Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 października 2026

Polskę czyli o czym nie chcesz pamiętać



- Tylko napisz, że jest brudna i śmierdzi. - dostałam wraz z książką "Polskę" instrukcje od autora, Mariusza Foreckiego. Coś tam jeszcze było, ale szczerze mówiąc, zapomniałam. No, faktycznie capi wyjątkowo, ale tym najcudowniejszym drukarskim zapachem. Co więcej zostaje na palcach, potrzeba solidnych trzech myć rąk, żeby przewiało. Przed nami najlepsza książka Foreckiego. "Bluebox", "Człowiek w ciemnych okularach", "W pracy", "Mechanizm", "Kurz", każda świetna. No ale "Polskę" nokautuje wszystkie poprzednie. 


Mariusz Forecki to fotoreporter i dokumentalista, związany niegdyś z prasą, współzałożyciel Pix.House w Poznaniu. Do tego fotoedytor i edukator. Poznańska legenda. Od kilku lat odkopuje swoje archiwa i pokazuje. Jedna z wcześniejszych jego książek "Mechanizm" znakomicie opisywała czasy transformacji w kraju. Wydawało się, że to już o - zrobione, temat ogarnięty. Tymczasem - raz jeszcze, ten sam temat, inne zdjęcia. No i petarda. 

Są w "Polskę" głównie lata 90te i aż do 2020. 'Brudna i śmierdzi', niezła metafora kraju. O ile w "Mechanizmie" można było jeszcze się otrzeć o pewnego rodzaju nostalgię, choćby przywołać jakieś miłe wspomnienie, może na poziomie estetycznym gdzieś westchnąć, tak "Polskę" nie zostawia na to miejsca. Przegrzane kaloryfery na dworcach, swąd niesprzątanych toalet i niemytych ciał. Przejścia podziemne sfotografowane tak, że nagle wszystkie zmysły przypominają sobie, czym było przejście podziemne w którymkolwiek zakątku kraju, no może tylko to obok Mariottu wyglądało inaczej. Odstające wykładziny, gołe żarówki, wiszące kable. Przepalone jaranymi wszędzie papierosami ściany i podłogi. Godziny oczekiwań na pociąg, aż wystygnie herbata podana w szklance. 


Forecki przywołuje te wspomnienia, które nie były do zapamiętania. Z ulgą przeminęły, a tu je wszystkie dostajemy przed oczy, na palce, którymi trzeba dotknąć zdjęć, żeby przebrnąć przez książkę. Wszystkie zdjęcia są na spad. No i czuje się ten brud, ten smród. Już nie farby drukarskiej.

A obok tego jeszcze mury z ich własną poezją - czasem politycznie, czasem lirycznie. Napisy na ścianach, ale i na odzieży młodych gniewnych, to motyw przewodni książki. Trochę jakby refren. Takt piosenki. 

Widoki miast tylko tyle, kiedy są tłem ludzkich historii. A historie niby zwykłe, ale jednak mógł je zebrać tylko fotoreporter. Przerwa śniadaniowa na zakładzie Grohmana (Łódź), składnica złomu (Swarzędz), świątynia wyznawców Kryszny (Kamienna Góra), kopalnia, więzienie, partia polityczna, a do tego piwiarnie, kluby nocne, koncerty i mnóstwo dworców. I mnóstwo ludzi. Dużo akcji. Bijatyki, pobicia, bójki, to - co po nich: na twarzy, na ulicy. Kiedy się myśli o 90tych, odruchowo nie przypominamy sobie wojen kibiców, przemykania ulicami, sprawdzania, który rewir miasta wyznaje który klub. 

Ta akcja, której pełno w książce, te napięcia - milicja, policja, żołnierze, kibice, fani, wyznawcy, sporo mundurów, glanów, potu i czasem krwi. Długo myślałam co robią zdjęcia z 2020 roku tutaj. Bo jest wyrwa czasowa. Zdjęcia oczywiście nie są ułożone chronologicznie. Głównie to lata 90te i początek 2000. Trochę z 80tych. Nastych 2000 prawie nie ma. I nagle 2020. Ale to jedno wydarzenie tylko - strajk kobiet. Wizualnie zgadza się i nie wybija. Latami - rozjeżdża. Merytorycznie, metaforycznie. No o tym jest ta książka. O "Polskę" jak się dba i walczy, o swoją własną przestrzeń i wolność. Z poziomu codzienności, zwykłości. Same niewygodne tematy. Czy akurat te zdjęcia ze strajku są tu potrzebne, możemy się spierać. Umiejscowione są tak, żeby były klamrą.


Napięcia, akcja. Dojrzewanie i dorosłość. Nawet jeśli nie wy się biliście na ulicach w 90tych, jeśli nie jeździliście do Jarocina, nie Wasze były graffiti, i nie byliście bywalcami nocnych klubów - to jest ciągle o nas. O tym wszystkim, co było, ale mogło być w peryferiach widzenia, martwym polu, szarej strefie. Czy się brało udział, czy się tylko wiedziało. Było. Składało się na całość. Bo w radio, prasie, bo mówiło się o tym. Te napięcia, to dojrzewanie nie tylko nas, ale kraju, naszych wolności, że coś tu można i ile właściwie można - klasyczne i zdrowe sprawdzanie granic dorosłych, zasad i praw. I to w tej brudnej codzienności. 
Nie jest to książka, którą by się chciało pokazywać na świecie, wysyłać znajomym zagranicą. Jest super czytelna, oczywiście, to znakomity materiał, oczywiście. No ale to trochę obnaża, trochę wstyd. No to na prezent za granicę już lepszy był "Mechanizm", tam estetyki ciut więcej, nostalgii. No a tu jakby w zabłoconych glanach wejść komuś do łazienki, na biały dywanik. 
A właśnie, bo tych estetycznych westchnięć do 80tych i 90tych jest sporo w sferze wizualnej i ciągle trend rośnie , no to "Polskę" stanowi skuteczne antidotum. Nic ładnego, nic co by pokazać rodzicom czy dziadkom. Otwiera nie te pokłady pamięci, o których się lubi powspominać. Brudna i śmierdzi. 


Za projekt książki odpowiada Andrzej Dobosz. Koncepcja, fotoedycja, teksty - wszystko Mariusz Forecki, z pomocą rodziny. Zdjęcia mają swój precyzyjny indeks na końcu. Nakład 500 egzemplarzy. Kosztuje porządnie, ale wystarczy spojrzeć na poprzednie książki Foreckiego, nakłady wyczerpane. Więc 'spieszmy się kupować książki'. 
Warto dodać, że jest też wystawa. Trwa właśnie do 8 listopada w Pałacu Schoena w Sosnowcu, w ramach nowego Biennale - Festival 200. Kuratoruje Adrian Wykrota. I to też jest sztos, bo jak mogłoby nie być. Zrezygnowano z oprawy, i słusznie, bo i tak za piękne te wnętrza. Edycja, narracja znakomite, tylko za czysto i za ładnie pachnie na wystawie. 




Księgarnia PIX.House tutaj
Strona autorska Mariusza Foreckiego tutaj
A o "Polskę" od autora: tutaj 

sobota, 31 stycznia 2026

Chyba się niewiele zmieniło.





Chyba się niewiele zmieniło. Znaczy, że wiadomo dokładnie. Słowo "chyba" wiele wybacza w kwestii precyzji. Rosną nowe budynki. Trochę ogarnięto niektóre przestrzenie. Ale reszta zarasta jakby bardziej, rdzewieje zgodnie z upływem czasu. Pewne miejsca zaś zupełnie nietknięte, bo też jak poznać po łące czy jeziorze. W tym wszystkim chyba najbardziej zmieniliśmy się my - autor i jego widzowie.

Od ostatniej książki Kuby Dąbrowskiego ("Pożar") minęło 8 lat. To jest chyba najwięcej w cyklu wydawniczym Kuby. Wcześniejsze książeczki wychodziły szybciej. Nie miały tempa blogowego, no bo wiadomo. Ale jednak. Czekać 8 lat na książkę Kuby?! Kiedy wychodził "Pożar", Kuba na blogu pisał: "Od wystawy w Zachęcie i ostatnich małych wydawnictw minęła epoka. Epoka w moim prywatnym życiu, epoka w świecie i epoka w fotografii. "Pożar" to książka o odnajdywaniu się w tej nowej sytuacji. O jedzeniu zdrowego jedzenia, o tym, że nie jest lekko, ale w sumie jest dobrze."

Skoro tam minęła epoka, to tu przynajmniej ze dwie. 





Wieści przyszły znienacka. Rozpisane spotkania - oczywiście Warszawa i Kraków. Kolekcjonerzy książek Kuby zwarci i gotowi. No bo wiadomo, będzie znowu 300 sztuk? I znów podzieli nakład między stolicę i starą stolicę? Więc trzeba być a) wcześniej, b) być, c) w razie niemożliwości obecności obdzwonić będących.

A, no właśnie to się zmieniło. Wydawnictwo. I solidny nakład. Taki, że ciągle możecie nadrobić braki. Wydawnictwo "Wydałem" sprawiło, że egzemplarzy jest przynajmniej 1000. I jest to jedna z poważniejszych zmian w kwestii "chyba się niewiele zmieniło".

Zwykle nie recenzuję książek aktualnych, świeżych tutaj. Jeśli już, to dla magazynów. A tak, staram się nie wypowiadać, zanim nie przeprowadzimy kolejnej edycji konkursu "Fotograficzna Publikacja Roku". Co prawda od lat nie ode mnie zależy co wygrywa, bo nie jestem jurorką. Ale, jakoś tak, lepiej nie. Potem, nie ma sprawy. Czemu zatem ten wyjątek? Bo to nie jest książka roku, a od razu dekady. I to tylko w moim prywatnym rankingu. 




To od początku. Na stronie wydawnictwa informacja brzmi tak:

"Tutejszy Kuby Dąbrowskiego to 187 fotografii ułożonych w rytmie pór roku i tworzących narrację, która balansuje między dokumentem a osobistym pamiętnikiem. To podróż po Polsce widzianej oczami człowieka rozdartego między kosmopolitycznym stylem życia a głęboko zakorzenionym doświadczeniem lokalności. Artysta kieruje obiektyw w stronę kraju rodzinnego, zapisując intymną i zarazem uniwersalną opowieść o powrotach.

Dąbrowski fotografuje to, co umyka codzienności – pszczoły tonące w soku pomarańczowym, zaparowane szyby okien, opuszczone sklepiki blednące od słońca, malwy maskujące ubytki murów. Z tych detali powstaje portret kraju: jednocześnie znajomego i obcego, swojskiego i nieustannie zmieniającego się. Tytuł książki nawiązuje do określenia ”tutejsi” – używanego w spisie ludności 1921 roku przez mieszkańców pogranicza Podlasia i Polesia, którzy swoją tożsamość definiowali poprzez miejsce i wspólnotę, a nie abstrakcyjną ideę narodu. Dąbrowski podejmuje ten wątek, zadając pytania o współczesne poczucie przynależności, pamięć i stratę, o to, jak rozumieć dziś dom." 

I gryzie mnie ta twarda inspiracja spisem ludności z 1921 roku. Serio? A nawet jeśli, to ciągle - serio? Trzeba tak totalnie prosty chwyt, zrozumiałe słowo - rozkładać na elementy pierwsze? No ale dobrze, niech będzie. Przyjmuję, ciekawostka kupiona. Nawet uległam pokusie poszerzenia swojej wiedzy w temacie.

Ale ciągle gryzie. Nie leży idealnie. Pasuje, ale coś, szczególnie może w tej warstwie historycznej. W tekście w samej książce (to też spora nowość) - obojga autorów: Kuby Dąbrowskiego i Marty Syrwid - jest odniesienie do proweniencji "tutejszego" ale na miękko. Bez daty. Bez definicji. Trochę zasłyszane czyjeś wspomnienie. No i to znacznie bliższa ciału koszula. "Tytuł książki odsyła do terminu używanego w celu narodowościowego samookreślenia na Polesiu i Podlasiu, gdzie krzyżują się zasięgi języków polskiego, białoruskiego oraz ukraińskiego, a także wyznań: katolickiego i prawosławnego. Te fotografie z podróży zadają więc pytania o przynależność do konkretnych miejsc i wspólnot."

Czyli nie ma co już się pastwić nad tytułem, definicją. Pierwszy strzał był najcelniejszy, każdy to słowo rozumie jak trzeba. Czy dopiszemy historię czy definicję, wiadomo o czym to jest. Wiadomo gdzie. Wiadomo kto. Może w ramach zmian, że trzeba więcej słowa pisanego pod zdjęcia podłożyć? 



Krajobraz. Wnętrza i zewnętrza. No właśnie kolejne miejsca. Idzie rozpoznać miasta. Dla pewności wpisano je też na 4tej stronie okładki, 24 miejscowości "i pomiędzy". Pierwsza w spisie jest Warszawa, drugi jest Białystok. Reszta nie ma klucza, nie jest alfabetycznie, nie jest od ilości mieszkańców (Kraków pod koniec). Może chronologicznie? Dużo jest Warszawy, chyba w sumie najwięcej. Więc może ta lista jest wedle częstotliwości wystąpienia w kadrach? Czy to w ogóle jest istotne? W kontekście odczytania zdjęciowej historii - wcale. Tyle może tylko, żebyśmy nie spodziewali się pocztówek z zagranicy. Jakbyśmy na nie czekali, in the first place. Więc to spis tego "tutaj". Szeroko-pojętego. Rozpoznasz, to masz rozpoznane. Nie poznasz, nie wygrywasz, nie przegrywasz.

Są klasyki Kuby, czyli dużo tablic do kosza, bloki z Mokotowa. Smaczki z 80tych jeśli jeszcze jakieś żyją. Trochę mam powidoków. Widziałam te kadry.  Poza tapetą windowsa (powyżej, prawda?!). Ale powidoków jest więcej, skąd one? U Kuby na socialach? U Kuby w poprzednich książkach? A może w ogóle bez Kuby, ale po prostu, na żywo? 



Zaczyna się od zimy, przyjazdu. Są kwiaty w papierze. Będą odwiedziny. No i dalej choinka, stół zastawiony, jakieś spacery. No ewidentnie przyjechaliśmy na święta. Trochę rodziny, trochę znajomych. Trochę check dzielnicy - co jeszcze stoi, co się zmieniło, jedziemy z powrotem. I tak kilka razy. I przez różne pory roku. Trochę wakacji, trochę złej pogody. Sporo ludzi w tych zdjęciach - ale dominują dwie kategorie wiekowe. I to jest ta zmiana, od ostatniej książki, wszyscy bohaterowie się równo postarzeli o te powiedzmy 8 lat. Młodzież już wiek nastolatka. A my, no już nie 30tki, już raczej 40tki. Już nie wygłupy w parku, ale z synem na myjni. Już nie "Przyjaciele" na laptopie w łóżku z dziewczyną, ale w meczyk leci, a nogi ewidentnie młodzieżowe. Zapisy codzienności, tej super ulotnej. Tak jak kiedyś, tak i teraz. Te momenty, które wszyscy znamy, ale nie robimy wtedy fot. Kuba ciągle robi. W pewnym sensie robi je nam wszystkim.

Sekwencja płynie i jest taka bardziej niż dotychczas. Dojrzalsza, wyrafinowana. Ciut żartu, ale tak to wszystko ładnie siedzi. Z zadzioru młodzieńczego, z partyzantki to chyba tylko ten myk z nałożeniem zdjęć gdzieniegdzie. Ale to też tak ładnie siedzi, tak estetycznie. Jest rytm tych wyjazdów, powrotów, drogi i powietrza. Jest składanie kolorami i kompozycją. Linie przepływają idealnie. Kolory się zgadzają. Formy powracają. Mucha nie siada. Czysta przyjemność. 


Więcej chyba ciszy. Muzyka gra, ciągle jest świetnie. Ale trochę jakby ktoś dbał o poziom dźwięku. Nie za głośno. Więcej jest przestrzeni, wspaniałego światła. Uważności. Wysmakowania. Żarty są też dojrzalsze. Mniej pośpiechu.

Po pierwszej lekturze - łapczywej, chłonącej - od deski do deski, przez dwa miesiące - w zasadnie nie zmieniłam zdania o niej. Ciągle mam zachwyt. Ciągle szeroki uśmiech. Sięgam po nią co kilka dni. A to nie jest normalne. Przecież jak się przeczyta, to się odkłada, nie? Po tę sięgam co jakiś czas. Otwieram na chwilę, na kawałek. I odkładam. I znów. Można i tak czytać. Jak kiedyś z blogiem. Nowy wpis - ładne, ładne, komcie, lajki. I następna strona. Wracam za kilka dni. Ale to porównanie przyszło potem. Niemniej - just sayin' - ciągle chyba można by tego bloga robić ciągle. Powiedzmy, że mniej uwagi skoro nie w konkretnej apce. Ale czytelnicy i widzowie zdaje się zwarci i gotowi.

Wszystko się zmieniło, a jednocześnie jakby nie drgnęło. Wszyscy jesteśmy starsi. Kolejny spis z natury wg Dąbrowskiego. Jest jak jest. I dlatego to moja książka dekady. Opowiada i jego, i nasze, i moje. Taka zbiorowa fotografia. Dziękuję! 




 

środa, 21 czerwca 2023

Jak pisać o fotografkach?





„Lagunie można wybaczyć rozproszenie. Kanałom nie trzeba. Odbite w nich miasto wydaje się prawdziwsze niż ono samo. Nawet jeśli woda na butelkowozielonej powierzchni rozmywa lekko kontury budowli. Łatwiej jej ufać niż niebu, na którym żywioł wiatru i siła blasku rozmazują chmury ciągnące nad liniami kopuł, odrealniają rdzawą czerwień wież i kominów. Światłocień Tycjana broni swojej autentyczności na horyzoncie Wenecji.”

Ten quasi poetycki, mówiąc delikatnie, opis przyrody ma nas wprowadzić w nastrój, w którym w końcu powstanie zdjęcie Zofii Chomętowskiej. Chyba po to, żebyśmy zrozumieli aurę. Choć nie jestem pewna. Pochodzi z książki Urszuli Ryciak „Światłoczuła”, majowej premiery Wydawnictwa Literackiego.

Nie wyzłośliwiam się tutaj, znajdując jeden nieprzystający do reszty utworu fragment, raczej odnajduję na chybił trafił a przy okazji nieźle reprezentatywny przykład. I taka jest ta książka. Takim rozlaniem pisana. Taka nieuchwytna, a zawiła, a nie bardzo wiadomo o czym i dlaczego. Gdy porzucimy nadzieję na konkrety i fakty, być może zadowoli wybranych. 


„Światłoczuła” jest wydana przepięknie. Czysta przyjemność z trzymania tej książki w rękach. Zdjęcia co prawda idące w seledyn albo sepię, ale jest ich sporo i naprawdę dobrze są umiejscowione. Można się zapoznawać z artystką.

Tylko, że proponuję państwu trzymać się od tej pozycji jak najdalej. 54,90 złotych przeznaczyć na inny cel. Albo dorzucić 15 zł i zanabyć lepszą pozycję (o tym zaraz, a link na dole) Czas zmarnowany na czytanie, spożytkować ciekawiej i treściwiej. Owszem, nie żartuję, coś poszło nie tak, nawet bardzo nie tak.

 

Historia fotografii leży tu i woła o pomoc. Nawet nie wiem skąd autorka wzięła takie koncepcje, że na przykład: fotografia piktorialna „zrobiła pierwszy krok, by wejść na salony sztuki” [bo dotąd to gdzie była? Albo co napisać wtedy o Gustavie Le Grey’u?], albo takie zdanie „za kilka lat to zdjęcie wejdzie do historii polskiej fotografii jako przykład modnego u schyłku lat dwudziestych piktorializmu” [jakby w tym kanonie „za kilka lat” było miejsce na Chomętowską czy inną kobietę...]. Albo to „nie wybierasz do zdjęć dziwaków, jak amerykańska artystka Diane Arbus...” [chociaż twórczość pań dzieli nie tylko geografia, historia ale drobne kilka dekad życia]. Ta Diana to akurat chyba wypadek przy pracy, tudzież bardziej skomplikowana i metaforyczna parabola, bo już tutaj się zgadza czas: „Dokładnie w tym samym czasie, kiedy odcedzasz fotografowane postacie sitem światła od egzystencjalnej udręki, uznana w Stanach Zjednoczonych fotografka Dorothea Lange opuszcza swoją wygodną pracownię, w której robiła portrety. (...) Za kilka lat zainspirowana przez profesora Paula Schustera Taylora, opisującego kryzys ekonomiczny, wyruszy na amerykańską prowincję dokumentować skutki społeczne załamania gospodarczego”. Nie zgadza mi się tu zaś wszystko poza faktycznie czasem. Jakby nie dało się powiedzieć prościej i poza inspiracjami i wenami, po prostu Lange została zatrudniona w rządowym projekcie Farm Security Administration, a Schuster Taylor był współpracownikiem jej i mężem.

Albo to „zanim Dora Maar (...) ikona surrealistów – rozpadnie się psychicznie odtrącona przez swojego kochanka Picassa, zrobi tysiące zdjęć i setki kolaży fotograficznych. Stanie się także prekursorką fotografii reklamowej...” Dora Maar rozpoczęła karierę w latach 1930-tych, trochę późno by być prekursorką fotografii reklamowej, która od przynajmniej dekady miała się znakomicie. Jest jeszcze jedna solidna wpadka z rayografią, tak, ta na której polecam sprawdzać sensowność zanabycia książki o historii fotografii.

 Ale kto by tam się wdawał w szczegóły? I to boli bardzo, że fakty są podane i tak wypaczone, że robią krzywdę. Napisane ładniej, śliczniej, potoczniej, z zachwytem, z na głębokim wdechu słowami zbyt dużymi, by mogły odpowiadać prawdzie, utrwalają zasłyszane brednie lub jakieś tworzą widzi-mi-się. I to wszystko przeplecione nieprawdopodobnymi wręcz faktami z życia Chomętowskiej. Takimi, że jedzie w konkretne miejsce, spotyka się z kimś, i tak precyzyjne i – prawdziwe, że doznaję w trakcie lektury szoku. Jak to się stało, że w jednym miejscu autorka płynie w meandry historii i wybiera sobie z niej co woli, a z drugiej zaś trzyma się faktów, choćby codziennych – o fotografce. Ta precyzja dat, spotkań, miejsc, niewiarygodna. 


Aż tak, że biorę z półki „Albumy fotografki” – onegdaj Fotograficzną Publikację Roku, cztery książki wydane przez Fundację Archeologia Fotografii. A tam przecież całe życie Chomętowskiej – rozpisane na kadry, listy, ułożone chronologicznie, opracowane, dodany esej dla kontekstu. I nagle przychodzi olśnienie. Tu są wszystkie te fakty, których Ryciak użyła w swojej książce. Ani jednego więcej nie ma, dokładnie odtąd-dotąd, tylko napisane inaczej. Płynniej, zbyt dużymi słowami, z natchnieniem i weną i – do Chomętowskiej kierowane – ciągle' ty i dla ciebie, i ty byłaś, i ty jesteś'. Maniera, której można być fanem lub się jej sprzeciwiać. Należę do tej drugiej puli, ale to maniera i de gustibus. Ale fakty! Po olśnieniu wertuję „Światłoczułą” wnikliwiej i znajduję, w podziękowaniach: „Dziękuję Annie Kotańskiej, Karolinie Puchale-Rojek, Annie Topolskiej, Muzeum Warszawy i Fundacji Archeologia Fotografii za wspaniale opracowane albumy ze zdjęciami Zofii Chomętowskiej, które były niezwykle pomocne w odtwarzaniu historii”. Powinna tu być errata a w niej „które umożliwiły napisanie tej książki”.






Cisną mi się tu różne słowa: jak tak można, ale czy to nie przesada, czy to już plagiat, i tak dalej. Każdy pisać może, prawda? Wydawać też, aczkolwiek jednak żal do Wydawnictwa Literackiego, że nie przypilnował i takie rzeczy wypłynęły pod auspicjami.

Popularna autorka popularnych książek i jest jakaś szansa na wprowadzenie Chomętowskiej do świata znanych ogólnonarodowo. No może i ok, ale nie za taką cenę chyba jednak. Nie na czyjejś pracy, a jeśli nawet, bo specjalistą od każdej dziedziny życia być nie można, to niech to będzie sztos i arcydzieło, a ci co położyli podwaliny ciężką naukową pracą wyniesieni będą na piedestał. No więc to nie jest „Udręka i Ekstaza” o Michale Aniele ani chociaż „Capa. Szampan i krew” trzymając się fotografii.

Zatem jest taki wybór – chcecie fakty o Chomętowskiej z mnóstwem zdjęć, z pierwszej naukowej ręki? Czy wolicie tchnienia egzystencjalne o „ikonie polskiej fotografii XX wieku”? Liczę, że to pierwsze, i tu odsyłam – po uprzednim sprawdzeniu, że pozycja jest dostępna jeszcze, do sklepu FAF’u:

https://faf.org.pl/produkt/zofia-chometowska-albumy-fotografki/


Ta alternatywa mówi niestety o czymś jeszcze. Fotografki, fotografowie, książki o nich, biografie, opracowania archiwów, pozostają jedynie w naszej bańce. Nie dorośliśmy jeszcze, żeby pisać wielkie książki i wydawać je w tysiącach, rzetelnie i pięknie i merytorycznie i ślicznie. Archiwa są, autorzy i autorki są, projektanci i projektantki są, wydawnictwa – niby są. I wydają i chwała im za to. Ale gdy idę z propozycją spisania recenzji z takiej a takiej książki, to okazuje się, że przy tych nakładach mizernych, szeroka publiczność jest bez szans na zdobycie, a zatem i mój zleceniodawca sugeruje wybrać coś bardziej rozpowszechnionego. A rozpowszechnione to tylko te za duże słowa, koniecznie legendy i prekursorki, same smaczki i skandale, sensacyjne sprawy, obcowanie z absolutem.

I dlatego nie dorośliśmy. Zostajemy przy ultra niszowych rzeczach. 

Poza niszowymi ciągle, z ubolewaniem to piszę, Zofii Chomętowskiej „Albumach Fotografki” mam jeszcze jedną perłę. To odkrycie, a raczej przywrócenie do wielkiej historii fotografii polskiej Kazimiery Dyakowskiej - książka Eweliny Lasoty „Naga. Portret i akt 1959-1966”. Lasota była kuratorką wystawy prezentowanej na przełomie 2021 i 2022 w Muzeum w Gliwicach. Książka została. Niepozorna. Wręcz kieszonkowa. Świetnie opracowana, pełna dokumentów i zdjęć (które nie idą w żaden niepożądany kolor) oraz genialnie napisana, językiem merytorycznym a płynnym. Wciągająca lektura, stale dostępna w księgarni Muzeum: 

www.muzeum.gliwice.pl/pl/nasza-ksiegarnia/produkt/naga-kazimiera-dyakowska-portret-i-akt-1959-1966 



Zaczynamy od najważniejszej sprawy: wystawy Dyakowskiej „Impresje dziewczęce (Portret akt) zorganizowanej w Krakowie w 1966 roku. Wystawy, która podróżowała po Polsce aż do 1972 roku. Autorka prowadzi nas do archiwum rodzinnego, śledzi zapiski na temat tej ekspozycji w prasie, przedstawia głosy w dyskusji na jej temat i generalnie odmalowuje sprawy tak, jakbyśmy świeżo z wystawy wyszli. Jest czas na superlatywy i gratulacje, ale i na kontestację. Wszechstronność. Potem poznajemy środowisko, scenę na której zaistniała właśnie Dyakowska, atmosferę i kierunki rozwoju. Poznajemy Dyakowską jako twórczynię, skąd i dlaczego, patrzymy na prace. Jest tu też umiejscowienie jej twórczości, sprawdzenie jak się miała wobec innych aktów tworzonych w epoce. Wreszcie na koniec zagłębiamy się w historię rodzinną fotografki i jej życie osobiste. Mnóstwo źródeł, faktów, kontekstów.


I można porywająco pisać i wydawać z najwyższą dbałością o zdjęcia. Niestety z Dyakowskiej nie zrobimy już prekursorki ani legendy. Chociaż nie wiem czy jest taka potrzeba. Wartościowe rzeczy i tak wypłyną i zostaną na dłużej. Ten szeroki ogół niestety nie wie i się raczej nie dowie. Szerokie rozpowszechnianie może nie musi parterować jakości?

 

* Ula Ryciak, „Światłoczuła. Kadry z życia Zofii Chomętowskiej”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023

 

* „Zofia Chomętowska. Albumy fotografki”, red. Julia Odnous, wyd. Fundacja Archeologia Fotografii, Warszawa 2016 --> https://faf.org.pl/produkt/zofia-chometowska-albumy-fotografki/

Karolina Puchała-Rojek „Entuzjastka 1912-1935”

Anna Kotańska, Anna Topolska „Profesjonalistka 1936-1944”

Anna Kotańska, Anna Topolska „Dokumentalistka 1945”

Karolina Puchała-Rojek „Emigrantka 1946-1981”

 

* Ewelina Lasota, „Kazimiera Dyakowska. Naga. Portret i akt 1959-1966”, wyd. Muzeum w Gliwicach, Czytelnia Sztuki, Gliwice 2021 --> www.muzeum.gliwice.pl/pl/nasza-ksiegarnia/produkt/naga-kazimiera-dyakowska-portret-i-akt-1959-1966 

 



sobota, 21 marca 2020

W góry i na morze!

Aleksandra Karkowska i Barbara Caillot, "Na Giewont się patrzy", Warszawa 2016, 
"Marsz, marsz Batory", Warszawa 2019, wyd. Oficyna Wydawnicza Oryginały.


Jedna książka to wspomnienia z Podhala, jak to było. Druga o podróżowaniu "Batorym" do Ameryki. Wydawąłoby się, że trudno o większą różnorodność w tematach. A jednak, mają ze sobą więcej wspólnego niż różnic: te same autorki, projektantki, to samo podejście w opowiadaniu historii. Ten sam format i ta sama idea. Kilka lat różnicy. Warto jeszcze wspomnieć "Banany z cukru pudru" (Warszawa 2015) debiut tych samych autorek (o tej ksiażce w Miejscu fotografii). Poza opowieściami, poza wspaniałymi zdjęciami, widzę znakomitą ewolucję i już wyglądam kolejnej ich książki. 

Zacznijmy od ostatniej. "Marsz, marsz Batory". O transatlantyku M/S Batory jeszcze z okładki dowiadujemy się: "33 lata pływał pod polską banderą, odbył 222 regularne rejsy oceaniczne, przewożąc podczas nich ponad 270 tysięcy pasażerów." Ale to nie jest książka suchych faktów. Dalej klucz: "Dla wielu z tych osób to była podróż w jedną stronę - podróż na emigrację, podróż życia...".

Caillot i Karkowska odnalazły i porozmawiały z 50 pasażerami i 7 osobami z załogi. Fragmenty ich wypowiedzi znajdują się w książce. Podzielono ją na trzy części. Pierwsza odpowiada przygotowaniom i pożegnaniom, druga mówi o samym statku i rejsie, wreszcie trzecia dotyczy oczekiwań i rzeczywistości "tam" - na emigracji w Kanadzie i Stanach. A my czujemy, że jesteśmy na pokładzie: pożegnani solidnie i uroczyście, płyniemy i trwamy te 11 dni na morzu.


Każda kolejna osoba dopowiada coś interesującego, coś, czego nie znajdziemy w historycznych faktach. Doświadczenie, samopoczucie, i w końcu czujemy jak rzuca tym statkiem na falach. Ze wszystkich tych rozdziałów, najmniej interesujący jest dla mnie ten emigracyjny. Opowiedziany został gdzie indziej, dogłebniej, lepiej, i wyłacznie. Tutaj jednak istotny, bo mówi o pasażerach jednego statku. Te wspomnienia się pochłania, na raz, z coraz większymi oczami.



A skoro już o oczach. Zdjęcia!!! "Fotografie oraz elementy graficzne wykorzystane w książce pochodzą z prywatych archiwów naszych rozmówców: pasażerów, członków załogi oraz pasjonatów M/S Batorego". Są zatem pamiątkowe zbiorówki ze statkiem w tle. Moje absolutnie ulubione (poniżej) zdjęcie pożegnania. Mało co tu widać, tak na dobrą sprawę, ale robi się tak bardzo czule, tak coś ściska w trzewiach. Rok 1963, pożegnanie, jakich wiele.


Te pamiątkowe zdjęcia, czasem zupełnie niewstrzelone, poruszone, nieostre, czasem zbyt sztywne i sztampowe. Amatorskie ujęcia i każde ma inną historię. Uczucia - czy smutek (rozpacz!) pożegnania, czy  wzrok zapatrzony w horyzont na zwykłym portrecie, w dodatku z fleszem, te uczucia wręcz wylewają się ze stron książki. Zebrane razem tworzą jedną historię, jednego rejsu tam. Zaglądamy do baru na rufie, do jadalni, oczywiście mnóstwo czasu spędzamy na pokładzie. Absolutnie zjawiskowe jest zdjęcie z basenu na Batorym (basenu, krytego, ze zdumieniem oglądam to zdjęcie i tę opowieść). Są i tańce i rytuały. I widoki. Podróż pełnowymiarowa. A w końcu ląd.



Zdjęć jest ponad sto. Są widoki zza burty doświadczonego i bardzo sprawnego amatora, są reporterskie zdjęcia z tańców, głównie pamiątkowe. W części emigracyjnej - niemal same grupy ludzi na zdjeciach. Jakbyśmy właśnie dostali list od rodziny zza oceanu, pokazujące jak to im się wiedzie. Z ciekawostek, jest tam fotografia rodzinna Ryszarda Horowitza. Jeden drobny minus, bo już niestety nie wiadomo, która to jego wypowiedź. Nie można przyporządkować tych wspomnień do konkretnego nazwiska. Tym bardziej jesteśmy na jednym uniwersalnym rejsie. Pamięć zbiorowa.  


"Na Giewont się patrzy" to druga wspólna książka autorek Caillot i Karkowskiej. ("Batory" jest trzeci). Idea ta sama: zebrane wypowiedzi, historie opowiedziane, przeplecione zdjęciami. Jesteśmy na Podhalu, słuchamy opowieści prawdziwych górali. Mówią o wszystkim - jak wyglądała praca na polu i przy wypasie, jak obchodzono święta, jak chodziło się do szkoły, jak dorastało, wreszcie - jak przebiegała wojna. Napisałam słuchamy, choć oczywiście czytamy, ale czytamy oryginalne zapisy rozmów, na przykład:
"Po sąsiadach chodzilimy na posiady, chłopcy się schodzili, panny się bawiły, do rana muzykowali. Wesoło było. (...). Ciotko, ujku, krzesny - tak się mówiło, jak ktoś był z innej chałupy. Ujku, stryjku to po rodzinie, a krzesny to jak szanowny panie, bo krzesny to był ktoś!"
"Trzy rocki mioł, małe grabki mu się zrobiło, grabił w drugą stronę, ale mioł zajęcie." Słychać te opowieści, prawda?



Znajdziemy tu 62 zdjęcia (w tym pamiątki) i 25 współczesnych portretów. Zdjęcia stare, nawet jeden ferrotyp (!), w większości rodzinne pamiątki, ale czasem zdarzy się zdjęcie z archiwów Tatrzańskiego Parku Narodowego (pocztówki). Coś jest tu szalenie podniosłego, godnego, wręcz szlachetnego - jak oni pozują, stoją wyprostowani. Wobec tych dawnych zdjęć, te współczesne to niestety dla mnie minus całej książki. Wiem, wiem, to są rozmówcy, to jest autentyk. To taka rodzinna pamiątka. Ale brakuje im tego skupienia, tej godności, tego momentu dłuższego, że to sesja fotograficzna. Zdjęcie nawet i pozowane, ale jakby znajomy ktoś robił, dla rodziny będzie. A może już widziałam serię portretów Bartłomieja Jureckiego "Twardy jak skała" o góralach i "Silna jak halny" o góralkach. O tym spojrzeniu mówię. 

Znów pamięć zbiorowa, jakby jeden rodzinny album. Przeżywamy to wszystko co bohaterowie, z pierwszej ręki historie. A tu fragment idealny na "te czasy": "Nikt gorączki nie mierzył. Mama ręką sprawdziła, czy czoło gorące, wtedy szmatkę zamoczyła w zimnej wodzie i głowę owinęła. Jak dusiło, to mama grule gotowane omaszczone skwarkami przykładała na klatkę. Na kaszel inhalacje z rosołu czy siana robiła, a jak już charczało, to bańki stawiała." 

- - - 
Trudno te publikacje gdziekolwiek właściwie zakwalifikować. Ani to książka fotograficzna, ani po prostu 'historia mówiona', ni to biografia - bo jednak zbiorowa. Tym lepiej! Bo znajdziemy tu życie, wspomnienia, niezawsze ułożone i uczesane, niewygładzone. Zdjęcia zebrane i ułożone, że można tylko właściwie je obejrzeć i tę historię z grubsza samą odczytać. 
Wspomniałam, że ewolucja. "Banany z cukru pudru"czyli pierwsza książka autorek była znakomitym pomysłem, zrobiona na ogromnej energii i może zbyt szybko. Gdy sięgamy po drugą "Na Giewont się patrzy" widać już czas i zmianę. Dopracowanie. Ale to "Marsz, marsz Batory" to dzieło absolutne. Wnioski wyciągięte (już bez zdjęć bohaterów), tytaniczna robota - więcej rozmówców, więcej zdjęć (znacznie lepiej opracowane do druku) i elementów graficznych. Wszystko to poukładane i nie traci żywiołu. Jeszcze tylko gdzieś z tyłu zaznaczyć, kto które zdania mówił i nie będę się już czepiać, nic a nic. Czekam na kolejną historię. Może teraz Gdynia, jej powstanie, pamiątki, letnicy?

Zachęcam do tej podróży. I w góry i na morze, a tak naprawdę w przeszłość, żywą i wspaniałą!
Idźcie czytać i oglądać: https://oficynawydawniczaoryginaly.wordpress.com/gdzie-kupic/

piątek, 15 listopada 2019

Gordon Parks: To Smile in Autumn


Gordon Parks "To Smile in Autumn" to ta książka, którą polecam, żeby ogarnąć Parksa w całości. Bez zdjęć. Same słowa. Ale za to całe życie spisane przez 67-letniego fotografa i filmowca. Całe, od trudnej południowej młodości, przez jeszcze trudniejszy etap dorastania (szczegółowo opisany w "A Choice of Weapons"), przez wszystkie ważniejsze tematy fotograficzne w końcu aż po filmy.

Pierwsze wydanie pochodzi z 1979 roku. Tytuł - uśmiechać się jesienią - upodobany najwidoczniej przez Parksa. Wielka retrospektywa i tytuł katalogu - ilustrowanej autobiografii to "Half past autumn" (o tym później). Kim jest Parks w 1979 roku? Jest już żywą legendą, wszystkie najważniejsze rzeczy w jego życiu się wydarzyły. Rzeczywiście wkracza w jesień i podsumowuje.

Najlepsza z kilku autobiografii napisana przez Parksa, najmocniejsza i najbardziej treściwa. Ciągle jednak, bez zdjęć. Bez TYCH zdjęć, najsłynniejszych, tych, które układają się na całą twórczość. W tej książce nie tylko układa fakty w kolejności. Bo to robi także w innych. Tu nie idzie nawet o całokształt, bo w końcu wspomniany katalog jest bardziej esencjonalny i jeszcze ze zdjęciami. Tutaj Parks pozwala sobie na rozliczenia. Zastanowienie, zatrzymanie i ważenie przez długie chwile konkretnych sytuacji. Zastanawia się nagłos, co mu to dało, czy dobrze się zachował, czy to było właściwie.

Pierwsze wydanie na okładce miało dopisek "fascinating and deeply moving self-portrait", fascynujący i głeboko poruszający autoportret. Jak zwykle nie wierzę tym sloganom z okładki, tak tu nie ma lepszego i bardziej w punkt. Parks w tych rozliczeniach bywa bezlitosny - najpierw dla białej Ameryki, potem dla spotkanych ludzi, w końcu i przede wszystkim - dla siebie. To nie jest zbiór wychwalanek, łasego na poklask początkującego twórcy. O nie! Tutaj te sukcesy obracane są na wszystkie strony. Przywołane rozmowy zmieniają kontekst tego, co dotąd o Parksie powiedzmy, że wiadomo.


Gordon Parks, A Harlem Family, 1967 / dzięki uprzejmośc Fundacji Gordona Parksa / materiały prasowe wystawy "Gordon Parks. Aparat to moja broń."

Przykładem może być reportaż o rodzinie Fontenelle "Rodzina z Harlemu". Czytamy w książce:
"Podczas prywatnego obiadu z dwoma głównymi redaktorami magazynu „Life”, zadano mi pytanie:
- Dlaczego czarni rabują i podpalają i co „Life” może z tym zrobić?
Czułem, że potrafię na to pytanie odpowiedzieć odpowiedź. Byłem w o tyle dobrej sytuacji, że znałem temat z własnego doświadczenia. Cierpiałem nędzę i rozpacz w czarnym getcie, ale zaznałem też luksusu i dobrego życia w świecie białych. Mówiąc w skrócie, wiedziałem, jak żyją ludzie na obu krańcach miasta. Był piątek. Przez weekend przemyślałem sprawę i odpowiedziałem w poniedziałek. „Ubóstwo i rasizm” — tak brzmiała moja odpowiedź redaktorom „Life”.
Zasugerowałem, że spędzę kilka miesięcy z typową ubogą rodziną, żeby pokazać, jak radzą sobie od wschodu do zachodu słońca. Zgodzili się, a ja postanowiłem udać się do Harlemu i znaleźć odpowiednią rodzinę. Postawiłem tylko jeden warunek — poczekam aż lodowaty jastrząb zimy znów zawita nad gettem. /Gordon Parks, To Smile in Autumn, 2009/

Rodzina, która zgodziła się na sfotografowanie, to państwo Fontenelle. Tutaj zdjęcia z serii na stronie Fundacji Gordona Parksa.  Historia została ukończona w 1967 roku i opublikowana w 1968, nawet z okładką! Przyciągnęła wielu czytelników. Parks z resztą już wiedział, przeczuwał, nigdy nagłos nie wyraził tego, ale przecież wiedział, że czytelnicy "Life" zareagują i zareagują pięknie i szybko i skutecznie. w 1961 roku wspólnie uratowali życie chłopca ze slumsów Rio de Janeiro - Flavio. Tam, wtedy, siedem lat wcześniej historia potoczyla się jak ze wspaniałego filmu familijnego. Tu z rodziną Fontenelle, niestety koszmar przerodził się w dramat. Bardzo biedna wielodzietna rodzina z Harlemu. Parks podgląda ich codzienną walkę o przeżycie, zapewnienie środków do życia, ale i kłótnie, i odrabianie lekcji. Jest fotoreporterem i tak właśnie "pomaga" - opowiadając i nagłaśniając tę historię. Pomoc od czytelników (ciągle uważam, że w spodziwewany przez Parksa sposób) przychodzi. Są pieniądze dla rodziny Fontenelle, mogą się przeprowadzić, mają jedzenie i ciepłe ubrania. Pomoc doraźna, finansowy zastrzyk nie zatrzymuje jednak tragicznych bohaterów. Kłótnie, bezrobocie, alkoholizm, to wszystko trwa. Ojciec rodziny pewnego razu załamany kolejnym wyrzuceniem z pracy, po kilku % zasypia z papierosem w dłoni. Tej nocy nie przeżył, a pożar strawił nowe lokum rodziny. Parks i ten gorzki rozdział historii opowiedział. Czuł się z pewnością odpowiedzialny za swoich bohaterów, i nawet gdy materiał "poszedł", został opublikowany, kiedy teoretycznie nie musiał kontaktu utrzymywać, odwiedzał ich sporadycznie. Większość relacji, wspomnień - tu się kończy. W "Voices in the Mirror" Parks przedstawia swoje notatki. A w "To Smile in Autumn" bije się z myślami. Zastanawia się czy ten reportaż był wart tej ceny? Czy przypadkiem nie jest winny całej tej sytuacji? Czy rodzina przetrwałaby, gdyby on i czytelnicy "Life" się nie pojawili na ich drodze? Poruszająca spowiedź ogromnie zaangażowanego i empatycznego fotoreportera.

Do wystawy "Gordon Parks. Aparat to moja broń" (2017, Zachęta-Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa oraz Muzeum Współczesne, Wrocław) wybrałam kilka fragmentów z tej książki, by to słowa fotografa wyjaśniały konkretne serie prac. Poniżej fragmenty wraz z linkami do zdjeć (lub innych informacji). Gdyby kiedyś zacząć tłumaczyć ksiażki Parksa na polski, wnioskuję i agituję, żeby zacząć od "To Smile in Autumn". Must read każdego reportera, fotoreportera, dokumentalisty i każdego czytelnika literatury non-fiction.

Muhammad Ali
Problem był wyraźnie określony od samego początku. Trudno byłoby mi nie zdradzić siebie, pozostać wiernym emocjom, kiedy stanąłem wobec kontrowersyjnego problemu czarnych i białych. Byłem przede wszystkim dziennikarzem, ale stale musiałem pamiętać, że ważniejsza jest wierność własnym przekonaniom. Musiałem też znosić udrękę obiektywizmu i starać się unikać intelektualnych uprzedzeń, jakie subiektywizm może spowodować u reportera. Byłem reporterem i miałem wypełnić swoje zadanie, tak jak tego oczekuje się od reporterów, bez emocjonalnego zaangażowania.


Czarne Pantery
Cleaver zapalił papierosa, skrzyżował nogi i przyjrzał mi się uważnie.
— Chcemy cię w partii Czarnych Panter. Mógłbyś zostać ministrem informacji. Wielu młodych poszłoby za tobą.
Całkowicie nieprzygotowany, przez chwilę nieco skrępowany, przemyślałem propozycję.
— To zaszczyt — powiedziałem w końcu— lecz…
— Potrzebujemy ciebie bardziej niż establishment.
— Jestem reporterem, straciłbym obiektywizm. Są sprawy, które chcę zrelacjonować.
— Bardziej mnie interesują silne młode jednostki, które przyjdą za tobą do partii — mówił dalej tonem bezkompromisowym, nieustępliwym.
— Moje zainteresowanie wykracza poza Czarne Pantery, dotyczy także innych mniejszości i frakcji ruchu czarnych, podobnie pragnących zmian.

The Learning Tree
Carl Mydans, wybitny dziennikarz i fotograf magazynu „Life” był szczerze zainteresowany moim dzieciństwem w Kansas i często zachęcał mnie, żebym o nim opowiadał. Pewnego piątku, kiedy opuszczaliśmy redakcję, powiedział:
— Nosisz w sobie materiał na niezłą powieść. Czemu jej nie napiszesz?
Moja redaktorka Genevieve Young cierpliwie opiekowała się mną na drodze do pierwszego bestselleru. Dzisiaj [2001] The Learning Tree jest nadal na półkach w księgarniach i salach lekcyjnych w całym kraju i czeka na 60 wydanie.
Aktor John Cassavetes zadzwonił do mnie pewnego wieczora z Hollywood.
— Właśnie skończyłem czytać The Learning Tree. Powinno się na jego podstawie nakręcić film, a ty powinieneś go reżyserować.
Zaśmiałem się.
— Dzięki, John, ale wiesz, że w Hollywood nie ma czarnych reżyserów. I obawiam się, że nie będzie.


Kenneth Hyman w prosty sposób opisał stojące przede mną wyzwanie:
— Przypominam sobie tylko dwóch reżyserów, którzy podjęli się podobnego zadania — powiedział — to Orson Welles i Charlie Chaplin.
Po czym obdarzył mnie szelmowskim uśmiechem.
— Ale ty, mój drogi, jesteś nie tylko autorem książki — jesteś też scenarzystą, producentem, reżyserem i kompozytorem muzyki.

Widok z wystawy "Gordon Parks. Aparat to moja broń" Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki, 2017, fot. Marek Krzyżanek

wystawa: zasoby Zachęty
książki Gordona Parksa opisane w miejscu fotografii:
- A Choice of Weapons
- The Learning Tree
- publikacje o życiu Parksa dla dzieci i młodzieży


środa, 13 listopada 2019

Gordon Parks: A Choice of Weapons

Stryker spojrzał na nie następnego dnia. [na zdjęcie Elli Watson American Gothic – przyp. JK].
-          A więc, podoba ci się? – spytałem zaciekawiony.
Uśmiechnął się i potrząsnął głową. „Więc?, nalegałem. “Pracuj dalej z nią. Zobaczmy co się wydarzy”, odpowiedział w końcu. Podążałem za nią prawie przez miesiąc – do jej domu, kościoła, wszędzie dokąd szła. „Uczysz się”, przyznał Stryker, gdy położyłem któregoś wieczoru przed nim zdjęcia. „Widać, że umiesz się zaangażować. Ta kobieta zrobiła ci niesamowitą przysługę. Mam nadzieję, że to rozumiesz.” Tak, rozumiałem. [Gordon Parks, A Choice of Weapons]  




“A Choice of Weapons” została opublikowana w 1966 roku. Gdzie był wtedy Parks? Był już od wielu lat „kimś”. Fotografował dla “Vogue” I dla “Life”. Był rozpoznawalny. Jego debiut książkowy – “The learning tree” zdobywał sukcesy.

"Wybór broni” to najważniejsza książka Gordona Parksa. Pierwsza autobiografia. Credo i pamiętnik. To historia, niemalże filmowa (choć żaden film na ten temat nie powstał, jeszcze). Amerykański sen, może nie o pieniądzach i pozycji w społeczeństwie, niemniej z pewnością z południa USA do Waszyngtonu i Nowego Jorku. O tym jak został fotoreporterem. Nie ma nic z tutoriala, podręcznika. Barwnie napisana historia o stawaniu się kimś, mimo przeciwności.

Gordon Parks, American Gothic, 1942, Washington D.C. [Library of Congress / Gordon Parks Foundation]

Dla fanów samej fotograficznej twórczości Parksa jest sama końcówka tej ksiażki. Od rozdziału 17 do 24 (ostatniego). Są tu wszystkie urocze historie o farcie! O pierwszej kliszy, o pierwszych zdjęciach – a zaraz potem pierwszej wystawie. O pierwszej sesji modowej, która nie wyszła jako taka, ale jedno dobre zdjęcie wygrało mu pierwszą stała klientkę.  Wreszcie o zatrudnieniu w Farm Security Administration. Jest także o najsłynniejszym zdjęciu „American Gothic”. O fotografowaniu Elli Watson. Aż do momentu, gdy fotografując czarnoskórych pilotów, dowiaduje się, że nie ma szans polecieć z nimi na front do Europy.
Cała książka to zmaganie się z przeciwnościami i rasizmem. Parks wypunktowuje każdy bezsens ówcześnie działającego prawa – sztuczne podziały i zasady – kiedy nie może usiaść w jednej przestrzeni z kolegami z pracy w czasue lunchu, kiedy mimo pustego autobusu pasażerka nie może usiąść tam, gdzie chce.

Kim jest Parks z tej ksiażki? Kelnerem, stewardem w pociągu, chłopakiem, który odśnieża ulice, bezdomnym, muzykiem pracującym w burdelu i dealerem narkotyków – jak podkreślał – niechcący i bezwiednie. To przede wszystkim jest wyjaśnienie credo samego Parksa – jak walczyć o równość społeczną, jak stać za swoimi przekonaniami bez względu na przeciwności. (Chyba wszystkie jego późniejsze ksiażki są dokładnie o tym samym). Tu jednak jest historia rodzenia się tego bohatera. Najtrudniejszy rok życia zostal drobiazgowo opisany… Czas dorastania wyjątkowo się skrócił i nadszedł niespodziewnaie i zbyt wcześnie. Gdy po śmierci matki, rodzina postanawia odesłać Gordona do starszej siostry mieszkającej w Minneapolis. Nie dość, że musi oswoić się z nowym miejscem, zapisać do szkoły, to natychmiast popada w konflikt ze swoim szwagrem.  Konflikt, który być może udałoby się załagodzić, lecz konflikt fatalny, przy którym żadna strona nie ustąpi. Tu byłby znakomity bohater tragiczny pierwszorzędnej literatury, pamiętamy jednak, że to drobiazgowe rozliczenie z autentycznymi wypadkami. Parks wybiera wolność i stoi za swoją dumą, nawet jeśli oznacza bycie bezdomnym w środku zimy, bezrobotnym nastolatkiem. Tu zaczyna się walka o przeżycie. Powieść sensacyjna. Gorzkie wspomnienia wszystkich pobić, wyrzuceń z pracy, obelg i wymuszonych życiem podróży. Czyta się to fenomenalnie, z wyobrażeniem – jakie miny musieli mieć ci, którzy onegdaj położyli kłody pod nogi Parksowi. Czy wspomnieli, rozpoznali?

Jak się uczył fotografii? Metodą prób i błedów. Nie miał nauczyciela, ale jak się okazuje był lotnym chłopakiem , w dodatku z nieprawdopodobnym fartem! W pociągu, w którym pracował, nocami – po zmianie, miał chwile dla siebie. Korzystał z nich ucząc się. Czytał i oglądał, co tylko się dało. Któregoś razu inny steward zagaił „Uczysz się, żeby zostać pierwszym czarnym prezydentem USA?”. Parks zmarł w 2006 roku. Nie doczekał więc Baracka Obamy na tym stanowisku. Pytanie o prezydenturę było mu sporadycznie zadawane przez całe życie. Zawsze w kpiącej formie.

W tym samym pociągu spotyka któregoś razu pasażera z charakterystyczną torbą magazynu „Life”. Oczywiście rozmawia. Od Roberta Capy słyszy zaproszenie, „przyjedź popracuj z nami w Life”. O „Life” będzie w kolejnej autobiografii. Tu w „A Choice of Weapons” jesteśmy na etapie Farm Security Administration. Spotkanie z Royem Strykerem, szefem fotografów, Parks opowiada bardzo dokładnie. Stryker przenikliwie pytał Parksa o jego cele w fotografii, o czym chce mówić, z czym chce walczyć. Tu gdzieś klaruje się tytuł-credo: aparat to moja broń.

Parks we wszystkich książkach zdaje sobie sprawę z sukcesu, który osiągnął. Opowiada o kulisach i o tym, że nic nie jest za darmo. Jego droga była inna, pełna uporu i dumy. „A Choice of Weapon” jest momentami trudne, przykre, dojmujące, amerykański sen nie dzieje się na pstryknięcie palcami. Walka z rasizmem i bigoterią stała się dla Parksa bardzo wcześnie życiowym celem. W tej autobiografii – w jakby drugim etapie życia – podnosi do oka aparat, jego broń.



[zdjęcia z ekspozycji "Gordon Parks. Aparat to moja broń" Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki, 2017 fot. Marek Krzyżanek]




* Inne wpisy / inne książki:



* o wystawie / zasoby Zachęty