środa, 25 grudnia 2013

naj!

na śnieg szans brak, ale zdaje się i na takie studio dziś też niespecjalne widoki. zawsze zostaje fotomontaż :)
sposób identyfikacji klienta dyskretny i uroczy, prawda?
wszystkiego naj

poniedziałek, 16 grudnia 2013

4 urodziny!


Dziś dokładnie Miejsce Fotografii kończy 4 lata. Dziękuję bardzo oczywiście redakcji i wszystkim, którzy do tej pory pisali i wspierali w różny sposób bloga. Dziękuję wszystkim, którzy czytają i śledzą, tym z Was, którzy zajrzeli na tę stronę (a tych odsłon mamy 164.500!). Dla Was urodzinowe zdjęcie i 199. post. :)
A teraz świętujemy!

niedziela, 15 grudnia 2013

22 z 42 / Vladimir Akimov / Gest Kozakiewicza


Vladimir Akimov, Gest Kozakiewicza, Moskwa, 30 lipca 1980
Polski lekkoatleta, Władysław Kozakiewicz na Letnich Igrzyskach w Moskwie pokonał zawodnika gospodarzy - Konstantina Wołkowa, pobijając rekord świata i zdobywając tym samym tytuł mistrza olimpijskiego w skoku o tyczce. Wygwizdany przez sowieckich kibiców, pozdrowił ich słynnym już, niecenzuralnym gestem, który od tamtej pory jest znany jako gest Kozakiewicza. / fot. dzięki uprzejmości AFP & East News

- - - - - - - - - - - - - - - - - - 

XXII Igrzyska Letnie w Moskwie w 1980 były imprezą dość kontrowersyjną. Zostały zbojkotowane przez aż 63 państwa! Zabrakło przedstawicieli Stanów Zjednoczonych a dalej „Albanii, Argentyny, Chin, Egiptu, Izraela, Japonii, Kanady, Korei Płd., Maroka, Norwegii, Paragwaju, RFN, Turcji, Urugwaju czy ZEA. Wiele reprezentacji spośród 81, które pojawiły się w Moskwie (m.in. Australii, Francji, Hiszpanii, Holandii, Wielkiej Brytanii, Włoch), nie występowało pod flagami narodowymi, lecz narodowych komitetów olimpijskich. Niektóre państwa (np. Francja, Belgia, Włochy czy Holandia) protestowały, odmawiając udziału w ceremonii otwarcia lub wysyłając na igrzyska jedynie symboliczną, jednoosobową reprezentację.” /za: Paweł Pluta, współpraca PAP/

Tak żywe emocje przy organizacji igrzysk mogły pojawić się jeszcze w związku z Berlinem i ostatnio – Pekinem. „Bardziej ryzykowne było przyznanie Moskwie igrzysk w 1980 roku niż Pekinowi w 2008. Chiński reżim był i jest bardziej otwarty niż ten istniejący w Związku Radzieckim w tamtych latach” - przyznał dwa lata temu Juan Antonio Samaranch, w latach 1980-2001 prezydent Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. /za: Paweł Pluta, współpraca PAP/ (Swoją drogą arcyciekawe powiązania polityczno-dyplomatyczne w biografii Samarancha…). Olimpiada szczególna dla Polski, która wówczas zajęła 10. miejsce w klasyfikacji medalowej.

19 lipca 1980 roku Igrzyska otworzył Leonid Breżniew. Żywy był wówczas dowcip (anegdota?) o przemówieniu z otwarcia:
Breżniew – O!
oklaski
Breżniew – Oo!
oklaski
Breżniew – Ooo!
Przyboczny Breżniewa, szeptem do Sekretarza Generalnego: Towarzyszu Sekretarzu, tekst zaczyna się niżej, to są kółka olimpijskie.


Moskwa 1980 manifestowała podział świata na „nasz” (komunistyczny, socjalistyczny) i „ich” świat. Polska reprezentacja tkwiła oczywiście po same uszy w „naszym” systemie demoludów i braterskiej przyjaźni z ZSRR. To właśnie 75 tysięcy „przyjaciół” 30 lipca 1980 zgromadzonych na stadionie Łużniki w Moskwie gwizdami witało reprezentantów Polski w skoku o tyczce: Władysława Kozakiewicza i Tadeusza Ślusarskiego. Gwizdy i buczenie powtarzały się przy każdym ich skoku. Istnieje także przypuszczenie, że organizatorzy usiłowali kierować wiatrem – wzbudzali go i osłabiali – otwierając i zamykając wrota stadionu. Nie bardzo sprawdziły się te domniemane metody. Konkurencja skok o tyczce zakończyła się w składzie: złoto: Władysław Kozakiewicz, srebro Tadeusz Ślusarski, brąz Konstantyn Wołkow. Stadion stał za Wołkowem wspomagając ile sił w gardle swojego faworyta. Problem w tym, że gardłem operowano także wtedy gdy skakał oponent. Potocznie tego rodzaju zachowanie określa się mianem chamskiego i współcześnie także dziennikarze i zawodnicy przywiązują dużą wagę do nastroju publiczności. (porównaj chociażby z doniesieniami o publiczności w trakcie meczów Radwańskiej w Izraelu…).
Kozakiewicz – „maszyna do skakania” (jak mówił komentator Igrzysk w telewizji) był literalnie ponad wszystko, w trakcie zawodów pobił rekord świata skacząc na wysokość 5, 78 metra. Po finałowym swoim skoku, odbił się od maty i z ogromnym uśmiechem pozdrowił publiczność gestem, który przeszedł do historii pod jego imieniem.

Kozakiewicz walczył nie tylko z innymi zawodnikami w swojej dyscyplinie, także z publicznością na stadionie, z reżimem, systemem, itp. Jacek Wszoła, lekkoatleta, który był także w Moskwie, wspominał, że „walczył – o czym ja wiedziałem, nie wiedziało bardzo wielu obserwatorów, fachowców, trenerów, komentatorów – ze skutkami kontuzji, której się nabawił w trakcie sezonu. Szczerze mówiąc nie wierzyłem, że odniesie sukces na tych Igrzyskach.” Polecam obejrzeć fragmenty relacji telewizyjnych, gdzie skoki Kozakiewicza z tej olimpiady są powtarzane. Najlepiej oczywiście z komentarzem. O interesujące – komentator relacjonujący zawody dla TVP nie zauważył gestu, nie zwrócił na niego uwagi.


fot. Leszek Fidusiewicz (agencja Reporter) źródło: wici.info


Kozakiewicz wspomina: „Powiedzmy z tych 75 tysięcy, dajmy 50 tysięcy gwiżdże w tym momencie jak jeden z nas (Ślusarski i Kozakiewicz – przyp.jk) wchodzi na rozbieg. To sobie normalnie nie można wyobrazić co to jest za hałas. Brałem tą tyczkę, stawałem, koncentrowałem się na tym co mam robić i to właśnie 5:75 następna wysokość przy olbrzymich gwizdach publiczności rosyjskiej. Przeleciałem nad poprzeczką znowu w pierwszej próbie. Oni gwizdali z zasady, bo to nie Rosjanie, tylko Polak wziął i chce jeszcze pobić rekord świata. Na wysokości 5:75 wykonałem taki gest, którym mi troszeczkę ulżyło na duszy, właśnie tej publiczności, która właśnie wtedy na mnie gwizdała.” /z programu Discovery o Igrzyskach w Moskwie 1980/

- Ten gest był taki nasz, polski. Lecz i oni doskonale go zrozumieli - mówił po latach Kozakiewicz.
„Oni” zrozumieli gest wyśmienicie. Borys Aristow, ambasador ZSRR w Polsce, nazajutrz zażądał odebrania medalu polskiemu lekkoatlecie. Władze polskie musiały wydawać oficjalne stanowiska, które tłumaczyły gest skurczem mięśni. Cała sytuacja ubawiła Polaków setnie, szybko gest zdobył większą popularność, samego Kozakiewicza stawiając jako bohatera. Gest nie był tylko odpowiedzią na zachowanie publiczności, ale odczytywany był jako manifest polityczny. Kibice, ale i nie zainteresowani sportem w Polsce ludzie, cieszyli się nie tylko z medalu i rekordu, ale nawet bardziej z tupetu i odwagi Kozakiewicza.
Gdyby ktoś nas pytał o zdjęcie gestu Kozakiewicza, pokazywał nam je – nikt z nas nie będzie potrafił spamiętać – kiedy widział to zdjęcie? Czy widział zdjęcie czy obraz w telewizji? (poza tymi, którzy przyklejeni byli wtedy do telewizora). Nie będziemy prostować – tak gest znam, ale nie ze zdjęcia. Prawda?



Całość Igrzysk była transmitowana na żywo oczywiście do państw zainteresowanych. Istnieją nagrania telewizyjne skoku Kozakiewicza. Zdjęcia istnieją dwa, nie licząc stopklatki. Jedno wykonał polski fotograf Leszek Fidusiewicz. Jego ujęcie jest „profilowe” – powtarza jeden z zapisów z kamery. Drugą fotografię – tę ikoniczną wykonał reporter radziecki: Vladimir Akimov. Zdjęcie Akimova zostało wykonane z tej samej strony, z której można było obserwować skok i gest w telewizji – w tej „popularniejszej” relacji. Siłą rzeczy utrwalało obejrzany raz obraz. Zdjęcia uśmiechniętego Kozakiewicza pojawiły się ponoć na całym świecie następnego dnia w prasie. (no cóż, raczej nie w zaprzyjaźnionych krajach, które walczyły na Igrzyskach!)
Francuska "L'Equipe" ogłosiła, że było to jedno z najciekawszych wydarzeń w całej historii igrzysk. /za: Paweł Pluta, współpraca PAP/
Zgadzałoby się to z głosowaniem przeprowadzonym w portalu iconicpictures. Poproszono internautów o zagłosowanie na najważniejsze ikoniczne zdjęcia sportowe. Czwarte zdjęcie to gest Kozakiewicza! (portal odwiedzany jest przez anglojęzycznych widzów).

Polska prasa nie miała oczywiście szans na tę publikację, aż do roku 1989! A jednak 9 lat „przerwy” w publikacji, nie zmieniło nic z aktualności tej fotografii.
No właśnie: czy na pewno fotografii? Gest Kozakiewicza to właściwie jedno z koronnych pytań w teście na obywatela Polski. Każdy go zna, każdy. Albo widział sam w telewizji, albo widział zdjęcie, albo pokazano mu ten gest, opowiedziano historię, obejrzał na powtórce w jutjubie [bezbłędnyRaczkowski!]. A, albo obejrzał reklamy z Kozakiewiczem w roli głównej. Skurcz mięśni łatwo zwalczyć odpowiednią maścią… Do tej niemal żartobliwej, ale autentycznej historii nawiązała firma produkująca lek. Zatrudniony w reklamie Kozakiewiczpowtarza gest.
Ten sam gest pojawił się w reklamie społecznej w wykonaniu młodych ludzi, którzy namawiają do badań krwi na wykrycie wirusa HIV. (W kilku miejscach można się zastanawiać, czy to specyficzna forma podparcia ręki, czy faktycznie ‘pozdrowienie braterskie’).

Jeszcze raz dobry cytat: - Ten gest był taki nasz, polski. Lecz i oni doskonale go zrozumieli - mówił po latach Kozakiewicz. No cóż, ten gest to przecież bras d’honneur, międzynarodowo rozumiany gest – obsceniczny, niegrzeczny, nieparlamentarny. Szczególnie popularny i „czytany” jest w obydwu Amerykach. We Włoszech, co ciekawe, mówi o parasolce, choć Amerykanie ten sam gest nazywają „włoskim pozdrowieniem”, oczywiście z pejoratywną konotacją.  

 




 


Wróćmy zatem. Zdjęcie Akimova znalazło się w akcji Fotoikony. Gest jest szalenie i totalnie znany. Zdjęcie wykonano z tej samej strony co relacjonowała telewizja. Samego zdjęcia nie publikowano z Polsce przez kilka lat od wydarzenia. Co prawda w akcji fotoikony już nie raz wykazaliśmy, że to w niczym akurat nie przeszkadza w popularności fotografii. Fotografia „przejęła” znamiona samego wydarzenia, nagrania telewizyjnego – które bezsprzecznie były ikoniczne. Zdjęcie jest właściwie tylko nośnikiem tego ikonicznego zdarzenia. Zatem fotografia pokazująca tak znany i komentowany moment – sama staje się ikoniczna.
Nawiązań jest sporo, często gdy Kozakiewicz powtarza gest - gdzieś w tle bywa zdjęcie Akimova (częściej), Fidusiewicza (rzadziej). Mnóstwo do powiedzenia mają także demotywatory.
Dodam jeszcze z ciekawostek: okładki książek „Gest Kozakiewicza” oraz "Nie mówcie mi jak mam żyć", jeszcze obraz na płótnie Agaty Nowsielskiej z 2009 roku „Gest Kozakiewicza”. Można także po prostu powiedzieć o geście, nie trzeba go wykonywać by był powszechnie rozumiany – skorzystał z tego Leszek Balcerowicz. (i pokazał swoją wersję w programie Kuby Wojewódzkiego).



pocztówka 'okolicznościowa' /rep.jk





Lista nawiązań w przypadku gestu jest też niezliczona, co tym bardziej utwierdza sytuację (fotografię i relację telewizyjną) jako ikoniczną. Warto tylko na koniec zwrócić uwagę – przecież ani „Czas Apokalipsy” Chrisa Niedenthala czy Adama Golca „Wisława Szymborska” (dowiadująca się o Nagrodzie Nobla) – czyli do tej pory w głosowaniach publiczności w akcji „Fotoikony” najwyżej punktowane zdjęcia – nie mają tylu naśladownictw, użyć, tak bogatego „drugiego życia”. Ot Szymborską przypomina się z okazji kolejnych rocznic i wydań książek, „Czas Apokalipsy” właśnie przepłynął przez wszystkie media z okazji 13 grudnia. A może właśnie to połączenie obrazu telewizyjnego z fotografią, plus łatwość powtórzenia samego gestu w rozmowie, może to właśnie dlatego sam gest jest tak szalenie obecny, ciągle „żywy”?

Agata Nowosielska, Gest Kozakiewicza, 2009, olej na płótnie / źródło: Artinfo.pl


okładki książek: Ireneusz Pawlik, Gest Kozakiewicza, Wydawnictwo Skorpion, 1994 / / Władysław Kozakiewicz, Michał Pol, Nie mówcie mi jak mam żyć, wyd. Agora S.A., 2013


Na sam zupełnie koniec wypadałoby cokolwiek powiedzieć o fotografie. Niestety nie zdobyłam jak dotąd wiele informacji. Vladimir Akimov fotografował od 1962 roku. Jego zdjęcia znajdują się m.in. w agencji Novostii. Kończą się na 1993 roku. Będę oczywiście ogromnie wdzięczna za więcej informacji na jego temat...  

Linki:

przebieg konkurencji - relacja tv
Rozmowa z Władysławem Kozakiewiczem w programie "Prawdę mówiąc" - TVP
O Olimpiadzie w Moskwie - program dla Discovery  od 15:37 o skoku Kozakiewicza
Wywiad dla Gazety Wyborczej z października 2013, z okazji wydania książki. mnóstwo linków, bardzo polecam.
Zawsze urocze: demotywatory
Na deser "słodziutka" rozmowa z imienin :)
Marek Raczkowski w temacie gestu 


sobota, 14 grudnia 2013

Schowana matka / książka

Linda Fregni Nagler, The Hidden Mother, wyd. MACK, 2013 /rep. za MACK


Fenomen "chowania matek" w fotografii dzieci z XIX wieku rośnie w siłę, zbiory i źródła. Jakiś czas temu o tym pisałam, linkowałam do grup na flickerze, itp. A teraz jest książka! Ba, książka - księga! Ponad 400 stron, sporo ważąca z mnóstwem zdjęć wewnątrz. Sposobów chowania przysłowiowej matki było mnóstwo: pod kotarę, za zasłonkę, pod stół, za oparcie fotela. Niezliczone pomysły i gdzieś zawsze możemy ją wypatrzeć - a to oko wystaje, a to retuszer ręki zapomniał wymazać. 

Chowanie było bardzo praktyczne i celowe. Tylko dziecko miało być na zdjęciu - ale czy nie trzeba go przytrzymać? Interesujące jest jak to zjawisko odkryto. Rzecz codzienna dla zakładu fotograficznego, dziś stała się kuriozum i ciekawostką doby internetu. Onegdaj dużo miejsca poświęcono fotografii post mortem, znowu jako zjawiska przeszłego, frapującego. Dlaczego, po co, kiedy, jak - dlatego właściwie, że już się jej nie robi. Z innych zupełnie względów niż chowanie matki, oczywiście. Ciekawa jestem po prostu co następnego, kiedy "matki" się już opatrzą. Czy będą to rekwizyty trzymane przez portretowanych na kartach wizytowych (a bywają doprawdy kuriozalne), czy będą to puste oczy na pierwszych dagerotypach (wynikające z długich czasów naświetlania), a może zbiory malowanych teł fotograficznych w atelier (niekiedy absolutne!)?

Wracając do książki, fascynująca lektura obrazowa! (książkę przeglądałam zaraz po premierze na Paris Photo, i niestety tekstów nie dałam rady przeczytać, drogi święty Mikołaju...polecam się uwadze). 

Portret dziecka / schowana matka, Fourie, Bordeaux, cdv / zbiory prywatne. rep. jk

Portret dziecka / schowana matka, fotograf nieznany, ok 1870-1880, cdv / zbiory prywatne. rep. jk



więcej w Miejscu:
akuku - schować matkę (cd)
schować matkę!


niedziela, 1 grudnia 2013

wpisać czy nie wpisywać, oto jest pytanie.


Dziś trochę mniej na temat obrazu. Zlepiły mi się dwie aktywności i dziwnym trafem coś odkryłam. Między przeglądaniem cv praktykantów, wypisywaniem rekomendacji fotografom na początku raczej kariery a pisaniem biogramu ważnego mistrza – popatrzyłam na bardzo różne formy najsztuczniejszego tworu świata – curriculum vitae.

Co wpisać do cv, co się podaje w biogramie? Wiadomo - wszystko co się da. Umiejętność obsługi kija w barze, opiekę nad dziećmi w dalekim kraju, udział w warsztatach mistrzów, znajdowanie się w ‘kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą’, wystawę zbiorową w pensjonacie w kurorcie. Języki dobrze podać te, w których umiemy się przedstawić. (Google translate na pomoc!).

Kilka razy do roku przekopuję dokumenty ludzi szukając tych, co trzeba. Mają się ciut interesować sztuką nowoczesną, typów bardziej humanisty niż naukowca. Oprócz standardowych i koniecznych wpisów w cv znajduję ekstra kwiatki – w polu doświadczenie zawodowe trzeba coś wpisać. Jak na teście – nie zostawiaj pustych pól. I co tam kwitnie? Au pair, ekspedientka, barista, sprzątaczka, wśród umiejętności zaś nie tylko Excel czy generalny Internet, ale obsługa kija barowego, kasy fiskalnej, ekspresu do kawy, frytkownicy, itp. I myślę sobie i napominają mnie inni – nie ma się co śmiać. Oni po prostu nie mają co tam wpisać. Są młodzi, czasem w trakcie studiów i jeśli tych obsług kas fiskalnych jest kilka w karierze dwudziestolatka, to nawet działa na plus przecież.  Szukają swej drogi, są odpowiedzialni, wiedzą, że w życiu nie jest lekko, że zanim zostaną managerami trzeba będzie pole zaorać.

Co innego gdy cv przedstawia ktoś, kto w końcowym paragrafie podaje informację o udziale w szeregu wystaw i warsztatów. Jej/jego prace z pewnością znajdują się w kolekcjach na świecie. Szturmem zdobywa świat. Jak to efektownie zrobić?

Nigdy nie podawaj tak po prostu listy wystaw. Poprzedź ten zapis stosownym skrótem „m.in.” – między innymi, można też dodać słowo „ważniejsze” albo „wybrane”. Bo przecież wystaw indywidualnych miało się zawsze kilkanaście. Jeśli pokazywałaś/pokazywałeś swoje zdjęcia w knajpie, u znajomych na imprezie, po prostu pomiń nazwę galerii, wpisując jedynie miasto. Jeśli wystawa trwała kilka dni – przypadkiem się do tego nie przyznawaj – podaj tylko miesiąc, albo lepiej – sam rok. Wystarczy!

Zwykle trzeba gdzieś umieścić ‘publikacje’. Na co to jest miejsce? Wpisujemy tam wszelkie wzmianki o tobie. Mogą być nawet informacje w kalendarium wystaw, niemal w ogłoszeniach drobnych. Wpisujesz wszystkie tytuły gazet. I tak jak punkt wyżej – koniecznie „itp.” „itd.”, „m.in.”. Jeśli twoje zdjęcia pojawiły się na stronach internetowych gazet, ale już nie w prasie – to właściwie nic nie znaczy. Wpisujesz ten wielki tytuł, pomijając adresy internetowe. Potęga prasy, a nie jakieś drobiazgi.

Nagrody i wyróżnienia. Zasadniczo nie ma to większego znaczenia jaką nagrodę wpisujesz – ważne by podać dużo edycji, konkursy wszelakie. Mogą być studenckie, mogą być organizowane w domu kultury albo przez sąsiadkę. Nie podawaj nigdy miejsca, które zajęłaś/zająłeś, no chyba, że masz na koncie totalną wygraną - grand prix. Jeśli nic nie wygrałeś, ani wyróżnienia – a kogo to tak na prawdę obchodzi – wpisuj: „brał/brała udział w konkursach ogólnopolskich i międzynarodowych”.

Praca dydaktyczna to niemal to samo co bycie odbiorcą tej pracy. Jeśli więc studiowałeś coś dodatkowo, byłeś na jakimś kursie czy warsztacie – wpisuj śmiało. Tu dobrze sypnąć nazwiskiem prowadzącego, o ile oczywiście to ktoś sławny. Siedzenie wśród kilkunastu osób, kilka chociażby godzin przed gwiazdą, z pewnością i ciebie obdzieliło talentem. Wiele o tobie mówi, zatem trzeba to powiedzieć nagłos!

Do tego tutoriala by nie doszło, gdybym nie zajrzała akurat w biogram pewnego mistrza, który podaje, że ów autor ma na koncie: kilkaset wystaw, kilkaset tekstów w tym krytyczne, teoretyczne, itp. Mistrz jest wielki – myślę sobie – skądś się jego mistrzostwo wzięło. Musiał wystawiać i musiał publikować, być wszędzie. Ale zajrzałam głębiej, skoro nadarzyła się okazja i „wybór” zaprezentowano. A tam: felietony, eseje, ale także teksty pozostające w maszynopisach, ‘noty biograficzne’ (także o nim! I osobno każdy napisany biogram!), wstępy do katalogów wystaw (o nim i jego wystaw), wypisane wnioski i ankiety, apele i noty prasowe. Gorzej, gdy jedna z wystaw (z tych kilkuset) zmieniała miejsce wystawiania – każdorazowo teksty wspominające o mistrzu lądują w jego spisie nie tylko wystaw, ale także tekstów! Dodaje także w ramach tekstów własnych – swoje kalendarium pracy twórczej. Zaczęłam się wgłębiać i się wahać. Jakiś 10% całego spisu nosi znamiona ewentualnie własnego i twórczego pisania. (przeliczyłam szybko ilość pism, które kiedykolwiek wyprodukowałam – biogramów, informacji o wystawach i wydarzeniach, rekomendacji i notek… gonię mistrza, jeśli nie prześcigam!).

Nie chcę podważać autorytetu, tego niewątpliwie ważnego fotografa, dlatego nie podam nazwiska. Ręce mi opadły, a napadły myśli o niesprawiedliwości świata. Z innej strony, a kto by nas tego nauczył? A kto by nam powiedział co wpisać a czego nie? Co jest autorskie, a co jest notką prasową? Spece od autopromocji pewnie mają interesujący kompromis, by było chwytliwe, ale wciąż prawdziwie.

To ja tylko od siebie nadmienię:
- biogramy i noty prasowe to nie są teksty autorskie; żadne apele, rekomendacje, odezwy czy mejle.
- wzmianek prasowych nie podajemy w kategorii ‘publikacje’.
- jeśli twoje zdjęcie znalazło się w prasie, bo stworzone zostało dla innego podmiotu, nie zostało zamówione przez prasę – to daruj sobie wypis tychże miejsc. Jeśli załapaliście się na publikację z jakiegoś alertu czy pokonkursowej publikacji – też nie warto podawać kto o konkursie napisał…
- jeśli ktoś zabiera się za prowadzenie warsztatów i wielką swoją karierę – nie może podawać u kogo na warsztatach był. To tak jakby napisać które książki się czytało i na jakich wystawach się było. Korci troszkę, co?
- wystawy podajemy zawsze z tytułem, miejscem – i nie tylko nazwą miasta – ale nazwą miejsca (galerii, knajpy) oraz organizacji, która wsparła. Koniecznie z datą dzienną (miesięczną) i najlepiej wraz z nazwiskiem kuratora.

Na koniec zupełnie – a może by mieć kilka wersji tych życiorysów? Czy przyszły pracodawca musi koniecznie wiedzieć o wszystkim? Czy jury konkursu potrzebuje spisu tych konkursów gminnych? Co innego się przecież pisze gdy chcesz pracować za barem w knajpie, a co innego gdy chcesz pomagać kuratorowi. To tylko przeczucie i subiektywne zdanie. Ale nad biogramami, które podają: ‘udział w konkursach w kraju i zagranicą’ plus ‘publikacja m.in.: w Gazecie Wyborczej, TVN, Onet…’ plus ‘udział w warsztatach z przysłowiowym Avedonem’ a na deser: ‘jest autorem/autorką kilkudziesięciu wystaw indywidualnych’ (gdy autor jeszcze przed 30tką) – nie mam litości i śmieję się nagłos J. Starszemu fotografikowi można odpuścić, ale my nie idziemy jego śladem, co?


Trudno – od momentu publikacji już nikt mi nie da swojego cv ani też nie da biogramu do napisania.

sobota, 23 listopada 2013

nieplanowana przerwa

fot. Wilhelm Monck / Sylt / około 1900 / ze zbiorów własnych, rep. jk

Gdyby czytelnik pomyślał, że siedzimy w przyjemnych okolicznościach przyrody i pogody i pijemy kawę w miłym towarzystwie, zapominając o wszystkim, w tym także o miejscu fotografii, spieszę donieść, że niestety tkwimy po uszy w robocie.
A ci państwo siedzą sobie zaraz przy granicy duńskiej w miejscowości Sylt. Zazdrość. Aha, fajnie płaszcze rzucili.

środa, 23 października 2013

A czy wy potrzebujecie takiej galerii?

W kioskach leży na półkach ostatni numer magazynu "FOTO". Potem niestety pustka. Wydania zawieszone. Przez ponad rok pisałam tam felietony. Czasem ktoś je nawet czytał. Trochę żegnając się z FOTO, a trochę witając z nową przestrzenią wystawienniczą w Warszawie - Leica Gallery Warszawa na Mysiej - wklejam tu felieton jakoś z listopada 2012.
Trochę się sytuacja zmieniła od roku - na dole dodałam małe uaktualnienie.
Pytania ciągle aktualne i jestem żywo zainteresowana odpowiedziami.



Wystawiać i wysławiać?

Mój ulubiony temat to wystawy i galerie fotograficzne. Kiedy byliście Państwo ostatnio w galerii, na wystawie, niekoniecznie fotografii?
Przypuśćmy, że niedawno. Załóżmy, że nad handlowe, cenicie bardziej galerie ze sztuką. Nieważne czy był to plakat, czy sztuka dawna, grunt, że jesteście aktywnymi widzami. Nawet, jeśli nie byliście na tej czy tamtej wystawie, to wiedzieliście, że się odbywa. Mogło czasu nie starczyć, mogły być ważniejsze sprawy. Ale przynajmniej śledziliście wieści.  A już z pewnością o fotograficznych pokazach. Takie pismo w końcu czytamy.
Dzwoni znajoma z południa kraju i pyta, jakie wystawy fotograficzne są akurat w Warszawie. Planuje weekend i chce go sobie wypełnić spotkaniami i dobrymi zdjęciami. Świetnie, mówię, kawa będzie przemiła, ale z wystawami… No wiesz, nie bardzo. Sądząc, że coś przeoczyłam lub nie pamiętam, wymienia mi miejsca, po których możemy się spodziewać… A ja odpowiadam: są świetne wystawy dwie, ale nie o fotografii, jak masz wolną chwilę zajrzyj do kolejnych trzech miejsc, ale bez szaleństw.
Fotograficznie zaś – no tak jest kilka, ale musisz trochę pojeździć po mieście. Wymieniam miejsca, ona na to – gdzie to, co to? Wymienia dalej kilka miejsc kojarzonych zawsze z fotografią, a ja na to: nic, nic ciekawego, słabo, zamknięte, nie istnieje, nie ma już. I następuje krępująca cisza, z tych smutnych i bezsilnych.
Można widzieć tę sytuację na dwa sposoby. Zacznijmy od użalania się, podobno celujemy narodowo. Nie ma już Yoursa, nie ma Luksfery, zniknęła Galeria 65, ale od bardzo niedawna nie ma też Refleksów. Zamknęły się zatem w różnym czasie i z różnych przyczyn galerie stricte fotograficzne: reprezentujące, sprzedające i pokazujące polską i zagraniczną fotografię artystyczną. Refleksy mają kiedyś wrócić a chwilowo działać będą przez Internet. Życzę szczerze powodzenia, by nie zniknęła galeria wśród tysięcy inicjatyw internetowych i kiedyś naprawdę wróciła do życia. Do tego krajobrazu bólu, trzeba też dodać aż jedno w całej Polsce - Muzeum Fotografii, w Krakowie. Inne, stołeczne, podobno, jest na papierze, od lat.
Narzekając dalej, duże instytucje i galerie sztuki, które nie są zorientowane według medium, pokazują fotografię niezwykle rzadko. Mimo absolutnego strzału medialnego i frekwencji, okazuje się, że albo środowisko polskie słabo się rozumie i nie potrafi pokazać czegoś ważnego, albo zagraniczne wystawy za dużo kosztują. I kółko się domyka na niedogadaniach pomiędzy zagorzałym światkiem fotograficznym a instytucjami.  Jedni zawsze uważać będą fotografię za sztukę wyższą, drudzy nie będą faworyzować jednego medium ani organizować pokazów dla parytetu.
Optymistycznie patrzeć będzie trudniej. Jednak w ciągu roku pojawiło się coś niecoś nowego w stolicy. Czułość działa już drugi rok, Mito czasem robi coś fotograficznego, mamy nowy Lookout i jeszcze świeższą 27. Mieliśmy też kiedyś przez moment prężnie działającą fundację z bodaj najliczniejszym wernisażem fotograficznym w kraju, ale już nie mamy. Mam na myśli Fundację .DOC oraz wystawę, którą przygotowałam „Street Photography Now”, za którą od FOTO dostaliśmy nawet nagrodę za wydarzenie roku 2011. A czemu już nie mamy, to temat na osobną ostatnią stronę. No właśnie, trudno nie wpadać w narzekanie. Czułość działa od wernisażu do wernisażu, i trudno się dostać tam na co dzień, Lookout jest kawałek od centrum, a trafienie do 27 w odpowiednie godziny otwarcia, to spory wysiłek logistyczny. Jest przecież na mapie jeszcze Leica, w galerii, co prawda handlowej, która nie ma kawałka ściany pod fotografię, a która przecież sprzedaje aparaty i jakoś robi naście wystaw w roku. Asymetria jako jedyna z Polski była na Paris Photo 2012. Fundacja Archeologia Fotografii mimo odrzuconych wniosków czyli na mniejszą skalę, robi i robi. Mamy też w końcu ZPAF, z dwiema galeriami, a to już potencjał tylko ciągle czekający. I mamy rok bez warszawskiego festiwalu fotografii artystycznej. I sporadycznie w Fundacji Profile, Raster, Leto i innych mniejszych – tych od sztuki – fotografię. 
Słychać raz na jakiś czas kuluarowo, że oto za chwilę powstanie nowa galeria, nawet dwie albo trzy. Padają nazwiska, środowisko wrze, oczy napełniają się nadzieją, pojawiają się uśmiechy i po chwili znowu cisza. Krępująca, z tych bezsilnych. Uśmiechy przeradzają się w pełne wyrozumiałości gesty i padają słowa pocieszenia. Szeptem wymieniane są te nazwiska, które już próbowały, które zamknęły, którym nie wyszło…
Zaraz, zaraz, że to uniesienie przerwę, spytam: po co nam galeria fotograficzna? Tylko fotograficzna? Reprezentująca, pokazująca, edukująca?
Jak to po co? Ktoś to musi pokazywać, ktoś ten rynek musi wzruszyć. Jasne! Pewnie i rywalizować i wzbudzać, wystawiać i produkować nowe rzeczy. Może i wydawać, może i szkolić. Oczywiście zapatrzeni na świat i jego rozwiązania.
A czy Wy potrzebujecie takiej galerii? Pytam poważnie i proszę o odpowiedzi! Ile zapłacicie za bilet do takiej galerii? Pewnie ma być bezpłatna, no jasne, w końcu sztuka i artysta pro publico bono. Za ile kupicie zdjęcie i ile ich w roku? Jak często i długo ma być czynna? Co ma pokazywać? Powinna promować polskich twórców? Czy chcielibyście wystaw światowych: Gursky, Wall, Avedon? Powinna się zająć tylko fotografią nową, a może starszą? Albo jakąkolwiek, byle problemowo i przeglądowo? Ile razy w roku chcielibyście tam chodzić? Zapłacilibyście za spotkanie ze światowym mistrzem? Wreszcie, czy powinna być instytucją publiczną, w rodzaju Muzeum czy Domu Fotografii, a może inicjatywą niezależną i prywatną?
Chciałabym przeprosić za te pytania, pewnie naiwne i rudymentarne. W niektórych znam odpowiedź, w niektórych tylko ją przeczuwam, na niektóre niestety nie mam pojęcia. Ja się poważnie pytam i mam nadzieję poczytać Wasze odpowiedzi. Tylko poważne oferty! 


wystawa "Elliot Erwitt, Personal Best" Leica Gallery Warszawa, Mysia 3 (gościnnie) luty 2013 / materiał LGW

- - - -  
kilka aktualności:
Asymetria jest jedyną galerią polską na Paris Photo także w 2013. Czułość przeniosła się do Centrum. Powstał projekt Asymetria Modern prowadzony przez Kubę Śwircza oraz galeria 'Pola Magnetyczne' prowadzona przez Patricka Komorowskiego. Powstał z popiołów festiwal warszawski fotografii, teraz nazywa się 'Warsaw Photo Days' i organizowany jest pod auspicjami ZPAF. Odbyła się przed momentem (tydzień temu) konferencja "Fotografia - Narracje Muzealne" w Muzeum Narodowe w Warszawie przygotowana przez Archeologię Fotografii - mówiono na niej sporo o przyszłym, ewentualnym, prawdopodobnym Muzeum Fotografii w Warszawie (o tym jeszcze będzie osobny artykuł).


Do zobaczenia, mam nadzieję, na otwarciu Leica Gallery Warszawa oraz wystawy Jacob Aue Sobola "Arrivals and Departures" - 25.10.2013 o 20. Mysia 3.  

środa, 16 października 2013

hity i zmiany czyli 11. edycja projektu Fotografia Kolekcjonerska


WITKACY - WITKIEWICZ Stanisław Ignacy (1885-1939), Nieśmiały bandyta, Groźny bandyta, 1931, dwie odbitki żelatynowo-srebrowe, papier chloro-bromowy, 11,8 x 8,9 cm, 11,7 x 8,5 cm, na odwrocie napisy: A, 12, 286, 137, ST. I. WITKIEWICZ, oraz B, 13, 287, 138, ST. I. WITKIEWICZ, vintage prints

O aukcjach pisze się zwykle liczbami: tyle i tyle prac, takie a takie ceny. Porównuje się z poprzednimi latami, dobrze też dodać informację, ile jakieś nazwisko zyskało w ciągu powiedzmy dekady. Po te informacje odsyłam do bardziej branżowych i ekonomicznych stron, miejsc, itd. Tutaj więcej o idei, o nowej edycji oraz dlaczego trzeba pójść chociaż obejrzeć wystawę, przybyć na jedno z wydarzeń towarzyszących i dlaczego na tej aukcji będzie tak ciekawie.

W 11. edycji projektu Fotografia Kolekcjonerska znalazły się aż dwaportrety Stanisława Ignacego Witkiewicza - Witkacego (poz. 014). Cytuję za organizatorami: które zasługują na szczególną uwagę. Fotografie artysty są cenione przez kolekcjonerów w Polsce i za granicą. Do dziś jeden z jego autoportretów to najdrożej sprzedane zdjęcie na polskim rynku. W 2003 r. wylicytowano je za rekordową sumę 135 tys. zł! Rzeczywiście sprawa niebywała, po raz pierwszy Witkacy jest w zestawie "Fotografii Kolekcjonerskiej", a przez 10 lat wiele się mogło zmienić. W dodatku projekt odbywa się w Centrum Sztuki Współczesnej. Abstrahując od problemów przez jakie ta instytucja aktualnie przechodzi, z pewnością dla projektu jest to krok milowy. Połączenie sił z dużą instytucją wystawienniczą, związaną ze sztuką współczesną, działa na wyobraźnię, gdyby ktokolwiek miał wątpliwości gdzie jest miejsce fotografii w dzisiejszym świecie.

Katalog aukcyjny - drukowany - został podzielony w bardzo przejrzysty sposób. Zdjęcia są ułożone chronologicznie, ale pewne etapy - przedziały zaakcentowane. Chronologia jest odzwierciedlona w numerach aukcyjnych, wewnątrz „epok”/ rozdziałów obowiązuje układ alfabetyczny. Są zatem piktorialiści osobno, blisko siebie, fotografia około konceptualna też zestawiona ze sobą, itd. Paweł Żak klasycznie i zawsze zamyka zestaw setki prac na aukcji.

Z nowości w projekcie warto zaznaczyć dwie sprawy: pierwsza to wprowadzenie estymacji do zapisów katalogowych. Szalenie przydatna sprawa, do tej pory nieobecna na polskim rynku fotografii kolekcjonerskiej. Druga – to prawdziwie edukacyjna działalność. Wśród wielu wydarzeń towarzyszących projektowi – najważniejszym jest wieczór kolekcjonerski. Udział w nim wezmą Dariusz Bieńkowski, Wojciech Jędrzejewski, Joanna i Krzysztof Madelscy, Wojciech Nowicki oraz Cezary Pieczyński, a gospodarzem wieczoru będzie znakomity artysta, także kolekcjoner i kurator - Józef Robakowski. Ta ekscytująca i wyjątkowa rozmowa już w sobotę 20 października.

DZIACZKOWSKI Jan (1983-2011), Bez tytułu, ok. 2006, dwa fotokolaże, 12,8 x 9,3 cm, 11,3 x 7,5 cm, w ramie 36,5 x 46,5 cm, pieczęć autorska na odwrocie, unikaty

Nazwiska pierwszorzędne "mistrzów": Bułhak, Gardulski, Hartwig, Dłubak, Rydet, Robakowski, Poremba i "młodzieży": Rayss, Kowalski, Milach, Bedyńska, Zbierski, Buczkowska.
Warto może kilka hitów zaznaczyć, bo poza Witkacym jest ich w aukcji sporo. Wybór będzie raczej subiektywny, czyli gdybym mogła to…

Dwa kolaże Jana Dziaczkowskiego, tragicznie zmarłego w 2011 roku artysty znalazły się na aukcji. Dzięki uprzejmości spadkobierców artysty dochód ze sprzedaży przeznaczony zostanie na wydanie albumu prezentującego twórczość Janka, nad którym obecnie pracuje Fundacja Sztuk Wizualnych. 

ŁOPIEŃSKI Bogdan (Łukasz Bogdański) (ur. 1934), Przyśpieszajmy obywatele (Edward Gierek i Piotr Jaroszewicz), 1973/2008, odbitka żelatynowo-srebrowa, papier, 44,5 x 45 cm (47 x 59 cm), sygn., dat. i opis na odwrocie, nakład: 8/25

Jest kilka znakomitych prac z reportażu i z jego okolic. Są do wylicytowania dwa zestawy zdjęć Karola Szczecińskiego , w tym jeden szczególnie interesujący. 4 fotografie „Bez tytułu” (009) zburzona Warszawa z 1945 roku. Wśród nich kadr ikoniczny – kościół św. Augustyna wśród ruin, oraz drugi – bliźniaczy do znanego zdjęcia Zofii Chomętowskiej – buda ‘pedicure-manicure na miejscu’. 

„Przyspieszajmy obywatele” Bogdana Łopieńskiego, słynne zdjęcie, które ostatnio znalazło się na wystawie „Czas wolny” w Zachęcie, omawiano je w książce „Fotobiografia PRL” (041). Zdjęcie znajduje się w zestawie "Fotoikon" - czyli omawiałam je już w miejscu.

Znalazły się także prace Bogdana Dziworskiego (022) z Paryża, Erazma Ciołka z „II Pielgrzymki Papieża do Ojczyzny” (016) oraz uroczy kadr z Alibabkami Marka Karewicza z festiwalu w Sopocie z 1969 roku (032). Współczesny reportaż reprezentuje Tomasz Tomaszewski pracą z serii „Sugar Town” (092).

ROBAKOWSKI Józef (ur. 1939), Obraz kalejdoskopowy, 1970, odbitka żelatynowo-srebrowa, papier, 30,5 x 24 cm, sygn., dat. i opis na odwrocie, nakład: 1/1 (opisana na odwrocie jako oryginał), vintage print

Jest bardzo mocny zestaw prac z lat 1970tych, około konceptualnych a wśród nich Natalia LL „Sztuka konsumpcyjna” (mniej znany kadr) z 1974 roku (039), Józef Robakowski (048) unikatowa praca „Obraz kalejdoskopowy”, ikoniczne wręcz fotografie dla konceptualizmu w Polsce czyli seria Zbigniewa Dłubaka „Gestykulacje” z lat 1970-1978 (3 fotografie – poz. 019). Oczywiście nie mogło zabraknąć Jerzego Lewczyńskiego, w dodatku „okładkowego” z książki/katalogu jego zeszłorocznej wystawy w Czytelni Sztuki w Gliwicach, a następnie w Muzeum Narodowym w Krakowie „Portret NN” (037) oraz ze słynnej serii „Antyfotografia” z 1959 (038). W tym rozdziale jeszcze Rydet, Rytka, Schlabs, Gierzyńska i Łagocki. 

MILACH Rafał (ur. 1978, Gliwice), Bez tytułu z cyklu Czarne morze betonu, 2008/2013, wydruk pigmentowy, papier Hahnemühle Photo Rag Baryta 315 g, 100 x 125 cm, dat., sygn., opis i hologram na odwrocie, dołączony certyfikat autentyczności, nakład: 1/4 + 2 a.p. (w tym formacie)

Młodsi autorzy reprezentowani są przez swoje najbardziej znane fotografie: z nagradzanych projektów, z okładek książek, z wystaw.  Chyba w szczególności warto zaznaczyć fotografię Anny Bedyńskiej z serii „White Power”, nagrodzoną w tegorocznej edycji konkursu World Press Photo (064). Dalej pewnie jeden z najlepszych kadrów z nowego cyklu „Love Has to be reinvented” Piotra Zbierskiego, zeszłorocznego młodego talentu „newcomera” Oscara Barnacka (098). Teraz jeszcze wywoławczo za 1500zł, ale jak wróci z La Quartieme Image wParyżu, pewnie będzie już w innej lidze. 
W natarciu na aukcji jest kolektyw Sputnik: tym razem Milach, Rayss, Łuczak i Pańczuk (o jedną osobę więcej niż rok temu). Wszyscy z aktualnymi projektami: Rafał Milach „Czarne morze betonu” – w tym roku wydał książkę z tego projektu (079), podobnie Michał Łuczak z serii „Brutal” – książka już wyprzedana, nagrodzona w Fotograficznej Publikacji Roku (077). Zdjęcia na aukcji Agnieszki Rayss (088) i Adama Pańczuka (083) pochodzą z zespołowej pracy „IS (NOT)” – Agnieszki „Earth Bleeds Water” a Adama „Hidden People”. 
Galeria „Czułość” jest za to w sposób śladowy reprezentowana na aukcji – dokładnie jedną pracą Janka Zamoyskiego, czyli szefa galerii (096). Lightbox w edycji 1/3 (w tym formacie) za 1500 zł, to jednak jest okazja.
Mamy też fotografię Tomka Niewiadomskiego z cyklu „Blue”, prezentowanego na wystawie autorskiej w zeszłym roku w Warszawie i Krakowie (080). Cyklu, który cieszył się dużym zainteresowaniem kolekcjonerów podczas pokazu. Cena wywoławcza to 4000 zł, lecz estymacja sięga 7000 zł. Warto jednak dodać, że estymację ustalono przed drobnym faktem - w międzyczasie firma ‘Tomasz Niewiadomski Fotografia’ zakupiła tygodnik „Przekrój”.

POREMBA Jacek (ur. 1966), Bez tytułu, 1999, Polaroid 8 x 10" (obraz 24 x 19 cm), sygn., dat. i opis na odwrocie, unikat


W ulubionych zdjęciach z aukcji mam jeszcze znakomity portret przedstawiający Tadeusza Rolke, który wykonał Filip Ćwik (068). Intensywny, tajemniczy, mocny i aktualny. Jest też wspaniały portret (chyba na zasadzie kontrastu zestawienie) sesyjny Jacka Poremby, mniej znany i unikatowy, wykonany na polaroidzie w 1999 (085). Jest też fotografia szczególna, na którą dobrze przygotować sobie specjalną przestrzeń – ogromna praca 148x248 cm Kacpra Kowalskiego (072). Wielokrotnie nagradzany autor latający tym razem w około dokumentalnej serii zdjęć. Plaża #7 to pierwsza praca z nowego cyklu artysty, który tym razem komponuje swój obraz w super-skali i kreuje plażowy krajobraz. Nie jest to zapis rzeczywistości, ale wizja autora, który, zachowując jedność miejsca i czasu traktuje rzeczywisty obraz plaży we Władysławowie jako surowiec dla swej wyobraźni. Witkacy, Łódź Kaliska (076) i Kacper Kowalski – to trzy najdroższe prace na tegorocznej aukcji.

ĆWIK Filip (ur. 1973), Tadeusz Rolke, 2013, odbitka żelatynowo-srebrowa, papier, 56 x 45 cm (72,5 x 53 cm), sygn., dat. i opis na odwrocie, nakład: 1/7 + 2 a.p.

Łatwiej byłoby wymienić prace mniej ciekawe, bo tych w tegorocznej edycji jest wyjątkowo mało. Kuratorka Katarzyna Sagatowska, wraz z Magą Sokalską zdołały zebrać fotografie reprezentujące pewne epoki i nurty w polskiej fotografii. Oczywiście jest tam piktorializm i Kielecka Szkoła Krajobrazu, jest i pejzaż i akt, jest fotografia awangardowa, konceptualna, przez reportaż do nowego dokumentu. Wśród tych szalenie ważnych fotografii, rozpoznawalnych serii i kadrów, wynalazły prace mniej znane, często unikatowe. Brawa!


Do zobaczenia na aukcji: 27.10.2013, godz.19.00 (niedziela).


Artyści: Jan Bułhak, Janusz Bułhak, Benedykt Jerzy Dorys, Bolesław Gardulski, Edward Hartwig, Włodzimierz Puchalski, Karol Szczeciński, Tadeusz Wański, Antoni Wieczorek, Stanisław Ignacy Witkiewicz - Witkacy, Stefan Arczyński, Erazm Ciołek, Janusz Czarnecki, Zbigniew Dłubak, Kazimiera Dyakowska, Bogdan Dziworski, Leszek Fidusiewicz, Marek Gardulski, Krzysztof Gierałtowski, Teresa Gierzyńska, Aleksander Górski, Andrzej B. Górski, Eugeniusz Haneman, Krzysztof Kamiński, Marek Karewicz, Jan Kosidowski, Jerzy Kosiński, Ewa Kuryluk, Jerzy Lewczyński, Natalia LL, Zbigniew Łagocki, Bogdan Łopieński, Zofia Nasierowska, Fortunata Obrąpalska, Marek Piasecki, Paweł Pierściński, Józef Robakowski, Tadeusz Rolke, Eva Rubinstein, Tadeusz Rydet, Zofia Rydet, Zygmunt Rytka, Bronisław Schlabs, Mikołaj Smoczyński, Marian Szulc, Jan Weselik, Krzysztof Zarębski, Anna Bedyńska, Karolina Breguła, Dorota Buczkowska, Przemek Dzienis, Filip Ćwik, Jan Dziaczkowski, Marcin Jastrzębski, Bogdan Konopka, Kacper Kowalski, Andrzej Kramarz, Georgia Krawiec, Zofia Kulik, Łódź Kaliska, Michał Łuczak, Małgorzata Markiewicz, Rafał Milach, Tomek Niewiadomski, Igor Omulecki, Krzysztof Pająk, Adam Pańczuk, Maciej Pisuk, Jacek Poremba, Krzysztof Pruszkowski, Grzegorz Przyborek, Agnieszka Rayss, Sławomir Rumiak, Juliusz Sokołowski, Andrzej Świetlik, Tomasz Tomaszewski, Wacław Wantuch, Wojtek Wieteska, Stanisław J. Woś, Janek Zamoyski, Joanna Zastróżna, Piotr Zbierski, Ireneusz Zjeżdżałka, Paweł Żak.

Miejsce: Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, ul. Jazdów 2, Warszawa
Organizatorzy: FotografiaKolekcjonerska.pl przy współpracy Artinfo.pl oraz Domu Aukcyjnego Rempex 

linki:
Fotografia Kolekcjonerska

katalog aukcji w artinfo.pl
fb - wydarzenie




niedziela, 29 września 2013

Rafał Milach / rozmowa

Rafał Milach z cyklu 7 Rooms, http://rafalmilach.com/ / dzięki uprzejmości autora

7 rooms  (książka i wystawa) Rafała Milacha to jeden z ważniejszych projektów fotograficznych w polskiej współczesnej fotografii. Trudno znaleźć inny tak głośny: pokazywany w tak wielu ważnych miejscach, nagradzany w wielu konkursach związanych z książką, publikowany w prasie 'tu' i 'tam' - wszędzie. Wreszcie książka wydana w 2012 roku w nakładzie 1000 sztuk została wyprzedana w tempie, w jakim nikomu się to w Polsce dotąd w polu fotografii nie udało. Właśnie jest dostępne drugie wydanie, świeże, z drobnymi zmianami - "slightly redesigned", znowu w tysiącu sztuk. Wystawę zaś do marca 2014 można oglądać teraz w Danii, w galerii Brandts w Odense. Reedycja to dobry moment by przypomnieć cały projekt, rozmową, którą odbyliśmy o 7 rooms, szykując się do premierowego pokazu wystawy w Zachęcie. 
Rafał Milach, 7 Rooms, wyd. Kehrer, 2013,  http://rafalmilach.com/ / dzięki uprzejmości autora

Joanna Kinowska: 7 pokoi to wystawa i książka o zwykłych Rosjanach. Poprzez fotografie opowiadasz o szóstce młodych ludzi na przestrzeni kilku ostatnich lat. Dlaczego bohaterowie tego projektu mają być dla nas, widzów w Polsce, interesujący?

Rafał Milach: Kiedy jechałem pierwszy raz do Rosji, miałem zupełnie inny pomysł i nastawienie. Rysowałem sobie taki duży projekt Rosja: coś superglobalnego, opisowego, komentującego. Mniej więcej trzy lata zajęło mi dojście do tego, że nie jestem w stanie tego zrobić, że coś takiego mnie przerasta.
Kiedy przeglądałem negatywy, okazało się, że na większości zdjęć są właśnie ci ludzie. Fotografowałem ich dodatkowo, trochę obok tego mojego wielkiego wymyślonego projektu. Później odkryłem, że to, co jest na tych zdjęciach i dotyczy moich bohaterów, jest znacznie ciekawsze od tego, co sobie na początku wymyśliłem. Byli to ludzie, którzy otworzyli przede mną swoje drzwi, oprowadzali mnie po swoich miejscach, pokazali mi swoje życie. Później stawali się moimi przyjaciółmi. Z początku byli – jeśli można to tak określić – punktami zaczepienia w Rosji. Z czasem okazało się, że oni i ich historie to coś, do czego ja jako fotograf mogę się odnieść, że znalazłem swoją opowieść i jeżeli mogę cokolwiek opowiedzieć o Rosji, to właśnie przez nich. Co więcej, mieliśmy podobną historię. Oni urodzili się w Związku Radzieckim, ja w PRL-u. Oni dorastali w czasie pierestrojki, u nas w tym czasie transformacja już trwała, choć nie przebiegała w ten sam sposób. To właśnie wspólne doświadczenie okazało się istotne i może być pewnego rodzaju kluczem do 7 pokoi. Trzeba też podkreślić, że bardzo mało jest takich historii o zwykłych ludziach. Kiedy robimy materiał np. o przerzucie narkotyków, to oczywiście występują w nim zwyczajni ludzie, są jednak uwikłani w ten temat, bez niego nie byłoby opowieści. Zwykli ludzie, sami w sobie, nie wydają się ciekawym tematem medialnym.
widok ekspozycji 7 Rooms – Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki / Warszawa, Polska (2012), fot. RM

Stąd właśnie moje pytanie: co ma nas zainteresować? Podglądamy zwykłych ludzi?

W pierwszych latach moich wyjazdów do Rosji wielu znajomych pytało: „Jacy oni są, ci Rosjanie? Czym się od nas różnią?”. Była to oczywiście próba konfrontacji ze stereotypem – czy naprawdę na Syberii mają przez cały rok minus 40 i czy chleją z niedźwiedziami. W pewnym sensie ten projekt pokazuje „takich jak my”. Mieszkają w innym miejscu, funkcjonują w trochę innym systemie, ale podstawowe rzeczy są bardzo podobne. To, że są Rosjanami, jest ważne, ale nie najważniejsze dla mnie. Przede wszystkim są ludźmi, a potem mieszkańcami Rosji – najważniejszy zatem jest ten uniwersalny, ludzki przekaz.

Na ile było dla ciebie ważne, by twoi bohaterowie mieli podobne doświadczenia? Czy szukałeś w pewnym sensie swoich odpowiedników?

Jesteśmy w stanie cokolwiek opowiedzieć, kiedy odnajdujemy rzeczy nam bliskie, które nas interesują i do których możemy się odnieść. Tutaj właśnie jest okazja, by odnieść się do własnego doświadczenia.

Bez egzotyki.

Na początku było to dla mnie w pewnym sensie osobliwe. Nie żałuję tego pierwszego etapu pracy, chyba potrzebowałem czasu, żeby zrozumieć, czego tak naprawdę nie chcę robić. To pozwoliło mi złapać pewien dystans do tego miejsca. Czasami wymyślasz temat, który chcesz robić i od razu zawężasz sobie kąt widzenia. Tutaj tego nie było, bo projekt się formował bardzo powoli i naturalnie.

Jak się przygotowywałeś do pierwszego wyjazdu?

Prawie w ogóle się nie przygotowałem.

Żadnych książek, obrazków?

Nic! Nie przed samym wyjazdem i nie specjalnie w ramach przygotowań. Oczywiście, znałem prace Luca Delahaye, Carla de Keyzera czy Anthony’ego Suau. Ich zdjęcia mi się bardzo podobały i dalej bardzo je cenię. Uważam, że Beyond the Fall Suau jest wspaniałym, monumentalnym projektem o Rosji. Tylko że te prace dotyczyły rosyjskiej transformacji, tego, co wszyscy chcieli i w pewnym sensie dalej chcą oglądać. To, co robi Sergei Maximishin, to też jest Rosja, ale taka, jaką media pragną widzieć. To są superzdjęcia, mam jednak wrażenie, że te właśnie obrazy pogłębiają klisze na temat Rosji, albo w pewnym sensie odnoszą się do świata, który już był.
Całe przygotowania ograniczały się do przejrzenia kilku stron internetowych i wysłania kilku maili do znajomych z zapytaniem, czy znają kogoś w tych miastach, przez które będę przejeżdżał. Pojechałem zatem, z jednej strony, z czystą głową, a z drugiej – z bardzo mocnymi obrazami, kliszami.
Rafał Milach z cyklu 7 Rooms, http://rafalmilach.com/ / dzięki uprzejmości autora

Co z tymi stereotypami? Nie pokazujesz Rosji takiej, jaką ludzie chcą oglądać?

Każdemu fotografowi się wydaje, że pokazuje coś zupełnie innego i na nowo. Potem się okazuje, że wszystko jest takie samo. To bardzo płynne. Nie zakładałem, że pokażę taką Rosję, jak nikt inny przedtem. Tak naprawdę dopiero po trzech latach jeżdżenia i robienia zdjęć zacząłem to, czym dzisiaj jest projekt 7 pokoi. Wtedy przestałem odnosić się do zdjęć widzianych wcześniej. Zdawałem sobie sprawę, jak bardzo blokowało to moją wypowiedź i zawężało perspektywę. Postanowiłem, że będę robił to, co czuję i to, co – przynajmniej w jakimś stopniu – rozumiem i ogarniam.
W 7 pokojach jest kilka obrazów-klisz, choćby sierp i młot z Jekaterynburga. Tego rodzaju „spodziewane” widoki, które bezpośrednio kojarzą się z Rosją, są jednak tylko drobnym akcentem w całości projektu. Gdybym je usunął, pojawiłoby się niebezpieczeństwo, że ten przekaz stanie się aż nadto uniwersalny. Umiejscowienie 7 pokoi, fakt, że to są Rosjanie, ma znaczenie. Ważne też były proporcje między tymi dwoma rodzajami obrazów.
Rafał Milach z cyklu 7 Rooms, http://rafalmilach.com/ / dzięki uprzejmości autora

Zacząłeś od wyjazdu w poszukiwaniu członków swojej rodziny. Potem, po trzech latach pojawił się właściwy kształt projektu, co miało miejsce na warsztatach JOOP Swart Masterclass. A jak chciałeś go zakończyć? Miałeś już komplet materiałów?

Fotografowanie zakończyłem wiosną 2010, był to mój ostatni wyjazd do Rosji. Zrobiłem wtedy niewiele zdjęć, choć akurat takich, które były bardzo celne w konkretnych sytuacjach, domykały całość. Potem rozpocząłem kolejny etap pracy, tym razem nad tekstem i edycją zdjęć. Cały projekt tworzony był z pozycji przybysza i obcego. Mój najdłuższy wyjazd trwał trzy miesiące, zaś najkrótszy półtora tygodnia. Trudno w takich okolicznościach doświadczyć prawdziwego życia codziennego. Metoda pracy mnie ograniczała i po jakimś czasie zauważyłem, że pewne rzeczy zaczynają się wizualnie powtarzać. Żeby powiedzieć coś więcej, musiałbym z nimi spędzić dużo więcej czasu, a na to nie mogłem sobie pozwolić. Czyli najważniejszym momentem było stwierdzenie: „OK , już więcej nie jestem w stanie pokazać”. Właśnie wtedy zorientowałem się, że za bardzo zaprzyjaźniłem się z moimi bohaterami. Straciłem dystans dziennikarza-fotografa, który zawsze powinien istnieć, nieważne, jak blisko jesteś swojego bohatera. Przyłapałem się na tym, że usuwam niektóre sytuacje, rezygnuję z pewnych rzeczy. To był wyraźny sygnał, że już więcej nie jestem w stanie zrobić. Podczas ostatnich wyjazdów znacznie więcej było rozmów niż zdjęć. To był też czas, kiedy zacząłem
dużo czytać i natrafiłem na Swietłanę Aleksijewicz. Zwątpiłem wtedy w ogóle w wartość obrazu. Słowo okazało się dużo potężniejsze niż obraz.

I to mówi fotograf, dla którego fotografia miała zastępować tysiąc słów?

Teoretycznie tak. Ale ten jeden obraz, żeby rzeczywiście został w głowie, musi być niezwykle silny, wyrazisty, musi przełamywać coś, co już wiemy o jakimś miejscu, sytuacji, człowieku. Natomiast obrazy, które tworzymy w trakcie czytania, łatwiej zapamiętujemy, silniej działają na naszą wyobraźnię. Gotowy obraz przynosi nam skończony wizualny rezultat. Słowa dopiero zamieniają się w obraz w naszej głowie. Ta interakcja między odbiorcą a twórcą jest dużo mocniejsza niż w przypadku fotografii. Oczywiście, są takie obrazy, które zostają w głowie natychmiast. Można zilustrować taki mechanizm na przykładzie kartkowania gazety. Obraz jest ważny, mocny i jest pierwszą rzeczą, którą przyjmujesz. Często dopiero potem zaczynasz czytać tekst. Tak jest na przykład z moją książką 7 pokoi. Czytelnik zacznie od obejrzenia zdjęć, potem przeczyta sobie mniejsze teksty, bo są też mniej wymagające, a na koniec wróci do tego dużego tekstu Swietłany Aleksijewicz. Wizualne rzeczy idą na pierwszy ogień. Oczywiście, one mają przyciągnąć, są bardzo ważne, ale tę więź zaczynasz odczuwać, dopiero kiedy spędzisz nad czymś trochę czasu, a przeczytanie czegoś wymaga dużo więcej czasu niż oglądanie zdjęć. W pewnym momencie pracy nad tym projektem bardzo żałowałem, że nie potrafię pisać ani nie umiem przeprowadzać profesjonalnie wywiadów. Umiem opowiadać tylko obrazem.

Obrazem, któremu towarzyszy tekst innego autora (w książce), następnie zebrane przez ciebie wypowiedzi bohaterów (w książce i na wystawie) i wreszcie obrazy zawierające tekst, czyli wywiady multimedialne (na wystawie). To całkiem dużo słów. Opowiedz o multimediach. Czy to próba wydobycia słów na wierzch, ponad obraz?

Nagrywałem wywiady z moimi bohaterami, ale także kręciłem je kamerą wideo. Fragmenty tych wypowiedzi znajdują się na wystawie, część jest w książce. Kiedy kręciłem, to nie fotografowałem. Multimedia będą zatem dopowiadać to, czego brakuje na zdjęciach.

Jesteś fotografem, opowiadasz obrazem, a na koniec masz taką furtkę, że bohaterowie dopowiedzą. Dlaczego posługujesz się wideo?

Z bardzo prostej przyczyny: nie jestem w stanie opowiedzieć wszystkiego przy pomocy jednego narzędzia. To wynika z metody pracy i czasu spędzonego z bohaterami. To, co oni mówią, świetnie dopełnia część wizualną. Ktoś z nich opowiada o swoich wspomnieniach z czasów pierestrojki. Powstają jakieś bardzo konkretne rosyjskie obrazy. Ich wypowiedzi dotyczą Rosji i całkowicie prywatnego podejścia do ojczyzny. To oni o tym opowiadają, a nie ja. Gdybym próbował to zilustrować, książka byłaby zbyt oczywista. Trudno też byłoby rozdzielić to, co ja mam do powiedzenia o Rosji, a co oni.

Rafał Milach z cyklu 7 Rooms, http://rafalmilach.com/ / dzięki uprzejmości autora

W książce główną rolę gra tekst Swietłany Aleksijewicz, jest na początku. Nie masz wrażenia, że można to odebrać w ten sposób, że twoje zdjęcia są ilustracją jej tekstu?

Absolutnie nie. Bardzo bym się cieszył, gdyby ktoś zaczął od przeczytania tego tekstu, zanim obejrzy zdjęcia. On buduje bardzo mocny kontekst historyczny i społeczny, opowiada o tym, co się wydarzyło wcześniej, i wpływa na to, co się dzieje teraz — mówi o Związku Radzieckim. Jego bohaterowie, którzy nie potrafili przeskoczyć w nowy system, targnęli się na własne życie. W drugiej części książki Związek Radziecki jest mglistym wspomnieniem z dzieciństwa osób, które fotografuję. Zarówno bohaterowie Swietłany Aleksijewicz, jak i moi są osadzeni w jednym i w drugim czasie równocześnie.

7 pokoi to sześć fotograficznych opowieści, ten siódmy pokój został stworzony przez teksty i doświadczenia ludzi sprzed „mojej historii”. Mimo że tych zdjęć jest dużo więcej, to czas poświęcony na przeglądanie jest równoważny. A co z widzem, który na wystawie ma tylko zdjęcia?

Wydaje mi się, że to dobrze, jeżeli książka, wystawa, multimedia nie są o tym samym. Wystawa jest bardziej wrażeniowa, to jest obiekt, który działa intensywniej. Musisz wejść, stanąć, przejść, podejmujesz fizyczny wysiłek. Nie ma tam tyle miejsca na tekst, co w książce. Kiedy byłem na wystawie Taryn Simon, dobrze mi się oglądało jej prace, natomiast dopiero książka, którą kupiłem na wystawie, pozwoliła mi spokojnie ogarnąć cały projekt włącznie z tekstem. Obejrzenie wystawy, samych zdjęć, zajęłoby mi pewnie jakieś czterdzieści minut, ale spędziłem tam w sumie trzy godziny, czytając i zastanawiając się nad towarzyszącymi wystawie tekstami. Było to wyjątkowo męczące doświadczenie. Na wystawie istotną rolę pełni format prac i sam fakt, że jesteś w konkretnej przestrzeni. W książce z kolei nie obcujesz ze zdjęciami tak jak na wystawie. Pejzaż w małym formacie to zupełnie co innego, niż gdy jest na ścianie, gdzie możesz poczuć przestrzeń. W książce zdjęcia są jedną ze składowych, a na wystawie stają się bardzo często najważniejsze.


widok ekspozycji 7 Rooms – Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki / Warszawa, Polska (2012), fot. RM

Opowiedz o swoich bohaterach.

Są bardzo różni. Chociaż mój wybór był dość przypadkowy, okazał się być przekrojowy, przynajmniej w kontekście Związku Radzieckiego, pewnej „złożoności” Rosji. Moi bohaterowie to zwykli ludzie mieszkający na przedmieściach, nie są ani bogaci, ani biedni. U nas należeliby do klasy średniej, która w Rosji tak naprawdę nie istnieje.

Najpierw poznałem Galę, która jeździ za granicę, zna obce języki, wyszła za mąż za Francuza i ma z nim dziecko. Mieszkała najpierw w Czechach, później we Francji. To była pierwsza osoba, która mnie ugościła w Jekaterynburgu. Jestem z nią emocjonalnie związany, tak jakby była moją młodszą siostrą. Ilekroć byłem w Rosji, zawsze ją odwiedzałem, spałem u niej w domu. Byłem przy niej w różnych okresach jej życia: kiedy skończyła studia, później poszła do pracy, miała problemy zdrowotne, następnie poznała swojego przyszłego męża. Mam wrażenie, że przeżywałem to, co ona. Jej dziecko ma teraz rok. Chłopiec, ma na imię Luka. Urodził się, kiedy już skończyłem projekt. Dużo rzeczy się zmieniło, odkąd skończyłem zdjęcia.

Lena pochodzi z Kazachstanu, ma rosyjskie korzenie. Z zawodu jest immunologiem, prowadzi badania. Mieszka w Moskwie, ale źle się tam czuje. Nie pasuje do miejsca, w którym żyje, a nie może wyjechać. Jest osobą samotną, w każdym razie była wtedy, kiedy ją fotografowałem. Wydaje mi się, że pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny, mają bardzo dużo starych zdjęć, ale nie chciała opowiadać o jej przeszłości. Rodzina jest dla Leny bardzo ważna, cierpiała z powodu rozłąki z krewnymi, którzy zostali w Kazachstanie. Głęboko przeżyła śmierć bliskiej przyjaciółki, o czym opowiada. W momencie naszego spotkania miała w sobie dużo smutku, to się chyba ostatnio zmieniło. Ciekawe, że każda z tych osób opowiada w inny sposób o Rosji. Lena opowiada poprzez horoskop, który jej zrobił dziadek współlokatorki. Dosłowne zdania wyjęte z tej wróżby i rozmowy, które z nią odbywałem wcześniej, składają się idealnie na to, co w tym horoskopie się pojawiło. 
Rafał Milach z cyklu 7 Rooms, http://rafalmilach.com/ / dzięki uprzejmości autora
Rafał Milach z cyklu 7 Rooms, http://rafalmilach.com/ / dzięki uprzejmości autora

Mira pochodzi z Chakasji. Urodziła się w Moskwie, ale całe życie spędziła w Krasnojarsku. Wcześniej pracowała w Muzeum Sztuki Współczesnej w Krasnojarsku, ale teraz przeprowadziła się do Moskwy i pracuje w agencji reklamowej. Mało jej na zdjęciach, to był właśnie jeden z problemów wizualnych. Jest osobą, która w ogóle nie pasuje do Rosji — delikatna, eteryczna, przezroczysta, zaś Rosja jest toporna, betonowa, grubo ciosana. W jaki sposób to pokazać, jak oddać wrażenie tej osoby? Miałem bardzo dużo różnych portretów, sporo sytuacji, ale to wszystko zupełnie nie współgrało z bohaterką. Nabrało kształtu, dopiero kiedy zaczęliśmy to układać w książce. Obok Miry pojawiło się kilka pejzaży z Krasnojarska. Te zimowe ulotne widoki, ogromne przestrzenie syberyjskich pejzaży okazały się bardzo dopowiadające. Zauważyłem, że wystarczy mi jeden jej portret. W efekcie to moja impresja na jej temat, coś bardzo ulotnego i niestałego, jak ten parujący Jenisiej. Mira jest najmłodsza z wszystkich bohaterów, jej wspomnienia ze Związku Radzieckiego były wyjątkowo mgliste. To wszystko układa mi się w jedno odczucie — o ile inni mają jakąś bogatą historię czy są gdzieś mocno zakorzenieni, ona jest bardzo nieuchwytna. Zestawy wystawowe są zbudowane w taki sposób, żeby raczej oddać wrażenie, niż opowiedzieć bardzo konkretną historię osoby. Jest to coś, co przypomina moodboard.

Sasza i Nastia z Jekaterynburga to ludzie, którzy żyją kompletnie poza czasem. Stworzyli swój odrębny świat — mają własny rytm: śpią w dzień, wstają w nocy, imprezują, trochę pohandlują w internecie, gdzieś tam pojadą. Czas nie gra żadnej roli, robią to, na co mają ochotę. Są zupełnie niedopasowani do otaczającej rzeczywistości. Zastanawiające, na ile jest to kontestacja świata, a na ile lenistwo czy wygodnictwo. Z wszystkich bohaterów 7 pokoi tylko Sasza z Nastią znają się z Galą, między resztą nie ma żadnych powiązań. Gala się śmieje, że oni „watu katajut”, to znaczy, że nic nie robią. Mają bardzo dużą potrzebę niezależności — może właśnie przez to są jakby poza czasem, wyjęci z realnego świata.
Rafał Milach z cyklu 7 Rooms, http://rafalmilach.com/ / dzięki uprzejmości autora
Rafał Milach z cyklu 7 Rooms, http://rafalmilach.com/ / dzięki uprzejmości autora

Stas z Krasnojarska jest prawdziwym „syberyjskim niedźwiedziem”. Ma żonę (oficjalnie chyba nie są małżeństwem) i syna imieniem Arsenij. Kiedy ich poznałem, syn miał dwa latka, potem, na zdjęciach, już sześć, poszedł do przedszkola. Stas pracował w Tomsku, wiele podróżuje, czasem jedzie z rodziną, czasami sam. Jest byłym dziennikarzem, tak jak żona z wykształcenia historykiem. Teraz zarabia, pisząc teksty i przemówienia na potrzeby kampanii wyborczych, jeżdżąc po całej Rosji, stąd wie, jak wygląda tam polityka, a także lokalne wybory. W moim zestawie Stas
z żoną są jedynymi osobami, które interesują się polityką i są w nią zaangażowane. Większość młodych ludzi kontestuje politykę, wszystko, co się dzieje w kraju, z powodu niewiary w to, że mają na cokolwiek wpływ. Z drugiej strony — są niesamowitymi patriotami. Wszyscy wiedzą, że to, co się dzieje, nie jest dobre, ale bezgranicznie kochają swój kraj. W Rosji jest  mnóstwo sprzeczności. Czasem wydawało mi się, że już niektóre rozumiem, ale kolejny wyjazd udowadniał, że jestem w błędzie. Ze Stasem zawsze rozmawiałem o polityce, w kuchni, o tym, co się dzieje, o wojnie w Gruzji. Opowiadał historię Rosji poprzez historie kryzysów, które przechodzili od rozpadu Związku Radzieckiego. U niego jest to przeplatane osobistymi historiami. Jest patriotą, ale z bardzo krytycznym jak na Rosjanina podejściem do ojczyzny.

Nad historią Wasi długo się zastanawiałem, czy ją w ogóle umieszczać w tym zestawie, bo kiedy mówimy o „normalsach”, to nie myślimy o transwestycie. Urodził się w jakiejś wsi pod Jekaterynburgiem, okazało się, że jest gejem. Musiał uciekać z tej wioski do miasta, żeby poczuć się bardziej anonimowo. Został lokalną gwiazdą sceny klubowej. W klubie poznał swoją przyszłą żonę Janę. Mieszkają razem, mają dziecko i jakoś się kręci. Ona jest bezgranicznie zakochana w Wasi, najpierw poznała jego sceniczną osobowość, a potem tego zwykłego Wasię. Gdyby był tylko drag queen, pewnie bym zrezygnował z tej historii, wiele już takich widzieliśmy. Ostatecznie przeważyło to, co mnie zaintrygowało — podwójne życie Wasi, bycie normalnym kolesiem, który ma żonę i dziecko. Czasami miałem wrażenie, że był uwięziony w swoim codziennym życiu poza klubem. Rzeczywiście, było tak, że przychodził do domu i nic mu się nie podobało. Chodził jakiś naburmuszony, zmęczony. Gdy zjawiał się w klubie — rozkwitał. Jednocześnie bardzo kocha swoją żonę i córeczkę Tonię. Jest niesamowicie twórczym i fajnym gościem.

Rafał Milach z cyklu 7 Rooms, http://rafalmilach.com/ / dzięki uprzejmości autora
Rafał Milach z cyklu 7 Rooms, http://rafalmilach.com/ / dzięki uprzejmości autora

Po tym projekcie masz w Rosji wielu przyjaciół. Planujesz ciąg dalszy, a może sequel, powiedzmy, za dwadzieścia lat? Czy zamierzasz do nich wrócić i coś jeszcze opowiedzieć?

Wrócić tak, ale czy dopowiedzieć, nie wiem, dzisiaj o tym nie myślę. Widzę, jak bardzo zmieniło się ich życie przez te siedem lat, a w ostatnim okresie, kiedy już przestałem robić zdjęcia, miałem wrażenie, jakbym blokował kolejne metamorfozy moich bohaterów.

Polityka zawsze pojawia się w rozmowach. Ile jest jej w fotografiach?

Prawie wcale nie ma. Za wszelką cenę chciałem jej uniknąć. To pierwsza klisza, która nam się kojarzy z Rosją. Jest na jednym zdjęciu — kadr z kampanii wyborczej, do której Stas układał teksty. Mieszkał w wynajętym mieszkaniu w Aczyńsku i akurat w lokalnej telewizji leciały spoty reklamowe z udziałem jego kandydatów. Jeżeli polityka miałaby się pojawić, to tylko w takim osobistym wymiarze. I Stas opowiada trochę o polityce, i Wasia, ale w kontekście prywatnych doświadczeń. Wszyscy coś wspominają, np. Lena mówi o tym, że śnił się jej Putin. Są pewne bardzo osobiste doświadczenia polityki i samej Rosji.

Jak twoi bohaterowie odbierają 7 pokoi?

Wasia, kolega Miry obejrzał te zdjęcia i powiedział: „No, tak właśnie u nas jest”. To chyba dobrze. Na samym końcu pojawił się mały problem z jednym z bohaterów. Wysyłałem do nich informacje o publikacji w „Newsweeku”. Lena odpowiedziała, że odżegnuje się zupełnie od swojego wizerunku sprzed kilku lat, uważa, że to zupełnie nie ona. Wyjaśniłem, że wszędzie jest napisane, że zdjęcia powstały w latach 2004–2010. Jeżeli coś się zmieniło przez ostatni rok, to nie ma już wpływu na projekt. To zapis moich wrażeń na jej temat i jej otoczenia w bardzo konkretnym czasie. Zastrzegałem od początku, że celem mojej pracy będzie wystawa i książka. Oprócz aparatu był dyktafon, spędzaliśmy czas wspólnie i rozmawialiśmy. Sytuacja się wyjaśniła i historia Leny jest w projekcie. Dla mnie najważniejszą sprawą w 7 pokojach jest moja relacja z tymi ludźmi. Nie chciałbym nikogo krzywdzić tym projektem. Wydaje mi się, że jest bardzo delikatny, wyważony.

Większość bohaterów zareagowała bardzo pozytywnie. Stas powiedział: „Rafał, zrobiłeś więcej niż całe rosyjskie Ministerstwo Kultury przez ostatnie dziesięć lat”. I to mnie trochę przeraziło. Mam nadzieję, że to nie wygląda jak reklamówka ani propagandowy obrazek w rodzaju: „Rosja i Rosjanie są cool”.
Czy te zdjęcia, które mamy na wystawie i w książce, są też w twoim lub twoich bohaterów albumach rodzinnych?
Niektórzy mają ich sporo, bo za każdym razem przywoziłem stertę zdjęć. dużo takich, których nie znajdziecie ani na wystawie, ani w książce. kiedy pokazywali mi jakieś swoje rodzinne archiwum, zdjęcia czasami były poprzetykane moimi fotografiami.

Jakie to robiło na tobie wrażenie?

Jest to z pewnością niesamowita ilustracja tego, co osiągnąłem. Nadajesz kolejne znaczenie zdjęciu, zaczyna się jego dalsze życie. Powiedzmy, że taki album rodzinny ma sześćdziesiąt stron, a moje zdjęcia w nim zajmują jedną lub dwie karty. Jest to mały fragmencik życia, w które mnie wpuścili, ale poza tym fragmencikiem jest cała ich historia.
widok ekspozycji 7 Rooms – C/O Berlin / Niemcy (2012) fot. RM


Dotychczasowe prezentacje wystawy:7 Rooms – Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki / Warszawa, Polska (2012) dokumentacja + wydarzenia 
7 Rooms – C/O Berlin / Niemcy (2012)
7 Rooms – Museum of History of Photography / St. Petersburg, Rosja (2012)
7 Rooms – Fotodoc / Moskwa, Rosja (2012)

7 Rooms – Noorderlicht Photo Gallery / Groningen, Holandia (2012)


Rozmowa została przeprowadzona we wrześniu 2011 roku, opublikowana w lutym 2012 w gazecie towarzyszącej wystawie "Rafał Milach. 7 pokoi" w Zachęcie - Narodowej Galerii Sztuki. Cała gazeta dostępna na portalu otwartazacheta.pl / Tekst rozmowy jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 Polska. Treść licencji na stronie CC

linki:
strona autorska Rafała Milacha
książka "7 rooms" 2.wydanie 
dokumentacja z wydarzeń wokół wystawy w Zachęcie na otwartazacheta.pl
video ze spotkania z Rafałem Milachem na wystawie w Zachęcie