Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znalezione w sieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znalezione w sieci. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 stycznia 2016

Polityk w swetrze i z kotem.

Wcale nie chciałam zajmować się fotografią polityczną. Naprawdę. Sama przyszła. Przyszła inaczej niż do każdego z nas, kiedy atakuje z bilbordów, spotów, internetu i zewsząd. Oczywiście gdy zbliżają się jakieś wybory. Wszędzie podobne twarze, neutralne tła, wszyscy w 3/4, uśmiechnięci (lepiej lub gorzej). Ot główki. No ileż można ich?!
Więc nie chciałam się zajmować polityczną fotografią, bo w niej na pierwszy rzut oka nic ciekawego nie ma. Nie ma tu, u nas, w Polsce. Po prostu jeden totalny brak. A potem przyszła do mnie, jak wspomniałam, sama. W postaci archiwum fotograficznego poprzedniego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Z grubsza około miliona klatek zrobione. Oczywiście świat widział promil, bardzo przebrane i mające sens, wybrane. No i tu już inna klasa. Reporterska robota, poziom niespotykany, ani tu, u nas, w Polsce, ani i poza nią. Gdzieś podobnie może na Ukrainie (od niedawna), może trochę w Skandynawii (ale bez przesady). Jest oczywiście jeszcze niedościgniony wzór - zdjęcia Pete Souza dla Białego Domu. No ale to przecież nie główki z bilbordów. To polityczny fotoreportaż. Poza oficjalnymi serwisami samych urzędów - gdzie właśnie niekoniecznie dba się o wizerunek i najlepszą obsługę, oglądamy czasem znakomite zdjęcia fotoreporterów z zewnątrz uczestniczących w wydarzeniach. 
Skoro zatem już temat fotografii politycznej przybył sam, trzeba się było rozejrzeć. No właśnie - w fotoreportażu było na co popatrzeć. W portretach, tak już mniej. A u nas w kraju, no to w ogóle na nic. [żale wylewałam nawet w druku]
Zdarzyła się kiedyś sesja byłej pani premier, od razu awantura. Trudno w takiej sytuacji silić się na coś nowego, próbować jakiś zmian, odważyć się wyjść przed szereg. Spece od wizerunku polityków mają pod górę z fotografią, ewidentnie. Ani jak ją robić dobrze, ani potem jak ich bronić. Może my nie jesteśmy gotowi - tak globalnie - my tu w kraju, na jakieś ekscesy, stylizacje, sesje nietuzinkowe, po prostu? 
Zwątpić można. A tu nagle, a wtem, najnowszy "Twój styl" a w nim: Robert Biedroń, były europoseł, prezydent Słupska - z kotem. Normalnie, w swetrze, kot na kołnierzu. I od razu miło, i ciepło, i wiemy, że Biedroń walczy o zwierzęta. Można? No można. 
Ciągle jeszcze nie jest to sytuacja domowa, półoficjalna, jak szwedzcy politycy potrafią - we własnym domu, w kuchni, salonie. Tu jest sesja, lampy świecą, jest makijaż i nawet kot pożyczony. Ale efekt wizerunkowy? Rewelacja! [Oczywiście nie sądzę by takie zdjęcie mogło się znaleźć w folderku przedwyborczym, czy na bilbordzie, bo to chyba jeszcze dla nas za wcześnie...] 

Po sieci krąży jedno jeszcze zdjęcie, polityka z kotem. Jedno ujmujące zdjęcie, dodam. Archiwalne, historyczne, dawne, prywatne. Nie ma lamp, makijażu, a kot własny. Jest poduszka z kotem, aniołek na ścianie i kapcie. Jarosław Kaczyński z kotem. I od razu miło, i ciepło, i wiemy, że... to polityk ceniący kawalerskie życie. [bo skądinąd wiemy, że losem zwierząt totalnie nieprzejęty]. 

Poza oczywistym podobieństwem tych zdjęć, poza uśmiechem państwa, którzy obejrzycie je w zestawieniu, jest gdzieś nostalgia za normalnym i niewymuszonym wizerunkiem polityka. Można tego dokonać - jak widać - wyjmując autentyki z archiwum (zdjęcie Kaczyńskiego oczywiście w żadnych oficjalnych rejestrach nie wystąpiło, nie grało na wizerunek polityczny) albo robiąc to dobrze - starannie planując profesjonalną sesję z kontekstem. 
Dalej czekam, aż coś się zmieni w tych portretach, coś jakby drgnęło na razie. Dobry kierunek...


fot: Iza Grzybowska/VOYK/dla Twój Styl: źródło:fb 
fot.nieznany autor / źródło: goldblog

poniedziałek, 29 lipca 2013

Fotoreporter w konflikcie czyli: Suder wracaj!

Wiadomo od lat, że nic tak nie podnosi ciśnienia jak komentarze z internetu. Artykuł artykułem, komentarze często nie dotyczą w ogóle tematu. Wszyscy wiedzą, że to strata czasu na czytanie, a jeszcze większa dać się złapać nieodpartej i niepohamowanej chęci odpisywania. 
W komentarzach do artykułu o porwaniu w Syrii Marcina Sudera znalazło się coś więcej niż "wina Tuska", wypowiedzi prostackie i antysemickie. Wychynęła totalna, ale po prostu bezdenna niewiedza na temat tego kim jest fotoreporter, po co robi zdjęcia, czemu się angażuje. Ileś osób ośmieliło się wyrazić te wątpliwości, a reszta? Czy wyraża to samo? Działa to jakoś procentowo? Nagminne było także powątpiewanie w szczerość intencji Marcina, niezrozumienie potrzeby robienia zdjęć w konfliktach. Jakieś 2, może 3 niedobitki starały się coś wyjaśniać na bieżąco. Pod lupę biorę dwie strony komentarzy: w wyborczej.pl i gazecie.pl. Zachowuję oryginalną pisownię. Oczywiście proponuję najpierw przeczytać artykuły. 


1. "Polski fotoreporter Marcin Suder porwany w Syrii" 

kat-kk: 
Co mnie obchodzi jakiś dziennikarzyna co się pcha w konflikty religijne?Tyle co Hoser obcinający głowy Tutsi.



cholenderstwo:
W siedzibie sił opozycyjnych urzędował?

A jakim prawem? Kaduka?
To tak jakby Wacek zdradzał Michnika z Chodorkowskim...




  • jean_zatapathique @cholenderstwo:

    "Urzędował"? Przebywał w biurze prasowym. Jeśli nie wiesz, to w takich miejscach reporterzy czasami bywają...
    Ech, kiepsko z edukacją w tym kraju, skoro pojawia się tyle wpisów, świadczących o braku zrozumienia prostego artykułu w prasie (na dodatek tabuny takich samych inteligentów spieszy "przybić im piątkę").


  • jean_zatapathique@hen-live:

    Nie zrozumiałeś chyba za dobrze tego, co przeczytałeś. Porwali go najprawdopodobniej islamscy radykałowie. Uprowadzili go z biura prasowego sił opozycyjnych (więc to nie opozycjoniści go uprowadzili). Należy rozróżnić liberalna opozycję od radykalnych islamskich rebeliantów. To dwie siły, które walczą między sobą o objęcie władzy na wydartych al-Asadowi ziemiach. Zachód wspiera liberałów, a więc nie porywaczy polskiego fotoreportera. 
    Co do samego reportera, to oczywiście - wybrał dość niebezpieczny zawód ale na takich ludzi jest zapotrzebowanie. Gdyby nie oni nie wiedziałbyś co się w takich miejscach dzieje. Nie liczę, że docenisz jego pracę ale może stać Cię choć na ludzki odruch.


antyclon:

pomagał im to dostał zapłatę, mam dla niego 0 współczucia !


2. "Marcin Suder - polski dziennikarz porwany w Syrii"


wiceherszt:
(...) I co to teraz będzie? Przyjdzie bratać się z szatanem, sprawującym tam akurat władzę i prosić o pomoc w uwolnieniu gryzipiórka...

c.t.k @wiceherszt:
Mam nadzieję,ze MSZ ruszy dupę i nie zostawi go bez pomocy jak było to w przypadku tego nieszczęśnika Stańczaka,porwanego w Pakistanie.

wiceherszt@c.t.k:
A dlaczego niby MSZ miałoby "ruszać dupę"? W przypadku nieszczęśnika Stańczyka faktycznie mogli podjąć jakieś działania, bo to był bogu ducha winny inżynier, który pojechał tam w ramach kontraktu. Tutaj mamy "wolnego strzelca", który na własną rękę jedzie do kraju, o którym MSZ już od dwóch lat huczy, żeby do niego nie jeździć, chyba że szuka się guza. 
Mimo to koleś pojechał i znalazł. I co według ciebie ma zrobić MSZ? Płacić za niego okup z moich podatków? A czemu to niby? Wysyłać noty do władz syryjskich? To przyjdzie odpowiedź, że facet dobrowolnie udał się na niebezpieczne tereny kontrolowane przez bandytów, więc to raczej normalne, że ci zachowali się po bandycku.

c.t.k@wiceherszt:
Ano dlatego,że jednym z głównych zadań MSZ jest;"reprezentowanie i ochrona interesów Polski i jej obywateli".

born8 @kinskyart
W sumie dzięki takim ludziom wiemy, co się tam dzieje. Pewnie nie robi tego za darmo (może uzależnił się od adrenaliny, reporterzy zazwyczaj tylko robią materiał, obcując z cierpieniem, ale nikomu nie pomagają, wszystko to jest dla mnie trochę dwuznaczne, nie mógłbym tak pracować, zrobić wywiad z biedna wioską i wsiąść w helikopter), ale ryzykował życiem, żeby swiat się dowiedział, co się tam wyrabia. 
Zobaczymy, jakie są realne możliwości polskiego MSZu. Kto to wie. Gdyby mogli coś zrobić, na pewno nie wydawaliby takiego oświadczenia, ktore odcina się od wszelkiej odpowiedzialności. A sprawa z ubojem z pewnością nie wpłynie dobrze na reakcję Izraela po prośbach o pomoc, tak samo, jak obojętność wobec strajku izraelskiego MSZu przeciwko temu p.ojebowi, który tam rządzi.

minipolak:
Po co tam pojechal. Przeciez oni i tak swoje zbrodnie puszczaja na youtube.

heliheli: 
chybabym sie nie czul bezpiecznie jadac gdziekolwiek jako wyslannik agencji Melon ..... mowie calkiem serio .

mniklasp:
Czy nie lepiej dla niego bylo jechac do Londynu i czekac na urodziny royal baby. Milo, cieplo i bezpiecznie.Tak robi kazdy normalny reporter, Polak musi jechac pod lufy poniewaz to jest jedyny ochotnik na swiecie z reporterow ktorzy za pare zlotych jada pod ogien zeby ludziska wiedzialy i widzialy. Czy to nie jest patetyczne?

jkredman: (...)
drugi ciekawy problem to ta agencja Studio Melon - agencja reklamowa Izabeli Bil i Andrzeja Wyszyńskiego, po kiego jej potrzebne zdjęcia z teatru wojny, czym oni się faktycznie zajmują czy na pewno reklamą czy to tylko przykrywka,


doomsday:
Żyd czy nie , szkoda chłopaka. Młody jeszcze był, tylko 34 lata. Niektóre inne kraje do takiej roboty wysyłaja tylko facetów prawie w wieku emerytalnym, często rozwodników z alimentami o wyrażnych skłonnosciach samobójczych. Taki wie, że moze zginąć, godzi się na to i dlatego tam jedzie. Dziadoskie służby mamy, dla których życie Polskiego młodego Żyda jest bez wartości. A przebrać za reportera i wysłać tam jednego z drugim grubego generała z dużą dupą. Oni wolą walić dziewczyny na miejscu w pracy, jak ten gen. Marzec z Opola, niech gina młodzi.


45rtg:
Pojechał zarabiać na ludzkich tragediach aż w końcu jego dopadła nieprzyjemność.

tomtey:
jak On
jest dziennikarzem to ja jestem biskupem ,do kogo takie teksty,czy ludzie nie myśla

asxc:
Przepraszam bardzo a po co on tam w ogóle pojechał ? Porobić sobie zdjęcia popalonych dzieci a potem sprzedać je z zyskiem ? KAżdy zawód niesie jakieś ryzyko...jak się nie podoba niech zostanie hasjerem w biedronce.

mangusta3@asxc:
A może po prostu pojechał żeby pokazać prawdę o salafickich mordercach, zawodowych terrorystach al-Kaidy i zagranicznych najemnikach werbowanych w krajach arabskich czyli o tym o czym milczą media w Polsce...

mis3zen: 
foty super ale nie warte ryzyka www.studiomelon.pl/#index.php?m=m&id=135

josif47:
Sam sobie winien !....Szukal guza ?...to go znalazl.....

drive55: 
Polacy to naród debili i samobójców. Jak nie odpadanie od ściany podstarzały prezes to się to się utopi na 200 metrach jakiś mistrz świata w nurkowaniu,a teraz mamy się przejmować kimś kto się naogąldał filmów sensacyjnych. Obrzydzenie mnie bierze do takich wiadomości.

leser.1:
Dziennikarze mieszczą się w granicach pojęcia "dog`s of ware".
Zamiast kałacha, czy m-16 maja aparat "sony", ale po jaki ch.j tam jadą?

cracovpl:
Jakoś mi nie jest żal fotoreporterów którzy żerują na ludzkiej tragedii.
Przecież wszyscy wiemy co się tam dzieje i bez ich zdjęć.


Komentarz, który spowodował chęć powrócenia do innych, wybrania - zapadł mi szczególnie w pamięć, oto on:


calmy:
Freelancerem? W pewnym sensie? Co to znaczy w pewnym sensie? Dlaczego polskie agencje oszczędzają na akredytacji? Co to za dziadostwo? Czy też może próba pozbycia się odpowiedzialności?
W każdym razie biedny człowiek. Dużo szczęścia mu yczę. Będzie potrzebował.


To zacznijmy od słowa fotoreporter i jego charakterystyki. To dziennikarz. Pewien rodzaj dziennikarza, który posługuje się obrazem (słowo 'gryzipiórek' doprawdy nie pasuje). Łatwiej w opisaniu tego zawodu mają ludzie posługujący się językiem angielskim. Mowa tam o 'photojournalism' - czyli dziennikarstwie fotograficznym. Dla nas te dwa słowa są chyba za długie, bo doprawdy nieczęsto się słyszy to określenie. Aha, Marcin Suder jest fotoreporterem, a zatem jest dziennikarzem. (pozdrawiam biskupa!)

Po co fotoreporter ma gdzieś jechać? Zawsze wydawało mi się to jasne i oczywiste. Ale warto może wyartykułować. Żeby zrobić komuś/czemuś zdjęcie trzeba obiekt umieścić przed obiektywem. To najprostsze wyjaśnienie. Jeśli ktoś chce zrobić zdjęcie jak ludzie żyją daleko w świecie - nie ma wyjścia, trzeba tam pojechać. Nie na wycieczkę, nie przy okazji urlopu. Właśnie - motywacja. Choć także: misja, zaangażowanie, powołanie. Zwykle jest ich kilka. Wśród nich są z pewnością gdzieś, na którymś miejscu także pieniądze. Także, gdzieś. Umówmy się, do rejonów konfliktów nie jedzie się po pieniądze. One są pochodną, jeśli się zrobi dobrze swoją robotę. Są w domyśle. I jeszcze drobiazg: to nie są kokosy, nie dolary leżące na ścieżkach, które proszą fotoreportera o zabranie do domu. Może drobny cytat: 
Samuel Aranda: W Polsce jest bardzo wysoki poziom fotografii. Na prawdę widziałem świetne materiały. Zdaje się, że macie tutaj problem, identyczny z sytuacją w Hiszpanii. Wielu znakomitych fotografów musi szukać klientów za granicą. To przykre, że nie znajdują zleceniodawców w kraju. 10 lat temu pracowałem dla dużej gazety w Hiszpanii i płacili dobrze, można było z tego żyć. A dziś? Płacą najdalej 50 euro za zdjęcie. Jeśli, by je zrobić musisz lecieć do Kairu, powiedzmy za reportaż zapłacą 100 euro, to nawet nie starcza na bilet. [z rozmowy dla FOTO]
Jasne? Czyli motywacja nie jest spieniężalna. Są wśród fotoreporterów pchających się w konflikty ludzie, którzy 1/ chcą opowiadać trudne historie; 2/ naświetlać tematy, by wiedzieli o nich inni; 3/ sprawozdawać, dostrzegać, wskazywać, dowiadywać się, poznawać, itd...  i tak do 10. Pewnie na miejscu około 11 pojawia się może kwestia adrenaliny a może i myślenia o sławie, publikacjach, wystawach, wygranych w konkursach. Tym podobne. Ci, którzy jadą tylko po wpis do cv - oczywiście mogliby zostać w domach, nie są dobrze widziani, oceniani. Umówmy się, że takich jest niewielu.

Wiek fotoreportera wojennego. Ktoś z komentujących miał kłopot z tym, że giną młodzi. No tak, bo niedoświadczeni? Niezupełnie. Żeby pchać się w rejony konfliktów - dobrze, o czym wspomina Filip Ćwik w rozmowie dla Newsweek.pl - nie być uwiązanym. Być wolnym ptakiem, bez rodziny. To raczej dotyczy pełnych energii młodych ludzi, często niezdających sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Inne kraje robią inaczej? No tak, są w tym zawodzie sławy - nie gwiazdorzy jednej klatki, ale wieloletni mistrzowie fotografii z konfliktów, a wśród nich najważniejszy, "War Photographer" - James Nachtwey. Nie ma może sensu ich tu wszystkich wymieniać. Są niemłodzi, to prawda. Większość jednak reporterów odpada z tematów konfliktowych z wiekiem, czasem, z rodziną, odpowiedzialnością, zdrowiem, psychiką, itd... Niewielka część pozostaje. Nie czyniłabym z tego reguły. Wiek po prostu nie ma totalnie nic do tego. 

Po co się opowiada historię obrazem? Umówmy się - to działa. Po co czytać setki, tysiące słów artykułu? Wnikać w geografię, ekonomię, politykę, religię i sięgać jeszcze do pięciu pokoleń wstecz...? Jest obraz - jest temat. A jak nie ma obrazu - obraz trzeba jakoś zamarkować, jakoś skonstruować. (co widzimy w coraz weselszych i śmielszych propozycjach internetowych pisemek). (Więc nie - człowieku, nie wiesz bez zdjęć co tam się dzieje...). Skoro jednak mamy fotoreportera, który przypadkiem jedzie gdzieś po zdjęcie - to mamy je. A jeśli je mamy - jeśli się je poda czytelnikowi - ten lub ta - może przeczyta tekst, w każdym razie kupi gazetę. Tak to przynajmniej działało w teorii jeszcze niedawno, do tego potrzebny był sztab ludzi od laborantów przez fotoedytora, do redaktora artystycznego i w końcu kogoś, kto potrafi przygotować zdjęcie do druku. Dlatego tak ubawił mnie komentarz o dostępności informacji na YouTube. Tak, jasne, seriously? 

Fotografia zmienia świat. Udowodniono to już nie raz. Pierwszy i wielki raz - był poprzez zdjęcia Lewisa W. Hine'a, który czytelnikom amerykańskim pokazał na zdjęciach pracujące dzieci. Gazeciarza w wieku 4 lat, tkaczkę w wieku 8 lat, itd, itp. Naród dał wyraz swojemu oburzeniu - zmieniono wówczas prawo. Wprowadzono regulacje, wiek ochronny, itd, itp... Ale jednak - nikt do konfliktu nie jedzie aż po takie zdjęcia. Pewnie, że byłoby to COŚ, gdyby przez zdjęcia skończyła się jakaś wojna. Ah. Choć właśnie w pewnym sensie, choć nie tak bezpośrednio - coś podobnego zdarza się, gdy oglądamy te straszliwe fotografie. Dowiadujemy się. Już nie możemy udawać, że nikt nam nie powiedział. To co zrobimy z tą wiedzą, to już inna kwestia. Ale ktoś nam o tym opowiedział. Był, widział, zrozumiał, zredagował i podał. A może bohater zdjęcia będzie miał odmieniony los - jak Bibi Aisha, bohaterka zdjęcia Jodi Biber? 

Tak, i jeszcze raz głośno tak: fotoreporter jedzie na koniec świata, naraża swoje życie (choć właśnie robi wszystko by jak najmniej ryzykować), byśmy mogli obejrzeć (przeczytać), żeby mogło do nas dotrzeć to co i jak dzieje się z innymi. 
A propos hien, sępów i tym podobnych porównań o żerujących i szukających - no cóż... spróbujmy z zagadką: 
- Co fotoreporter robi dla bohatera? 
- Opowiada o jego/jej życiu, życiu codziennym, wskazuje problemy. [By o tym mówić - przejechał spory kawał świata, przeczytał sporo książek i tekstów, rozmawiał z wieloma różnymi ludźmi, zrozumiał cały kontekst, itd...aha, ma sprzęt i umie fotografować.]

- A co robi czytelnik dla tego samego bohatera? Dla tych, o których był dany artykuł? Obejrzał zdjęcie, i...?
- ....
Halo? Halo? 
Może chociaż odrobinę współczucia? Ciut? Niestety rzadkością jest czytelnik, który zainteresowany tematem grzebie dalej, dopytuje, doszukuje. By wiedzieć. Błędem statystycznym zaś ten, który pójdzie dalej - poszuka akcji humanitarnej, która działa w rejonie, powie o tym innym, włączy się - by coś zmienić. Coś autentycznie zmienić. Reszta, większość przytłaczająca - przewraca stronę; lajkuje bez zaglądania w artykuł, linkuje bez sprawdzenia treści. I teraz drobiażdżek - kto kogo powinien nazywać fascynatem sensacji? 

Dla opornych dodam jeszcze - fotoreporter, jak każdy dziennikarz przestrzega pewnych reguł: etyki. Nie manipuluje, nie kłamie, nie udaje, itd. O innych nie warto wspominać, a ich zdjęcia nas nie porwą zapewne. Ostatnia kwestia: dla kogo to robi i czyja to wina. Marcin Suder współpracuje z agencjami Corbis i Melon. Ale żadna z tych agencji go tam nie posłała. Oto wielki smutek i dramat naszych czasów. Redakcje zatrudniły księgowych, którzy zatrudnili badających rynek (a może odwrotnie?) i z badań dowiedziano się, że za zdjęcia się przepłaca oraz, że ludzie wcale ich nie chcą. Pomysłów na to co komu i kiedy i jak bardzo uwierało jest wiele, efekt jest taki, że za zdjęcia płaci się mało, fotografów zwalnia z etatów, na miejsce nie wysyła się swoich ludzi, bo można polegać na materiale tambylców. Jest jednak gatunek niepohamowany, który nie potrzebuje zlecenia, opłaconego przez redakcję/agencję lotu, wygodnego hotelu na miejscu. Ten gatunek nazywa się freelancer, wolny strzelec. W przypadku fotoreportera - to niepohamowanie to właśnie poczucie misji, potrzeby, konieczności działania - powołania. Kłopot w tym, że zapomina się powszechnie, że jest to zawód. Praca. Nie wolontariat. 
Faktycznie wysyłając się sam - sam ryzykuje. Jego potknięcie kosztować będzie jedynie jego, dalej także rodzinę, znajomych. No właśnie, i oczywiście MSZ. Nikt nie ponosi odpowiedzialności, nikt nie wypłaci grosza rodzinie, pewnie i ubezpieczyciel zasugeruje niezbyt ostrożne prowadzenie się. Globalnie - przestano się tym zajmować. Protestujących jest coraz mniej. Fotoreportaż jakąś chwile temu uznano za zawód kończący się.
Mówiąc prawdę - ani Studia Melon, ani Corbis, ani rządu, ani MSZ'u nie ma co winić. Winni są ewentualnie wydawcy. Choć nie bezpośrednio. Wszystkie te czynniki, które sprawiły, że fotoreportaż stracił swoją cenę, z nim zaś niestety życie reportera. 

Wracając do tematu i zmierzając do zakończenia. Marcin Suder oraz Miłosz Brzeziński starali się (w 2012) rozpropagować temat zachowań i postawy Josepha Kony'ego oraz jego Armii Bożego Oporu w Ugandzie. Potwornej i skandalicznej sprawy, przemilczanej przez media. Jest bardzo ciekawa rozmowa w TVN o wyprawie Sudera do Ugandy i przede wszystkim - odpowiedź po co TO robi. 


zrzut ekranu / źródło TVN 


Marcin, środowisko jest po Twojej stronie - dziennikarskie i fotograficzne. Inni ludzie tkliwi i czujący, którzy mogą się nie znać na zdjęciach - też są po Twojej stronie. To zaledwie garstka idiotów nie wie o czym mówi. Może właśnie dzięki Tobie się coś niecoś oświecą. Wracaj cały i zdrowy! 


Dwie bardzo ważne rozmowy o porwanym Marcinie, o pracy fotoreportera i sytuacji w Syrii:
z Filipem Ćwikiem: "Zawód fotoreporter"

Zdjęcia Marcina Sudera: w Corbis / w Studio Melon

wtorek, 12 lutego 2013

Kuśmirowski: zakład nowoczesnej fotografii


Carte de visite, w skrócie cdv, czyli karta wizytowa. To poprzedniczka dzisiejszych wizytówek. Dzięki temu wynalazkowi pakujemy zdjęcia do albumów (może jeszcze?). A wynalazek odmienił świat, wprowadził euforię portretowania. W 1854 roku Disderi, francuski fotograf, a właściwie: Andre Adolphe Eugene Disderi, pokombinował z ekonomią fotografii. Podzielił szklany negatyw na kilka części, kolejno przesuwanych i naświetlanych i voila! - na dotychczasowym negatywie, z którego wychodziło 1 zdjęcie, mamy ich 8! Genialnie proste! Proste, tanie, i nagle fotografować się mogli także ci mniej zamożni. Efekt? Kolejne bez mała 50 lat królowania kart wizytowych. Z wzlotami i troszkę mniejszymi wzlotami. A to karty kolorowane, a to z obwódka, fazowane, złocone, tłoczone, kolejne mody przedstawiania, itd... Potem mania zbierania i rozdawania, układanie własnych kolekcji - moi ulubieńcy, moja rodzina, moi znajomi, ludzie, z których poglądami się utożsamiam, itd. itp, no i albumy - "facebook" XIX wieku. Z pozytywką, z lusterkiem, z szufladką, kłódeczką, złocenia, rysunki, grawiurki, itd, itp. Prawdziwy przemysł. 

Format, no właśnie - wizytówkowy. 10 x 6,5 cm. Wszędzie. Oczywiście milimetr czy cztery w jedną lub w drugą, tekturka mogła może bardziej wystawać, bo okazalsza była. Ale wszędzie jednakowo: Warszawa i Paryż, ale i Moskwa i Nowy Jork. Albumy można było ciąć uniwersalne - jednakowe okienka. Z czasem formaty się powiększały i zmniejszały, ale wówczas nazywano te nowe wymiary: gabinetowe, promenade, princess, imperial, itd... Takich rodzajów nie więcej jak 12. Znowu produkcja ruszyła na okazalsze albumy i bardziej wymyślne. 

A jeszcze rewersy! Też nie wzięły się znikąd. Pierwsze cdv były robione na papierach albuminowych, cieniuteńkich, łatwo się rwących, gnących i straszliwie delikatnych. Trzeba było je kleić na tekturkę. I tak wręczać klientowi. A po co taką pustą tekturkę oddawać, skoro można klientowi zapisać gdzie zrobił zdjęcie, by pamiętał dokąd przyjść po kolejny zestaw zdjęć. Tu się zaczyna prawdziwa poezja tych kartoników: klisze przechowują się, na życzenie można mieć odbicia, niepogoda nie robi różnicy w zdjęciach... Tak podpisywały się na zachętę warszawskie zakłady. 
Gdy tylko fotograf otrzymał medal na wystawie, natychmiast zmieniał rewers. Zmieniał adres - również. Z czasem zdobienia rewersów urosły do sztuki samej w sobie. Taki litograf też się podpisywał, w końcu projekt był unikalny, jedyny, esyfloresy takie a nie inne. Z czasem secesyjne, potem bardziej kanciaste. Znaki czasów. No i numer telefonu, bo w końcu ułatwienie. 
Karty wizytowe datuje się stosunkowo nietrudno. Patrzymy na strój chociażby, konwencję i pozę, rewers mówi bardzo wiele (przez daty zdobycia medali i nagród, na przykład.) Wnikliwsi mogą oceniać po wystroju wnętrza, rodzaju papieru czy używaniu tłoków i pieczęci, złoceń i podobnych. 
Karty wizytowe były powszechne. Nie były oznaką statusu. Były tanie. Z czasem też produkowano zupełnie uniwersalne "souvenir" - karty "anonimowych" fotografów. 
Warto pogrzebać w albumach pradziadków. Może tam takie grubsze zdjęcie gdzieś tkwi, może to jakiś ważny zakład? Takie zdjęcia się też zbiera i kolekcjonuje. No bo może Beyer, Brandel, Mieczkowski, Rzewuski czy inny sławny zdjęcie zrobił. Są zbieracze patrzący jedynie na portret - bo nietypowy, bo sławni ludzie, bo konwencja pasuje itd. Ale są też kolekcjonerzy rewersów. Ich właśnie pozdrawiam. 

Są strony, dość popularne w Niemczech, Austrii i kilka także w Polsce, gdzie gromadzone są "komplety" rewersów. Bardzo to pożyteczne bazy danych i ułatwiają odnalezienie zakładu, który działał powiedzmy rok i potem zmienił adres. Oczywiście żaden z nich nie wyczerpuje tematu, ale i tak zagrzewa do walki. 

Ale do rzeczy. Po co ten wstęp i po co ten temat. 
Czy Państwo rozpoznają mężczyznę ze zdjęcia? Dla utrudnienia jest podpisany. Przypuśćmy, że nie znamy. Zdjęcie jest właśnie kartą wizytową. Wersją bardziej ambitną: obwódka, złocenie, rogi ścięte, trochę niechlujnie, pewnie by wcisnąć w album. (A bywają fantastycznie wycinane by tylko pasowały do albumów!). R. Kuśmirowski. Kraków. Na rewersie dodatkowo "Melonik", "Zakład nowoczesnej fotografii" i spis nagród w gustownym drzewku: Grand Prix Paris 1908, Najwyższe Odznaczenie Fachowe 1912, 6 medali, 3 ordery, gratulujemy! Jest oczywiście adnotacja "Klisze przechowuje się celem dalszych zamówień i powiększeń", Podano ołówkiem numer kliszy, by tym sprawniej klienta zadowolić przy następnej potrzebie. Poniżej, jak przystało: adres, telefon, email. Tak jest: telefon dla porządku: komórkowy no i adres email.

Przy adresie jest też nazwa pełna, mniejszymi literkami: "Zakład Fotografii Objazdowej - Melonik - / Galeria Potocka, biuro organizacyjne Muzeum Sztuki Nowoczesnej / w Niepołomicach, pl. Sikorskiego 10". Karta jest też pięknie postarzała. Zdjęcie nie jest na albuminie, jest cieniutkim papierem, ale spod niego wychodzi faktura tektury (co nie było zbyt częste, a raczej wytarły się przez wiek ponad). Złotko jest tez podejrzanie nie wytarte, może zbyt świeże, gdy ma się porównanie... Rewers postarzały, ale też zadrukowany współcześnie, co pewnie badacz papieru oceniłby na dotyk, ja zaś poznaję po rastrze (mora? nawet nie wiem jak to fachowo nazwać) na skanie (widać na zdjęciu poniżej). Wygląda niemal jak wizytówka z początku XX wieku. I poza!

Robert Kuśmirowski - jeden z ważniejszych i ciekawszych polskich artystów, pochodzi z Łodzi, urodził się w 1973 roku. Recenzja jego wystawy we Frieze zaczyna się dość dobrze charakteryzującymi artystę słowami: "wydaje mi się, że Robert Kuśmirowski nie został stworzony do tych czasów". Wystawiał w kraju i za granicą. Wiele razy w swojej twórczości podejmuje temat używania fotografii, posługiwania się obrazami, bycia widzem, użytkownikiem. Jego prace nie są zresztą łatwe do zaklasyfikowania. Wiele prac to akcje i performanse, są też instalacje i malarstwo i fotografia, i... "Masyw kolekcjonerski" i Studio objazdowe "Melonik" to jego działanie z Galerii Maszy Potockiej z 2005 roku. Nówka sztuka! 

Wejście w konwencję jest totalne. Sprawdzam na tym zdjęciu słuchaczy swoich wykładów, czy śpią czy patrzą. Zwykle Kuśmirowski przechodzi niezauważony. Zdał egzamin, autentyk CDV z XIX/XX wieku. 

Tym bardziej zdał egzamin na...allegro! 
Kartonik trafił w ręce - antykwariusza, handlarza, allegrowicza. Trafił prosto w kategorię: "Stara fotografia", która jest w kategorii "Antykwariat", która z kolei w dziale "Antyki i Sztuka". Opis bardzo zdawkowy: "KRAKÓW MĘŻCZYZNA W ATELIER MELONIK R. KUŚMIEROWSKI,ZDJĘCIE NA FIRMOWEJ TEKTURZE, FORMAT 10,5 CM / 6,5 CM." Zdjęcie awersu i rewersu. Voila!


Nazwisko z błędem, no trudno. Sprzedający nie wczytał się w rewers i nic go nie wyprowadziło z mniemania posiadania autentyku-starego zdjęcia. Może i lepiej, bo inwencja sprzedających na allegro bywa porażająca czasem (proszę zerknąć w dowolną aukcję z cdv, może losowość będzie szczęśliwa). Kupujący chyba też się ponabierali, licytowali nie jak za Beyera, ale może za jakiś przykład młodszego (no bo już XX wiek) ale nieznanego atelier, którego to rewersu jeszcze nie mają?! 
Upewniłam się, że Kuśmirowski nie figuruje w zbiorach rewersowych kolekcjonerów (jeszcze?!). Na razie trafił w allegro do antykwariatu, i to chyba znakomity epizod dla tej pracy. Dla mnie miód-malina, absolutnie poważnie: wielkie entree. 

Dodam jeszcze cytat z Karola Sienkiewicza, który opisał działania Kuśmirowskiego dla Culture.pl: Przez krytyków i interpretatorów swojej sztuki Robert Kuśmirowski nazywany jest "geniuszem atrapy", "genialnym imitatorem", "fałszerzem i manipulatorem rzeczywistości". Większość jego prac oparta jest na rekonstrukcji i kopiowaniu starych przedmiotów, dokumentów, fotografii, a raczej tworzeniu ich łudząco podobnych imitacji. Zazwyczaj nie mają one swego określonego pierwowzoru, a jedynie przywołują kulturę materialną pewnej epoki. I dalej: odwołuje się do pamięci, historii i nostalgii, jaka towarzyszy kulturze wizualnej z odległej i nieco bliższej przeszłości powoli znikającej pod kolejnymi warstwami. Dzięki temu w jego pracach ujawnia się też wątek wanitatywny - odtwarzanie minionej kultury materialnej staje się sposobem podejmowania tematu krótkotrwałości, przemijalności i śmierci. 

Z pozdrowieniami i brawami dla Roberta Kuśmirowskiego (który mam nadzieję, nie będzie miał za złe tej technicznej wnikliwości co do odbitki). 

linki: 
o cdv może z angielskiej wikipedii
Robert Kuśmirowski:

sobota, 10 listopada 2012

schować matkę!

Portret dziecka / schowana matka, Fourie, Bordeaux, cdv / zbiory prywatne. rep. jk

Jakiś czas temu w sieci natrafiłam na całe zestawy zdjęć dzieciaczków z XIX wieku z ukrytymi rodzicielkami.  Sprawa była, na to wychodzi, dość popularna, a raczej - pragmatyczna. Kobieta (choć to kwestia otwarta czy była to faktycznie matka, a nie siostra, opiekunka, itp) jest na fotografiach dzieci czasem schowana pod kotarą (obrusem, tkaniną, zasłoną, itd), skulona za krzesłem, kwiatkiem, meblem. Po co? Generalnie by przytrzymać dziecię nieruchomo do zdjęcia. Może by towarzyszyć i - paradoksalnie - nie znikać, nie pozostawiać dziecięcia samego? Sprawa dość użyteczna, bo wyobraźmy sobie juniora przed kamerą w studio, które ma usiedzieć bez ruchu przez kilka ładnych sekund. Oprócz trzymania i uspokajania dziecka, kobieta mogła również służyć za swoiste i specjalne krzesełko - umieszczając dziecko na odpowiedniej wysokości przed statywem (oczywiście w sytuacji gdy w studio takich specjalnych mebli dziecięcych nie było).

Istnieje jeszcze jedna teoria, jej ślad znajdziemy w komentarzach pod jednym z takich zestawów sieciowych. Pewni hobbyści, czyli badacze-amatorzy są zdania, że najczęściej matki (umownie nazwane schowane kobiety) trzymały dzieci zmarłe. (dyskusja pod zdjęciami: tutaj)O fotografii port-mortem akurat wiele można poczytać i posłuchać (niedawno Jacek Dehnel w DSH w Warszawie). Był to zabieg bardzo częsty, by zmarłe osoby - a w szczególności dzieci zanosić do fotografa. Pozowano je na śpiące, i po tym głównie rozpoznajemy konwencję. Rzadko kiedy jest to trumna, raczej kołyska, łóżeczko, szezląg. Faktycznie jeszcze rzadziej, pozowano zmarłe dzieci na żywe - otwarte oczy, przyjmujące jakiś gest. 
Przykład fotograficzny powyższy jest zdecydowanie schowaniem matki pod żyjącym i żywotnym dzieckiem, które i tak ruszyło nóżką i rączką. 

Przy tych szalenie zabawnych przypadkach chowania matki (ciągle i dalej umownie) - zastanawiam się właściwie po co to robiono? Jedyne co przychodzi mi do głowy, to właśnie kwestia matkowania. Dlaczego matka miałaby znikać ze zdjęcia? No chyba, że to nie matka? 

Będę wdzięczna za podrzucenie wyjaśnienia, podzielenie się pomysłem czy własnym zdaniem, ewentualnie bibliografią i przypisem. Dlaczego i po co chować matkę!?!



więcej przykładów:...
Jest jeszcze jedna uwaga, zanim zajrzycie na strony z podobnymi zdjęciami. Potem patrząc na zdjęcia maleństw sprzed wieku, będziecie pewnie już zawsze szukać tych schowanych matek. Gotowi?
a gdybyście mieli swoje przykłady w archiwach, można się podzielić na flickr - istna kopalnia!

środa, 24 sierpnia 2011

kwestia wiary to bardzo trudna kwestia w dobie GMO i nowego dokumentu

Zorka Project - Kajetan Pisarzowic ze swoim przyjacielem Martinem Sterbą, Przeciętni (zdjęcie pochodzi z materiałów organizatora). Źródło: 0.pl

Dzisiaj Prezydent zawetował ustawę o GMO, co jest o tyle pierdylierdoznacznym tematem wielu niusów portali informacyjnych, że w sumie znaczy niewiele. Do tej pory nie mam pewności, czy cukinia, którą przed chwilą spożyłem, była GMO, czy nie była, choć chwilę wcześniej została zerwana z z macierzystej rośliny u mnie w ogrodzie. Ruch Prezydenta też jednoznacznie nie określił, czy jest problem GMO, czy nie. Czy jest za, czy przeciw. Brak pewności to jednak dzisiaj przeczucie, które sponsoruje dzień.

W pociągu mój kolega zareklamował mi poczęstunek jabłkiem, które jest dobre, bo jest zdrowe, bo jedzą je robaki, nie jest polerowane, a nawet nie jest umyte. Czyli dobre jabłko to złe jabłko. Albo inaczej - idealne jabłko to jabłko nie zdrowe.

W dalszym ciągu mam też niepewność o należne mi zapłaty za faktury, bo pewnie mój kontrahent już zaciera sobie łapy na podatek, który dzięki nim sobie odetnie, a ja ciągle czekam na ekipę rządzącą, która nie zezwoli na zaksięgowanie niezapłaconej faktury.

Wreszcie niepewność dotyczy też powyższej fotografii duetu Zorka Project z cyklu Przeciętni. O ile z widzenia znam Martina Sterbę, to znam w relacja koleżeńskich Grześka Klatkę. Na fotografii jeden z jej bohaterów to teoretycznie Martin, a praktycznie Grzesiek. Co lepsze, sprawa niedawno burzowo przetoczyła się wśród naszych, w sensie na uczelni, rozmów już dwa miesiące temu, a opis dalej funkcjonuje taki, a nie inny. To potęguje niepewność, czy Zorka Project toczy z widzem nierówną grę, w której traktuje nieświadomość, albo raczej ufność widza, jako obiekt gry, czy jest to zamierzenie, które ma podważyć kolejne tezy o nowym polskim dokumencie, który raczej wydaje mi się np. starym czeskim dokumentem zaszczepionym na polskiej ziemi. Niemniej niepewność pozostaje. Nie jest to kwestia złości czy jakiegoś negatywnego odczucia, lecz po prostu ciekawość, na ile można ufać twórcy. Rozumiem, że karygodne jest kopiowanie cieni wróbli na dachu przystanku autobusowego, ale to dla mnie taka manipulacja, jak doświetlanie nieba pod powiększalnikiem, by było bardziej "dramatyczne". Ale zmiana treści merytorycznej w zestawie, który ma pokazać pewien fenomen, obraz przeciętności - i tu mam wątpliwość, co to jest.

I teraz powstaje kolejna wątpliwość - czy tylko ja znam Grześka? Czy tylko ja go nie znam?

wtorek, 27 lipca 2010

Snaps prominencki!


Szczera rozmowa, dobra kolacja, kilka żartów i pamiątkowe zdjęcie w błyskach fleszy - czyż można sobie wyobrazić milszy wieczór we dwoje?
Zwłaszcza jeśli ten błysk światła może być przyczynkiem do
"ostatniej wieczerzy" bezcennego obrazu...

środa, 23 czerwca 2010

kissing the War Goodbye!

"Time Square Kiss" / Jest wiele fotografii-symboli mówiących o zwycięstwie w II Wojnie Światowej. Jedno z tych "świętych" dla USA to zdjęcie wykonane 14 sierpnia 1945 roku w Nowym Jorku przez Alfreda Eisenstade'a. Fotograf uwiecznił (przynajmniej dwa razy) pocałunek pielęgniarki (Edith Shain) i marynarza (nazwisko nieznane). O fotografii znów zrobiło się głośno. W niedzielę zmarła bohaterka fotografii. Więcej ciekawostek tutaj.
ta mniej znana klatka, inny kąt widzenia to dzieło (tańsze w eksploatacji niż A.E.) Victora Jorgensena



A poboczny temat, do którego kiedyś powrócimy szerzej... to głównie amerykańska (i szwajcarska. czy tylko?) mania stawiania pomników ze zdjęć. No i happening. Na tym zdjęciu za Gazetą.pl z 2005 roku mamy i statuę i akcję. Wyobrażacie sobie happening lub pomnik do którejś znanej polskiej fotografii?

wtorek, 16 lutego 2010

sen o warszawie

dawno, dawno temu była era grup dialogowych pl.rec.foto itp (niektórzy uparcie dalej żyją w tych czasach); potem nastał boom portali fotograficznych fototok, plfoto, onephoto itp (niektórzy dalej uparcie z nich korzystają), potem nastała era blogów, blipów, twitterów i facebooków (niektórzy nigdy ich nie opuszczą)...*

Wydaje się zatem, że w AD 2010 powoływanie do życia nowego portalu fotograficznego gdzie użytkownicy mogą wrzucać zdjęcia - po pierwsze nie zdziwi, po drugie swoim archaizmem nawet rozczuli, po trzecie spotka się ze zdecydowanym wyrazem i poczuciem bezsensu. i oto Warszawa ma swój własny portal.

http://www.fotomiastikon.pl/ to inicjatywa Domu Towarowego Braci Jabłkowskich, Stowarzyszenia Przyjaciół DTBJ oraz Galerii Jabłkowskich. Wystarczy się zalogować i można wrzucać swoje zdjęcia Warszawy - klasycznie: poddane ocenie i komentarzom. Fotomiastikon można przeglądać zatem wg użytkowników, wg kategorii np. "symboli i pomników" lub zdjęć reporterskich, ale także po dzielnicach miasta. Nie ma (póki co?) zestawienia najlepszych zdjęć w kategorii czy wg najlepszych uczestników.
Ale już od maja, organizatorzy zachęcają - zdjęcia będą prezentowane "na żywo" w Galerii Jabłkowskich: "Jednorazowo eksponowanych będzie 30 fotografii w formacje A0. Wystawa aktualizowana będzie każdego 1 i 15 dnia miesiąca – 10 najdłużej eksponowanych zdjęć zastępowanych będzie 10 nowymi. O doborze prac decydować będą oceny internautów oraz jury składające się z profesjonalnych fotografików współpracujących z Galerią Jabłkowskich." pozostaje trzymać kciuki i oglądać :)

* - subiektywna wizja kolejności
dedykacja dla organizatorów portalu, uczestników i widzów: alternatywne wykonanie hitu: "sen o Warszawie"

piątek, 29 stycznia 2010

Giroux Daguerréotype, 1839


Wiedeński dom aukcyjny Westlicht na następnej ze swoich cyklicznych aukcji fotograficznych zaoferuje prawdziwą perłę - pochodzący z 1839 roku, przekazywany z pokolenia na pokolenie i zachowany w idealnym stanie aparat Giroux Daguerréotype. Model ten uznaje się za jeden z dwóch najstarszych modeli aparatów do dagerotypii produkowanych komercyjnie. Powstał w tym samym roku, w którym proces dagerotypii został ostatecznie uznany za w pełni dojrzały. Aukcja odbędzie się w dniu 29 maja 2010 roku, wszyscy chętni mogą zarejestrować swój udział poprzez internet. Życzę powodzenia potencjalnym nabywcom, podpowiadając zarazem aby przygotowali się na spory wydatek - na jednej z poprzednich WestLicht Photographica Auction, w maju 2007 roku, anonimowy nabywca zapłacił 576 tyś. euro za drugi z najstarszych modeli "seryjnych dagerotypów", czyli Le Daguerréotype Susse Frères. Źródła historyczne twierdzą, że pierwsza informacja o aparacie Susse Frères pojawiła się dziesięć dni przed pierwszą reklamą aparatu Giroux, lecz czymże jest 10 dni wobec wieczności...

czwartek, 21 stycznia 2010

Na zimowe wieczory...i nie tylko

Filmy znalezione na YouTube...między innymi z serii Master Photographers "Diane Arbus", "Ansel Adams" czy "Andre Kertesz", "Henri Cartier-Bresson L'amour tout court" i kilka więcej,wszystko w całości i w jednym miejscu i co najważniejsze wszystko o fotografii. Polecam.


gotowa lista odtwarzania

pliki użytkownika RAGEFINDERgeneral

wtorek, 19 stycznia 2010

prawdziwa aukcja fotografii czy aukcja prawdziwej fotografii



na gazecie pojawił się njus o zawrotnej karierze fotograficznej prezydenta Rosji. fota za te 1,2 miliona euro jakoś się chowa przy minie prowadzącego aukcję.

polecam jeszcze inne niemniej wymowne klatki fotografa Dmitry Lovetsky z AP np: gołabki czy reportaż z odpalenia Sojuza TMA-13.
no i oby "tradycja" sprzedawania dzieł "artystycznych" polityków nie przedarła się do nas. oby, oby, oby.

środa, 30 grudnia 2009

modernizm Juliusa Shulmana

w te święta mikołaj mile mnie zaskoczył albumem Juliusa Shulmana Modernism Rediscovered
Modernizm w archietkturze jest mi szczególnie bliski, a fotografie Shulmana wydobywają co najlepsze z Californian Modernism lat 40'-70'.

szukajac informacji o autorze natrafiłam na strone http://www.juliusshulmanfilm.com/, poświeconą filmowi Ericka Brickera Visual Acoustics. The modernism of Julius Shulman.


środa, 16 grudnia 2009

cały 'fotograf wojenny" do obejrzenia


bardzo miła wiadomość. można obejrzeć prawie cały "legendarny" film "Fotograf wojenny" [reż. Christian Frei, 2001, Szwajcaria] o Jamesie Nachtway'u w sieci i w języku polskim. to zasługa archiwum Telewizji Polskiej. i legalnie i prawie w całości i polecamy oczywiście!

TVP/filmoteka