wtorek, 13 stycznia 2026

Niby ta sama fotografia


Niby ta sama dziedzina, bo to ciągle fotografia. Ta sama, o której się wypowiadam od lat. Grzebię w jej historii. Zmieniam albo nadaję kolejność obrazów. Obraz jak obraz. Zdjęcie jak zdjęcie. Ale jednak inaczej.

Inaczej się patrzy mając z tyłu głowy kontekst. Nic nadzwyczajnego, proste i oczywiste stwierdzenie. Przy edycji do książki, przy tworzeniu wystawy, przy opracowaniu zbioru zdjęć do jakiegokolwiek celu - no oczywiście, że kontekst robi wszystko. Kierunkuje albo oko albo myśli. Wskazuje i podkreśla znaczenia. Tworzy te znaczenia i połączenia. No przecież!

Archiwum dziadka. Ileż to razy ktoś mi opowiadał albo pokazał archiwum rodzinne - z pytaniem czy to coś warte, czy dobre. A przecież zawsze warte i taka zwykle jest moja odpowiedź i nawet nie muszę patrzeć w zawartość. Dopiero dalej - czy historycznie i uniwersalnie dobre, czy ważne dla szerszej społeczności - to mogę zaglądać i oceniać na zimno. 


I tak spróbowałam zajrzeć w archiwum dziadka. Właściwie to już kolejny negatyw wyszedł ze skanera. Fajne, ważne. Czy historycznie istotne? Zasadniczo - nie. Jasne, klatki poza rodzinne - z odwiedzanych miejsc, ciekawe, bo to jednak szmat czasu minął i miejsca wyglądają inaczej. Ale to nie jest żaden Hartwig. To są zdjęcia amatora, w tym najlepszym rozumieniu tego słowa. Kochał robić zdjęcia. Ewidentnie, widze to po stykówkach. I robił to po swojemu, po inżyniersku i tylko czasem pozwalał sobie na fantazję i eksperymenty.

Najczęściej negatywy są opisane. Po inżyniersku właśnie. I to sprytnie opisane. Bo pod skrótem "zak." - jest dzienna data kiedy powstało ostatnie zdjęcie z rolki. Dzięki dziadku za exif! On nabierze jeszcze znaczenia i "kolorów" kiedy zeskanuję wszystko, poukładam wtedy latami i zobaczę ile tych negatywów rocznie robił. Bo chyba trochę robił. 




 


Wakacje, wyjazdy, zawsze z aparatem. Imprezy rodzinne. Ciocia, wujek, drugi wujek, druga ciocia, najstarszy kuzyn. Tata nie tak często, nawet kilka razy zobaczyłam mamę. No i babcia! Oj, babci dużo. Za stołem, z gośćmi, na wycieczce, pod choinką, na plaży. Z ciocią i wujkiem, ależ ile razy solo. Babci najwięcej. Gości wiele, rozpoznaję tylko siostrę babci i zaprzyjaźnionych sąsiadów dziadków.

Taras! No legendarny taras na Boya. Kolejne pokolenia uczyły się tam jeździć na rowerze. Widok w miarę niezmienny. Mnóstwo Warszawy, Starówki, Mokotowa i Śródmieścia. Trochę podwarszawskich miejscowości. No i architektura spotkana na wakacjach. Pasjami. Do tego fotografowanie kwiatów. Architekturę i kwiaty dziadek zbierał na pocztówkach. I kiedy mówię zbierał, to z podkreśleniem mówię. Posegregowane zostały - wg typów, nazw miejscowości. Ukochane Tatry miały swoje pudełko. Widzę tę zbieżność, taki mój kontekst.

Patrzę na to archiwum, to ciągle fotografia, więc obraz obrazem, prawda? Ale nie mogę - mimo aury za oknem - nabrać zimnego dystansu. Przecież to archiwum jest mi bliskie. Rozpoznaję ludzi na zdjęciach. Czasem trzeba o coś dopytać. Kiedy zaczynam patrzeć na jakąś klatkę i nawet pozwalam sobie myślami odlecieć w wyobrażenia, mam za moment ciocię, która serdecznie dziękuje za uzupełnienie luki i powrót do dawnych lat. No właśnie tu nie trzeba nic dopowiadać sobie, wymyślać, bo to wszystko ma niezatarte jeszcze połączenia.

Nie jestem jednak tak po prostu historykiem tutaj. I być nie mogę. Może jeszcze nie. Mam nadzieję, w każdym razie, że kiedyś tam dotrę. Na razie cieszą mnie takie drobiazgi - jak opis rolki. "Oleńka" na przykład, a jak mnie to zdziwiło zupełnie za pierwszym razem. Kim jest Oleńka? Zajęło to chwilę, żeby ogarnąć, że chodzi o babcię. 



A, bo to istotne, że słabo się z dziadkiem znaliśmy. Zmarł chwilę po moich 14tych urodzinach. Nigdy z nim nie przebywałam 1:1, a jak były rodzinne imprezy, to dziadek głównie w kuchni. Nie widziałam (za swojej świadomości) go nigdy z aparatem. Więcej informacji miewam o autorach, którymi zajmuję się "zawodowo" - a to biogramy, a to czasem i książki, wspomnienia, artykuły, albo rozmowy. A "niezawodowo" - czyli na przykład z tych wszystkich zdjęć anonimów, starych zdjęć, które mam w kolekcji - przypadkowej proweniencji - tam mogę wymyślać, domyślać się, czasem próbuję określić gdzie i kiedy. Tu mam luksus - wiem gdzie (bo dziadek pieczołowicie opisywał nawet po konkretnych dolinach w Tatrach), wiem kiedy (no nawet jak negatyw nieopisany, to zakres lat jest naprawdę prosty), wiem kto - albo kogo dopytać, po te rzeczy, których brakuje. Mogę w sumie zgadywać tylko - dlaczego zrobił takie akurat ujęcie. 

Bez obaw, nie będziemy zmieniać historii fotografii. To nie jest materiał ani na książkę ani na wystawę. Może jednak się zdarzyć, że nie wytrzymam i coś z zachwytem pokażę. Raczej nie gości przy stole czy babcię w kostiumie na plaży (ale figura i stylówa!). Teoria Barthesowskigo "punctum" mi się rozlatuje tutaj, bo mam jej oznaki już nawet na podpisach osłonek, albo kolejności zdjęć na stykówce.

Niby ta sama fotografia, a jednak ani pobawić w historyka fotografii, ani w amatorkę archiwów. Cieszy ogromnie, gdy widzę eksperyment, opisany dumnie na osłonce negatywu - "Księżyc przez lunetę >>w teleobiektywie<<". I nic to, że jest jak strasznie nieudany, ledwo widać. Wartość dla świata - na minusie. Wartość dla rodziny - pewnie bliska zeru. A ja sprawdzam w historii lądowań na Księżycu daty, czy to wtedy była tam załoga któregoś Apollo. Tyle mogę sobie wyobrażać i puszczać fantazję. "Zak." dwa tygodnie po wodowaniu Apollo 15, czyli mogło być, moooogłooo byyyyć! 


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz