niedziela, 29 stycznia 2012

o Polsce, o Rosji, i na krzyż: w Warszawie x3!


Jest taki spór w fotografii, bodaj od zarania tej techniki: co jest ważniejsze i częstsze, co łatwiejsze lub trudniejsze - fotografowanie u siebie czy u innych?

Wydawać by się mogło, że te najsłynniejsze projekty fotograficzne ważne i monumentalne opisują coś najczęściej z zewnątrz. Oto fotograf czyta i szykuje się i jedzie, lub po prostu pakuje się i wyjeżdża, bywa, że siępo prostu przeprowadza. Materiał czasem robi kilka dni, czasem kilka lat. Michael Ackerman, Mark Power czy Chris Niedenthal o Polsce stworzyli wspaniałe projekty.

Inną wersją jest patrzenie "od wewnątrz". W mozole, dzień za dniem fotografowie pstrykają "u siebie". Dla jednych to łatwiejsze, dla innych niewyobrażalnie trudne. Chyba trudniej złożyć z tego monumentalną pracę, raczej są to drobniejsze dokumenty o konkretnym miejscu i czasie. Są też chlubne i ogromne wyjątki: Robert Doissneau o Francji, Martin Parr lub Tony Ray Jones o Wielkiej Brytanii, Stephen Shore czy Robert Frank o USA, a o Rosji np. Sergei Maximishin]. Polacy o Polsce zawęzili raczej margines czasu: Tomek Wiech (współcześnie), Mariusz Forecki i Witold Krassowski (transformacja).

Temat "co łatwiej/co trudniej" czy co ważniejsze - zajmuje studentów szkół fotograficznych, redaktorów i recenzentów od lat. To ciągle "zawsze żywe" i ogromne pole dla kuratorów i galerników, redaktorów i fotoedytorów itp - by poukładać historię "od wewnątrz" lub zestawić wizje na przemian, można zatem:
1/ pokazać jak nas widzą inni?
2/ jak nas widzą nasi?
3/ inni i nasi patrzą na nas
4/ inni i nasi patrzą na innych

W  pierwszym kwartale roku 2012 w Warszawie obejrzmy wszystkie cztery możliwości w fotografii dokumentalnej - co też ciekawie się składa dominuje temat polsko-rosyjski (z odmianami tylko polską, tylko rosyjską). 

Patrzymy na Polskę 1.
Jak nasz kraj widzą inni - ten obszar nam się ostatnio właśnie wzbogacił o potężny materiał Stepana Rudika, ukraińskiego fotografa (pamiętacie WPP rok temu?).


Wandering Poland from Stepan Rudik on Vimeo.


Stepan wyjaśnia: mój projekt fotograficzny "Wandering Poland" został zrealizowany podczas półrocznego stypendium Gaude Polonia w 2010 roku. Przez ten czas zjeździłem prawie całą Polskę, wziąłem udział w bardzo różnych wydarzeniach. Nie chciałem podejmować jednego wątku w swoim projekcie. Moim zamierzeniem było pokazanie ogólnego obrazu kraju, widzianego przez cudzoziemca.

Patrzymy na Polskę i na Rosję.
Fotografie Rudika i Maximishina zostały zestawione ze sobą w projekcie "Polska/Rosja". Oto słowo od organizatora Fundacji ProFotografia: Najnowsza wystawa Galerii Wysokich Napięć SWPS składa się z dwóch części. Prezentuje Rosję i Polskę z czterech różnych punktów widzenia w ponad 150 fotografiach dokumentalistów o międzynarodowej renomie. Pierwsza wystawa (16.01-17.02) to reportażowe zdjęcia Sergeya Maximishina pt. „Imperial Palast. 20 years after" i Stepana Rudika ze zbioru „Polska". Podczas drugiej (22.02-19.03) zostaną zaprezentowane fotografie Igora Mukhina z kolekcji „Moskwa dwutysięczna" i Mariusza Foreckiego z serii „Popkultura pracy", „Za mostem" czy „kolekcja Wrzesińska".

Patrzymy na Polskę 2.
Oglądanie z zewnątrz i dystansu zestawione z patrzeniem "pod nogi" będzie tematem otwierającej się 3 lutego wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. Wystawa "POSTDOKUMENT Świat nie przedstawiony. Dokumenty polskiej transformacji po 1989 roku" gromadzi polskich fotografów (Anna Beata Bohdziewicz, Wojtek Wieteska, Andrzej Kramarz / Weronika Łodzińska, Wojtek Wilczyk, Maria Zbąska, itp) i zestawia ich ze spojrzeniem z zewnątrz (m.in. Carl de Keyzer, Rineke Dijkstra, Mark Power, Allan Sekula.) tu galeria

Patrzymy na Rosję.
Po 6 latach jeżdżenia i fotografowania do Rosji, po wydaniu książki, wreszcie przyszedł czas na wystawę Rafała Milacha "7 pokoi". Od 24 lutego w Zachęcie. Milach wyjaśnia: Przeszedłem trzy fazy znajomości z moimi bohaterami. Najpierw byli przewodnikami po miastach, potem stali się bohaterami moich zdjęć, a na koniec przyjaciółmi, z którymi więcej rozmawiam, niż ich fotografuję. 

Bardzo ładny dokumentalny kwartał, istnieje szansa dowiedzenia się czegoś o sąsiadach i o sobie. Do zobaczenia w 3 galeriach.


Rafał Milach z cyklu „7 Rooms”, Sasza i Nastia, Nowosybirsk, dzięki uprzejmości artysty






[A-ha wszystkie powyższe przykłady, to tylko oczywiście "przykłady", bez zacięcia do całościowego i wyczerpującego opracowania tematu, także jeśli pominęłam arcyważny, niesłychanie istotny lub fundamentalny przykład - bez którego wpis nie ma sensu - proszę o komentarz]

czwartek, 26 stycznia 2012

Ojcowie. Lista obecności - Maciej Herman /wystawa, ksiażka


Do dnia ojca został jeszcze kawałek roku, także nie jest to wystawa "z okazji". Maciej Herman zrobił zdjęcia sławnych ojców dzieci z Zespołem Downa. Zamiast dostarczać tu jakieś opisy czy inne słowa, przeczytajcie lepiej co sam autor o pracach, o projekcie a przede wszystkim o ludziach i relacjach z nimi napisał.
Otwarcie wystawy ostatniego dnia stycznia o godzinie 18 w Galerii Refleksy w Warszawie.


Maciej Herman: Dzieciństwo spędziłem na jednym z wielu typowych polskich blokowisk. Były to jeszcze czasy kiedy wszystkie dzieci bawiły się na podwórkach, grały w kapsle, budowały statki z piasku, stawiały tamy z gliny na ulicach, po których jak rzeka spływał deszcz. Po trawniku biegało się za piłką, którą cudem dostali w sklepie rodzice kolegi z piątego piętra. Obok mieszkał sąsiad który regularnie wyganiał nas z tego trawnika w obawie, że zbijemy mu szybę w oknie. Było nas, chłopaków w podobnym wieku z dwudziestu w jednym wieżowcu, Obok stały inne bloki, a w nich inne ekipy, z którymi rywalizowało się grając w piłkę nożną, a czasem rzucało się w siebie wyrywanymi kępami trawy.


Mieszkałem w „szóstce”. W „dziesiątce” mieszkał Tosiek. Gdy pojawiał się na naszym podwórku, wszystkie dzieciaki uciekały, śmiały się z niego i dokuczały mu. Tosiek był grubszym od nas chłopakiem, miał dziwną twarz, niewyraźnie mówił i chodził cały czas z krótkim patykiem w dłoni. Patrzył się na niego często i rozmawiał cicho jak z najlepszym przyjacielem. Dla nas Tosiek był po prostu „nienormalny”. Nie przypominam sobie, by jakikolwiek rodzic tłumaczył nam wtedy dlaczego Tosiek urodził się taki a nie inny, i jak my powinniśmy go traktować.

Dzisiaj, 30 lat później, świadomość i wiedza na temat Zespołu Downa jest nieporównywalnie większa i bardziej powszechna. Przeciętnie wykształcony człowiek zdaje sobie sprawę, że Zespół Downa jest spowodowany zaburzeniem w składzie chromosomów. Ale czy wiemy dużo więcej?


Na podstawie niedawnych rozmów z moimi znajomymi mogę stwierdzić, że nasza wiedza jest zazwyczaj czysto biologiczna, pochodząca ze szkoły albo z przypadkowo obejrzanego programu w telewizji. Spotykając osobę z Zespołem Downa na ulicy nadal czujemy strach albo co najmniej niepewność. Nie wiemy jak się zachować. Słysząc że przyjacielowi urodził się „Down” wpadamy w panikę. Nie dopuszczamy też do siebie myśli, że to samo może spotkać każdego z nas. Nie jest to w końcu choroba dziedziczna, a wada wrodzona, która się „zdarza”. Nie jest to jednak „koniec świata”, choć na początku pierwsze co przychodzi do głowy to załamanie, tragedia, bezsilność, strach, rozpadająca się przyszłość.






Dzieci rodzące się z Zespołem Downa rozwijają się oczywiście w swoim tempie, ale nie przeszkadza im to w posiadaniu swoich pasji; często są uzdolnione artystycznie – pięknie malują, haftują, grają w teatrach i filmach, tańczą. Są ponadprzeciętnie empatyczne, co okazuje się, w niezwykły sposób ubogaca życie całej ich rodziny i otoczenia. Z drugiej strony nie da się ukryć, że taka sytuacja wymaga odpowiedniego zaangażowania i często dodatkowych poświęceń obojga rodziców.


Kilka miesięcy temu Piotr Śliwowski i Andrzej Suchcicki zaproponowali mi wykonanie portretów znanych ojców dzieci z Zespołem Downa, do książki z wywiadami, które miały być z nimi przeprowadzone. Po kilku wstępnych rozmowach zdecydowałem się na koncepcję portretu ukazującego ojca wraz z dzieckiem oraz ich, jak się okazało, nadzwyczajną relację.


Po zaledwie kilkudziesięciu godzinach spędzonych z tymi wspaniałymi osobami powoli oswajam się i trawię dane mi tak wyjątkowe doświadczenie. W większości domów „zwykłych” rodzin nigdy nie czułem tak wielkiej miłości, poświęcenia dla siebie nawzajem, które powoduje, że życie nie jest puste i nabiera sensu. To wszystko mimo wieloletniego zmęczenia, często zniecierpliwienia i niewiadomej przyszłości. Życzę każdemu by spędził choć trochę czasu z tymi świetnymi dzieciakami lub dorosłymi ludźmi. Żeby poznał ich, porozmawiał, poczuł ich obecność, przytulił, może nawet zaprzyjaźnił się. Gwarantuję że obcując z tak nieprzeciętnymi osobami samemu można stać się lepszym człowiekiem.


fot. Maciej Herman / dzięki uprzejmości autora


Maciej Herman – fotograf niezależny, urodzony w 1972 roku w Gdyni, mieszkający od 2008 roku w Warszawie. Utrwala głównie miejski pejzaż, szukając człowieka w zanikających miejscach i śladach. Preferuje tradycyjną fotografię czarno-białą. Wystawiał swoje prace m.in. w galerii Luksfera (Warszawa 2006), Chatce Żaka (Lublin 2008 – „Miejsce rzeczywiste, miejsce wyobrażone”), Green Gallery (Warszawa 2009 – „Światłocienie snu”).

niedziela, 15 stycznia 2012

Balcerek - zakończenie projektu

fotografia z książki "Balcerek", M. Sokalska, B. Spyra, M. Górski, 2011

Kolejny raz pozwolę sobie na odrobinę auto-promocji, mam nadzieję, że to zniesiecie, Drodzy Czytelnicy.
Zakończył się bowiem, zorganizowany przez Gliwicki Dom Fotografii, dokumentalny projekt "Balcerek".
Przez kilka ostatnich miesięcy nasi fotografowie - Maga Sokalska, Bartek Spyra i Marcin Górski żyli rytmem miejskiego targowiska oficjalnie zwanego "Balcerkiem". 
W tym samym czasie na targowisku pracowała grupa socjologów z Uniwersytetu Śląskiego pod kierunkiem dr Agaty Zygmunt i dr Andrzeja Górnego. 
Projekt został zrealizowany przy wsparciu (merytorycznym i nie tylko!) Muzeum w Gliwicach oraz Urzędu Miejskiego w Gliwicach. 


fotografie z książki "Balcerek", M. Sokalska, B. Spyra, M. Górski, 2011

Założony ponad 20 lat temu targ miejski, jeden z pierwszych znaków transformacji podążających za planem Balcerowicza spełniał początkowo rolę łącznika ze niemal nieznanym światem spoza PRL - niemal z dnia na dzień pojawiły się kolorowe ubrania z Azji, przecier pomidorowy z Węgier, słodycze z NRF, jogurty, banany itd. 
Wielu energicznych ludzi porzuciło swoje dotychczasowe zajęcia by wspólnym wysiłkiem pchnąć siebie i nas ku lepszemu światu, można śmiało rzec, że ten cywilizacyjny skok zawdzięczamy w jakiejś mierze tym bezimiennym bohaterom tamtych czasów.

 fotografia z książki "Balcerek", M. Sokalska, B. Spyra, M. Górski, 2011


Czasy zmieniły się jednak, miejskie targowiska, często w sercach miast, najdroższych terenach inwestycyjnych stanowią niechciany relikt przeszłości, dumni gospodarze miast czyniąc je piękniejszymi usuwają je, zazwyczaj zderzając się z falą protestów, ludzi, którzy swój byt oparli na handlu w tych miejscach. To ci sami ludzie, którzy 20 lat temu, jako pierwsi uwierzyli i tworzyli nową rzeczywistość.

fotografia z książki "Balcerek", M. Sokalska, B. Spyra, M. Górski, 2011

Gliwicki "plac Balcerowicza" w obecnym miejscu powstał "tylko na chwilę", w zastępczej lokalizacji. Funkcjonuje tam od niemal 20 lat w niezmienionej niemal formie, ponieważ, już od początku wiadomo było, że zostanie niebawem zlikwidowany. 
Od zawsze wiadomo, że przez teren "Balcerka" przejdzie Trasa Średnicowa - dzisiaj powstała już niemal cała, z wyjątkiem gliwickiego odcinka, wszystko wskazuje na to, że to ostatnie chwile, tego jednego z ostatnich już oryginalnych placów Balcerowicza położonych w centrach dużych miast.

Nasze zespoły wsłuchiwały się w tętno gliwickiego Balcerka, poznaliśmy przeszłość i codzienność ostatnich miesięcy targu, atmosferę, obawy, nadzieje ludzi tam pracujących, ich klientów, mieszkańców okolicznych domów, poznaliśmy hierarchię i wzajemne relacje ludzi, grup i podgrup, poznaliśmy przedstawicieli władzy legalnej  a także i nielegalnej, zwyczaje i swoistą subkulturę.

fotografia z książki "Balcerek", M. Sokalska, B. Spyra, M. Górski, 2011

Rezultatem naszej pracy jest książka zawierająca ekstrakt badań socjologicznych, ubrany w beletryzującą formę alfabetu; drugim elementem książki jest materiał fotograficzny, zarówno nasze zdjęcia jak i zebrane zdjęcia archiwalne przyniesione nam przez pracowników Balcerka.

Jutro, 16 stycznia 2011, o godz. 18.00 w Czytelni Sztuki w Gliwicach odbędzie się spotkanie podsumowujące projekt "Balcerek", zaprezentujemy również książkę.
Zapraszam serdecznie.

okładka książki "Balcerek", 2011

Czytelnia Sztuki

Willa Caro
ul. Dolnych Wałów 8a
44-100 Gliwice
czytelnia@czytelniasztuki.pl
www.czytelniasztuki.pl


piątek, 6 stycznia 2012

let's get this party started / street

 Zdjęcia uliczne można przykładać i układać na różne sposoby. Tutaj propozycja karnawałowa i imprezowa. Można?
Adam Lach, Warszawa / Warsaw, 2011/ dzięki uprzejmości autora
Maciej Dakowicz, Cardiff po zmroku / Cardiff After Dark, 2011/ dzięki uprzejmości autora
Mateusz Sarełło, Przestrzeń publiczna / Public Space, 2009 / dzięki uprzejmości autora
Narelle Autio, Anioł / Angel, Sydney, 2001 / z książki "Street Photography Now" Thames&Hudson
Rafał Chojnacki, Plac Bankowy. Warszawa / Bank Square, Warsaw, 2010 / dzięki uprzejmości autora
Kuba Ceran, Warszawa / Warsaw, 2008 / dzięki uprzejmości autora
 Mariusz Forecki, Poznań, 2010 / dzięki uprzejmości autora
Maciej Dakowicz, Różowy kapelusz / Pink Hat, z serii Cardiff po zmroku / from the series Cardiff After Dark, 2006 / z książki "Street Photography Now" Thames&Hudson

 Michał Szlaga, Praga, Czechy / Prague, Czech Republic, 2009 / dzięki uprzejmości autora


Wystawę "Street Photography Now. Fotografia uliczna tu i teraz" można oglądać w Warszawie jeszcze tylko do 15 stycznia. W sobotę 7 stycznia otwieramy ekspozycję plenerową na płocie parku Dreszera, wejście od Puławskiej, w galerii  Po Prostu. Zapraszamy! 21 stycznia otwieramy naszą wystawę w Krakowie, w dwu miejscach: Galerii Pauza i Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego, wszystko to z okazji Festiwalu Warsztatów Sztuki Fotografii. Zapraszamy!
Jutro spotkanie z Mimi Mollicą (dziś start warsztatów)a w przyszłym tygodniu z Brucem Gildenem (warsztaty) (spotkanie). Zapraszamy! Same piękne okazje :)
Aha, o tym możecie też poczytać w Magnum :) o tutaj. /co prawda inne mamy obrazki na wystawie/
A gdyby ktoś chciał porozmawiać po co nam fotografia uliczna, czym jest i co z nią będzie - zapraszam w sobotę 7 stycznia na 16 do galerii na Marszałkowskiej 3/5.
Miłego karnawału życzę!

sobota, 31 grudnia 2011

wszystkiego naj w 2012!

autor nieznany, miejsce i czas nieznane, zbiory prywatne, rep. jk

wtorek, 27 grudnia 2011

świątecznie, fotograficznie.

Oto przegląd kartek fotograficznych za ten rok (troszkę spóźniony)
Od nas: dużo światła! szczególnie wszystkim fotoreporterom, trzymamy kciuki!






piątek, 23 grudnia 2011

Street streetowi nierówno=znaczny.

Co prawda pod choinkę chyba nie zdążymy nic wskórać, ale prezentacja z porównaniem kilku książek na temat fotografii ulicznej mogą się przydać na później. O street photography już trochę w miejscu było. Jest okazja jeszcze o tym napomknąć, że do 15 stycznia trwa wystawa w Warszawie: „Street Photography Now / Fotografia uliczna tu i teraz” [Marszałkowska 3/5. Czynna w czw-pt 15-20 i sob-niedz 12-20]. Wszystkie te książki trakują fotografię uliczną inaczej, wszystkie są w języku angielskim i są dostępne na pierwszym jeszcze rynku.

Sophie Howarth, Stephen McLaren, Street Photography Now, wyd. Thames & Hudson, Londyn 2010

Teraz biblia.


„Street Photography Now” to album wyczekiwany i już okrzyknięty bestsellerem. Thames&Hudson w listopadzie drukował 3cią edycję, a przecież książka ujrzała światło dzienne ledwie rok temu!

Stephen McLaren i Sophie Howarth przyjęli ciekawą i bardzo subiektywną metodę pracy. Wymienili się nazwiskami ulubionych fotografów ulicznych. Co więcej zapytali Martina Parr’a czy by nie namówił może do udziału w publikacji swoich kolegów z Magnum i uzyskali ich radosny akces. W ten sposób mamy w publikacji wielkich jak Bruce Gilden czy Alex Webb, Richard Kalvar, wspomniany „uliczny” Martin Parr. Jest plejada gwiazd z In-Public na czele z Nickiem Turpinem . Jest wreszcie cały jeden Polak – Maciek Dakowicz oraz jedna gwiazda i nestor fotografii ulicznej czyli Joel Meyerowitz. Lista autorów imponująca – jest ich razem 46! Co ciekawe, klucz własnych znajomości i ulubionych doprowadził McLarena i Howarth do mniej znanych fotografów i nie zawodowców. Kobiet jest tam jak na lekarstwo czyli jak wyliczyliśmy ze Stephenem jakieś 10 %.

W publikacji, która choć nie miała być „biblią” a nią się szybko stała, oprócz zdjęć w rodzaju „the Best of the Best” – znalazły się 4 teksty i fotografie ważne, przełomowe i inne przywoływane w słowach, m.in. Eliott’a Erwitt’a, Josefa Koudelki. Są także wymienieni Michael Wolf i Peter Funch, czyli poniekąd wskazane są pewne granice i alternatywy dla czystej fotografii ulicznej. Cała definicja jest z resztą rozpracowana, wskazane są inspiracje i geneza dla całego gatunku, zaś w końcowym rozdziale „A Global Conversation” na jej temat wypowiadają się we wspólnej rozmowie Frederic Lezmi, Jesse Marlow, Mark Alor Powell, Gus Powell, Ying Tang i Nick Turpin.

Książka jest oczywistym „must have” dla każdego fotografującego oraz wydaje się także niezbędna każdemu kto mieszka w mieście. Wgląd tutaj: http://vimeo.com/15044209


Na okładce: Matt Stuart, Trafalgar Square. Prosty obrazek, którym wspaniale i łatwo wyjaśnić na czym polega współczesna fotografia uliczna.

Autorzy: Stephen McLaren i Sophie Howarth – fotografowie uliczni, oczywiście. 3cią ważną osobą tej książki jest Johanna Neurath z Thames&Hudson, dzięki której ta publikacja właśnie tak wygląda. Johanna też, oczywiście, jest fotografką uliczną.

Zawiera: 301 fotografii „w kolorze i czarnobieli”. Prace 46 autorów zostały ułożone alfabetycznie, co z jednej strony ułatwia odszukanie ulubionego artysty, z drugiej zaś nikogo z nich nie pozycjonuje na mniej lub bardziej ważnego.

Spisy: Ostatnie 2,5 strony to bardzo przydatna lista adresów stron wymienionych w książce autorów oraz ich ważniejsze publikacje. Jest także bardzo dobra ściąga periodyków internetowych i blogów, wypis kolektywów i agencji oraz na deser krótka bibliografia wydawnictw poświęconych fotografii ulicznej.

Clive Scott, Street Photography, wyd. I. B. Tauris, Londyn-Nowy Jork, 2007

Gubimy drogę.


Następna publikacja z zestawienia, wzmiankowana z resztą, na tej krótkiej liście z „Street Photography Now” to po prostu „Street Photography” Clive Scott. Wydana w 2007 roku w Londynie i Nowym Jorku publikacja naukowa opowiada o dawnym rozumieniu fotografii ulicznej. Głównym wyznacznikiem jest tutaj oczywiście literalna ulica i miasto. Poszukiwania historyczne autor rozpoczyna od malarstwa impresjonistów i w interesujący sposób prowadzi czytelnika pomiędzy Lartigue’em, Brassai’em, Kerteszem i Atget’em a Renoirem, Manetem, Pissarrem czy Caillebottem. Autor wykreśla dość szeroko temat fotografii ulicznej jako oddającą charakter miasta, zastanawia się nad wystudiowaniem pracy oraz pracą fotografa (i malarza) w studio czy wreszcie podejmując temat nocnego życia oraz życia artystycznego i obecnej w niej bohemy. Książka bowiem dotyczy po prostu Paryża! Dowiadujemy (domyślamy) się tego dopiero z przedmowy. Fotografia uliczna staje się zatem pewnym odbiciem etosu miasta artystycznego, romantycznego oraz pretekstem by zaprezentować kilku indywidualistów. W tej publikacji pełnej ciekawych spostrzeżeń na temat natury fotografii, jej historycznego biegu są wymienieni znakomici fotografowie plus cała jedna kobieta Germaine Krull (no dobrze, okładka!). Nie zdziwcie się całkiem sporym – jak na tak niewiele ilustracji zawartych w książce – udziałem aktu! – Charles Negre, Andre Kertesz, trochę malarstwa. Clive Scott meandruje opowieściami od miejsca publicznego do prywatnego, ale faktycznie mam wrażenie, że publikacja ta powinna mieć nieco inny tytuł.

Publikacja jest zdecydowanie przeznaczona dla miłośników stolicy Francji, fotografii do połowy XX wieku oraz malarstwa i życia artystycznego. Trudno zaś pogodzić się z pewnymi definicjami Scott’a na temat właśnie natury fotografii ulicznej.

Na okładce: Martine Franck, Paryż 1973. Franck jest dokładnie raz wspomniana w tej publikacji.

Podtytuł: From Atget to Cartier-Bresson. To bardzo ciekawy podpis, ponieważ nie znajdziemy w ilustracjach żadnej fotografii tego drugiego, jest co prawda wzmiankowany wieeeelokrotnie, jednak zestawienie obydwu fotografów nie stanowi żadnej cezury dla książki, są i przed Atgetem i po Bressonie. Co jednak nazwisko na okładce, to jednak…

Autor: Clive Scott jest profesorem literatury europejskiej w Wielkiej Brytanii. Publikował wcześniej m.in. na temat języka i fotografii oraz tłumaczeń „Iluminacji” Rimbaude’a.

Zawiera: szaloną bibliografię, od malarstwa, poezji, filozofię aż do naukowych tekstów z pogranicza językoznawstwa, poprzez fotografię. Jest indeks osobowy i całkiem spora ilość przypisów. Jest też:

Appendix: teksty “źródłowe”: Jacques Reda, Edmond de Goncourt, Rainer Maria Rilke oraz Guillaume Apollinaire.


Beate Kemfert, Christina Leber [red.], Road Atlas, wyd. Hirmer&DZ BANK Kunstsammlung, Opelvillen, Monachium, 2011

Przewodnik czyli atlas.


W publikacji zgromadzono prace 29 autorów, to też mogłaby być biblia, gdyby nie to, że autorami są m.in. Valie Export, Nabuyoshi Araki, Gregory Crewdson czy Arnold Odermatt. Szybki przegląd autorów nakazuje szukać klucza gdzie indziej niż byśmy się spodziewali. „Widzieć w ulicach i drogach formy graficzne, znajdować struktury, odczytywać krawężniki I barierki jako linie: to może być pierwsza odpowiedź dlaczego ulica jest tak popularna w fotografii od początku aż po dziś. [„To see road and street as graphic framework, to find structures, to be able to read kerbs or crash barriers as lines: that might be a first answer to the question of why the street has had a particular importance in photography right up to the present day”]. W publikacji zatem znalazły się prace dziejące się na ulicy i drodze, kreacja i dokument obok siebie. Reportażu i złotego momentu jest względnie nie dużo. Co odróżnia tę wystawę i katalog od innych publikacji jest fakt, iż prace pochodzą z kolekcji DZ BANKu, z kolekcji, która w całości poświęcona jest fotografii.

Nie wiele można tu poczytać, to raczej album krajoznawczy. Zdjęć mnóstwo, często mało znanych, każdemu autorowi towarzyszy krótka notka. Z tekstu wprowadzającego nie za wiele się wyniesie, ale ambicje były wielkie o czym chyba świadczy przywołanie pierwszego „zdjęcia” z ulicą i człowiekiem, czyli Louis-Jean-Mande Daguerre’a .

Na okładce: Pieter Hugo. Efektowny. Uważny śledczy I miłośnik fotografii ulicznej “teraz” zauważy po okładce, że będzie alternatywnie.

Podtytuł: Street Photography from Helen Levitt to Pieter Hugo. Od kobiety poczynając! Oczywiście dobre nazwisko na okładce (znowu). Ale i znowu cezura czasowa to żadna, zaś przynajmniej możemy coś wnioskować o kanonie, który musi być gdzieś obok definicji.

Wydawca: arcyważny. Hirmer + DZ BANK Kunstsammlung. A zatem, nie jest to zwykły album, prędzej katalog a konkretnie wybór z kolekcji banku. Znak widnieje na okładce.

Autorzy: czyli redaktorzy Beate Kemfert i Christina Leber. Kobiecy punkt widzenia?

Katalog towarzyszy wystawie, która rozpoczęła swoją trasę w 2011 (lipiec/sierpień) od Russelshein, poprzez – co nas dopiero czeka Cottbus (2012), Erfurt (2013) i Frankfurt (2014). Macie zatem jeszcze kilka ładnych okazji zaplanować podróż do Niemiec śladem fotografii ulicznej.

Spis: prawdziwy katalog, zdjęcia opisane co do techniki i formatu.



10 years of in-public, praca zbiorowa, wyd. Nick Turpin Publishing, Londyn, 2010

Ulica czyli miejsce publiczne.


“10 years of in-public”. To niepozorna książeczka zawierająca crème de la crème z ulicznej fotografii – dziś! 20 autorów i każdy w 10 pracach. Wstęp krótki, ale szalenie treściwy – Jonathana Glancey’a. Ojciec założyciel kolektywu i autor manifestu fotografii ulicznej – Nick Turpin znany jest z wielu tekstów w sieci, dobrze, że w publikacji jubileuszowej pozostał fotografem. http://www.in-public.com/ Dla przypomnienia In-Public powstał w 2000 roku z inicjatywy Turpina i Davida Gibsona. Kolejni fotografowie dołaczali sukcesywnie: Bram, Stuart, Marlow, Parke i Autio w 2001, potem Jorgensen i Einzig w 2002, jeszcze w zeszłym roku In-Public powiększył się o George’a Kelly i Paula Russell’a. Skoro tak wyliczam czy parytet zachowany, w Inpublic jest podobnie jak w „Street Photography Now”, z resztą, to te same panie: Narellie Autio i Melanie Einzig.

To zachwycająca książka do oglądania i tylko oglądania. Notka o autorze dodaje zawsze inspiracji. Kończy się słowami: „See you on the street” Turpin. No właśnie, wystarczy tego przeglądu, a już przy In-public trudno usiedzieć w miejscu – do zobaczenia na ulicy (i w księgarni) 

Na okładce: grafika i literki. Trudno w kolektywie liczącym 20 osób zapewne wybrać jednego z jednym boskim zdjęciem?

Autor/autorzy: wydawnictwo kolektywu, każdy z nich pisze o sobie krótką notkę. Wstęp zaś pochodzi od Jonatana Glancey’a, dziennikarza the Guardian, specjalizującego się w architekturze i designie.

Spisy, bibliografie i inne: brak.

Zawiera: 200 zdjęć, zależnie od autora czy kolor czy czarnobiel.

Skąd mieć? Od ojca założyciela: http://nickturpinpublishing.com/index.php?/books/10--10-years-of-in-public/

 /fotografie książki "10 years of in-public" pochodzą ze stronu nickturpinpublishing.com/



czwartek, 15 grudnia 2011

Andrei Liankevich w Gliwicach

fot. Andrei Liankevich, Kobieta niosąca flagę ZSRR, Mińsk, 2005


Ponownie zapraszam do Gliwic, tym razem Czytelnia Sztuki zorganizowała spotkanie autorskie z fotografem Andreiem Liankevichem. Zaprezentuje on swój dotychczasowy dorobek fotograficzny, w tym książkę “Pagan” – opowieść o pogańskiej kulturze na Białorusi. Oprócz prezentacji własnych prac artysta opowie o fotografii białoruskiej i jej zmaganiach z trudną rzeczywistością tego kraju.
Andrei Liankevich – fotograf stowarzyszenia Sputnik Photos, reprezentowany przez agencję Anzenberger. Wykłada w European Humanity Univercity (Litwa). Uczestniczył w 60 wystawach (indywidualnych i zbiorowych) w Europie, Azji i Stanach Zjednoczonych. W 2010 roku opublikował pierwszą książkę autorską pt. “Pagan” o pogańskich tradycjach na Białorusi. Obecnie pracuje nad projektem o stosunku do Drugiej Wojny Światowej.
Czytelnia Sztuki, Willa Caro
ul. Dolnych Wałów 8a, Gliwice
15.12.2011, godz. 18.00

piątek, 9 grudnia 2011

Wystawa "Byłem Ikarem" Andrzeja B. Górskiego w Gliwicach



Pejzaż z upadkiem Ikara

Andrzej B. Górski, bez tytułu (syn autora w skrzydłach Ikara), niedatowane (ok. 1980)

Historia Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego, wiodące postacie, nazwiska: Beksiński, Gołaczewski, Górski, Lewczyński, Janik, Schlabs, Rydet, Sowiński, są w Gliwicach do dziś niemal powszechnie znane, a może i nie tylko już w Gliwicach. W pamięci mieszkańców Gliwic, nawet związanych luźno z fotografią, wyryły się ikoniczne prace GTFu.
Wielu z autorów, członków GTFu do dziś aktywnie uczestniczy w życiu kulturalnym miasta. Spotykamy ich na każdej znaczącej wystawie fotograficznej, są rzeczowymi recenzentami fotografii docierającej do regionu, wspierają wysiłki młodych, popierają inicjatywy – są.
Jednym z nich jest Andrzej B. Górski. W powszechnej świadomości autor przejmującej pracy Si vis pacem para bellum. Młodsze pokolenie, niepamiętające czasów świetności GTFu pamięta jego prace z wystawy w 2006 roku zorganizowanej w ramach 1. Gliwickiego Miesiąca Fotografii.
W opisie tamtej wystawy znajdujemy krótką notę biograficzną:
Andrzej B. Górski, ur. w 1951 r. w Jarosławiu, od 1970 r. członek Gliwickiego Towarzystwa 
Fotograficznego, inicjator powstania i współzałożyciel Studia Prób Fotograficznych i Filmowych „ZOOM” 
(od 1974 r.), ma na koncie liczne wystawy indywidualne i prezentacje ze studiem „ZOOM”, m.in. 
w Gliwicach, Poznaniu, Uniejowie, Wrocławiu, Świnoujściu.
Odkryliśmy także, że Andrzej B. Górski studiował w poznańskiej ASP, był członkiem redakcji i fotoreporterem Tygodnika Solidarność, pracował jako operator filmowy dla TVP, to również członek ZPAF.
Andrzej B. Górski, bez tytułu, 1981/82

Kim jest jednak człowiek, który w początku lat 1970. odważył się stworzyć obraz taki jak Si vis pacem para bellum – biegnącego człowieka z podniesioną dłonią ułożoną w gest zwycięstwa, człowieka w którego wcelowana jest broń…
Zadaliśmy to pytanie osobom, które znały autora tej fotografii i usłyszeliśmy luźne frazy: ojciec Aleksander, szef GTFu, wprowadził go w świat fotografii, Andrzej – odważny, bezkompromisowy, ostry, walczący, energiczny, zaangażowany, nieugięty, ukrywał się, prześladowali go, bili, stracił pracę, nie odnalazł się w nowej rzeczywistości, ma problemy…
Zdecydowaliśmy się udać do źródła. Spotkaliśmy się z Andrzejem w jego małym mieszkaniu, wypełnionym fotografiami, negatywami, pudłami z materiałami z wystaw i akcji.


Andrzej B. Górski, bez tytułu, 1980

Zobaczyliśmy Andrzeja z ojcem, zobaczyliśmy go w kołnierzu ortopedycznym, człowieka, któremu nie można złamać kręgosłupa, zobaczyliśmy go pobitego przez „nieznanych sprawców”, zobaczyliśmy go w kolejarskiej czapce, gdy został pozbawiony prawa do wykonywania zawodu fotoreportera „Solidarności” i wcielono go do paramilitarnej służby kolejowej, zobaczyliśmy w skrzydłach Ikara, zobaczyliśmy go dziś deklamującego łamiącym się głosem tekst napisany 30 lat temu, zobaczyliśmy jego kolaże z czasów gdy władza aresztowała mu aparaty, usłyszeliśmy jego głos z taśmy sprzed lat, gdy jeździł po Polsce ze spektaklami dla paru osób w prywatnych mieszkaniach, zobaczyliśmy zdjęcia jego syna z ubranymi skrzydłami Ikara…
Zobaczyliśmy odważnego, bezkompromisowego artystę, który do dziś wierny jest swoim ideałom, który pozostał na kursie wytyczonym 40 lat temu nie bacząc na zmieniający się świat, nie bacząc też na cenę, którą mu przyjdzie za to zapłacić.

Andrzej B. Górski,  jedna z licznych interpretacji pracy Si vis pacem para bellum, 1972


Zapraszam do Muzeum w Gliwicach na wystawę prezentującą postawę Andrzeja B. Górskiego, człowieka, który do ekspresji swoich poglądów wybrał aparat fotograficzny, jednego z wielu ludzi, którzy 30-40 lat temu głośno sprzeciwiali się otaczającej komunistycznej rzeczywistości, w końcu też jednego z wielu, którzy, mam wrażenie, do dziś bardziej żyją tamtymi wydarzeniami, niż w nowej, tak przecież przez nich oczekiwaną wolnością bez bata i knebla.


Andrzej B. Górski "Byłem Ikarem"
kuratorzy: Marcin Górski, Maga Sokalska
Wernisaż: 13.12.2011, godz. 17:30
Termin: 14.12.2011-12.02.2012

Muzeum w Gliwicach (Willa Caro)
ul. Dolnych Wałów 8a
Gliwice

poniedziałek, 28 listopada 2011

beach photography now

Tomasz Lazar, Niechórz, 2008


 Andrzej Wiktor, Wybrzeże, 2009

 Szymon Michna, Havana, 2007

Michał Szlaga, Rio de Janeiro, Brazylia ,2009

 Rafał Siderski, Larnaka, Cypr, 2009

 Przemysław Pokrycki, Collioure, Francja, 2001

wszystkie zdjęcia reprodukowane dzięki uprzejmości autorów i pochodzą z wystawy "Street Photography Now. Fotografia uliczna tu i teraz"


Fotografia uliczna, co już ustaliliśmy kilkakrotnie nie musi wcale pokazywać ulicy, alei, placu, chodnika, trotuaru, itp. To ma być przestrzeń wspólna, zaś nawierzchnia może być tymczasowa, naturalna, nieutwardzona, itp..
Tym zestawem bardzo wakacyjnym, przepraszając za urlop blogowy... ponawiam zaproszenie do obejrzenia wystawy "Street Photography Now. Fotografia uliczna tu i teraz" w galerii Drukarstwa Warszawskiego w budowie przy ul. Marszałkowskiej 3/5. więcej info
W części światowej 41 zdjęć (i brak plaży!), w polskiej prac 111, w tym całe 6 "beach-street photography". Na wystawie prace są przetasowane autorami i miejscami. Ale ta ilość zdjęć pozwala na tworzenie fantastycznych zestawów! Może jakieś życzenia?

niedziela, 30 października 2011

Thomas Hoepker / rozmowa

Thomas Hoepker / MAGNUM: Heartland. An American Roadtrip in 1963

Thomas Hoepker jest znanym fotografem. Jest w Magnum, pracował kiedyś dla Stern, publikował i wystawiał na całym świecie. Ma 75 lat. W „Leica Gallery” w Warszawie trwa jego pierwsza wystawa jaką możemy oglądać w Polsce. „Heartland. An American Roadtrip” to seria zdjęć powstałych podczas dwumiesięcznej podróży Hoepkera po Stanach w 1963 roku [i dodatek - dwa kolorowe zdjęcia z ostatnich lat]. W dniu otwarcia wystawy rozmawialiśmy o ważnych zdjęciach, trudnościach fotoreportażu i dużo o rozwijaniu m.in.: stylu, umiejętności, pracy.

Joanna Kinowska: Jest pan z wykształcenia historykiem sztuki. Jakby pan siebie określił, czy…

Thomas Hoepker: Na pewno nie czuję się historykiem sztuki. Studiowałem ten temat, ponieważ ojciec tak chciał. Okazało się, że to nie było złe. Będąc fotografem w tym samym czasie, a właściwie zaczynając nim być, kiedy nie wiedziałem do końca co chcę robić… Ojciec powiedział: „musisz zrobić coś na poważnie ze sztuką”, a historia sztuki jest przecież blisko. To wszystko dotyczy w końcu obrazu. Faktycznie te studia bardzo pomogły mi w patrzeniu na obrazy, patrzeniu na rzeczywistość pod kątem uchwycenia jej w zdjęciach.

Joanna: To ciekawe, że pański ojciec postrzegał historię sztuki jako poważną dziedzinę, w pewnym sensie – ciągle musze przekonywać własnych rodziców, że to były bardzo ważne studia, tak samo jak prawo czy medycyna. :) Wracając do pytania o „samookreślenie” – jest pan fotografem, fotoreporterem, dziennikarzem fotograficznym (photojournalist) a może fotografem ulicznym?

Thomas Hoepker: Zdecydowanie dziennikarzem fotograficznym.

Joanna: Jak zatem wygląda pana zdaniem przyszłość fotoreportażu?

Thomas Hoepker: Jest bardzo ciemna, mroczna i trudna. Każdy kto posiada cyfrowy aparat może go wziąć i zrobić zdjęcie. I to zdjęcie może się znaleźć w powodzi wideo-obrazów w internecie, może stać się jednym z miliarda milionów zdjęć, w końcu może zostać odkryte, a nawet może zostać użyte. Wydaje mi się, że fotografowie zawodowi konkurują z ludźmi, którzy po prostu mają aparaty. Gospodyni, która ma aparat może się znaleźć w miejscu ważnego wydarzenia, szczęśliwie lub wprost przeciwnie, pamiętajmy, że większość istotnych wydarzeń jest smutna, w każdym razie tej gospodyni może się udać zdjęcie czegoś ważnego i to zdjęcie, wchłonięte przez internet może zostać spostrzeżone, użyte przez bardziej tradycyjne jak i nowoczesne środki przekazu. Także jesteśmy – myślę o profesjonalnych fotografach – w sytuacji współzawodniczenia z milionami fotografów, którzy po prostu mają aparaty.

Joanna: Co by pan zatem radził młodym ludziom, którzy fotografują? Nie myśleć o fotoreportażu? Jaki ma pan pomysł na wygranie tych osobliwych zawodów?

Thomas Hoepker: Jeśli ci młodzi ludzie zamierzają żyć z fotografii, to pytanie staje się bardzo poważne: czy możesz – w takich warunkach – przeżyć i zarabiać zdjęciami na życie? Jednak jeśli masz w sobie ogromną i bardzo silną potrzebę bycia fotografem, po tym jak próbowałeś nim być przez rok, dwa a nawet trzy lata i ta potrzeba nie przemija, natomiast wiesz, że właśnie to MUSISZ robić – no to nie masz wyjścia, musisz to robić!
Thomas Hoepker w Leica Gallery 17 października 2011 / Warszawa / fot.jk

Joanna: Czy pan uczy fotografii? Czego można nauczyć się w tej dziedzinie?

Thomas Hoepker: Nie uczę, czasem zaś prowadzę warsztaty. Uczenie przez robienie. Ja nigdy nie byłem w żadnej szkole fotograficznej, nie miałem żadnych zajęć. Po prostu robiłem zdjęcia. Ciągle jestem amatorem, który biega po okolicy starając się znaleźć zdjęcia na świecie. Strona techniczna jest teraz tak prosta, szczególnie w czasach gdy większość dzieje się automatycznie. Każdy może zrobić z oddali ostre zdjęcie… Jest natomiast kilka innych, ważniejszych czynników. Jednym z nich jest to po co fotografujesz – czy to jest emocjonujące czy nudne, czy to bardzo ciekawy i ważny moment? To wcale nie musi być sensacyjne zdjęcie, może dotyczyć spraw codziennych, choć widzianych inaczej. Na końcu i tak jest dar, możliwość widzenia spraw w specjalny sposób. To posiadanie własnego stylu, jest czymś co tak trudno osiągnąć młodym ludziom. Jednak to jest konieczne by wyjść z tłumu i stać się sławnym – wypracować swój unikalny „charakter pisma” (handwritting). Nie wystarczy do tego po prostu robienie zdjęć ciekawym sytuacjom.

Joanna: Czy mógłby pan wymienić ludzi, którzy pomogli panu wypracować własny styl?


Thomas Hoepker: Bardzo wcześnie widziałem prace znakomitych fotografów, przede wszystkim Roberta Franka. Robert Capa także na mnie wpłynął, choć nie tak znacząco. Nigdy nie byłem fotografem wojennym, to po prostu nie moja sprawa. W każdym razie rozumiem czemu Capa zafascynował tak wielu fotografów. Oczywiście jest jeszcze wielu, wielu kolegów, których dobrze znałem i z którymi pracowałem. Dla Stern robiliśmy zdjęcia wspólnie w dawnych czasach: Robert Lebeck, Stefan Moses, Max Scheler, w pewnym sensie razem wypracowaliśmy styl, czy przynajmniej sposób oglądania świata.

Joanna: A po za fotografią?

Thomas Hoepker: W tym wypadku wraca historia sztuki, ponieważ ciągle lubię spędzać czas na podziwianiu sztuki, chodzeniu do galerii czy na patrzeniu na architekturę. Przez te czynności po prostu „wdychasz” oczami i umysłem zagadkę dobrej kompozycji oraz to co sprawia, że obraz jest interesujący. Światło to jeden z ważniejszych czynników fotografii, ponadto musisz reagować na to co jest w tle, na scenerię. Nawet mi się czasem zdarza wykonać zdjęcie pejzażowe. Jeśli akurat trafiam w jakieś miejsce jako fotoreporter i zauważam ciekawy krajobraz, czuję się zobowiązany by zrobić mu zdjęcie.

Joanna: Dołączenie do Agencji Magnum, bycie jej prezesem czy posada dyrektora artystycznego Stern Magazine - które z tych doświadczeń przyniosło najwięcej satysfakcji?

Thomas Hoepker: Zawsze najbardziej satysfakcjonujące jest robienie zdjęć. Te inne sprawy to takie tory boczne, których czasem używam kiedy zdarza mi się być znudzonym tym co robię. Jeśli wydaje mi się, że kopiuję samego siebie, albo gdy znajduję się w podobnych sytuacjach 3-4-5 razy i przynoszę z nich niemal jednakowe zdjęcia. Staję się powtarzalny. Dlatego właśnie czasem podejmuję się innych zadań. Po części zapewne by sprawdzić swoje możliwości – czy potrafię to zrobić? Zostałem fotoedytorem kiedyś czy nawet dyrektorem artystycznym by usiąść z tej drugiej strony stołu. Bywałem czasem sfrustrowany na redaktorów za to co zrobili moim zdjęciom. Jako fotografowi – zawsze wydaje ci się, że jeśli zdjęcie jest nieużyteczne, to jest to bardzo złe zdjęcie. Musisz postarać się bardziej, potrzebujesz mieć inną fotografię, znacznie lepszą… To właśnie próbowałem zrobić innym fotografom. :)

Joanna: Jakie to uczucie być rozpoznawalnym po zdjęciu, które wykonał pan 10 lat temu, podczas gdy robi pan zdjęcia od połowy wieku?!

Thomas Hoepker: W międzyczasie zrobiłem setki tysięcy zdjęć. Wydaje mi się, że każdy fotograf ma swój co najmniej jeden ‘strzał’ – niektórzy mają ich więcej – takich, które przetrwają. Wiele zdjęć, które się robi są ok. Używa się ich a potem się o nich zapomina. Dziwnie się dzieje z niektórymi zdjęciami, które na szczęście mają trochę dłuższe życie. Mam takich kilka…

Joanna: Znakomitym przykładem jest portret Muhammada Ali.

Thomas Hoepker: Tak, chociaż tu zapewne wiele zależy od tematu, ponieważ Muhammad Ali był wielką postacią. Gdyby to był pan bokser o nazwisku „x”, wówczas samo zdjęcie nie byłoby tak ważne. W tym wypadku wszystko zagrało razem, miałem szczęście robić mu zdjęcia, gdy jeszcze był na początku kariery i przez to pewnie był bardziej otwarty, mogłem się kręcić wokół. Właściwie śledziłem go przez całe tygodnie. Spędzałem z nim czas.
widok wystawy w Leica Gallery / Warszawa / fot.jk
Joanna: Czy jest to pana pierwsza wizyta w Polsce? Wystawa na pewno tak!

Thomas Hoepker: Niezupełnie, byłem kiedyś krótko w Gdańsku w czasach gdy pracowałem we Wschodnich Niemczech w NRD. Niestety nie znam Polski zbyt dobrze, także cieszę się, że mogę tu być chociaż w ciągu tego dnia czy dwu. Chciałbym wrócić na dłużej, słyszałem, że dużo się tu dzieje w dziedzinie fotografii.

Joanna: Chciałabym wrócić do pana doświadczenia jako reżysera filmów dokumentalnych. Pierwszy taki powstał w 1973 roku. Niektórzy widzą właśnie w filmach przyszłość fotoreportażu, w ogóle fotografii…

Thomas Hoepker: Wydaje mi się, że nie można ignorować możliwości tego zawodu. Jeśli mówimy o dziennikarstwie fotograficznym to przecież jednym z jego elementów jest właśnie dziennikarstwo – także można pisać i łączyć tekst ze zdjęciami. Czasem docieram do takiego momentu w życiu, że kiedy wiem jak coś się robi zaczyna mnie to nudzić. Kiedy się szło zrobić portrety uliczne, czego robiło się dawniej mnóstwo, stawało się to w końcu rutyną. Ja byłem zawsze zainteresowany robieniem tego, czego nie mogłem lub nigdy nie robiłem lub po prostu chciałem spróbować czegoś zupełnie innego. Stąd właśnie, w którymś momencie zająłem się robieniem filmów, a w każdym razie reportażem poprzez filmy wideo.

Joanna: Co zatem ma pan w planach?

Thomas Hoepker: Tego nie wiem. Teraz dla odmiany pracuję wstecz. Przeglądam stary materiał i robię wystawy – na przykład takie jak te. Opracowuję książki. To wymaga dystansu do swojej pracy, do zdjęć jakie się robiło 10 czy 20 lat temu. Patrzysz na stare fotografie i nagle odkrywasz, albo jest to praca, którą się lubiło 10 lat temu ale właściwie nie jest taka świetna i ją wyrzucasz, albo odnajdujesz coś, co się pominęło. Takie odkrycie to prawdziwy prezent!

Joanna: Jaki jest pański ulubiony sposób komunikowania się z widzem: poprzez wystawy, książki, filmy czy może publikacje w prasie?

Thomas Hoepker: Jednym z bardziej fascynujących dziś jest właśnie ten ogromny wybór środków i sposobów by dostarczyć zdjęcia publiczności. Kiedy zaczynałem istniała po prostu strona w druku. Teraz ta strona powinna być świetnie zrobiona, są różne formy druku, książki, to może być specjalny rodzaj odbitki, którą się wiesza na ścianie, w dużym rozmiarze, którą można zrobić samemu. Wszystkie prace na tej wystawie zostały zrobione przeze mnie w moim studiu. Możesz także zrobić wideo, w ogóle film – ruchome obrazy. Cała ta wielozadaniowość jest wprost wspaniała. Nie chciałbym rozstrzygać na rzecz tylko jednego wyboru.

Joanna: Czyli gdy robi pan zdjęcie, nie wie jeszcze jak będzie pokazywane?

Thomas Hoepker: Niekoniecznie, bo mogę pogłębić kontekst. Mogę zrobić film z fotografii lub zrobić wystawę czy książkę – albo jeszcze lepiej – wszystko w tym samym czasie.

widok wystawy w Leica Gallery / Warszawa / fot.jk

Joanna: Czy pamięta pan sytuację, w której nie zrobił zdjęcia?

Thomas Hoepker: Tak, chociaż ciężko powiedzieć – oczywiście miałem sytuacje w których mówiłem sobie: „głupio, że nie wziąłem aparatu”, kiedy indziej byłem za późno, innym razem zbyt powolny. To się zdarza ciągle. Chyba nie umiem znaleźć konkretnego przykładu… Może w pewnym sensie taką sytuacją były moje doświadczenia z 11 września. Ponieważ kiedy tam byłem cały czas wydawało mi się, że ominąłem okazję, w końcu nie udało mi się dotrzeć do Ground Zero, do miejsca tej katastrofy. Byłem zmuszony przez wiele czynników do robienia zdjęć z odległości. Dziwne, że to właśnie moje zdjęcie stało się bardziej znane od tych, które zrobiono na miejscu i w ścisłej okolicy. To po prostu niesamowita kombinacja czasu, szczęścia, w ogóle.

Joanna: Powiedział pan kiedyś, przy różnych okazjach dwa zdania, które chciałabym przywołać. Pierwsze gdy tłumaczył pan okoliczności powstania zdjęcia z 11 września: „może to przebiegłe kłamstwo zdjęć migawkowych, które ignorują sekundy przed i po”; oraz drugie: „jestem i zawsze byłem adwokatem spontanicznego i prawdziwego (realistic) fotoreportażu”. Te zdania mają wiele wspólnego, jednak jest między nimi drobna różnica, maleńki kłopot…

Thomas Hoepker: Masz na myśli wyzwanie by zrobić zdjęcie odpowiedniego momentu, które jest równocześnie ładnie skomponowane i ważne?

Joanna: Tak, z jednej strony. Z drugiej zaś chodzi o prawdę: czy zdjęcie spontaniczne oznaczać musi, że jest tylko częściowo prawdziwe?

Thomas Hoepker: Hmmm, prawda to ogromnie trudne do zdefiniowania pojęcie. Wszystko co robiłem w życiu to są same prawdziwe momenty. Rzadko kiedy aranżuję sytuację, oczywiście z wyłączeniem portretów. Kiedy idę do artysty czy pisarza, wtedy proszę - usiądźmy, porozmawiajmy. Ale zawsze staram się uchwycić moment, który jest naturalny. Dlatego niczego nie ustawiam. To wydaje mi się wielkim urokiem fotografii: możesz przeciąć rzeczywistość, to się dzieje tak po prostu – pstryk! Ten uśmiech, który miałaś przed chwilą, to może być dobry moment, to się po prostu zdarza. Żadne inne medium nie potrafi tego dokonać. W chwili gdy coś się zaczyna aranżować – usiądź tu i spójrz tam. Wtedy mijasz się z sensem fotografii!

Joanna: Mam ostatnie pytanie: powiedział pan kiedyś „Nie jestem artystą, jestem twórcą obrazów” (image maker). Jakie to uczucie dziś odwiedzać galerie czy muzea, gdzie prezentowana jest pana twórczość?

Thomas Hoepker: Ciągle nie wydaje mi się, że to jest sztuka. To fotografia. Oczywiście cieszę się z tego. Nie muszę być artystą by tego dokonać. Jeszcze wstydzę się przyznać, że w moich pracach są czasem elementy artystyczne.

Joanna: Kiedy pan zaczynał karierę i uczył się o sztuce, w latach 50’ nikt wówczas nie pokazywał fotografii w muzeach ani galeriach?!

Thomas Hoepker: Bardzo się cieszę, ponieważ chcę zarabiać na fotografii. Po prostu istnieje jeszcze jedna platforma (płaszczyzna?), jest możliwość by pokazywać swoje zdjęcia w galeriach. Może szczęśliwie znajdzie się ktoś, kto będzie chciał kupić pracę, to bardzo miłe. Ponieważ innym miejscem jest praca dla magazynu, kiedy dostaje się pieniądze za wydrukowane zdjęcie. To i tak dziś nie funkcjonuje najlepiej. Tym bardziej cieszę się na nowe rynki dla fotografii.

Joanna: Bardzo panu dziękuję za rozmowę. Życzę panu powrotu do Polski na chwilę dłużej.

Thomas Hoepker: Dziękuję.


 
Thomas Hoepker odwiedził Warszawę by otworzyć wystawę swoich prac z serii “Heartland. An American Roadtrip in 1963” w Leica Gallery /Blue-City/wystawa trwa:  17.10-10.11.2011. Po wystawie będzie można kupić eksponowane zdjęcia. Przeczytaj oficjalny tekst prasowy organizatora.