sfotografować. Zdjęcia pochodzą z jednej kolekcji, z jednego albumu. Dla mnie znowu rolę pierwszoplanową tych fotografii odgrywa tło.  Ciekawe, że w tych dawnych atelier malowane kolumny i sklepienia zwykle kompletnie nie pasują do posadzki lub dywanu. Dlaczego fotograf pokazuje kotarę i sufit za malowanym tłem studyjnym? Tło jest umowne, ale żeby tak się "zdradzać"? Celowo? Niechcący?

Próbuję powstrzymać się i nie proponować czytelnikom gry "znajdź 10 szczegółów". Bardzo korci. :) Coś jest wesołego w tym zestawieniu.

niedziela, 24 października 2010

i koniec po pamięci.



Ile warta jest dawna fotografia? Cenimy odbitki kolekcjonerskie, unikaty, ważne nazwiska albo ważne momenty. Ta fotografia ma swoje ceny rynkowe. Cenimy też własne albumy fotograficzne, bo to nasza własna historia, osoby znane nam, bliscy. Ta fotografia jest z kolei bezcenna.
Ale dawna fotografia, której nie umiemy okreslić - czasu, osób? Pełno jej na allegro i na targach staroci. Sprzedawane są nierzadko całe kolekcje, zbiory albo na setki sztuk.

Kupiłam ostatnio kilka zdjęć wizytowych z końca XIX wieku, kilka snapsów z początku wieku XX, na allegro. Sprzedawcy mają różne metody na zabezpieczenie przedmiotów. Najczęściej zdjęcie wkłada się między tekturki lub pomiędzy grubsze kartony, w kopertę bąbelkową i po sprawie. Do dwu przesyłek dołączone było oryginalne opakowanie - w jednym koperta z czarnego bristolu, z naklejonym zdjęciem (lata 60te?) a na nim ilustracja z żurnala; w drugim koperta ozdobiona była fragmentem odbitki fotograficznej.
Zdziwiło mnie to bardzo. Po co taki gratis? Miła niespodzianka? Odbieram to, zdaje się opatrznie z wolą nadawcy, jako przejaw nie dbania o zdjęcia. Sprzedajemy stare i "wartościowe", ale te młodsze służą nam do pakowania?

I jeszcze z tematu niszczenia zdjęć. Trafiłam na ciekawą lekturę, antropologiczne ujęcie fotografii chłopskiej. Jest też o radzeniu sobie z niechcianymi zdjęciami:

Zniszczenie fotografii jest wyrażeniem agresji. Złość jest skierowana pośrednio, nie na osobę rzeczywistą, ale na jej wizerunek. Jest to równoznaczne ze zniszczeniem pamięci o osobie ze zdjęcia i relacji łączącej z nią. Najczęściej spotykanym aktem niszczenia fotografii jest jej podarcie.


>>No ja nawet wiem, że moje koleżanki takie podostawały zdjęcia, to na szafkach miały zdjęcia, później się zdenerwowały to zdjęły z szafy i do kosza wyrzuciły i później chłopak przyszedł i upominał się o zdjęcia a one podarły i do kosza. No i takie to było wyrażenie złości. No podarły zdjęcie i koniec po pamięci.<<

Niszcząc zdjęcia, zaprzecza się czyjemuś istnieniu, nie chce się o nim pamiętać. Jeśli bowiem dzięki zdjęciu można sobie o kimś przypomnieć, to z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że bez fotografii nie będzie się pamiętało o tej osobie.
Bartuszek J., Między reprezentacją a ‘martwym papierem’. Znaczenie chłopskiej fotografii rodzinnej, Wyd. Neriton, Warszawa 2005, s.93



środa, 20 października 2010

Charles Fréger / rozmowa


Charles Fréger, z serii Water-polo (Wodne polo), 2000 / dzięki uprzejmości artysty



Joanna: Dorastałeś w czasach fotografii analogowej i w niej zacząłeś tworzyć. Teraz pracujesz cyfrowo. Jaki to ma wpływ na Twoją pracę?

Charles Fréger: To kwestia edycji. Główny problem z fotografią analogową to wycofywanie się dużych producentów z rynku. Firmy takie jak Kodak czy Fuji przestały eksperymentować i ulepszać swoje produkty. Dlatego trzymanie się techniki analogowej jest dla mnie bez celu. Coraz trudniej znaleźć też laboratorium, które wywoła zdjęcia – duże odbitki w dobrej jakości. Oczywiście ciągle takie istnieją, ale jest ich coraz mniej i najczęstszym rozwiązaniem jest dostarczenie im gotowego skanu.


Pracuję tworząc serie zdjęć, dlatego muszę przy jednej serii współpracować z jednym laboratorium, w pewnym sensie interaktywnym laboratorium. Dzięki technologii cyfrowej jestem bardziej elastyczny jeśli chodzi o...


J: O ilość?

Charles Fréger: Nie, nie chodzi o ilość. Kiedy robiłem zdjęcia analogowe, powstawała taka sama ich ilość co teraz, w cyfrze. Teraz mogę być jedyną osobą, która wchodzi w jakąkolwiek interakcję z moimi zdjęciami. Jestem jedyną osobą, która decyduje jak one mają wyglądać. To naprawdę trudne, znalezienie pomysłu jak wyprodukować moje zdjęcia zajęło mi rok!

 
Charles Fréger, Vatican 6, z serii Empire (Imperium), 2007 / dzięki uprzejmości artysty
 
J: Chodzi o kontrolę materiału?


Charles Fréger: Zdjęcie, plik RAW, które otrzymujesz z aparatu cyfrowego, nawet bardzo wysokiej jakości sprzętu cyfrowego, jest bardzo przeciętne. Musisz w pewnym sensie dorobić je – zoptymalizować kolory, cienie, szarości. Decyzja robienia zdjęć w technice cyfrowej, kiedy jestem przyzwyczajony do analogowej, moje oczy też są przyzwyczajone do analoga, niesie ze sobą konieczność znalezienia kompromisu z „cyfrowością”.

J: Dlaczego wybrałeś fotografię kolorową?

Charles Fréger: To nie jest kwestia wyboru. Pracowałem przez dwa lub trzy lata w fotografii czarno-białej, a potem przeskoczyłem do koloru. Po prostu kolor lepiej działa z tematem moich zdjęć. Tu nie ma żadnego „dlaczego”. Lubię barwną fotografię, pasuje do moich zdjęć. Dlatego chcę, żeby były w kolorze.


J: We współczesnej fotografii wydaje się, że odchodzi się od podziałów, stylów, klisz i przyzwyczajeń, także od specjalizacji. Ty specjalizujesz się w portrecie. Co o tym sądzisz?


Charles Fréger: Tak mi jest wygodniej, to mój wybór. Mówiłem przed chwilą studentowi: nie jestem zadowolony widząc jak fotograf idzie w wielu kierunkach. To nie jest takie do końca złe. Po prostu wolę specjalizować się w portrecie, niż robić wiele różnych rzeczy w tym samym czasie. Portret jest dla mnie jak otwarte drzwi, poprzez portret mogę robić inne rzeczy. Ale zawsze początkiem jest portret.


J: Ostatnie prace poprzez portret zawiodły Cię do performance i designu. Czy to oznacza, że zaczniesz nową specjalizację?


Charles Fréger: Nie, nie! Po prostu przesuwam granicę eksperymentowania z portretem, na przykład w stronę wniknięcia w portretowaną grupę, czasem wkładam kostium, ale ciągle punktem odniesienia i głównym tematem jest portret.


J: Czy kiedyś doświadczyłeś zamknięcia grupy, pewnego punktu nie do przebrnięcia?


Charles Fréger: Zawsze, właściwie zawsze. Zawsze staram się dojść do granicy grupy, do prawdziwej pasji, do miejsca, w którym grupa już nie chce zezwolić mi na zdjęcia. Muszę wtedy znaleźć kompromis, bo trafiam w miejsce, które chronione jest wyraźnymi zasadami grupy i nie mogę ich tak po prostu przekroczyć.



Charles Fréger, San Marino 1, z serii Empire (Imperium), 2007 / dzięki uprzejmości artysty

J: W pewnym sensie prowadzisz badania antropologiczne. Czujesz się takim nowoczesnym antropologiem?


Charles Fréger: Nie, zdecydowanie nie. Moje zdjęcia są wykorzystywane przez antropologów i socjologów. Wiele osób używa ich do własnych celów: w projektowaniu ubioru, przy wykonywaniu kostiumu, specjaliści od umundurowania, itd. Czasem korzystają z moich zdjęć jak z dokumentu, w pewnym sensie dokumentacji badawczej dotyczącej pewnej grupy. Ale przez to nie staję się antropologiem. Może i oni używają mojej pracy, ale to nie znaczy, że jestem jednym z nich.


J: W jaki sposób znajdujesz grupy, które fotografujesz?


Charles Fréger: Najczęściej spotykam ludzi, którzy mi o czymś interesującym mówią i okazuje się, że właśnie tego szukam do zdjęć. Nie potrafię zdefiniować czego poszukuję, co mnie przyciąga. Wiem co to jest, ale nie potrafię wyrazić tego słowami. W tej chwili pewna osoba robi dla mnie badanie w Indonezji. Nie mogę jej powiedzieć: chcę sfotografować to i tamto. Po prostu robi badanie, przedstawi mi wynik i dowiem się co tam jest ciekawego i może akurat to będzie TO.

Charles Fréger, z serii Wilder-men (Dzicy ludzie), 2010 / dzięki uprzejmości artysty

J: Tworzysz właśnie serię „Dzicy ludzie”. W jaki sposób zacząłeś nad nią pracę?


Charles Fréger: Zostałem zaproszony przez pewną choreografkę na przedstawienie, właśnie o tym temacie. Było tam dwóch „dzikich ludzi”, nazywali się „Krampus”. To było niesamowicie interesujące! Zacząłem pytać i dowiedziałem się, że w Austrii odbywają się takie rytuały. Znalazłem się zatem w Austrii by fotografować tę tradycję. Tam okazało się, że w wielu miejscach Europy są podobne grupy i podobne zwyczaje. Postanowiłem je pozbierać…
 J: Czy na koniec tworzenia serii „Dzicy ludzie” też zrobisz swój kostium?


Charles Fréger: W trakcie następnej podróży na pewno postaram się naśladować gesty tej postaci, być może także żeby stworzyć kostium. Jestem w drodze do różnych miejsc z tą tradycją, będę musiał się zatrzymać w jednym punkcie, postarać się o zdobycie czegoś więcej. Te przygotowania wcale nie oznaczają że kiedyś pokażę te efekty. Traktuję to bardziej jako doświadczenie osobiste.

Charles Fréger jako LU QIAN REN, bohater Nang Jing Opera, 2009 / dzięki uprzejmości artysty
 
J: Jaki jest Twój ulubiony sposób na dotarcie do widza: poprzez wystawę, album, stronę internetową?

Charles Fréger: Książki są dla mnie bardzo ważne. Coraz bardziej lubię spotkania, konferencje, prezentacje i warsztaty, miejsca, gdzie możesz spotkać ludzi i wymienić się doświadczeniami i pomysłami. Jeśli chodzi o wystawę, lubię coś odkręcić, zmienić jej charakter, spróbować czegoś nowego, w inny sposób wejść w interakcję z widzem. /W trakcie dotychczasowych pokazach zdjęć z serii "Imperium”, na wernisażach, Charles Freger przywdziewa zaprojektowany przez siebie kostium straży, czasem też zatrudnia swoich strażników – przyp.JK/

J: W wielu miejscach, wypowiadając się o swojej twórczości mówisz o tworzeniu kolekcji zdjęć, zbiorze. W pewnym momencie podejmujesz decyzję o zamknięciu zbioru, nasyceniu zdjęciami pewnej kategorii. Wydaje mi się, że kiedy kolekcjonuje się zdjęcia, tworzy się katalog, inwentarz, zbiór staje się ułożony i wówczas wydaje się obiektywny. Ułożone w kategorie zdjęcia stają się fotografią obiektywną, na ile to możliwe. Ty zaś często przekraczasz granicę i stajesz się częścią fotografowanej grupy. To zaś bardzo subiektywne działanie. Co się dla Ciebie bardziej liczy w pracy nad serią: obiektywizm czy subiektywne doświadczenia?

Charles Fréger: Nie dbam zupełnie o obiektywizm! Mam dość obiektywizmu! Wcale też nie mam potrzeby obiektywizmu. To co robię dotyczy doświadczenia, przeżywania. Kiedy jadę w jakieś miejsce mogę nie doświadczyć niczego ciekawego, ale ciągle zrobić dobre zdjęcia. Może teraz doświadczenie wydaje mi się ważniejsze, ciekawsze z punktu widzenia mojej pracy fotograficznej, moich poszukiwań w ogóle, mojego życia...

Charles Fréger, Hereros 16 (lewe), Hereros 28 (prawe), z serii Hereros, 2007 / dzięki uprzejmości artysty

J: Twoje zdjęcia są typologiczne, skoro już używamy kategorii. Co dla Ciebie znaczy praca Augusta Sandera?

Charles Fréger: To kwestia sposobu pracy, podejścia, bardziej dotyczy etyki. Po pierwsze Sander jest nam bliski ze względu na typologiczne podejście do portretu. Ale także przez zachowanie wobec człowieka, wyznawanie pewnej etyki, reprezentacji humanizmu, itd. Na przykład fotografowanie ludzi w ten sam sposób było bardzo ważne. To szalenie problematyczne jak fotograf traktuje biednych i bogatych kiedy im robi zdjęcia, kiedy stara się być uważny wobec bogatej osoby. Uważam, że trzeba być takim samym dla wszystkich.

J: Opowiedz proszę czym jest Piece of Cake. /Kawałek ciasta, potocznie: coś łatwego/

Charles Fréger: To kolektyw fotografów założony w 2002 roku. Stworzyłem go, bo nie lubię faktu, że fotograf pracuje samotnie i nie dzieli się doświadczeniem. Zaprosiłem 25 artystów by dołączyli do mnie na warsztaty w moim rodzinnym mieście. Od tego pierwszego spotkania udało się zbudować pewną sieć kontaktów i poczucie rodzinnej atmosfery. Zaczęliśmy od znalezienia sposobu na interakcję między sobą. Teraz spotykamy się dwa razy w roku w stolicach europejskich na 3-5 dni. Rozmawiamy o swoich projektach. Wymieniamy się informacjami a także wyjaśniamy problemy techniczne. Dzielimy się doświadczeniami z „bycia fotografem”.

J: Czyli ten kolektyw jest trochę rodziną fotograficzną?

Charles Fréger: Tak, możesz to tak nazwać.

J: A skąd dobór fotografów, co łączy uczestników Piece of Cake?

Charles Fréger: Wszystkich nas łączy użycie “dokumentu” w fotografii. Większość członków wykonuje zdjęcia dokumentalne, ale są i tacy, którzy na przykład wykorzystują poezję. To zresztą się zmienia: nowi członkowie przynoszą zmiany, oczywiście.

J: W wywiadzie z Anne-Celine Jaerger wspomniałeś o zamiarze nakręcenia filmu do serii “Majorettes”. Jak to wygląda, czy film już powstał?

Charles Fréger: To było dwa lata temu i filmu jeszcze nie ma. Nie jestem pewny czy uda mi się osiągnąć cel. To bardzo, bardzo długi proces przygotowań i ciągle jeszcze nie mamy wszystkich funduszy. W ciągu trzech miesięcy dowiem się czy uda mi się go zrealizować, ale szczerze mówiąc jestem pesymistycznie nastawiony.

J: A zatem trzymam kciuki za realizację filmu! Bardzo dziękuję za rozmowę.

Charles Fréger podczas prezentacji w Warszawie. 1/10/10 fot: JK


Charles Freger przyjechał do Warszawy na zaproszenie Akademii Fotografii. Poprowadził dwudniowe warsztaty fotograficzne. Przy okazji odbyło się otwarte spotkanie autorskie.

Dziękuję Katarzynie Majak za koordynację i pomoc. Dziękuję Magdalenie Wajdzie-Kacmajor za tłumaczenie z wersji francusko-angielskiej i polsko-angielskiej na język naprawdę angielskihttp://gruppof.blogspot.com/2010/10/meeting-charles-freger.html 2.10.10 / Warszawa