Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagrody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagrody. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 lutego 2026

"The Stringer" czyli zawrzało w środowisku

zdjęcie ekranu z filmu "The Stringer"


Od końca listopada można w Netflixie obejrzeć film dokumentalny w reżyserii Bao Nguyen film "The Stringer: The Man Who Took The Photo". Za całym pomysłem, procesem i produkcją stoi VII Photo i Gary Knight. 
W skrócie to dokument ze śledztwa wokół jednego z najbardziej znanych zdjęć w historii fotografii, ikonicznego (z całą ciężkością i merytoryką idącą za tym słowem). O tym jak powstało i kto zrobił zdjęcie "The Terror of War" (Terror wojny) albo znacznie bardziej nośny tytuł: "Napalm Girl" czyli "Dziewczynki poparzonej napalmem" w Trang Bang w Wietnamie w dniu 8 czerwca 1972 roku. 
Samo zdjęcie budziło mnóstwo kontrowersji, ukazuje w końcu nagą 9latkę. Dyskutowano zatem o etyce - odnośnie wykonania, pokazywania, a w ostatnich latach (jeszcze przed dyskusją o autorstwie) o filtrach dzisiejszych przeglądarek. Dlatego też nie wklejam tu zdjęcia, o którym mamy mówić. Stopklatka z filmu, który przedstawia model całej sytuacji wykonania fotografii wystarczy, żeby sobie przypomnieć kadr.  

Autorem zdjęcia wg agencji Associated Press (AP) był Nick Ut, wietnamski współpracownik agencji, zatrudniony przez nią na miejscu - czyli "staff". W internecie i książkach - w publikacjach do 2025 roku - nie było co do tego wątpliwości. Znajdziemy mnóstwo zdjęć Nicka trzymającego "swoją" fotografię, Nicka razem z bohaterką fotografii - Kim Phuc, mnóstwo też nagród, medali, eksponatów muzealnych, wspomnień, wywiadów. Cała kariera Nicka oparta jest właściwie na tym jednym zdjęciu, na zasadzie zespołu z jednym przebojem. Fajnie, że całe życie coś robisz, ale opowiedz jeszcze raz o tym zdjęciu. 

Stringer - to nazwa środowiskowa, to "wolny strzelec". To określenie dziennikarza współpracującego z konkretną redakcją czy agencją. Nie ma etatu, nie ma ubezpieczenia. Przynosi materiał. Dostaje za te materiały zapłatę jednorazową. Dziś byśmy powiedzieli - totalna śmieciówka. W redakcji odnotowują, który negatyw przyniósł który stringer. Następnego lub kolejnego dnia, stringer może odebrać odbitki ze swojego negatywu. Może, nie musi. Negatyw zostaje w redakcji. 

Rok 1972 - w Trang Bang powstaje zdjęcie. Trafia do Agencji AP. Szef biura - Horst Faas - mówi, że to zdjęcie Nicka Ut. Na miejscu byli inni dziennikarze, z innych agencji, były ekipy telewizyjne. Sporo ludzi. Szefa biura tam nie było. Dziś już nie żyje. Nie ma też śladu po księgach i spisach negatywów, które trafiły tamtego dnia do agencji. Zostaje tylko pamięć. 

Wróćmy do filmu. Premierę miał w końcówce stycznia 2025 podczas festiwalu Sundance i od tego momentu środowisko fotoreporterskie rozpadło się na pół. Takie nie-do-końca policzalne, takie metaforyczne pół. Linia podziału nie przebiega w sposób znany z każdej wcześniejszej rewolucji - że stare i nowe, że awangarda wypiera wcześniejsze. Nie przebiega też wedle przekonania czy zebranej dokumentacji. Przebiega wedle strefy interesów wokół oskarżonej agencji AP, pewnego rodzaju przekonania i wiary, a w końcu lojalności i fanatyzmu. I to bez konieczności oglądania filmu.

Zobaczmy jak to wygląda środowiskowo, dlaczego w ogóle powstał film, oraz czy to jest pozycja dla zwykłych ludzi, dla masowego odbiorcy platformy streamingowej. 



Reżyser podąża za prowadzącym śledztwo Garym Knightem, który postanawia zgłębić i sprawdzić wspomnienie fotoedytora Carla Robinsona. Zostaje więc w filmie odegrana scena z redakcji Associated Press - moment znalezienia zdjęcia, moment autorytarnej atrybucji przez szefa biura na rzecz fotografa tej agencji - Nicka Ut. Każde pytanie jakie pojawia się w głowie oglądającego, jakby padło głośno - zostaje wypowiedziane na ekranie - i sprawdzone, odpowiedziane. Dlaczego dopiero teraz o tym rozmawiamy? Czemu nikt wcześniej nie powiedział, że może być wątpliwość co do autora? Kto zrobił to zdjęcie? Jakie mamy na to dowody?

Momentem zupełnie przełomowym w tym filmie jest zatrudnienie zewnętrznej agencji detektywistycznej do odpowiedzi na pytanie - kto zrobił zdjęcie. Sama analiza dostępnego materiału - innych fotografów, rejestracji filmowych. Samo to. Bez żadnych "pamiętam jak to było". Nie. Tylko zdjęcia, mapa, filmy. Stworzenie modelu całej sytuacji i analiza w czasie. Ile metrów, ile sekund, jaki obiektyw. I krok po kroku - "najprawdopodobniej". 

Język. Bo to jest mistrzostwo świata w grzeczności, poprawności, inkluzywności na każdym poziomie. Nie ma tu żadnych przekleństw, jest najczystsze dążenie do prawdy. Są zatem pytania, a jeśli odpowiedzi - to poprzedzone: "najprawdopodobniej", "z tego co wiemy to...", "w moim przekonaniu..." W każdym momencie jesteśmy otwarci - razem z twórcami filmu, że jeszcze wypłyną dokumenty, wypowiedzi, fakty. Co na to AP? Co na to Nick Ut? Nie wiemy, ale wiemy jak brzmiała argumentacja - w emailach, w telefonach. Pokazano starania o ich komentarze, Gary idzie na rozmowę do AP, Gary wychodzi z rozmowy i komentuje. Zaproszono do rozmowy. 

Dowody. Gdyby to faktycznie było tylko o dowodach, to sprawa trochę leży. Nie ma śladu, niestety i ten wątek doskonale też jest wszechstronnie potraktowany w filmie - więc Nguyen Thành Nghe - tytułowy stringer - nie ma negatywu, nie ma potwierdzenia, nie ma nawet odbitki z negatywu z tamtego czasu. Ma swoją pamięć. Dlaczego nie walczył? To pytanie też jest zadane w filmie. Rozpracowano każdy szczegół - z wypowiedzi Kim, Nicka - kto gdzie był, co potem, kto zawiózł Kim do szpitala, jakim samochodem, jak był ubrany. Jakim aparatem wykonano zdjęcie - że Pentaxem, a nie Leicą, jak dotąd mówiono, kiedy zmieniono tę narrację...

Te dowody zebrane przez Knighta pozwoliły nie tylko zasiać wątpliwość, ale doprowadzić do wycofania autorstwa Nicka Ut zdjęcia nagrodzonego w konkursie World Press Photo. Powstał raport, zwołano konferencję prasową i "zawieszono przypisywanie autorstwa Nickowi Ut". Film obejmuje tę sytuację. Dodano również planszę z informację, że zdarzyło się to po raz pierwszy w 70letniej historii organizacji. Nie, nie wpisano Nghe jako autora. Na to, jak wspomniałam wyżej, nie ma żadnego dowodu. 

Po premierze filmu zawrzało konkretnie. W wielu miejscach w internecie i prasie drukowanej wybuchła dyskusja nad autorstwem. Uaktualniono niektóre wpisy w encyklopediach. Dopisano wątpliwość, wykreślono miejscami autorstwo Uta, ale z reguły nie wpisano Nghe jako autora. 



Większość środowiska obejrzała film dopiero po premierze w Netflixie. "Moja bańka" czekała i wyczekała i potem się rzuciła na ten film. I zostawiła rozliczne ślady w postaci komentarzy, postów, relacji, wpisów. Niektórzy oglądali po kilka razy. Ja obejrzałam późno, bo wiedziałam, że trzeba to obejrzeć na raz i z przytomną głową - nie rozrywkowo na odmóżdżenie wieczorne, ale w godzinach roboczych, po kawie. Obejrzałam i tak na raty. I potem wracałam i przewijałam kilka razy. Wybucha mózg. Na tak wielu poziomach. 

Nie ma namacalnego dowodu. Ale nikt z kim rozmawiałam o filmie przez ostatnie 3 miesiące nie ma żadnej wątpliwości - zebrany materiał jednoznacznie wskazuje autorstwo Nghe. Zacznijmy przepisywać książki. Już! 

Tylko, że to nie takie proste. Agencja AP przeprowadziła swój raport, opublikowała go w dniu 6 maja 2025 i w nim wyraźnie przyznała autorstwo Utowi. Oni nie mają wątpliwości. Rozmowy dalej brak. Są tylko powtarzane narracje z wcześniej. Dla przekonanych po filmie - ten brak rozmowy, to brak przyznania się, że faktycznie zamotano historię. 

Ten wątek też jest w filmie pokazany - to przewidywanie - co się zdarzy, kiedy efekty śledztwa zobaczy świat. Siła zdjęcia nie ulegnie zmianie. To, że zdjęcie należy do AP - też nie ulega zmianie. "Ale będą konsekwencje". "Niełatwo rozmontować narrację, która trafiła do zbiorowej świadomości na tak długo" - mówi w filmie Santiago Lyon (VP&Director of Photography w AP 2003-2016). 


Printscreen z raportu AP 

Raport AP to 97 stron w PDF. Do tego analiza wizualna. Oni nie mają wątpliwości. Czytam i oglądam i nie umieścili Nicka Ut tam gdzie "byłby w pozycji do wykonania tego zdjęcia". Nie dopisali, że posiadał Pentaxa, a pokazali jak prosto jest wskazać jakim aparatem zrobił zdjęcie. I tu się zaczynają schody i serio próbuję to zrozumieć. Jest mowa o tym, że Leica z muzeum jednak nie, że inne Leicki Nicka zostały skradzione w Wietnamie, że w sumie choć mówili przez lata, że Leica, to jednak mogli się mylić, że może jednak Nikon, że Nikon robi podobnie w rogach, co Pentax. A w ogóle to może jednak nawet Nick miał Pentaxa. Każdy się może pomylić i może nie pamiętać. I to w oficjalnym raporcie, którego końcowa fraza brzmi, że oczywiście, autorem zdjęcia - bez wątpliwości - jest Nick Ut. 

Czyli obstawiamy przy swoim. Nikt nie drgnie. AP i Nick Ut bronią siebie. Co dalej? Podział. Jedni stoją za Nickiem - powstała lista wspierających, list otwarty, i hashtag: #standingwithNick, na festiwalu w Perpignan po prostu przyznano, że zdjęcie zrobił Nick. (Zanim film trafił w szeroki obieg, czyli zanim sygnatariusze listy mogli go obejrzeć). Nie zaproszono tym razem nikogo z VII. Nie pokazano filmu. I tak można długo wymieniać - kto się podpisał, a kto nie, kto komu powiedział i co. Środowisko podzielone i to jest większe zmartwienie niż to jedno zdjęcie. 

Bo w końcu jest film w szerokim obiegu. Najszerszym możliwym obiegu. Może go obejrzeć każdy. Zatrzymać, wrócić, przewinąć. Wyrobić sobie zdanie. Najpierw, miałam wątpliwość. Kurczę, taki zwykły człowiek obejrzy taki film i powie: no tym fotoreporterom to nie można ufać. Znowu skandal, znowu afera. 
To mocne wystawienie środowiska na próbę. Zanim się ułoży wewnątrz sprawa, puszczać tak na świat? Z drugiej strony - a jak inaczej o tym rozmawiać? Skoro jedna strona sporu odmawia rozmowy? Stoi przy swoim. A dokładnie to musiał przewidzieć Gary Knight. Dlatego film. I dlatego w streamingu. 
Przecież gdyby to był stos dokumentów, już dawno przysypałby je kurz. To nie jest żaden hot-temat dla internetu. Środowisko by sobie pokrzyczało, pewnie spolaryzowało dokładnie tak samo. Ale mamy okazję popatrzeć na ten temat wszyscy, środowisko i nie tylko. I jeśli ten zwykły człowiek pomyśli sobie szerzej, nie zatrzyma się na "znowu skandal" - to mamy szansę coś odczarować. 

Ciągle nie można ruszyć książek. Musiałby się Nick wypowiedzieć i wyraźnie stwierdzić, że to jednak nie on. Musiałaby się też lub albo - wypowiedzieć AP. Dopóki tego nie zrobią, a nie wygląda, żeby mieli - sprawa jest otwarta, pod znakiem zapytania. Jest uznaniowa. Demokratyczna. 

Film został zadedykowany stringerom - wolnym strzelcom. Zostało w nim wypowiedziane, że korzystanie z pracy stringerów odbywało się wszędzie - wszystkie agencje, każdy rejon świata. Od wejścia cyfry sprawa autorstwa przestaje być kłopotliwa - bo autor nie pozbywa się oryginału. Czyli "The Stringer" to kamyczek do opowiedzenia na nowo historii - nie tylko fotoreportażu, ale i dziennikarstwa, sposobu opisywania świata 50 lat temu. Innych standardów. Czasy się zmieniły i właśnie film w Netflixie to sposób na współczesną dyskusję. Nie wystarczy nam, że szef tego czy owego ubierze się ładnie, stanie w dobrze oświetlonym miejscu i przemówi do świata i historii. Są inne kanały i inne opowieści. Mądrze byłoby wyciągnąć z tego lekcję. Chciałabym w tym widzieć szansę dla środowiska. Póki co muszę chyba zmienić okulary. 


trochę najważniejszych linków:

Agencja/Fundacja VII - Newsroom zebrane informacje o filmie

Wikipedia o Kim Phuc - po angielsku (bo po polsku jest tylko kilka słów)

Wikipedia - Nick Ut (tylko wersja angielska)

World Press Photo - o wycofaniu autorstwa

Raport World Press Photo - pdf: Authorship attribution suspended for ‘The Terror of War’ photograph | World Press Photo

Raport AP - informacja o raporcie / raport AP na 97 stron / Analiza wizualna

Petapixel: komentarz filmowy o filmie / "Nikt już nie uwierzy w autorstwo Nicka Ut"


czwartek, 5 maja 2016

Po 11. Nie ilustruj!

Wyniki BZ WBK Press Foto 2016. 
Po konkursach światowych, czas na rodzime. To czas sprawdzenia naszych realiów. W World Press Photo i POYi postawiono w tym roku na czytelność i komunikatywność. Większość wygranych to – przypomnę – zgrabne i rzetelne materiały dobrego, wysokiego czasem poziomu, ale za to przyswajalne, raczej łatwe niż trudne, a z pewnością dalekie od niuansów, niedopowiedzeń i raczej nie liczące na aktywnego widza. Dobre ilustracje. Czyż nie tym powinna być dobra fotografia prasowa? Ilustracją właśnie?

Przyznam, że wyniki konkursu w pierwszej chwili mnie oszołomiły. Zanim zmierzyłam się z własnymi przemyśleniami, wysłuchałam opinii kilkudziesięciu osób spotkanych na gali - uczestników środowiska, śledzących konkursy i rynek. Przede wszystkim opinie te dotyczyły zdjęcia roku. „Budzące kontrowersyjne opinie" – powiedział Chris Niedenthal, juror konkursu. Przewodniczący jury – Maciej Jeziorek – „rękami i nogami będę go bronił, opowiada wiele historii na raz a jest powrotem do zwykłego życia, zwykłego bohatera, czyż nie tym powinien się zajmować  fotoreporter?” 


Blisko ludzi, historii codziennych, dziejących się - takie jest zdjęcie roku. 
Wydaje się, że kilka nagród wybrano podobnym kluczem, a z pewnością reportaże, które chwytają za serce w całości. Są to tematy trudne, okupione z pewnością ciężkimi przeżyciami autorów, tematy, które w nas zostają na dłużej. Grzegorz Dembiński  (2 miejsce w kategorii „Życie codzienne”) to walka o życie na dziecięcym oddziale kardiochirurgii w Poznaniu. Maciek Dakowicz (1 miejsce w kategorii „Wydarzenia”) sfotografował chaos po trzęsieniu ziemi w Katmandu. Dezorientację i dramat, które następują zaraz po katastrofie. Wreszcie – jak dla mnie – absolutny faworyt i najważniejszy reportaż, wśród nagrodzonych – Maciek Nabrdalik (3 miejsce w kategorii „Wydarzenia”. Temat uchodźców od wysp Grecji po Niemcy. Autor wypowiedział o motywacji reporterskiej, o sensie pracy fotografa prasowego szalenie istotne zdania: „Nie umiałem dłużej przyglądać się tym wydarzeniom z dystansu. Spakowałem się i poleciałem na grecką wyspę Lesbos. (…) Dokumentowałem te przesiedlenia i będę dokumentował ich konsekwencje z nadzieją, że prawa człowieka w tej części świata są rozdzielane równo między wszystkich”. Jego seria odpowiada na mnóstwo pytań, opowiada o exodusie wielowymiarowo, igra ze stereotypami pozostawiając nas w niedowierzaniu, że to się dzieje, w zdumieniu o skali dramatu, we współczuciu i dociekliwości. Czyż nie tym powinien się zajmować fotoreporter?







Grzegorz Dembiński, Głos Wielkopolski / 2. miejsce / Życie codzienne / Fotoreportaż / Życie codzienne Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej Szpitala Klinicznego im. Karola Jonschera w Poznaniu. Poznań (Polska), marzec 2010 r. – wrzesień 2015 r.









Maciek Nabrdalik, VII PHOTO / 3. miejsce / Wydarzenia / fotoreportaż / W 2015 r. milion uchodźców i migrantów przybyło do Europy drogą morską, z czego 80 proc. dopłynęło tu z Turcji przez Morze Egejskie. Materiał dokumentuje tę drogę i dalszą podróż uchodźców przez Bałkany do Europy Zachodniej. Większość ucieka przed wojną, przemocą i biedą między innymi z Syrii, Afganistanu i Iraku. / Lesbos (Grecja), Preševo, Berkasovo (Serbia), wrzesień – październik 2015 r.

Bardzo mocno wypadła kategoria „Kultura i sztuka”. Wśród nagrodzonych same znane nazwiska: Wojciech Grzędziński, Michał Szlaga, Grzegorz Press, Tomasz Lazar, Tymon Markowski i Michał Siarek. W reportażach w tej kategorii znalazł się wielowątkowy dokumentalny długoterminowy projekt o nowej Macedonii Siarka, także długoterminowy materiał z działalności „Teatru 21” Grzegorza Pressa  – o ogromnej wadze społecznej i determinacji aktorów. I znalazł się materiał złożony z portretów o niezwykłym napięciu – Wojciecha Grzędzińskiego ukazującego uczestników konkursu chopinowskiego na moment przed wyjściem na scenę.


Tymon Markowski, Gazeta Wyborcza Bydgoszcz / 2. miejsce / Życie codzienne / zdjęcie pojedyncze / Alpiniści z firmy Everest, którzy na co dzień zajmują się m.in. myciem okien w wysokich budynkach, przyjechali do chorych dzieci ze Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 im. dr. Antoniego Jurasza przebrani w kostiumy superbohaterów. / Bydgoszcz (Polska), 11 czerwca 2015 r. 

Do wartych uwagi, znakomitych momentów, wirtuozerii reporterskiej należą z pewności pojedyncze zdjęcia: Tymona Markowskiego (2.miejsce w kategorii „Życie codzienne”), Aleksandry Szmigiel-Wiśniewskiej (1.miejsce w kategorii „Sport”) oraz Wojciecha Grzędzińskiego (3. Miejsce w kategorii „Wydarzenia”). Wszystkie trzy warte uwagi z tego samego względu – wirtuozerii właśnie. Nie wystarczy być na miejscu, „temacie”, trzeba też wiedzieć co się zdarzy i jak się przygotować, jak uprzedzić moment, który tam się wydarzy. Trzeba sobie pomóc w przygotowaniu i przekazaniu widzowi czystego – wydestylowanego niemal przekazu z maksymalną dawką emocji. (Absolutny przypadek chyba, że wszystkie trzy są czarnobiałe, nie przypisujmy za wiele tutaj.)


Aleksandra Szmigiel-Wiśniewska / 1. miejsce / Sport / zdjęcie pojedyncze / Michelle Jenneke wie, że wszystkie oczy zwrócone są właśnie na nią. Tuż przed biegiem na 100 metrów przez płotki Australijka wykonuje swój markowy taniec-rozgrzewkę. / Pekin (Chiny), 27 sierpnia 2015 r.


Wojciech Grzędziński, freelancer / 3. miejsce / Wydarzenia / zdjęcie pojedyncze / Zwolennicy prezydenta Bronisława Komorowskiego oczekują w sztabie wyborczym na ogłoszenie wyników wyborów, wiedząc już o przegranej. / Warszawa (Polska), 24 maja 2015 r.

W konkursie znalazły się kompletne nieporozumienia, a ja nie byłabym sobą, gdybym ich nie wytknęła. Reportaż z Woodstocku był wprost zdumiewający! W ośmiozdjęciowej historii, jedno zdjęcie było w kolorze. Oczywiście wtedy trzeba zapytać: dlaczego? Skąd akurat to jedno i co w nim jest takiego? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Wystarczyło – drogi autorze zdjąć kolor i z tej jednej klatki, a drogie jury – skoro autor tak wysłał, może po prostu wyrzucić z zestawu? Wiele materiał by na tym nie stracił, a śmiem sądzić, że tylko by zyskał. Z resztą szmer śmiechu był dość wyraźny na gali, dziś zaś już w komentarzach internetowych jeszcze wyraźniejszy.

Inne nieporozumienia zdarzyły się na samej gali. Głównie w wypowiedziach nagrodzonych autorów. Większość na szczęście to ważne wypowiedzi i manifesty – o profesji i o sytuacji fotoreportażu i prasy, a nawet miejscami polityki i kraju. Zdarzyły się jednak niestety i problematyczne. Własne literackie interpretacje swoich zdjęć, przywoływanie Breugla i Elliotta Erwitta to dość górnolotne słowa, sugerowanie co się chciało zawrzeć w zdjęciach – kiedy te wyświetlone zostają za plecami mówcy i jako żywo przeczą słowom - też nie świadczy najlepiej. Rozczulające też było wyznanie ulubienia swojego zdjęcia tak bardzo, że jest pulpitem w komputerze. Proszę państwa, to był przypomnę konkurs fotografii prasowej! (A już kompletnie nie na miejscu była reklama warsztatów fotograficznych nieobecnego laureata na tle jego zdjęć , które nie były o kwiatkach, ale o „tragedii nie do opisania”!)

Niedobrze się dzieje, jeśli autorzy potrzebują tej literackiej warstwy. Świadczyć to jednak o początku drogi fotoreporterskiej wypowiadających te słowa. Niewiary w profesję, w której próbują być. Tu warto też przytoczyć słowa naczelnego „Rzeczpospolitej”, który zanim wręczył nagrodę patrona medialnego wyznał, że „boi się złego obrazu” oraz podzielił się refleksją:  „jeśli słowo ma przetrwać to w dobrym towarzystwie”. Tym samym sprowadził fotografię do roli ilustracyjnej i najlepiej w miarę przyjemnej. Nie twierdzę, że w większości wypadków tym właśnie w prasie jest zdjęcie. Dobra ilustracja, czyż nie tym…?

Chyba właśnie nie! Zamiast zaufać fotografowi, który znalazł temat, poświęcił czas i umiejętności by o tym opowiedzieć, bierze się pierwsze lepsze zdjęcie z bazy, by ilustrowało. Spłyca przekazy. Wzory światowe nie rokują najlepiej. Tym bardziej doceniam znakomitą robotę, którą nagrodzono jednak w BZ WBK Press Foto 16. Te przepracowane i zaangażowane tematy, samodzielne! Tę rolę reportera blisko zwykłych historii. Nie, nie jest tak różowo ani tak optymistycznie. Tę rolę podejmuje mniej więcej połowa wygranych. Tu jednak pojawiają się pytania, od których powinno się zacząć: dla kogo to jest konkurs? Kto jest odbiorcą – widzem? Ale znacznie ważniejsze – kto jest autorem, fotoreporterem, kto może brać w nim udział? Do konkursu stanęło 431 osób, ale zakwalifikowano 348 fotoreporterów. Po drodze „zgubiono” osiemdziesiąt zgłoszeń, uznając, że nie są profesjonalne. A nawet wśród wygranych byli ludzie ledwo raczkujący – trudno nawet powiedzieć – w zawodzie, w przygodzie z fotografią prasową. Podziały stają się niejasne, definicje straciły ostrość i wyniki także światowych konkursów coraz bardziej w tym utwierdzają. Patrzmy uważnie co się dzieje, to super moment zmiany! 

strona konkursu BZ WBK Press Foto 2016

piątek, 29 maja 2015

FPR 2015: konkurs rozstrzygnięty!







To trzecia edycja konkursu od momentu jego reaktywacji. To trzecia edycja gdy kategorie i ich rozróżnienie jest wciąż kłopotliwe. Osobną kategorię, a potem Nagrodę Specjalną za self-publishing ustanowiliśmy by z jednej strony dać szansę – potencjalną szansę dla książki wydanej samodzielnie przez autora (autorów) do rywalizacji o tytuł Fotograficznej Publikacji Roku, Z drugiej zaś strony dopingowaliśmy skromniejsze publikacje, by miały szansę zostać zauważone i rywalizować w swojej „lżejszej” kategorii. W tej edycji konkursu, po długich naradach jurorzy uznali self-publishingową książkę za Publikacją Roku. Jest to kolejny krok w dyskusji nad rynkiem wydawniczym oraz o potrzebie stwarzania warunków specjalnych publikacjom wydawanych samodzielnie. Decyzja jurorów wskazuje propozycję by tę granicę podziału na sposób wydania raczej zacierać niż umacniać. 

Nagroda Specjalna za  Selfpublishing oraz Fotograficzna Publiakcja Roku 2015: Nagroda Główna, Nagroda im. Krzyśka Makowskiego została przyznana książce:
Woman With a Monkey - Caucasus in Short Notes and Photographs, Justyna Mielnikiewicz, self-publishing

Jury w trudnej dyskusji wyłoniło pięć publikacji, które pretendowały do nagrody głównej. Książka Justyny Mielnikiewicz „Woman With a Monkey” jest publikacją wypracowaną, kompletną i przekrojową, a przy tym niebywale staranną i konsekwentną. Mielnikiewicz realizowała swój opis Kaukazu przez lata, zbierając mniejsze i większe historie. Ujęła bardzo wiele aspektów życia codziennego, łącząc z refleksjami nad aktualnymi wydarzeniami, zderzając ze stereotypami i tradycją. Z jej publikacji Kaukaz wydaje się obszarem nieprzeniknionym i niełatwym do podsumowań. Połączenie zdjęć wykonanych w trakcie wielu wyjazdów wraz z tekstami i notatkami zostało przez autorkę wykorzystane do maksimum możliwości medium jakim jest książka fotograficzna. “Woman With a Monkey”  ma wszystko to czego szukamy w konkursie: przemyślany projekt, wyjątkowe zdjęcia, dopracowaną i odpowiadającą charakterowi publikacji – grafikę, jest znakomicie wydrukowana i wreszcie – jest dziełem uniwersalnym, pełnym i bogatym. Jest to publikacja, do której się wraca po kolejną historię czy informację, nie mogąc znaleźć nasycenia.

W finale konkursu znalazły się [kolejność wg zgłoszeń]:

Salix Polaris, Anka Sielska, self-publishing

Tadeusz Sumiński, Industrial,Fundacja Archeologia Fotografii

Święta Wojna, Wojciech Wilczyk, Wydawnictwo Karakter, galeria Atlas Sztuki

Boiko, Jan Brykczyński, self-publishing

The Winners, Rafał Milach, GOST

No 2,Dominika Gęsicka, Karolina Gembara, Gregory Michenaud, Wiktor Dąbkowski, Maciej Gapiński, Jakub Bors, Łukasz Gryko, Konstancja Nowina Konopka, Krzysztof Racoń, Marta Berens, Sputnik Photos

Stigma, Adam Lach, self-publishing

Portrety, Adam Borzęcki, self-publishing

Woman With a Monkey - Caucasus in Short Notes and Photographs, Justyna Mielnikiewicz, self-publishing

Film obyczajowy produkcji polskiej, Kuba Dąbrowski, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki

"deja vu" - Kolekcja Wrzesińska nr 5/2013,Zbigniew Tomaszczuk, Mecenas projektu: Urząd Miasta i Gminy Września / Wydawnictwo Kropka Jolanta i Waldemar Śliwczyńscy

Evil Man,Hubert Humka, Wydawnictwo PWSFTviT w Łodzi

Points of Reference,Martyna Wyrzykowska, self-publishing

Góra, Paweł Starzec, self-publishing

Alles ist Gut, Wojciech Kostrzewa, Muzeum w Gliwicach

Invisible Maps, Andrzej Kramarz, Muzeum w Gliwicach

Beli dvor, Ernest Wińczyk, self-publishing

Some Things are Quieter than Others, Jacek Fota, self-publishing





JURY FPR15:
• Maciej Pisuk – pisarz, scenarzysta, fotograf,
• Katarzyna Sagatowska – fotografka, kuratorka, wykładowczyni,
• Joanna Kinowska – twórczyni magazynu Miejsce Fotografii,
• Łukasz Gorczyca – historyk i krytyk sztuki, kurator,
• Alicja Kobza – graficzka,
• Paweł Rubkiewicz – współzałożyciel sieci księgarni artystycznych Bookoff,
• Agata Zubrzycka – dyrektor programowa Fotofestiwalu w Łodzi

Nagrody Empresse OGROMNIE DZIĘKUJEMY!




sobota, 16 maja 2015

Niezgoda. Dwa konkursy fotografii prasowej 2015.

Maj to od lat najgorętszy czas dla fotografii. Festiwale, konkursy, wszystko na raz. Przyjęłam jakiś czas temu pewną metodę radzenia sobie z tematem i łączenia chociaż w pary wydarzenia. Druga metoda, jakże zachęcająca, z którą wypada jednak walczyć, polega po prostu na pomijaniu tematów.
Sparować można doskonale omówienie wyników dwu konkursów fotografii prasowej. Jeszcze lepiej, bo w tym roku wyjątkowo blisko siebie były, można jednym zestawem zdjęć zilustrować wyniki obydwu. Pełne wyniki BZWBK Press Foto i Grand Press Photo znajdziecie na stronach konkursu. Tu już nie ma sensu podawać kolejny raz pełnych list nagrodzonych i wyróżnionych. Tu pozastanawiam się czym te dwa konkursy się de facto – w edycji 2015 – różnią.

Czas.
Grand Press Photo nagradza zdjęcia wykonane od 1 kwietnia 2014 do 31 marca 2015, podczas gdy BZWBK Press Foto z całego danego roku od stycznia do grudnia. Co to zmienia? Niby nic, bo jakaż to różnica, nie w tym roku, to w kolejnym się wyśle. Otóż chociażby Majdan, który wydarzył się w lutym 2014, mógł się znaleźć w konkursie BZWBKPF dopiero w tym roku. Efekt deja vu. Zdjęcie roku wykonała Agata Grzybowska właśnie podczas zajść na Majdanie. Wśród wyróżnionych znaleźli się także Simona Supino, Tomasz Adamowicz, Jakub Szymczuk – wszyscy za materiały, które rok temu zdobyły uznanie jurorów drugiego konkursu. Oczywiście – zdjęcie roku – musi być inne. Tam, rok temu zdjęcie roku i dekady zgarnął Szymczuk, to w konkursie konkurencji nie mógł liczyć na główną nagrodę. Oczywiście to są tylko moje spekulacje, nigdzie w regulaminie nie ma informacji, żeby jurorzy oglądali się na wyniki jakichkolwiek innych konkursów, tak polskich jak zagranicznych. Pytanie tylko co by zrobił organizator konkursu gdyby jednak decyzja jurorów była identyczna jak w konkurencji…? Tak sobie tylko gdybam. 


Maciej Moskwa, Testigo Documentary 
Zdjęcie z fotoreportażu obrazującego skutki ataku Państwa Islamskiego (ISIS) na kurdyjskie miasto Kobane w północnej Syrii. Doprowadził on do masowego exodusu ponad 300 tys. ludzi, którzy szukali schronienia w pobliskiej Turcji. W przepełnionych obozach dla uchodźców brakowało jedzenia, dostępu do czystej wody, nie mówiąc już o organizowaniu jakiegokolwiek szkolnictwa dla dzieci. Na zdjęciu 12-letni Hasun, Kurd, uchodźca z Kobane. Listopad 2014: Zdjęcie roku Grand Press Photo 2015  // Hasun ma 12 lat. Uciekł do Turcji z syryjskiego Kobane podczas ofensywy radykałów religijnych z organizacji Państwo Islamskie. Znalazł schronienie w tymczasowym obozie dla kurdyjskich uciekinierów. W miasteczku namiotowym słychać walki i naloty na jego rodzinne Kobane. Suruc (Turcja), 14 listopada 2014 r.: III Miejsce w zdjęciach pojedynczych w kategorii "Wydarzenia" w BZ WBK Press Foto 2015.

Kategorie.
No i tu się dopiero pogmatwało. Ciągle zmiany. Dobrze to i źle zarazem. Nie znoszę stagnacji, więc jasne, że zauważanie przez organizatorów zmian i rozwoju, potrzeb i oczekiwań, wychodzenie naprzeciw itd. oceniam oczywiście bardzo dobrze. Ale można by przy tym myśleć dłużej, rozpętać dyskusję, wysłuchać autorów, zamiast autorytarnie – z pozycji organizatora konkursu, a zatem osoby związanej ze środowiskiem, ale nie wykonujących zawodu fotoreportera prasowego - wmawiać jak się powinno robić. Konkursy to konkursy, ring i palestra, ćwiczenia i zawody. Ale zdjęcia się robi nie na konkursy. Konkurs to sposób na zauważenie, dostrzeżenie. A co będę dalej tłumaczyć jak świat jest zbudowany, każdy w jakiś zawodach w życiu wziął udział i zna swoją decyzję stojącą za akcesem. Otóż, z ogromną dozą przekonania i pewności, fotograf wykonując zdjęcia nie myśli o kategorii konkursowej, ani czy będzie ono się nadawać tu czy tam. Tym bardziej nie będzie myślał czy jego projekt będzie spełniać założenia regulaminowe, jak nie myśli czy pasuje zdjęcie do definicji. Rok w rok od kilku ładnych lat przed deadlinami mam do czynienia z pomocą w edycji do danego konkursu – czy do tej czy do tamtej kategorii, czy w 8 czy w 9 czy w 10 sztukach opowiadam co chcę, itd. Fotografowie ostro kombinują by zmieścić się w kategoriach, by swoje materiały przyciąć pod to co proponuje regulamin. Bo chcą jednak wyjść z materiałem do ludzi, wierzą, że robią coś co powinno być zobaczone. I tną i skracają, przestawiają i wybierają.
I oto mamy nową kategorię w konkursie GPP. Śmiem sądzić, że nie wzięła się znikąd. World Press Photo po latach dyskusji i głosu środowiska postanowiło wreszcie wprowadzić  kategorię: projekt długoterminowy. Pozwala owa kategoria na zaprezentowanie zdjęć w znacznie szerszym wyborze, bardziej rozbudowaną, mniej sformalizowaną itd. Idealna kategoria dla długodystansowców, a przyjmijmy jednak, że większość projektów dziś powstaje właśnie w ten szerszy sposób. Na WPP pierwszą nagrodę otrzymał materiał Darcy Padilla tworzony przez 21 lat! To jednak jest przypadek ekstremalny. Drugie miejsce zajął Kacper Kowalski ze swoimi „Efektami ubocznymi”. Znakomicie. Jego zdjęć nie mogło być w tej kategorii w GPP, bo nie pasował do regulaminu! To jest trochę wylanie dziecka z kąpielą. Nowa kategoria wprowadzona przez czołowy światowy konkurs, wyróżnienie tam Polaka i takie ułożenie regulaminu (wzorowanego na WPP) w polskim konkursie, które pozbawia tegoż nagrodzonego udziału w tej kategorii. Ekstra absurd. Napomknął o tym w czasie gali konkursu GPP Maciek Nabrdalik, który odebrał nagrodę, a ściślej obydwie nagrody przyznawane w tej kategorii: „warto by to przemyśleć”. Nabrdalik był rok temu jurorem w GPP, więc nie wysłał zdjęć, to otworzyło mu możliwość wysłania w tym roku. Wedle regulaminu nie można bowiem było zgłosić do kategorii ‘projekt dokumentalny’ zdjęć czy projektu, który już wcześniej zgłoszony był do konkursu GPP. Zgłoszony, nie wygrany, w ogóle zgłoszony, wysłany. Czemu absurd?
No właśnie temu, że fotograf pracujący nad tematem dłużej, nie mając swojej kategorii – przycinał materiał, uaktualniał, edytował specjalnie do konkursów. Teraz ma swoją kategorię, ale okazuje się, że jego trzyletnie zabiegi nad cięciem materiału i przykładania go do regulaminu – były niestety mało pragmatyczne. I tak, skoro Kacper kiedyś wygrał, czyli wystarczy, że wysłał coś z „Efektów ubocznych” na GPP (a trzyma się w ściślej czołówce multiwygranych tego konkursu) tak teraz niestety może iść robić co innego, może nie wysyłać. Ma WPP, chyba starczy, prawda?!
Absurd widać też gołym okiem, bo „aż” 29 projektów otrzymali jurorzy. Wow. Szok! Masa! Ależ błagam?! Przy tej liczbie autorów? Przy tej liczbie zdjęć? 29 to jest „aż”? No dobra, przysłuchiwałam się rozmowie kilku fotoreporterów, którzy po fali entuzjazmu, że wreszcie mają kategorię w konkursie, w której mogą pokazać swoje materiały, przeszli natychmiast w zniechęcenie i rozdrażnienie, gdy doczytali szczegóły regulaminu: „żadna część projektu nie może powielać prac już nadsyłanych i ocenianych w poprzednich edycjach Grand Press Photo.” Sorry, taki klimat. Dziękujemy. Rób zdjęcia, trzymaj je w szufladzie tak długo, aż skończysz i wtedy złotym strzałem wyślij na konkurs. Aha, jeśli robisz materiał ponad rok, albo dwa lata, też serdeczne dzięki. Poczekaj aż miną trzy, równiutkie. Wtedy regulamin ci na to pozwoli. Czyli nie ma co bić piany, tę kategorię da się ocenić za 3 lata. Regulamin konkursu ma wyraźnie opisać co ma się w kategorii znaleźć, ale nie powinien na tym etapie dawać szansy lub ją odbierać młodym czy już nagradzanym, nie może faworyzować jakiejś grupy – te oceny zależą od jurorów. To jest zdecydowanie sprawa do przemyślenia, do rozmowy, do dyskusji.

Jurorzy.
Wyważone, jak zawsze, zmieniające się osoby. W skrócie dwie różnice: Christopher Morris vs Wojciech Grzędziński, oraz Katarzyna Sagatowska i Anna Brzezińska-Skarżyńska (czyli 2:3) w konkursie BZWBKPF vs zero, 0! – żadnej kobiety w jury GPP (tylko 6 panów).  GPP od lat ma zasadę, że jurorem głównym jest gwiazda zagraniczna. Pomysł świetny, zawsze wiele wnoszący do naszego piekiełka. Zawsze też są to ludzie, którzy w dyskusji z laureatami, chociaż jednym słowem, zdaniem coś arcyważnego powiedzą, coś innego niż wysłuchali tu w kraju i to oczywiście działa mocno mobilizująco na autora. Tymczasem Grzędziński, który zna na wylot cale środowisko, zna sytuacje, opatrzył się tymi materiałami przez cały rok publikacji – wiedział co można a czego nie, kiedy się udało a kiedy zmarnowano szansę. Jest to sytuacja nie do porównania. Przewodniczący jury nie korzystali ze swojego prawa wskazania bezdyskusyjnego – zdjęcia roku. To też oczywiście – już tradycja – znakomity prognostyk do dyskusji, potrzebnej także środowisku. Niedopuszczenie jednak żadnej kobiety do jury to jest sprawa wręcz żenująca. Nie w XXI wieku. Parytety w fotografii prasowej istnieć nie mogą, bo kobiet jest – na pierwszy rzut oka znacznie, ale to znacznie mniej. Ale na prawdę muszę wyjaśniać, że to jest inny poziom dyskusji, wrażliwość, to są inne pytania, inne oceny, inny punkt widzenia? 

Maciek Nabrdalik, VII Photo
Warszawa. Piąta rano, sobotnia impreza w jednym z modnych warszawskich klubów nad Wisłą dobiega końca. 3 sierpnia 2014:  II Miejsce w zdjęciach pojedynczych w kategorii "Życie codzienne" Grand Press Photo 2015. //
Godzina 5 rano; sobotnia impreza w jednym z modnych klubów nad Wisłą dobiega końca.
Warszawa (Polska), 3 sierpnia 2014 r.: II Miejsce w zdjęciach pojedynczych w kategorii "Życie codzienne" na BZ WBK Press Foto 2015

Sponsor.
Nieładnie, co? Nie powinnam się niczego czepiać. Wszyscy się cieszymy, że są instytucje, firmy itd., które dają cokolwiek i jakkolwiek doceniają fotografię prasową, ginącą, zagrożoną, na wyginięciu. Ja się też cieszę. Autentycznie! Wielu autorów odbierających nagrody dziękowało – naprawdę – w imieniu środowiska – za wkład, za wspieranie, że im się chce, że umożliwiają istnienie konkursów. Przychylam się i podpisuję, także wielkie dzięki! Ale jeden drobiażdżek. Naprawdę malutki. Przemyślcie proszę, organizatorzy konkursu BZWBKPF czy przypadkiem do wyboru zdjęcia od-sponsorskiego – nie warto podrzucić jakiegoś specjalisty do pomocy bankowcom, ok? Do zastanowienia. Nikon, sponsorujący GPP – jakby nie patrzeć i którędy nie szukać, zna się na obrazie, uratował w tym roku honor sponsorskiego wyboru. Nie wiem czy wyboru sponsorskiego BZWBKPF nie przyjęłabym jakoś mniej nerwowo, gdybym nie słuchała i nie czytała uzasadnienia… Przeciętne zdjęcie, ale nie w tym rzecz. Przeciętne, bo nie widzę tam emocji, piłka jest w kadrze, a to już coś, jest jakaś akcja, spoko. Ale emocje? Emocje miał pan prezes podczas meczu rzeczonego, wynikło z tego, że to wystarczający argument. Oczywiście, w recenzjach konkursów przywykło się milczeć na temat wyborów sponsorskich. No przepraszam, jeden akapit nieduży, to jakby milczenie. [Heh, sprawdzając dane o tym zdjęciu, odkryłam fascynującą sprawę, zdjęcie można obejrzeć w wygrywającej czarnobiałej wersji i porównać sobie z kolorowym odpowiednikiem. Ale heca! http://bzwbkpressfoto.pl/15/laureaci,48.html]

Kolor vs B&W.
Zauważyliście? W sumie nietrudno. Pasek zdjęć konkursowych z BZWBKPF jest ekstra kolorowy, tęcza wręcz. GPP jest przeważająco czarnobiałe. Pewnie to przypadek. Nie szukałabym tu jakiś trendów, prognoz, wskazań ani szkół. Tak się złożyło.

Wiek.
Juniorzy vs seniorzy. Na BZWBKPF Maciek Nabrdalik „był niemal dinozaurem”. Na GPP już nie. To chyba pierwsza, z resztą nie moja, a zasłyszana obserwacja. Niewątpliwie BZWBKPF wygrało więcej młodych osób, całe mnóstwo 20latków. Co za tym idzie – jest powiew młodości, jest inne spojrzenie, inne edytowanie materiałów. Oczywiście znakomity prognostyk, że gatunek się rozwija, ma coś nowego do zaoferowania, młodzi chcą wypowiadać się w ten sposób, za pomocą fotografii prasowej opowiadać o świecie. Robią to też inaczej, w nieoczywisty i nieokreślony sposób – inaczej.

Płeć.

To dość stara dyskusja, czy widać płeć autora w twórczości. W niektórych dziedzinach jest o to pewnie znacznie łatwiej, istnieje zresztą pojęcie ‘sztuki kobieciej’. Trudniej to zrobić w fotografii, a obawiam się, że niemożliwe w fotoreportażu. Może nie tyle niemożliwe, co nieoczywiste i nieokreślone. Jest coś takiego, pewien sposób opowiadania, pewne kwestie spostrzegane przez kobiety bardziej niż przez mężczyzn. Dyskusja na świecie trwa, w Polsce ilość fotografek zdaje się niespecjalnie na to pozwala. Po co ten wstęp przydługi o kobiecej fotografii? W BZWBKPF wygrało 5 kobiet, w GPP – żadna. Przypadek? Być może. Na pewno! Jurorzy nie wiedzą czyje zdjęcia oglądają. A jednak dziwnie się zrobiło. 



Aleksander Majdański, Fakt
Warszawa. Oprawa meczu i race kibiców Legii Warszawa podczas meczu z Lechem Poznań. 1 czerwca 2014: III Miejsce w zdjęciach pojedynczych w kategorii "Sport" Grand Press Photo 2015. //
Mecz Legia Warszawa vs Lech Poznań – oprawa kibiców Legii Warszawa, którzy na początku meczu odpalili zakazane race. Warszawa (Polska), 1 czerwca 2014 r.: II Miejsce w zdjęciach pojedynczych w kategorii "Sport" BZ WBK Press Foto 2015.

Części wspólne.
Szczególnie były widzialne w finalistach obydwu konkursów. Te wystawy będą niemal identyczne! W nagrodzonych materiałach już różnice, te wspólne nagrody ilustrują ten tekst. Spójrzmy wnikliwie w dwa materiały: dwa reportaże nagrodzone w obydwu konkursach. Gratulacje, rozbity bank. Ale to one są jednak inne. [są na dole postu do porównania]
Arkadiusz Gola przyznał, że wysłał ten sam zestaw zdjęć, ale inaczej ułożony. Pierwszą edycję wykonał na BZWBKPF, potem naniósł poprawki i wysłał na GPP odmienną. Wiktor Kubiak nie miał dla siebie identycznej kategorii w tych konkursach, a wykonał zdjęcia na temat sportowców, stąd przemodelowanie serii. Jury BZWBKPF postanowiło jeszcze skrócić materiał o jedno, niepasujące ich zdaniem, zdjęcie.

Brakuje.
Nie tylko teraz, ale generalnie i od lat. Najsłabiej ze sportem! Jakoś w świecie są nawet podwójne kategorie sportowe: action i feature. A u nas wrzucenie do jednej kategorii i tak nie daje nic. Pewnie dlatego GPP w tym roku zrezygnował z kategorii w reportażach. (a właściwie dlaczego? Zawsze jurorzy mogą nie przyznać nagrody. ) Jeden wielki brak, jedna wielka żałość. O czym to świadczy? Trochę strach pytać. Są przecież znakomite zdjęcia sportowe, jest nawet specjalny konkurs temu dedykowany. Fotografowie sportowi, przespaliście te konkursy? Czy jury jest z innej bajki? Może tę fotografię trzeba jakoś inaczej oceniać? Nie ma zdjęć z siatkówki?! Wcale! Tak jak kilka lat temu nie było dobrych zdjęć z EURO, tylko jako takie serie z kibicami. Wielkie międzynarodowe imprezy sportowe organizowane w Polsce wcale nie przynoszą nam dobrych zdjęć… No to może inne, mniejsze? Skoro cała Polska biega, wszyscy jeżdżą na rowerach miejskich, tłumnie łażą na siłownie… naprawdę nie można? Nie liczę baletu, balet już mamy.
Ze „środowiskiem” - kategorią jest też coraz gorzej. Jak nie ma jakiejś katastrofy, zdarzenia, nie ma powodzi czy huraganu, to nagle nie ma zdjęć. Wychodzi na to, nieśmiało sugeruję, że fotografowanie zdarzenia na gotowe – fotoreporterzy mają we krwi. Jest zgłoszenie, jest depesza, jest akcja, ruszam, mam. Ale jak trzeba by opowiedzieć o czymś dookoła, nie wprost, dłużej a ciekawie to już schody. Wiadomo, że schody! A gdzie to potem opublikować?! A kogo to interesuje poza kilkoma organizacjami pozarządowymi. A jednak warto spróbować, bo kuleje bardzo. Ergo – szansa na zauważenie inteligentnego materiału rośnie.
Fotokastów. Wygląda na to, że wszystkim organizatorom się znudziły. Szkoda.

Przesyt.
Muszę, po prostu muszę. Jakbym się nie powstrzymywała, gryzła w język i bila po palcach, to muszę. Drogie Grand Press Photo, po co wam kategoria książkowa? Seriously. Po co? Pictures of The Year International ma kategorii ze trzydzieści, wtedy książka ma sens. Szef WPP wielokrotnie pytany o kategorię książkową  odpowiedział, że nie ma to większego sensu, bo istnieją inne konkursy nakierowane na to medium o zasięgu międzynarodowym. Fotografia prasowa to też nie miejsce by doceniać książki, a edycje materiałów w gazetach. Może o tym warto by pomyśleć, bo takiej kategorii nigdzie w Polsce nie ma. Kiedy reaktywowaliśmy wraz z Bookoffem i Fotofestiwalem konkurs Fotograficzna Publikacja Roku –3 lata temu, oczywiście zauważyliśmy mnóstwo innych książkowych konkursów w Polsce. Historyczna, przyrodnicza, reporterska, dziecięca, ale nie fotograficzna. GPP lansuje teraz niszę książki fotograficznej dokumentalnej. Gratuluję 11 zgłoszeń, proszę z tego też wyciągnijcie wnioski. Jury bardzo fachowe, to fakt. Dlaczego książki tylko z rynku polskiego? Przecież polscy autorzy znajdują wydawców za granicą, rzadko bo rzadko, ale za to jakie to są potem książki?! Z tego miejsca gratuluję wygranej Wojtkowi Wilczykowi za świetną „Świętą wojnę”. W przyszłym tygodniu zbiera się jury konkursu Fotograficzna Publikacja Roku 2015 i zobaczymy jak pójdą sprawy J. A GPP zapraszamy do rozmowy o „konkursie-podkategorii Photo Book” (tak to jest ujęte w regulaminie), może się uda jakaś synergia?






Arkadiusz Gola, „Dziennik Zachodni”
I Nagroda za fotoreportaż w kategorii "Środowisko" Grand Press Photo 2015
Hałdy węgla kamiennego na Górnym Śląsku w Polsce tworzą niepowtarzalne krajobrazy. W tym regionie działają największe spółki węglowe w Unii Europejskiej. Mimo że wydobycie węgla systematycznie spada, a hałdy kamienia węgielnego są eksploatowane pod budowę autostrad, górnictwo w dużej mierze wciąż kształtuje krajobraz tego regionu. Na zdjęciach kolejno: 1) Ruda Śląska Nowy Bytom, hałda przy ul. Niedurnego. 2) Świętochłowice, hałda Ajska. 3, 4) Radlin, hałda kopalni Marcel. 5) Czerwionka Leszczyny, osadniki zakładów przeróbki węgla. 6, 7) Radlin, hałda kopalni Marcel. 8) Ruda Śląska, hałda kopalni Halemba. Styczeń–październik 2014

































 











Wiktor Kubiak, Agencja Fotograficzna Edytor I Nagroda za fotoreportaż w kategorii "Ludzie"Grand Press Photo 2015.Katowice. To opowieść o hali, w której przez niemal pół wieku trenowali wychowankowie klubu bokserskiego 06 Kleofas Katowice. W latach świetności hala należała do holdingu węglowego, lecz w ostatnim czasie kryzys ekonomiczny zmusił właścicieli do sprzedaży działki, najprawdopodobniej pod budowę kolejnego marketu. Klub, który wychował niejednego mistrza w wielu kategoriach, nie doczekał się pomocy miasta. Oprócz hali sportowej były tam też mieszkania dla dwóch trenerów. Obiekt niszczeje, kontrola inspekcji budowlanej stwierdziła, że budynek nie nadaje się już do użytku. Na zdjęciach kolejno: 1) Bartłomiej Grafka, bokser. 2) Wnętrze hali. 3) Ważenie zawodnika. 4) Mychajło Strogyj, trener. 5) Wnętrze hali. 6) Rozgrzewka zawodnika. 7) Adam Kuliński, trener. 8) Sędzia podczas pożegnalnej gali bokserskiej na hali Kleofas. Kwiecień–listopad 2014


   





































































































WIKTOR KUBIAK, AGENCJA FOTOGRAFICZNA EDYTOR

III Miejsce za fotoreportaż w kategorii "Sport" w BZ WBK Press Foto 2015.
Kleofas to hala, w której przez niemal pół wieku trenowali wychowankowie klubu bokserskiego „06 KLEOFAS” . W latach świetności hala należała do kopalni węglowej, lecz w ostatnim czasie kryzys ekonomiczny zmusił właścicieli do jej sprzedaży. Powoli kończy się historia popularnego „Kleofasu”.
Katowice (Polska), maj - październik 2014 r.