Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisać o fotografii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisać o fotografii. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 stycznia 2026

Niby ta sama fotografia


Niby ta sama dziedzina, bo to ciągle fotografia. Ta sama, o której się wypowiadam od lat. Grzebię w jej historii. Zmieniam albo nadaję kolejność obrazów. Obraz jak obraz. Zdjęcie jak zdjęcie. Ale jednak inaczej.

Inaczej się patrzy mając z tyłu głowy kontekst. Nic nadzwyczajnego, proste i oczywiste stwierdzenie. Przy edycji do książki, przy tworzeniu wystawy, przy opracowaniu zbioru zdjęć do jakiegokolwiek celu - no oczywiście, że kontekst robi wszystko. Kierunkuje albo oko albo myśli. Wskazuje i podkreśla znaczenia. Tworzy te znaczenia i połączenia. No przecież!

Archiwum dziadka. Ileż to razy ktoś mi opowiadał albo pokazał archiwum rodzinne - z pytaniem czy to coś warte, czy dobre. A przecież zawsze warte i taka zwykle jest moja odpowiedź i nawet nie muszę patrzeć w zawartość. Dopiero dalej - czy historycznie i uniwersalnie dobre, czy ważne dla szerszej społeczności - to mogę zaglądać i oceniać na zimno. 


I tak spróbowałam zajrzeć w archiwum dziadka. Właściwie to już kolejny negatyw wyszedł ze skanera. Fajne, ważne. Czy historycznie istotne? Zasadniczo - nie. Jasne, klatki poza rodzinne - z odwiedzanych miejsc, ciekawe, bo to jednak szmat czasu minął i miejsca wyglądają inaczej. Ale to nie jest żaden Hartwig. To są zdjęcia amatora, w tym najlepszym rozumieniu tego słowa. Kochał robić zdjęcia. Ewidentnie, widze to po stykówkach. I robił to po swojemu, po inżyniersku i tylko czasem pozwalał sobie na fantazję i eksperymenty.

Najczęściej negatywy są opisane. Po inżyniersku właśnie. I to sprytnie opisane. Bo pod skrótem "zak." - jest dzienna data kiedy powstało ostatnie zdjęcie z rolki. Dzięki dziadku za exif! On nabierze jeszcze znaczenia i "kolorów" kiedy zeskanuję wszystko, poukładam wtedy latami i zobaczę ile tych negatywów rocznie robił. Bo chyba trochę robił. 




 


Wakacje, wyjazdy, zawsze z aparatem. Imprezy rodzinne. Ciocia, wujek, drugi wujek, druga ciocia, najstarszy kuzyn. Tata nie tak często, nawet kilka razy zobaczyłam mamę. No i babcia! Oj, babci dużo. Za stołem, z gośćmi, na wycieczce, pod choinką, na plaży. Z ciocią i wujkiem, ależ ile razy solo. Babci najwięcej. Gości wiele, rozpoznaję tylko siostrę babci i zaprzyjaźnionych sąsiadów dziadków.

Taras! No legendarny taras na Boya. Kolejne pokolenia uczyły się tam jeździć na rowerze. Widok w miarę niezmienny. Mnóstwo Warszawy, Starówki, Mokotowa i Śródmieścia. Trochę podwarszawskich miejscowości. No i architektura spotkana na wakacjach. Pasjami. Do tego fotografowanie kwiatów. Architekturę i kwiaty dziadek zbierał na pocztówkach. I kiedy mówię zbierał, to z podkreśleniem mówię. Posegregowane zostały - wg typów, nazw miejscowości. Ukochane Tatry miały swoje pudełko. Widzę tę zbieżność, taki mój kontekst.

Patrzę na to archiwum, to ciągle fotografia, więc obraz obrazem, prawda? Ale nie mogę - mimo aury za oknem - nabrać zimnego dystansu. Przecież to archiwum jest mi bliskie. Rozpoznaję ludzi na zdjęciach. Czasem trzeba o coś dopytać. Kiedy zaczynam patrzeć na jakąś klatkę i nawet pozwalam sobie myślami odlecieć w wyobrażenia, mam za moment ciocię, która serdecznie dziękuje za uzupełnienie luki i powrót do dawnych lat. No właśnie tu nie trzeba nic dopowiadać sobie, wymyślać, bo to wszystko ma niezatarte jeszcze połączenia.

Nie jestem jednak tak po prostu historykiem tutaj. I być nie mogę. Może jeszcze nie. Mam nadzieję, w każdym razie, że kiedyś tam dotrę. Na razie cieszą mnie takie drobiazgi - jak opis rolki. "Oleńka" na przykład, a jak mnie to zdziwiło zupełnie za pierwszym razem. Kim jest Oleńka? Zajęło to chwilę, żeby ogarnąć, że chodzi o babcię. 



A, bo to istotne, że słabo się z dziadkiem znaliśmy. Zmarł chwilę po moich 14tych urodzinach. Nigdy z nim nie przebywałam 1:1, a jak były rodzinne imprezy, to dziadek głównie w kuchni. Nie widziałam (za swojej świadomości) go nigdy z aparatem. Więcej informacji miewam o autorach, którymi zajmuję się "zawodowo" - a to biogramy, a to czasem i książki, wspomnienia, artykuły, albo rozmowy. A "niezawodowo" - czyli na przykład z tych wszystkich zdjęć anonimów, starych zdjęć, które mam w kolekcji - przypadkowej proweniencji - tam mogę wymyślać, domyślać się, czasem próbuję określić gdzie i kiedy. Tu mam luksus - wiem gdzie (bo dziadek pieczołowicie opisywał nawet po konkretnych dolinach w Tatrach), wiem kiedy (no nawet jak negatyw nieopisany, to zakres lat jest naprawdę prosty), wiem kto - albo kogo dopytać, po te rzeczy, których brakuje. Mogę w sumie zgadywać tylko - dlaczego zrobił takie akurat ujęcie. 

Bez obaw, nie będziemy zmieniać historii fotografii. To nie jest materiał ani na książkę ani na wystawę. Może jednak się zdarzyć, że nie wytrzymam i coś z zachwytem pokażę. Raczej nie gości przy stole czy babcię w kostiumie na plaży (ale figura i stylówa!). Teoria Barthesowskigo "punctum" mi się rozlatuje tutaj, bo mam jej oznaki już nawet na podpisach osłonek, albo kolejności zdjęć na stykówce.

Niby ta sama fotografia, a jednak ani pobawić w historyka fotografii, ani w amatorkę archiwów. Cieszy ogromnie, gdy widzę eksperyment, opisany dumnie na osłonce negatywu - "Księżyc przez lunetę >>w teleobiektywie<<". I nic to, że jest jak strasznie nieudany, ledwo widać. Wartość dla świata - na minusie. Wartość dla rodziny - pewnie bliska zeru. A ja sprawdzam w historii lądowań na Księżycu daty, czy to wtedy była tam załoga któregoś Apollo. Tyle mogę sobie wyobrażać i puszczać fantazję. "Zak." dwa tygodnie po wodowaniu Apollo 15, czyli mogło być, moooogłooo byyyyć! 


 

wtorek, 6 stycznia 2026

Znowu Hidden mother i inne historie

 


Przyszły "nowe" zdjęcia. Coś, co najpierw było na ekranie, jako skany, teraz zmaterializowało się w rękach. Bo przecież chodzi o oryginały. O dotknięcie i obejrzenie. No a właśnie, skoro obejrzenie, to znowu skaner. Bo na skanach widać więcej. 

Motyw "Hidden mother" mogłam widzieć raz, a raz podejrzewać. A jednak 100% trafienia! W jednym widać rękę wyraźnie, w drugim to mogła być plama na powierzchni zdjęcia, albo jakieś odbarwienie, a na szczęście jest guzikiem. Więc dwie "schowane matki". Tak się ten motyw nazywa i kropka. Wbrew trochę logice czy prawdopodobieństwu. 

Najczęściej widać tylko kawalątek postaci kobiecej. Bo to zawsze jest kobieta. (Poprawcie mnie jeśli znacie przykład z mężczyzną?) A to suknia zdradza, a to kawałek mankietu, czasem widać rękę. Zdarza się, że widać kawałek głowy, jakby zniecierpliwionej i zaciekawionej. Kobieta jest po to w zdjęciu - czy raczej poza zdjęciem - żeby trzymać dziecko nieruchomo do fotografii. Szczególnie malutkie, niesamodzielne. No w sumie, pełni funkcję mebla. Narzędzia. W żadnym jednak wypadku tła, ma jej nie być. Stąd uporczywe próby chowania i stąd nazwa motywu.

No a czy to matka? Pełno jest portretów rodzinnych, kiedy to rodzice trzymają dziecko. Okazują. Badań nie robiłam, statystyki nie prowadzę, wydaje mi się zaś, że zarówno panie jak i panowie te dzieci trzymają. Nic nadzwyczajnego się tu nie zdarza. Czemu zatem kobietę trzymającą dziecko tak bezpardonowo się wyrzuca ze zdjęcia? I tu oczywiście mnóstwo pytań i domysłów. 

O motywie trochę pisałam, omg, ile lat temu (?!), bo temat fascynujący i ciągle zagadkowy. Owszem - opracowany nawet. 

miejsce fotografii: schować matkę!

miejsce fotografii: Schowana matka / książka

miejsce fotografii: akuku! /schować matkę (cd)

Skoro mamy już to, to może i zdjęcia. 

Gabriel Blaise, Portret dziecka z motywem 'Hidden mother', Tours / z kolekcji JK

Nieznany autor, Portret dziecka z motywem 'Hidden mother' / z kolekcji JK



Radość oczywiście ogromna, że powiększa się zasób przykładów. Własnych przykładów. Radość radością, a pytania się mnożą. A stąd ścieżki prowadzą dwie. Zacznę od pierwszej. Od zdjęcia z anonimowego zakładu. Ten pomarańczowy wręcz kartonik. W internetach tego nie widać, na reprodukcjach słabo wychodzi. Ale ten owal, proszę mi wierzyć, jest wypukły. To oznacza, że rewers jest wklęsły. Awers jeszcze polakierowany, dokładnie w obrysie owalu. Pewnie opcja "na bogato". Bo też różne zakłady miały różne możliwości, różne także mody panowały. Kartoniki można było dodatkowo dekorować. A to brzegi, a to kolor, pazłotka, i inne. Mógł być lakier, mógł być wykrój na tymże kartoniku różny. Nie trafiłam wcześniej, albo się nad tym nie zastanawiałam w szczegółach wcześniej. Grunt, że ten lakier i ta wypukłość, tak wyraźnie poprowadzona - wzbudziła zainteresowanie. 
Zaraz obok, w zupełnie losowo wybranym zestawie zdjęć, znalazłam jeszcze dwa przykłady takiego lakieru. A jeden - mimo różnicy w kształcie - podobnie wypukły. 
G. Hotz, Portret dziecka stojącego na krześle, Rouen / z kolekcji JK

W obydwu tych wypadkach ta wypukłość jest znaczna. Mamy kartonik i na nim naklejone zdjęcie. Gruby papier. I kartonik. I to razem jest wyciśnięte i bardzo wyraźne. Lakier w tym drugim ujęciu został położony nierówno (widać czarną kreskę w prawym górnym rogu). Może to i motyw częsty, a ja nie byłam go świadoma. Może celował w nim akurat zakład pana Hotz'a z Rouen? A wtedy może mam autora zdjęcia wcześniejszego? Nie dowiem się nigdy. 
Tymczasem sprawdzam, co tam świat wie o G. Hotz'u. Sam zostawił adres na pieczęci, może niespecjalnie wszystko czytelne, ale wystarczające. 56 Rue Joanna d'Arc w Rouen. Cudownie, że można popatrzeć od razu jak to dziś wygląda w mapach. Śladu nie ma po zakładzie fotograficznym. 

W internecie zaś ślad po fotografie Hotz'u jest i to potrójny. Louis (ur 1848 w Toulon, zm. 1888),  Nicolas Georges (ur. 1861 w Toulon; nie wiadomo kiedy zmarł) i Georges Maurice Charles (ur. 1884 w Rouen; zm. 1953). Zacznijmy od najstarszego - Louisa - który z cała pewnością nie jest autorem. Miał swój zakład w Toulon a potem w Marsylii. Za to okazuje się, to on nauczył młodszego brata fachu  - czyli Nicolasa Georges'a. Ten miał kilka zakładów, ale Rouen i dokładny adres zgadzają się z pieczątką. Co więcej, nieczytelność pieczątki przestaje być kłopotem - jest tam w pierwszym wierszu napisane: wielki fotograf paryski (Grande Photographe Parisienne) - jak mówią internety. Do niego wrócimy jeszcze. Tymczasem syn jego - Georges Maurice Charles - też został fotografem, podpisywał się jednak "M. Hotz", mimo pierwszego imienia. 
Autor zdjęcia, fotograf z Rouen, ale także z Toulon, a potem również z Chambery, Corbeil i w końcu z Paryża. Czemu on taki "paryski" był od początku? Może większe słowo robiło robotę jak o "niemieckiej chemii"? Ale co w tym Paryżu, internety mówią?! Data jego zejścia nie jest znana, lecz jeszcze wyraźny i głośny ślad zostawia właśnie w Paryżu w 1927 roku kiedy się żeni po raz wtóry, oraz w 1929 kiedy wdaje się w morderstwo. Sześdziesięcioletni fotograf swoją czwartą żonę znajduje poprzez anons w gazecie. Po dwóch miesiącach od spotkania, biorą ślub. Wdowa Thomasson najwyraźniej majętna sprawia, że Hotz rozleniwia się zupełnie i porzuca fotografię, zamyka zakład i odtąd żyje z utrzymania żony. Tej przestaje się to podobać już po dwóch latach i wnosi o rozwód. W trakcie awantury rodzinnej Georges strzela do "niebawem rozwódki". Żona umiera chwilę później w szpitalu. Wdowiec zostaje ujęty, a następnie skazany - ze względu na łagodzące okoliczności - tylko na dwa lata więzienia. Na doniesieniach prasowych z procesu w styczniu 1930 roku ślad Georgesa się urywa. 
Gdzie też można zabrnąć oglądając stare zdjęcia dzieci? Tymczasem zastanawiam się, czy na którymś z nich nie ma przypadkiem syna fotografa? 

A wracając do schowanej matki. Teraz druga ścieżka myśli. I jeszcze jedno zdjęcie. 
Nieznany autor, Portret kobiety z dzieckiem / z kolekcji JK

Tu znowu żadnych danych. Ani kto robił, ani skąd. No tyle, że z Francji, o czym mówi uniwersalny wzorek na rewersie. Całość mówi, że to przełom wieku, pewnie tuż przed wielką wojną. Nie był to żaden słynny zakład, bo miałby spersonalizowany wzór kartonika. Żaden też słynny zakład nie wypuściłby takiej fuszery?! Bo widać koniec tła. Bo dziecko poruszone. Bo takich ujęć, żeby krzesło tak było widoczne, raczej unikano. Albo jest to ujęcie w rodzaju - to się wytnie. No i z tej perspektywy wszystko jasne. No, bo jak ta kobieta trzyma to dziecko? Jakby usiłowała wyjść z tego kadru, odsunąć się daleko. Jeśli sobie skadrujemy ten obrazek do samego dziecka - voila, mamy cudny, choć poruszony, portret niemowlaka. Ani śladu wtedy matki, czy trzymaczki. Rozwiązanie może biedne, ale pomysłowe. Nie ma studia słynnego, nie ma specjalnych mebelków w wersji dziecięcej, żeby się niemowlaki same trzymały. Trzeba sobie radzić. Ale już najlepsza jest ta mowa ciała kobiety. Odseparowująca się, zero kontaktu, tylko potrzymać w miarę nieruchomo. 
Pytań nigdy za wiele, więc dodam sobie jeszcze: czy ona jest w ogóle spokrewniona z tym dzieckiem? Czy fotograf nie mógł dać jej na kolana choćby prześcieradła, żeby łatwiej było potem wycinać? A gdyby to jednak była rodzina...

No i właśnie dlatego uwielbiam się gapić na stare zdjęcia. 














środa, 21 czerwca 2023

Jak pisać o fotografkach?





„Lagunie można wybaczyć rozproszenie. Kanałom nie trzeba. Odbite w nich miasto wydaje się prawdziwsze niż ono samo. Nawet jeśli woda na butelkowozielonej powierzchni rozmywa lekko kontury budowli. Łatwiej jej ufać niż niebu, na którym żywioł wiatru i siła blasku rozmazują chmury ciągnące nad liniami kopuł, odrealniają rdzawą czerwień wież i kominów. Światłocień Tycjana broni swojej autentyczności na horyzoncie Wenecji.”

Ten quasi poetycki, mówiąc delikatnie, opis przyrody ma nas wprowadzić w nastrój, w którym w końcu powstanie zdjęcie Zofii Chomętowskiej. Chyba po to, żebyśmy zrozumieli aurę. Choć nie jestem pewna. Pochodzi z książki Urszuli Ryciak „Światłoczuła”, majowej premiery Wydawnictwa Literackiego.

Nie wyzłośliwiam się tutaj, znajdując jeden nieprzystający do reszty utworu fragment, raczej odnajduję na chybił trafił a przy okazji nieźle reprezentatywny przykład. I taka jest ta książka. Takim rozlaniem pisana. Taka nieuchwytna, a zawiła, a nie bardzo wiadomo o czym i dlaczego. Gdy porzucimy nadzieję na konkrety i fakty, być może zadowoli wybranych. 


„Światłoczuła” jest wydana przepięknie. Czysta przyjemność z trzymania tej książki w rękach. Zdjęcia co prawda idące w seledyn albo sepię, ale jest ich sporo i naprawdę dobrze są umiejscowione. Można się zapoznawać z artystką.

Tylko, że proponuję państwu trzymać się od tej pozycji jak najdalej. 54,90 złotych przeznaczyć na inny cel. Albo dorzucić 15 zł i zanabyć lepszą pozycję (o tym zaraz, a link na dole) Czas zmarnowany na czytanie, spożytkować ciekawiej i treściwiej. Owszem, nie żartuję, coś poszło nie tak, nawet bardzo nie tak.

 

Historia fotografii leży tu i woła o pomoc. Nawet nie wiem skąd autorka wzięła takie koncepcje, że na przykład: fotografia piktorialna „zrobiła pierwszy krok, by wejść na salony sztuki” [bo dotąd to gdzie była? Albo co napisać wtedy o Gustavie Le Grey’u?], albo takie zdanie „za kilka lat to zdjęcie wejdzie do historii polskiej fotografii jako przykład modnego u schyłku lat dwudziestych piktorializmu” [jakby w tym kanonie „za kilka lat” było miejsce na Chomętowską czy inną kobietę...]. Albo to „nie wybierasz do zdjęć dziwaków, jak amerykańska artystka Diane Arbus...” [chociaż twórczość pań dzieli nie tylko geografia, historia ale drobne kilka dekad życia]. Ta Diana to akurat chyba wypadek przy pracy, tudzież bardziej skomplikowana i metaforyczna parabola, bo już tutaj się zgadza czas: „Dokładnie w tym samym czasie, kiedy odcedzasz fotografowane postacie sitem światła od egzystencjalnej udręki, uznana w Stanach Zjednoczonych fotografka Dorothea Lange opuszcza swoją wygodną pracownię, w której robiła portrety. (...) Za kilka lat zainspirowana przez profesora Paula Schustera Taylora, opisującego kryzys ekonomiczny, wyruszy na amerykańską prowincję dokumentować skutki społeczne załamania gospodarczego”. Nie zgadza mi się tu zaś wszystko poza faktycznie czasem. Jakby nie dało się powiedzieć prościej i poza inspiracjami i wenami, po prostu Lange została zatrudniona w rządowym projekcie Farm Security Administration, a Schuster Taylor był współpracownikiem jej i mężem.

Albo to „zanim Dora Maar (...) ikona surrealistów – rozpadnie się psychicznie odtrącona przez swojego kochanka Picassa, zrobi tysiące zdjęć i setki kolaży fotograficznych. Stanie się także prekursorką fotografii reklamowej...” Dora Maar rozpoczęła karierę w latach 1930-tych, trochę późno by być prekursorką fotografii reklamowej, która od przynajmniej dekady miała się znakomicie. Jest jeszcze jedna solidna wpadka z rayografią, tak, ta na której polecam sprawdzać sensowność zanabycia książki o historii fotografii.

 Ale kto by tam się wdawał w szczegóły? I to boli bardzo, że fakty są podane i tak wypaczone, że robią krzywdę. Napisane ładniej, śliczniej, potoczniej, z zachwytem, z na głębokim wdechu słowami zbyt dużymi, by mogły odpowiadać prawdzie, utrwalają zasłyszane brednie lub jakieś tworzą widzi-mi-się. I to wszystko przeplecione nieprawdopodobnymi wręcz faktami z życia Chomętowskiej. Takimi, że jedzie w konkretne miejsce, spotyka się z kimś, i tak precyzyjne i – prawdziwe, że doznaję w trakcie lektury szoku. Jak to się stało, że w jednym miejscu autorka płynie w meandry historii i wybiera sobie z niej co woli, a z drugiej zaś trzyma się faktów, choćby codziennych – o fotografce. Ta precyzja dat, spotkań, miejsc, niewiarygodna. 


Aż tak, że biorę z półki „Albumy fotografki” – onegdaj Fotograficzną Publikację Roku, cztery książki wydane przez Fundację Archeologia Fotografii. A tam przecież całe życie Chomętowskiej – rozpisane na kadry, listy, ułożone chronologicznie, opracowane, dodany esej dla kontekstu. I nagle przychodzi olśnienie. Tu są wszystkie te fakty, których Ryciak użyła w swojej książce. Ani jednego więcej nie ma, dokładnie odtąd-dotąd, tylko napisane inaczej. Płynniej, zbyt dużymi słowami, z natchnieniem i weną i – do Chomętowskiej kierowane – ciągle' ty i dla ciebie, i ty byłaś, i ty jesteś'. Maniera, której można być fanem lub się jej sprzeciwiać. Należę do tej drugiej puli, ale to maniera i de gustibus. Ale fakty! Po olśnieniu wertuję „Światłoczułą” wnikliwiej i znajduję, w podziękowaniach: „Dziękuję Annie Kotańskiej, Karolinie Puchale-Rojek, Annie Topolskiej, Muzeum Warszawy i Fundacji Archeologia Fotografii za wspaniale opracowane albumy ze zdjęciami Zofii Chomętowskiej, które były niezwykle pomocne w odtwarzaniu historii”. Powinna tu być errata a w niej „które umożliwiły napisanie tej książki”.






Cisną mi się tu różne słowa: jak tak można, ale czy to nie przesada, czy to już plagiat, i tak dalej. Każdy pisać może, prawda? Wydawać też, aczkolwiek jednak żal do Wydawnictwa Literackiego, że nie przypilnował i takie rzeczy wypłynęły pod auspicjami.

Popularna autorka popularnych książek i jest jakaś szansa na wprowadzenie Chomętowskiej do świata znanych ogólnonarodowo. No może i ok, ale nie za taką cenę chyba jednak. Nie na czyjejś pracy, a jeśli nawet, bo specjalistą od każdej dziedziny życia być nie można, to niech to będzie sztos i arcydzieło, a ci co położyli podwaliny ciężką naukową pracą wyniesieni będą na piedestał. No więc to nie jest „Udręka i Ekstaza” o Michale Aniele ani chociaż „Capa. Szampan i krew” trzymając się fotografii.

Zatem jest taki wybór – chcecie fakty o Chomętowskiej z mnóstwem zdjęć, z pierwszej naukowej ręki? Czy wolicie tchnienia egzystencjalne o „ikonie polskiej fotografii XX wieku”? Liczę, że to pierwsze, i tu odsyłam – po uprzednim sprawdzeniu, że pozycja jest dostępna jeszcze, do sklepu FAF’u:

https://faf.org.pl/produkt/zofia-chometowska-albumy-fotografki/


Ta alternatywa mówi niestety o czymś jeszcze. Fotografki, fotografowie, książki o nich, biografie, opracowania archiwów, pozostają jedynie w naszej bańce. Nie dorośliśmy jeszcze, żeby pisać wielkie książki i wydawać je w tysiącach, rzetelnie i pięknie i merytorycznie i ślicznie. Archiwa są, autorzy i autorki są, projektanci i projektantki są, wydawnictwa – niby są. I wydają i chwała im za to. Ale gdy idę z propozycją spisania recenzji z takiej a takiej książki, to okazuje się, że przy tych nakładach mizernych, szeroka publiczność jest bez szans na zdobycie, a zatem i mój zleceniodawca sugeruje wybrać coś bardziej rozpowszechnionego. A rozpowszechnione to tylko te za duże słowa, koniecznie legendy i prekursorki, same smaczki i skandale, sensacyjne sprawy, obcowanie z absolutem.

I dlatego nie dorośliśmy. Zostajemy przy ultra niszowych rzeczach. 

Poza niszowymi ciągle, z ubolewaniem to piszę, Zofii Chomętowskiej „Albumach Fotografki” mam jeszcze jedną perłę. To odkrycie, a raczej przywrócenie do wielkiej historii fotografii polskiej Kazimiery Dyakowskiej - książka Eweliny Lasoty „Naga. Portret i akt 1959-1966”. Lasota była kuratorką wystawy prezentowanej na przełomie 2021 i 2022 w Muzeum w Gliwicach. Książka została. Niepozorna. Wręcz kieszonkowa. Świetnie opracowana, pełna dokumentów i zdjęć (które nie idą w żaden niepożądany kolor) oraz genialnie napisana, językiem merytorycznym a płynnym. Wciągająca lektura, stale dostępna w księgarni Muzeum: 

www.muzeum.gliwice.pl/pl/nasza-ksiegarnia/produkt/naga-kazimiera-dyakowska-portret-i-akt-1959-1966 



Zaczynamy od najważniejszej sprawy: wystawy Dyakowskiej „Impresje dziewczęce (Portret akt) zorganizowanej w Krakowie w 1966 roku. Wystawy, która podróżowała po Polsce aż do 1972 roku. Autorka prowadzi nas do archiwum rodzinnego, śledzi zapiski na temat tej ekspozycji w prasie, przedstawia głosy w dyskusji na jej temat i generalnie odmalowuje sprawy tak, jakbyśmy świeżo z wystawy wyszli. Jest czas na superlatywy i gratulacje, ale i na kontestację. Wszechstronność. Potem poznajemy środowisko, scenę na której zaistniała właśnie Dyakowska, atmosferę i kierunki rozwoju. Poznajemy Dyakowską jako twórczynię, skąd i dlaczego, patrzymy na prace. Jest tu też umiejscowienie jej twórczości, sprawdzenie jak się miała wobec innych aktów tworzonych w epoce. Wreszcie na koniec zagłębiamy się w historię rodzinną fotografki i jej życie osobiste. Mnóstwo źródeł, faktów, kontekstów.


I można porywająco pisać i wydawać z najwyższą dbałością o zdjęcia. Niestety z Dyakowskiej nie zrobimy już prekursorki ani legendy. Chociaż nie wiem czy jest taka potrzeba. Wartościowe rzeczy i tak wypłyną i zostaną na dłużej. Ten szeroki ogół niestety nie wie i się raczej nie dowie. Szerokie rozpowszechnianie może nie musi parterować jakości?

 

* Ula Ryciak, „Światłoczuła. Kadry z życia Zofii Chomętowskiej”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023

 

* „Zofia Chomętowska. Albumy fotografki”, red. Julia Odnous, wyd. Fundacja Archeologia Fotografii, Warszawa 2016 --> https://faf.org.pl/produkt/zofia-chometowska-albumy-fotografki/

Karolina Puchała-Rojek „Entuzjastka 1912-1935”

Anna Kotańska, Anna Topolska „Profesjonalistka 1936-1944”

Anna Kotańska, Anna Topolska „Dokumentalistka 1945”

Karolina Puchała-Rojek „Emigrantka 1946-1981”

 

* Ewelina Lasota, „Kazimiera Dyakowska. Naga. Portret i akt 1959-1966”, wyd. Muzeum w Gliwicach, Czytelnia Sztuki, Gliwice 2021 --> www.muzeum.gliwice.pl/pl/nasza-ksiegarnia/produkt/naga-kazimiera-dyakowska-portret-i-akt-1959-1966 

 



niedziela, 15 marca 2020

Photobomb / Pojawienie się.


Autor nieznany, Zdjęcie rodziny "8+2", I ćw.XX wieku, Europa Środkowa / z archiwum jk.

Ojciec i matka i ósemka dzieci. I zaraz przypomina mi się genialna seria „8+2”. Chodzi o książki norweskiej pisarki Anne-Cathariny Vestly. Liczba się zgadza, przynajmniej w polskim przekładzie Mileny Skoczko dla wydawnictwa „Dwie siostry”. W oryginale to „Babcia i ośmioro dzieci”. Co by też może się zgadzało, gdy popatrzymy na to zdjęcie uważniej.
Jeszcze raz liczymy. Najpierw dorośli – ojciec górujący nad sceną, miejsce słuszne; oraz matka – równie należyte miejsce siedzące. I ośmioro dzieci: cztery dziewczynki i czworo chłopców, o ile to najmłodsze to męski potomek. Ale chyba tak, szorty, buty, z pewnością nie sukienka. Jest jeszcze jedna osoba na zdjęciu, wychyla się zza tła. Jest poruszona, nieostra, widać zaledwie fragment głowy i kawałek ramienia. Dla mnie to będzie babcia, bo taka mocna sugestia ze świetnymi książkami. Ale tak naprawdę, to raczej nie jest osoba z rodziny. Dlaczego miałabby się wychylać, a nie została zaproszona do zdjęcia? Gdyby faktycznie była babcią, jej miejsce byłoby w samym środku kompozycji, na krześle.

Kiedy to zdjęcie wykonano? Zgaduję, że w początku XX wieku. Pora letnia, wiosna, wczesna jesień. Ubrani są odświętnie. Może być, że niedziela i zaraz kościół, albo po prostu – przyjechał fotograf. Coś mi podszeptuje, że najprościej powiedzieć o komunii świętej i wtedy maj i sprawa załatwiona. Ale też żadne dziecko nie jest ubrane jak do komunii (może pierwszy z lewej chłopiec, ewentualnie), żadne nie jest tutaj w centrum uwagi. A w początku XIX wieku to jest już ogromnie ważna sprawa. A tu jednak zbiorowe zdjęcie, wszystkie dzieci na równych prawach. Czyli może po prostu fotograf przyjechał? I ku temu się skłaniam, szczególnie po chwili refleksji nad tym gdzie my właściwie jesteśmy. Na jakimś podwórku, jakiś róg domostwa. Ale ten róg, tam za oknem z lewej strony. No kto by tak zbudował? Popatrzmy uważnie na tło, na którym oni stoją. To nie jest ściana. To jest tło, tkanina napięta, parawan jakiś wysoki. Wyraźna nóżka z lewej strony, ba, wyraźna, jak już zaczniemy jej szukać. Ustawiono tło-parawan pod kątem do ściany z oknem, z tyłu pewnie ganek i wejście. I ta poruszona postać zza tła, tym bardziej wydaje się być tam niechcący.


Wychylanie, niechcący uwiecznienie się w zdjęciu. Wyjrzenie przez okno, drzwi, z zainteresowaniem cóż to za scena się dzieje, dokładnie w momencie zwalniania migawki. Tego ostatnio szukam w starych zdjęciach. Nieprawdopodobne historie się same stwarzają. Najprościej o to w zdjęciach zbiorowych. Kiedy wszyscy się ustawiają, a to zawsze zajmuje dłuższą chwilę. Bywają osoby, które się gapią zza okna, firanki, stoją tam długo. Bywają, jak owa babcia – niechcący, tylko wyjrzę na momencik. Nazywam to sobie roboczo i hasłowo „photobombing”. A to nie jest ani ładne ani dobre. ‘Photobombing’ to pewnego rodzaju strategia nawet, wejścia komuś w zdjęcie – celowe działanie. Kiedy powiedzmy ustawiasz się na wakacjach, na jakimś tle, a zza Ciebie wskakuje w momencie kliknięcia ktoś z głupią miną, ktoś z kciukiem do góry, ktoś, kto dorobi uszy, czy inny ewidentny żart. Wikipedia prosze bardzo: https://en.wikipedia.org/wiki/Photobombing 
'Photobomb' stało się sławne i częste w 2014 roku, kiedy Collins English Dictionary uznało to określenie słowem roku. Bo też w dobie robienia selfie, szczególnie z selfiesticków, kiedy fotografowana scena jest szersza, łatwiej to wykonać. I częściej. Jednak określenie ‘photobombing’ zakłada celowe działanie tegoż, co się w zdjęciu chce pojawić. Nazywany przez badaczy czasem też aktem sabotażu.
W XIX i w początku XX wieku to chyba jednak nie jest jeszcze takie celowe. Część tych osób ewidentnie powodowana jest ciekawością. Część może nawet nieświadomością bycia w tym kadrze.
Może to ‘pojawianie się’, ‘zjawienie się’? Jacek Dehnel zaproponował "apparitions". Jak zjawa. Wskazywał na upiorność, na pojawianie się, niby znikąd, z innego planu. Po angielsku krócej, prościej. Po polsku większy kłopot, bo ‘objawienie’ - to za dużo i kręci się gdzieś niebezpiecznie wokół religii, ‘zjawa’ - już zajęta przez duchy, ‘ukazanie’ – generalnie słabo leży. Może ktoś z państwa coś dorzuci do rozważań leksykalnych?

I też drobne ćwiczenie na dłuższy czas przebywania w domu. Otwórzcie albumy, poproszę. Popatrzcie tam po bokach, w oknach, najczęściej w zdjęciach zbiorowych - czy ktoś tam nie stoi? Nie pojawia się, nie wystaje, nie wygląda, nie udaje niewidzialnego? Chętnie obejrzę, co znajdziecie.  

- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to, co miga nam codziennie przez internet przed oczami. 



środa, 4 marca 2020

Egzotyczna pamiątka


Autor nieznany, gdzieś w Południowo-Wschodniej Europie między 1900 a 1914 (?) / fot. z archiwum jk

Mam słabość do palm. "Robią" dla mnie zdjęcie. Od razu przykuwają wzrok i potem od razu muszę je mieć. [prosze, nie wykorzystujcie tego faktu przeciwko mmnie].
Także mi wystarczą palmy. Nieważne co właściwie się tam dzieje. Tutaj w sumie nic takiego. Pamiątka, może bardziej egoztyczna. Pan i pani pod palmą. To ich zdjęcie, oni są centralnym tutaj elementem, nawet jeśli nie do końca znajdują się w środku kompozycji. Jakby się tu fotograf zawahał, jakby nie wiedział - czy bardziej palma czy bardziej państwo.
Zawahał się, czy raczej automatycznie, lepiej powiedzieć - odruchowo, ustawił aparat w poziomie. Bo przecież w pionie miałoby to znacznie więcej sensu.
Dobra, nie jesteśmy od tego, żeby fotografa tutaj, sto lat później uczyć kadrowania, ale powiedzmy to głośno - mógł podejść kilka kroków bliżej. Taka ponadczasowa jak widać lekcja fotografii. Odruchowo robimy w poziomie, odruchowo stajemy daleko, odruchowo bohater w środku (no, prawie w środku).
A zatem amator wykonywał fotografię, zapewne kolega z wojska (zgaduję), drugiemu koledze na pamiątkę. Zgaduję, że to on jest bohaterem, a już niezupełnie ona. Chociaż może mi się zdaje? Może jednak ona trzyma go pod rękę? Czubki paluszków w rękawiczce? Może. Uśmiechnięci, radośni, no a jakżeby inaczej w tak ciepły i słoneczny dzień, i to jeszcze pod palmami.


Co wiemy z całą pewnościa, że koledzy żołnierze na prawo, wcale w tym kadrze pamiątkowym być nie powinni. Nikt im nie krzyknął - uwaga, zapozujcie! Robili swoje. A to też jest zagadka, co właściwie. Jeden trzyma w zębach papierosa, z wysiłkiem coś robi. Wygląda ta scena na zupełnie ponadczasowy gest polewania. Czy to łokieć kolegi, czy jego zacięcie i również łokieć, napięcie w ręce, czy po prostu znajomy widok. Z dzbanka do kufla, stawiam, bo nie widzę dokładnie.

Kim oni są? Na odwrociu oczywiście żadnej wskazówki, jedynie liniatura pocztówkowa. Gotowa do zapisania i wysłania pozdrowień. Ten pamiątkowy obraz najwyraźniej został z właścicielem. Skąd są? Pewnie można próbować definiować po mundurach. Mnie jednak mylą, a specjalistką od tego w ogóle nie jestem. Na moje oko, każdy z obecnych tu panów ma inny mundur - inne spodnie, inne czapki. A to mogłoby się zgadzać z Austro-Węgrami. Przynajmniej kołnierz i kieszenie, bufiaste nogawki się zgadzają. Przed pierwszą wojną. Moglibyśmy być już nad Adriatykiem, gdzieś na południu, gdzie ciepło. Zgaduję (posiłkując się obrazami mundurów z epoki), może ktoś precyzyjniej potrafi te mundury namierzyć.



Właściwie to bardziej frapuje mnie lewa strona kadru. Kosz nakryty kraciastą tkaniną. Czyżby zatem piknik? Państwo gotowi, panowie już polewają, teraz tylko znaleźć miłe miejsce w cieniu. Ale może ten kosz jednak odstawiony na bok, co się musiało wydawać fotografowi, że nie będzie go w kadrze... Amator?! Więc jeśli celowo porzucony, odstawiony, żeby go nie było, to może jednak tak zwane narzędzie pracy? A nie zaraz przyjemności. Bo najbardziej mnie zastanawia gdzie jest pani kapelusz. Warunki, rzekłabym, absolutnie konieczne do nakrycia głowy: czas - także mody i względów społecznych, pora roku i światło. No i co oni tam rozlewają, to też dobre pytanie. Przepustka i tak wygląda na całkiem udaną.

- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to co miga nam codziennie przez internet przed oczami.

piątek, 21 lutego 2020

Kawiarnia na pastwisku

Autor nieznany, zdjęcie pamiątkowe rodziny w kawiarni / montaż / gdzieś w Europie? / po 1932, lata 1930te. / z archiwum jk



Komu się nigdy nie zdarzyło naświetlić podwójnie negatywu? Przypadkowo, niechcący. Nie zaniosło się w porę do laboratorium, nie oznaczyło, że zrobione. Wystawał kawałek kliszy, odłożona - znaleziona. O! To włożę do aparatu.
Albo ktoś zapomniał przewinąć. To trudniej zrobić paradoksalnie, bo ten odruch, że przesuwam. Muszę przesunąć, żeby zwolnić blokadę. No ale to tylko maszyna, coś się mogło popsuć, ząbek urwać. Cokolwiek.

Także zdarzyło się. Odkrycia dokonał laborant albo amator fotografii w ciemni. No i co dalej? Jeśli klient przyniósł do wywołania, trudno, robimy jak jest. Klient potem zdecyduje. Autor zdjęcia stoi przed tym efektem. Albo odkrył w ciemni albo właśnie odebrał odbitki z laboratorium. I co dalej?
Najpierw frustracja. Bo przecież błąd. Sprawdzamy aparat, wewnętrznie krzyczymy. Albo i zewnętrznie, że ktoś nam to zrobił. Zakładam wersję autorefleksji i autor poszukuje powodu usterki w ciszy, wiedząc, że to był jej/jego błąd. Nikt mu w laboratorium nic nie zepsuł. Pewnie negatyw dokładnie tak wygląda. A zatem stało się, bład nieodwołalny. I co dalej?

Zwykle takie nieudane lądują w koszu. Nikt tego w ramki nie wrzuci, nie oprawi. Zdarzyło mi się kiedyś źle ocenić już raz naświetlony negatyw. Właśnie ta klisza wystawała, zapraszając do użycia. Któż mógł pamiętać, że do podwójnego. Wyjazd z rodzicami w góry był. Owce, doliny, połonina, góry. Jakoś się zdarzyło, że ówczesny chłopak wkręcił tę kliszę do aparatu. Poszedł na koncert Piwnicy pod Baranami. Raz się nawet fajnie złożyło, bo scena grupowa wypadła akurat w dolinie. I to zdjęcie opublikował, że efekt fajny. Choć oczywiście kompletnie przypadkowy.

Ale z reguły, takie zdjęcia lądują w koszu. A to tu, przetrwało. Bo jakby się wpatrzeć, błąd błędem, oczywisty, ale widać cała scenę. A to znaczy widać bohaterów, ich miny. Dziewczynka z lewej strony jest najbardziej poszkodowana. Ale już jej babcia, brat, mama, ojciec i ddziadek - widoczni, jak to i tak mogło na zdjęciu bez montażu być widać. Role oczywiście zgaduję. Wszystko znów jest zagadką.
Pewnie Europa, przed II wojną. Jakieś miejsce, które by można nazwać atrakcją turystyczną, wnosząc po ilości stołów w tle, na jakimś ogromnym tarasie. Stroje wyjściowe, eleganckie. Moda lat trzydziestych. Plus nie bez znaczenia, nasza data dolna: 1932 rok. Na odwrociu tylko znak firmowy producenta papieru: Agfa Lupex. Te papiery wyszły w 1932 roku, używane często także w czterdziestych. Tyle na pewno wiadomo.

Zastanawia mnie ten ślad czy zarys budowli w tle. Wygląda jak ogród zimowy, oranżeria. Może to jest owa atrakcja? Może jesteśmy gdzieś w Schonbrunnie? Innym przypałacowym parku. Pastwisko jednak z innego porządku. Musiał być lat w tle. Zdjęcia obydwa i razem turystyczne, pamiętkowe, z różnych miejsc. Może się ten ząbek do przewijania jednak po cichu urwał.
Znów zagadki. Ale w samym zdjęciu jest to coś, przez co patrzę dłużej. Są jakieś skojarzenia, bo mamy podwójne treści. Z tym zaproszeniem do stworzenia własnych skojarzeń i z tym obrazem już państwa zostawię w spokoju.


- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to co miga nam codziennie przez internet przed oczami.

piątek, 14 lutego 2020

Portret z indykiem

Autor nieznany, czas i miejsce nieznane, portret rodziny z indykiem / archiwum jk


I to jest koncepcja! I tu był za aparatem prawdziwy mistrz, prawdziwa mistrzyni. Przeanalizujmy...
Jesteśmy na wsi. Niezbyt bogato. Ale też niezupełnie ubogo. Wóz w tle, zaparkowany niedbale. Jakby fotografująca osoba nie zauważyła, że tam stoi. Jak często się to zdarza, żeby zapomnieć. Także status jakiś widać. Co prawda głównie oczywiście w rowerze i odświętnym ubraniu. Tło raczej nie o statusie, ale bardziej pewnie domyka kompozycję. Przemyślany kadr.
Może to akurat niedziela? Farmerzy Augusta Sandera zupełnie nierozpoznani z zawodu, eleganccy panowie na wycieczce. Tutaj trochę podobnie. Oni bardziej z biura wyszli, miastowy ubiór, elegancki. Więc pewnie zaraz kościół, albo już po. Niedziela.
Europa Środkowo-Wschodnia. Nawet może po prostu Polska. Jesteśmy po wojnie, jakieś lata 40te-50te, zgaduję. Te krawaty chyba, nie bez znaczenia jest i betonowa forma w tle, tylko że z nią mam większy kłopot z przypasowaniem do czasu, niż z krawatem. (I doczytałam, że owa betonowa cembrowina mogła być i od początku XX wieku, well...wracamy do krawatów). Albo po prostu trzymajmy się niedzieli.
Kto na zdjęciu? Stawiam, że babcia (druga od prawej), dziadek albo za aparatem, albo brak (być może powojenny?). Jest tu rodzeństwo, zapewne. O ile dwaj bracia - dwóch mężczyzn od lewej, nawet można ryzykować coś o bliźniakach. Trzeci mężczyzna, ten w centrum przedstawienia za bardzo różny od panów z lewej. Więc zgaduję, że mąż pani z samej prawej. No i ich pociecha, około sześcioletnia z frontu. Czyli pewnie pani z samej prawej to siostra panów z lewej. Synowie i córka pani babci. Co do babci i wnuka bezsprzecznie. Ojciec dziecka raczej też pewniak, bo przecież młodzież nie stanęłaby przy wujku, no może gdyby miał rower, a ten tu stoi po prostu. Heh, zgadywanki. Co ciekawe, tylko ci dwaj z lewej patrzą w aparat. Reszta gdzieś indziej, i każdy inaczej. Tu fotografujący może nie domagał. Ale mnie to nie dziwi.
Miał koncepcję pierwszego planu. Tu poszło skupienie. Trzeba wybaczyć, że nie skupił wzroku portretowanych. Skupił za to wzrok widzów. Skutecznie. Indyk. I próbuję wyobraźni, jako kompletnie miastowa osoba. Ale indyk się rusza dość powiedzmy ruchliwie, prawda? Nie da się jak z psem (no bo przecież nie z kotem), że zawołać, że wpłynąć na zachowanie.
Grupa portretowana wygląda dość statycznie, raczej ich nikt nie przestawiał z boku na bok. Że skoro indyk idzie, to 'hej, przesuńcie się wszyscy szybciutko w lewo, to się złapiemy z nielotem". Stali tam chwilę. Przestawić taką grupę niełatwo. I jeszcze ten rower.
Zatem owy indyk musiał wparadować niechcący. Fotograf mistrzowsko wyczekał na środek kompozycji. Moment iście decydujący. Ktoś z aparatem dokładnie wiedział co robi. Koncepcja albo reakcja na warunki zastane. Brawo.
Jakoś dotąd bardziej kojarzę, pewnie i państwo znacie takie ujęcia, że na pierwszym planie kładzie się cień fotografującej osoby. Najwyżej. Bo wiadomo, że buzie wystawić do światła, a że światło w plecy, to dobrze. A kto by zwracał uwagę na plan pierwszy. No, ten tu zwracał.
Im dłużej patrzę, tym dziwniejsze to zdjęcie. A jeszcze nie spytałam na głos, czemu akurat indyk? I co to może znaczyć? Zostanę w zachwytach.

[A, oczywiście rewers kompletnie czysty...]
- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to co miga nam codziennie przez internet przed oczami.

wtorek, 4 lutego 2020

Dwa takie same, a różne

Autor nieznany, miejsce nieznane, 1920-30te ? /archiwum jk 


Dwa identyczne zdjęcia. Dokładnie z tego samego negatywu. Proste. Jedno jaśniejsze, drugie ciemniejsze. Dwóch mężczyzn ewidentnie zwiedzających Europę. Na pamiątkę zdjęcie. Z drugiej strony liniatura pocztówkowa, gotowe do wysłania z pozdrowieniami. Żadnych odręcznych zapisków z drugiej strony. Nie wiadomo kiedy zrobiono, kto jest na zdjęciu. Wiemy tylko tyle, ile widać.

A jednak różnią się bardziej niż na pierwszy rzut oka. Owszem, to jaśniej, dlaczego jaśniej? Jedno zdjęcie zdaje się, że długo wisiało w jakimś widocznym miejscu. Na samej górze ślad po pinezce. Trzykrotnie nakłuwane. Może pinezka spadła, może gwózdek wcześniej, przeprowadzka była, albo tylko zmiana miejsca na tablicy? To jaśniejsze na widoku,wyblakło z biegiem lat. Jest też bardziej zniszczone, po lewej stronie są rysy, pęknięcia, jakby zagięcia. Podczas gdy drugie musiało leżeć sobie bezpiecznie, w kopertce, w albumie. Bez śladu użytkowania.

Zrobiono dwie kopie, przynajmniej. Może było ich więcej. Te dwa zachowały się w parze. Właściciel nie zdążył go wysłać drugiemu? A może wysłał, a na wszelki wypadek zrobił kolejną kopię?

Ta para przypomina mi oczywiście słynną dziecięcą zabawę - znajdź 5, 10 szczegółów. Wówczas te dwa zdjęcia to jest level hard tej zabawy. A jednak im dłużej patrzę, tym widzę nieznaczne, dwu-milimetrowe przesunięcie w prawo na zdjęciu jaśniejszym. Ręczna robota przy wywołaniu. I to z pewnością "masowa", ot przyszedł klient, poprosił o odbitki. Bez specjalnego modlenia się nad każdą z nich. Odbito, oddano.

A miejsce. Jestem pewna, że je znam. Że je widziałam. Ale gdzie to było? Z dużym prawdopodobieństwem zdjęcia pochodzą z Czech. Wskazują na to pozostałe, nieopublikowane tutaj, zdjęcia. Ale to wszystko tylko prawdopodobieństwa, nie do sprawdzenia już. Załóżmy, że Czesi, na wycieczce. I to w Berlinie. [Dziękuję wprawnemu oku historyczki sztuki Katarzynie Chrudzimskiej-Uherze]. Pomnik cesarza Wilhelma I istniał całkiem niedługo, od 1897 do lat 40tych XX wieku.


Tego, kto był na tej wycieczce, nie wiemy i nie będziemy wiedzieć. A to wcale nie jest koniec tematu, bo można właśnie zadać kolejne i kolejne pytania.
- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to co miga nam codziennie przez internet przed oczami.

sobota, 1 września 2018

Koniec fotografiki! Koniec z fotografikami!



Fotografik – czyli fotograf artysta. Fotografika – czyli fotografia artystyczna. To mówią encyklopedie. Środowisko fotograficzne śmieje się od lat z tych terminów. Kryguje, wycofuje. Mówiąc, że to trochę staroświeckie. Trąci myszką.

Czytasz powieść science-fiction, a tam fotografik. Reportaż z końca świata – i znów fotografik. Przychodzi dziennikarz na wywiad i znów – fotografik. Może już dość? To może być apel do dziennikarzy, tłumaczy, do wszystkich używających języka polskiego. Fotografik nie jest ładniejszym czy bardziej nobilitującym słowem od fotografa. To słowo inne, zakorzenione w historii. Zacznijmy go używać oszczędniej i tylko w odniesieniu do minionej epoki.



Termin fotografika wymyślił Jan Bułhak i użył go po raz pierwszy w 1927 roku. Najpierw nieśmiało funkcjonowało, ale już od roku 1930 zdobyło popularność. Wystawy, odczyty, artykuły. Wreszcie tak nazwano Związek: ZPAF: Związek Polskich Artystów Fotografików.

Po co to słowo? Nie tylko, żeby ułatwić sobie życie – zamiast mówić dłużej o fotografii artystycznej czy fotografie artyście. Nie szło o skrót. Walka była o emancypację! O odróżnienie lepszych od gorszych. O dowartościowanie. Zostawienie w tyle dokumentalistów, reporterów i fotografów zawodowych – rzemieślników. Bo też do słowa fotografik nie miał dostępu każdy.
Odkąd działał ZPAF, (z grubsza) – tylko członkowie mogli używać w tytułach swoich wystaw – że idzie o fotografikę. Ale ZPAF istnieje do dziś, a w jego szeregach znajdują się fotografowie, którzy nieczęsto oburzają się na to określenie.

Wróćmy do Bułhaka. Był piktorialistą. Promował ten kierunek fotografii, to dla piktorializmu powstało to określenie. Piktorialiści polscy, spóźnieni wobec ruchu światowego (czy lepiej powiedzieć, działający znacznie dłużej po końcu tego nurtu na świecie) przetrwali nawet do lat 1960.  A i do dziś się zdarzają. W dużym uproszczeniu mówiąc – piktorialiści próbowali wszelkimi sposobami dogonić malarstwo za pomocą fotografii. I tak między innymi swoje prace tytułowali (jak malarze). Zrywali z możliwościami kopiowania, powielania, otrzymywania wielu identycznych prac fotograficznych – dążąc do unikatu (jak malarstwo). Fotografia, której przyklejono łatę mechanicznej sztuki, nie tworzonej ręką artysty – miała nagle powrócić do tego stwórczego gestu. Piktorialiści sami opracowywali pozytywy, nieczęsto czyniąc z nich w ciemni unikaty – właśnie dodając działania ręcznie. Tworzyli w technikach szlachetnych. Nikomu by na myśl nie przyszło, żeby za piktorialistę wziąć Witkacego (choć przecież wtedy tworzył). I jego – oryginalnie – ominęła definicja fotografika.

Potem sprawy językowo się wymieszały. Dziś nietrudno znaleźć słowo „fotografik” użyte poza oryginalnym kontekstem. Zaczęło być używane jako to lepsze, wyróżniające, dopieszczające. Fotograf to jakby za mało?!

Od lat w środowiskach fotograficznych jest śmiesznie, jak ktoś wyskakuje z tym słowem. Środowisko podskórnie wie, kiedy go użyć. Starszy i zasłużony fotograf, niech jeszcze będzie fotografikiem. Ale już debiutant?! Nie chodzi też o staż wykonywania zdjęć. Nie o doświadczenie, ani zasłużenie się w historii. Nie chodzi o rodzaj wykonywanych fotografii – fotograf działający na potrzeby prasy, przez Bułhaka w życiu by nie został określony piktorialistą – dziś, ujdzie, o ile ma więcej niż 70 lat.

No właśnie, nie! Może już niech nie uchodzi. Już może dość śmiania się pokątnie i poprawiania dziennikarzy, którzy prowadzą wywiady. Nie.

Nie kasujmy tego słowa całkiem. Ono ma uzasadnienie historyczne. Zostawmy je przy piktorialistach. Piktorialista = fotografik. Utalentowany fotograf, utalentowanym fotografem.

Fotografik to nie jest bardziej utalentowany fotograf.

A teraz apel:

Do fotografów:
- Zacznijmy poprawiać – najpierw od swoich stron internetowych i biogramów.
- Poprawiajmy dziennikarzy, którzy uparcie używają tych słów.

Do historyków:
- Zgódźmy się i ustalmy definicję: dodajmy tam kontekst piktorializmu, tradycji ZPAFowskich; zakres używania poprawnie - zakończmy na 1960tych. Dodajmy aspekt technologiczny – używania technik szlachetnych i upodabniania się do malarstwa.
- Rozmawiajmy o tym.

Do dziennikarzy i tłumaczy:
- Nie używajcie słowa „fotografik” poza piktorializmem polskim (bo też to słowo nie ma swoich odpowiedników w innych językach). Zatem tylko do fotografów, którzy starali się upodobnić swoją sztukę fotograficzną do malarstwa w przedziale 1927-1960te.

Do wszystkich miłośników i widzów fotografii:
- Jeszcze raz: fotografik to nie jest bardziej utalentowany fotograf.

Because it’s 2018.

Zostaje jeszcze jeden drobiazg, skoro jesteśmy przy fotografice. Fotogram to nie jest ładniejsze określenie zdjęcia. ;) Ale o tym innym razem.  

poniedziałek, 16 października 2017

"Cień fotografa" położony cieniem tłumacza...




Helmut Lethen, Cień fotografa. Obrazy i ich rzeczywistość, wyd. Universitas, Kraków 2016

dla kogo: dla zainteresowanych fotografią, ale w ujęciu głęboko teoretycznym, lubiących gdybać i się zastanawiać; na pewno dla tych, którzy już przeczytali pisma Rolanda Barthesa.

co: to 6 esejów, a właściwie 17 w sześciu "jakby rozdziałach"; bardzo trudno znaleźć jedno hasło wywoławcze na tyle precyzyjne, by powiedzieć - o czym to jest; jest o sztukach wizualnych, Marinie Abramovic, jest o odcisku - rzeźbie Bruce'a Naumana. Jest i o fotografiach, krytyce Barthesa. Jest "zachęcająco" z okładki - mowa o zdjęciach Roberta Capy. Jest trochę o tym, co stoi za obrazem, jest trochę o podwójności obrazu i trochę o odbiorze obrazów. Niejednoznacznie, wielowątkowo, ale nie wyczerpująco. Jest trudno.

Całość ma charakter wysoce erudycyjny, to raczej nie będzie miła lektura do poduszki. Jest to z jednej strony bardzo naukowe dzieło, z rozbudowaną bibliografią, dociekaniami, a z drugiej, czasem mam wrażenie czytania dość lekkich obserwacji natury raczej codziennej.

Nie zamierzam recenzować jakoś wnikliwie. Warto na pewno poczytać. Doczytać o historiach luźno powiązanych z historią fotografii, jakby pobocznie. Szczególnie interesujący jest fragment "Groza w trumnie Królewny Śnieżki". Prawodopodobnie to ważny rozdział dla historyków niemieckich, rozprawia się bowiem Lethen z wystawami na temat zbrodni nazistowskich i odpowiedzialności lub nie w niej ogólnie ujmując - narodu niemieckiego. Zdjęcie, które finalnie jest przywołane, spostrzeżone przez autora w dokumentach prezentowanych na wystawie "Zbrodnie Wehrmachtu" - opowiada tę wielowątkową historię. Co innego widać, co innego wyobraża sobie widz, co innego jest w podpisie. Całą książka jest z grubsza bliżej lub dalej takich sytuacji. Tu jednak - zdjęcie kobiety z chustką na głowie, stojącej po kolana w wodzie - jest chyba najbliżej owej podwójności. Zdjęcia z wakacji nie pokazywano by na takiej wystawie... Łatwo się domyślić, że idzie o inny temat.



Książka erudycyjna, interesująca, dociekająca, autor uhonorowany. Wszystko pięknie. Tu zrobię dłuższą pauzę.
Bo mamy tu kłopot z tłumaczeniem. Czyta się miło, już się wkręca w te dywagacje szalenie naukowe, aż wtem i nagle i znienacka. Zostawiam większe fragmenty, bo  od razu uwydatni się niezwykle kwiecisty język...:

"Capa nie widział, jaki los spotkał odbitki w londyńskim laboratorium." / s.111 - chodzi o słynne przyspieszenie procesu suszenia negatywów Capy w Londynie, podkręcenie piecyka, co skutkowało nieodwracalnym zniszczeniem - negatywów właśnie. gdyby ten los spotkał odbitki, nie byłoby żadnego tematu. niestety "ten" los spotkał negatywy, ergo nie można było odratować zdjęć. zniszczenie odbitki, przy zachowanym negatywie...ah, chyba wszyscy byśmy sobie tego życzyli, żeby tylko odbitki szlag trafiło wtedy.

"Wędrujące przez różne sposoby postrzegania zdjęcie Capy zaczyna wibrować. Powstaje, wchodzi w obieg: uzależnione od nastawienia czasu naświetlania, nacisku kciuka na wyzwalacz, padanie światła..." / s.120 Aż sobie próbowałam wyobrazić Roberta Capę na tej normandzkiej plaży (to jest arcytrudne), więc łatwiejsze zadanie - wyobrazić sobie Capę w warunkach powiedzmy pokojowych jak obraca aparat by kciukiem trafić w wyzwalacz. Jest to możliwe - jeśli podepniemy wężyk... To charakterystyczne działanie dla aparatów ustawionych na statywie, wężyk pozwala nie dotykać aparatu czyli go nie poruszać. Może też kciuk trzymać na spuście w aparacie średnioformatowym, to też mało optymalne. No więc wróćmy na tę plażę... no jakim cudem kciukiem miałby naciskać ten wyzwalacz?

"Przy tym dochodzi tu siłą rzeczy do oddalenia od sytuacji wyjściowej, w której Lange nacisnęła migawkę aparatu, by zatrzymać ślad pojedynczej robotnicy sezonowej w 1936 roku". / s.125 Tego sobie kompletnie wyobrazić nie umiem, by ktokolwiek, nie tylko Dorothea Lange tu fotografująca "Matkę migrującą" miała wciskać migawkę. Naciska się spust migawki. Ah.

"rolny urząd opieki społecznej" / s. 129 - to jest FSA najwyraźniej... Farm Security Administration to problem w tłumaczeniu. Nie było w Polsce nigdy podobnego odpowiednika. Różne były wersje tłumaczenia, najczęściej jednak się pozostawia nazwę oryginalną. Co też zrobiono i w tej publikacji, kawałek dalej. To rozwinięcie miało być chyba takim określeniem bliskoznacznym, no kuriozalnym niestety.

Myślę, że wystarczy. Kwiatków jest więcej. Przeszkadzających i wytrącających z toku myślenia, z podążania za myślą autora. To duży błąd. Książka tłumaczona z języka niemieckiego. Może w tym rzecz? Kciuk nie jest synonimem palca w tym wypadku, ani migawka nie jest synonimem spustu migawki. Tłumaczenie poległo na technicznych wyrażeniach.

Już zupełnie mało ważne, ale jednak załamujące...zabrakło też korekty. Żeby się nazwisko badacza zgadzało z tym w przypisie, no albo w innym przypadku imię do inicjału. Może czepliwość, ale potem być może jakiś student pójdzie do biblioteki szukać książki no i którego autora?

Może nie zniechęciłam do samego końca. Serio kilka ciekawych wątków i rozważań, aż chciałoby się pogłębić pewne tematy.

niedziela, 3 lipca 2016

Siłowanie na siłę


Leo Forbert, Portret wielokrotny, Warszawa, 1930te / ze zbiorów własnych, rep. jk

Nic ciekawego, nic palącego. Taka tylko refleksja, dojrzewająca od miesiąca, a tak jak przyglądam się jej, to jednak od kilku lat. Chodzi o siłowanie się z historią fotografii. Zauważyłam dwa sposoby, jakby nie spojrzeć, bliskie sobie.

Pierwszy nazwałabym roboczo wyciąganiem brudów. To zabieg znany z każdej innej dziedziny życia, więc nihil novi. To rzecz z wszechmiar pożyteczna, bo żeby coś wyciągnąć sprzed dekad, trzeba się tam zanurzyć, poszperać, przywołać dykteryjkę, powołać się na źródła, i potem idzie w świat. Viral! I ludzie podają, szerują i czytają, i wiedzą, potem oni się zagłębiają i szperają. Więc robota edukacyjna i upowszechniająca świetna. A jednak są to „brudy”, więc trzeba ostrożnie. Trzeba z mądrym komentarzem, a tego jednak ze świecą szukać… Zostają nagłówki, czy sensacyjnym tonem pisane słowa: ‘zobacz jak manipulował największy’, ‘popatrz na niepublikowany wcześniej oryginał’, ‘ustawka zdjęcia mistrza’, itd… Oto na szybko, bo Internet wiadomo - tempo, miesza z błotem połowę historię fotografii, co drugi mistrz, wielki, czy jakkolwiek go się nazywa – ma swoje grzeszki na sumieniu. Najlepiej widać to w historii ikonicznych zdjęć. A mnie rozczula taki masowy pęd i wskazywanie palcami – oooo, wow, wiesz, że X ustawił cała historię?! Też mi fotograf, phi! 

Takie słowa padają nie tylko z ust czy spod palców amatorów, widzów, oglądaczy, ale też ludzi hyperopiniotwórczych dla dziedziny. Dziennikarz masowo docierający do publiczności jest tutaj mniejszym zagrożeniem, niż właśnie specjalista w dziedzinie, słuchany przez młodszych, mniej doświadczonych, przez ufających słuchaczy. Zostaje pytanie po co to robić?

Można w obronie własnej, a można też dla własnej chwały. Jeden wielki przypomina wpadki i manipulacje „National Geographic” z piramidami, żeby umniejszyć wagę swoich ruchów nad zdjęciami. Fotoedytorka z NatGeo odpowiada mu, że mamy 2016 i teraz to nie przejdzie. Historia zostaje w historii, wnioski wyciągnięte, jednoznacznie. Drugi wielki opowiada studentom, słuchaczom o gigancie fotografii, ojcu fotoeseju w tonie pogardy, że przecież cała jego robota była ustawką. Nie ma mu kto odpowiedzieć, że mamy XXI wiek, Internety i telewizję, i że trudno w ogóle przykładać dzisiejsze standardy do reportażu z lat 1960tych. Co dopiero rozliczać fotografów ze współczesnych kodów?!  

Druga zabawa z historią, jest jednak bardziej kreatywna. Chodzi o zmienianie kontekstów tego co było. Fajne i przyjemne, pod warunkiem, że robi to ktoś, kto ten kontekst pierwotny zna i umie go sprytnie i nowocześnie przeformułować. Wtedy czysta rozkosz, wspaniałe odkrycia i ogólna ekstaza. Dobrym przykładem może być wykopane zjawisko „Hidden mother”, „Pozdrowienia z Auschwitz” Pawła Szypulskiego, książka czy wystawy Wojciecha Nowickiego, Jacka Dehnela, prace nad archiwum Zofii Chomętowskiej współczesnych artystów i cala praca Fundacji Archeologia Fotografii, itd… Mnożyć i wskazywać można długo. 

Gorzej, jak się za to biorą kuratorzy z przypadku, szukający na siłę sławy, gotowi dopisać wszystko byle tylko podnieść cenę. Mamy wtedy efekt naśladujący jedynie gestem dzieło Duchampa. Przecież wystarczy wnieść do galerii?! Kontekst się zmienia, dodaje kilka mocnych słów o sztuce, o drzemiącym potencjale właśnie odkrytym, i już?  Jakby sama historia tak jak się zdarzyła ze swoim często porywającym kontekstem nie wystarczyła? Nie wystarczy, bo tu trzeba sprowadzić wszystko do jednego prostego marketingowego sloganu, to dopisywane zero do ceny musi się szybko i mocno obronić, najlepiej z telewizji?! Najlepiej niech to powie, ktoś sławny.

Taaaak, no niestety jestem przewrażliwiona na punkcie historii fotografii, interpretacji faktów i dekodowania kontekstów. Ostrożnie patrzę na lekko obalanych gigantów oraz wciskanie kitu jako wielką sztukę. Nie ma czarnobiałych odpowiedzi, gadajmy, rozmawiajmy, polemizujmy. Radykalizacji chyba dość nam wszystkim dookoła, co?

Tło muzyczne zapewnia Oasis - Don’t look back in anger




niedziela, 10 kwietnia 2016

Co z tym rewersem?

Fotografia to teoretycznie, a nawet poetycko - tysiąc słów. Wszyscy to już słyszeliśmy. Trudno nawet dochodzić kto to pierwszy powiedział. Po takim zdaniu wypada zwykle powiedzieć o wyjątkach od tej 'literackiej' reguły. Bo przecież fotografia, fotografią, ale podpis - caption w fotografii reporterskiej konstytuuje sytuację, opowiada, dopowiada, stwarza kontekst itd. I wyjątków też by można znaleźć tysiąc, jak tych słów do zastąpienia zdjęciem.

Bywały techniki, których nie było jak fizycznie podpisać - ferrotyp, dagerrotyp, ambrotyp, itd... Nie było jak. Trzeba było pamiętać - kto tam był "zdjęty", w jakich okolicznościach. Potem pojawiły się cartes des visites (cdv), karty wizytowe - a z nimi rewersy. Co prawda, umieszczano tam najczęściej reklamę zakładu, czasem użytkownik znajdował kawalątek miejsca by dopisać choćby nazwisko sportretowanej osoby, może nawet datę. Nie zawsze było miejsce czy możliwość podpisania rewersu.



Rewersy kart wizytowych: 1) Muller Budtz z Kopenhagi, 2) Berlin 1871, 3. Eckert & Mullern 1885 Praga, 4. Warszawski Zakład Artystyczno-Fotograficzny w Krakowie / zbiory własne / rep.jk

Jeszcze później na rewersach umieszczano liniaturę pocztówkową, a zdjęcia wysyłano po prostu do znajomych z listem na odwrociu. Bywały i teksty i na awersach. Generalnie - zdjęcia od zawsze funkcjonowały w sposób bardzo użytkowy, konkretny, celowy. Zanim stały się dekoracyjne, długo - i z pewnością także do dziś zachowują tę podstawową funkcję przedłużenia pamięci - kto na zdjęciu, kiedy to było, co się zdarzyło.

Podpisy z rewersów to osobna czasem historia. Jakoś się tak złożyły mi dwie historie w krótkim czasie. Pierwsza to pomysł Jacka Dehnela - żeby udostępniać zbiory wraz z awersami.

Jacek Dehnel (via fb:) "Zdjęcia zbieram od jakichś dwudziestu lat i jednego jestem pewien: uważam się nie za właściciela fotografii, tylko za kustosza, który ma je pod opieką tylko na czas jakiś, bowiem są one na świecie dłużej niż ja i będą, mam nadzieję, jeszcze po mojej śmierci.
Postanowiłem więc udostępnić internautom całość moich zbiorów fotograficznych (dagerotypy, ambrotypy, ferrotypy, stereofotografie, techniki papierowe). Dziś właśnie wykupiłem domenę i miejsce na serwerze, strona się tworzy. Będzie to wymagało długiej pracy i opisywania (...).
Szczególnie zależy mi na pokazaniu zdjęć jako artefaktów, a zatem: rewersów, opraw, gryzmołów, uszkodzeń, podpisów, plam, kosmyków włosów umieszczonych w oprawach. Stąd też nazwa projektu: Awers/Rewers."

Druga historia została opowiedziana na konferencji "Helsinki Photomedia 2016. Photographic Agencies and Materialities"- przez Davida Bate'a w referacie: "Image and Text: Materiality in Archive Fever and Memory". Autor książek, teoretyk i badacz fotografii - Bate opowiedział historię zdjęcia, które "od zawsze" dekorowało ścianę w domu. Była na nim jakaś kobieta. "Jakaś" bo właściwie mało o niej wiedziano, ciotka czyjaś, strasznie dawno, w końcu XIX wieku. Nie pamiętano - nie przekazano (?) informacji czy miała jakieś dzieci, które, jakie, gdzie są? Po prostu zdjęcie kobiety, z rodziny, przy czym praktycznie anonimowej. Wisiało w ramce za szybą wśród innych zdjęć członków rodziny - zdecydowanie lepiej określonych. Dekorowali razem ścianę, tworzyli swoistą galerię przodków. Któregoś razu postanowiono zdjęcia i ramki przeczyścić. Wyjęto je z ramek i szybek. No i okazało się, że na rewersie zdjęcia zapomnianej ciotki - jest reklama zakładu fotograficznego w Indiach i nazwisko pani. Rodzina dość się zdziwiła, bo z tej zapomnianej ciotki, kobieta stała się nagle niesamowitą historią, w dodatku z wątkami kolonialno-przygodowymi! 


Rewersy i sam sposób użytkowania zdjęć dopowiadają nam mnóstwo historii. Nie ma specjalnie pomocy naukowych do tego jak to czytać, jak na przykład datować albumy fotograficzne (a bywały niesamowite!), itd. Są tam zakodowane i zaszyfrowane mikrohistorie ludzi, którzy po coś robili sobie te zdjęcia, wysyłali, wkładali w ramki. Niektóre zdjęcia mogą odżyć. Niektóre... Bywają podpisane dość ascetycznie - jak to poniżej - po prostu: "ja". To też dobra w sumie historia, mówiąca może coś o sportretowanej osobie. 
Zakład fotograficzny M. Ilkinówny (?), Głebokie, zapewne koniec 1940. - początek 1950tych / zbiory własne / rep.jk

Aha, tylko proszę uważać w pogoni za podpisami z rewersów, żeby nie uszkodzić.