poniedziałek, 16 października 2017

"Cień fotografa" położony cieniem tłumacza...




Helmut Lethen, Cień fotografa. Obrazy i ich rzeczywistość, wyd. Universitas, Kraków 2016

dla kogo: dla zainteresowanych fotografią, ale w ujęciu głęboko teoretycznym, lubiących gdybać i się zastanawiać; na pewno dla tych, którzy już przeczytali pisma Rolanda Barthesa.

co: to 6 esejów, a właściwie 17 w sześciu "jakby rozdziałach"; bardzo trudno znaleźć jedno hasło wywoławcze na tyle precyzyjne, by powiedzieć - o czym to jest; jest o sztukach wizualnych, Marinie Abramovic, jest o odcisku - rzeźbie Bruce'a Naumana. Jest i o fotografiach, krytyce Barthesa. Jest "zachęcająco" z okładki - mowa o zdjęciach Roberta Capy. Jest trochę o tym, co stoi za obrazem, jest trochę o podwójności obrazu i trochę o odbiorze obrazów. Niejednoznacznie, wielowątkowo, ale nie wyczerpująco. Jest trudno.

Całość ma charakter wysoce erudycyjny, to raczej nie będzie miła lektura do poduszki. Jest to z jednej strony bardzo naukowe dzieło, z rozbudowaną bibliografią, dociekaniami, a z drugiej, czasem mam wrażenie czytania dość lekkich obserwacji natury raczej codziennej.

Nie zamierzam recenzować jakoś wnikliwie. Warto na pewno poczytać. Doczytać o historiach luźno powiązanych z historią fotografii, jakby pobocznie. Szczególnie interesujący jest fragment "Groza w trumnie Królewny Śnieżki". Prawodopodobnie to ważny rozdział dla historyków niemieckich, rozprawia się bowiem Lethen z wystawami na temat zbrodni nazistowskich i odpowiedzialności lub nie w niej ogólnie ujmując - narodu niemieckiego. Zdjęcie, które finalnie jest przywołane, spostrzeżone przez autora w dokumentach prezentowanych na wystawie "Zbrodnie Wehrmachtu" - opowiada tę wielowątkową historię. Co innego widać, co innego wyobraża sobie widz, co innego jest w podpisie. Całą książka jest z grubsza bliżej lub dalej takich sytuacji. Tu jednak - zdjęcie kobiety z chustką na głowie, stojącej po kolana w wodzie - jest chyba najbliżej owej podwójności. Zdjęcia z wakacji nie pokazywano by na takiej wystawie... Łatwo się domyślić, że idzie o inny temat.



Książka erudycyjna, interesująca, dociekająca, autor uhonorowany. Wszystko pięknie. Tu zrobię dłuższą pauzę.
Bo mamy tu kłopot z tłumaczeniem. Czyta się miło, już się wkręca w te dywagacje szalenie naukowe, aż wtem i nagle i znienacka. Zostawiam większe fragmenty, bo  od razu uwydatni się niezwykle kwiecisty język...:

"Capa nie widział, jaki los spotkał odbitki w londyńskim laboratorium." / s.111 - chodzi o słynne przyspieszenie procesu suszenia negatywów Capy w Londynie, podkręcenie piecyka, co skutkowało nieodwracalnym zniszczeniem - negatywów właśnie. gdyby ten los spotkał odbitki, nie byłoby żadnego tematu. niestety "ten" los spotkał negatywy, ergo nie można było odratować zdjęć. zniszczenie odbitki, przy zachowanym negatywie...ah, chyba wszyscy byśmy sobie tego życzyli, żeby tylko odbitki szlag trafiło wtedy.

"Wędrujące przez różne sposoby postrzegania zdjęcie Capy zaczyna wibrować. Powstaje, wchodzi w obieg: uzależnione od nastawienia czasu naświetlania, nacisku kciuka na wyzwalacz, padanie światła..." / s.120 Aż sobie próbowałam wyobrazić Roberta Capę na tej normandzkiej plaży (to jest arcytrudne), więc łatwiejsze zadanie - wyobrazić sobie Capę w warunkach powiedzmy pokojowych jak obraca aparat by kciukiem trafić w wyzwalacz. Jest to możliwe - jeśli podepniemy wężyk... To charakterystyczne działanie dla aparatów ustawionych na statywie, wężyk pozwala nie dotykać aparatu czyli go nie poruszać. Może też kciuk trzymać na spuście w aparacie średnioformatowym, to też mało optymalne. No więc wróćmy na tę plażę... no jakim cudem kciukiem miałby naciskać ten wyzwalacz?

"Przy tym dochodzi tu siłą rzeczy do oddalenia od sytuacji wyjściowej, w której Lange nacisnęła migawkę aparatu, by zatrzymać ślad pojedynczej robotnicy sezonowej w 1936 roku". / s.125 Tego sobie kompletnie wyobrazić nie umiem, by ktokolwiek, nie tylko Dorothea Lange tu fotografująca "Matkę migrującą" miała wciskać migawkę. Naciska się spust migawki. Ah.

"rolny urząd opieki społecznej" / s. 129 - to jest FSA najwyraźniej... Farm Security Administration to problem w tłumaczeniu. Nie było w Polsce nigdy podobnego odpowiednika. Różne były wersje tłumaczenia, najczęściej jednak się pozostawia nazwę oryginalną. Co też zrobiono i w tej publikacji, kawałek dalej. To rozwinięcie miało być chyba takim określeniem bliskoznacznym, no kuriozalnym niestety.

Myślę, że wystarczy. Kwiatków jest więcej. Przeszkadzających i wytrącających z toku myślenia, z podążania za myślą autora. To duży błąd. Książka tłumaczona z języka niemieckiego. Może w tym rzecz? Kciuk nie jest synonimem palca w tym wypadku, ani migawka nie jest synonimem spustu migawki. Tłumaczenie poległo na technicznych wyrażeniach.

Już zupełnie mało ważne, ale jednak załamujące...zabrakło też korekty. Żeby się nazwisko badacza zgadzało z tym w przypisie, no albo w innym przypadku imię do inicjału. Może czepliwość, ale potem być może jakiś student pójdzie do biblioteki szukać książki no i którego autora?

Może nie zniechęciłam do samego końca. Serio kilka ciekawych wątków i rozważań, aż chciałoby się pogłębić pewne tematy.

sobota, 9 września 2017

Tytuł: Takie tam



Tytuł: Takie tam

Hej Krzyś! Co tam? Sorki za list, ale wiesz. Chyba wiesz, mam nadzieję, że wiesz co u nas. Na wszelki wypadek Ci opowiem.
Podjąłeś decyzję. Odszedłeś. Rozwaliłeś system. Zostawiłeś nas ze wszystkim. Wszystkim się wydawało, że już było totalnie OK. Byłeś w Brwinowie, robiłeś tam masę zdjęć. Pisałeś teksty do swojego albumu. Widać było, jak to nakręca pozytywnie. Prowadziłeś warsztaty, rozmawiałeś z ludźmi, uczyłeś. Wcześniej ta wystawa „Niedecydujący moment”. W Starej Galerii ZPAF pobiłeś na zawsze rekord frekwencji na wernisażu. Wtedy, początek 2015, rozmawialiśmy, o wystawie i książce. Byłeś wykończony kolejnym przeglądaniem archiwum, ale efekty uskrzydlały. „Skoro nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa w fotografii, po co mam wydawać teraz album? Bo skoro dojdzie mi jeszcze trochę zdjęć, to może na 50-ciolecie mojej pracy zawodowej. Boże, ludzie tyle nie żyją!” Takie tam, gadanie. Wtedy, kiedy to mówiłeś, potraktowałam to jak przecinek, zebranie myśli przed kolejnym zdaniem. Inaczej to wyglądało po 9 września 2016.
Jeszcze te numery, cyfry, liczby. W pracy licencjackiej mnóstwo liczb i ich symboliki, pomiędzy zdjęciami. Wystawę otwierałeś zawsze trzynastego dnia miesiąca, bo przecież zjechałeś trzynaście wojen. Więc te cyfry, 9.9. Takie Twoje. I biała koszula. I aparat. Potężny obraz. Zrobiłeś ostatnią klatkę. W białej koszuli. Tak Cię poznałam, pewnie inni też. No dobra, była jeszcze ta koszula z zakazem fotografowania. Najczęściej.
Co u nas? Było pożegnanie. Takie na szybko. Kilkadziesiąt zdjęć na 3 dni w galerii. Grzybek złożyła podcast z Twoimi zdjęciami i tekstami. Nie szło wstać od projekcji. Wciskało w krzesło. Nie wiem co bardziej, czy zdjęcia, czy Twój głos, czy przekaz: że bezradność, że beznadzieja. Że zdjęcia nie zmieniły świata. I książka. Teraz wyszła, przed chwilą. Nie na rocznicę, wcześniej. Wreszcie. A pamiętam, że mówiłeś: „Wiadomo, nie napiszę drugiej książki. Album fotograficzny to jeszcze mogę wydać, ale książki już nie napiszę, bo już opisałem te swoje wojny. W związku z tym, chciałem wydusić takiego swojego osobistego maksa, żeby nie poprawiać już tego nigdy więcej, żeby to była skończona historia. I jest skończona.”  
„13 wojen i jedna” była skończona. Skończyło się też to wykańczające tournee po Polsce wtedy, z tymi pytaniami: a jak było w klinice stresu bojowego? Czy się bałeś na wojnie? Ale widać, że nie napisałeś wszystkiego. Tekst kuratorski do swojej wystawy napisałeś sobie sam w trzeciej osobie. Wyjaśniałeś, tłumaczyłeś się. I teraz czytam „Fotografie, które nie zmieniły świata” i znów się tłumaczysz. Że klatkę trzeba zrobić, że zawsze nacisnąć spust migawki. Że nie byłeś hieną ani żadnym sępem. Że przez Twoje zdjęcie opublikowane w gazecie, ktoś posprzątał śmieci z ulicy. Ale że wojny i głód trwają, uchodźcy idą, nie tu, to tam. Twoje fotografie nie zmieniły świata?! Miller!?! Co Ty pieprzysz?! Wiesz ile osób zaczęło fotografować, bo zobaczyło Twój reportaż w „Magazynie” a potem w „Dużym Formacie”? No ja wiem, to nie zawieszenie broni. To kolejny człowiek z aparatem. Ile osób dowiedziało się o tym co fotografowałeś, że istnieje? Ile osób zaczęło czytać, bo zdjęcie nie dawało spokoju? Jakbyś nie wiedział, że się nie czyta komentarzy na forach internetowych.
Pisałeś teksty do zdjęć, myśląc o albumie. Pisałeś i pisałeś. Dodawałeś konteksty. Podrzucałeś te swoje lakoniczne zdania, zabawy słowne. Zero-jedynkowe. Druga pisana książka. Mocna rzecz. Zajebista. Słychać jakbyś to mówił. Nieakademicko. Na medal! Jaką Ty miałeś zawsze jazdę na to „akademickie”. Żeby nie było pod linijkę. Żeby zostało punkowe. Pamiętam jak gadaliśmy o wystawie, że mi się nie podobały ramy, formaty, że z następną wystawą wpraszam się na kuratora i zrobimy dobrze. A Ty swoje, że ma być brudno i chropowato, jak Twoja fotografia. Tak układałeś tę książkę. Rytm jest genialny. Raz bez tchu, pokazujesz syf, jest naprawdę fatalnie. Na następnej stronie żarcik sytuacyjny. Lekko-cieżko, ciężko-kwaśno, i leci opowieść o ludziach. Po prostu, tych których spotkałeś. Okoliczności różne. Zwykłe historie. Ty zawsze znajdowałeś człowieka, w takim tkliwym momencie. Nawet jak uzbrojony, to jakby bezbronny. Zawsze trafiałeś w tę obecność. Zwykłych ludzi. Może merytorycznie to jest historia przez małe „h”. Może i masz rację, że zostali już tylko na Twoich zdjęciach. Że zdjęcia globalnie nie poruszyły. Ale to jest petarda! Te Twoje zdjęcia z 26 lat życia, zewsząd dokąd dotarłeś, i zawsze człowiek. Tkliwy.
Dzięki za tę książkę. Teraz rozumiem więcej. Patrzyłeś tym ludziom w oczy, wtedy kiedy ich spotkałeś. Potem znów patrzyłeś im w oczy po latach, po raz któryś. Pewnie pojawiały się pytania w głowie, jak do dawno niewidzianych znajomych: jak tam u ciebie, żyjesz? Jest OK? Widzisz się z kimś chwilę, czasem dłużej. Robisz zdjęcie. Odchodzisz. Ale masz to zdjęcie. I masz ich oczy.
Teraz rozumiem więcej. Przecież nie siada się z drugim człowiekiem i nagle nie zaczyna rozmowy: co to jest heroizm, co to jest etyka, co się przeżywa tu i tam. Nie mówiłeś z czym wracasz. Napisałeś to raz. Napisałeś to drugi raz. I postawiłeś bardzo dużą kropkę. Zakończyłeś dyskusję.
Książka by Ci się spodobała. Najważniejsze, że jest, wiadomo. Są Twoje teksty. Narracja zasuwa, jak chciałeś. No i jest nieakademicko wydrukowana i złożona. Ja bym powiedziała, że spieprzone są czernie, wyszły rastry. To nie jest ten brud „millerowy”, partyzantka i punkrockowe historie, tylko błędy i niedopatrzenia, tych co powinni się znać, bo Ty nie musisz.
Za chwilę znów Twoja wystawa. Znów w ZPAFie. Ta sama galeria. Tytuł, jak z książki. Potem pewnie znów wystawy, spotkania, promocje książki. Znowu jeździsz. Nie ma pytań z sali. Nam to jest potrzebne, rozumiesz, te wspominania, komemoracje, rocznice, przypomnienia. Wtedy w kościele, kiedy Cię żegnaliśmy, było takie dziwne uczucie, że zaraz, chwila, Krzyś się spóźnia, zaraz wpadnie, bo jeszcze szluga kończy. Rozwaliłeś system.  



Krzysztof Miller (1962-2016) – fotoreporter. Wielokrotny mistrz Polski seniorów w skokach do wody i z wieży. Od 1989 roku związany z „Gazetą Wyborczą”. Był jurorem konkursu World Press Photo. W 2013 opublikował książkę „13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego”. Właśnie nakładem wydawnictwa Agora ukazała się książka nad którą pracował „Fotografie, które nie zmieniły świata”.




poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Bogdan Łopieński, kolekcjoner klatek

Bogdan Łopieński, Warszawa 1962, Moda, sesja mody na stadionie X-lecia / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Odszedł fotograf. Fotoreporter Bogdan Łopieński. Jeden z największych, a przy tym – mam wrażenie – kompletnie nieznany. Biografia wspaniała, długa. Można tutaj przeczytać. "Kolekcjoner kadrów". 
Jak to przy odejściu, trzeba okrągłych słów, pięknych epitetów: wybitny, twórczość bezcenna, itd.
Tymczasem odszedł niedoceniony i niezwykle skromny człowiek. Wystawy indywidualne miał w zasadzie trzy. Jedną o charakterze zbliżonym do retrospektywy: „Czas przeszły dokonany” w Starej ZPAF w 2006. Książki – żadnej. Nie liczymy katalożku do wystawy. Udział w wystawach zbiorowych, jakieś wywiady i rozmowy i to niedawno w 2013 roku.
On doskonale wiedział, że ma dobrze obfotografowane ponad 30 lat PRL’u. Można to było układać miastami, województwami, można było wg portretów i scenek rodzajowych. Morze fotografii. Znakomitej fotografii. Kompletnie nieznanej szerzej.
Na wystawach lubił pokazywać właściwie ten sam „żelazny” zestaw około 30 do 50 zdjęć. Jego archiwum znajduje się w Agencji Fotografów „Forum”. 

Bogdan Łopieński, Warszawa, 19.09.1965. Spotkanie cichociemnych w Klubie Oficerskim Kasyna Garnizonowego z okazji odsłonięcia pomnika cichociemnych na warszawskich Powązkach. N/z Elżbieta Zawacka, jedyna kobieta wśród 316 cichociemnych  / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Wiedziałem, że […] zajmę się fotografią. Chodziłem na wystawy do Warszawskiego Towarzystwa Fotograficznego i do ZPAF. Wtedy to była fotografia – w bardzo dużym skrócie – à la Hartwig. […] Taka była moda. Oczywiście wtedy nie miałem warsztatu ani odpowiedniego aparatu, powiększalnika, umiejętności technicznych. Ale to wszystko jest do nabycia. A ja sobie myślałem, czy potrzeba kolejnego Hartwiga, bo tu takich jest trzydziestu. Czy potrzebny jest trzydziesty pierwszy?  Bardzo mnie interesowało to, co robili fotoreporterzy „Świata”. „Świat” był wtedy bardzo dobrze ilustrowanym pismem. Pracowali tam Sławny, Prażuch, Kosidowski i Jarochowski. Co tydzień kupowałem ten magazyn, interesowało mnie to, co robią tamci. Dlaczego? Jaki jest ich sposób przekazywania informacji? I zacząłem dążyć do tego, żeby robić takie zdjęcia jak oni.  /Łukasz Modelski „Fotobiografia PRL. Opowieści fotografów” wyd. ZNAK, Kraków 2013, s. 160

Bogdan Łopieński, Warszawa, lata 1970te, Erich Honecker, wizyta na warszawskiej Starówce w towarzystwie Józefa Kępy - I sekretarza Komitetu Warszawskiego PZPR  / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Nie znałam dobrze pana Bogdana. Poznałam go (chyba) w 2012 roku, gdy robiliśmy „Fotoikony”. Jedno z jego zdjęć znalazło się w zestawie wystawowym. Pamiętam, że bardzo entuzjastycznie zareagował i chętnie dopowiedział historię, której nie miałabym skąd odkopać.  "Przyspieszajmy obywatele"

Potem spotkaliśmy się w Zachęcie. 2013 – wystawa zbiorowa „Ziemie podwójnie odzyskane”, którą kuratorowała Hanna Wróblewska. Łopieński pokazał tam swoje zdjęcia z I Biennale Form Przestrzennych w Elblągu. Na spotkaniu z publicznością opowiedział o całej karierze. Kilka miesięcy później Łukasz Modelski wydając książkę „Fotobiografia PRL. Opowieści reporterów” przygotował także wystawę w Zachęcie „Czas wolny”. Pamiętam z wtedy rozmowę nad próbkami wydruków zdjęć. Próbki powychodziły kolorowe, chociaż robione ze zdjęć czarno-białych. Nie bardzo to, oczywiście, pasowało panu Bogdanowi, ale wszystko na grzecznie, jakby nie chcąc robić komukolwiek problemu. W końcu poprawiono wszystkie „kolory” i na wystawie było świetnie.
Bogdan Łopieński, Warszawa 12.1970. Wizyta kanclerza RFN Willy Brandta w Polsce i podpisanie układu o normalizacji stosunków pomiędzy Niemcami a Polską. N/z Willy Brandt (z lewej) i Józef Cyrankiewicz podczas konferencji prasowej  / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Wystawa zbiorowa, obok Tadeusza Rolke, Wojciecha Plewińskiego, Jana Morka, Aleksandra Jałosińskiego i Romualda Broniarka – prezentowała w dużym skrócie twórczość każdego fotografa. Z pewnością robiło to wrażenie. Poczucie docenienia i wypowiedzenia się. Pan Bogdan (między innymi) zaczął jednak myśleć o większej, solidniejszej i własnej wystawie. Spytał jednej warszawskiej galerii i dostał nawet wstępny termin. Nic z tego jednak nie wyszło, być może niedogadanie. Niezrażony, elegancko zdeterminowany próbował dalej. Wtedy, rok temu, zadzwonił do mnie. Powiedział, że rozstawił zdjęcia w domu, by można było je obejrzeć i coś wybrać. Czy mogę przyjechać i obejrzeć, bo on jest w rozterce. I w ogóle trudno się w domu poruszać przy tych zdjęciach, zależało mu na czasie.
  
Rozterka... Usłyszał mianowicie, od wizytującego przedstawiciela owej galerii, że te jego prace to jest fotoreportaż. (Wydźwięk lekceważący). Nie dodałam dotąd, że pan Bogdan miał absolutnie niepowtarzalne poczucie humoru. Przez telefon jeszcze naświetlił mi szczegóły: nawet nie wie pani jak mnie to zdumiało. Całe życie robiłem fotoreportaż. A dziś się dowiedziałem, że powinna to być sztuka. Że to tylko fotoreportaż. I jako taki nie nadaje się do pokazania. Że teraz musimy z tego zrobić sztukę. – parafrazuję, bo niestety nie pamiętam dokładnych słów.
Brzmiało trochę przygnębiająco, ale powiedziane w sposób lekki. Śmiał się z tego. Przyjechałam i zrozumiałam, co znaczyło określenie – że zdjęcia utrudniają życie. Stały wszędzie. Leżały wszędzie. Oprócz studia, jeszcze z 5 pomieszczeń dosłownie zajętych przez zdjęcia. Oparte o krzesło, na krześle, na parapecie, pod stołem, na stole, na łóżku, na podłodze, przy drzwiach. Faktycznie – nie da się korzystać z mebli, otworzyć okna czy zamknąć drzwi. Było ich ponad sto. Oprawione, w passepartout. Ramy różne, znać było, że to pokłosie różnych wystaw.

Bogdan Łopieński, Warszawa, 1966 r. Magdalena Zawadzka, aktorka / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Bogdan Łopieński, Stalowa Wola 1968. Dzieci bawią się na osiedlu / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Był gotowy sięgnąć do archiwum, do negatywów, pokazać może i coś, czego jeszcze nie powiększał i nie ma w swoim magazynie. Zaczęłam przeglądać bazę „Forum”. Odnalazłam tam niebywałe kompletnie rzeczy. Klatki, kompozycje, sytuacje. Zachwyt. Ułożyłam propozycję wystawy. Dostałam wolną rękę. Cieszył się wyraźnie, że znalazłam coś, czego nie widział całe dekady i dopytywał czy na pewno mi się to podoba. Pan Bogdan podrzucał informacje biograficzne i trzymał kciuki. Dostałam w innej warszawskiej galerii propozycję pokazania wystawy nieindywidualnej. Zestawienie z innym fotografem epoki bardzo się wszystkim spodobało. I to by było na tyle. Do wystawy nie doszło. Do rozmów o tym, kiedy mogłoby dojść też już nie. Czuję, że zawiodłam. Że pokazując w tym czasie zmarłego dekadę wcześniej amerykańskiego wielkiego (ale na dobrą sprawę też nieznanego) fotografa, odłożyłam na później projekt Łopieńskiego. Mogę robić wiele wymówek, po prostu nie zdążyłam. Nie włożyłam w priorytety. 

Bogdan Łopieński, Raszyn 1966 r. Remont radiostacji raszyńskiej / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Wielkie wrażenie zrobiła na mnie wystawa „Rodzina człowiecza”, zorganizowana przez Edwarda Steichena i pokazana w Warszawie w pięćdziesiątym dziewiątym roku. Tam też był Cartier-Bresson. Postanowiłem wtedy, że będę robić takie zdjęcia, jakie robią ci fotografowie, ci, których widziałem na wystawie. Ale debiut był żenujący. Poszliśmy z Wojtkiem Dymitrowem nad Wisłę. Wojtek chciał zrobić materiał o milicji, która ratuje topielca. Ale nikt jakoś nie chciał wpaść do wody. Więc Wojtek udawał, że się topi, a ja go fotografowałem. I to było moje pierwsze zdjęcie opublikowane w prasie. W „Życiu Warszawy. Łukasz Modelski „Fotobiografia PRL. Opowieści fotografów” wyd. ZNAK, Kraków 2013, s. 161

Bogdan Łopieński, Lata 70. Samochody na tle ruin zamku / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Dość wcześnie zacząłem myśleć, że jeśli moje zdjęcia mają być podobne do tych w „Paris Matchu” czy magazynie „Life”, to nie mogą być wyłącznie takie, jakie chce mieć redaktor naczelny, że to muszą być inne zdjęcia. Więc starałem się tak fotografować. Oczywiście robiłem dla redakcji to, co chcieli, i najlepiej, jak mogłem. Ale zarazem usiłowałem robić takie zdjęcia, które opowiadałyby o PRL-u jakoś prawdziwiej, głębiej. Łukasz Modelski „Fotobiografia PRL. Opowieści fotografów” wyd. ZNAK, Kraków 2013, 169

Bogdan Łopieński, Mongolia, 1969. Nauka fotografowania aparatem dziennikarza z NRD / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Żegnając pana Bogdana, przysięgam sobie, że tę wystawę kiedyś zrobię i pokażę Państwu jak nietuzinkowym, autentycznie wybitnym – fotografem był Łopieński. Że mieliśmy mistrzów tutaj, pod ręką, na żywo. Świadków i uczestników. Znakomitych opowiadaczy historii. Niezwykle wrażliwych wizualnie twórców. Piszę nagle w liczbie mnogiej. Bo tych twórców jest więcej. Którzy ze swoimi archiwami odbijają się od drzwi kolejnych wydawców, od drzwi kolejnych galerii. Jakby ich praca była za mało jakaś, dla jednych za mało „sztuka”, dla innych za mało „znana”.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Łukasza Modelskiego „Fotobiografia PRL. Opowieści fotografów” wyd. ZNAK, Kraków 2013
Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Agencji Fotografów FORUM.

Lata 70. Bogdan Łopieński - dokumenty / dzięki uprzejmości FORUM Polskiej Agencji Fotografów

Bogdan Łopieński, Warszawa 2011, fot. Tomek Kubaczyk / dzięki uprzejmości autora


Lektura uzupełniająca:

Wywiad Iwa Zmyślonego dla Dwutygodnika

Wywiad Magdaleny Komornickiej do gazety towarzyszącej wystawie: „Ziemie podwójnie odzyskane. Bogdan Łopieński, Andrzej Tobis, Krzysztof Żwirblis” w Zachęcie

Rejestracja wideo spotkania autorskiego z Bogdanem Łopieńskim w Zachęcie 


Wypowiedź Bogdana Łopieńskiego „Status fotografa prasowego w latach 60. i 70.” W ramach projektu „Archiwum Historii Mówionej” 

sobota, 25 lutego 2017

Pewniaki i pewność, World Press Photo 2017

An Assassination in Turkey © Burhan Ozbilici, The Associated Press

Wyniki WPP jak nigdy były w tym roku przewidywalne. Zdjęcie roku - idealne zdjęcie, murowany pretendent, robiące wrażenie, zapamiętane i typowane nawet przez ludzi z poza środowiska. Dlaczego zostało zdjęciem roku? Poza domniemaniami snutymi dzień po jego wykonaniu i publikacji – "Zamachowiec z Ankary, zdjęcie idealne" w fotopolis.pl
Jak argumentują wybór jurorzy? Mary F. Calvert: „to była bardzo bardzo trudna decyzja, ale w końcu wydało nam się, że zdjęcie roku to wybuchowy obraz, który opowiada o nienawiści w naszych czasach. Za każdym razem gdy pojawiało się na ekranie, trzeba się było cofnąć, bo jest tak gwałtowny. Zdaliśmy sobie sprawę, że uosabia definicję tego czym powinno być i co ma znaczyć zdjęcie roku World Press Photo”.  Joao Silva dodaje: „Czuję to co się dzieje w Europie, w Stanach, na Bliskim Wschodzie, w Syrii, to zdjęcie właśnie o tym opowiada. Tak wygląda nienawiść.” Zamachowiec z Ankary, poza gigantyczną dawką emocji, jest bezpiecznym zdjęciem. Czytelnym i prostym, przedstawia wręcz modelowo sytuację. A widz? Czyta, ogląda, rozumie w okamgnieniu i jest pewny swoich racji. Jest poruszony, ale nie czuje się winny, jest bezpieczny. Trudno o lepsze zdjęcie w tej roli.


They Are Slaughtering Us Like Animals © Daniel Berehulak, for The New York Times

Drugim pewniakiem, a miałam je trzy w tym roku – był reportaż Daniela Berehulaka „They Are Slaughtering Us Like Animals” wykonany na zlecenie New York Times’a. Zrobił wrażenie w momencie publikacji, po prawdzie nie daje o sobie zapomnieć i dalej to wrażenie robi. Miażdżące. Filipiny w trakcie ostatnich zmian i wojny antynarkotykowej wydanej przez prezydenta Duterte. Berehulak podaje nam na tacy szerszy obraz tych zmian. W wirtuozerski sposób, ale i bezpośredni, ze środka.  Zajął pierwsze miejsce w kategorii „General News”.

Rio's Golden Smile © Kai Oliver Pfaffenbach, Thomson Reuters

Ostatni pewniak, to nieprawdopodobne ujęcie Usaina Bolta. Wiadomo było, że znajdzie się w finale, chociaż trzecie miejsce w pojedynczych zdjęciach w kategorii „Sport” jednak dziwi. Autorem jest Kai Olivier Pfaffenbach, co prawda mógł równie dobrze być to Cameron Spencer, który wykonał niemal identyczną fotografię. Może pamiętacie zestawienie tych dwóch obrazów, przypominające zabawę „znajdź 5 różnic”. Ujęcie mistrzowskie, sytuacja niebywała – 100 metrów, Usain Bolt wyraźnie prowadzi, jeszcze zdąża się odwrócić. A to wszystko w niecałe 10 sekund!

Wyniki WPP w tym roku, podobnie jak w ubiegłym, też są bardzo wprost. Jurorzy stawiają na czytelność, momentalność w odbiorze sytuacji. Oczywiście ogromne emocje: zrozpaczone matki, zakrwawione dzieci, gruzy i katastrofy, kilka piet. Wielokrotnie miałam wrażenie deja vu, chyba najsilniejsze przy zdjęciu Sergeya Ponomareva. Uciekająca z Mosulu rodzina w czarnym aucie, w tle palące się szyby naftowe. A mi przed oczami staje zdjęcie roku WPP z 2007 Spencera Platt’a – czerwone auto w Beirucie z gruzowiskiem w tle. Powtórzeń kompozycyjnych, sytuacji gdzieś już widzianych było w konkursie znacznie więcej.
Iraq's Battle To Reclaim Its Cities © Sergey Ponomarev, for The New York Times

Przemoc i wściekłość, łzy i ogromne emocje wygrywają w tym roku na zdjęciach. Nie pozostawiają nas obojętnymi. Jeśli nie wyciskają z nas łez natychmiast, to przynajmniej wbijają w fotel. Wrzeszczą do nas, czasem w ciut już oklepany sposób. Jest chyba tylko jeden materiał, w którym potrzeba dłuższej chwili by zrozumieć na co patrzymy. Jeden operujący metaforą i niedopowiedzeniem, bardziej kontemplacyjny no i absolutnie wymagający przeczytania podpisu reportaż Michaela Vince Kim’a z Meksyku – pierwsza nagroda w kategorii Ludzie.


Aenikkaeng © Michael Vince Kim 

Przekaz, który w tym roku dają jurorzy WPP fotoreporterom wydaje się brzmieć: opowiadajcie maksymalnie prosto. Nie komplikujcie historii, nie dawajcie widzom się zastanawiać. Nie jest to mój sposób patrzenia na zdjęcia. Dlatego bardziej ujmuje mnie historia opowiedziana przez Mathieu Willcocksa o uchodźcach (trzecia nagroda za reportaż w Spot News) czy Markusa Jokela , który przez 24 lata opowiada o mieszkańcach miasteczka Table Rock w Nebrasce, USA (trzecia nagroda w projektach długoterminowych).

Mediterranean Migration © Mathieu Willcocks 



 Table Rock Nebraska © Markus Jokela, Helsingin Sanomat

Do konkursu stanęło 5034 fotografów, którzy nadesłali 80408 zdjęć. To o siedmiuset fotografów i 2500 zdjęć mniej niż w ubiegłym roku. Nie ma co prorokować na tych liczbach jakiś znaczących spadków popularności, ale to jednak ciekawe, że w czasach rok-rocznego progresu można gdzieś zauważyć jakiś ubytek. Nie ma też jeszcze powodu do paniki ani wskazywania tendencji, z faktu, że drugi raz z rzędu w konkursie nie wygrywa nikt z Polski. Z pewnością nasz brak nie dziwi w konkursie „Digital Storytelling” (dawniej nazywany multimedialnym). Obszerne formy dziennikarskie, połączenie nagrań audio-, wideo- z rejestracją fotograficzną, publikacje internetowe, itd. – wielowątkowe historie, wieloosobowe zespoły  to świat wręcz niedostępny dla polskich mediów. Tymczasem czekamy na październik i nowy konkurs World Press Photo, ten w którym ma panować większa wolność. 


Out Of The Way © Elena Anosova

Cuba On The Edge Of Change © Tomas Munita, for The New York Times

Wróćmy jeszcze do tematu przewodniego, bo dyskusja nad zdjęciem roku była ostra, choć krótkotrwała. Czyżby już znudzenie? Czy już wszyscy powiedzieli co chcieli? Dla mnie kłopotliwe jest zdanie samego jurora głównego Stuarta Franklina. Normalna historia konkursowa brzmi: autor zgłasza zdjęcie, jury wybiera i publikuje wyniki, opowiada o werdykcie. Basta. I potem dyskusja przenosi się szerzej, wypowiadają się specjaliści i autorzy zdjęć, aż wreszcie przysłowiowy Kowalski powie co chce w Internetach albo znajomemu przy kawie. Tymczasem, kiedy my się tu tak gotujemy za lub przeciw, zgadzamy lub oponujemy, wypowiada się główny juror WPP i mówi, że głosował przeciwko Ozbilici, nie chciał tego zdjęcia na podium. Tutaj pełny tekst Franklina dla Guardian 

Argumenty mocne, pojawiające się już w dyskusji po wynikach. „To zdjęcie morderstwa, zabójcy i zabitego, obydwu widać w jednym kadrze i jest moralnie tak samo problematyczne jak opublikowane zdjęcia egzekucji wykonywanych przez terrorystów”. Dalej przytacza przykłady innych sławnych zdjęć, sytuacji, podkreśla zasługi Ozbilici, mówi o innych wynikach. Mi się jednak zdaje to mało czystą sytuacją, gdy główny juror konkursu otwarcie wypowiada się przeciwko swojej robocie tam w obradach. Wynoszenie dyskusji zza zamkniętych drzwi chyba nie jest tutaj konieczne. Ale bardziej, przechodzenie z roli sprawczej w krytyczną przez głównego jurora - nie wydaje mi się zdrowe. Ani dla środowiska, ani dla konkursu.  

wszystkie wyniki na oficjalnej stronie konkursu: World Press Photo


wtorek, 13 grudnia 2016

Utracony świat. Leon Barszczewski fotografem

Igor Strojecki, Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX wiecznej Azji Środkowej, Wydawnictwo Helion, Gliwice 2017 
Taka przypadłość typowo krajowa. Czyż jakaś biografia zapomnianego twórcy mogłaby zaistnieć ot tak, po prostu? Czy zaraz koniecznie musi najpierw narzekać, jaki on bardzo nieznany, oj jak zapomniany, czemuż i dlaczegóż świat nie może uznać? Potrzebne są pomniki i wpisy encyklopedyczne, nazwy ulic i szkół?
Tak jest mniej więcej w książce „Utracony świat” Igora Strojeckiego. Historia rozlicznych podróży po miejscach dalekich, mało znanych, trudno dostępnych. Historia troszkę baśniowa. Bohater plastycznie odmalowany. Wyjątkowy, unikalny! Leon Barszczewski: topograf, geolog, etnograf, archeolog, przyrodnik, glacjolog, badacz kultury Środkowej Azji, pułkownik armii Imperium Rosyjskiego [zawikipedią] No i fotograf! Wykonał porywające zdjęcia z końca XIX wieku, z tychże właśnie podróży po miejscach dalekich, mało znanych i trudno dostępnych. Czyli Samarkandy i okolic. Ileż twarzy, typów, gestów, układów. Fenomenalne zdjęcia. To po kolei…


Podtytuł: „Podróże Leona Barszczewskiego po XIX wiecznej Azji Środkowej”. Mniejszym drukiem, podtytuł podtytułu: „na podstawie wspomnień Jadwigi Barszczewskiej-Michałowskiej”. Tu cały suspens książki, przeoczyłam z początku ten dopisek, a on się okazał kluczowy. Książka zawiera moc przypisów, niczym porządne dzieło naukowe. Gdy okazuje się, że niekoniecznie naukowe, przypisy traktuje się szybko jak odnośniki do wiedzy ogólnej, a gdzie co leży, a jak się dziś nazywa, ile metrów ile kilometrów, i wtem: że pani Jadwiga ubarwiła, a innym razem, że pewnie nie pamięta, plus czasem, że wersja jest mało prawdopodobna. I okazuje się, że w przypisach druga równoległa historia się toczy.
Zawiera ponad tekst główny: podziękowania, słowo wstępne, opinię o bohaterze, suplement, artykuł o strojach, indeks nazwisk, streszczenie angielskie. Przeczytałam wszystko i śmiało polecam czytać od pierwszego rozdziału. Ominiecie w ten sposób litanie i gorzkie żale, dlaczego ten Barszczewski taki zapomniany. [Wrócę do tego wątku niżej.] Brak spisu zdjęć, chociaż poniekąd rozumiem decyzję wydawcy. Gdyż:
Zdjęcia: naliczyłam ich 290, które mogłyby być autorstwa Leona Barszczewskiego, do tego jeszcze z lekko licząc 30 m.in.: rodzice LB, jego nagrobki, oraz ilustracje i mapy, itd. Największe bywają na wielkość strony – 16,5x23,5, najmniejsze, niczym okazalsze znaczki pocztowe – 4x5 cm. I wszystkie…są…w…sepii. Tak, s e p i i. Buro-brązowe. 


Stron: 344. Niemal tyle samo co zdjęć. Cała ta książka ma nieprawdopodobne wrażenie upchnięcia kolanem. To książka do czytania, gdzie zdjęcia pełnią rolę ilustracyjną, więc na przykład zdarzają się takie fragmenty zdjęcia, że tylko kolumna, żeby z boku strony zmieścić. Taki dekor. Reprodukcje listów i zapisek, tak jak z wiśnią na torcie. Przecież nie doczytasz, ale tak widać na przykład charakter pisma. Horror vacui. Ale też rozumiem poniekąd decyzję wydawcy. Gdyby tak uporządkować te zdjęcia, spisać je porządnie, no i wybrać, przebrać, można by swobodnie zrobić dwa tomy.
Dla kogo: każdego kto lubi biografie i pamiętniki. Ta książka łączy realia z baśnią. Nie tylko nawet, że postać głównego bohatera udramatyzowana, ale i wyniesiona na piedestał. Tylko, że strasznie trudno się odnaleźć w wiorstach między kiszłakami, wśród „półdzikich plemion”, kiedy nie bardzo wiadomo też kto to jest „bek” a kto nie. Przypisy nie od razu idą na ratunek i przemianowują zdawkowo na kilometry czy kilogramy. Rozumiem, że system metryczny, nazywanie kiszłaków po prostu wioskami, odarłoby świat z utracenia, przeniósłby historię z baśni bardziej w realia. Dalej publikacja jest z pewnością dla miłośników gór i geografii jako takiej. Jest też o obcych kulturach, trochę antropologii w ujęciu kolonizatorskim, przemyka też czasem wielka historia.

Autor: jest prawnukiem Leona Barszczewskiego. Autor tekstów, varsavianista, zajmuje się genealogią (jak podkreślono: amatorsko). Nadto w książce wykazuje ogromne zacięcie geograficzne, wymienia nazwy za nazwami. Czy to córka Barszczewskiego tyleż ich zapamiętała? Czy zostały uzupełnione? Dość, że bardzo trudno się w tym połapać. 


Podróże, historie, obcy świat, dawno temu, świetnie! Wdrożenie się w styl opowiadania, daleki od reportażu, z brakiem wyjaśnień, niczym szyfrem popełniony – było trudne. Osobliwy język, często okrągłe i poetycznie brzmiące zdania. „Stęskniony powrócił”, „konie, jakby przeczuwając grożące niebezpieczeństwo, pędziły co tchu”, „życiodajna roślina”, „po raz pierwszy poznał groźną potęgę olbrzymich gór, wobec których poczuł się mały i słaby”… Ale mnie i tak najbardziej interesują zdjęcia. Jest ich oczywiście za dużo, są fatalnie wydrukowane [nie trzeba pobrązowiać zdjęć z XIX wieku, żeby wyglądały na stare, serio], są kuriozalnie czasem podpisane. Ale one są zjawiskowe i wygrywają wszystko. WSZYSTKO!
Leon Barszczewski podczas swoich podróży w okolice Samarkandy zawsze zabierał aparat. W mieście też fotografował. Szczegółów tych czynności nie znamy. Gdzieś tam przewija się, że zdjęcia na szkle, a raz, gdy ruszał na wyprawę z profesorem Lipskim, wzięli ze sobą także kieszonkowy aparat. „Pod jego [przewodnika wyprawy] opiekę oddano dwa aparaty fotograficzne ekspedycji: ten przekazany przez Towarzystwo Geograficzne i prywatny Barszczewskiego z kliszami o wymiarach 18x24 centymetry”. I jeszcze warty uwagi przypis: „Władimir Lipski na tę wyprawę zaopatrzył się w 12 tuzinów szklanych negatywów firmy Ilford, błony fotograficzne firmy Secco-film oraz kieszonkowy aparat Pocket Kodak.” [s. 193] I to tyle na temat techniki i robieniu zdjęć  w całej książce. Jest czasem o tym, że ktoś nie chce być fotografowany itd. Ale nawet w „suplemencie” – czyli zbiorze 24 zdjęć opisywanych przez Barszczewskiego na potrzeby druku w prasie – nie ma mowy o tym jak zdjęcia powstały, przy jakim i czego użyciu.
Wspomniana wyprawa miała miejsce od maja do sierpnia 1896 roku. Lipski zaopatrzył się na nią w nowinkę techniczną – poczet Kodak wprowadzony do użytku w lipcu 1895 roku. Barszczewski fotografował chyba od samego przyjazdu do Samarkandy w 1876. Na czym? Nie wiemy. Czy zmieniał technikę? Raczej musiał. A przynajmniej materiały.

Podpisy zdjęć są co najmniej dziwne. Część w cudzysłowach, a zatem cytaty. Lecz kto je opisał? Pozostałe bardzo lakonicznie. Żadnej próby datacji. A to dwadzieścia lat robienia zdjęć. Wykonano natomiast próbę dopasowania przynajmniej kilku ujęć do nazw wspomnianych w tekście.
Ale wygrywają wszystko. A zatem spójrzmy. Większość zdjęć to krajobrazy i układy grupowe. Pojawiają się portrety. Wszystkie wspaniale zamyślone i zapatrzone gdzieś twarze. Bywa, że Barszczewski pojawia się w kadrze. Kto robił zdjęcia? Może przewodnik Barszczewskiego – Jakub? Ponoć po kilkunastu latach towarzyszenia wyrobił się. Wracamy do obrazów. Niektóre zdjęcia idealnie ostre. Inne – zdradzają dłuższy czas naświetlania, kiedy widać nie wszyscy pozujący zrozumieli, że mają się nie poruszyć. Najbardziej przykuwają te zdjęcia, gdy za grupą ktoś trzyma tło. Albo kilka osób poruszy się nagle. Albo jak oczy zamknie.
Fascynujące są zdjęcia układane. Z pomysłem. Oto na kładce nad wąwozem, uskokiem. Widać, że droga wiedzie tędy właśnie. I jak się to odbyło? Barszczewski wypatrzył miejsce na aparat? Zbiegł na dół, rozstawiając sprzęt. Czy w trakcie postoju ustawiono scenę? Albo ten kurchan – sam w sobie już ciekawy. Historia jego usypania dwukrotnie pojawiła się w tekście książki, owszem zapadająca w pamięć. Ale zdjęcie! Sam kurhan na zdjęciu trudny byłby do porównania, brakuje punktu odniesienia, skali. Często przecież wstawiano w kadr człowieka, żeby tę skalę łatwo było i momentalnie uchwycić. Ale tutaj nie, nie, że człowiek w kadrze. Jeźdźcy, jeden za drugim, nienaturalnie blisko, pozujący w profilu.

Zdarzają się też wyjątkowe kadry. Tak jak ta grupa stojąca tyłem. Jakby złapane w ruchu, niechcący zdjęcie. Tych "niepozowanych" jest zaledwie kilka. Tak samo jak zdjęć kobiet. W tekście jest kilka opowieści jak Barszczewski próbował poznać kulturę, uszanować panujące zasady. Ale też jak próbował czasem zdjęcia twarzy kobiet zrobić.


Są wreszcie ujęcia rodziny, te siłą rzeczy mniej przykuwają wzrok. Bo tak zwykle wyglądają w porównaniu z tym "utraconym" i egzotycznym światem. Chyba, że taki piknik, w samym centrum Samarkandy. Kocyk niczym na trawce zielonej. 
Zastanawiające są autoportrety Barszczewskiego. Część z nich - klasycznie - ja na wycieczce. Podróżnik w niesamowitych okolicznościach przyrody. Stoi i podziwia, siedzi w grupie tubylców, płucze złoto, itd. Zaplanowany i ustawiony.

 

Barszczewski wielkim fotografem był. To nie podlega dyskusji. Znakomite kadry, wyszukane, z pomysłem. Nie idzie tylko o odkrycie obcego świata. Widoki, których nikt wcześniej nie zdjął. Owszem, pionier, odkrywca, wielki podróżnik. W książce postawiono na wspominanie jego wędrówek, gdzie fotografia tylko ułatwia nam poczucie w tym obcym świecie. Po lekturze suplementu - gdzie sam Barszczewski dodaje historii do zdjęć, można łatwo określić jaką rolę pełniły dla niego te obrazy. Poświadczał swoje opowieści, dokumentował podróże. Ale w zdjęciach jest coś więcej jeszcze. Jest owa umiejętność i oko. Jest zabawa i wirtuozeria. Tak charakterystyczna dla amatora pasja, możliwość uwiedzenia widza obrazem, konceptem.



Dlatego lepiej pominąć utyskiwania z pierwszych stron książki. Że taki niedoceniony, nieodkryty sam, nie przyznano mu miejsca należnego. Sam autor mówi o wieloletnich próbach przywracania pamięci o podróżniku i jego dorobku. Ponad 70 wystaw w ostatniej dekadzie i popularyzowanie jego zdjęć na pudełkach zapałek i opakowaniach krówek. Tak. Serio. Aż zacytuję: "jego zdjęcia reprodukowałem na kalendarzykach listkowych, pocztówkach, opakowaniach zapałczanych, żetonach, a nawet na opakowaniach krówek. Mam nadzieję, iż dzięki tym wszystkim różnorodnym działaniom udało się odkryć Leona Barszczewskiego dla współczesnego świata". [s.9].
Nie chciałabym podcinać skrzydeł spadkobiercy i obcesowo mówić: nie tędy droga. Ale tak długo jak nie zdecyduje się prawnuk na to, którą konkretnie działalność pradziadka promować, to się chyba na poważnie nie uda. Zdjęcia wygrały dla mnie wszystkie niedoskonałości opracowania, bo zdjęcia są porywające. Nawet tak wydrukowane, nawet tak nieopisane, powtarzane i kadrowane bez głowy (raz pion, raz poziom,itd). Nie powinny być na krówkach ani innych gadżetach. Wyobrażam sobie, że mamy tu własnego Fentona (tylko bez wojny w tle), swojego kolejnego Michała Greima, tylko fotografującego daleko dalej, amatorską wersję Bronisława Malinowskiego - amatorską antropologicznie, ale zdecydowanie lepszego fotografa. I tak dalej można wymieniać.
Może trzeba Barszczewskiego pokazać wśród odkrywanych fotografów końca XIX wieku i pierwszych dekad XX? Chciałabym wpatrzeć się w te zdjęcia, te twarze i gesty. Zobaczyć to dobrze wydrukowane w książce czy na wystawie. Ale bez udawania, że to ma funkcjonować jak w wtedy, gdy robił te ujęcia. Bo kiedy je robił, to pokazywał najbliższym, raz pokazał na dużej wystawie w Warszawie, kilka razy w prasie. Etnograficznie i krajobrazowo. A tu trzeba fotograficznie, żeby sam obraz nas uwiódł. Poczekam, będę wypatrywać.

więcej:
Leon Barszczewski w National Geographic
o jednej z wystaw Barszczewskiego: Muzeum Tatrzańskie