sobota, 31 stycznia 2026

Chyba się niewiele zmieniło.





Chyba się niewiele zmieniło. Znaczy, że wiadomo dokładnie. Słowo "chyba" wiele wybacza w kwestii precyzji. Rosną nowe budynki. Trochę ogarnięto niektóre przestrzenie. Ale reszta zarasta jakby bardziej, rdzewieje zgodnie z upływem czasu. Pewne miejsca zaś zupełnie nietknięte, bo też jak poznać po łące czy jeziorze. W tym wszystkim chyba najbardziej zmieniliśmy się my - autor i jego widzowie.

Od ostatniej książki Kuby Dąbrowskiego ("Pożar") minęło 8 lat. To jest chyba najwięcej w cyklu wydawniczym Kuby. Wcześniejsze książeczki wychodziły szybciej. Nie miały tempa blogowego, no bo wiadomo. Ale jednak. Czekać 8 lat na książkę Kuby?! Kiedy wychodził "Pożar", Kuba na blogu pisał: "Od wystawy w Zachęcie i ostatnich małych wydawnictw minęła epoka. Epoka w moim prywatnym życiu, epoka w świecie i epoka w fotografii. "Pożar" to książka o odnajdywaniu się w tej nowej sytuacji. O jedzeniu zdrowego jedzenia, o tym, że nie jest lekko, ale w sumie jest dobrze."

Skoro tam minęła epoka, to tu przynajmniej ze dwie. 





Wieści przyszły znienacka. Rozpisane spotkania - oczywiście Warszawa i Kraków. Kolekcjonerzy książek Kuby zwarci i gotowi. No bo wiadomo, będzie znowu 300 sztuk? I znów podzieli nakład między stolicę i starą stolicę? Więc trzeba być a) wcześniej, b) być, c) w razie niemożliwości obecności obdzwonić będących.

A, no właśnie to się zmieniło. Wydawnictwo. I solidny nakład. Taki, że ciągle możecie nadrobić braki. Wydawnictwo "Wydałem" sprawiło, że egzemplarzy jest przynajmniej 1000. I jest to jedna z poważniejszych zmian w kwestii "chyba się niewiele zmieniło".

Zwykle nie recenzuję książek aktualnych, świeżych tutaj. Jeśli już, to dla magazynów. A tak, staram się nie wypowiadać, zanim nie przeprowadzimy kolejnej edycji konkursu "Fotograficzna Publikacja Roku". Co prawda od lat nie ode mnie zależy co wygrywa, bo nie jestem jurorką. Ale, jakoś tak, lepiej nie. Potem, nie ma sprawy. Czemu zatem ten wyjątek? Bo to nie jest książka roku, a od razu dekady. I to tylko w moim prywatnym rankingu. 




To od początku. Na stronie wydawnictwa informacja brzmi tak:

"Tutejszy Kuby Dąbrowskiego to 187 fotografii ułożonych w rytmie pór roku i tworzących narrację, która balansuje między dokumentem a osobistym pamiętnikiem. To podróż po Polsce widzianej oczami człowieka rozdartego między kosmopolitycznym stylem życia a głęboko zakorzenionym doświadczeniem lokalności. Artysta kieruje obiektyw w stronę kraju rodzinnego, zapisując intymną i zarazem uniwersalną opowieść o powrotach.

Dąbrowski fotografuje to, co umyka codzienności – pszczoły tonące w soku pomarańczowym, zaparowane szyby okien, opuszczone sklepiki blednące od słońca, malwy maskujące ubytki murów. Z tych detali powstaje portret kraju: jednocześnie znajomego i obcego, swojskiego i nieustannie zmieniającego się. Tytuł książki nawiązuje do określenia ”tutejsi” – używanego w spisie ludności 1921 roku przez mieszkańców pogranicza Podlasia i Polesia, którzy swoją tożsamość definiowali poprzez miejsce i wspólnotę, a nie abstrakcyjną ideę narodu. Dąbrowski podejmuje ten wątek, zadając pytania o współczesne poczucie przynależności, pamięć i stratę, o to, jak rozumieć dziś dom." 

I gryzie mnie ta twarda inspiracja spisem ludności z 1921 roku. Serio? A nawet jeśli, to ciągle - serio? Trzeba tak totalnie prosty chwyt, zrozumiałe słowo - rozkładać na elementy pierwsze? No ale dobrze, niech będzie. Przyjmuję, ciekawostka kupiona. Nawet uległam pokusie poszerzenia swojej wiedzy w temacie.

Ale ciągle gryzie. Nie leży idealnie. Pasuje, ale coś, szczególnie może w tej warstwie historycznej. W tekście w samej książce (to też spora nowość) - obojga autorów: Kuby Dąbrowskiego i Marty Syrwid - jest odniesienie do proweniencji "tutejszego" ale na miękko. Bez daty. Bez definicji. Trochę zasłyszane czyjeś wspomnienie. No i to znacznie bliższa ciału koszula. "Tytuł książki odsyła do terminu używanego w celu narodowościowego samookreślenia na Polesiu i Podlasiu, gdzie krzyżują się zasięgi języków polskiego, białoruskiego oraz ukraińskiego, a także wyznań: katolickiego i prawosławnego. Te fotografie z podróży zadają więc pytania o przynależność do konkretnych miejsc i wspólnot."

Czyli nie ma co już się pastwić nad tytułem, definicją. Pierwszy strzał był najcelniejszy, każdy to słowo rozumie jak trzeba. Czy dopiszemy historię czy definicję, wiadomo o czym to jest. Wiadomo gdzie. Wiadomo kto. Może w ramach zmian, że trzeba więcej słowa pisanego pod zdjęcia podłożyć? 



Krajobraz. Wnętrza i zewnętrza. No właśnie kolejne miejsca. Idzie rozpoznać miasta. Dla pewności wpisano je też na 4tej stronie okładki, 24 miejscowości "i pomiędzy". Pierwsza w spisie jest Warszawa, drugi jest Białystok. Reszta nie ma klucza, nie jest alfabetycznie, nie jest od ilości mieszkańców (Kraków pod koniec). Może chronologicznie? Dużo jest Warszawy, chyba w sumie najwięcej. Więc może ta lista jest wedle częstotliwości wystąpienia w kadrach? Czy to w ogóle jest istotne? W kontekście odczytania zdjęciowej historii - wcale. Tyle może tylko, żebyśmy nie spodziewali się pocztówek z zagranicy. Jakbyśmy na nie czekali, in the first place. Więc to spis tego "tutaj". Szeroko-pojętego. Rozpoznasz, to masz rozpoznane. Nie poznasz, nie wygrywasz, nie przegrywasz.

Są klasyki Kuby, czyli dużo tablic do kosza, bloki z Mokotowa. Smaczki z 80tych jeśli jeszcze jakieś żyją. Trochę mam powidoków. Widziałam te kadry.  Poza tapetą windowsa (powyżej, prawda?!). Ale powidoków jest więcej, skąd one? U Kuby na socialach? U Kuby w poprzednich książkach? A może w ogóle bez Kuby, ale po prostu, na żywo? 



Zaczyna się od zimy, przyjazdu. Są kwiaty w papierze. Będą odwiedziny. No i dalej choinka, stół zastawiony, jakieś spacery. No ewidentnie przyjechaliśmy na święta. Trochę rodziny, trochę znajomych. Trochę check dzielnicy - co jeszcze stoi, co się zmieniło, jedziemy z powrotem. I tak kilka razy. I przez różne pory roku. Trochę wakacji, trochę złej pogody. Sporo ludzi w tych zdjęciach - ale dominują dwie kategorie wiekowe. I to jest ta zmiana, od ostatniej książki, wszyscy bohaterowie się równo postarzeli o te powiedzmy 8 lat. Młodzież już wiek nastolatka. A my, no już nie 30tki, już raczej 40tki. Już nie wygłupy w parku, ale z synem na myjni. Już nie "Przyjaciele" na laptopie w łóżku z dziewczyną, ale w meczyk leci, a nogi ewidentnie młodzieżowe. Zapisy codzienności, tej super ulotnej. Tak jak kiedyś, tak i teraz. Te momenty, które wszyscy znamy, ale nie robimy wtedy fot. Kuba ciągle robi. W pewnym sensie robi je nam wszystkim.

Sekwencja płynie i jest taka bardziej niż dotychczas. Dojrzalsza, wyrafinowana. Ciut żartu, ale tak to wszystko ładnie siedzi. Z zadzioru młodzieńczego, z partyzantki to chyba tylko ten myk z nałożeniem zdjęć gdzieniegdzie. Ale to też tak ładnie siedzi, tak estetycznie. Jest rytm tych wyjazdów, powrotów, drogi i powietrza. Jest składanie kolorami i kompozycją. Linie przepływają idealnie. Kolory się zgadzają. Formy powracają. Mucha nie siada. Czysta przyjemność. 


Więcej chyba ciszy. Muzyka gra, ciągle jest świetnie. Ale trochę jakby ktoś dbał o poziom dźwięku. Nie za głośno. Więcej jest przestrzeni, wspaniałego światła. Uważności. Wysmakowania. Żarty są też dojrzalsze. Mniej pośpiechu.

Po pierwszej lekturze - łapczywej, chłonącej - od deski do deski, przez dwa miesiące - w zasadnie nie zmieniłam zdania o niej. Ciągle mam zachwyt. Ciągle szeroki uśmiech. Sięgam po nią co kilka dni. A to nie jest normalne. Przecież jak się przeczyta, to się odkłada, nie? Po tę sięgam co jakiś czas. Otwieram na chwilę, na kawałek. I odkładam. I znów. Można i tak czytać. Jak kiedyś z blogiem. Nowy wpis - ładne, ładne, komcie, lajki. I następna strona. Wracam za kilka dni. Ale to porównanie przyszło potem. Niemniej - just sayin' - ciągle chyba można by tego bloga robić ciągle. Powiedzmy, że mniej uwagi skoro nie w konkretnej apce. Ale czytelnicy i widzowie zdaje się zwarci i gotowi.

Wszystko się zmieniło, a jednocześnie jakby nie drgnęło. Wszyscy jesteśmy starsi. Kolejny spis z natury wg Dąbrowskiego. Jest jak jest. I dlatego to moja książka dekady. Opowiada i jego, i nasze, i moje. Taka zbiorowa fotografia. Dziękuję! 




 

wtorek, 13 stycznia 2026

Niby ta sama fotografia


Niby ta sama dziedzina, bo to ciągle fotografia. Ta sama, o której się wypowiadam od lat. Grzebię w jej historii. Zmieniam albo nadaję kolejność obrazów. Obraz jak obraz. Zdjęcie jak zdjęcie. Ale jednak inaczej.

Inaczej się patrzy mając z tyłu głowy kontekst. Nic nadzwyczajnego, proste i oczywiste stwierdzenie. Przy edycji do książki, przy tworzeniu wystawy, przy opracowaniu zbioru zdjęć do jakiegokolwiek celu - no oczywiście, że kontekst robi wszystko. Kierunkuje albo oko albo myśli. Wskazuje i podkreśla znaczenia. Tworzy te znaczenia i połączenia. No przecież!

Archiwum dziadka. Ileż to razy ktoś mi opowiadał albo pokazał archiwum rodzinne - z pytaniem czy to coś warte, czy dobre. A przecież zawsze warte i taka zwykle jest moja odpowiedź i nawet nie muszę patrzeć w zawartość. Dopiero dalej - czy historycznie i uniwersalnie dobre, czy ważne dla szerszej społeczności - to mogę zaglądać i oceniać na zimno. 


I tak spróbowałam zajrzeć w archiwum dziadka. Właściwie to już kolejny negatyw wyszedł ze skanera. Fajne, ważne. Czy historycznie istotne? Zasadniczo - nie. Jasne, klatki poza rodzinne - z odwiedzanych miejsc, ciekawe, bo to jednak szmat czasu minął i miejsca wyglądają inaczej. Ale to nie jest żaden Hartwig. To są zdjęcia amatora, w tym najlepszym rozumieniu tego słowa. Kochał robić zdjęcia. Ewidentnie, widze to po stykówkach. I robił to po swojemu, po inżyniersku i tylko czasem pozwalał sobie na fantazję i eksperymenty.

Najczęściej negatywy są opisane. Po inżyniersku właśnie. I to sprytnie opisane. Bo pod skrótem "zak." - jest dzienna data kiedy powstało ostatnie zdjęcie z rolki. Dzięki dziadku za exif! On nabierze jeszcze znaczenia i "kolorów" kiedy zeskanuję wszystko, poukładam wtedy latami i zobaczę ile tych negatywów rocznie robił. Bo chyba trochę robił. 




 


Wakacje, wyjazdy, zawsze z aparatem. Imprezy rodzinne. Ciocia, wujek, drugi wujek, druga ciocia, najstarszy kuzyn. Tata nie tak często, nawet kilka razy zobaczyłam mamę. No i babcia! Oj, babci dużo. Za stołem, z gośćmi, na wycieczce, pod choinką, na plaży. Z ciocią i wujkiem, ależ ile razy solo. Babci najwięcej. Gości wiele, rozpoznaję tylko siostrę babci i zaprzyjaźnionych sąsiadów dziadków.

Taras! No legendarny taras na Boya. Kolejne pokolenia uczyły się tam jeździć na rowerze. Widok w miarę niezmienny. Mnóstwo Warszawy, Starówki, Mokotowa i Śródmieścia. Trochę podwarszawskich miejscowości. No i architektura spotkana na wakacjach. Pasjami. Do tego fotografowanie kwiatów. Architekturę i kwiaty dziadek zbierał na pocztówkach. I kiedy mówię zbierał, to z podkreśleniem mówię. Posegregowane zostały - wg typów, nazw miejscowości. Ukochane Tatry miały swoje pudełko. Widzę tę zbieżność, taki mój kontekst.

Patrzę na to archiwum, to ciągle fotografia, więc obraz obrazem, prawda? Ale nie mogę - mimo aury za oknem - nabrać zimnego dystansu. Przecież to archiwum jest mi bliskie. Rozpoznaję ludzi na zdjęciach. Czasem trzeba o coś dopytać. Kiedy zaczynam patrzeć na jakąś klatkę i nawet pozwalam sobie myślami odlecieć w wyobrażenia, mam za moment ciocię, która serdecznie dziękuje za uzupełnienie luki i powrót do dawnych lat. No właśnie tu nie trzeba nic dopowiadać sobie, wymyślać, bo to wszystko ma niezatarte jeszcze połączenia.

Nie jestem jednak tak po prostu historykiem tutaj. I być nie mogę. Może jeszcze nie. Mam nadzieję, w każdym razie, że kiedyś tam dotrę. Na razie cieszą mnie takie drobiazgi - jak opis rolki. "Oleńka" na przykład, a jak mnie to zdziwiło zupełnie za pierwszym razem. Kim jest Oleńka? Zajęło to chwilę, żeby ogarnąć, że chodzi o babcię. 



A, bo to istotne, że słabo się z dziadkiem znaliśmy. Zmarł chwilę po moich 14tych urodzinach. Nigdy z nim nie przebywałam 1:1, a jak były rodzinne imprezy, to dziadek głównie w kuchni. Nie widziałam (za swojej świadomości) go nigdy z aparatem. Więcej informacji miewam o autorach, którymi zajmuję się "zawodowo" - a to biogramy, a to czasem i książki, wspomnienia, artykuły, albo rozmowy. A "niezawodowo" - czyli na przykład z tych wszystkich zdjęć anonimów, starych zdjęć, które mam w kolekcji - przypadkowej proweniencji - tam mogę wymyślać, domyślać się, czasem próbuję określić gdzie i kiedy. Tu mam luksus - wiem gdzie (bo dziadek pieczołowicie opisywał nawet po konkretnych dolinach w Tatrach), wiem kiedy (no nawet jak negatyw nieopisany, to zakres lat jest naprawdę prosty), wiem kto - albo kogo dopytać, po te rzeczy, których brakuje. Mogę w sumie zgadywać tylko - dlaczego zrobił takie akurat ujęcie. 

Bez obaw, nie będziemy zmieniać historii fotografii. To nie jest materiał ani na książkę ani na wystawę. Może jednak się zdarzyć, że nie wytrzymam i coś z zachwytem pokażę. Raczej nie gości przy stole czy babcię w kostiumie na plaży (ale figura i stylówa!). Teoria Barthesowskigo "punctum" mi się rozlatuje tutaj, bo mam jej oznaki już nawet na podpisach osłonek, albo kolejności zdjęć na stykówce.

Niby ta sama fotografia, a jednak ani pobawić w historyka fotografii, ani w amatorkę archiwów. Cieszy ogromnie, gdy widzę eksperyment, opisany dumnie na osłonce negatywu - "Księżyc przez lunetę >>w teleobiektywie<<". I nic to, że jest jak strasznie nieudany, ledwo widać. Wartość dla świata - na minusie. Wartość dla rodziny - pewnie bliska zeru. A ja sprawdzam w historii lądowań na Księżycu daty, czy to wtedy była tam załoga któregoś Apollo. Tyle mogę sobie wyobrażać i puszczać fantazję. "Zak." dwa tygodnie po wodowaniu Apollo 15, czyli mogło być, moooogłooo byyyyć! 


 

wtorek, 6 stycznia 2026

Znowu Hidden mother i inne historie

 


Przyszły "nowe" zdjęcia. Coś, co najpierw było na ekranie, jako skany, teraz zmaterializowało się w rękach. Bo przecież chodzi o oryginały. O dotknięcie i obejrzenie. No a właśnie, skoro obejrzenie, to znowu skaner. Bo na skanach widać więcej. 

Motyw "Hidden mother" mogłam widzieć raz, a raz podejrzewać. A jednak 100% trafienia! W jednym widać rękę wyraźnie, w drugim to mogła być plama na powierzchni zdjęcia, albo jakieś odbarwienie, a na szczęście jest guzikiem. Więc dwie "schowane matki". Tak się ten motyw nazywa i kropka. Wbrew trochę logice czy prawdopodobieństwu. 

Najczęściej widać tylko kawalątek postaci kobiecej. Bo to zawsze jest kobieta. (Poprawcie mnie jeśli znacie przykład z mężczyzną?) A to suknia zdradza, a to kawałek mankietu, czasem widać rękę. Zdarza się, że widać kawałek głowy, jakby zniecierpliwionej i zaciekawionej. Kobieta jest po to w zdjęciu - czy raczej poza zdjęciem - żeby trzymać dziecko nieruchomo do fotografii. Szczególnie malutkie, niesamodzielne. No w sumie, pełni funkcję mebla. Narzędzia. W żadnym jednak wypadku tła, ma jej nie być. Stąd uporczywe próby chowania i stąd nazwa motywu.

No a czy to matka? Pełno jest portretów rodzinnych, kiedy to rodzice trzymają dziecko. Okazują. Badań nie robiłam, statystyki nie prowadzę, wydaje mi się zaś, że zarówno panie jak i panowie te dzieci trzymają. Nic nadzwyczajnego się tu nie zdarza. Czemu zatem kobietę trzymającą dziecko tak bezpardonowo się wyrzuca ze zdjęcia? I tu oczywiście mnóstwo pytań i domysłów. 

O motywie trochę pisałam, omg, ile lat temu (?!), bo temat fascynujący i ciągle zagadkowy. Owszem - opracowany nawet. 

miejsce fotografii: schować matkę!

miejsce fotografii: Schowana matka / książka

miejsce fotografii: akuku! /schować matkę (cd)

Skoro mamy już to, to może i zdjęcia. 

Gabriel Blaise, Portret dziecka z motywem 'Hidden mother', Tours / z kolekcji JK

Nieznany autor, Portret dziecka z motywem 'Hidden mother' / z kolekcji JK



Radość oczywiście ogromna, że powiększa się zasób przykładów. Własnych przykładów. Radość radością, a pytania się mnożą. A stąd ścieżki prowadzą dwie. Zacznę od pierwszej. Od zdjęcia z anonimowego zakładu. Ten pomarańczowy wręcz kartonik. W internetach tego nie widać, na reprodukcjach słabo wychodzi. Ale ten owal, proszę mi wierzyć, jest wypukły. To oznacza, że rewers jest wklęsły. Awers jeszcze polakierowany, dokładnie w obrysie owalu. Pewnie opcja "na bogato". Bo też różne zakłady miały różne możliwości, różne także mody panowały. Kartoniki można było dodatkowo dekorować. A to brzegi, a to kolor, pazłotka, i inne. Mógł być lakier, mógł być wykrój na tymże kartoniku różny. Nie trafiłam wcześniej, albo się nad tym nie zastanawiałam w szczegółach wcześniej. Grunt, że ten lakier i ta wypukłość, tak wyraźnie poprowadzona - wzbudziła zainteresowanie. 
Zaraz obok, w zupełnie losowo wybranym zestawie zdjęć, znalazłam jeszcze dwa przykłady takiego lakieru. A jeden - mimo różnicy w kształcie - podobnie wypukły. 
G. Hotz, Portret dziecka stojącego na krześle, Rouen / z kolekcji JK

W obydwu tych wypadkach ta wypukłość jest znaczna. Mamy kartonik i na nim naklejone zdjęcie. Gruby papier. I kartonik. I to razem jest wyciśnięte i bardzo wyraźne. Lakier w tym drugim ujęciu został położony nierówno (widać czarną kreskę w prawym górnym rogu). Może to i motyw częsty, a ja nie byłam go świadoma. Może celował w nim akurat zakład pana Hotz'a z Rouen? A wtedy może mam autora zdjęcia wcześniejszego? Nie dowiem się nigdy. 
Tymczasem sprawdzam, co tam świat wie o G. Hotz'u. Sam zostawił adres na pieczęci, może niespecjalnie wszystko czytelne, ale wystarczające. 56 Rue Joanna d'Arc w Rouen. Cudownie, że można popatrzeć od razu jak to dziś wygląda w mapach. Śladu nie ma po zakładzie fotograficznym. 

W internecie zaś ślad po fotografie Hotz'u jest i to potrójny. Louis (ur 1848 w Toulon, zm. 1888),  Nicolas Georges (ur. 1861 w Toulon; nie wiadomo kiedy zmarł) i Georges Maurice Charles (ur. 1884 w Rouen; zm. 1953). Zacznijmy od najstarszego - Louisa - który z cała pewnością nie jest autorem. Miał swój zakład w Toulon a potem w Marsylii. Za to okazuje się, to on nauczył młodszego brata fachu  - czyli Nicolasa Georges'a. Ten miał kilka zakładów, ale Rouen i dokładny adres zgadzają się z pieczątką. Co więcej, nieczytelność pieczątki przestaje być kłopotem - jest tam w pierwszym wierszu napisane: wielki fotograf paryski (Grande Photographe Parisienne) - jak mówią internety. Do niego wrócimy jeszcze. Tymczasem syn jego - Georges Maurice Charles - też został fotografem, podpisywał się jednak "M. Hotz", mimo pierwszego imienia. 
Autor zdjęcia, fotograf z Rouen, ale także z Toulon, a potem również z Chambery, Corbeil i w końcu z Paryża. Czemu on taki "paryski" był od początku? Może większe słowo robiło robotę jak o "niemieckiej chemii"? Ale co w tym Paryżu, internety mówią?! Data jego zejścia nie jest znana, lecz jeszcze wyraźny i głośny ślad zostawia właśnie w Paryżu w 1927 roku kiedy się żeni po raz wtóry, oraz w 1929 kiedy wdaje się w morderstwo. Sześdziesięcioletni fotograf swoją czwartą żonę znajduje poprzez anons w gazecie. Po dwóch miesiącach od spotkania, biorą ślub. Wdowa Thomasson najwyraźniej majętna sprawia, że Hotz rozleniwia się zupełnie i porzuca fotografię, zamyka zakład i odtąd żyje z utrzymania żony. Tej przestaje się to podobać już po dwóch latach i wnosi o rozwód. W trakcie awantury rodzinnej Georges strzela do "niebawem rozwódki". Żona umiera chwilę później w szpitalu. Wdowiec zostaje ujęty, a następnie skazany - ze względu na łagodzące okoliczności - tylko na dwa lata więzienia. Na doniesieniach prasowych z procesu w styczniu 1930 roku ślad Georgesa się urywa. 
Gdzie też można zabrnąć oglądając stare zdjęcia dzieci? Tymczasem zastanawiam się, czy na którymś z nich nie ma przypadkiem syna fotografa? 

A wracając do schowanej matki. Teraz druga ścieżka myśli. I jeszcze jedno zdjęcie. 
Nieznany autor, Portret kobiety z dzieckiem / z kolekcji JK

Tu znowu żadnych danych. Ani kto robił, ani skąd. No tyle, że z Francji, o czym mówi uniwersalny wzorek na rewersie. Całość mówi, że to przełom wieku, pewnie tuż przed wielką wojną. Nie był to żaden słynny zakład, bo miałby spersonalizowany wzór kartonika. Żaden też słynny zakład nie wypuściłby takiej fuszery?! Bo widać koniec tła. Bo dziecko poruszone. Bo takich ujęć, żeby krzesło tak było widoczne, raczej unikano. Albo jest to ujęcie w rodzaju - to się wytnie. No i z tej perspektywy wszystko jasne. No, bo jak ta kobieta trzyma to dziecko? Jakby usiłowała wyjść z tego kadru, odsunąć się daleko. Jeśli sobie skadrujemy ten obrazek do samego dziecka - voila, mamy cudny, choć poruszony, portret niemowlaka. Ani śladu wtedy matki, czy trzymaczki. Rozwiązanie może biedne, ale pomysłowe. Nie ma studia słynnego, nie ma specjalnych mebelków w wersji dziecięcej, żeby się niemowlaki same trzymały. Trzeba sobie radzić. Ale już najlepsza jest ta mowa ciała kobiety. Odseparowująca się, zero kontaktu, tylko potrzymać w miarę nieruchomo. 
Pytań nigdy za wiele, więc dodam sobie jeszcze: czy ona jest w ogóle spokrewniona z tym dzieckiem? Czy fotograf nie mógł dać jej na kolana choćby prześcieradła, żeby łatwiej było potem wycinać? A gdyby to jednak była rodzina...

No i właśnie dlatego uwielbiam się gapić na stare zdjęcia.