środa, 6 lipca 2016

know-how: fotoreportaż i dokument: WARSZTATY

Dziś propozycja.
Warsztaty robimy. Fotoreporterzy i dokumentaliści, obserwuję co się dzieje na konkursach, słucham z czym przychodzą ludzie na zajęcia i przeglądy, czasem pracuję nad finałem danego projektu i w końcu niedawno badałam w ankiecie "Fotoreporter w Polsce" o co właściwie chodzi i z czym się zmagacie...
Dlatego wymyśliłam te warsztaty, dobrałam najlepszy zespół pod słońcem, no i jedziemy do Gdańska, na 3 dni i 30 godzin pracy.

Nie będzie nauki kadrowania ani robienia zdjęć. To już umiecie. Celujemy z warsztatami do tych, co już mają tematy zrobione, rozpoczęte, o czymś chcą opowiedzieć, ale... mają kłopot z ułożeniem tych zdjęć do swojej strony czy książki, wystawy; chcą opowiedzieć coś, czego nie ma w zdjęciach, albo nie potrafią się pozbyć swoich ulubionych zdjęć z serii; nie wiedzą co o zdjęciach mówić (ani jak?) oraz co napisać. Inaczej kadry opowiadają historię w setach 6-, 8- i 10-zdjęciowych, a do konkursów nie można zgłaszać "the-best-of", lecz z głową ułożone reportaże, gdzie napięcie, emocje i narracja muszą się idealnie zgrywać ze sobą.

Będzie też sporo rozmowy o aspektach technicznych. Oczywiście wiemy jak zdjęcia robić, jak poprawnie naświetlać, jak retuszować, ale nigdy nie zawadzi poćwiczyć więcej, sprawdzić co właściwie można zrobić w postprodukcji przy fotografii reportażowej.

30.04.2015 Hiszpania. Madryt. Zoo w Madrycia. Irina Casanova opiekunka goryli, pomimo oddzielającej szyby, robi sobie wspólne zdjecie młodym osobnikiem o imieniu Gwett. Goryle w madryckim zoo nie mają fizycznego konatktu z ludźmi ich wybieg jest tak zbudowany, żeby nawet opiekunowie nie dotykali zwierząt. /fot. Paweł Wyszomirski www.testigo.pl


Będzie mnóstwo edytowania, postprodukcji, jeszcze więcej pracy koncepcyjnej, miejsca na zastanowienie nad wynikiem zdjęć, opowiadania historii, i jeszcze raz i do znudzenia przekładania zdjęć. będzie też pisanie i mówienie o fotografii - wszystkie te rzeczy, których nie uczą szkoły, a które robi się na kolanie na chwilę przed deadlinem. 

Także jeśli ktoś na serio chce się tym (fotoreportażem i dokumentem) zająć ambitnie i sprawdzić wynik pracy (nie pod postacią lajków, statystyk odwiedzin stron, ani złotówek na fakturze) - to zajęcia są wymyślone właśnie pod Wasze potrzeby.

Przychodzimy z jednym, max dwoma materiałami, w ciągu trzech dni omawiamy je dogłębnie, opracowujemy i wychodzimy z czymś gotowym, plus z wiedzą jak sobie radzić w przyszłości, a może także jak przeformułować lub dokończyć serię, która leży w szufladzie. 

W trakcie zajęć ugruntujecie wiedzę, poznacie wytyczne i wymogi, zdobędziecie podstawowe know-how, które ułatwi poprowadzenie własnych projektów, a także wyjście ze swoimi pracami do widzów.

Koszt: 800 zł [+VAT]

Zapisy do 8 lipca: joannakinowska@sdk.waw.pl 601 930 560
Grupa: 7-10 osób
Czas: 11-13 lipca 2016, codziennie w godzinach 9-20 [w tym przerwy]
Prowadzący: Joanna Kinowska, Zbyszek Kordys, Bartek Molga
Miejsce: WRZEpracownia ul. Słowackiego 19/8, 80-257 Gdańsk
Organizator: Służewski Dom Kultury + WRZEpracownia + Testigo Documentary




Szczegółowy program zajęć:

11 lipca, poniedziałek
9-12: Wstęp teoretyczny: specyfika „gatunków” dokumentalnych, strategie opowiadania obrazem, projekty długoterminowe. Etyka i zasady techniczne obowiązujące w tych gatunkach. Miejsce fotoreportażu/dokumentu: Jak prezentować swoją twórczość współcześnie? Przykłady, jak przygotować zdjęcia pod konkretne medium: prasa, internet, wystawa, książka, prezentacje i konkurs;

12.30-16.30: Postprodukcja (część 1) Podstawy zarządzania barwą (Color Management System) - o przestrzeniach barwnych, profilach kolorystycznych, jak skonfigurować photoshopa, lightrooma i system operacyjny komputera, o monitorach do prac graficznych i o tym jak je kalibrować;
- od wywołania rawa/zeskanowania negatywu, przez retusz

17.00-20.00: Mówienie o swoich zdjęciach: każdy uczestnik przedstawia siebie i swoją pracę. Jak to zrobić w 15 minut? [award days speech].

12 lipca, wtorek
Fotoedycja: jak edytować - wybierać zdjęcia na przykładzie swoich oraz innych kursantów, jakich pomocnych programów używać do tego, oraz jak obiektywnie decydować, co zachować, a co odrzucić.
Każdy uczestnik przedstawia swój wybrany materiał. Omawiamy go szczegółowo, układamy je w historię. Naszym celem będzie odpowiedzenie sobie na pytanie co chcemy pokazać i również jak to chcemy zrobić. Na co zwrócić uwagę przy wyborze. Każdy będzie mógł się wypowiedzieć na temat prezentowanych zdjęć, wyciągnąć odpowiednie wnioski.
Jak wygląda praca fotoedytora w redakcji, jakimi narzędziami ułatwia sobie pracę.

13 lipca, środa
9-13: Postprodukcja (część 2) Każdy uczestnik przygotowuje swój wyedytowany dzień wcześniej materiał do prezentacji/wydruku. Retusz; dozwolone chwyty. Analiza programami do posunięć niedozwolonych;

13.30-20: Myślenie fotografią: Jak mówić o swoich zdjęciach, jak o nich pisać (podpis, caption, artist statement, tekst kuratorski); mówienie o sobie oraz napisanie biogramu. Jak się przygotować do przeglądu portfolio? Jak mówić innym o swojej pracy?

[godziny mogą się nieznacznie różnić, zmiany dokonywane będą bezpośrednio z grupą warsztatową]

Na zajęcia:
Trzeba zabrać komputer i pendrive ze zdjęciami. Każdy uczestnik, przed rozpoczęciem zajęć otrzyma szczegółową instrukcję jak przygotować się do zajęć [jakie oprogramowanie w komputerze, ile czasu na wystąpienie, ile zdjęć do pracy, w jakiej formie, co napisać, itd.]





Prowadzący:
Bartek Molga - fotograf, fotoedytor. Pracował w ogólnopolskich tytułach, takich jak "Gazeta Wyborcza", "Newsweek Polska", "Dziennik Polska Świat", "Rzeczpospolita". Obecnie związany z wydawnictwem "Czerwone i Czarne" oraz prasą komercyjną. Bartek nauczy Was jak najlepiej jest przeglądać i wybierać zdjęcia, jak obiektywnie decydować, co zachować, a co odrzucić :).

Zbyszek Kordys - fotograf, edukator. Od lat związany z fotografią, uczył się jej od czołowych polskich twórców fotografii modowej i reklamowej. Współpracował z takimi czasopismami jak „Viva”, „Gala” czy „Zwierciadło” oraz licznymi warszawskimi i dolnośląskimi agencjami reklamowymi. Specjalizuje się w kompleksowym przygotowaniu produkcji wystaw. Prowadzi laboratorium PrintShop1923 (1923.pl) i uczy jak się robi zdjęcia. Zbyszek jest specjalistą od postprodukcji fotografii. Powie Wam jak naświetlać i wywoływać, skanować itd., czyli jak wykonać zdjęcie i co potem z nim zrobić, żeby je potem pokazać innym.

Joanna Kinowska - historyk sztuki specjalizujący się w fotografii. Niezależna kuratorka wystaw fotograficznych. Wykładowca Akademii Fotografii. Redaktorka prowadząca http://miejscefotografii.blogspot.com/, autorka tekstów o fotografii, współpracuje z "Digital Camera Polska" i fotopolis.pl. Joanna bywa recenzentką przeglądów portfolio, jurorką konkursów fotografii prasowej, fotoedytorką książek, itd…i rozumie problemy fotografów, którzy starają się wyjść do widza z własną opowieścią.
 



niedziela, 3 lipca 2016

Siłowanie na siłę


Leo Forbert, Portret wielokrotny, Warszawa, 1930te / ze zbiorów własnych, rep. jk

Nic ciekawego, nic palącego. Taka tylko refleksja, dojrzewająca od miesiąca, a tak jak przyglądam się jej, to jednak od kilku lat. Chodzi o siłowanie się z historią fotografii. Zauważyłam dwa sposoby, jakby nie spojrzeć, bliskie sobie.

Pierwszy nazwałabym roboczo wyciąganiem brudów. To zabieg znany z każdej innej dziedziny życia, więc nihil novi. To rzecz z wszechmiar pożyteczna, bo żeby coś wyciągnąć sprzed dekad, trzeba się tam zanurzyć, poszperać, przywołać dykteryjkę, powołać się na źródła, i potem idzie w świat. Viral! I ludzie podają, szerują i czytają, i wiedzą, potem oni się zagłębiają i szperają. Więc robota edukacyjna i upowszechniająca świetna. A jednak są to „brudy”, więc trzeba ostrożnie. Trzeba z mądrym komentarzem, a tego jednak ze świecą szukać… Zostają nagłówki, czy sensacyjnym tonem pisane słowa: ‘zobacz jak manipulował największy’, ‘popatrz na niepublikowany wcześniej oryginał’, ‘ustawka zdjęcia mistrza’, itd… Oto na szybko, bo Internet wiadomo - tempo, miesza z błotem połowę historię fotografii, co drugi mistrz, wielki, czy jakkolwiek go się nazywa – ma swoje grzeszki na sumieniu. Najlepiej widać to w historii ikonicznych zdjęć. A mnie rozczula taki masowy pęd i wskazywanie palcami – oooo, wow, wiesz, że X ustawił cała historię?! Też mi fotograf, phi! 

Takie słowa padają nie tylko z ust czy spod palców amatorów, widzów, oglądaczy, ale też ludzi hyperopiniotwórczych dla dziedziny. Dziennikarz masowo docierający do publiczności jest tutaj mniejszym zagrożeniem, niż właśnie specjalista w dziedzinie, słuchany przez młodszych, mniej doświadczonych, przez ufających słuchaczy. Zostaje pytanie po co to robić?

Można w obronie własnej, a można też dla własnej chwały. Jeden wielki przypomina wpadki i manipulacje „National Geographic” z piramidami, żeby umniejszyć wagę swoich ruchów nad zdjęciami. Fotoedytorka z NatGeo odpowiada mu, że mamy 2016 i teraz to nie przejdzie. Historia zostaje w historii, wnioski wyciągnięte, jednoznacznie. Drugi wielki opowiada studentom, słuchaczom o gigancie fotografii, ojcu fotoeseju w tonie pogardy, że przecież cała jego robota była ustawką. Nie ma mu kto odpowiedzieć, że mamy XXI wiek, Internety i telewizję, i że trudno w ogóle przykładać dzisiejsze standardy do reportażu z lat 1960tych. Co dopiero rozliczać fotografów ze współczesnych kodów?!  

Druga zabawa z historią, jest jednak bardziej kreatywna. Chodzi o zmienianie kontekstów tego co było. Fajne i przyjemne, pod warunkiem, że robi to ktoś, kto ten kontekst pierwotny zna i umie go sprytnie i nowocześnie przeformułować. Wtedy czysta rozkosz, wspaniałe odkrycia i ogólna ekstaza. Dobrym przykładem może być wykopane zjawisko „Hidden mother”, „Pozdrowienia z Auschwitz” Pawła Szypulskiego, książka czy wystawy Wojciecha Nowickiego, Jacka Dehnela, prace nad archiwum Zofii Chomętowskiej współczesnych artystów i cala praca Fundacji Archeologia Fotografii, itd… Mnożyć i wskazywać można długo. 

Gorzej, jak się za to biorą kuratorzy z przypadku, szukający na siłę sławy, gotowi dopisać wszystko byle tylko podnieść cenę. Mamy wtedy efekt naśladujący jedynie gestem dzieło Duchampa. Przecież wystarczy wnieść do galerii?! Kontekst się zmienia, dodaje kilka mocnych słów o sztuce, o drzemiącym potencjale właśnie odkrytym, i już?  Jakby sama historia tak jak się zdarzyła ze swoim często porywającym kontekstem nie wystarczyła? Nie wystarczy, bo tu trzeba sprowadzić wszystko do jednego prostego marketingowego sloganu, to dopisywane zero do ceny musi się szybko i mocno obronić, najlepiej z telewizji?! Najlepiej niech to powie, ktoś sławny.

Taaaak, no niestety jestem przewrażliwiona na punkcie historii fotografii, interpretacji faktów i dekodowania kontekstów. Ostrożnie patrzę na lekko obalanych gigantów oraz wciskanie kitu jako wielką sztukę. Nie ma czarnobiałych odpowiedzi, gadajmy, rozmawiajmy, polemizujmy. Radykalizacji chyba dość nam wszystkim dookoła, co?

Tło muzyczne zapewnia Oasis - Don’t look back in anger




wtorek, 21 czerwca 2016

Confused - jeszcze o McCurrym.


6 maja 2016 się zaczęło, a już 30 było po wszystkim.
I cisza. 
Chodzi oczywiście o głośny fotoszopowy skandal ze Stevem McCurrym w roli głównej. 
Naiwnie sądziłam, że będzie huczało. A tak tylko trochę mocnych słów, jeszcze więcej miałkich argumentów. Było też kilka remake'ów zdjęć McCurrego - mój ulubiony zniknął po kilku godzinach z internetu. I tak Wam opowiem co na nim było: słynne zdjęcie z Taj Mahal, a w tej cudownie niezmąconej wodzie pływał sobie piękny rekin. 
Trochę się pośmialiśmy. Poczytaliśmy sporo za i przeciw. Były też internetowe bójki na forach, między konserwatystami na straży zasad i zawodu, a żądnymi ładnych obrazków. 
Nie będę powtarzać całej historii. Po tekście dla Fotopolis.pl "Odwagi Panie McCurry" i jeszcze kilku komentarzach z fb/miejscefotografii, wyszło, że mam nową specjalizację w mccuryzmie właśnie. Cisza ciszą, ale będę tupać nogą dalej!

30 maja Steve McCurry udzielił wreszcie wywiadu, w którym wypowiedział się dla "Time" w całej tej sprawie. Właściwie powtórzył to, co wyciągnęli od niego redaktorzy PetaPixel, zaraz po pierwszej "wpadce". 

Jaki mamy bilans:

- kilkanaście zdjęć McCurrego w formie gifów krąży po internecie - budzą uśmiech i zdziwienie. Zmiany, których dokonał są kuriozalne! Zamiast wykadrować lekko zdjęcie, posłużył się zabronionymi dla fotoreportera narzędziami. Prostowanie chaty w Afryce, serio? 

- laborant, asystent, ktoś kto był ponoć odpowiedzialny za niedopatrzenie produkcji na pierwszym zdjęciu - stracił pracę. Szukam w necie już któryś dzień jakiś przeprosin, cokolwiek. Nic. Wygląda na to, że pracę stracił trwale. 

- Agencja Magnum, World Press Photo - cisza. Dlaczego mieliby cokolwiek powiedzieć? Magnum - bo od lat wyznacza standardy w fotografii reportażowej i dokumentalnej, jest legendą. Do niej należy m.in. owa legenda McCurrego. Wypadałoby chyba coś skomentować, tak choćby oględnie? A World Press Photo - bo McCurry coś tam kiedyś wygrywał. Organizacja - Fundacja WPP z jej naczelnym Larsem Boeringiem bardzo bacznie przygląda się poczynaniom około reporterskim na świecie. Na wszelkie nieścisłości reagują błyskawicznie i bezwzględnie. Tak postąpiono chociażby z odbieraniem nagród - Rudik za wystemplowanie kawałka buta, Triolo wyleciał za błędny podpis, nie za ustawienie zdjęcia, itd, itd... Nawet nie trzeba być laureatem konkursu, spokojnie, żeby zostać potępionym przez Boeringa. Tutaj drobny przykład, może pamiętacie? 

W każdym razie ani słowa złego nie było o McCurrym, trochę śmiechów na tablicy Larsa Boeringa, rozeszło się bez komentarza.

- Steve tłumaczy w "Time", że nie jest fotoreporterem, tylko "visual storyteller" - wizualnym opowiadaczem historii, czy jakkolwiek to przetłumaczymy. Różnica między określeniami dla McCurrego wydaje się być znacząca. Chwyty niedostępne dla fotoreportera, byłyby możliwe w "visual storytelling". A środowisko dalej milczy. A przecież "visual storytelling" to określenie całej fotografii dokumentalnej, każdy podejmujący osobiste projekty długoterminowe tak o sobie mówi. Jest to powszechnie używany zamiennik słowa "fotoreporter". Nie zawiera w sobie żadnych odmiennych skojarzeń w kwestii etyki dziennikarskiej,   

"I’ve always let my pictures do the talking, but now I understand that people want me to describe the category into which I would put myself, and so I would say that today I am a visual storyteller"- Steve McCurry

"Zawsze wypowiadałem się obrazami [dosłownie - dawałem mówić moim zdjęciom], ale teraz rozumiem, że ludzie potrzebują bym przypisał się do kategorii. Zatem dziś powiedziałbym, że jestem wizualnym opowiadaczem historii." Mam nieodparte wrażenie, że McCurry zwala winę na jakiś bliżej nieokreślony ogół widzów, który uważa go za fotoreportera, a całkiem nie powinien. Jest to sprytne odwrócenie ról. Po 40 latach kariery jako fotoreporter, McCurry to nas wini, że ciągle ufamy jego zdjęciom, a raczej, że ich autor podąża za regułami zawodu. Też pomysł?! Skąd nam to do głowy przyszło? 
Tłumaczy dalej, że nie pracował dla gazet, agencji, itd., że był freelancerem. Nie ma to w ciągu ostatnich dekad nic do rzeczy ani do kwestii etyki fotoreporterów, ani do samego określenia. 
W kolejnych wyjaśnieniach następuje groźny konflikt logiczny. Z jednej strony McCurry mówi, że fotoreporterem nie jest, z drugiej, że zapanuje nad używaniem fotoszopa. Będzie używał go mniej, nawet jeśli ciągle uważa, że może robić ze zdjęciami co tylko zechce. Nawet na własny użytek. Brawo! A to wszystko dla nas, dla widzów, którzy mogą się czuć "confused" - że on przecież już nie jest fotoreporterem. [Confused Vincent ma się idealnie w tym kadrze, prawda?]

Niemożność określenia się, zatarcie granic gatunkowych, wychodzenie poza określone tradycje - tak, wszystko to nam doskwiera i fascynuje od dawna. Doskwiera, bo rzeczywiście trudniej szufladkować, a fascynuje, bo sztuka zawsze szufladom się wymknie. Jest jednak coś w zawodzie dziennikarza, fotoreportera również, nad czym ostatnio pracuje się jakby ciężej - kodeks etyczny. Doprecyzowuje się i strzeże pilnie - bo era cyfrowa, bo obywatelscy dziennikarze, bo nowe idzie nie dbając o zasady. Sporządza się raporty, robi badania, dokręca śrubki w konkursie World Press Photo, itd. I to działa, zwiększa świadomość, edukuje, brawo! 

Niepokoi mnie tylko istnienie precedensów - oto najwięksi, albo ci, za którymi stoją najwięksi rynkowi gracze, przyłapani za rękę na czynieniu wbrew zasadom. Przyłapani tłumaczą się nieporadnie, jak dzieci, i puszcza się ich następnie ze śmiechem skarcone, z powrotem do zabawy. Tak było z Paolo Pellegrinem kilka lat temu. Posądzony o ustawienie zdjęcia, o złe podpisy (pomylił się o kilkadziesiąt kilometrów), tłumaczył, że był nieświadomy sytuacji, a podpisy robił asystent. Nagrodę zachował. /Giovanni Triolo już nie miał tego szczęścia  (pomylił się o kilkadziesiąt kilometrów)./ 
Teraz Steve McCurry stempluje i prostuje, maluje na zdjęciach, i nic. I cisza. 
Ponoć działania WPP podejmowane są w trosce o dobre imię zawodowców, fotoreporterzy często się łączą w kolektywy - by wspólnie odróżnić się od przypadkowych posiadaczy aparatów. Wychodzi jednak na to, że po osiągnięciu pewnego pułapu można już wszystko. Jeśli się sprzedaje dobrze, to po co psuć temat? Serio, naiwnie wierzyłam, że chodzi o etos fotografa opowiadającego historię. I teraz dopiero jestem bardzo - confused. 



czwartek, 5 maja 2016

Po 11. Nie ilustruj!

Wyniki BZ WBK Press Foto 2016. 
Po konkursach światowych, czas na rodzime. To czas sprawdzenia naszych realiów. W World Press Photo i POYi postawiono w tym roku na czytelność i komunikatywność. Większość wygranych to – przypomnę – zgrabne i rzetelne materiały dobrego, wysokiego czasem poziomu, ale za to przyswajalne, raczej łatwe niż trudne, a z pewnością dalekie od niuansów, niedopowiedzeń i raczej nie liczące na aktywnego widza. Dobre ilustracje. Czyż nie tym powinna być dobra fotografia prasowa? Ilustracją właśnie?

Przyznam, że wyniki konkursu w pierwszej chwili mnie oszołomiły. Zanim zmierzyłam się z własnymi przemyśleniami, wysłuchałam opinii kilkudziesięciu osób spotkanych na gali - uczestników środowiska, śledzących konkursy i rynek. Przede wszystkim opinie te dotyczyły zdjęcia roku. „Budzące kontrowersyjne opinie" – powiedział Chris Niedenthal, juror konkursu. Przewodniczący jury – Maciej Jeziorek – „rękami i nogami będę go bronił, opowiada wiele historii na raz a jest powrotem do zwykłego życia, zwykłego bohatera, czyż nie tym powinien się zajmować  fotoreporter?” 


Blisko ludzi, historii codziennych, dziejących się - takie jest zdjęcie roku. 
Wydaje się, że kilka nagród wybrano podobnym kluczem, a z pewnością reportaże, które chwytają za serce w całości. Są to tematy trudne, okupione z pewnością ciężkimi przeżyciami autorów, tematy, które w nas zostają na dłużej. Grzegorz Dembiński  (2 miejsce w kategorii „Życie codzienne”) to walka o życie na dziecięcym oddziale kardiochirurgii w Poznaniu. Maciek Dakowicz (1 miejsce w kategorii „Wydarzenia”) sfotografował chaos po trzęsieniu ziemi w Katmandu. Dezorientację i dramat, które następują zaraz po katastrofie. Wreszcie – jak dla mnie – absolutny faworyt i najważniejszy reportaż, wśród nagrodzonych – Maciek Nabrdalik (3 miejsce w kategorii „Wydarzenia”. Temat uchodźców od wysp Grecji po Niemcy. Autor wypowiedział o motywacji reporterskiej, o sensie pracy fotografa prasowego szalenie istotne zdania: „Nie umiałem dłużej przyglądać się tym wydarzeniom z dystansu. Spakowałem się i poleciałem na grecką wyspę Lesbos. (…) Dokumentowałem te przesiedlenia i będę dokumentował ich konsekwencje z nadzieją, że prawa człowieka w tej części świata są rozdzielane równo między wszystkich”. Jego seria odpowiada na mnóstwo pytań, opowiada o exodusie wielowymiarowo, igra ze stereotypami pozostawiając nas w niedowierzaniu, że to się dzieje, w zdumieniu o skali dramatu, we współczuciu i dociekliwości. Czyż nie tym powinien się zajmować fotoreporter?







Grzegorz Dembiński, Głos Wielkopolski / 2. miejsce / Życie codzienne / Fotoreportaż / Życie codzienne Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej Szpitala Klinicznego im. Karola Jonschera w Poznaniu. Poznań (Polska), marzec 2010 r. – wrzesień 2015 r.









Maciek Nabrdalik, VII PHOTO / 3. miejsce / Wydarzenia / fotoreportaż / W 2015 r. milion uchodźców i migrantów przybyło do Europy drogą morską, z czego 80 proc. dopłynęło tu z Turcji przez Morze Egejskie. Materiał dokumentuje tę drogę i dalszą podróż uchodźców przez Bałkany do Europy Zachodniej. Większość ucieka przed wojną, przemocą i biedą między innymi z Syrii, Afganistanu i Iraku. / Lesbos (Grecja), Preševo, Berkasovo (Serbia), wrzesień – październik 2015 r.

Bardzo mocno wypadła kategoria „Kultura i sztuka”. Wśród nagrodzonych same znane nazwiska: Wojciech Grzędziński, Michał Szlaga, Grzegorz Press, Tomasz Lazar, Tymon Markowski i Michał Siarek. W reportażach w tej kategorii znalazł się wielowątkowy dokumentalny długoterminowy projekt o nowej Macedonii Siarka, także długoterminowy materiał z działalności „Teatru 21” Grzegorza Pressa  – o ogromnej wadze społecznej i determinacji aktorów. I znalazł się materiał złożony z portretów o niezwykłym napięciu – Wojciecha Grzędzińskiego ukazującego uczestników konkursu chopinowskiego na moment przed wyjściem na scenę.


Tymon Markowski, Gazeta Wyborcza Bydgoszcz / 2. miejsce / Życie codzienne / zdjęcie pojedyncze / Alpiniści z firmy Everest, którzy na co dzień zajmują się m.in. myciem okien w wysokich budynkach, przyjechali do chorych dzieci ze Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 im. dr. Antoniego Jurasza przebrani w kostiumy superbohaterów. / Bydgoszcz (Polska), 11 czerwca 2015 r. 

Do wartych uwagi, znakomitych momentów, wirtuozerii reporterskiej należą z pewności pojedyncze zdjęcia: Tymona Markowskiego (2.miejsce w kategorii „Życie codzienne”), Aleksandry Szmigiel-Wiśniewskiej (1.miejsce w kategorii „Sport”) oraz Wojciecha Grzędzińskiego (3. Miejsce w kategorii „Wydarzenia”). Wszystkie trzy warte uwagi z tego samego względu – wirtuozerii właśnie. Nie wystarczy być na miejscu, „temacie”, trzeba też wiedzieć co się zdarzy i jak się przygotować, jak uprzedzić moment, który tam się wydarzy. Trzeba sobie pomóc w przygotowaniu i przekazaniu widzowi czystego – wydestylowanego niemal przekazu z maksymalną dawką emocji. (Absolutny przypadek chyba, że wszystkie trzy są czarnobiałe, nie przypisujmy za wiele tutaj.)


Aleksandra Szmigiel-Wiśniewska / 1. miejsce / Sport / zdjęcie pojedyncze / Michelle Jenneke wie, że wszystkie oczy zwrócone są właśnie na nią. Tuż przed biegiem na 100 metrów przez płotki Australijka wykonuje swój markowy taniec-rozgrzewkę. / Pekin (Chiny), 27 sierpnia 2015 r.


Wojciech Grzędziński, freelancer / 3. miejsce / Wydarzenia / zdjęcie pojedyncze / Zwolennicy prezydenta Bronisława Komorowskiego oczekują w sztabie wyborczym na ogłoszenie wyników wyborów, wiedząc już o przegranej. / Warszawa (Polska), 24 maja 2015 r.

W konkursie znalazły się kompletne nieporozumienia, a ja nie byłabym sobą, gdybym ich nie wytknęła. Reportaż z Woodstocku był wprost zdumiewający! W ośmiozdjęciowej historii, jedno zdjęcie było w kolorze. Oczywiście wtedy trzeba zapytać: dlaczego? Skąd akurat to jedno i co w nim jest takiego? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Wystarczyło – drogi autorze zdjąć kolor i z tej jednej klatki, a drogie jury – skoro autor tak wysłał, może po prostu wyrzucić z zestawu? Wiele materiał by na tym nie stracił, a śmiem sądzić, że tylko by zyskał. Z resztą szmer śmiechu był dość wyraźny na gali, dziś zaś już w komentarzach internetowych jeszcze wyraźniejszy.

Inne nieporozumienia zdarzyły się na samej gali. Głównie w wypowiedziach nagrodzonych autorów. Większość na szczęście to ważne wypowiedzi i manifesty – o profesji i o sytuacji fotoreportażu i prasy, a nawet miejscami polityki i kraju. Zdarzyły się jednak niestety i problematyczne. Własne literackie interpretacje swoich zdjęć, przywoływanie Breugla i Elliotta Erwitta to dość górnolotne słowa, sugerowanie co się chciało zawrzeć w zdjęciach – kiedy te wyświetlone zostają za plecami mówcy i jako żywo przeczą słowom - też nie świadczy najlepiej. Rozczulające też było wyznanie ulubienia swojego zdjęcia tak bardzo, że jest pulpitem w komputerze. Proszę państwa, to był przypomnę konkurs fotografii prasowej! (A już kompletnie nie na miejscu była reklama warsztatów fotograficznych nieobecnego laureata na tle jego zdjęć , które nie były o kwiatkach, ale o „tragedii nie do opisania”!)

Niedobrze się dzieje, jeśli autorzy potrzebują tej literackiej warstwy. Świadczyć to jednak o początku drogi fotoreporterskiej wypowiadających te słowa. Niewiary w profesję, w której próbują być. Tu warto też przytoczyć słowa naczelnego „Rzeczpospolitej”, który zanim wręczył nagrodę patrona medialnego wyznał, że „boi się złego obrazu” oraz podzielił się refleksją:  „jeśli słowo ma przetrwać to w dobrym towarzystwie”. Tym samym sprowadził fotografię do roli ilustracyjnej i najlepiej w miarę przyjemnej. Nie twierdzę, że w większości wypadków tym właśnie w prasie jest zdjęcie. Dobra ilustracja, czyż nie tym…?

Chyba właśnie nie! Zamiast zaufać fotografowi, który znalazł temat, poświęcił czas i umiejętności by o tym opowiedzieć, bierze się pierwsze lepsze zdjęcie z bazy, by ilustrowało. Spłyca przekazy. Wzory światowe nie rokują najlepiej. Tym bardziej doceniam znakomitą robotę, którą nagrodzono jednak w BZ WBK Press Foto 16. Te przepracowane i zaangażowane tematy, samodzielne! Tę rolę reportera blisko zwykłych historii. Nie, nie jest tak różowo ani tak optymistycznie. Tę rolę podejmuje mniej więcej połowa wygranych. Tu jednak pojawiają się pytania, od których powinno się zacząć: dla kogo to jest konkurs? Kto jest odbiorcą – widzem? Ale znacznie ważniejsze – kto jest autorem, fotoreporterem, kto może brać w nim udział? Do konkursu stanęło 431 osób, ale zakwalifikowano 348 fotoreporterów. Po drodze „zgubiono” osiemdziesiąt zgłoszeń, uznając, że nie są profesjonalne. A nawet wśród wygranych byli ludzie ledwo raczkujący – trudno nawet powiedzieć – w zawodzie, w przygodzie z fotografią prasową. Podziały stają się niejasne, definicje straciły ostrość i wyniki także światowych konkursów coraz bardziej w tym utwierdzają. Patrzmy uważnie co się dzieje, to super moment zmiany! 

strona konkursu BZ WBK Press Foto 2016

czwartek, 14 kwietnia 2016

Patryk Karbowski / rozmowa

Patryk Karbowski z serii "Halfway" / dzięki uprzejmości autora



Joanna Kinowska: Gdzieś w pół drogi – to dobra metafora dla całego projektu. W jaki sposób znalazłeś tytuł i klucz do opowieści?

Patryk Karbowski: Tytuł dla tego projektu wydawał mi się od początku oczywisty. Bardzo chciałem zrobić zdjęcia o Polsce średniej, bez pokazywania skrajności przyciągających uwagę, bez zbędnej anegdotyczności. Dlatego pracowałem w mało charakterystycznym mieście, spełniającym chyba wszystkie kryteria średniości. Z geografii i mentalności pokazanej w książce wynika właśnie to bycie pomiędzy, opisane prostym słowem „halfwayˮ.
Co ciekawe, pokazywanie oczywistych kontrastów nie sprawdziło się. Więcej o charakterze takich miast mówi bardzo specyficzne dążenie do nowoczesności: nowe gmachy, starannie zaplanowane imprezy miejskie czy siedziba lokalnej telewizji. To wszystko świadczy o dążeniu do rozwoju, ale wygląda bardzo lokalnie, co jest fascynujące. Fotografowałem więc wszystko, co kojarzy się mieszkańcom miasta ze słowami: nowe, nowoczesne, fajne.

JK: Nudne zdjęcia, nudny projekt, moment niedecydujący, dodatkowo jeszcze z tych zdjęć i sytuacji wyziera beznadzieja. Twoje zdjęcia stały się trochę przezroczyste, tak dobrze przystają do rzeczywistości. Stąd pytanie, którego się nie zadaje: co chciałeś przez nie opowiedzieć? 

Patryk Karbowski: Interesują mnie procesy społeczne, obserwowanie zmian w rzeczach pozornie błahych i oczywistych. Zwykle jest tak, że wspominamy coś, czego już nie ma, i żałujemy, że to nie zostało opisane. Problem w tym, że przyzwyczajamy się do najbliższej rzeczywistości, nie analizujemy jej, uznając za oczywistość. Moim zadaniem jest wgryźć się w te oczywistości, powiedzieć: „Spójrzcie, jaka ciekawa i wiele mówiąca o Polsce jest mentalność mieszkańców średnich polskich miastˮ.

JK: To jest jednak spore uogólnienie i zarazem mocna deklaracja; wybierasz przedstawiciela tematu, jedno miasto. Sprawdzałeś, jak to jest w innych „średnichˮ miastach?

Patryk Karbowski: Tak. Fotografowanie jednego miasta dało pewną spójność całości, z drugiej strony unikałem pokazywania rzeczy wyróżniających je. Często w rozmowie z odbiorcami książki słyszę, że widzą w niej swoje rodzinne miasta.

JK: Narracja jest właściwie też „w pół drogiˮ, a właściwie czasu, zawieszona gdzieś jakby trochę w latach 90. To bardzo precyzyjne wybieranie kadru czy szukanie uniwersalności? 

Patryk Karbowski: W Twoim pytaniu widzę warszawocentryzm. Tak właśnie wygląda współczesna Polska. Nie licząc pewnych malowniczych skrajności, statystycznie Polacy żyją na równinie, w mniejszych ośrodkach, które wyglądają bardzo podobnie. Z drugiej strony interesował mnie uniwersalny temat dynamiki postępu w mniejszych społecznościach, gdzie rzeczy napływające z zewnątrz są w pewien sposób filtrowane. Okazało się, że nie mogę opisać tego zjawiska fotografując wszystko, co widziałem, dlatego doszedłem do metody opisanej wcześniej, czyli pokazywania nienowoczesnej nowoczesności.

JK: Czy w Twoim opowiadaniu jest miejsce na nostalgię, coś w rodzaju patriotyzmu lokalnego?

Patryk Karbowski: Raczej nie. Pracując nad tym projektem wyłączałem emocje, skupiałem się na treści, którą chciałem przekazać.


 Patryk Karbowski z serii "Halfway" / dzięki uprzejmości autora 


JK: Skąd nagle fascynacja średnim? Dlaczego to miasto a nie inne? Czy od samego początku wiedziałeś, że to będą takie zdjęcia?  

Patryk Karbowski: Nie uważam, żeby ta fascynacja była nagła. Moje poprzednie projekty były podobne, pomysły znajduję w swoim najbliższym otoczeniu. Zawsze fascynowali mnie twórcy rozbierający świat na części, chociaż bardziej mam tu na myśli literaturę. To miasto jest moim rodzinnym miastem, znam je dobrze, wiedziałem, co pokazać, jak dotrzeć do pewnych sytuacji. Z drugiej strony mam do niego duży dystans, nie mieszkam tam od dobrych kilku lat. Uprzedzając Twoje pytanie – osobisty stosunek, nikły wprawdzie, schodził na dalszy plan podczas fotografowania. I to było ciekawe doświadczenie: zdobywać jeszcze większy dystans dzięki aparatowi.

JK: Kto jest odbiorcą Twojej książki?  

Patryk Karbowski: Ta książka analizuje normalność w poszukiwaniu interesujących wniosków. Jej odbiorcami są wszyscy traktujący fotografię bardziej jako impuls do takich przemyśleń niż poszukujący mocnych obrazów. Co ważne, z dotychczasowych rozmów i spotkań na festiwalach czy targach wynikało, że treść jest czytelna nie tylko dla Polaków, ale i odbiorców zagranicznych. Jest to bardzo satysfakcjonujące, biorąc pod uwagę fakt, że raczej unikałem dosłowności, nie zawsze kodowałem treść w sposób oczywisty. W książce, nie licząc eseju Krzysztofa Pijarskiego, jest tylko krótki wstęp – zrezygnowałem z opisów pod zdjęciami, więc nie było sensu tworzyć dwóch wersji językowych.

JK" Dlaczego mam tę książkę obejrzeć? Czym porywasz czytelnika? 

Patryk Karbowski: Stwierdziłem, że istnieje pewne zjawisko warte opisania i opisałem je; sam proces tego opisywania był satysfakcjonujący, to wszystko. To jest proste i szczere podejście i z tego, co wiem, część odbiorców je docenia. W swojej działalności postawiłem na sztukę bardzo niszową właśnie po to, żeby znaleźć swoją drogę, własny język. Od odbiorcy oczekuję pracy interpretacyjnej i otwartości na rzeczy, które go nie kokietują – inaczej to nie jest mój odbiorca. Niczym nie porywam, zapraszam do przemyśleń – jeśli ktoś nie ma na nie ochoty, to jego sprawa. Nie mam do opowiedzenia żadnych anegdot, niczego chwytliwego, co zareklamowałoby książkę. Wychodziłem, grzebałem w normalności, wracałem, żeby porozmawiać z edytorami, i znowu wychodziłem. I tak przez kilka lat, to wszystko.



Patryk Karbowski z serii "Halfway" / dzięki uprzejmości autora 

JK: Halfway to już Twoja trzecia książka, ale mam wrażenie, jakby to była TA KSIĄŻKA, pierwsza wypracowana w najdrobniejszych szczegółach wypowiedź. Czego nauczyły Cię dotychczasowe próby z książką? 

Patryk Karbowski: Cieszę się z doświadczenia zdobytego przy poprzednich projektach.  Halfway uważam za rzecz najbardziej „mojąˮ, wynikającą z moich zainteresowań i wrażliwości. Książka jest najlepszą formą dla tej historii, a dzięki moim poprzednim publikacjom nabyłem doświadczenia z zakresu druku, projektowania czy samej edycji materiału pod kątem książki, z którego mogłem czerpać tworząc Halfway.

JK: Dlaczego zdecydowałeś się na książkę a nie wystawę?  

Patryk Karbowski: W tej książce bardzo ważna jest narracja – dużo rzeczy rozgrywa się pomiędzy zdjęciami, dzięki ustawieniu ich w konkretnej kolejności. Poprzez tę formę mogę pokazać odpowiednią liczbę zdjęć, narzucam też kolejność ich oglądania; w wypadku wystaw rzadko zdarza się wystarczająca przestrzeń dla obszerniejszych projektów.
Poza tym ważne jest dla mnie to, że projekt trafi do archiwów i bibliotek.


JK: Dlaczego? A jeśli tam nie trafiają jednak Twoi odbiorcy? 

Patryk Karbowski: Nie uważam, że wszystkie moje działania muszą być nastawione na szybki sukces. Obecność tej książki w archiwach po prostu mnie cieszy, poza tym dzięki temu będzie można do niej dotrzeć w dalszej przyszłości, gdy jej wydźwięk może być już zupełnie inny. I to jest bardzo ciekawe.

Patryk Karbowski "Halfway", książka, dokumentacja / dzięki uprzejmości autora 

JK: Nie jesteś zbytnio przekonany do wystaw. Którą uważasz za najważniejszą prezentację swoich prac i dlaczego? 

Patryk Karbowski: Z praktycznego punktu widzenia najbardziej liczą się wystawy na głośnych festiwalach, np. na Encontros da Imagem w Bradze czy New York Photo Festival. Ale jak dotąd najlepiej zaaranżowaną, przemyślaną i dobrze wyglądającą była wystawa „Nowi Polacyˮ, pokazywana w Galerii Pauza w Krakowie i Ars Nova w Łodzi. Prace były produkowane lub dodrukowywane specjalnie pod układ obydwu galerii. Narracja cyklu nie była liniowa, więc można było dowolnie pracować rozmiarem i rozmieszczeniem prac.

JK: Z jakim odbiorem spotyka się Halfway? 

Patryk Karbowski: Miałem już okazję podpisywać ją w Paryżu podczas festiwali Le Photobook Festival i Polycopies, gdzie książka spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem i dużym zainteresowaniem. Największą satysfakcję przyniosło mi spotkanie z Robem Hornstrą, fotografem, którego bardzo cenię. Jest on autorem wielu świetnych książek, dlatego jego pozytywna reakcja na Halfway jest dla mnie ważna.
Patryk Karbowski "Halfway", książka, dokumentacja / dzięki uprzejmości autora 

JK: Pamiętam dawne rozmowy o projekcie, gdy szukałeś reportera piszącego, autora do tekstu. W wersji końcowej mamy tekst okołofotograficzny Krzysztofa Pijarskiego. Jak on dopełnia Twój projekt? 

Patryk Karbowski: Nie jestem fotoreporterem, dlatego książki nie należy czytać dosłownie; nie ma nawet znaczenia to, w jakim mieście powstały zdjęcia. Zrezygnowałem z pomysłu pracy z reporterem, bo okazało się, że fotograf, który jest jednocześnie teoretykiem fotografii, bardziej rozumie charakter projektu, nie przykłada do niego swoich kalek. Krzysztof był jednym z edytorów książki, pomógł mi w opracowaniu narracji całości, dzięki czemu książka nie jest tylko sprawozdaniem z danego miejsca w konkretnym czasie. Jego analityczny tekst jest dobrym zamknięciem książki.  

JK: Na czym polegała pomoc w fotoedycji? Narracja jest tutaj kluczowa – sprawdzałeś jej czytelność czy niuanse i meandry? 

Patryk Karbowski: Obecność edytora czy kuratora przy projekcie daje możliwość spojrzenia na swoją pracę z zewnątrz, co jest nieocenionym doświadczeniem. Czytelność narracji sprawdzałem podczas licznych konsultacji na przeglądach portfolio i warsztatach. Ale to właśnie edytor jest tą osobą, która najlepiej zna intencje autora, jest punktem odniesienia przy podejmowaniu różnych decyzji. Przy poprzednich projektach nie stosowałem takiego sposobu opowiadania – Graniczna 4 jest podzielona na mieszkania, które stanowią osobne rozdziały, co znacznie uprościło edycję. Nowych Polaków z kolei składałem bardzo instynktownie. Halfway wymagał większej ekwilibrystyki, od początku wiedziałem, że nie jest to praca dla jednej osoby.

JK: Uczysz również fotografii. Czego właściwie można nauczyć w tej dziedzinie?  

Patryk Karbowski: Faktycznie sama mechanika fotografii jest prosta. Problem polega na tym, że przeciętny fotografujący, nawet jeśli zacznie swobodnie posługiwać się narzędziem (a do tego też przecież trzeba dojść), nie wie, co z nim zrobić. I tutaj zaczyna się najciekawsza część w uczeniu fotografii – opowiadanie o źródłach inspiracji, świadomości wizualnej, kształtowaniu przekazu, komunikacji z odbiorcą itp. Jest to więc złożony proces.

Patryk Karbowski "Halfway", książka, dokumentacja / dzięki uprzejmości autora  

JK: Nad czym teraz pracujesz?

Patryk Karbowski: Pracuję nad nowym długoterminowym projektem, cały czas inspiruje mnie najbliższe otoczenie i „proste tematyˮ. Więcej szczegółów będę mógł podać, gdy pierwsza wersja pojawi się na mojej stronie. Z drugiej strony mam w perspektywie kilka mniejszych cykli, co stanowi ciekawą odmianę – od pomysłu do efektu w ciągu kilku miesięcy. Ekspres!

http://www.patrykkarbowski.com/
http://www.patrykkarbowski.com/index.php/book/

Krzysztof Pijarski
Martyna Wyrzykowska
Instytut Kultury Wizualnej

Redakcja: Monika Mendroch

Patryk jest jedynym polskim twórcą w finale Grand Prix 2016 Fotofestiwalu w Łodzi, trzymamy kciuki!