Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okazje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okazje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 sierpnia 2026

Sto lat, fotografio!

Niecephore Niepce
 

Hurra, święto! Spóźniłam się, ale to chyba - jak zobaczycie - nie będzie tak istotne. Fotografia ma 200 lat! 19 sierpnia obchodzony jest Światowy Dzień Fotografii (od 2010 roku!). Tego dnia w 1839 roku narodziła się fotografia, a to dopiero za 13 lat. 200 upłynęło od zdjęcia Niepce'a, które raczej nie powstało w sierpniu. Można się pogubić. Wielka okazja, chyba wszystkie media, choćby jednym zdaniem napomknęły. Zdjęcia podstawiano losowo, daty i nazwiska podobnie. To może kilka sprostowań i jedno wielkie wow, przy okazji. 

200 lat od czego właściwie? 

Liczymy od daty wykonania zdjęcia przez Niecephore'a Niepce'a - widok z okna w Le Gras. Daty co prawda bywają różnie wskazywane - bo albo 1826 albo 1827. Skoro można odtrąbić równe urodziny, nie ma co czekać, a można świętować przez obydwa. [ciekawe czy 19 sierpnia 2027 będą media dalej mówić o 200 latach czy już 201?]. Hurra. A jak się mówi w toaście? Sto lat to trochę słabizna, dwieście, też mało polotu... Dobra, za fotografię! 

Skoro liczby i daty, to niesamowite, ale fotografia ma - jako wynalazek - datę dzienną. Jak mało które wynalazki, wcześniej to żadne, później jeszcze przez chwilę zaokrąglane różnie. A tu dzienna, i to dwie do wyboru. I żadnej z nich nie świętujemy dwustu-lecia, jeszcze nie. Za początek fotografii uznaje się rok 1839, kiedy to 7 stycznia przed Francuską Akademią Nauk  Francois Arago przedstawił efekty metody Louisa Daguerre'a [Louis-Jacques-Mandé Daguerre]. 

Louis Daguerre


Kto pierwszy?

Przez kilka miesięcy wrzało w różnych akademiach nauk i w prasie, w laboratoriach i "jaśniach" (bo jeszcze długo nie potrzeba będzie ciemni w procesie fotograficznym). Ogłoszenie styczniowe, że panu Daguerre'owi udało się pochwycić światło i je zapisać, nie używając do tego ręki zelektryzowało wszystkich. Publiczność: a jak to wygląda? A co to jest? Albo z drugiej strony innych próbujących: o, mi też się udało! 

19 sierpnia 1839 roku znowu przed Francuską Akademią Nauk - wynalazek fotografii został w pewnym sensie wykupiony przez Francję i oddany światu - ogłoszono wówczas metodę - jak się wykonuje zdjęcia. Przyznano wtedy nagrody-renty-pensje dożywotnie ojcom wynalazku - liczba mnoga, bowiem poza Daguerrem, pensję po zmarłym Niecephorze Niepce - otrzymał jego syn. 

To właśnie w tych kilku miesiącach 1839 roku pojawiło się kilka pomysłów na fotografię [prasa brytyjska donosiła około czerwca, że nie ma tygodnia by ktoś się nie zgłosił ze swoją metodą!]. Tylko dwa zgłoszenia okazały się istotne, ale tylko jedno wzięto na poważnie. Syn Niecephorea Niepce'a, kiedy usłyszał o wynalazku Daguerre'a, nazwisko zabrzmiało najwyraźniej znajomo - odkopał listy i dokumenty po ojcu. Wykazał, że bez Niepce'a Daguerre donikąd by nie doszedł. Stąd uznanie przez rząd francuski zasług obydwu. Technikę nazwano od Daguerre'a i odtąd mówiono - dagerotypia. Był to obraz lustrzany na metalowej płytce (odwrócony lustrzanie ale i płytka robiła wrażenie lustra) oraz unikatowy. 

Widok z Le Gras to dagero(-niepce-)typ?

Niecephore Niepce wykonał widok z okna swojej pracowni na metalowej płytce (20,3x16,5 cm). Mówi się o tym, że to zdjęcie powstawało 8 godzin. Tego, ile godzin było naświetlane nigdy nie dowiemy się na 100%. Ilość nie została zapisana przez Niepce'a. Możemy jedynie porównywać efekty eksperymentów i naśladowań (z użyciem jak najbardziej zbliżonych warunków). 8 godzin to najniższa sensowna liczba, w którą można uwierzyć. Wróćmy do Niepce'a, gdy zobaczył efekt swojej heliograficznej pracy, musiał być załamany. Odłożył temat, nie pracował już nad nim dalej, nie czynił dalszych prób. Jego nazwisko wypada zatem z nazwy techniki. Efektem podzielił się jedynie z paryskim przedsiębiorcą - Daguerrem, na jego życzenie i zainteresowanie. 

Ale i tak największym przegranym roku 1839 był Brytyjczyk Henry Fox Talbot. Zmagał się z procesem wtedy, co Daguerre, a dobre wyniki osiągnął nawet wcześniej. Ale nie korzystał z blaszek metalowych, tylko z papierów. Jego metoda pozytywowo-negatywowa w roku 1839 nie wyglądała wcale dobrze, nie tak dobrze jak dagerotypy. Odmówiono mu miejsca przy stole założycielskim. Jego metodę usprawniono i podrasowano, tak, że od 1841 nie miała sobie równych. Gdyby nie Fox Talbot i jego - jakżeby inaczej - talbotypia, dalej robilibyśmy polaroidy. 

Henry Fox Talbot


Co jest oryginałem? 

Oryginał Niepce'a zawędrował do USA i jest wystawiany w Harry Ransom Center przy Uniwersytecie w Austin. Najsłynniejsze zaś zdjęcie Daguerre'a, to z ulicą i czyścicielem butów, które też publikowano z okazji 200-lecia fotografii (chociaż ono powstało w 1838 roku, na 100%) nie istnieje w swojej oryginalnej formie. Kiedy przetrwało już swoje setne urodziny i obydwie wojny światowe, ktoś [jak się dokopiemy, to można i imię i nazwisko znaleźć, tylko po co...] chciał wyczyścić płytkę i zniszczył dagerotypię. Gdyby nie Fox Talbot i ktoś inny, kto zadbał o zreprodukowanie zdjęcia, byłoby trochę słabo. 

Wskazanie gdzie jest oryginał, nie rozwiązuje tematu do końca. Bo oto wyszukiwarka grafik google dostarcza kilka wersji tego zdjęcia. [Tak, jest też kolor...] Podobnie z Daguerrem, a i reszta XIX wiecznej fotografii ma się różnie. To jest trochę inny temat, niż porównywanie reprodukcji w kilku książkach  - że inny papier, inna technologia, itd. Internet się nie może zgodzić na jedną wersję. Więcej sepii, mniej sepii, ziarno i bez ziarna, nawet pokolorowane. 

Zauważyłam to kilka lat temu, kiedy postanowiłam trochę podreperować własną bazę obrazków do wykładu. W końcu 600x800 pikseli to jest na dziś maks możliwości. I fajnie się wymieniał wiek XX, XIX nawet, ale te pierwsze zdjęcia to zupełny kosmos. Mogę od razu znaleźć w sieci odcień jaki mi najbardziej będzie pasował, nawet jeśli to czarnobiałe zdjęcie. Z ziarnem i bez ziarna, kontrast wysoki czy wszystko na szaro i miękko. 

Super możliwości, ale halo?! Nie zdołaliśmy się zgodzić dotąd, to chyba właśnie przegraliśmy temat. AI może dodać szczegóły w budynku na lewo, no i wyostrzyć drzewa w oddali, prawda? Niby nic, ale gdzie jest oryginał? Czym jest oryginał? Pytania nie na miejscu, nawet jeśli technika zezwalała na unikat. W końcu nie po to jest fotografia, żeby powielać? 


Hippolyte Bayard
 

Za każdym razem jak grzebię po tej historii, a robię to w sumie rok w rok, przed pierwszym wykładem z historii fotografii dla studentów, sprawdzam sobie daty, nazwiska bohaterów pobocznych [na dziś darowałam] bo przecież to są takie historie i zwroty akcji, że dziwię się, że nie ma świetnej powieści o tym albo 3-sezonowego serialu. Więc tak, kiedy zaglądam w czeluści internetu po tych ojców założycieli - odkrywam coraz to nowe rzeczy. Albo "nowe" portrety Daguerre'a, "nowe" heliografie Niepce'a, chociaż dalej nieistniejące - jak mówią artykuły, ale proszę spojrzeć jak mogłyby wyglądać, gdyby istniały... 

Już wystarczającym trzęsieniem ziemi w historii fotografii było znalezienie autoportretu Roberta Corneliusa (dagerotyp) z 1839 roku - dokonanego w 1996 roku, a spopularyzowane kilkanaście lat później. Nagle trzeba przepisywać książki? Nie trzeba, bo nic nie cofnie już popularności pierwszego znanego i znanego od momentu powstania w 1840 roku autoportretu Hippolyte'a Bayarda. Odkrycie Corneliusa znakomite i oby więcej szuflad, pudeł, strychów (piwnic też, chociaż warunki mniej dające potencjał na przechowanie) przed nami odkryto! Z przepisywaniem encyklopedii ostrożnie, historii fotografii nie zmienimy, możemy tylko pisać dalej. 

Robert Cornelius


Za fotografię! Za jakąś jej wersję, za okazję do rozmowy i obrazki. Nie ma się co przywiązywać do dat (nawet jak jest dzienna...), do nazwisk ani tym bardziej do pojęcia oryginału. Kijem Wisły nie zawrócimy. Pozostaje nam sobie życzyć uwagi w czytaniu, znalezienia własnych wersji zdarzeń i swoich ulubionych autorów i zdjęć. 


czwartek, 5 maja 2016

Po 11. Nie ilustruj!

Wyniki BZ WBK Press Foto 2016. 
Po konkursach światowych, czas na rodzime. To czas sprawdzenia naszych realiów. W World Press Photo i POYi postawiono w tym roku na czytelność i komunikatywność. Większość wygranych to – przypomnę – zgrabne i rzetelne materiały dobrego, wysokiego czasem poziomu, ale za to przyswajalne, raczej łatwe niż trudne, a z pewnością dalekie od niuansów, niedopowiedzeń i raczej nie liczące na aktywnego widza. Dobre ilustracje. Czyż nie tym powinna być dobra fotografia prasowa? Ilustracją właśnie?

Przyznam, że wyniki konkursu w pierwszej chwili mnie oszołomiły. Zanim zmierzyłam się z własnymi przemyśleniami, wysłuchałam opinii kilkudziesięciu osób spotkanych na gali - uczestników środowiska, śledzących konkursy i rynek. Przede wszystkim opinie te dotyczyły zdjęcia roku. „Budzące kontrowersyjne opinie" – powiedział Chris Niedenthal, juror konkursu. Przewodniczący jury – Maciej Jeziorek – „rękami i nogami będę go bronił, opowiada wiele historii na raz a jest powrotem do zwykłego życia, zwykłego bohatera, czyż nie tym powinien się zajmować  fotoreporter?” 


Blisko ludzi, historii codziennych, dziejących się - takie jest zdjęcie roku. 
Wydaje się, że kilka nagród wybrano podobnym kluczem, a z pewnością reportaże, które chwytają za serce w całości. Są to tematy trudne, okupione z pewnością ciężkimi przeżyciami autorów, tematy, które w nas zostają na dłużej. Grzegorz Dembiński  (2 miejsce w kategorii „Życie codzienne”) to walka o życie na dziecięcym oddziale kardiochirurgii w Poznaniu. Maciek Dakowicz (1 miejsce w kategorii „Wydarzenia”) sfotografował chaos po trzęsieniu ziemi w Katmandu. Dezorientację i dramat, które następują zaraz po katastrofie. Wreszcie – jak dla mnie – absolutny faworyt i najważniejszy reportaż, wśród nagrodzonych – Maciek Nabrdalik (3 miejsce w kategorii „Wydarzenia”. Temat uchodźców od wysp Grecji po Niemcy. Autor wypowiedział o motywacji reporterskiej, o sensie pracy fotografa prasowego szalenie istotne zdania: „Nie umiałem dłużej przyglądać się tym wydarzeniom z dystansu. Spakowałem się i poleciałem na grecką wyspę Lesbos. (…) Dokumentowałem te przesiedlenia i będę dokumentował ich konsekwencje z nadzieją, że prawa człowieka w tej części świata są rozdzielane równo między wszystkich”. Jego seria odpowiada na mnóstwo pytań, opowiada o exodusie wielowymiarowo, igra ze stereotypami pozostawiając nas w niedowierzaniu, że to się dzieje, w zdumieniu o skali dramatu, we współczuciu i dociekliwości. Czyż nie tym powinien się zajmować fotoreporter?







Grzegorz Dembiński, Głos Wielkopolski / 2. miejsce / Życie codzienne / Fotoreportaż / Życie codzienne Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej Szpitala Klinicznego im. Karola Jonschera w Poznaniu. Poznań (Polska), marzec 2010 r. – wrzesień 2015 r.









Maciek Nabrdalik, VII PHOTO / 3. miejsce / Wydarzenia / fotoreportaż / W 2015 r. milion uchodźców i migrantów przybyło do Europy drogą morską, z czego 80 proc. dopłynęło tu z Turcji przez Morze Egejskie. Materiał dokumentuje tę drogę i dalszą podróż uchodźców przez Bałkany do Europy Zachodniej. Większość ucieka przed wojną, przemocą i biedą między innymi z Syrii, Afganistanu i Iraku. / Lesbos (Grecja), Preševo, Berkasovo (Serbia), wrzesień – październik 2015 r.

Bardzo mocno wypadła kategoria „Kultura i sztuka”. Wśród nagrodzonych same znane nazwiska: Wojciech Grzędziński, Michał Szlaga, Grzegorz Press, Tomasz Lazar, Tymon Markowski i Michał Siarek. W reportażach w tej kategorii znalazł się wielowątkowy dokumentalny długoterminowy projekt o nowej Macedonii Siarka, także długoterminowy materiał z działalności „Teatru 21” Grzegorza Pressa  – o ogromnej wadze społecznej i determinacji aktorów. I znalazł się materiał złożony z portretów o niezwykłym napięciu – Wojciecha Grzędzińskiego ukazującego uczestników konkursu chopinowskiego na moment przed wyjściem na scenę.


Tymon Markowski, Gazeta Wyborcza Bydgoszcz / 2. miejsce / Życie codzienne / zdjęcie pojedyncze / Alpiniści z firmy Everest, którzy na co dzień zajmują się m.in. myciem okien w wysokich budynkach, przyjechali do chorych dzieci ze Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 im. dr. Antoniego Jurasza przebrani w kostiumy superbohaterów. / Bydgoszcz (Polska), 11 czerwca 2015 r. 

Do wartych uwagi, znakomitych momentów, wirtuozerii reporterskiej należą z pewności pojedyncze zdjęcia: Tymona Markowskiego (2.miejsce w kategorii „Życie codzienne”), Aleksandry Szmigiel-Wiśniewskiej (1.miejsce w kategorii „Sport”) oraz Wojciecha Grzędzińskiego (3. Miejsce w kategorii „Wydarzenia”). Wszystkie trzy warte uwagi z tego samego względu – wirtuozerii właśnie. Nie wystarczy być na miejscu, „temacie”, trzeba też wiedzieć co się zdarzy i jak się przygotować, jak uprzedzić moment, który tam się wydarzy. Trzeba sobie pomóc w przygotowaniu i przekazaniu widzowi czystego – wydestylowanego niemal przekazu z maksymalną dawką emocji. (Absolutny przypadek chyba, że wszystkie trzy są czarnobiałe, nie przypisujmy za wiele tutaj.)


Aleksandra Szmigiel-Wiśniewska / 1. miejsce / Sport / zdjęcie pojedyncze / Michelle Jenneke wie, że wszystkie oczy zwrócone są właśnie na nią. Tuż przed biegiem na 100 metrów przez płotki Australijka wykonuje swój markowy taniec-rozgrzewkę. / Pekin (Chiny), 27 sierpnia 2015 r.


Wojciech Grzędziński, freelancer / 3. miejsce / Wydarzenia / zdjęcie pojedyncze / Zwolennicy prezydenta Bronisława Komorowskiego oczekują w sztabie wyborczym na ogłoszenie wyników wyborów, wiedząc już o przegranej. / Warszawa (Polska), 24 maja 2015 r.

W konkursie znalazły się kompletne nieporozumienia, a ja nie byłabym sobą, gdybym ich nie wytknęła. Reportaż z Woodstocku był wprost zdumiewający! W ośmiozdjęciowej historii, jedno zdjęcie było w kolorze. Oczywiście wtedy trzeba zapytać: dlaczego? Skąd akurat to jedno i co w nim jest takiego? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Wystarczyło – drogi autorze zdjąć kolor i z tej jednej klatki, a drogie jury – skoro autor tak wysłał, może po prostu wyrzucić z zestawu? Wiele materiał by na tym nie stracił, a śmiem sądzić, że tylko by zyskał. Z resztą szmer śmiechu był dość wyraźny na gali, dziś zaś już w komentarzach internetowych jeszcze wyraźniejszy.

Inne nieporozumienia zdarzyły się na samej gali. Głównie w wypowiedziach nagrodzonych autorów. Większość na szczęście to ważne wypowiedzi i manifesty – o profesji i o sytuacji fotoreportażu i prasy, a nawet miejscami polityki i kraju. Zdarzyły się jednak niestety i problematyczne. Własne literackie interpretacje swoich zdjęć, przywoływanie Breugla i Elliotta Erwitta to dość górnolotne słowa, sugerowanie co się chciało zawrzeć w zdjęciach – kiedy te wyświetlone zostają za plecami mówcy i jako żywo przeczą słowom - też nie świadczy najlepiej. Rozczulające też było wyznanie ulubienia swojego zdjęcia tak bardzo, że jest pulpitem w komputerze. Proszę państwa, to był przypomnę konkurs fotografii prasowej! (A już kompletnie nie na miejscu była reklama warsztatów fotograficznych nieobecnego laureata na tle jego zdjęć , które nie były o kwiatkach, ale o „tragedii nie do opisania”!)

Niedobrze się dzieje, jeśli autorzy potrzebują tej literackiej warstwy. Świadczyć to jednak o początku drogi fotoreporterskiej wypowiadających te słowa. Niewiary w profesję, w której próbują być. Tu warto też przytoczyć słowa naczelnego „Rzeczpospolitej”, który zanim wręczył nagrodę patrona medialnego wyznał, że „boi się złego obrazu” oraz podzielił się refleksją:  „jeśli słowo ma przetrwać to w dobrym towarzystwie”. Tym samym sprowadził fotografię do roli ilustracyjnej i najlepiej w miarę przyjemnej. Nie twierdzę, że w większości wypadków tym właśnie w prasie jest zdjęcie. Dobra ilustracja, czyż nie tym…?

Chyba właśnie nie! Zamiast zaufać fotografowi, który znalazł temat, poświęcił czas i umiejętności by o tym opowiedzieć, bierze się pierwsze lepsze zdjęcie z bazy, by ilustrowało. Spłyca przekazy. Wzory światowe nie rokują najlepiej. Tym bardziej doceniam znakomitą robotę, którą nagrodzono jednak w BZ WBK Press Foto 16. Te przepracowane i zaangażowane tematy, samodzielne! Tę rolę reportera blisko zwykłych historii. Nie, nie jest tak różowo ani tak optymistycznie. Tę rolę podejmuje mniej więcej połowa wygranych. Tu jednak pojawiają się pytania, od których powinno się zacząć: dla kogo to jest konkurs? Kto jest odbiorcą – widzem? Ale znacznie ważniejsze – kto jest autorem, fotoreporterem, kto może brać w nim udział? Do konkursu stanęło 431 osób, ale zakwalifikowano 348 fotoreporterów. Po drodze „zgubiono” osiemdziesiąt zgłoszeń, uznając, że nie są profesjonalne. A nawet wśród wygranych byli ludzie ledwo raczkujący – trudno nawet powiedzieć – w zawodzie, w przygodzie z fotografią prasową. Podziały stają się niejasne, definicje straciły ostrość i wyniki także światowych konkursów coraz bardziej w tym utwierdzają. Patrzmy uważnie co się dzieje, to super moment zmiany! 

strona konkursu BZ WBK Press Foto 2016

niedziela, 3 kwietnia 2016

Saul Leiter Wielki, i skromny.

Historia fotografii zna coraz więcej i więcej przypadków odnalezionych i odkrytych po wielu latach zdjęć, którymi nagle zachwyca się świat. Czasem zdarza się, że to zainteresowanie przychodzi za życia autora, czasem niestety dawno (lub tuż po). Bolesław Augustis i Stefania Gurdowa, to dobre przykłady z kraju. Ze świata, całe wielkie mnóstwo, chociażby głośna ostatnio Vivian Maier (no przecież nieprawdopodobna historia?!) czy Jacques Lartigue, którego zdjęcia dłuuuuugo przeleżały w szufladzie. W te odkrycia wpisuje się także dorobek Saula Leitera. Tyle, że całe życie był aktywnym fotografem, i w to w Nowym Jorku pracując dla magazynów ilustrowanych. Był zatem TAM gdzie należy, wśród wielkich fotografów, w samym centrum świata fotografii. Był jednak skromnym gościem, unikał wystaw, wydawania książek. Skupiony na swojej pracy, niespiesznie. W rok przed śmiercią wystąpił w filmie Tomasa Leach'a pod tytułem: "In no great hurry. 13 lessons in life with Saul Leiter". W ostatniej dekadzie swojego życia wreszcie opublikował swoje autorskie prace i zrobił, a raczej to jemu zrobiono wystawę retrospektywną. Świat się zachwycił pracami, które wykonywał w latach 1950 i 60tych. Unikalna wizja, specyficzne kolory, niesamowite kompozycje. I to pytanie - dlaczego teraz? Dlaczego nie wcześniej?

Saul Leiter, Taxi, ok 1957 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Saul Leiter, Śnieg, 1960 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Dziś Leiter uchodzi za pioniera nowego użycia fotografii kolorowej. Jest stawiany wśród największych za swoje autorskie prace [czyli nie te zlecone w magazynach]. Wydaje się, że świat mógł nie być gotowy na jego twórczość wtedy, dopiero teraz dojrzał. Ale przecież amerykański koloryzm to już wpisany w annały historii fotografii nurt, przecież Egglestone, przecież Shore! I następnie całe mnóstwo kolejnych używających koloru! Miał pojedyncze wystawy indywidualne w 44, 45, 47, 54, potem jeszcze po jednej w 72 i 84 i 85, 93, 94, dwie w 97. Trochę mało jak na tej klasy fotografa. No i potem dopiero od 2006 roku  kurator Martin Harrison z galerii Howard Greenberg skonstruował prawdziwie monograficzną, indywidualną wystawę.
W filmie "In no great hurry" znajdziecie odpowiedź na pytanie dlaczego tak późno Leiter trafił do świadomości publicznej, a właściwie tylko przeczujecie tę odpowiedź. Wygląda bardziej na to, że sam Leiter nigdzie się nie pchał, włóczył się po ulicach z aparatem i to mu wystarczyło do szczęścia. W ten sposób otwiera listę najskromniejszych fotografów XX wieku.

Saul Leiter, Through Boards (Pomiędzy płytami),1957 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Saul Leiter, Harlem, 1960 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Właśnie kończy się wystawa retrospektywna, kolejna w serii, tym razem w Photographer's Gallery w Londynie, gdzie pokazano ponad setkę prac artysty. Dodatkowo także notatniki i różne 'artefakty'.
Dziś kojarzymy Leitera z prac w kolorze, oczywiście. Zaczynał od czarnobieli, chciał być malarzem (i trochę też nim był). Najbardziej lubił używać przeterminowane filmy, stąd ta niepowtarzalna kolorystyka, znak rozpoznawczy Leitera - numer 1. Numerem drugim, czyli tym co wraz z barwą składa się dziś nam na styl Leitera - jest kompozycja. Specyficzna, ciasna, unikająca przestrzeni. A jeśli już jakaś przestrzeń się rysuje, to Leiter ją zasłania. Patrzymy zwykle przez coś, szybę, krople, pomiędzy znakami, markizą, płytami, no zawsze coś co by się chciało rozsunąć niczym kurtynę i spojrzeć w głąb. Odwraca naszą uwagę, nakazuje się zatrzymać na tej szybie. W gęstym świetle i kolorze. Bajka!
Saul Leiter, Carol Brown, Harper’s Bazaar, ok 1958 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Saul Leiter, Listonosze, 1952 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Nic dziwnego, że fotografie Leitera zachwycają. Jest to zespół bardzo spójnych prac, kompozycyjnie i kolorystycznie, a powstających na przestrzeni dekad! Zachwyca na wystawach, w książkach, nawet w internecie. Nie lubił rozmachu, jego prace na wystawie prezentowane są w niewielkim rozmiarze. Książka, którą wydał za życia, jest też skromnych rozmiarów. Wielki i skromny. Zmarł w 2013 roku, krótko po nakręceniu filmu dokumentalnego. Jego lekcje - życia! - nie fotografii jako takiej, zostały na szczęście z nami. Fascynujący film.

Saul Leiter, Córka Milton Abery,1950te © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Saul Leiter, Słomkowy kapelusz, ok 1955 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Jest jeszcze jeden film warty uwagi. Leiter przy nim nie mógł pracować. "Carol" Todda Haynes'a miał premierę w końcu zeszłego roku. Właśnie jest w polskich kinach. Twórcy filmu podali w informacji prasowej i podkreślali wpływ amerykańskiej fotografii lat pięćdziesiątych na swój obraz. Podali bardzo konkretne nazwiska - samych kobiet! - Vivian Meier, Ruth Orkin, Helen Levitt i Esther Bubley. Haynes i Ed Lachman - autor zdjęć do filmu, podkreślali, że stworzyli sobie księgę obrazów, którymi posługiwali się w pracy nad filmem. Inspiracja fotografującymi kobietami musiała przełożyć się chyba tylko na scenografię, kostiumy, może też światło w pojedynczych scenach. Ale, ale, film "Carol" to hołd złożony Saulowi Leiterowi. Otwarcie mówią o tym twórcy filmu, a trzeba przyznać, że to bardzo udany tribute. Jest tak nakręcony jakby sam Leiter siedział za kamerą. Jego kompozycje, jego kolory. Niektóre zdjęcia wręcz ożywają. Może nie tak ożywają na ekranie jak zdjęcia Roberta Capy w "Kompanii braci" czy "Szeregowcu Ryanie" duetu Spielberg i Hanks. Mniej literalnie, tu nie ma historii do powtórzenia. Jest zaś przeniesiony nastrój, atmosfera i klimat (jak bardzo nie znoszę tych określeń, tu nie ma wyjścia). Jest sposób kręcenia - za czymś, przez coś, coś ciągle zasłania obiektyw kamery. Są ciasne kadry, bliskie i gęste. No i jest kolor i światło.


kadr z filmu "Carol" materiały prasowe, Gutek Film

Warta uwagi ciekawostka, w Somerset House w Londynie była wystawa zdjęć z filmu w porównaniu z pracami Leitera.
Sami zresztą porównajcie, a i koniecznie idźcie obejrzeć film. Miłych wrażeń!


 kadry z filmu "Carol" materiały prasowe, Gutek Film

niedziela, 7 lutego 2016

Stephen Shore podsumowuje


South of Klamath Falls, U.S. 97, Oregon,
July 21, 1973. From the series “Uncommon Places“/ © Stephen Shore. Courtesy 303 Gallery, New York & Sprüth Magers

Beverly Boulevard and La Brea Avenue, Los Angeles, California, June 21, 1975 z serii “Uncommon Places“ / © Stephen Shore. Courtesy 303 Gallery, New York & Sprüth Magers

Retrospektywna wystawa Stepehna Shore'a została w piątek otworzona w C/O Berlin. Została przygotowana rok wcześniej do Madrytu, ukazała się także gigantyczna publikacja. Wystawą i książką Stephen Shore podsumowuje 50 lat robienia zdjęć. Zaskoczenia? Kilka się znajdzie.

Wystawy przekrojowe przez pół wieku twórczości, gdy autor wydatnie przykłada się do wyboru prac na podsumowanie to trudny temat. Kilka lat temu oglądałam wystawę Henri Cartier-Bressona, gdzie oprócz zdjęć, znalazły się i grafiki i malarstwo. No cóż, wola i prawo artysty. Pewnie dlatego na koniec wystawy Shore'a zaglądamy na jego kanał instagramowy.

To co wiemy o artyście, z jakimi pracami rozpoznajemy i z czym kojarzymy zwykle nie ma przełożenia na prawdę czy całokształt. Otóż i właśnie: Shore: kolor? amerykańskie snapshoty? dużo samochodów? perfekcyjna kompozycja w nudnych kadrach? Zgadza się, prawda?

Brewster County, Texas, 1987 / © Stephen Shore. Courtesy 303 Gallery, New York & Sprüth Magers

A może także: kompletnie nudny pejzaż? czarnobiałe zdjęcia kamieni i kory drzew? zabawy konceptualne? zbiór pocztówek? czarnobiałe streetphoto z Nowego Jorku wielkoformatową kamerą? Ah, i jeszcze zestaw książek?

Układ chronologiczny, znakomicie zaaranżowana przestrzeń, mnóstwo zdjęć. Zaczyna się od zdjęcia, które wykonał mając 12 lat. Pomyślicie "tani chwyt i samozachwyt"? No, ale w wieku 12 lat, miał już 6 lat doświadczenia w medium fotografii?! Co ciekawe pierwsze młodzieńcze zdjęcia zawierają dużo autora, sporo cieni i odbić, autoportrety i generalnie eksperymenty. Potem chwilkę, w wieku 17 lat Shore trafia do Factory Andiego Warhola. No tak, trafia, ot po prostu, po dwóch tygodniach wszyscy go tam znają i przyjaźni się z całym zespołem. Ma unikalną okazję do podglądania pracy, procesu twórczego, do podsłuchiwania dylematów i wątpliwości, no i wreszcie do robienia znakomitych reporterskich zdjęć.
Potem oczywiście - zważywszy na okoliczności artystyczne i czasy - zostaje artystą konceptualnym. Tworzy przezabawne serie [to bardzo subiektywna ocena :>]. O nich niejaki John Szarkowski powie mu, że nudne. Shore pójdzie z nimi do MET i tam otworzy wystawę. Na MOMA przyjdzie jeszcze czas. Spotyka na swojej drodze kilku ważnych ludzi. Ansel Adams dzieli się z nim życiowymi przemyśleniami.  Paul Strand podpowiada jak należałoby zrobić dobre zdjęcia. Potem wreszcie Shore zaczyna fotografować w kolorze, robi klasyczny amerykański roadtrip i potem historię znacie. Tworzy wielkie serie: "American surfaces" i "Uncommon places".

Jeszcze później porzuca kolor i na dekadę (!!!!) odkrywa potencjał czarnobieli. Podejmuje także bardziej konceptualne, w nowszym jednak znaczeniu prace. Wydaje książki, w projekcie "Print on demand" w jedynym 2012 roku zrobił 83 tytuły.
Dużo uczy (o czym na wystawie nie trzeba wspominać).  Po 2010 (jakoś) wraca jednak do koloru i okazuje się metoda Shore'a niepowtarzalna, sprawdza się też w przestrzeniach nieamerykańskich.

Pojedźcie. Na prawdę, genialna! A do samego Shore'a i jego pomysłów na fotografię jeszcze wrócę. To w końcu autor najważniejszej książki o oglądaniu zdjęć i fotografowaniu: "The Nature of Photographs".









środa, 2 grudnia 2015

Jak pisać komentarz do WPP, tutorial. [felieton]

Komentarz do konkursu World Press Photo można pisać w dowolnym momencie przed ogłoszeniem wyników. Potem tylko trzeba w odpowiednie akapity wpisać konkretne nazwiska. To wielce ułatwia sprawę, utrzymuje nerwy na wodzy, a przede wszystkim pozwala potwierdzić  wszelkie przypuszczenia i umożliwia, bez względu na wyniki i jurorów, trzymać się własnego zdania.

O WPP pisze się rok w rok to samo, podstawiając nawet niekoniecznie nowe nazwiska. Spróbujemy? Idealny komentarz zaczyna się od zdjęcia roku, najlepiej odnajdując jakieś wizualne wcześniejsze odniesienie (najlepiej z malarstwa!) lub nakreślić pewną prawidłowość w historii konkursu. Przykładowo: zwycięskie zdjęcie przywodzi na myśl znakomite barokowe przedstawienia mitu, nastrojowość obrazu przenosi nas do płócien z silnym światłocieniem. To także znak na utrwalenie trendu zauważalnego przemiennie, że wygrywa zdjęcie nastrojowe, które dopiero po chwili ujawnia aktualne problemy współczesnego świata. Wielką ulgę  i spore zaskoczenie przynosi wygrana. Warto mieć przygotowany także akapit na wypadek tej przemienności w rodzaju: Konkurs klasycznie kojarzy się z fotoreportażem drastycznym, krwawym, pełnym szlochów i tragedii, jury nie zawiodło nas w tym roku.

Potrzebujemy w komentarzu wskazać najlepszych i najgorszych. Znowu jedynie teoretycznie potrzeba tu wyników obrazowych. W tegorocznej edycji nie brakuje znakomitych materiałów, aktualnych, ważkich, doskonale uchwyconych i świetnie zbudowanych. W wynikach oczywiście znajdujemy odzwierciedlenie najważniejszych światowych wydarzeń (tu wystarczy podać mniej więcej najgłośniejsze wojny, epidemie, kataklizmy z danego roku). Są także chwytające za serce serie fotografii o sprawach bardzo intymnych i codziennych, w tej edycji przykładem może być… Kategoria życie codzienne to zestaw zmiennych, ale zawsze przynajmniej jeden materiał dotyczy odejścia, zgonu, choroby, samotności. Można zawsze „okrągło” zauważyć: znajdujemy zaskakujące serie fotografii, które starają się wyjść poza stereotypowe myślenie o pewnym obszarze, ludności i kulturze. Wskazywanie najgorszych to okazja do ekspozycji własnych poglądów. Nie brak w nagrodzonych materiałach zupełnie odstających poziomem i klasą. Zdumiewa, że przy tej randze zostaje nagrodzony cykl oparty na tanim chwycie, prowadzony niekonsekwentnie, bez rozumienia materii. Trudno szukać nawet w podpisie pewnych nowości, widz trudzi się ze zrozumieniem, ale w końcu kapituluje, niczego nowego się niedowiadując. Gdyby ktoś nie znosił konceptu, a zawsze choć jeden materiał na tym polega, piszemy: już tradycją stało się przyznawanie nagrody materiałom, które trudno nazwać reporterskimi, przepełnione są wymuszonym konceptem, wątpliwą kreacją, sprawdzą się być może w galerii bardziej niż w prasie. Chciałam nadmienić, że bardzo trudno było mi napisać to przykładowe zdanie. Ale ćwiczymy, uczymy się.

Kolejny punkt: znajdowanie ciekawostek. Gdzie jak gdzie, ale tu już z pewnością konieczny jest wizualny materiał. Ależ po co? Mamy nieograniczone możliwości, choćby klucz geograficzny: zaskakujące i warte odnotowania są wyjątkowo często przyznawane w tym roku nagrody fotografom z… (uwaga na USA, Holandię, Francję, Niemcy i Włochy, to żadna nadzwyczajność). Klucz narodowy jest zawsze dobrym rozwiązaniem i zawsze trzeba mieć go w zanadrzu. Tutaj nawet nie trzeba zmieniać nazwisk, dawniej rok w rok wygrywał Tomasz Gudzowaty, teraz Kacper Kowalski. 

Nieodłącznym tematem jest ilość manipulacji oraz jakość materiału zwycięskiego. Organizator na szczęście dostarcza tych materiałów przed ogłoszeniem wyników. Standardy WPP ustawione są na najwyższym fotoreporterskim poziomie wynikającym z tradycji medium, które nie dopuszczają cyfrowych manipulacji – ingerencji w obraz. Skandaliczna jest informacja o dyskwalifikacji aż 20% materiałów! Albo, gdy piszący jest jednak mniej przywiązany do etyki reporterskiej: Być może rosnąca przez lata fala dyskwalifikacji za manipulację, otrzeźwi wreszcie organizatora konkursu i dopuści możliwość korzystania z rudymentarnych opcji medium fotograficznego! Oh, to była kolejna ciężka próba, mam nadzieję, że doceniacie wysiłek.


Dochodzimy już do podsumowania, które warto zaopatrzyć w zwroty: znowu, zwykle, ponownie oraz dodać utyskiwanie i oburzenie, w wersji light po prostu nie przesadzać z entuzjazmem: nagrody rozczarowują, ilość materiałów fotoreporterskich niestety nie idzie w parze z jakością. Bywają także w tej części wtręty moralizatorskie: zastanawia intensywna promocja słabizny, oby młodzi nie szli tak wytyczoną drogą, to kolejny gwóźdź do trumny jaką szykujemy od lat fotografii. Ale, ale, pamiętając, że już za chwilę piszemy komentarz przyszłoroczny, warto zostawić sobie i czytelnikowi nadzieję: oby przyszłoroczna edycja nas nie zawiodła, ciągle licząc na poprawę świata, oraz z życzeniami dla fotografów: odwagi, uwagi i rozwagi. Uff.  Czy naczelny poprosi o komentarz w przyszłym roku? 

felieton dla Digital Photographer Polska [luty 2015]
a poniżej komentarz, co prawda, napisany zupełnie inaczej niż proponowany schemat:

Mads Nissen, Denmark, Scanpix/Panos Pictures
/World Press Photo of the Year 2014, First Prize Contemporary Issues, Singles/


Od wielu już lat WPP nie lansuje jednego trendu w fotoreportażu, w corocznych wynikach każdy odbiorca znajduje swoją stylistykę choćby na jednym zdjęciu. Głosy krytyczne znacznie przeważają nad zupełnie nielicznymi pozytywnymi. Kilkukrotnie wyniki tegorocznej edycji wzbudziły moje zdziwienie, szczery śmiech i okrzyk: co to tu robi?! Trzy wspaniałe pozytywy:

1/ Cieszę się głównie z nowej kategorii i wszystkich zwycięskich materiałów: projekty długoterminowe. Od lat fotografowie ubolewali, że kilkuletnie projekty powinni przycinać do zbyt ciasnych ram kategorii tego jednak najważniejszego konkursu. Pierwszą nagrodę w nowej kategorii, niemal na potwierdzenie sensu istnienia tej kategorii dostała Darcy Padilla, która temat ciągnie od 21 lat! Drugie miejsce to tym większa radość : Kacper Kowalski za projekt ciągle otwarty, który jednak miał swoją premierę w postaci książki i wystawy „Efekty uboczne”.

Darcy Padilla, USA, Agence Vu
/First Prize Long-Term Projects/

2/ Najmocniejszy fotoreportaż minionego roku zajął pierwsze miejsce w kategorii serii o ważnych wydarzeniach. Jérôme Sessini opowiadał o zestrzelonym samolocie malezyjskim nad Ukrainą. To reportaż nowoczesny, oczywiście informacyjny, ale przejmujący i emocjonalny w niebywałej dawce.
http://www.worldpressphoto.org/collection/photo/2015/spot-news/j%C3%A9r%C3%B4me-sessini  [Sessini wygrał także drugie miejsce w tej kategorii za reportaż z Majdanu, tu się jednak bardzo nie zgadzam z jury, a z samej sytuacji widziałam jakieś 30 lepszych reportaży, mniej drastycznych niż JS]

3/ Zdjęcie roku Madsa Niessena jest podobne w wymiarze do wygranej zeszłorocznej. Nastrojowe, malownicze, przywodzące na myśl malarstwo  oraz skojarzenia kulturowe i literackie, zaciekawia i wymusza w widzu chwilę na zastanowienie. Po chwili odkrywamy głębię i istotę problemu. Oczywiście jest to fotografia jakiej na próżno szukać na łamach prasy. Dla mnie jednak jest to przekazanie pałeczki do widzów: wymagajcie więcej od prasy, od fotoedytorów, od wydawców. Jurorzy konkursu zdają się mówić: takie materiały istnieją, opowiadają o historiach interesujących i ważnych, pobudzając myślenie czytelników o IQ >70. Nie musicie już oglądać w prasie stopklatek. Oby!

komentarz do konkursu World Press Photo 2015 dla Digital Camera Polska.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Temat aktualny, bo właśnie dziś World Press Photo ogłasza nabór zdjęć do kolejnej edycji konkursu: tu szczegóły. Koniecznie przeczytajcie też nowości: kodeks etyczny i nowe zasady zgłoszeń!




wtorek, 20 stycznia 2015

Z nowym rokiem, nowym...obrazem!

Trudno zaczyna się posty po długiej przerwie. Nie bardzo wiadomo czy się tłumaczyć. Mimo początku roku niestety żadnych obietnic w temacie częstotliwości postów nie składam. Nowy rok się zaczął chwilę temu, a dziś Gazeta poddała pretekst do publikacji. [nie pierwszy w tym roku, ale na opisanie przypadku z ostatniej 'co jest grane' i o fotografii wojennej - innym razem ;) ].

Do 22 lutego w Domu Spotkań z Historią trwa wystawa/akcja "Fotoikony w Polsce. Poszukiwanie/głosowanie". W pewnym momencie 'miejsce fotografii' zajęło się właściwie tylko tą tematyką. [dalej żadnych obietnic, ale przydadzą się życzenia by przynajmniej skończyć opisywanie fotoikon...]. W ostatniej dyskusji przy okazji wystawy okazało się konieczne przypomnienie impulsu do stworzenia tej akcji. A tutaj Gazeta przynosi nawet wizualne dopełnienie historyjki o impulsie.


Oto okładka kalendarza, który dziś dodawany jest do Wyborczej. 'Time Square Kiss' Alfreda Eisenstaedta. Jedno z najbardziej ikonicznych zdjęć świata. W kalendarzu do polskiej gazety, wybór historycznych zdjęć i rocznic wedle dodatku "Ale Historia". W środku jeszcze budowa wieży Eiffela, Jurij Gagarin, parada zwycięstwa w Londynie i pierwszy mundial. Są oczywiście wątki polskie: transatlantyk 'Batory', żelazne postaci: Józef Piłsudski, Jan Paweł II, dodatkowo Maria Curie-Skłodowska i Ignacy Paderewski. Nie samymi zdjęciami kalendarz stoi - są reprodukcje malarstwa, też z górnej narodowej półki: Matejko i Kossak.

Bardzo się czepiać nie będę. Kalendarz wywołał u mnie spory uśmiech. Po to właśnie akcja "Fotoikony" w Polsce, by przypominać, że mamy świetne kadry z polskiej historii, a za zdjęciami stoją historie niesamowite. Są tam kadry nie tylko martyrologiczne, są i kalendarzowe, naprawdę!



Pozostawię państwa z wizualną lekturą kalendarza, ale dorzucę pytania natury bardziej lub mniej retorycznej:

- Czy zestaw ten opowiada coś konkretnego, czy górę biorą przypadkowe ciekawostki?

- Czy redakcja kierowała się bardziej zdjęciem (wizualnymi walorami fotografii) czy rocznicą - by fotografia pasowała do miesiąca?

- Czy wszystkie zdjęcia są kalendarzowe, czyt. przyjemne oku, takie, które bez obaw powiesimy w kuchni czy biurze? [poza klasą, w której nauczana jest historia]

I mam zawsze aktualne pytanie:
Jakie są dla Was ważne zdjęcia, które mogłyby mieć miano zdjęć ikonicznych? Jeśli nie ma go na wystawie/w akcji "Fotoikony" proszę przysyłajcie swoje typy na email: fotoikony.projekt [na] gmail [kropka] com




środa, 11 czerwca 2014

FPR 2014: konkurs rozstrzygnięty!



Fotograficzna Publikacja Roku 2014: NAGRODA GŁÓWNA – NAGRODA IMIENIA KRZYŚKA MAKOWSKIEGO

Dissasembly, Bownik

„Disassembly" Bownika zostało nagrodzone przede wszystkim za twórcze wykorzystanie medium, jakim jest książka fotograficzna. Za bezprecedensowe na polskim rynku wydawniczym, ujęcie fotografii w publikacji. Projekt, znany publiczności z wcześniejszych wystaw, został w książce zaledwie przypomniany, odwołano się do niego odsłaniając, czy wręcz tylko sugerując, drogę poszukiwań autora do celu. Książka nie streszcza, ani nie podsumowuje dotychczasowej pracy nad projektem, jest jego kolejnym, ważnym elementem. Istotnym także dlatego, że może swobodnie funkcjonować, jako niezależny obiekt artystyczny. W subtelny sposób prezentuje proces pracy artystycznej nad projektem, nie odsłaniając wszystkich jego tajemnic. Jest twórczym rozwinięciem wystawy. Publikacja powstała przy współpracy Honzy Zamojskiego, który wcielił się tutaj zarówno w rolę kuratora, jak i projektanta. Partnerstwo i współpraca obydwu artystów zaowocowało bezkompromisowymi rozwiązaniami.

Nagradzamy „Dissasembly" za wyjątkową fuzję pomysłów oraz za nowatorską i niedosłowną prezentację projektu fotograficznego.

wydawca: Mundin
projekt graficzny: Bownik, Honza Zamojski
redakcja: Bownik, Honza Zamojski
nakład: 700 PL / 350 ANG / 30 wersja limitowana





NAGRODA SPECJALNA ZA SELF-PUBLISHING

Justina&co.uk, Magda Buczek

Wyróżnienie specjalne za self-publishing należy się wyjątkowej książce – prywatnej i pamiętnikowej. Niewielki format łączy bogactwo treści i równie rozbudowaną listę środków formalnych. Zakładki, przekładki, brokat i wszelkie dodatkowe elementy doskonale wpisują się w historię, którą opowiadają autorka i bohaterka książki.

„Justynę” doceniamy zatem za niezwykłą szczerość i konsekwencję. Self-publishing w wydaniu Magdy Buczek ujął nas przede wszystkim spójnością tematu i formy. Jest to doskonałe podsumowanie wieloletniej pracy autorki, która w spójny sposób prezentuje temat i nie boi się ekstrawagancji.

projekt graficzny / graphic design: Magda Buczek, Emilia Obrzut (Obszar Roboczy)
nakład: 8 sztuk
redakcja: Magda Buczek




Poniżej relacja z ogłoszenia wyników i wręczenia nagród. Dziękujemy bardzo!

fot. Marcin Grabowiecki

fot. Łukasz Szeląg

fot. Łukasz Szeląg

fot. Łukasz Szeląg

fot. Marcin Grabowiecki

fot. Marcin Grabowiecki

fot. Marcin Grabowiecki

fot. Marcin Grabowiecki

fot. Marcin Grabowiecki

fot. Marcin Grabowiecki


więcej:

Wyniki i relacja w Fotopolis.pl
Nagrody Empresse OGROMNIE DZIĘKUJEMY!

jurorzy/organizatorzy: Marta Szymańska (Fotofestiwal), Paweł Rubkiewicz (Bookoff) i Joanna Kinowska (miejsce fotografii) o wynikach, przebiegu obrad i o nagrodzonych publikacjach w FPR2014

książka Magdy Buczek 
Bownik i Wydawnictwo Mundin
recenzja książki Bownika w Fotopolis.pl