środa, 25 marca 2020

Photobomb 4 / Pojawianie się

Autor nieznany, Portret zbiorowy na ulicy, Europa Środkowa, około 1900-1914 / z archiwum jk

Znów nie wiadomo gdzie ani kiedy, ani kto. Idealne pole do zgadywania. Portret zbiorowy, 10 osób. Sami dorośli. 7 kobiet i 3 mężczyzn. W drodze do lub z pracy. Nie są to odświętne ubrania. Nie jest to wielka okazja. Czym się zajmują? Dlaczego są razem na fotografii?

Zgaduję, że to znów Europa Środkowa. Jakieś większe miasto, a jesteśmy na jego obrzeżach. To podwórko otwierające się z prawej strony, mówi, że to nie może być ścisłe centrum. Chodniki, rynny, na bogato. Niemcy, Czechy, Węgry? Początek XX wieku. Ale jeszcze chyba przed wielką wojną.

Sami dorośli. To jest niesamowite. Mieszkańcy tego budynku? Chyba nie, bo gdzie wtedy dzieci i starsi ludzie? Rodzina? Być może, jeśli znów odjąc starszyznę i młodzież. Jakież byłoby to nietypowe. Wszyscy tu wyglądają na ludzi w sile wieku, siłę roboczą. Pracownicy - jednej firmy, jednej posiadłości? Jeden drobiazg, szczegół, dodatkowo zastanawia. Wszystkie obecne tu kobiety, trzymają płaszcze w ręce. Zrobiło się nagle cieplej? Czy wróciły skądś? Brak bagażu (nie wliczam koszyka), więc chyba bez żadnych podróży, powrotów. Czyli może zrobiło się cieplej? Trudno ocenić. Może sie wybierają na wycieczkę? Tylko te robocze ciuchy wtedy chyba zostałyby w domu? Po co fartuch na imprezie? 

Ale oczywiście najciekawszym dla mnie elementem jest postać w oknie. Też ubrana roboczo, dorosła kobieta. Idealnie pasowałaby do tej grupy przed domem. Jedenasta postać w tym ujęciu. Tylko czemu w oknie a nie na chodniku? Wygląda z zaciekawieniem. Nie mogła być zaplanowana w tym kadrze. Fotograf bardziej musiał zwracać uwagę na nogi postaci stojących, żeby niczego nie uciąć i zostawić trochę miejsca do brzegu kadru. A fryzury pani z okna już nie ma, nie starczyło kadru. 

Niezaplanowana i dodatkowa. Z zaciekawieniem wyglądająca, co to za rumor na ulicy. Okna otwarte, więc naturalnie. Zatrzymała się na dłużej. Pojawiła się w zdjęciu innych ludzi. Coś mi podpowiada, że gdy już otrzymali odbitkę, dokładnie z imienia i nazwiska znali panią z okna. Zgaduję, oczywiście.


- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to, co miga nam codziennie przez internet przed oczami. 

sobota, 21 marca 2020

W góry i na morze!

Aleksandra Karkowska i Barbara Caillot, "Na Giewont się patrzy", Warszawa 2016, 
"Marsz, marsz Batory", Warszawa 2019, wyd. Oficyna Wydawnicza Oryginały.


Jedna książka to wspomnienia z Podhala, jak to było. Druga o podróżowaniu "Batorym" do Ameryki. Wydawąłoby się, że trudno o większą różnorodność w tematach. A jednak, mają ze sobą więcej wspólnego niż różnic: te same autorki, projektantki, to samo podejście w opowiadaniu historii. Ten sam format i ta sama idea. Kilka lat różnicy. Warto jeszcze wspomnieć "Banany z cukru pudru" (Warszawa 2015) debiut tych samych autorek (o tej ksiażce w Miejscu fotografii). Poza opowieściami, poza wspaniałymi zdjęciami, widzę znakomitą ewolucję i już wyglądam kolejnej ich książki. 

Zacznijmy od ostatniej. "Marsz, marsz Batory". O transatlantyku M/S Batory jeszcze z okładki dowiadujemy się: "33 lata pływał pod polską banderą, odbył 222 regularne rejsy oceaniczne, przewożąc podczas nich ponad 270 tysięcy pasażerów." Ale to nie jest książka suchych faktów. Dalej klucz: "Dla wielu z tych osób to była podróż w jedną stronę - podróż na emigrację, podróż życia...".

Caillot i Karkowska odnalazły i porozmawiały z 50 pasażerami i 7 osobami z załogi. Fragmenty ich wypowiedzi znajdują się w książce. Podzielono ją na trzy części. Pierwsza odpowiada przygotowaniom i pożegnaniom, druga mówi o samym statku i rejsie, wreszcie trzecia dotyczy oczekiwań i rzeczywistości "tam" - na emigracji w Kanadzie i Stanach. A my czujemy, że jesteśmy na pokładzie: pożegnani solidnie i uroczyście, płyniemy i trwamy te 11 dni na morzu.


Każda kolejna osoba dopowiada coś interesującego, coś, czego nie znajdziemy w historycznych faktach. Doświadczenie, samopoczucie, i w końcu czujemy jak rzuca tym statkiem na falach. Ze wszystkich tych rozdziałów, najmniej interesujący jest dla mnie ten emigracyjny. Opowiedziany został gdzie indziej, dogłebniej, lepiej, i wyłacznie. Tutaj jednak istotny, bo mówi o pasażerach jednego statku. Te wspomnienia się pochłania, na raz, z coraz większymi oczami.



A skoro już o oczach. Zdjęcia!!! "Fotografie oraz elementy graficzne wykorzystane w książce pochodzą z prywatych archiwów naszych rozmówców: pasażerów, członków załogi oraz pasjonatów M/S Batorego". Są zatem pamiątkowe zbiorówki ze statkiem w tle. Moje absolutnie ulubione (poniżej) zdjęcie pożegnania. Mało co tu widać, tak na dobrą sprawę, ale robi się tak bardzo czule, tak coś ściska w trzewiach. Rok 1963, pożegnanie, jakich wiele.


Te pamiątkowe zdjęcia, czasem zupełnie niewstrzelone, poruszone, nieostre, czasem zbyt sztywne i sztampowe. Amatorskie ujęcia i każde ma inną historię. Uczucia - czy smutek (rozpacz!) pożegnania, czy  wzrok zapatrzony w horyzont na zwykłym portrecie, w dodatku z fleszem, te uczucia wręcz wylewają się ze stron książki. Zebrane razem tworzą jedną historię, jednego rejsu tam. Zaglądamy do baru na rufie, do jadalni, oczywiście mnóstwo czasu spędzamy na pokładzie. Absolutnie zjawiskowe jest zdjęcie z basenu na Batorym (basenu, krytego, ze zdumieniem oglądam to zdjęcie i tę opowieść). Są i tańce i rytuały. I widoki. Podróż pełnowymiarowa. A w końcu ląd.



Zdjęć jest ponad sto. Są widoki zza burty doświadczonego i bardzo sprawnego amatora, są reporterskie zdjęcia z tańców, głównie pamiątkowe. W części emigracyjnej - niemal same grupy ludzi na zdjeciach. Jakbyśmy właśnie dostali list od rodziny zza oceanu, pokazujące jak to im się wiedzie. Z ciekawostek, jest tam fotografia rodzinna Ryszarda Horowitza. Jeden drobny minus, bo już niestety nie wiadomo, która to jego wypowiedź. Nie można przyporządkować tych wspomnień do konkretnego nazwiska. Tym bardziej jesteśmy na jednym uniwersalnym rejsie. Pamięć zbiorowa.  


"Na Giewont się patrzy" to druga wspólna książka autorek Caillot i Karkowskiej. ("Batory" jest trzeci). Idea ta sama: zebrane wypowiedzi, historie opowiedziane, przeplecione zdjęciami. Jesteśmy na Podhalu, słuchamy opowieści prawdziwych górali. Mówią o wszystkim - jak wyglądała praca na polu i przy wypasie, jak obchodzono święta, jak chodziło się do szkoły, jak dorastało, wreszcie - jak przebiegała wojna. Napisałam słuchamy, choć oczywiście czytamy, ale czytamy oryginalne zapisy rozmów, na przykład:
"Po sąsiadach chodzilimy na posiady, chłopcy się schodzili, panny się bawiły, do rana muzykowali. Wesoło było. (...). Ciotko, ujku, krzesny - tak się mówiło, jak ktoś był z innej chałupy. Ujku, stryjku to po rodzinie, a krzesny to jak szanowny panie, bo krzesny to był ktoś!"
"Trzy rocki mioł, małe grabki mu się zrobiło, grabił w drugą stronę, ale mioł zajęcie." Słychać te opowieści, prawda?



Znajdziemy tu 62 zdjęcia (w tym pamiątki) i 25 współczesnych portretów. Zdjęcia stare, nawet jeden ferrotyp (!), w większości rodzinne pamiątki, ale czasem zdarzy się zdjęcie z archiwów Tatrzańskiego Parku Narodowego (pocztówki). Coś jest tu szalenie podniosłego, godnego, wręcz szlachetnego - jak oni pozują, stoją wyprostowani. Wobec tych dawnych zdjęć, te współczesne to niestety dla mnie minus całej książki. Wiem, wiem, to są rozmówcy, to jest autentyk. To taka rodzinna pamiątka. Ale brakuje im tego skupienia, tej godności, tego momentu dłuższego, że to sesja fotograficzna. Zdjęcie nawet i pozowane, ale jakby znajomy ktoś robił, dla rodziny będzie. A może już widziałam serię portretów Bartłomieja Jureckiego "Twardy jak skała" o góralach i "Silna jak halny" o góralkach. O tym spojrzeniu mówię. 

Znów pamięć zbiorowa, jakby jeden rodzinny album. Przeżywamy to wszystko co bohaterowie, z pierwszej ręki historie. A tu fragment idealny na "te czasy": "Nikt gorączki nie mierzył. Mama ręką sprawdziła, czy czoło gorące, wtedy szmatkę zamoczyła w zimnej wodzie i głowę owinęła. Jak dusiło, to mama grule gotowane omaszczone skwarkami przykładała na klatkę. Na kaszel inhalacje z rosołu czy siana robiła, a jak już charczało, to bańki stawiała." 

- - - 
Trudno te publikacje gdziekolwiek właściwie zakwalifikować. Ani to książka fotograficzna, ani po prostu 'historia mówiona', ni to biografia - bo jednak zbiorowa. Tym lepiej! Bo znajdziemy tu życie, wspomnienia, niezawsze ułożone i uczesane, niewygładzone. Zdjęcia zebrane i ułożone, że można tylko właściwie je obejrzeć i tę historię z grubsza samą odczytać. 
Wspomniałam, że ewolucja. "Banany z cukru pudru"czyli pierwsza książka autorek była znakomitym pomysłem, zrobiona na ogromnej energii i może zbyt szybko. Gdy sięgamy po drugą "Na Giewont się patrzy" widać już czas i zmianę. Dopracowanie. Ale to "Marsz, marsz Batory" to dzieło absolutne. Wnioski wyciągięte (już bez zdjęć bohaterów), tytaniczna robota - więcej rozmówców, więcej zdjęć (znacznie lepiej opracowane do druku) i elementów graficznych. Wszystko to poukładane i nie traci żywiołu. Jeszcze tylko gdzieś z tyłu zaznaczyć, kto które zdania mówił i nie będę się już czepiać, nic a nic. Czekam na kolejną historię. Może teraz Gdynia, jej powstanie, pamiątki, letnicy?

Zachęcam do tej podróży. I w góry i na morze, a tak naprawdę w przeszłość, żywą i wspaniałą!
Idźcie czytać i oglądać: https://oficynawydawniczaoryginaly.wordpress.com/gdzie-kupic/

środa, 18 marca 2020

Photobomb 3 / Pojawianie się


Photobomb czy taka specjalna kompozycja? 
Czy pani zza okna była planowana w tym zdjęciu? Z jednej strony wygląda tak, jakby była tam niechcący, jak na bardzo wielu innych zbiorowych zdjęciach. Po prostu spogląda przez okno, akurat wtedy gdy zdjęcie robiono.
Z drugiej jednak strony - jest tutaj na nią miejsce, jakby zostawiono specjalnie. Pani z lewej strony "zostawia" miejsce tej w oknie. Pan w prawej próbuje w tym zdjęciu się znaleźć, chyba bardziej nawet niż delikwentka za oknem. Mają teraz wszyscy razem portret zbiorowy, z tą w oknie. Z pytaniem czy to celowe, czy niechcący zostaniemy. 

Przypomina mi to - może przez nazwę dosć aktualną dziś: zdjęcia astronautów z misji Apollo 11 podczas powitań na okręcie USS Hornet podczas kwarantanny. Oni w okienku specjalnie zmodyfikowanej przyczepy, a obok - prezydent Nixon, żony, albo jak tutaj - tort i orkiestra. Tylko, że oni oczywiście są najważniejsi w tych zdjęciach. Czy to samo się dzieje w tym obrazku na samej górze? 




Załoga Apollo 11 po wylądowaniu, „uczestniczy” w oficjalnym powitaniu przez prezydenta Nixona z Przenośnego obiektu do kwarantanny, Apollo 11, 24.07.1969 / fot. archiwum NASA 




- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to, co miga nam codziennie przez internet przed oczami. 

wtorek, 17 marca 2020

Photobomb 2 / Pojawienie się.



Photobomb - spróbuję krócej. Pojawienie się w czyimś zdjęciu. Tak jak tutaj. Orkiestra ustawiona skrupulatnie, prosze zwrócić uwagę na upozowanie pierwszego rzędu. Króluje precyzja i symetria. Jak panowie i młodzieńcy trzymają instrumenty. Elegancja.
A wtem podnieśmy wzrok i popatrzmy w okna. Miska i dzbanek pozostawione ot tak, zdecydowanie mało elegancko. Fotograf zaaferowany ustawieniem dwudziestu sześciu osób - nie popatrzył w górę? 
Centralnie, na środku, nie-do-odzobaczenia - stoi sobie kobieta i patrzy prosto w obiektyw. Jakby to jej zdjęcie robiono. Żadne niechcący, żaden momencik. Stoi i patrzy. Photobomb w pełni intencjonalne. Fantastycznie zmienia odbiór zdjęcia. 
Niemałego zdjęcia, dodam, u podstawy ma 22 centymetry. Zastanawiam się jak potem było użytkowane. Mój egzemplarz idealny. Czy inni delikwenci uwiecznieni tutaj, trzymali to zdjęcie w całości, czy jakoś odcinali te okna? A może to istotna pani? Może żona kapelmistrza? No chyba jednak nie. ;)





Szukam innych 'pojawień'. Przypomnę z poprzednich postów tę próbę definiowania czy nazwania.

Wychylanie, niechcący uwiecznienie się w zdjęciu. Wyjrzenie przez okno, drzwi, z zainteresowaniem dokładnie w momencie zwalniania migawki. Tego ostatnio szukam w starych zdjęciach. Nieprawdopodobne historie się same stwarzają. Najprościej o to w zdjęciach zbiorowych. Kiedy wszyscy się ustawiają, a to zawsze zajmuje dłuższą chwilę. Bywają osoby, które się gapią zza okna, firanki, stoją tam długo. Bywają całkiem niechcący, 'tylko wyjrzę na momencik'. Nazywam to sobie roboczo i hasłowo „photobombing”. A to nie jest ani ładne ani dobre. ‘Photobombing’ to pewnego rodzaju strategia nawet, wejścia komuś w zdjęcie – celowe działanie. Kiedy powiedzmy ustawiasz się na wakacjach, na jakimś tle, a zza Ciebie wskakuje w momencie kliknięcia ktoś z głupią miną, ktoś z kciukiem do góry, ktoś, kto dorobi uszy, czy inny ewidentny żart. Wikipedia proszę bardzo: https://en.wikipedia.org/wiki/Photobombing 

'Photobomb' stało się sławne i częste w 2014 roku, kiedy Collins English Dictionary uznało to określenie słowem roku. Bo też w dobie robienia selfie, szczególnie z selfiesticków, kiedy fotografowana scena jest szersza, łatwiej to wykonać. I częściej. Jednak określenie ‘photobombing’ zakłada celowe działanie tegoż, co się w zdjęciu chce pojawić. Nazywany przez badaczy czasem też aktem sabotażu.W XIX i w początku XX wieku to chyba jednak nie jest jeszcze takie celowe. Część tych osób ewidentnie powodowana jest ciekawością. Część może nawet nieświadomością bycia w tym kadrze.

Może to ‘pojawianie się’, ‘zjawienie się’? Jacek Dehnel zaproponował "apparitions". Jak zjawa. Wskazywał na upiorność, na pojawianie się, niby znikąd, z innego planu. Po angielsku krócej, prościej. Po polsku większy kłopot, bo ‘objawienie’ - to za dużo i kręci się gdzieś niebezpiecznie wokół religii, ‘zjawa’ - już zajęta przez duchy, ‘ukazanie’ – generalnie słabo leży. Może ktoś z państwa coś dorzuci do rozważań leksykalnych?

I też drobne ćwiczenie na dłuższy czas przebywania w domu. Otwórzcie albumy, poproszę. Popatrzcie tam po bokach, w oknach, najczęściej w zdjęciach zbiorowych - czy ktoś tam nie stoi? Nie pojawia się, nie wystaje, nie wygląda, nie udaje niewidzialnego? Chętnie obejrzę, co znajdziecie.  
Tu przypomnę dywagacje leksykalne i próby definicji. I polecam przepatrzenie własnych albumów. Na pewno ktoś tam wygląda zza drzwi, okna, załomu ściany.

- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to, co miga nam codziennie przez internet przed oczami. 


niedziela, 15 marca 2020

Photobomb / Pojawienie się.


Autor nieznany, Zdjęcie rodziny "8+2", I ćw.XX wieku, Europa Środkowa / z archiwum jk.

Ojciec i matka i ósemka dzieci. I zaraz przypomina mi się genialna seria „8+2”. Chodzi o książki norweskiej pisarki Anne-Cathariny Vestly. Liczba się zgadza, przynajmniej w polskim przekładzie Mileny Skoczko dla wydawnictwa „Dwie siostry”. W oryginale to „Babcia i ośmioro dzieci”. Co by też może się zgadzało, gdy popatrzymy na to zdjęcie uważniej.
Jeszcze raz liczymy. Najpierw dorośli – ojciec górujący nad sceną, miejsce słuszne; oraz matka – równie należyte miejsce siedzące. I ośmioro dzieci: cztery dziewczynki i czworo chłopców, o ile to najmłodsze to męski potomek. Ale chyba tak, szorty, buty, z pewnością nie sukienka. Jest jeszcze jedna osoba na zdjęciu, wychyla się zza tła. Jest poruszona, nieostra, widać zaledwie fragment głowy i kawałek ramienia. Dla mnie to będzie babcia, bo taka mocna sugestia ze świetnymi książkami. Ale tak naprawdę, to raczej nie jest osoba z rodziny. Dlaczego miałabby się wychylać, a nie została zaproszona do zdjęcia? Gdyby faktycznie była babcią, jej miejsce byłoby w samym środku kompozycji, na krześle.

Kiedy to zdjęcie wykonano? Zgaduję, że w początku XX wieku. Pora letnia, wiosna, wczesna jesień. Ubrani są odświętnie. Może być, że niedziela i zaraz kościół, albo po prostu – przyjechał fotograf. Coś mi podszeptuje, że najprościej powiedzieć o komunii świętej i wtedy maj i sprawa załatwiona. Ale też żadne dziecko nie jest ubrane jak do komunii (może pierwszy z lewej chłopiec, ewentualnie), żadne nie jest tutaj w centrum uwagi. A w początku XIX wieku to jest już ogromnie ważna sprawa. A tu jednak zbiorowe zdjęcie, wszystkie dzieci na równych prawach. Czyli może po prostu fotograf przyjechał? I ku temu się skłaniam, szczególnie po chwili refleksji nad tym gdzie my właściwie jesteśmy. Na jakimś podwórku, jakiś róg domostwa. Ale ten róg, tam za oknem z lewej strony. No kto by tak zbudował? Popatrzmy uważnie na tło, na którym oni stoją. To nie jest ściana. To jest tło, tkanina napięta, parawan jakiś wysoki. Wyraźna nóżka z lewej strony, ba, wyraźna, jak już zaczniemy jej szukać. Ustawiono tło-parawan pod kątem do ściany z oknem, z tyłu pewnie ganek i wejście. I ta poruszona postać zza tła, tym bardziej wydaje się być tam niechcący.


Wychylanie, niechcący uwiecznienie się w zdjęciu. Wyjrzenie przez okno, drzwi, z zainteresowaniem cóż to za scena się dzieje, dokładnie w momencie zwalniania migawki. Tego ostatnio szukam w starych zdjęciach. Nieprawdopodobne historie się same stwarzają. Najprościej o to w zdjęciach zbiorowych. Kiedy wszyscy się ustawiają, a to zawsze zajmuje dłuższą chwilę. Bywają osoby, które się gapią zza okna, firanki, stoją tam długo. Bywają, jak owa babcia – niechcący, tylko wyjrzę na momencik. Nazywam to sobie roboczo i hasłowo „photobombing”. A to nie jest ani ładne ani dobre. ‘Photobombing’ to pewnego rodzaju strategia nawet, wejścia komuś w zdjęcie – celowe działanie. Kiedy powiedzmy ustawiasz się na wakacjach, na jakimś tle, a zza Ciebie wskakuje w momencie kliknięcia ktoś z głupią miną, ktoś z kciukiem do góry, ktoś, kto dorobi uszy, czy inny ewidentny żart. Wikipedia prosze bardzo: https://en.wikipedia.org/wiki/Photobombing 
'Photobomb' stało się sławne i częste w 2014 roku, kiedy Collins English Dictionary uznało to określenie słowem roku. Bo też w dobie robienia selfie, szczególnie z selfiesticków, kiedy fotografowana scena jest szersza, łatwiej to wykonać. I częściej. Jednak określenie ‘photobombing’ zakłada celowe działanie tegoż, co się w zdjęciu chce pojawić. Nazywany przez badaczy czasem też aktem sabotażu.
W XIX i w początku XX wieku to chyba jednak nie jest jeszcze takie celowe. Część tych osób ewidentnie powodowana jest ciekawością. Część może nawet nieświadomością bycia w tym kadrze.
Może to ‘pojawianie się’, ‘zjawienie się’? Jacek Dehnel zaproponował "apparitions". Jak zjawa. Wskazywał na upiorność, na pojawianie się, niby znikąd, z innego planu. Po angielsku krócej, prościej. Po polsku większy kłopot, bo ‘objawienie’ - to za dużo i kręci się gdzieś niebezpiecznie wokół religii, ‘zjawa’ - już zajęta przez duchy, ‘ukazanie’ – generalnie słabo leży. Może ktoś z państwa coś dorzuci do rozważań leksykalnych?

I też drobne ćwiczenie na dłuższy czas przebywania w domu. Otwórzcie albumy, poproszę. Popatrzcie tam po bokach, w oknach, najczęściej w zdjęciach zbiorowych - czy ktoś tam nie stoi? Nie pojawia się, nie wystaje, nie wygląda, nie udaje niewidzialnego? Chętnie obejrzę, co znajdziecie.  

- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to, co miga nam codziennie przez internet przed oczami. 



sobota, 7 marca 2020

Zamyślona.

Autor nieznany, Portret młodej, zamyślonej kobiety, pocz. XX wieku / z archiwum jk


Dziś mam przed sobą przepiękne zdjęcie. Oj to nie była produkcja rzemieślnicza, żadne amatorstwo. Tu jest wszystko: i piękno, i kunszt, i uczucie!

Ciekawe, co czytała i nad czym teraz myśli. Bo czytała, coś mi mówi, że to autentyczna chwila była. Nie weszła do zakładu fotograficznego, gdzie wśród póz możliwych, układów i rekwizytów – wybrała, że będzie siedziała z książką. Coś mi mówi, że to ktoś w domu zrobił. Nie z zaskoczenia, bo jest tutaj poza, bo jest moment wyraźny, gdy zdjęcie jest robione. Zastygła. Ale ta książka, to nie tylko rekwizyt. To było coś, co rzeczywiście było jej lekturą.

Przypomina trochę klasyczną figurę. Muza, może Polihymnia? Zamyślona, muza pieśni. Albo jednak Euterpe, od liryki, nowocześnie, już z początku XX wieku. Książka zamiast instrumentów. Jakbym ją już widziała, poznała w innych okolicznościach. Też siedziała zamyślona. Przywodzi też na myśl Sybillę Erytrejską, tę z sufitu Sykstyny. Znacznie drobniejsza, nie tak muskularna, ale podobnie gdzieś spokojna, poważna, może zrezygnowana?

Łagodna, miękko oświetlona, otulona tłem. Coś tu się zdarzyło po zrobieniu zdjęcia. Ktoś w ciemni popracował dłużej, tło rozmył na odbitce, może. Albo na negatywie. Ślady działań, jakby z emulsji ktoś farbę zrobił i pędzlem – gest malarza wykonał. Przypomina tym samym piktorialistów, chyba najbliżej do Gertrudy Kasebier. Że kobieta, liryczne ujęcie, być może. Najtrudniej przypisywać do skojarzeń jakieś twarde fakty. To wszystko tu płynie, owe przypomnienia są niewyraźne, w przybliżeniu, gdzieś pomiędzy. Nie ma wyraźnego desygnatu, ‘chodź usiądź, książkę tak, ręka tak, spójrz tam, zrobimy portret à la….’. A może, tylko nie znam pierwowzoru.

Biała bluzka z rękawami do łokcia, ciemna spódnica, włosy spięte opaską. Jesteśmy gdzieś na początku XX wieku. Oczywiście żadnego podpisu, opisu, odręcznych choćby cyferek. Tylko liniatura pocztówkowa, mówiąca, że wykorzystano połowę papieru na tę odbitkę. Ozdobnie obcięte brzegi.

- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to co miga nam codziennie przez internet przed oczami. 









środa, 4 marca 2020

Egzotyczna pamiątka


Autor nieznany, gdzieś w Południowo-Wschodniej Europie między 1900 a 1914 (?) / fot. z archiwum jk

Mam słabość do palm. "Robią" dla mnie zdjęcie. Od razu przykuwają wzrok i potem od razu muszę je mieć. [prosze, nie wykorzystujcie tego faktu przeciwko mmnie].
Także mi wystarczą palmy. Nieważne co właściwie się tam dzieje. Tutaj w sumie nic takiego. Pamiątka, może bardziej egoztyczna. Pan i pani pod palmą. To ich zdjęcie, oni są centralnym tutaj elementem, nawet jeśli nie do końca znajdują się w środku kompozycji. Jakby się tu fotograf zawahał, jakby nie wiedział - czy bardziej palma czy bardziej państwo.
Zawahał się, czy raczej automatycznie, lepiej powiedzieć - odruchowo, ustawił aparat w poziomie. Bo przecież w pionie miałoby to znacznie więcej sensu.
Dobra, nie jesteśmy od tego, żeby fotografa tutaj, sto lat później uczyć kadrowania, ale powiedzmy to głośno - mógł podejść kilka kroków bliżej. Taka ponadczasowa jak widać lekcja fotografii. Odruchowo robimy w poziomie, odruchowo stajemy daleko, odruchowo bohater w środku (no, prawie w środku).
A zatem amator wykonywał fotografię, zapewne kolega z wojska (zgaduję), drugiemu koledze na pamiątkę. Zgaduję, że to on jest bohaterem, a już niezupełnie ona. Chociaż może mi się zdaje? Może jednak ona trzyma go pod rękę? Czubki paluszków w rękawiczce? Może. Uśmiechnięci, radośni, no a jakżeby inaczej w tak ciepły i słoneczny dzień, i to jeszcze pod palmami.


Co wiemy z całą pewnościa, że koledzy żołnierze na prawo, wcale w tym kadrze pamiątkowym być nie powinni. Nikt im nie krzyknął - uwaga, zapozujcie! Robili swoje. A to też jest zagadka, co właściwie. Jeden trzyma w zębach papierosa, z wysiłkiem coś robi. Wygląda ta scena na zupełnie ponadczasowy gest polewania. Czy to łokieć kolegi, czy jego zacięcie i również łokieć, napięcie w ręce, czy po prostu znajomy widok. Z dzbanka do kufla, stawiam, bo nie widzę dokładnie.

Kim oni są? Na odwrociu oczywiście żadnej wskazówki, jedynie liniatura pocztówkowa. Gotowa do zapisania i wysłania pozdrowień. Ten pamiątkowy obraz najwyraźniej został z właścicielem. Skąd są? Pewnie można próbować definiować po mundurach. Mnie jednak mylą, a specjalistką od tego w ogóle nie jestem. Na moje oko, każdy z obecnych tu panów ma inny mundur - inne spodnie, inne czapki. A to mogłoby się zgadzać z Austro-Węgrami. Przynajmniej kołnierz i kieszenie, bufiaste nogawki się zgadzają. Przed pierwszą wojną. Moglibyśmy być już nad Adriatykiem, gdzieś na południu, gdzie ciepło. Zgaduję (posiłkując się obrazami mundurów z epoki), może ktoś precyzyjniej potrafi te mundury namierzyć.



Właściwie to bardziej frapuje mnie lewa strona kadru. Kosz nakryty kraciastą tkaniną. Czyżby zatem piknik? Państwo gotowi, panowie już polewają, teraz tylko znaleźć miłe miejsce w cieniu. Ale może ten kosz jednak odstawiony na bok, co się musiało wydawać fotografowi, że nie będzie go w kadrze... Amator?! Więc jeśli celowo porzucony, odstawiony, żeby go nie było, to może jednak tak zwane narzędzie pracy? A nie zaraz przyjemności. Bo najbardziej mnie zastanawia gdzie jest pani kapelusz. Warunki, rzekłabym, absolutnie konieczne do nakrycia głowy: czas - także mody i względów społecznych, pora roku i światło. No i co oni tam rozlewają, to też dobre pytanie. Przepustka i tak wygląda na całkiem udaną.

- - - - - - - - - - -
Raz na jakiś czas patrzę dłużej na zdjęcia, które trafiają mi w ręce. Dzielę się spostrzeżeniami, zapraszając państwa do patrzenia dłużej na zdjęcia, na te, lub inne, na własne archiwa, na to co miga nam codziennie przez internet przed oczami.