sobota, 25 lutego 2017

Pewniaki i pewność, World Press Photo 2017

An Assassination in Turkey © Burhan Ozbilici, The Associated Press

Wyniki WPP jak nigdy były w tym roku przewidywalne. Zdjęcie roku - idealne zdjęcie, murowany pretendent, robiące wrażenie, zapamiętane i typowane nawet przez ludzi z poza środowiska. Dlaczego zostało zdjęciem roku? Poza domniemaniami snutymi dzień po jego wykonaniu i publikacji – "Zamachowiec z Ankary, zdjęcie idealne" w fotopolis.pl
Jak argumentują wybór jurorzy? Mary F. Calvert: „to była bardzo bardzo trudna decyzja, ale w końcu wydało nam się, że zdjęcie roku to wybuchowy obraz, który opowiada o nienawiści w naszych czasach. Za każdym razem gdy pojawiało się na ekranie, trzeba się było cofnąć, bo jest tak gwałtowny. Zdaliśmy sobie sprawę, że uosabia definicję tego czym powinno być i co ma znaczyć zdjęcie roku World Press Photo”.  Joao Silva dodaje: „Czuję to co się dzieje w Europie, w Stanach, na Bliskim Wschodzie, w Syrii, to zdjęcie właśnie o tym opowiada. Tak wygląda nienawiść.” Zamachowiec z Ankary, poza gigantyczną dawką emocji, jest bezpiecznym zdjęciem. Czytelnym i prostym, przedstawia wręcz modelowo sytuację. A widz? Czyta, ogląda, rozumie w okamgnieniu i jest pewny swoich racji. Jest poruszony, ale nie czuje się winny, jest bezpieczny. Trudno o lepsze zdjęcie w tej roli.


They Are Slaughtering Us Like Animals © Daniel Berehulak, for The New York Times

Drugim pewniakiem, a miałam je trzy w tym roku – był reportaż Daniela Berehulaka „They Are Slaughtering Us Like Animals” wykonany na zlecenie New York Times’a. Zrobił wrażenie w momencie publikacji, po prawdzie nie daje o sobie zapomnieć i dalej to wrażenie robi. Miażdżące. Filipiny w trakcie ostatnich zmian i wojny antynarkotykowej wydanej przez prezydenta Duterte. Berehulak podaje nam na tacy szerszy obraz tych zmian. W wirtuozerski sposób, ale i bezpośredni, ze środka.  Zajął pierwsze miejsce w kategorii „General News”.

Rio's Golden Smile © Kai Oliver Pfaffenbach, Thomson Reuters

Ostatni pewniak, to nieprawdopodobne ujęcie Usaina Bolta. Wiadomo było, że znajdzie się w finale, chociaż trzecie miejsce w pojedynczych zdjęciach w kategorii „Sport” jednak dziwi. Autorem jest Kai Olivier Pfaffenbach, co prawda mógł równie dobrze być to Cameron Spencer, który wykonał niemal identyczną fotografię. Może pamiętacie zestawienie tych dwóch obrazów, przypominające zabawę „znajdź 5 różnic”. Ujęcie mistrzowskie, sytuacja niebywała – 100 metrów, Usain Bolt wyraźnie prowadzi, jeszcze zdąża się odwrócić. A to wszystko w niecałe 10 sekund!

Wyniki WPP w tym roku, podobnie jak w ubiegłym, też są bardzo wprost. Jurorzy stawiają na czytelność, momentalność w odbiorze sytuacji. Oczywiście ogromne emocje: zrozpaczone matki, zakrwawione dzieci, gruzy i katastrofy, kilka piet. Wielokrotnie miałam wrażenie deja vu, chyba najsilniejsze przy zdjęciu Sergeya Ponomareva. Uciekająca z Mosulu rodzina w czarnym aucie, w tle palące się szyby naftowe. A mi przed oczami staje zdjęcie roku WPP z 2007 Spencera Platt’a – czerwone auto w Beirucie z gruzowiskiem w tle. Powtórzeń kompozycyjnych, sytuacji gdzieś już widzianych było w konkursie znacznie więcej.
Iraq's Battle To Reclaim Its Cities © Sergey Ponomarev, for The New York Times

Przemoc i wściekłość, łzy i ogromne emocje wygrywają w tym roku na zdjęciach. Nie pozostawiają nas obojętnymi. Jeśli nie wyciskają z nas łez natychmiast, to przynajmniej wbijają w fotel. Wrzeszczą do nas, czasem w ciut już oklepany sposób. Jest chyba tylko jeden materiał, w którym potrzeba dłuższej chwili by zrozumieć na co patrzymy. Jeden operujący metaforą i niedopowiedzeniem, bardziej kontemplacyjny no i absolutnie wymagający przeczytania podpisu reportaż Michaela Vince Kim’a z Meksyku – pierwsza nagroda w kategorii Ludzie.


Aenikkaeng © Michael Vince Kim 

Przekaz, który w tym roku dają jurorzy WPP fotoreporterom wydaje się brzmieć: opowiadajcie maksymalnie prosto. Nie komplikujcie historii, nie dawajcie widzom się zastanawiać. Nie jest to mój sposób patrzenia na zdjęcia. Dlatego bardziej ujmuje mnie historia opowiedziana przez Mathieu Willcocksa o uchodźcach (trzecia nagroda za reportaż w Spot News) czy Markusa Jokela , który przez 24 lata opowiada o mieszkańcach miasteczka Table Rock w Nebrasce, USA (trzecia nagroda w projektach długoterminowych).

Mediterranean Migration © Mathieu Willcocks 



 Table Rock Nebraska © Markus Jokela, Helsingin Sanomat

Do konkursu stanęło 5034 fotografów, którzy nadesłali 80408 zdjęć. To o siedmiuset fotografów i 2500 zdjęć mniej niż w ubiegłym roku. Nie ma co prorokować na tych liczbach jakiś znaczących spadków popularności, ale to jednak ciekawe, że w czasach rok-rocznego progresu można gdzieś zauważyć jakiś ubytek. Nie ma też jeszcze powodu do paniki ani wskazywania tendencji, z faktu, że drugi raz z rzędu w konkursie nie wygrywa nikt z Polski. Z pewnością nasz brak nie dziwi w konkursie „Digital Storytelling” (dawniej nazywany multimedialnym). Obszerne formy dziennikarskie, połączenie nagrań audio-, wideo- z rejestracją fotograficzną, publikacje internetowe, itd. – wielowątkowe historie, wieloosobowe zespoły  to świat wręcz niedostępny dla polskich mediów. Tymczasem czekamy na październik i nowy konkurs World Press Photo, ten w którym ma panować większa wolność. 


Out Of The Way © Elena Anosova

Cuba On The Edge Of Change © Tomas Munita, for The New York Times

Wróćmy jeszcze do tematu przewodniego, bo dyskusja nad zdjęciem roku była ostra, choć krótkotrwała. Czyżby już znudzenie? Czy już wszyscy powiedzieli co chcieli? Dla mnie kłopotliwe jest zdanie samego jurora głównego Stuarta Franklina. Normalna historia konkursowa brzmi: autor zgłasza zdjęcie, jury wybiera i publikuje wyniki, opowiada o werdykcie. Basta. I potem dyskusja przenosi się szerzej, wypowiadają się specjaliści i autorzy zdjęć, aż wreszcie przysłowiowy Kowalski powie co chce w Internetach albo znajomemu przy kawie. Tymczasem, kiedy my się tu tak gotujemy za lub przeciw, zgadzamy lub oponujemy, wypowiada się główny juror WPP i mówi, że głosował przeciwko Ozbilici, nie chciał tego zdjęcia na podium. Tutaj pełny tekst Franklina dla Guardian 

Argumenty mocne, pojawiające się już w dyskusji po wynikach. „To zdjęcie morderstwa, zabójcy i zabitego, obydwu widać w jednym kadrze i jest moralnie tak samo problematyczne jak opublikowane zdjęcia egzekucji wykonywanych przez terrorystów”. Dalej przytacza przykłady innych sławnych zdjęć, sytuacji, podkreśla zasługi Ozbilici, mówi o innych wynikach. Mi się jednak zdaje to mało czystą sytuacją, gdy główny juror konkursu otwarcie wypowiada się przeciwko swojej robocie tam w obradach. Wynoszenie dyskusji zza zamkniętych drzwi chyba nie jest tutaj konieczne. Ale bardziej, przechodzenie z roli sprawczej w krytyczną przez głównego jurora - nie wydaje mi się zdrowe. Ani dla środowiska, ani dla konkursu.  

wszystkie wyniki na oficjalnej stronie konkursu: World Press Photo


wtorek, 13 grudnia 2016

Utracony świat. Leon Barszczewski fotografem

Igor Strojecki, Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX wiecznej Azji Środkowej, Wydawnictwo Helion, Gliwice 2017 
Taka przypadłość typowo krajowa. Czyż jakaś biografia zapomnianego twórcy mogłaby zaistnieć ot tak, po prostu? Czy zaraz koniecznie musi najpierw narzekać, jaki on bardzo nieznany, oj jak zapomniany, czemuż i dlaczegóż świat nie może uznać? Potrzebne są pomniki i wpisy encyklopedyczne, nazwy ulic i szkół?
Tak jest mniej więcej w książce „Utracony świat” Igora Strojeckiego. Historia rozlicznych podróży po miejscach dalekich, mało znanych, trudno dostępnych. Historia troszkę baśniowa. Bohater plastycznie odmalowany. Wyjątkowy, unikalny! Leon Barszczewski: topograf, geolog, etnograf, archeolog, przyrodnik, glacjolog, badacz kultury Środkowej Azji, pułkownik armii Imperium Rosyjskiego [zawikipedią] No i fotograf! Wykonał porywające zdjęcia z końca XIX wieku, z tychże właśnie podróży po miejscach dalekich, mało znanych i trudno dostępnych. Czyli Samarkandy i okolic. Ileż twarzy, typów, gestów, układów. Fenomenalne zdjęcia. To po kolei…


Podtytuł: „Podróże Leona Barszczewskiego po XIX wiecznej Azji Środkowej”. Mniejszym drukiem, podtytuł podtytułu: „na podstawie wspomnień Jadwigi Barszczewskiej-Michałowskiej”. Tu cały suspens książki, przeoczyłam z początku ten dopisek, a on się okazał kluczowy. Książka zawiera moc przypisów, niczym porządne dzieło naukowe. Gdy okazuje się, że niekoniecznie naukowe, przypisy traktuje się szybko jak odnośniki do wiedzy ogólnej, a gdzie co leży, a jak się dziś nazywa, ile metrów ile kilometrów, i wtem: że pani Jadwiga ubarwiła, a innym razem, że pewnie nie pamięta, plus czasem, że wersja jest mało prawdopodobna. I okazuje się, że w przypisach druga równoległa historia się toczy.
Zawiera ponad tekst główny: podziękowania, słowo wstępne, opinię o bohaterze, suplement, artykuł o strojach, indeks nazwisk, streszczenie angielskie. Przeczytałam wszystko i śmiało polecam czytać od pierwszego rozdziału. Ominiecie w ten sposób litanie i gorzkie żale, dlaczego ten Barszczewski taki zapomniany. [Wrócę do tego wątku niżej.] Brak spisu zdjęć, chociaż poniekąd rozumiem decyzję wydawcy. Gdyż:
Zdjęcia: naliczyłam ich 290, które mogłyby być autorstwa Leona Barszczewskiego, do tego jeszcze z lekko licząc 30 m.in.: rodzice LB, jego nagrobki, oraz ilustracje i mapy, itd. Największe bywają na wielkość strony – 16,5x23,5, najmniejsze, niczym okazalsze znaczki pocztowe – 4x5 cm. I wszystkie…są…w…sepii. Tak, s e p i i. Buro-brązowe. 


Stron: 344. Niemal tyle samo co zdjęć. Cała ta książka ma nieprawdopodobne wrażenie upchnięcia kolanem. To książka do czytania, gdzie zdjęcia pełnią rolę ilustracyjną, więc na przykład zdarzają się takie fragmenty zdjęcia, że tylko kolumna, żeby z boku strony zmieścić. Taki dekor. Reprodukcje listów i zapisek, tak jak z wiśnią na torcie. Przecież nie doczytasz, ale tak widać na przykład charakter pisma. Horror vacui. Ale też rozumiem poniekąd decyzję wydawcy. Gdyby tak uporządkować te zdjęcia, spisać je porządnie, no i wybrać, przebrać, można by swobodnie zrobić dwa tomy.
Dla kogo: każdego kto lubi biografie i pamiętniki. Ta książka łączy realia z baśnią. Nie tylko nawet, że postać głównego bohatera udramatyzowana, ale i wyniesiona na piedestał. Tylko, że strasznie trudno się odnaleźć w wiorstach między kiszłakami, wśród „półdzikich plemion”, kiedy nie bardzo wiadomo też kto to jest „bek” a kto nie. Przypisy nie od razu idą na ratunek i przemianowują zdawkowo na kilometry czy kilogramy. Rozumiem, że system metryczny, nazywanie kiszłaków po prostu wioskami, odarłoby świat z utracenia, przeniósłby historię z baśni bardziej w realia. Dalej publikacja jest z pewnością dla miłośników gór i geografii jako takiej. Jest też o obcych kulturach, trochę antropologii w ujęciu kolonizatorskim, przemyka też czasem wielka historia.

Autor: jest prawnukiem Leona Barszczewskiego. Autor tekstów, varsavianista, zajmuje się genealogią (jak podkreślono: amatorsko). Nadto w książce wykazuje ogromne zacięcie geograficzne, wymienia nazwy za nazwami. Czy to córka Barszczewskiego tyleż ich zapamiętała? Czy zostały uzupełnione? Dość, że bardzo trudno się w tym połapać. 


Podróże, historie, obcy świat, dawno temu, świetnie! Wdrożenie się w styl opowiadania, daleki od reportażu, z brakiem wyjaśnień, niczym szyfrem popełniony – było trudne. Osobliwy język, często okrągłe i poetycznie brzmiące zdania. „Stęskniony powrócił”, „konie, jakby przeczuwając grożące niebezpieczeństwo, pędziły co tchu”, „życiodajna roślina”, „po raz pierwszy poznał groźną potęgę olbrzymich gór, wobec których poczuł się mały i słaby”… Ale mnie i tak najbardziej interesują zdjęcia. Jest ich oczywiście za dużo, są fatalnie wydrukowane [nie trzeba pobrązowiać zdjęć z XIX wieku, żeby wyglądały na stare, serio], są kuriozalnie czasem podpisane. Ale one są zjawiskowe i wygrywają wszystko. WSZYSTKO!
Leon Barszczewski podczas swoich podróży w okolice Samarkandy zawsze zabierał aparat. W mieście też fotografował. Szczegółów tych czynności nie znamy. Gdzieś tam przewija się, że zdjęcia na szkle, a raz, gdy ruszał na wyprawę z profesorem Lipskim, wzięli ze sobą także kieszonkowy aparat. „Pod jego [przewodnika wyprawy] opiekę oddano dwa aparaty fotograficzne ekspedycji: ten przekazany przez Towarzystwo Geograficzne i prywatny Barszczewskiego z kliszami o wymiarach 18x24 centymetry”. I jeszcze warty uwagi przypis: „Władimir Lipski na tę wyprawę zaopatrzył się w 12 tuzinów szklanych negatywów firmy Ilford, błony fotograficzne firmy Secco-film oraz kieszonkowy aparat Pocket Kodak.” [s. 193] I to tyle na temat techniki i robieniu zdjęć  w całej książce. Jest czasem o tym, że ktoś nie chce być fotografowany itd. Ale nawet w „suplemencie” – czyli zbiorze 24 zdjęć opisywanych przez Barszczewskiego na potrzeby druku w prasie – nie ma mowy o tym jak zdjęcia powstały, przy jakim i czego użyciu.
Wspomniana wyprawa miała miejsce od maja do sierpnia 1896 roku. Lipski zaopatrzył się na nią w nowinkę techniczną – poczet Kodak wprowadzony do użytku w lipcu 1895 roku. Barszczewski fotografował chyba od samego przyjazdu do Samarkandy w 1876. Na czym? Nie wiemy. Czy zmieniał technikę? Raczej musiał. A przynajmniej materiały.

Podpisy zdjęć są co najmniej dziwne. Część w cudzysłowach, a zatem cytaty. Lecz kto je opisał? Pozostałe bardzo lakonicznie. Żadnej próby datacji. A to dwadzieścia lat robienia zdjęć. Wykonano natomiast próbę dopasowania przynajmniej kilku ujęć do nazw wspomnianych w tekście.
Ale wygrywają wszystko. A zatem spójrzmy. Większość zdjęć to krajobrazy i układy grupowe. Pojawiają się portrety. Wszystkie wspaniale zamyślone i zapatrzone gdzieś twarze. Bywa, że Barszczewski pojawia się w kadrze. Kto robił zdjęcia? Może przewodnik Barszczewskiego – Jakub? Ponoć po kilkunastu latach towarzyszenia wyrobił się. Wracamy do obrazów. Niektóre zdjęcia idealnie ostre. Inne – zdradzają dłuższy czas naświetlania, kiedy widać nie wszyscy pozujący zrozumieli, że mają się nie poruszyć. Najbardziej przykuwają te zdjęcia, gdy za grupą ktoś trzyma tło. Albo kilka osób poruszy się nagle. Albo jak oczy zamknie.
Fascynujące są zdjęcia układane. Z pomysłem. Oto na kładce nad wąwozem, uskokiem. Widać, że droga wiedzie tędy właśnie. I jak się to odbyło? Barszczewski wypatrzył miejsce na aparat? Zbiegł na dół, rozstawiając sprzęt. Czy w trakcie postoju ustawiono scenę? Albo ten kurchan – sam w sobie już ciekawy. Historia jego usypania dwukrotnie pojawiła się w tekście książki, owszem zapadająca w pamięć. Ale zdjęcie! Sam kurhan na zdjęciu trudny byłby do porównania, brakuje punktu odniesienia, skali. Często przecież wstawiano w kadr człowieka, żeby tę skalę łatwo było i momentalnie uchwycić. Ale tutaj nie, nie, że człowiek w kadrze. Jeźdźcy, jeden za drugim, nienaturalnie blisko, pozujący w profilu.

Zdarzają się też wyjątkowe kadry. Tak jak ta grupa stojąca tyłem. Jakby złapane w ruchu, niechcący zdjęcie. Tych "niepozowanych" jest zaledwie kilka. Tak samo jak zdjęć kobiet. W tekście jest kilka opowieści jak Barszczewski próbował poznać kulturę, uszanować panujące zasady. Ale też jak próbował czasem zdjęcia twarzy kobiet zrobić.


Są wreszcie ujęcia rodziny, te siłą rzeczy mniej przykuwają wzrok. Bo tak zwykle wyglądają w porównaniu z tym "utraconym" i egzotycznym światem. Chyba, że taki piknik, w samym centrum Samarkandy. Kocyk niczym na trawce zielonej. 
Zastanawiające są autoportrety Barszczewskiego. Część z nich - klasycznie - ja na wycieczce. Podróżnik w niesamowitych okolicznościach przyrody. Stoi i podziwia, siedzi w grupie tubylców, płucze złoto, itd. Zaplanowany i ustawiony.

 

Barszczewski wielkim fotografem był. To nie podlega dyskusji. Znakomite kadry, wyszukane, z pomysłem. Nie idzie tylko o odkrycie obcego świata. Widoki, których nikt wcześniej nie zdjął. Owszem, pionier, odkrywca, wielki podróżnik. W książce postawiono na wspominanie jego wędrówek, gdzie fotografia tylko ułatwia nam poczucie w tym obcym świecie. Po lekturze suplementu - gdzie sam Barszczewski dodaje historii do zdjęć, można łatwo określić jaką rolę pełniły dla niego te obrazy. Poświadczał swoje opowieści, dokumentował podróże. Ale w zdjęciach jest coś więcej jeszcze. Jest owa umiejętność i oko. Jest zabawa i wirtuozeria. Tak charakterystyczna dla amatora pasja, możliwość uwiedzenia widza obrazem, konceptem.



Dlatego lepiej pominąć utyskiwania z pierwszych stron książki. Że taki niedoceniony, nieodkryty sam, nie przyznano mu miejsca należnego. Sam autor mówi o wieloletnich próbach przywracania pamięci o podróżniku i jego dorobku. Ponad 70 wystaw w ostatniej dekadzie i popularyzowanie jego zdjęć na pudełkach zapałek i opakowaniach krówek. Tak. Serio. Aż zacytuję: "jego zdjęcia reprodukowałem na kalendarzykach listkowych, pocztówkach, opakowaniach zapałczanych, żetonach, a nawet na opakowaniach krówek. Mam nadzieję, iż dzięki tym wszystkim różnorodnym działaniom udało się odkryć Leona Barszczewskiego dla współczesnego świata". [s.9].
Nie chciałabym podcinać skrzydeł spadkobiercy i obcesowo mówić: nie tędy droga. Ale tak długo jak nie zdecyduje się prawnuk na to, którą konkretnie działalność pradziadka promować, to się chyba na poważnie nie uda. Zdjęcia wygrały dla mnie wszystkie niedoskonałości opracowania, bo zdjęcia są porywające. Nawet tak wydrukowane, nawet tak nieopisane, powtarzane i kadrowane bez głowy (raz pion, raz poziom,itd). Nie powinny być na krówkach ani innych gadżetach. Wyobrażam sobie, że mamy tu własnego Fentona (tylko bez wojny w tle), swojego kolejnego Michała Greima, tylko fotografującego daleko dalej, amatorską wersję Bronisława Malinowskiego - amatorską antropologicznie, ale zdecydowanie lepszego fotografa. I tak dalej można wymieniać.
Może trzeba Barszczewskiego pokazać wśród odkrywanych fotografów końca XIX wieku i pierwszych dekad XX? Chciałabym wpatrzeć się w te zdjęcia, te twarze i gesty. Zobaczyć to dobrze wydrukowane w książce czy na wystawie. Ale bez udawania, że to ma funkcjonować jak w wtedy, gdy robił te ujęcia. Bo kiedy je robił, to pokazywał najbliższym, raz pokazał na dużej wystawie w Warszawie, kilka razy w prasie. Etnograficznie i krajobrazowo. A tu trzeba fotograficznie, żeby sam obraz nas uwiódł. Poczekam, będę wypatrywać.

więcej:
Leon Barszczewski w National Geographic
o jednej z wystaw Barszczewskiego: Muzeum Tatrzańskie


czwartek, 1 grudnia 2016

Paris Photo 20ty raz




Paris Photo – czyli najważniejsze targi fotograficzne na świecie odbyły się właśnie po raz 20ty. Właściwie nie było ani huczniej, ani więcej. Nic nie wskazywało na jakąś specjalną edycję. Co roku coś się tam zmienia, ale żeby zaraz wielki jubileusz?

20ta edycja targów to 153 galerie i 30 wydawców. Do tego, jak co roku ekspozycja nagrody Paris Photo-Aperture Foundation Photobook Awards, a także prezentacje partnerów: JP Morgan, BMW,  Leica, Huawei. Plus, i to warte odnotowania – drugie piętro oddane Centre Pompidou oraz artystom na solowe prezentacje. Relacje z targów to zwykle wylistowanie największych cen i wskazanie najciekawszych prac [zależnie od relacjonującego]. Bywa też obecny akcent narodowy, czyli podkreślenie udziału artystów z danego kraju. Kolekcjonerzy raczej tam jednak byli i ceny widzieli sami, o tym, co najciekawsze moglibyśmy długo się spierać, a wynajdywanie polskich akcentów nigdy nie było jakoś moją domeną. Poprzestanę na relacji oczywiście osobistej, opartej na zdziwieniach, a tych sporo. 

 Zofia Kulik 

Najmilszym zaskoczeniem było obejrzenie jednego z fotodywanów Zofii Kulik na piętrze pałacu w przestrzeni Galerii Żak & Branicka. Monumentalne dzieło, idealnie tam pasowało. Obok za ścianą wystawa najciekawszych nabytków do kolekcji Centre Pompidou z ostatnich 10 lat, „The Pencil of Culture” [wystawę przygotowali: Clément Chéroux & Karolina Ziębińska-Lewandowska]. Niełatwa do złożenia w całość sprawa, wielkie nazwiska artystów. A na okładce katalogu zdjęcie Anety Grzeszykowskiej [projektowała Kasia Kubicka]. Sporo akcentów polskich, na które wcale miałam nie zwracać uwagi. To jeszcze tylko jeden drobiazg z tego piętra, na dokładkę i deser zarazem, przyklejony i dodany rzutem na taśmę: Tomasz Gudzowaty. Za przestrzenią oddaną artystom, w drodze do VIP Lounge, po minięciu przemiłej obsługi, w wąskim korytarzu, między wejściami na lewo i prawo zawisło dosłownie kilka prac Gudzowatego. Nawet nie było jak odejść, żeby się w nie napatrzeć. A, zmieściły się też dwie książki, wydane przez Steidl włożone w ciężkie ramy. Tak, zamknięte książki, wiszące w ramie na ścianie, za szkłem. No co w tym dziwnego?! Wystawka.
Z przemiłych zadziwień to jeszcze Lartigue w kolorze!!!! A Egglestone z żarówką nie na czerwonym, oczywiście tle, tylko ciemnym niebieskim!
William Egglestone

Jacques Henri Lartigue

Najważniejsza alejka na Paris Photo, to te ogromne przestrzenie na samym środku. Zawsze tutaj znajdują się największe galerie, do których nim się wejdzie sprawdza się stan garderoby, poprawia włosy, nie będąc do końca przekonanym czy aby można wejść. Tym razem na wejściu uplasowała się galeria z Azji a ściany wyłożyła ugniecioną folią aluminiową, ok… Obok jednak, też na samym wejściu galeria z pracami Sally Mann. Pięknie, pięknie, dopóki słońce nie wyszło. Cóż to musiało być za zdziwienie dla galerzystów gdy sufit Grand Palais okazał się być przeszklony całkiem, a słońce okazało się operować jak w pogodny listopadowy dzień?! Prace Mann przygrzane i przypieczone słońcem zaczęły się pocić i to dość widocznie, na każdej pracy sporo kropel pod szkłem. Zostały zdjęte do cienia, a galerzyści z rozłożonymi rękami z bezsilności witali przechodzących. Trochę śmiesznie, a trochę strasznie. Bo jeśli na tych targach (żeby się tam dostać z galerią trzeba przejść sito i mnóstwo zapłacić), w środkowej alejce (czyli zapłacić wielokrotność mnóstwa) zdarzają się takie rzeczy, to chyba coś jest nie w porządku. Może to wszystko efekt kryzysu? Zeszłorocznego zamknięcia targów w połowie ich trwania? Stąd ponoć brak imprezy Los Angeles Paris Photo. Może i stąd wiele najważniejszych galerii zamiast w głównej alei Grand Palais, tym razem pokornie znalazły miejsca losowe w głębi pałacu?

 
prace Sally Mann

Ogromnym zdziwieniem było odnalezienie klasycznej już, znakomitej pracy Edwarda Ruscha "Every Building on the Sunset Strip". Książka, w oryginale robi niebywałe wrażenie. Napisano o niej mnóstwo, wielu naśladowało. Ostatnio zasłyszałam z tak zwanych świeżych i modnych porównań - taki googlestreetview tylko pół wieku temu i w postaci książki. Zdziwienie nie dotyczyło oryginału, lecz remake'u!Jedna z wersji "Hollywood Boulevard" wtedy i dziś. I dwie wersje - czarnobiała, oryginalna i obok kolorowa, współczesna. Pierwsze co pomyślałam, przyznaję, słaby żart pokazywać to razem, tak na ścianie. Kilka lat temu wydawnictwo STEIDL przygotowało wraz z artystą jedną z wersji, nową książkę, po kilkudziesięciu latach Ruscha wrócił do pracy nad publikacją. Jeszcze książka...Ale już książka w wersji kolekcjonerskiej, specjalnej, a jeszcze ściana? Cóż, to zasłyszane porównanie nagle zaczęło bardziej znaczyć i zastanawiać nad celem. Takie przypomnienie, że mistrz żyje? 
Ed Ruscha


Aż przypomniał mi się drobny żart, mem, viral, niedawno podgrzewał łącza. Ktoś położył okulary na podłodze w galerii, pamiętacie? Takie obrazowe nieporozumienie co można w galerii trafić i jak powinno się reagować. Na Paris Photo nie dziwią, chyba faux pas jeśli by dziwiły - porwane odbitki, przestrzelone prace i stojące na podłodze zdjęcia. Całe targi przesiąknięte intencjonalnością. Przestrzelone zdjęcia - owszem, widać dziury jak na tarczy strzelniczej, "wydają się" być zamierzone. Porwane baryty, po 35000 euro za sztukę, chyba też intencjonalne - choć już trudniejsze do pojęcia, objęcia, zrozumienia. Zdjęcie na podłodze, nawet było ich wiele. Niektóre nie mieściły się na ścianach. Niektóre - jak to tutaj, zdaje się, że zakrywał telefony w ładowaniu ;) Intencjonalnie również. Przecież. [na dokumentacji samej galerii - jakoś nie ma śladu po tej intencjonalności, well]  
  Jurgen Teller

To, co jednak najbardziej rzuciło mi się w oczy podczas tegorocznej edycji, to ramy. Serio, znaczy były świetne zdjęcia, tu i ówdzie. Wszystko grało, czasem. Ale wiele zdziwień dotyczyło ram. Z tak zwanym grande finale i opadem rąk, gdy jednak znalazłam antyramy na Paris Photo! Po kolei jednak. Mam nieodparte wrażenie, że część tych zabiegów z ramą było tylko by zwrócić uwagę. Nie jest to naganny cel przecież, targi, tysiące zdjęć do obejrzenia w krótkim czasie. Warto się wybić, zaznaczyć?!
Alexander Gronsky



Douglas Lance Gibson

Były z tych ciekawszych ramy dzielące obrazy (serio, nie dotarłam do znaczenia), zaciekawiające kształtami, formami, kolorami i materiałami (metal nawet często spotykany, ale kamień?!). Obraz czasem "wychodził" na ramę, innym razem opis został zawarty w ramie. Mniej lub bardziej trafione oprawy. Czasem rama tworzyła dodatkowe znaczenie, przechodziła w drugą, mieszały się. 

  
John Copans

Taryn Simon

Susan Derges

Lynne Cohen

Noe Sendas

 Thierry Struvay

Lynne Cohen


Richard T. Walker
Inka & Niklas

I grande finale: antyramy! Czyli - jak nigdy nie oprawiać zdjęć, tu przykład z samej góry, z Paris Photo. No nie wiem, nie wiem...Zostanę przy swoim zdaniu.

Luis Molina-Pantin

Paris Photo to także książki, ale o nich następnym razem. O imprezach towarzyszących też. Już nie będzie tak śmiesznie.