czwartek, 26 lutego 2026

"The Stringer" czyli zawrzało w środowisku

zdjęcie ekranu z filmu "The Stringer"


Od końca listopada można w Netflixie obejrzeć film dokumentalny w reżyserii Bao Nguyen film "The Stringer: The Man Who Took The Photo". Za całym pomysłem, procesem i produkcją stoi VII Photo i Gary Knight. 
W skrócie to dokument ze śledztwa wokół jednego z najbardziej znanych zdjęć w historii fotografii, ikonicznego (z całą ciężkością i merytoryką idącą za tym słowem). O tym jak powstało i kto zrobił zdjęcie "The Terror of War" (Terror wojny) albo znacznie bardziej nośny tytuł: "Napalm Girl" czyli "Dziewczynki poparzonej napalmem" w Trang Bang w Wietnamie w dniu 8 czerwca 1972 roku. 
Samo zdjęcie budziło mnóstwo kontrowersji, ukazuje w końcu nagą 9latkę. Dyskutowano zatem o etyce - odnośnie wykonania, pokazywania, a w ostatnich latach (jeszcze przed dyskusją o autorstwie) o filtrach dzisiejszych przeglądarek. Dlatego też nie wklejam tu zdjęcia, o którym mamy mówić. Stopklatka z filmu, który przedstawia model całej sytuacji wykonania fotografii wystarczy, żeby sobie przypomnieć kadr.  

Autorem zdjęcia wg agencji Associated Press (AP) był Nick Ut, wietnamski współpracownik agencji, zatrudniony przez nią na miejscu - czyli "staff". W internecie i książkach - w publikacjach do 2025 roku - nie było co do tego wątpliwości. Znajdziemy mnóstwo zdjęć Nicka trzymającego "swoją" fotografię, Nicka razem z bohaterką fotografii - Kim Phuc, mnóstwo też nagród, medali, eksponatów muzealnych, wspomnień, wywiadów. Cała kariera Nicka oparta jest właściwie na tym jednym zdjęciu, na zasadzie zespołu z jednym przebojem. Fajnie, że całe życie coś robisz, ale opowiedz jeszcze raz o tym zdjęciu. 

Stringer - to nazwa środowiskowa, to "wolny strzelec". To określenie dziennikarza współpracującego z konkretną redakcją czy agencją. Nie ma etatu, nie ma ubezpieczenia. Przynosi materiał. Dostaje za te materiały zapłatę jednorazową. Dziś byśmy powiedzieli - totalna śmieciówka. W redakcji odnotowują, który negatyw przyniósł który stringer. Następnego lub kolejnego dnia, stringer może odebrać odbitki ze swojego negatywu. Może, nie musi. Negatyw zostaje w redakcji. 

Rok 1972 - w Trang Bang powstaje zdjęcie. Trafia do Agencji AP. Szef biura - Horst Faas - mówi, że to zdjęcie Nicka Ut. Na miejscu byli inni dziennikarze, z innych agencji, były ekipy telewizyjne. Sporo ludzi. Szefa biura tam nie było. Dziś już nie żyje. Nie ma też śladu po księgach i spisach negatywów, które trafiły tamtego dnia do agencji. Zostaje tylko pamięć. 

Wróćmy do filmu. Premierę miał w końcówce stycznia 2025 podczas festiwalu Sundance i od tego momentu środowisko fotoreporterskie rozpadło się na pół. Takie nie-do-końca policzalne, takie metaforyczne pół. Linia podziału nie przebiega w sposób znany z każdej wcześniejszej rewolucji - że stare i nowe, że awangarda wypiera wcześniejsze. Nie przebiega też wedle przekonania czy zebranej dokumentacji. Przebiega wedle strefy interesów wokół oskarżonej agencji AP, pewnego rodzaju przekonania i wiary, a w końcu lojalności i fanatyzmu. I to bez konieczności oglądania filmu.

Zobaczmy jak to wygląda środowiskowo, dlaczego w ogóle powstał film, oraz czy to jest pozycja dla zwykłych ludzi, dla masowego odbiorcy platformy streamingowej. 



Reżyser podąża za prowadzącym śledztwo Garym Knightem, który postanawia zgłębić i sprawdzić wspomnienie fotoedytora Carla Robinsona. Zostaje więc w filmie odegrana scena z redakcji Associated Press - moment znalezienia zdjęcia, moment autorytarnej atrybucji przez szefa biura na rzecz fotografa tej agencji - Nicka Ut. Każde pytanie jakie pojawia się w głowie oglądającego, jakby padło głośno - zostaje wypowiedziane na ekranie - i sprawdzone, odpowiedziane. Dlaczego dopiero teraz o tym rozmawiamy? Czemu nikt wcześniej nie powiedział, że może być wątpliwość co do autora? Kto zrobił to zdjęcie? Jakie mamy na to dowody?

Momentem zupełnie przełomowym w tym filmie jest zatrudnienie zewnętrznej agencji detektywistycznej do odpowiedzi na pytanie - kto zrobił zdjęcie. Sama analiza dostępnego materiału - innych fotografów, rejestracji filmowych. Samo to. Bez żadnych "pamiętam jak to było". Nie. Tylko zdjęcia, mapa, filmy. Stworzenie modelu całej sytuacji i analiza w czasie. Ile metrów, ile sekund, jaki obiektyw. I krok po kroku - "najprawdopodobniej". 

Język. Bo to jest mistrzostwo świata w grzeczności, poprawności, inkluzywności na każdym poziomie. Nie ma tu żadnych przekleństw, jest najczystsze dążenie do prawdy. Są zatem pytania, a jeśli odpowiedzi - to poprzedzone: "najprawdopodobniej", "z tego co wiemy to...", "w moim przekonaniu..." W każdym momencie jesteśmy otwarci - razem z twórcami filmu, że jeszcze wypłyną dokumenty, wypowiedzi, fakty. Co na to AP? Co na to Nick Ut? Nie wiemy, ale wiemy jak brzmiała argumentacja - w emailach, w telefonach. Pokazano starania o ich komentarze, Gary idzie na rozmowę do AP, Gary wychodzi z rozmowy i komentuje. Zaproszono do rozmowy. 

Dowody. Gdyby to faktycznie było tylko o dowodach, to sprawa trochę leży. Nie ma śladu, niestety i ten wątek doskonale też jest wszechstronnie potraktowany w filmie - więc Nguyen Thành Nghe - tytułowy stringer - nie ma negatywu, nie ma potwierdzenia, nie ma nawet odbitki z negatywu z tamtego czasu. Ma swoją pamięć. Dlaczego nie walczył? To pytanie też jest zadane w filmie. Rozpracowano każdy szczegół - z wypowiedzi Kim, Nicka - kto gdzie był, co potem, kto zawiózł Kim do szpitala, jakim samochodem, jak był ubrany. Jakim aparatem wykonano zdjęcie - że Pentaxem, a nie Leicą, jak dotąd mówiono, kiedy zmieniono tę narrację...

Te dowody zebrane przez Knighta pozwoliły nie tylko zasiać wątpliwość, ale doprowadzić do wycofania autorstwa Nicka Ut zdjęcia nagrodzonego w konkursie World Press Photo. Powstał raport, zwołano konferencję prasową i "zawieszono przypisywanie autorstwa Nickowi Ut". Film obejmuje tę sytuację. Dodano również planszę z informację, że zdarzyło się to po raz pierwszy w 70letniej historii organizacji. Nie, nie wpisano Nghe jako autora. Na to, jak wspomniałam wyżej, nie ma żadnego dowodu. 

Po premierze filmu zawrzało konkretnie. W wielu miejscach w internecie i prasie drukowanej wybuchła dyskusja nad autorstwem. Uaktualniono niektóre wpisy w encyklopediach. Dopisano wątpliwość, wykreślono miejscami autorstwo Uta, ale z reguły nie wpisano Nghe jako autora. 



Większość środowiska obejrzała film dopiero po premierze w Netflixie. "Moja bańka" czekała i wyczekała i potem się rzuciła na ten film. I zostawiła rozliczne ślady w postaci komentarzy, postów, relacji, wpisów. Niektórzy oglądali po kilka razy. Ja obejrzałam późno, bo wiedziałam, że trzeba to obejrzeć na raz i z przytomną głową - nie rozrywkowo na odmóżdżenie wieczorne, ale w godzinach roboczych, po kawie. Obejrzałam i tak na raty. I potem wracałam i przewijałam kilka razy. Wybucha mózg. Na tak wielu poziomach. 

Nie ma namacalnego dowodu. Ale nikt z kim rozmawiałam o filmie przez ostatnie 3 miesiące nie ma żadnej wątpliwości - zebrany materiał jednoznacznie wskazuje autorstwo Nghe. Zacznijmy przepisywać książki. Już! 

Tylko, że to nie takie proste. Agencja AP przeprowadziła swój raport, opublikowała go w dniu 6 maja 2025 i w nim wyraźnie przyznała autorstwo Utowi. Oni nie mają wątpliwości. Rozmowy dalej brak. Są tylko powtarzane narracje z wcześniej. Dla przekonanych po filmie - ten brak rozmowy, to brak przyznania się, że faktycznie zamotano historię. 

Ten wątek też jest w filmie pokazany - to przewidywanie - co się zdarzy, kiedy efekty śledztwa zobaczy świat. Siła zdjęcia nie ulegnie zmianie. To, że zdjęcie należy do AP - też nie ulega zmianie. "Ale będą konsekwencje". "Niełatwo rozmontować narrację, która trafiła do zbiorowej świadomości na tak długo" - mówi w filmie Santiago Lyon (VP&Director of Photography w AP 2003-2016). 


Printscreen z raportu AP 

Raport AP to 97 stron w PDF. Do tego analiza wizualna. Oni nie mają wątpliwości. Czytam i oglądam i nie umieścili Nicka Ut tam gdzie "byłby w pozycji do wykonania tego zdjęcia". Nie dopisali, że posiadał Pentaxa, a pokazali jak prosto jest wskazać jakim aparatem zrobił zdjęcie. I tu się zaczynają schody i serio próbuję to zrozumieć. Jest mowa o tym, że Leica z muzeum jednak nie, że inne Leicki Nicka zostały skradzione w Wietnamie, że w sumie choć mówili przez lata, że Leica, to jednak mogli się mylić, że może jednak Nikon, że Nikon robi podobnie w rogach, co Pentax. A w ogóle to może jednak nawet Nick miał Pentaxa. Każdy się może pomylić i może nie pamiętać. I to w oficjalnym raporcie, którego końcowa fraza brzmi, że oczywiście, autorem zdjęcia - bez wątpliwości - jest Nick Ut. 

Czyli obstawiamy przy swoim. Nikt nie drgnie. AP i Nick Ut bronią siebie. Co dalej? Podział. Jedni stoją za Nickiem - powstała lista wspierających, list otwarty, i hashtag: #standingwithNick, na festiwalu w Perpignan po prostu przyznano, że zdjęcie zrobił Nick. (Zanim film trafił w szeroki obieg, czyli zanim sygnatariusze listy mogli go obejrzeć). Nie zaproszono tym razem nikogo z VII. Nie pokazano filmu. I tak można długo wymieniać - kto się podpisał, a kto nie, kto komu powiedział i co. Środowisko podzielone i to jest większe zmartwienie niż to jedno zdjęcie. 

Bo w końcu jest film w szerokim obiegu. Najszerszym możliwym obiegu. Może go obejrzeć każdy. Zatrzymać, wrócić, przewinąć. Wyrobić sobie zdanie. Najpierw, miałam wątpliwość. Kurczę, taki zwykły człowiek obejrzy taki film i powie: no tym fotoreporterom to nie można ufać. Znowu skandal, znowu afera. 
To mocne wystawienie środowiska na próbę. Zanim się ułoży wewnątrz sprawa, puszczać tak na świat? Z drugiej strony - a jak inaczej o tym rozmawiać? Skoro jedna strona sporu odmawia rozmowy? Stoi przy swoim. A dokładnie to musiał przewidzieć Gary Knight. Dlatego film. I dlatego w streamingu. 
Przecież gdyby to był stos dokumentów, już dawno przysypałby je kurz. To nie jest żaden hot-temat dla internetu. Środowisko by sobie pokrzyczało, pewnie spolaryzowało dokładnie tak samo. Ale mamy okazję popatrzeć na ten temat wszyscy, środowisko i nie tylko. I jeśli ten zwykły człowiek pomyśli sobie szerzej, nie zatrzyma się na "znowu skandal" - to mamy szansę coś odczarować. 

Ciągle nie można ruszyć książek. Musiałby się Nick wypowiedzieć i wyraźnie stwierdzić, że to jednak nie on. Musiałaby się też lub albo - wypowiedzieć AP. Dopóki tego nie zrobią, a nie wygląda, żeby mieli - sprawa jest otwarta, pod znakiem zapytania. Jest uznaniowa. Demokratyczna. 

Film został zadedykowany stringerom - wolnym strzelcom. Zostało w nim wypowiedziane, że korzystanie z pracy stringerów odbywało się wszędzie - wszystkie agencje, każdy rejon świata. Od wejścia cyfry sprawa autorstwa przestaje być kłopotliwa - bo autor nie pozbywa się oryginału. Czyli "The Stringer" to kamyczek do opowiedzenia na nowo historii - nie tylko fotoreportażu, ale i dziennikarstwa, sposobu opisywania świata 50 lat temu. Innych standardów. Czasy się zmieniły i właśnie film w Netflixie to sposób na współczesną dyskusję. Nie wystarczy nam, że szef tego czy owego ubierze się ładnie, stanie w dobrze oświetlonym miejscu i przemówi do świata i historii. Są inne kanały i inne opowieści. Mądrze byłoby wyciągnąć z tego lekcję. Chciałabym w tym widzieć szansę dla środowiska. Póki co muszę chyba zmienić okulary. 


trochę najważniejszych linków:

Agencja/Fundacja VII - Newsroom zebrane informacje o filmie

Wikipedia o Kim Phuc - po angielsku (bo po polsku jest tylko kilka słów)

Wikipedia - Nick Ut (tylko wersja angielska)

World Press Photo - o wycofaniu autorstwa

Raport World Press Photo - pdf: Authorship attribution suspended for ‘The Terror of War’ photograph | World Press Photo

Raport AP - informacja o raporcie / raport AP na 97 stron / Analiza wizualna

Petapixel: komentarz filmowy o filmie / "Nikt już nie uwierzy w autorstwo Nicka Ut"


niedziela, 8 lutego 2026

Co zobaczymy za chwilę z kosmosu?


Powierzchnia Księżyca widziana z pokładu misji Apollo 17, magazynek 157 / grudzień 1972 / fot. NASA

Wracamy na Księżyc. Pewnie już słyszeliście. Nic wielkiego, skoro już tam byliśmy, prawda? Po co tam wracamy? Kiedy? Pytań jest mnóstwo. Odpowiedzi jest mnóstwo, a to i tak wykluczając te, że całość kiedyś nakręcił Stanley Kubrick w holywoodzkim studio. W przeddzień startu misji Artemis II - zobaczmy, czego można się spodziewać. 

Ostatnio Księżyc z bliska był fotografowany przez ludzi przeszło 50 lat temu. Konkretnie w grudniu 1972 roku, kiedy na orbicie (i powierzchni) Księżyca znaleźli się Eugene (Gene) Cernan, Harrison (Jack) Schmitt i - pozostający na orbicie - Ronald (Ron) Evans. Ich misja rozpoczęła się od startu 7 grudnia 1972 i skończyła wodowaniem 19 grudnia. Gene i Jack na Księżycu spędzili wówczas rekordowy czas - 3 dni i 3 godziny (bez 20 sekund). Na orbicie księżycowej przebywali również rekordowe 6 dni i 3 godziny z hakiem. Ta misja, skoro ostatnia z planowanych - biła wszelkie rekordy - od spędzonego "tam" czasu, po ilości próbek (110 kilogramów!), aż po ilości zdjęć. I nie tylko Hasselbladami, ale i małobrazkowymi Nikonami. Także podczas tej misji, astronauta - geolog Jack Schmitt odnalazł pomarańczowe próbki księżycowej ziemi. 


Powierzchnia Księżyca widziana z pokładu misji Apollo 17, magazynek 153 / grudzień 1972 / fot. NASA

Fotografia interesuje mnie najbardziej. A tamta trójka robiła zdjęcia jak na wycieczce życia! To z tej misji mamy najwięcej kadrów z codzienności na pokładzie - jak i co się je, jak się wygląda, nogi w skarpetkach na konsoli. Mnóstwo, ale to mnóstwo ujęć powierzchni. Wszyscy wiedzieli, że te zdjęcia będą ostatnie na raczej długi czas. Ciekawe, czy którykolwiek z nich, czy w ogóle ktokolwiek, zakładał wtedy, że na kolejną szansę poczekamy aż 50 lat?!

Do obrazów życia codziennego w nieważkości przywykliśmy oglądając zdjęcia z ISS (International Space Station - Międzynarodowej Stacji Kosmicznej). Można oglądać programy edukacyjne, podgląd co właśnie widzi stacja. Każdy astronauta na pokładzie robi też zdjęcia. Znamy to. Ale Księżyc? No cóż, jest obfotografowany najlepiej ze wszystkich obiektów niebieskich. Ilość sond i łazików, satelitów, zrobiły swoje. Są atlasy, globusy. Znamy to. No ale to nie "ręką ludzką poczynione", gdyby to miało dla kogoś znaczenie. 

Technologia teleskopowa rozwija się również szalenie - i z Ziemi można już fotografować - no ciągle widoczny kawałek Księżyca - w świetnej jakości. No ale to jednak jest kawałek - średnio 400 tysięcy kilometrów stąd. Więc tak, jeszcze nic nie zastąpi jakościowych fotografii wykonanych z orbity Księżyca. Mamy za chwilę unikalną szansę obejrzeć ją znów - wykonaną przez załogę Artemis II. 

Kapitan Gene Cernan (Apollo 17) podczas spaceru (E.V.A.), w tle Ziemia, magazynek 152 / grudzień 1972 / fot. NASA

Za chwilę, bo jeszcze w lutym albo na początku marca 2026 na orbitę Księżyca dotrze czwórka astronautów: Reid WisemanVictor GloverChristina KochJeremy Hansen. Polecą śladem misji niezałogowej Artemis I. W szczytowym momencie mają osiągnąć odległość 10427 kilometrów (dobra, dobra, ta liczba w różnych miejscach mówi o 6500 do 9000 km) od powierzchni Księżyca. Pobiją tym samym rekord ludzkiego oddalenia-się od Ziemi. I nie chodzi tylko o bicie rekordu, ale chodzi o... zrobienie zdjęcia! 

Jasne, że nie lecą tam tylko po zdjęcie. Testy, nauka, sprawdzenie technologii. Ale ciągle człowiek na miejscu, to człowiek na miejscu. A jeszcze z aparatem! No i właśnie, potęga fotografii! Jest kilka takich zdjęć z misji Apollo, które wszyscy znamy. Stały się super popularne. Nie myślę tylko o portretach ludzi zatykających flagi, czy odciskach butów w księżycowym pyle. Jednym z ujęć, które natychmiastowo stało się super popularne - to moment wschodu Ziemi znad powierzchni Księżyca. Earthrise. Wspaniałe słowo. Wspaniały widok! Historycznie pierwsze zdjęcie wykonano podczas misji Apollo 8 - znowu w grudniu - 1968 roku. Misja Artemis II - jest bardzo podobna do tej właśnie podróży. 


Earthrise - Ziemia widziana znad powierzchni Księżyca, magazynek 152 / grudzień 1972 / fot. NASA

Każda późniejsza misja Apollo - czyli Apollo 10, a potem 11, 12, nawet 13, 14, 15, 16 i ostatnia 17 - wykonywały swoje wersje "Earthrise". Jakby trudno się było powstrzymać. Czyli znana nam sytuacja, kiedy jesteśmy w ekstra miejscu, które już jest obfotografowane na wszystkie sposoby, ale my i tak zrobimy swoje. Zachody słońca nad morzem, prawda? 
Artemis II ma wykonać zdjęcie również Ziemi znad powierzchni Księżyca, ale pamiętajmy, że będą oddaleni od naszego naturalnego satelity o jakieś 10 tysięcy kilometrów. I właśnie o takie zdjęcie chodzi: 

Ziemia widziana znad powierzchni Księżyca, fotografia wykonana przez kamerę na pokładzie misji Artemis I, 5 grudnia 2022 / fot. NASA

To wyżej wykonano zdalnie z pokładu Artemis I - jest i Księżyc (z podobnej odległości), jest i Ziemia. "Wlazł" kawałek kapsuły. Co i tak jest już niesamowitym ujęciem. No ale jednak zdalnie, to zdalnie. A człowiek za aparatem, to człowiek za aparatem. W sieci znajdziecie już mnóstwo wizji artystycznych jak mogłoby wyglądać zdjęcie, które dopiero powstanie. Typowani są również autorzy. Nie jest teoretycznie trudno, bo jest ich tylko - aż czwórka. Ale najbardziej prawdopodobną w tym wyścigu jest Christina Koch. No a to pierwsza kobieta w tych okolicach kosmosu, siłą rzeczy będzie za moment pierwszą okołoksiężycową fotografką. 

No właśnie, właśnie, właśnie! Jak będzie wyglądać zdjęcie? Kto je wykona? Sytuacja zupełnie bez precedensu. Kiedy ostatnio się tak emocjonowaliśmy fotografią? I to tak - globalnie?! 

Jeszcze jedna sprawa. Zmiana technologii. To nie tylko lepsze iso, obiektywy, teleskopy, stabilizacje, baterie. No dobra, dla ułatwienia - powiedzmy, że wszystko. Przez te 50 lat, zrobiono technologiczny "great big leap for mankind". Więc oczywiście biorą co można najlepszego (nie wdaję się w szczegóły). Także docieralność i sposób rozpowszechnienia informacji zgoła się różnią od możliwości 72-ego. Raczej nie będzie przerwy w programach telewizyjnych i radiowych na transmisję z kosmosu. Nie tym razem, jak sądzę. Dedykowany kanał youtuba, podgląd pokładu 24/7 - zdecydowanie prędzej. Dlatego NASA w zupełnie inny sposób zadbała o oglądalność i klikalność. Na dotychczasowe misje Artemis można było wysłać swoje imię i nazwisko. Mieć swój wirtualny (ale jak najbardziej drukowalny) bilet. Dalej możesz się zapisać na Artemis II. Kiedy zaglądam na licznik biletów - jest ich: 4,390,416. Tylu subskrybentów, oglądających - start, może również transmisję z któregoś momentu tej 10-dniowej misji. 

A skoro klikający, to jeszcze jeden momencik z historii. Przeszło 10 lat temu, w styczniu 2015 roku prezydent Barack Obama w swoim orędziu o stanie państwa zapowiedział roczny pobyt Scotta Kelly’ego, amerykańskiego astronauty, na ISS. Mówił głównie o przygotowaniach NASA do podboju dalszej części kosmosu, jednak pożegnał go słowami: „Powodzenia, kapitanie i nie zapomnij zrelacjonować tego na Instagramie!” (Good luckcaptain and make sure to Instagram it.) Wtedy to już robiło robotę! Tymczasem konta społecznościowe astronautów mogły się w końcu i przejeść z ilości. Ale nie było jeszcze instagramerów na orbicie Księżyca. A ci, ta właśnie czwórka, poza aparatami, będzie mieć przecież telefony. Liczę na te selfiaki :)

A kiedy lądowanie? Jeśli Artemis II nie napotka żadnych nieprzyjemności, Artemis III wyląduje. Jeszcze kilka dni temu, planowana data lądowania była podawana na rok 2027. Lutowe artykuły przewidują dopiero start na 2028. A jakie tam będą foty i filmy?! Będzie trudniej o "to jedno", czy kilka rozpoznawalnych, bo w końcu będą mogły powstawać bez ograniczeń ilościowych. Ale może first things first, najpierw zobaczmy co będzie z orbity ludzką ręką wykonane. 

Więcej zdjęć z misji Artemis I - cały jej przebieg znajdziecie tutaj.
Archiwalne zdjęcia z projektu Apollo - wg magazynków na Flickr

Christina Koch na instagramie 
Reid Weiseman na instagramie
Jeremy Hansen na instagramie
Victor Glover na instagramie