piątek, 15 listopada 2019

Gordon Parks: To Smile in Autumn


Gordon Parks "To Smile in Autumn" to ta książka, którą polecam, żeby ogarnąć Parksa w całości. Bez zdjęć. Same słowa. Ale za to całe życie spisane przez 67-letniego fotografa i filmowca. Całe, od trudnej południowej młodości, przez jeszcze trudniejszy etap dorastania (szczegółowo opisany w "A Choice of Weapons"), przez wszystkie ważniejsze tematy fotograficzne w końcu aż po filmy.

Pierwsze wydanie pochodzi z 1979 roku. Tytuł - uśmiechać się jesienią - upodobany najwidoczniej przez Parksa. Wielka retrospektywa i tytuł katalogu - ilustrowanej autobiografii to "Half past autumn" (o tym później). Kim jest Parks w 1979 roku? Jest już żywą legendą, wszystkie najważniejsze rzeczy w jego życiu się wydarzyły. Rzeczywiście wkracza w jesień i podsumowuje.

Najlepsza z kilku autobiografii napisana przez Parksa, najmocniejsza i najbardziej treściwa. Ciągle jednak, bez zdjęć. Bez TYCH zdjęć, najsłynniejszych, tych, które układają się na całą twórczość. W tej książce nie tylko układa fakty w kolejności. Bo to robi także w innych. Tu nie idzie nawet o całokształt, bo w końcu wspomniany katalog jest bardziej esencjonalny i jeszcze ze zdjęciami. Tutaj Parks pozwala sobie na rozliczenia. Zastanowienie, zatrzymanie i ważenie przez długie chwile konkretnych sytuacji. Zastanawia się nagłos, co mu to dało, czy dobrze się zachował, czy to było właściwie.

Pierwsze wydanie na okładce miało dopisek "fascinating and deeply moving self-portrait", fascynujący i głeboko poruszający autoportret. Jak zwykle nie wierzę tym sloganom z okładki, tak tu nie ma lepszego i bardziej w punkt. Parks w tych rozliczeniach bywa bezlitosny - najpierw dla białej Ameryki, potem dla spotkanych ludzi, w końcu i przede wszystkim - dla siebie. To nie jest zbiór wychwalanek, łasego na poklask początkującego twórcy. O nie! Tutaj te sukcesy obracane są na wszystkie strony. Przywołane rozmowy zmieniają kontekst tego, co dotąd o Parksie powiedzmy, że wiadomo.


Gordon Parks, A Harlem Family, 1967 / dzięki uprzejmośc Fundacji Gordona Parksa / materiały prasowe wystawy "Gordon Parks. Aparat to moja broń."

Przykładem może być reportaż o rodzinie Fontenelle "Rodzina z Harlemu". Czytamy w książce:
"Podczas prywatnego obiadu z dwoma głównymi redaktorami magazynu „Life”, zadano mi pytanie:
- Dlaczego czarni rabują i podpalają i co „Life” może z tym zrobić?
Czułem, że potrafię na to pytanie odpowiedzieć odpowiedź. Byłem w o tyle dobrej sytuacji, że znałem temat z własnego doświadczenia. Cierpiałem nędzę i rozpacz w czarnym getcie, ale zaznałem też luksusu i dobrego życia w świecie białych. Mówiąc w skrócie, wiedziałem, jak żyją ludzie na obu krańcach miasta. Był piątek. Przez weekend przemyślałem sprawę i odpowiedziałem w poniedziałek. „Ubóstwo i rasizm” — tak brzmiała moja odpowiedź redaktorom „Life”.
Zasugerowałem, że spędzę kilka miesięcy z typową ubogą rodziną, żeby pokazać, jak radzą sobie od wschodu do zachodu słońca. Zgodzili się, a ja postanowiłem udać się do Harlemu i znaleźć odpowiednią rodzinę. Postawiłem tylko jeden warunek — poczekam aż lodowaty jastrząb zimy znów zawita nad gettem. /Gordon Parks, To Smile in Autumn, 2009/

Rodzina, która zgodziła się na sfotografowanie, to państwo Fontenelle. Tutaj zdjęcia z serii na stronie Fundacji Gordona Parksa.  Historia została ukończona w 1967 roku i opublikowana w 1968, nawet z okładką! Przyciągnęła wielu czytelników. Parks z resztą już wiedział, przeczuwał, nigdy nagłos nie wyraził tego, ale przecież wiedział, że czytelnicy "Life" zareagują i zareagują pięknie i szybko i skutecznie. w 1961 roku wspólnie uratowali życie chłopca ze slumsów Rio de Janeiro - Flavio. Tam, wtedy, siedem lat wcześniej historia potoczyla się jak ze wspaniałego filmu familijnego. Tu z rodziną Fontenelle, niestety koszmar przerodził się w dramat. Bardzo biedna wielodzietna rodzina z Harlemu. Parks podgląda ich codzienną walkę o przeżycie, zapewnienie środków do życia, ale i kłótnie, i odrabianie lekcji. Jest fotoreporterem i tak właśnie "pomaga" - opowiadając i nagłaśniając tę historię. Pomoc od czytelników (ciągle uważam, że w spodziwewany przez Parksa sposób) przychodzi. Są pieniądze dla rodziny Fontenelle, mogą się przeprowadzić, mają jedzenie i ciepłe ubrania. Pomoc doraźna, finansowy zastrzyk nie zatrzymuje jednak tragicznych bohaterów. Kłótnie, bezrobocie, alkoholizm, to wszystko trwa. Ojciec rodziny pewnego razu załamany kolejnym wyrzuceniem z pracy, po kilku % zasypia z papierosem w dłoni. Tej nocy nie przeżył, a pożar strawił nowe lokum rodziny. Parks i ten gorzki rozdział historii opowiedział. Czuł się z pewnością odpowiedzialny za swoich bohaterów, i nawet gdy materiał "poszedł", został opublikowany, kiedy teoretycznie nie musiał kontaktu utrzymywać, odwiedzał ich sporadycznie. Większość relacji, wspomnień - tu się kończy. W "Voices in the Mirror" Parks przedstawia swoje notatki. A w "To Smile in Autumn" bije się z myślami. Zastanawia się czy ten reportaż był wart tej ceny? Czy przypadkiem nie jest winny całej tej sytuacji? Czy rodzina przetrwałaby, gdyby on i czytelnicy "Life" się nie pojawili na ich drodze? Poruszająca spowiedź ogromnie zaangażowanego i empatycznego fotoreportera.

Do wystawy "Gordon Parks. Aparat to moja broń" (2017, Zachęta-Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa oraz Muzeum Współczesne, Wrocław) wybrałam kilka fragmentów z tej książki, by to słowa fotografa wyjaśniały konkretne serie prac. Poniżej fragmenty wraz z linkami do zdjeć (lub innych informacji). Gdyby kiedyś zacząć tłumaczyć ksiażki Parksa na polski, wnioskuję i agituję, żeby zacząć od "To Smile in Autumn". Must read każdego reportera, fotoreportera, dokumentalisty i każdego czytelnika literatury non-fiction.

Muhammad Ali
Problem był wyraźnie określony od samego początku. Trudno byłoby mi nie zdradzić siebie, pozostać wiernym emocjom, kiedy stanąłem wobec kontrowersyjnego problemu czarnych i białych. Byłem przede wszystkim dziennikarzem, ale stale musiałem pamiętać, że ważniejsza jest wierność własnym przekonaniom. Musiałem też znosić udrękę obiektywizmu i starać się unikać intelektualnych uprzedzeń, jakie subiektywizm może spowodować u reportera. Byłem reporterem i miałem wypełnić swoje zadanie, tak jak tego oczekuje się od reporterów, bez emocjonalnego zaangażowania.


Czarne Pantery
Cleaver zapalił papierosa, skrzyżował nogi i przyjrzał mi się uważnie.
— Chcemy cię w partii Czarnych Panter. Mógłbyś zostać ministrem informacji. Wielu młodych poszłoby za tobą.
Całkowicie nieprzygotowany, przez chwilę nieco skrępowany, przemyślałem propozycję.
— To zaszczyt — powiedziałem w końcu— lecz…
— Potrzebujemy ciebie bardziej niż establishment.
— Jestem reporterem, straciłbym obiektywizm. Są sprawy, które chcę zrelacjonować.
— Bardziej mnie interesują silne młode jednostki, które przyjdą za tobą do partii — mówił dalej tonem bezkompromisowym, nieustępliwym.
— Moje zainteresowanie wykracza poza Czarne Pantery, dotyczy także innych mniejszości i frakcji ruchu czarnych, podobnie pragnących zmian.

The Learning Tree
Carl Mydans, wybitny dziennikarz i fotograf magazynu „Life” był szczerze zainteresowany moim dzieciństwem w Kansas i często zachęcał mnie, żebym o nim opowiadał. Pewnego piątku, kiedy opuszczaliśmy redakcję, powiedział:
— Nosisz w sobie materiał na niezłą powieść. Czemu jej nie napiszesz?
Moja redaktorka Genevieve Young cierpliwie opiekowała się mną na drodze do pierwszego bestselleru. Dzisiaj [2001] The Learning Tree jest nadal na półkach w księgarniach i salach lekcyjnych w całym kraju i czeka na 60 wydanie.
Aktor John Cassavetes zadzwonił do mnie pewnego wieczora z Hollywood.
— Właśnie skończyłem czytać The Learning Tree. Powinno się na jego podstawie nakręcić film, a ty powinieneś go reżyserować.
Zaśmiałem się.
— Dzięki, John, ale wiesz, że w Hollywood nie ma czarnych reżyserów. I obawiam się, że nie będzie.


Kenneth Hyman w prosty sposób opisał stojące przede mną wyzwanie:
— Przypominam sobie tylko dwóch reżyserów, którzy podjęli się podobnego zadania — powiedział — to Orson Welles i Charlie Chaplin.
Po czym obdarzył mnie szelmowskim uśmiechem.
— Ale ty, mój drogi, jesteś nie tylko autorem książki — jesteś też scenarzystą, producentem, reżyserem i kompozytorem muzyki.

Widok z wystawy "Gordon Parks. Aparat to moja broń" Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki, 2017, fot. Marek Krzyżanek

wystawa: zasoby Zachęty
książki Gordona Parksa opisane w miejscu fotografii:
- A Choice of Weapons
- The Learning Tree
- publikacje o życiu Parksa dla dzieci i młodzieży


środa, 13 listopada 2019

Gordon Parks: A Choice of Weapons

Stryker spojrzał na nie następnego dnia. [na zdjęcie Elli Watson American Gothic – przyp. JK].
-          A więc, podoba ci się? – spytałem zaciekawiony.
Uśmiechnął się i potrząsnął głową. „Więc?, nalegałem. “Pracuj dalej z nią. Zobaczmy co się wydarzy”, odpowiedział w końcu. Podążałem za nią prawie przez miesiąc – do jej domu, kościoła, wszędzie dokąd szła. „Uczysz się”, przyznał Stryker, gdy położyłem któregoś wieczoru przed nim zdjęcia. „Widać, że umiesz się zaangażować. Ta kobieta zrobiła ci niesamowitą przysługę. Mam nadzieję, że to rozumiesz.” Tak, rozumiałem. [Gordon Parks, A Choice of Weapons 




“A Choice of Weapons” została opublikowana w 1966 roku. Gdzie był wtedy Parks? Był już od wielu lat „kimś”. Fotografował dla “Vogue” I dla “Life”. Był rozpoznawalny. Jego debiut książkowy – “The learning tree” zdobywał sukcesy.

"Wybór broni” to najważniejsza książka Gordona Parksa. Pierwsza autobiografia. Credo i pamiętnik. To historia, niemalże filmowa (choć żaden film na ten temat nie powstał, jeszcze). Amerykański sen, może nie o pieniądzach i pozycji w społeczeństwie, niemniej z pewnością z południa USA do Waszyngtonu i Nowego Jorku. O tym jak został fotoreporterem. Nie ma nic z tutoriala, podręcznika. Barwnie napisana historia o stawaniu się kimś, mimo przeciwności.

Gordon Parks, American Gothic, 1942, Washington D.C. [Library of Congress / Gordon Parks Foundation]

Dla fanów samej fotograficznej twórczości Parksa jest sama końcówka tej ksiażki. Od rozdziału 17 do 24 (ostatniego). Są tu wszystkie urocze historie o farcie! O pierwszej kliszy, o pierwszych zdjęciach – a zaraz potem pierwszej wystawie. O pierwszej sesji modowej, która nie wyszła jako taka, ale jedno dobre zdjęcie wygrało mu pierwszą stała klientkę.  Wreszcie o zatrudnieniu w Farm Security Administration. Jest także o najsłynniejszym zdjęciu „American Gothic”. O fotografowaniu Elli Watson. Aż do momentu, gdy fotografując czarnoskórych pilotów, dowiaduje się, że nie ma szans polecieć z nimi na front do Europy.
Cała książka to zmaganie się z przeciwnościami i rasizmem. Parks wypunktowuje każdy bezsens ówcześnie działającego prawa – sztuczne podziały i zasady – kiedy nie może usiaść w jednej przestrzeni z kolegami z pracy w czasue lunchu, kiedy mimo pustego autobusu pasażerka nie może usiąść tam, gdzie chce.

Kim jest Parks z tej ksiażki? Kelnerem, stewardem w pociągu, chłopakiem, który odśnieża ulice, bezdomnym, muzykiem pracującym w burdelu i dealerem narkotyków – jak podkreślał – niechcący i bezwiednie. To przede wszystkim jest wyjaśnienie credo samego Parksa – jak walczyć o równość społeczną, jak stać za swoimi przekonaniami bez względu na przeciwności. (Chyba wszystkie jego późniejsze ksiażki są dokładnie o tym samym). Tu jednak jest historia rodzenia się tego bohatera. Najtrudniejszy rok życia zostal drobiazgowo opisany… Czas dorastania wyjątkowo się skrócił i nadszedł niespodziewnaie i zbyt wcześnie. Gdy po śmierci matki, rodzina postanawia odesłać Gordona do starszej siostry mieszkającej w Minneapolis. Nie dość, że musi oswoić się z nowym miejscem, zapisać do szkoły, to natychmiast popada w konflikt ze swoim szwagrem.  Konflikt, który być może udałoby się załagodzić, lecz konflikt fatalny, przy którym żadna strona nie ustąpi. Tu byłby znakomity bohater tragiczny pierwszorzędnej literatury, pamiętamy jednak, że to drobiazgowe rozliczenie z autentycznymi wypadkami. Parks wybiera wolność i stoi za swoją dumą, nawet jeśli oznacza bycie bezdomnym w środku zimy, bezrobotnym nastolatkiem. Tu zaczyna się walka o przeżycie. Powieść sensacyjna. Gorzkie wspomnienia wszystkich pobić, wyrzuceń z pracy, obelg i wymuszonych życiem podróży. Czyta się to fenomenalnie, z wyobrażeniem – jakie miny musieli mieć ci, którzy onegdaj położyli kłody pod nogi Parksowi. Czy wspomnieli, rozpoznali?

Jak się uczył fotografii? Metodą prób i błedów. Nie miał nauczyciela, ale jak się okazuje był lotnym chłopakiem , w dodatku z nieprawdopodobnym fartem! W pociągu, w którym pracował, nocami – po zmianie, miał chwile dla siebie. Korzystał z nich ucząc się. Czytał i oglądał, co tylko się dało. Któregoś razu inny steward zagaił „Uczysz się, żeby zostać pierwszym czarnym prezydentem USA?”. Parks zmarł w 2006 roku. Nie doczekał więc Baracka Obamy na tym stanowisku. Pytanie o prezydenturę było mu sporadycznie zadawane przez całe życie. Zawsze w kpiącej formie.

W tym samym pociągu spotyka któregoś razu pasażera z charakterystyczną torbą magazynu „Life”. Oczywiście rozmawia. Od Roberta Capy słyszy zaproszenie, „przyjedź popracuj z nami w Life”. O „Life” będzie w kolejnej autobiografii. Tu w „A Choice of Weapons” jesteśmy na etapie Farm Security Administration. Spotkanie z Royem Strykerem, szefem fotografów, Parks opowiada bardzo dokładnie. Stryker przenikliwie pytał Parksa o jego cele w fotografii, o czym chce mówić, z czym chce walczyć. Tu gdzieś klaruje się tytuł-credo: aparat to moja broń.

Parks we wszystkich książkach zdaje sobie sprawę z sukcesu, który osiągnął. Opowiada o kulisach i o tym, że nic nie jest za darmo. Jego droga była inna, pełna uporu i dumy. „A Choice of Weapon” jest momentami trudne, przykre, dojmujące, amerykański sen nie dzieje się na pstryknięcie palcami. Walka z rasizmem i bigoterią stała się dla Parksa bardzo wcześnie życiowym celem. W tej autobiografii – w jakby drugim etapie życia – podnosi do oka aparat, jego broń.



[zdjęcia z ekspozycji "Gordon Parks. Aparat to moja broń" Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki, 2017 fot. Marek Krzyżanek]




* Inne wpisy / inne książki:



o wystawie / zasoby Zachęty

sobota, 1 września 2018

Koniec fotografiki! Koniec z fotografikami!



Fotografik – czyli fotograf artysta. Fotografika – czyli fotografia artystyczna. To mówią encyklopedie. Środowisko fotograficzne śmieje się od lat z tych terminów. Kryguje, wycofuje. Mówiąc, że to trochę staroświeckie. Trąci myszką.

Czytasz powieść science-fiction, a tam fotografik. Reportaż z końca świata – i znów fotografik. Przychodzi dziennikarz na wywiad i znów – fotografik. Może już dość? To może być apel do dziennikarzy, tłumaczy, do wszystkich używających języka polskiego. Fotografik nie jest ładniejszym czy bardziej nobilitującym słowem od fotografa. To słowo inne, zakorzenione w historii. Zacznijmy go używać oszczędniej i tylko w odniesieniu do minionej epoki.



Termin fotografika wymyślił Jan Bułhak i użył go po raz pierwszy w 1927 roku. Najpierw nieśmiało funkcjonowało, ale już od roku 1930 zdobyło popularność. Wystawy, odczyty, artykuły. Wreszcie tak nazwano Związek: ZPAF: Związek Polskich Artystów Fotografików.

Po co to słowo? Nie tylko, żeby ułatwić sobie życie – zamiast mówić dłużej o fotografii artystycznej czy fotografie artyście. Nie szło o skrót. Walka była o emancypację! O odróżnienie lepszych od gorszych. O dowartościowanie. Zostawienie w tyle dokumentalistów, reporterów i fotografów zawodowych – rzemieślników. Bo też do słowa fotografik nie miał dostępu każdy.
Odkąd działał ZPAF, (z grubsza) – tylko członkowie mogli używać w tytułach swoich wystaw – że idzie o fotografikę. Ale ZPAF istnieje do dziś, a w jego szeregach znajdują się fotografowie, którzy nieczęsto oburzają się na to określenie.

Wróćmy do Bułhaka. Był piktorialistą. Promował ten kierunek fotografii, to dla piktorializmu powstało to określenie. Piktorialiści polscy, spóźnieni wobec ruchu światowego (czy lepiej powiedzieć, działający znacznie dłużej po końcu tego nurtu na świecie) przetrwali nawet do lat 1960.  A i do dziś się zdarzają. W dużym uproszczeniu mówiąc – piktorialiści próbowali wszelkimi sposobami dogonić malarstwo za pomocą fotografii. I tak między innymi swoje prace tytułowali (jak malarze). Zrywali z możliwościami kopiowania, powielania, otrzymywania wielu identycznych prac fotograficznych – dążąc do unikatu (jak malarstwo). Fotografia, której przyklejono łatę mechanicznej sztuki, nie tworzonej ręką artysty – miała nagle powrócić do tego stwórczego gestu. Piktorialiści sami opracowywali pozytywy, nieczęsto czyniąc z nich w ciemni unikaty – właśnie dodając działania ręcznie. Tworzyli w technikach szlachetnych. Nikomu by na myśl nie przyszło, żeby za piktorialistę wziąć Witkacego (choć przecież wtedy tworzył). I jego – oryginalnie – ominęła definicja fotografika.

Potem sprawy językowo się wymieszały. Dziś nietrudno znaleźć słowo „fotografik” użyte poza oryginalnym kontekstem. Zaczęło być używane jako to lepsze, wyróżniające, dopieszczające. Fotograf to jakby za mało?!

Od lat w środowiskach fotograficznych jest śmiesznie, jak ktoś wyskakuje z tym słowem. Środowisko podskórnie wie, kiedy go użyć. Starszy i zasłużony fotograf, niech jeszcze będzie fotografikiem. Ale już debiutant?! Nie chodzi też o staż wykonywania zdjęć. Nie o doświadczenie, ani zasłużenie się w historii. Nie chodzi o rodzaj wykonywanych fotografii – fotograf działający na potrzeby prasy, przez Bułhaka w życiu by nie został określony piktorialistą – dziś, ujdzie, o ile ma więcej niż 70 lat.

No właśnie, nie! Może już niech nie uchodzi. Już może dość śmiania się pokątnie i poprawiania dziennikarzy, którzy prowadzą wywiady. Nie.

Nie kasujmy tego słowa całkiem. Ono ma uzasadnienie historyczne. Zostawmy je przy piktorialistach. Piktorialista = fotografik. Utalentowany fotograf, utalentowanym fotografem.

Fotografik to nie jest bardziej utalentowany fotograf.

A teraz apel:

Do fotografów:
- Zacznijmy poprawiać – najpierw od swoich stron internetowych i biogramów.
- Poprawiajmy dziennikarzy, którzy uparcie używają tych słów.

Do historyków:
- Zgódźmy się i ustalmy definicję: dodajmy tam kontekst piktorializmu, tradycji ZPAFowskich; zakres używania poprawnie - zakończmy na 1960tych. Dodajmy aspekt technologiczny – używania technik szlachetnych i upodabniania się do malarstwa.
- Rozmawiajmy o tym.

Do dziennikarzy i tłumaczy:
- Nie używajcie słowa „fotografik” poza piktorializmem polskim (bo też to słowo nie ma swoich odpowiedników w innych językach). Zatem tylko do fotografów, którzy starali się upodobnić swoją sztukę fotograficzną do malarstwa w przedziale 1927-1960te.

Do wszystkich miłośników i widzów fotografii:
- Jeszcze raz: fotografik to nie jest bardziej utalentowany fotograf.

Because it’s 2018.

Zostaje jeszcze jeden drobiazg, skoro jesteśmy przy fotografice. Fotogram to nie jest ładniejsze określenie zdjęcia. ;) Ale o tym innym razem.  

czwartek, 3 maja 2018

Gordon Parks: The Learning Tree




Gordon Parks w książkach.




Rok 1963. Pierwsze wydanie „The Learning Tree”. Mamy polski tytuł, pochodzący od filmu – „Drzewo wiadomości”. (Żadna z książek Parksa nie została przetłumaczona na język polski).

Co to był za rok w twórczości Parksa? Był już „kimś”. Od lat pracował dla „Vogue” i dla „Life”. W 1961 roku zrealizował reportaż dla „Life” o biedzie w Rio de Janeiro. Słynny materiał „Flavio” o chorym chłopcu zaowocował prawdziwym cudem. Fotografia zmieniała świat namacalnie. (Sam Parks przy tej okazji wprawia się w filmowanie. Powstaje dokument.) Historia z uratowaniem chłopca musiała też przynieść Parksowi rozpoznawalność. Ameryka żyła losami przychodzenia do zdrowia chłopca z 3go świata, siłą rzeczy także i jego opiekuna i wybawcy.
W 1963 roku zaczyna fotografować czarnoskórych muzułmanów. Jakoś wtedy poznaje Malcolma X. Wtedy też rozmawia z Elijah Muhammadem. Ten składa mu propozycję nakręcenia materiału dokumentalnego, właściwie reklamowego. Parks robi po swojemu – wybiera rzetelny fotoreportaż.
„A Choice of Weapons” – autobiografia, najsłynniejsza książka Parksa wyjdzie dopiero za dwa lata (Źródła podają 1965 i 1966). Najsłynniejsza - to zresztą trudne określenie. Bestseller jakim była powieść „The Learning Tree” trafił na ekrany jako film, miał kilkadziesiąt wznowień, szybko stał się klasyką. Można tę książkę było czytać, pewnie jak większość czytelników zrobiła – bez utożsamiania głównego bohatera z autorem. Ot historia jakich wiele. „A Choice of Weapons” to najważniejszy portret już samego Parksa. Nie sposób jej czytać, bez świadomości, że mowa o fotografie.



Wróćmy do „The Learning Tree”. Nad powieścią pracuje ze swoją przyszłą żoną Genevieve Young. Także i z tego powodu to wielki przełom dla Parksa. A potem książka staje się filmem. Parks jest autorem scenariusza, reżyserem, fotosistą (oczywiście), ale także kompozytorem muzyki i w końcu producentem. Brzmi jak amerykański sen. Dziś mało kto pamięta pierwszy film Parksa. Rozpoznawalny jest z „Shaft’a”. Ale przypis historyczny zostaje: pierwszy czarnoskóry reżyser w Hollywood. Gordon Parks. Rok 1969. Starania by film nakręcić, zaczęły się jeszcze w roku wydania książki. 

Gordon Parks w trakcie prac nad filmem. 1968 

Carl Mydans, wybitny dziennikarz i fotograf magazynu „Life” był szczerze zainteresowany moim dzieciństwem w Kansas i często zachęcał mnie, żebym o nim
opowiadał. Pewnego piątku, kiedy opuszczaliśmy redakcję, powiedział:
— Nosisz w sobie materiał na niezłą powieść. Czemu jej nie napiszesz?
Moja redaktorka Genevieve Young cierpliwie opiekowała się mną na drodze do pierwszego bestselleru. Dzisiaj [2001] The Learning Tree jest nadal na półkach
w księgarniach i salach lekcyjnych w całym kraju i czeka na 60 wydanie.
Aktor John Cassavetes zadzwonił do mnie pewnego wieczora z Hollywood.
— Właśnie skończyłem czytać The Learning Tree.
Powinno się na jego podstawie nakręcić film, a ty powinieneś go reżyserować.
Zaśmiałem się.
— Dzięki, John, ale wiesz, że w Hollywood nie ma czarnych reżyserów. I obawiam się, że nie będzie.
 Gordon Parks, Half Past Autumn. A Retrospective, 2001

Kenneth Hyman w prosty sposób opisał stojące przede mną wyzwanie:
— Przypominam sobie tylko dwóch reżyserów, którzy podjęli się podobnego zadania - powiedział — to Orson Welles i Charlie Chaplin.
Po czym obdarzył mnie szelmowskim uśmiechem.
— Ale ty, mój drogi, jesteś nie tylko autorem książki - jesteś też scenarzystą, producentem, reżyserem i kompozytorem muzyki.
 Gordon Parks, To Smile in Autumn, 2009


“The Learning Tree” czyta się trudno. Pierwsze strony to istna męka. Przedarcie się i przyzwyczajenie do języka południowców z lat 20tych XX wieku zajmuje trochę czasu. A potem już się toczy akcja. Bez słabych momentów. Sensacyjna powieść. O odwiecznych problemach – o dorastaniu, rodzinie, lojalności i miłości. Walka dobra ze złem, trudna droga sprawiedliwości. I realia małego miasteczka w stanie Kansas. Rasizm i przemoc. A poza tym wspaniała sceneria przyrody. Rzeczywiście idealny materiał na film.

„The characters in this novel are fictional. Any resemblance to persons living or dead is coincidential.” Wzmianka obowiązkowa: wszystkie postacie w powieści są fikcyjne. Podobieństwo do jakiejkolwiek osoby, żywej czy zmarłej, jest przypadkowe. Oczywiście. A jednak….to powieść autobiograficzna. Większość zdarzeń, tych najmocniejszych zdarzeń w powieści zdarzyła się naprawdę. Może w innej konfiguracji.


Główny bohater Newt (zdrobnienie od Newton) Winger wchodzi w dorosłość. Parks mając kilkanaście lat razem z kolegami, na polecenie (i za zapłatą) szeryfa wyławia ciało z rzeki. To brutalne wchodzenie w dorosłość opisane w powieści to w większości zdarzenia autentyczne. Trudno jednak bezspornie zero-jedynkowo podzielić wydarzenia na realne i fikcyjne. Wielkość rodziny się nie zgadza, bo Parks był piętnastym dzieckiem. W książce jest ich dużo mniej.

Są jednak dwa ważne momenty, bezspornie autobiograficzne. Parks wspominał także w innych okolicznościach sceny, które zawarł w powieści.
Pierwszy dotyczył odchodzenia jego matki. Moment, który oczywiście głęboko przeżył jako nastolatek. Moment, który bardzo zmienił życie Parksa: po śmierci matki, został odesłany na północ do siostry i jej męża. W kilka miesięcy później – Parks stał się samodzielny, w tym także bezdomny, bezrobotny. Co się zdarzy z Newtem dalej, nie wiemy. (Parks opisze to w kolejnej książce, już jawnie biograficznej „A Choice of Weapons”). Moment zaś odejścia matki, opisany i sfilmowany został wiernie z pamięci. Newt, czyli Gordon, spał na podłodze w sypialni matki, obok jej stygnącego ciała, tej nocy gdy zmarła. W trakcie kręcenia filmu, Parks instruował aktora, odpowiadał na pytania, przywoływał wspomnienia i motywy.

O ile pierwszy z tych „historycznych” momentów jest bardzo osobisty, wiele mówiący o Gordonie, jego ukształtowaniu i relacji z matką, o tyle drugi jest już „historyczny” i uniwersalny. Jest też tym czymś, co raz opisane – wybrzmiało zdecydowanie. To moment gdy Newt/Gordon wezwany zostaje przez swoją nauczycielkę na rozmowę o swojej wizji przyszłości. Gorąco wierząc w swoje szanse odpowiada nauczycielce, że zamierza iść do college’u. Uniwersalność sytuacji, każdy z nas może się tu postawić, ze swoimi marzeniami nastoletnimi, kiedy wszystko było możliwe i można było sobie „wybierać” opcje. Nauczycielka studzi zapał młodzieńca. Wybucha rasistowską mową. Wybór college’u przez czarnoskórego chłopca, będzie trwonieniem czasu i pieniędzy, brakiem szacunku dla rodziców ale i dla kraju. Wszak college są nie dla „nich”. „oni” mają „swoje” prace i „swoje” ograniczone możliwości. Muszą znać swoje miejsce. To mówi nauczycielka nastolatkowi.
Uniwersalność sceny zderza się z pozbawieniem złudzeń, zaściankowością, bigoterią i realnym rasizmem. I wzburza. Scena ta okazuje się kluczową – zarówno w książce jak i w filmie. Obok opisana jest przemoc, w tym morderstwo, dorastanie w strachu i agresji, biedzie itd. „Trudne dzieciństwo”. Ale to słowa nauczycielki determinują Parksa w dalszym życiu. Nieraz je wspominał.
W filmie dokumentalnym „Half Past Autumn”, Parks opowiada tę historię w żywy i – jak to on – chwytający za serce sposób. Z uśmiechem. Wspomina, że będzie akurat wracał w rodzinne strony. Chciałby spotkać tę nauczycielkę, może przyjdzie, może jeszcze żyje, może zobaczy go – tego nastolatka, który nie miał prawa według niej marzyć o wyższej edukacji – jak odbiera prezydencki medal na Uniwersytecie stanowym za specjalne osiągnięcia. Faktycznie, do college’u Parks nie dotarł. Był zajęty zarabianiem na życie. Edukacji jako takiej nie uzupełnił. Ale miał (tu źródła się mylą…) między 20 a 40 doktoratów honoris causa.     


Gordon Parks, Bez tytułu, Shady Grove, Alabama, 1956 © Dzięki uprzejmości The Gordon Parks Foundation
Zostaje jeszcze jeden drobiazg związany z powieścią/filmem. Fotografia. Zdjęcia powstałe na planie i w okolicy ukazały się w magazynie „Life”, weszły do ouvre Parksa. Stanowią też osobny zestaw zdjęć, to nie jest reportaż z planu. Fotosy. Coś obok. Jest jednak kilka zastanawiających zdjęć. W tym to, które wybrałam do wystawy w Zachęcie. Zwykła, ciepła scena. Rok 1956. Dużo wcześniej przed filmem. Parks realizował wówczas materiał o segregacji na Południu. Potem, jak deja vu, flashback, uporczywe wspomnienie, obraz powraca w filmie. Wszystko jest niemal identyczne. Ale w filmie chłopcy nie mają koszul. Zdjęciach są jakby „szkicami” do filmu, albo fotograficzną ilustracją książki. 
"Life" publikuje materiał Parksa. tutaj całość (od strony 72) 16 sierpnia 1963 roku. Przecieram ze zdumienia oczy. Byłam przekonana i pewna, że powstały jako fotosy. Przy filmie, z aktorami. Na boku. Takie autentyczne. Przecież te sceny ożywają zaraz. Wydają się wyreżyserowane, ustawione, wykreowane. Bardzo osobne, bo inne niż reszta dokonań Parksa. Ale nie, powstały przed wydaniem książki. Powstały i zostały opublikowane w "Life". To nagle jest fotoreportaż. Tekstem są fragmenty przygotowywanej powieści. Fotoreportaż. Ilustracje do tekstu.  Po prostu, w 1968, kiedy film powstawał - odtworzono sceny ze zdjęć. Niewiarygodne! 

Miłej lektury 
Miłego oglądania filmu - na przykład tutaj... 



środa, 18 kwietnia 2018

Gordon Parks w książkach



Minął rok od otwarcia pierwszej wystawy zdjęć Gordona Parksa w Polsce: "Gordon Parks. Aparat to moja broń". Pytania o jego książki pojawiały się jeszcze przed wernisażem. Jak dla mnie #dzienbezparksadniemstraconym więc zawsze jest dobry moment, żeby zajrzeć do książek jego albo o nim. Od czego zacząć czytać, gdzie oglądać, które dotknąć... spróbuję odpowiedzieć w kilku częściach. Zaczniemy od najmłodszych czytelników. Książki dla dzieci.
Aha, tak dla ścisłości, nie ma nic po polsku. Do wrocławskiej odsłony wystawy Muzeum Współczesne wydało katalożek, bardziej o filmach i ze skrótem biografii. [biografia tutaj]


Carole Boston Weatherford, Gordon Parks. How the Photographer Captured Black and White America, wyd. Albert Whitman & Company, Chicago 2015


Książka dla dzieci, 4-8 lat. To klasyczna ilustrowana książka dla dzieci. Są tylko cztery zdjęcia, które wykonał Parks, w końcowej części – strickte biograficznej. W ilustrowanej przez Jamey Christoph’a części fotografie Parksa są „prze-rysowane”. 
Jest to historia o potędze fotoreportażu, marzeniach i motywacji konkretnego człowieka. O odmienianiu świata za pomocą zdjęć. O jednej sesji, czy jednym temacie, właściwie to historia o jednym zdjęciu – Elli Watson, sprzątaczki z budynku FSA. 
To także opowieść o roli fotografa, no i oczywiście o samym Gordonie i jego „walce”. Świetny bohater książki dla dzieci!









Ann Parr, Gordon Parks, No Excuses, wyd. Pelican Publishing Company, Gretna 2006


Książka dla dzieci, 8-11 lat. Z serii “Juvenile nonfiction”. Prezentuje życie Parksa w prosty i „prasowy” sposób. Najważniejsze zdjęcia są podpisane – fragmentami innych wypowiedzi, cytatami. To pierwsza ksiażka Ann Parr, która natknęła się na artykuł o Parksie w lokalnej prasie. Odkryła, że, tak jak ona, Parks pochodzi z Kansas. „No excuses” odnosi się do słów Mamy Parks – „To, co może robić biały chłopak, możesz także ty – bez wymówek.”

To także opowieść o potędze fotoreportażu. Bardziej o roli fotografa, o publikowaniu i o historiach stojących za zdjęciami. Ale „ilustracje” to przede wszystkim zdjęcia. Ułożone w sposób umożliwiający opowieść o życiu fotografa. Oprócz zdjęć Parksa, są fotografie z jego archiwum. Jest też kilka ilustracji, które uzupełniają brakujące zdjęciowo – narracje. Jak choćby scena, niezarejestrowana na zdjęciu, rozmowy Parksa z Wilsonem Hicksem z „Life”. To pozycja dla przyszłych fotografów. 






poniedziałek, 16 października 2017

"Cień fotografa" położony cieniem tłumacza...




Helmut Lethen, Cień fotografa. Obrazy i ich rzeczywistość, wyd. Universitas, Kraków 2016

dla kogo: dla zainteresowanych fotografią, ale w ujęciu głęboko teoretycznym, lubiących gdybać i się zastanawiać; na pewno dla tych, którzy już przeczytali pisma Rolanda Barthesa.

co: to 6 esejów, a właściwie 17 w sześciu "jakby rozdziałach"; bardzo trudno znaleźć jedno hasło wywoławcze na tyle precyzyjne, by powiedzieć - o czym to jest; jest o sztukach wizualnych, Marinie Abramovic, jest o odcisku - rzeźbie Bruce'a Naumana. Jest i o fotografiach, krytyce Barthesa. Jest "zachęcająco" z okładki - mowa o zdjęciach Roberta Capy. Jest trochę o tym, co stoi za obrazem, jest trochę o podwójności obrazu i trochę o odbiorze obrazów. Niejednoznacznie, wielowątkowo, ale nie wyczerpująco. Jest trudno.

Całość ma charakter wysoce erudycyjny, to raczej nie będzie miła lektura do poduszki. Jest to z jednej strony bardzo naukowe dzieło, z rozbudowaną bibliografią, dociekaniami, a z drugiej, czasem mam wrażenie czytania dość lekkich obserwacji natury raczej codziennej.

Nie zamierzam recenzować jakoś wnikliwie. Warto na pewno poczytać. Doczytać o historiach luźno powiązanych z historią fotografii, jakby pobocznie. Szczególnie interesujący jest fragment "Groza w trumnie Królewny Śnieżki". Prawodopodobnie to ważny rozdział dla historyków niemieckich, rozprawia się bowiem Lethen z wystawami na temat zbrodni nazistowskich i odpowiedzialności lub nie w niej ogólnie ujmując - narodu niemieckiego. Zdjęcie, które finalnie jest przywołane, spostrzeżone przez autora w dokumentach prezentowanych na wystawie "Zbrodnie Wehrmachtu" - opowiada tę wielowątkową historię. Co innego widać, co innego wyobraża sobie widz, co innego jest w podpisie. Całą książka jest z grubsza bliżej lub dalej takich sytuacji. Tu jednak - zdjęcie kobiety z chustką na głowie, stojącej po kolana w wodzie - jest chyba najbliżej owej podwójności. Zdjęcia z wakacji nie pokazywano by na takiej wystawie... Łatwo się domyślić, że idzie o inny temat.



Książka erudycyjna, interesująca, dociekająca, autor uhonorowany. Wszystko pięknie. Tu zrobię dłuższą pauzę.
Bo mamy tu kłopot z tłumaczeniem. Czyta się miło, już się wkręca w te dywagacje szalenie naukowe, aż wtem i nagle i znienacka. Zostawiam większe fragmenty, bo  od razu uwydatni się niezwykle kwiecisty język...:

"Capa nie widział, jaki los spotkał odbitki w londyńskim laboratorium." / s.111 - chodzi o słynne przyspieszenie procesu suszenia negatywów Capy w Londynie, podkręcenie piecyka, co skutkowało nieodwracalnym zniszczeniem - negatywów właśnie. gdyby ten los spotkał odbitki, nie byłoby żadnego tematu. niestety "ten" los spotkał negatywy, ergo nie można było odratować zdjęć. zniszczenie odbitki, przy zachowanym negatywie...ah, chyba wszyscy byśmy sobie tego życzyli, żeby tylko odbitki szlag trafiło wtedy.

"Wędrujące przez różne sposoby postrzegania zdjęcie Capy zaczyna wibrować. Powstaje, wchodzi w obieg: uzależnione od nastawienia czasu naświetlania, nacisku kciuka na wyzwalacz, padanie światła..." / s.120 Aż sobie próbowałam wyobrazić Roberta Capę na tej normandzkiej plaży (to jest arcytrudne), więc łatwiejsze zadanie - wyobrazić sobie Capę w warunkach powiedzmy pokojowych jak obraca aparat by kciukiem trafić w wyzwalacz. Jest to możliwe - jeśli podepniemy wężyk... To charakterystyczne działanie dla aparatów ustawionych na statywie, wężyk pozwala nie dotykać aparatu czyli go nie poruszać. Może też kciuk trzymać na spuście w aparacie średnioformatowym, to też mało optymalne. No więc wróćmy na tę plażę... no jakim cudem kciukiem miałby naciskać ten wyzwalacz?

"Przy tym dochodzi tu siłą rzeczy do oddalenia od sytuacji wyjściowej, w której Lange nacisnęła migawkę aparatu, by zatrzymać ślad pojedynczej robotnicy sezonowej w 1936 roku". / s.125 Tego sobie kompletnie wyobrazić nie umiem, by ktokolwiek, nie tylko Dorothea Lange tu fotografująca "Matkę migrującą" miała wciskać migawkę. Naciska się spust migawki. Ah.

"rolny urząd opieki społecznej" / s. 129 - to jest FSA najwyraźniej... Farm Security Administration to problem w tłumaczeniu. Nie było w Polsce nigdy podobnego odpowiednika. Różne były wersje tłumaczenia, najczęściej jednak się pozostawia nazwę oryginalną. Co też zrobiono i w tej publikacji, kawałek dalej. To rozwinięcie miało być chyba takim określeniem bliskoznacznym, no kuriozalnym niestety.

Myślę, że wystarczy. Kwiatków jest więcej. Przeszkadzających i wytrącających z toku myślenia, z podążania za myślą autora. To duży błąd. Książka tłumaczona z języka niemieckiego. Może w tym rzecz? Kciuk nie jest synonimem palca w tym wypadku, ani migawka nie jest synonimem spustu migawki. Tłumaczenie poległo na technicznych wyrażeniach.

Już zupełnie mało ważne, ale jednak załamujące...zabrakło też korekty. Żeby się nazwisko badacza zgadzało z tym w przypisie, no albo w innym przypadku imię do inicjału. Może czepliwość, ale potem być może jakiś student pójdzie do biblioteki szukać książki no i którego autora?

Może nie zniechęciłam do samego końca. Serio kilka ciekawych wątków i rozważań, aż chciałoby się pogłębić pewne tematy.

sobota, 9 września 2017

Tytuł: Takie tam



Tytuł: Takie tam

Hej Krzyś! Co tam? Sorki za list, ale wiesz. Chyba wiesz, mam nadzieję, że wiesz co u nas. Na wszelki wypadek Ci opowiem.
Podjąłeś decyzję. Odszedłeś. Rozwaliłeś system. Zostawiłeś nas ze wszystkim. Wszystkim się wydawało, że już było totalnie OK. Byłeś w Brwinowie, robiłeś tam masę zdjęć. Pisałeś teksty do swojego albumu. Widać było, jak to nakręca pozytywnie. Prowadziłeś warsztaty, rozmawiałeś z ludźmi, uczyłeś. Wcześniej ta wystawa „Niedecydujący moment”. W Starej Galerii ZPAF pobiłeś na zawsze rekord frekwencji na wernisażu. Wtedy, początek 2015, rozmawialiśmy, o wystawie i książce. Byłeś wykończony kolejnym przeglądaniem archiwum, ale efekty uskrzydlały. „Skoro nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa w fotografii, po co mam wydawać teraz album? Bo skoro dojdzie mi jeszcze trochę zdjęć, to może na 50-ciolecie mojej pracy zawodowej. Boże, ludzie tyle nie żyją!” Takie tam, gadanie. Wtedy, kiedy to mówiłeś, potraktowałam to jak przecinek, zebranie myśli przed kolejnym zdaniem. Inaczej to wyglądało po 9 września 2016.
Jeszcze te numery, cyfry, liczby. W pracy licencjackiej mnóstwo liczb i ich symboliki, pomiędzy zdjęciami. Wystawę otwierałeś zawsze trzynastego dnia miesiąca, bo przecież zjechałeś trzynaście wojen. Więc te cyfry, 9.9. Takie Twoje. I biała koszula. I aparat. Potężny obraz. Zrobiłeś ostatnią klatkę. W białej koszuli. Tak Cię poznałam, pewnie inni też. No dobra, była jeszcze ta koszula z zakazem fotografowania. Najczęściej.
Co u nas? Było pożegnanie. Takie na szybko. Kilkadziesiąt zdjęć na 3 dni w galerii. Grzybek złożyła podcast z Twoimi zdjęciami i tekstami. Nie szło wstać od projekcji. Wciskało w krzesło. Nie wiem co bardziej, czy zdjęcia, czy Twój głos, czy przekaz: że bezradność, że beznadzieja. Że zdjęcia nie zmieniły świata. I książka. Teraz wyszła, przed chwilą. Nie na rocznicę, wcześniej. Wreszcie. A pamiętam, że mówiłeś: „Wiadomo, nie napiszę drugiej książki. Album fotograficzny to jeszcze mogę wydać, ale książki już nie napiszę, bo już opisałem te swoje wojny. W związku z tym, chciałem wydusić takiego swojego osobistego maksa, żeby nie poprawiać już tego nigdy więcej, żeby to była skończona historia. I jest skończona.”  
„13 wojen i jedna” była skończona. Skończyło się też to wykańczające tournee po Polsce wtedy, z tymi pytaniami: a jak było w klinice stresu bojowego? Czy się bałeś na wojnie? Ale widać, że nie napisałeś wszystkiego. Tekst kuratorski do swojej wystawy napisałeś sobie sam w trzeciej osobie. Wyjaśniałeś, tłumaczyłeś się. I teraz czytam „Fotografie, które nie zmieniły świata” i znów się tłumaczysz. Że klatkę trzeba zrobić, że zawsze nacisnąć spust migawki. Że nie byłeś hieną ani żadnym sępem. Że przez Twoje zdjęcie opublikowane w gazecie, ktoś posprzątał śmieci z ulicy. Ale że wojny i głód trwają, uchodźcy idą, nie tu, to tam. Twoje fotografie nie zmieniły świata?! Miller!?! Co Ty pieprzysz?! Wiesz ile osób zaczęło fotografować, bo zobaczyło Twój reportaż w „Magazynie” a potem w „Dużym Formacie”? No ja wiem, to nie zawieszenie broni. To kolejny człowiek z aparatem. Ile osób dowiedziało się o tym co fotografowałeś, że istnieje? Ile osób zaczęło czytać, bo zdjęcie nie dawało spokoju? Jakbyś nie wiedział, że się nie czyta komentarzy na forach internetowych.
Pisałeś teksty do zdjęć, myśląc o albumie. Pisałeś i pisałeś. Dodawałeś konteksty. Podrzucałeś te swoje lakoniczne zdania, zabawy słowne. Zero-jedynkowe. Druga pisana książka. Mocna rzecz. Zajebista. Słychać jakbyś to mówił. Nieakademicko. Na medal! Jaką Ty miałeś zawsze jazdę na to „akademickie”. Żeby nie było pod linijkę. Żeby zostało punkowe. Pamiętam jak gadaliśmy o wystawie, że mi się nie podobały ramy, formaty, że z następną wystawą wpraszam się na kuratora i zrobimy dobrze. A Ty swoje, że ma być brudno i chropowato, jak Twoja fotografia. Tak układałeś tę książkę. Rytm jest genialny. Raz bez tchu, pokazujesz syf, jest naprawdę fatalnie. Na następnej stronie żarcik sytuacyjny. Lekko-cieżko, ciężko-kwaśno, i leci opowieść o ludziach. Po prostu, tych których spotkałeś. Okoliczności różne. Zwykłe historie. Ty zawsze znajdowałeś człowieka, w takim tkliwym momencie. Nawet jak uzbrojony, to jakby bezbronny. Zawsze trafiałeś w tę obecność. Zwykłych ludzi. Może merytorycznie to jest historia przez małe „h”. Może i masz rację, że zostali już tylko na Twoich zdjęciach. Że zdjęcia globalnie nie poruszyły. Ale to jest petarda! Te Twoje zdjęcia z 26 lat życia, zewsząd dokąd dotarłeś, i zawsze człowiek. Tkliwy.
Dzięki za tę książkę. Teraz rozumiem więcej. Patrzyłeś tym ludziom w oczy, wtedy kiedy ich spotkałeś. Potem znów patrzyłeś im w oczy po latach, po raz któryś. Pewnie pojawiały się pytania w głowie, jak do dawno niewidzianych znajomych: jak tam u ciebie, żyjesz? Jest OK? Widzisz się z kimś chwilę, czasem dłużej. Robisz zdjęcie. Odchodzisz. Ale masz to zdjęcie. I masz ich oczy.
Teraz rozumiem więcej. Przecież nie siada się z drugim człowiekiem i nagle nie zaczyna rozmowy: co to jest heroizm, co to jest etyka, co się przeżywa tu i tam. Nie mówiłeś z czym wracasz. Napisałeś to raz. Napisałeś to drugi raz. I postawiłeś bardzo dużą kropkę. Zakończyłeś dyskusję.
Książka by Ci się spodobała. Najważniejsze, że jest, wiadomo. Są Twoje teksty. Narracja zasuwa, jak chciałeś. No i jest nieakademicko wydrukowana i złożona. Ja bym powiedziała, że spieprzone są czernie, wyszły rastry. To nie jest ten brud „millerowy”, partyzantka i punkrockowe historie, tylko błędy i niedopatrzenia, tych co powinni się znać, bo Ty nie musisz.
Za chwilę znów Twoja wystawa. Znów w ZPAFie. Ta sama galeria. Tytuł, jak z książki. Potem pewnie znów wystawy, spotkania, promocje książki. Znowu jeździsz. Nie ma pytań z sali. Nam to jest potrzebne, rozumiesz, te wspominania, komemoracje, rocznice, przypomnienia. Wtedy w kościele, kiedy Cię żegnaliśmy, było takie dziwne uczucie, że zaraz, chwila, Krzyś się spóźnia, zaraz wpadnie, bo jeszcze szluga kończy. Rozwaliłeś system.  



Krzysztof Miller (1962-2016) – fotoreporter. Wielokrotny mistrz Polski seniorów w skokach do wody i z wieży. Od 1989 roku związany z „Gazetą Wyborczą”. Był jurorem konkursu World Press Photo. W 2013 opublikował książkę „13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego”. Właśnie nakładem wydawnictwa Agora ukazała się książka nad którą pracował „Fotografie, które nie zmieniły świata”.




poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Bogdan Łopieński, kolekcjoner klatek

Bogdan Łopieński, Warszawa 1962, Moda, sesja mody na stadionie X-lecia / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Odszedł fotograf. Fotoreporter Bogdan Łopieński. Jeden z największych, a przy tym – mam wrażenie – kompletnie nieznany. Biografia wspaniała, długa. Można tutaj przeczytać. "Kolekcjoner kadrów". 
Jak to przy odejściu, trzeba okrągłych słów, pięknych epitetów: wybitny, twórczość bezcenna, itd.
Tymczasem odszedł niedoceniony i niezwykle skromny człowiek. Wystawy indywidualne miał w zasadzie trzy. Jedną o charakterze zbliżonym do retrospektywy: „Czas przeszły dokonany” w Starej ZPAF w 2006. Książki – żadnej. Nie liczymy katalożku do wystawy. Udział w wystawach zbiorowych, jakieś wywiady i rozmowy i to niedawno w 2013 roku.
On doskonale wiedział, że ma dobrze obfotografowane ponad 30 lat PRL’u. Można to było układać miastami, województwami, można było wg portretów i scenek rodzajowych. Morze fotografii. Znakomitej fotografii. Kompletnie nieznanej szerzej.
Na wystawach lubił pokazywać właściwie ten sam „żelazny” zestaw około 30 do 50 zdjęć. Jego archiwum znajduje się w Agencji Fotografów „Forum”. 

Bogdan Łopieński, Warszawa, 19.09.1965. Spotkanie cichociemnych w Klubie Oficerskim Kasyna Garnizonowego z okazji odsłonięcia pomnika cichociemnych na warszawskich Powązkach. N/z Elżbieta Zawacka, jedyna kobieta wśród 316 cichociemnych  / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Wiedziałem, że […] zajmę się fotografią. Chodziłem na wystawy do Warszawskiego Towarzystwa Fotograficznego i do ZPAF. Wtedy to była fotografia – w bardzo dużym skrócie – à la Hartwig. […] Taka była moda. Oczywiście wtedy nie miałem warsztatu ani odpowiedniego aparatu, powiększalnika, umiejętności technicznych. Ale to wszystko jest do nabycia. A ja sobie myślałem, czy potrzeba kolejnego Hartwiga, bo tu takich jest trzydziestu. Czy potrzebny jest trzydziesty pierwszy?  Bardzo mnie interesowało to, co robili fotoreporterzy „Świata”. „Świat” był wtedy bardzo dobrze ilustrowanym pismem. Pracowali tam Sławny, Prażuch, Kosidowski i Jarochowski. Co tydzień kupowałem ten magazyn, interesowało mnie to, co robią tamci. Dlaczego? Jaki jest ich sposób przekazywania informacji? I zacząłem dążyć do tego, żeby robić takie zdjęcia jak oni.  /Łukasz Modelski „Fotobiografia PRL. Opowieści fotografów” wyd. ZNAK, Kraków 2013, s. 160

Bogdan Łopieński, Warszawa, lata 1970te, Erich Honecker, wizyta na warszawskiej Starówce w towarzystwie Józefa Kępy - I sekretarza Komitetu Warszawskiego PZPR  / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Nie znałam dobrze pana Bogdana. Poznałam go (chyba) w 2012 roku, gdy robiliśmy „Fotoikony”. Jedno z jego zdjęć znalazło się w zestawie wystawowym. Pamiętam, że bardzo entuzjastycznie zareagował i chętnie dopowiedział historię, której nie miałabym skąd odkopać.  "Przyspieszajmy obywatele"

Potem spotkaliśmy się w Zachęcie. 2013 – wystawa zbiorowa „Ziemie podwójnie odzyskane”, którą kuratorowała Hanna Wróblewska. Łopieński pokazał tam swoje zdjęcia z I Biennale Form Przestrzennych w Elblągu. Na spotkaniu z publicznością opowiedział o całej karierze. Kilka miesięcy później Łukasz Modelski wydając książkę „Fotobiografia PRL. Opowieści reporterów” przygotował także wystawę w Zachęcie „Czas wolny”. Pamiętam z wtedy rozmowę nad próbkami wydruków zdjęć. Próbki powychodziły kolorowe, chociaż robione ze zdjęć czarno-białych. Nie bardzo to, oczywiście, pasowało panu Bogdanowi, ale wszystko na grzecznie, jakby nie chcąc robić komukolwiek problemu. W końcu poprawiono wszystkie „kolory” i na wystawie było świetnie.
Bogdan Łopieński, Warszawa 12.1970. Wizyta kanclerza RFN Willy Brandta w Polsce i podpisanie układu o normalizacji stosunków pomiędzy Niemcami a Polską. N/z Willy Brandt (z lewej) i Józef Cyrankiewicz podczas konferencji prasowej  / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Wystawa zbiorowa, obok Tadeusza Rolke, Wojciecha Plewińskiego, Jana Morka, Aleksandra Jałosińskiego i Romualda Broniarka – prezentowała w dużym skrócie twórczość każdego fotografa. Z pewnością robiło to wrażenie. Poczucie docenienia i wypowiedzenia się. Pan Bogdan (między innymi) zaczął jednak myśleć o większej, solidniejszej i własnej wystawie. Spytał jednej warszawskiej galerii i dostał nawet wstępny termin. Nic z tego jednak nie wyszło, być może niedogadanie. Niezrażony, elegancko zdeterminowany próbował dalej. Wtedy, rok temu, zadzwonił do mnie. Powiedział, że rozstawił zdjęcia w domu, by można było je obejrzeć i coś wybrać. Czy mogę przyjechać i obejrzeć, bo on jest w rozterce. I w ogóle trudno się w domu poruszać przy tych zdjęciach, zależało mu na czasie.
  
Rozterka... Usłyszał mianowicie, od wizytującego przedstawiciela owej galerii, że te jego prace to jest fotoreportaż. (Wydźwięk lekceważący). Nie dodałam dotąd, że pan Bogdan miał absolutnie niepowtarzalne poczucie humoru. Przez telefon jeszcze naświetlił mi szczegóły: nawet nie wie pani jak mnie to zdumiało. Całe życie robiłem fotoreportaż. A dziś się dowiedziałem, że powinna to być sztuka. Że to tylko fotoreportaż. I jako taki nie nadaje się do pokazania. Że teraz musimy z tego zrobić sztukę. – parafrazuję, bo niestety nie pamiętam dokładnych słów.
Brzmiało trochę przygnębiająco, ale powiedziane w sposób lekki. Śmiał się z tego. Przyjechałam i zrozumiałam, co znaczyło określenie – że zdjęcia utrudniają życie. Stały wszędzie. Leżały wszędzie. Oprócz studia, jeszcze z 5 pomieszczeń dosłownie zajętych przez zdjęcia. Oparte o krzesło, na krześle, na parapecie, pod stołem, na stole, na łóżku, na podłodze, przy drzwiach. Faktycznie – nie da się korzystać z mebli, otworzyć okna czy zamknąć drzwi. Było ich ponad sto. Oprawione, w passepartout. Ramy różne, znać było, że to pokłosie różnych wystaw.

Bogdan Łopieński, Warszawa, 1966 r. Magdalena Zawadzka, aktorka / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Bogdan Łopieński, Stalowa Wola 1968. Dzieci bawią się na osiedlu / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Był gotowy sięgnąć do archiwum, do negatywów, pokazać może i coś, czego jeszcze nie powiększał i nie ma w swoim magazynie. Zaczęłam przeglądać bazę „Forum”. Odnalazłam tam niebywałe kompletnie rzeczy. Klatki, kompozycje, sytuacje. Zachwyt. Ułożyłam propozycję wystawy. Dostałam wolną rękę. Cieszył się wyraźnie, że znalazłam coś, czego nie widział całe dekady i dopytywał czy na pewno mi się to podoba. Pan Bogdan podrzucał informacje biograficzne i trzymał kciuki. Dostałam w innej warszawskiej galerii propozycję pokazania wystawy nieindywidualnej. Zestawienie z innym fotografem epoki bardzo się wszystkim spodobało. I to by było na tyle. Do wystawy nie doszło. Do rozmów o tym, kiedy mogłoby dojść też już nie. Czuję, że zawiodłam. Że pokazując w tym czasie zmarłego dekadę wcześniej amerykańskiego wielkiego (ale na dobrą sprawę też nieznanego) fotografa, odłożyłam na później projekt Łopieńskiego. Mogę robić wiele wymówek, po prostu nie zdążyłam. Nie włożyłam w priorytety. 

Bogdan Łopieński, Raszyn 1966 r. Remont radiostacji raszyńskiej / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Wielkie wrażenie zrobiła na mnie wystawa „Rodzina człowiecza”, zorganizowana przez Edwarda Steichena i pokazana w Warszawie w pięćdziesiątym dziewiątym roku. Tam też był Cartier-Bresson. Postanowiłem wtedy, że będę robić takie zdjęcia, jakie robią ci fotografowie, ci, których widziałem na wystawie. Ale debiut był żenujący. Poszliśmy z Wojtkiem Dymitrowem nad Wisłę. Wojtek chciał zrobić materiał o milicji, która ratuje topielca. Ale nikt jakoś nie chciał wpaść do wody. Więc Wojtek udawał, że się topi, a ja go fotografowałem. I to było moje pierwsze zdjęcie opublikowane w prasie. W „Życiu Warszawy. Łukasz Modelski „Fotobiografia PRL. Opowieści fotografów” wyd. ZNAK, Kraków 2013, s. 161

Bogdan Łopieński, Lata 70. Samochody na tle ruin zamku / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Dość wcześnie zacząłem myśleć, że jeśli moje zdjęcia mają być podobne do tych w „Paris Matchu” czy magazynie „Life”, to nie mogą być wyłącznie takie, jakie chce mieć redaktor naczelny, że to muszą być inne zdjęcia. Więc starałem się tak fotografować. Oczywiście robiłem dla redakcji to, co chcieli, i najlepiej, jak mogłem. Ale zarazem usiłowałem robić takie zdjęcia, które opowiadałyby o PRL-u jakoś prawdziwiej, głębiej. Łukasz Modelski „Fotobiografia PRL. Opowieści fotografów” wyd. ZNAK, Kraków 2013, 169

Bogdan Łopieński, Mongolia, 1969. Nauka fotografowania aparatem dziennikarza z NRD / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Żegnając pana Bogdana, przysięgam sobie, że tę wystawę kiedyś zrobię i pokażę Państwu jak nietuzinkowym, autentycznie wybitnym – fotografem był Łopieński. Że mieliśmy mistrzów tutaj, pod ręką, na żywo. Świadków i uczestników. Znakomitych opowiadaczy historii. Niezwykle wrażliwych wizualnie twórców. Piszę nagle w liczbie mnogiej. Bo tych twórców jest więcej. Którzy ze swoimi archiwami odbijają się od drzwi kolejnych wydawców, od drzwi kolejnych galerii. Jakby ich praca była za mało jakaś, dla jednych za mało „sztuka”, dla innych za mało „znana”.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Łukasza Modelskiego „Fotobiografia PRL. Opowieści fotografów” wyd. ZNAK, Kraków 2013
Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Agencji Fotografów FORUM.

Lata 70. Bogdan Łopieński - dokumenty / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Bogdan Łopieński, Warszawa 2011, fot. Tomek Kubaczyk / dzięki uprzejmości autora


Lektura uzupełniająca:

Wywiad Iwa Zmyślonego dla Dwutygodnika

Wywiad Magdaleny Komornickiej do gazety towarzyszącej wystawie: „Ziemie podwójnie odzyskane. Bogdan Łopieński, Andrzej Tobis, Krzysztof Żwirblis” w Zachęcie

Rejestracja wideo spotkania autorskiego z Bogdanem Łopieńskim w Zachęcie 


Wypowiedź Bogdana Łopieńskiego „Status fotografa prasowego w latach 60. i 70.” W ramach projektu „Archiwum Historii Mówionej”