wtorek, 13 grudnia 2016

Utracony świat. Leon Barszczewski fotografem

Igor Strojecki, Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX wiecznej Azji Środkowej, Wydawnictwo Helion, Gliwice 2017 
Taka przypadłość typowo krajowa. Czyż jakaś biografia zapomnianego twórcy mogłaby zaistnieć ot tak, po prostu? Czy zaraz koniecznie musi najpierw narzekać, jaki on bardzo nieznany, oj jak zapomniany, czemuż i dlaczegóż świat nie może uznać? Potrzebne są pomniki i wpisy encyklopedyczne, nazwy ulic i szkół?
Tak jest mniej więcej w książce „Utracony świat” Igora Strojeckiego. Historia rozlicznych podróży po miejscach dalekich, mało znanych, trudno dostępnych. Historia troszkę baśniowa. Bohater plastycznie odmalowany. Wyjątkowy, unikalny! Leon Barszczewski: topograf, geolog, etnograf, archeolog, przyrodnik, glacjolog, badacz kultury Środkowej Azji, pułkownik armii Imperium Rosyjskiego [zawikipedią] No i fotograf! Wykonał porywające zdjęcia z końca XIX wieku, z tychże właśnie podróży po miejscach dalekich, mało znanych i trudno dostępnych. Czyli Samarkandy i okolic. Ileż twarzy, typów, gestów, układów. Fenomenalne zdjęcia. To po kolei…


Podtytuł: „Podróże Leona Barszczewskiego po XIX wiecznej Azji Środkowej”. Mniejszym drukiem, podtytuł podtytułu: „na podstawie wspomnień Jadwigi Barszczewskiej-Michałowskiej”. Tu cały suspens książki, przeoczyłam z początku ten dopisek, a on się okazał kluczowy. Książka zawiera moc przypisów, niczym porządne dzieło naukowe. Gdy okazuje się, że niekoniecznie naukowe, przypisy traktuje się szybko jak odnośniki do wiedzy ogólnej, a gdzie co leży, a jak się dziś nazywa, ile metrów ile kilometrów, i wtem: że pani Jadwiga ubarwiła, a innym razem, że pewnie nie pamięta, plus czasem, że wersja jest mało prawdopodobna. I okazuje się, że w przypisach druga równoległa historia się toczy.
Zawiera ponad tekst główny: podziękowania, słowo wstępne, opinię o bohaterze, suplement, artykuł o strojach, indeks nazwisk, streszczenie angielskie. Przeczytałam wszystko i śmiało polecam czytać od pierwszego rozdziału. Ominiecie w ten sposób litanie i gorzkie żale, dlaczego ten Barszczewski taki zapomniany. [Wrócę do tego wątku niżej.] Brak spisu zdjęć, chociaż poniekąd rozumiem decyzję wydawcy. Gdyż:
Zdjęcia: naliczyłam ich 290, które mogłyby być autorstwa Leona Barszczewskiego, do tego jeszcze z lekko licząc 30 m.in.: rodzice LB, jego nagrobki, oraz ilustracje i mapy, itd. Największe bywają na wielkość strony – 16,5x23,5, najmniejsze, niczym okazalsze znaczki pocztowe – 4x5 cm. I wszystkie…są…w…sepii. Tak, s e p i i. Buro-brązowe. 


Stron: 344. Niemal tyle samo co zdjęć. Cała ta książka ma nieprawdopodobne wrażenie upchnięcia kolanem. To książka do czytania, gdzie zdjęcia pełnią rolę ilustracyjną, więc na przykład zdarzają się takie fragmenty zdjęcia, że tylko kolumna, żeby z boku strony zmieścić. Taki dekor. Reprodukcje listów i zapisek, tak jak z wiśnią na torcie. Przecież nie doczytasz, ale tak widać na przykład charakter pisma. Horror vacui. Ale też rozumiem poniekąd decyzję wydawcy. Gdyby tak uporządkować te zdjęcia, spisać je porządnie, no i wybrać, przebrać, można by swobodnie zrobić dwa tomy.
Dla kogo: każdego kto lubi biografie i pamiętniki. Ta książka łączy realia z baśnią. Nie tylko nawet, że postać głównego bohatera udramatyzowana, ale i wyniesiona na piedestał. Tylko, że strasznie trudno się odnaleźć w wiorstach między kiszłakami, wśród „półdzikich plemion”, kiedy nie bardzo wiadomo też kto to jest „bek” a kto nie. Przypisy nie od razu idą na ratunek i przemianowują zdawkowo na kilometry czy kilogramy. Rozumiem, że system metryczny, nazywanie kiszłaków po prostu wioskami, odarłoby świat z utracenia, przeniósłby historię z baśni bardziej w realia. Dalej publikacja jest z pewnością dla miłośników gór i geografii jako takiej. Jest też o obcych kulturach, trochę antropologii w ujęciu kolonizatorskim, przemyka też czasem wielka historia.

Autor: jest prawnukiem Leona Barszczewskiego. Autor tekstów, varsavianista, zajmuje się genealogią (jak podkreślono: amatorsko). Nadto w książce wykazuje ogromne zacięcie geograficzne, wymienia nazwy za nazwami. Czy to córka Barszczewskiego tyleż ich zapamiętała? Czy zostały uzupełnione? Dość, że bardzo trudno się w tym połapać. 


Podróże, historie, obcy świat, dawno temu, świetnie! Wdrożenie się w styl opowiadania, daleki od reportażu, z brakiem wyjaśnień, niczym szyfrem popełniony – było trudne. Osobliwy język, często okrągłe i poetycznie brzmiące zdania. „Stęskniony powrócił”, „konie, jakby przeczuwając grożące niebezpieczeństwo, pędziły co tchu”, „życiodajna roślina”, „po raz pierwszy poznał groźną potęgę olbrzymich gór, wobec których poczuł się mały i słaby”… Ale mnie i tak najbardziej interesują zdjęcia. Jest ich oczywiście za dużo, są fatalnie wydrukowane [nie trzeba pobrązowiać zdjęć z XIX wieku, żeby wyglądały na stare, serio], są kuriozalnie czasem podpisane. Ale one są zjawiskowe i wygrywają wszystko. WSZYSTKO!
Leon Barszczewski podczas swoich podróży w okolice Samarkandy zawsze zabierał aparat. W mieście też fotografował. Szczegółów tych czynności nie znamy. Gdzieś tam przewija się, że zdjęcia na szkle, a raz, gdy ruszał na wyprawę z profesorem Lipskim, wzięli ze sobą także kieszonkowy aparat. „Pod jego [przewodnika wyprawy] opiekę oddano dwa aparaty fotograficzne ekspedycji: ten przekazany przez Towarzystwo Geograficzne i prywatny Barszczewskiego z kliszami o wymiarach 18x24 centymetry”. I jeszcze warty uwagi przypis: „Władimir Lipski na tę wyprawę zaopatrzył się w 12 tuzinów szklanych negatywów firmy Ilford, błony fotograficzne firmy Secco-film oraz kieszonkowy aparat Pocket Kodak.” [s. 193] I to tyle na temat techniki i robieniu zdjęć  w całej książce. Jest czasem o tym, że ktoś nie chce być fotografowany itd. Ale nawet w „suplemencie” – czyli zbiorze 24 zdjęć opisywanych przez Barszczewskiego na potrzeby druku w prasie – nie ma mowy o tym jak zdjęcia powstały, przy jakim i czego użyciu.
Wspomniana wyprawa miała miejsce od maja do sierpnia 1896 roku. Lipski zaopatrzył się na nią w nowinkę techniczną – poczet Kodak wprowadzony do użytku w lipcu 1895 roku. Barszczewski fotografował chyba od samego przyjazdu do Samarkandy w 1876. Na czym? Nie wiemy. Czy zmieniał technikę? Raczej musiał. A przynajmniej materiały.

Podpisy zdjęć są co najmniej dziwne. Część w cudzysłowach, a zatem cytaty. Lecz kto je opisał? Pozostałe bardzo lakonicznie. Żadnej próby datacji. A to dwadzieścia lat robienia zdjęć. Wykonano natomiast próbę dopasowania przynajmniej kilku ujęć do nazw wspomnianych w tekście.
Ale wygrywają wszystko. A zatem spójrzmy. Większość zdjęć to krajobrazy i układy grupowe. Pojawiają się portrety. Wszystkie wspaniale zamyślone i zapatrzone gdzieś twarze. Bywa, że Barszczewski pojawia się w kadrze. Kto robił zdjęcia? Może przewodnik Barszczewskiego – Jakub? Ponoć po kilkunastu latach towarzyszenia wyrobił się. Wracamy do obrazów. Niektóre zdjęcia idealnie ostre. Inne – zdradzają dłuższy czas naświetlania, kiedy widać nie wszyscy pozujący zrozumieli, że mają się nie poruszyć. Najbardziej przykuwają te zdjęcia, gdy za grupą ktoś trzyma tło. Albo kilka osób poruszy się nagle. Albo jak oczy zamknie.
Fascynujące są zdjęcia układane. Z pomysłem. Oto na kładce nad wąwozem, uskokiem. Widać, że droga wiedzie tędy właśnie. I jak się to odbyło? Barszczewski wypatrzył miejsce na aparat? Zbiegł na dół, rozstawiając sprzęt. Czy w trakcie postoju ustawiono scenę? Albo ten kurchan – sam w sobie już ciekawy. Historia jego usypania dwukrotnie pojawiła się w tekście książki, owszem zapadająca w pamięć. Ale zdjęcie! Sam kurhan na zdjęciu trudny byłby do porównania, brakuje punktu odniesienia, skali. Często przecież wstawiano w kadr człowieka, żeby tę skalę łatwo było i momentalnie uchwycić. Ale tutaj nie, nie, że człowiek w kadrze. Jeźdźcy, jeden za drugim, nienaturalnie blisko, pozujący w profilu.

Zdarzają się też wyjątkowe kadry. Tak jak ta grupa stojąca tyłem. Jakby złapane w ruchu, niechcący zdjęcie. Tych "niepozowanych" jest zaledwie kilka. Tak samo jak zdjęć kobiet. W tekście jest kilka opowieści jak Barszczewski próbował poznać kulturę, uszanować panujące zasady. Ale też jak próbował czasem zdjęcia twarzy kobiet zrobić.


Są wreszcie ujęcia rodziny, te siłą rzeczy mniej przykuwają wzrok. Bo tak zwykle wyglądają w porównaniu z tym "utraconym" i egzotycznym światem. Chyba, że taki piknik, w samym centrum Samarkandy. Kocyk niczym na trawce zielonej. 
Zastanawiające są autoportrety Barszczewskiego. Część z nich - klasycznie - ja na wycieczce. Podróżnik w niesamowitych okolicznościach przyrody. Stoi i podziwia, siedzi w grupie tubylców, płucze złoto, itd. Zaplanowany i ustawiony.

 

Barszczewski wielkim fotografem był. To nie podlega dyskusji. Znakomite kadry, wyszukane, z pomysłem. Nie idzie tylko o odkrycie obcego świata. Widoki, których nikt wcześniej nie zdjął. Owszem, pionier, odkrywca, wielki podróżnik. W książce postawiono na wspominanie jego wędrówek, gdzie fotografia tylko ułatwia nam poczucie w tym obcym świecie. Po lekturze suplementu - gdzie sam Barszczewski dodaje historii do zdjęć, można łatwo określić jaką rolę pełniły dla niego te obrazy. Poświadczał swoje opowieści, dokumentował podróże. Ale w zdjęciach jest coś więcej jeszcze. Jest owa umiejętność i oko. Jest zabawa i wirtuozeria. Tak charakterystyczna dla amatora pasja, możliwość uwiedzenia widza obrazem, konceptem.



Dlatego lepiej pominąć utyskiwania z pierwszych stron książki. Że taki niedoceniony, nieodkryty sam, nie przyznano mu miejsca należnego. Sam autor mówi o wieloletnich próbach przywracania pamięci o podróżniku i jego dorobku. Ponad 70 wystaw w ostatniej dekadzie i popularyzowanie jego zdjęć na pudełkach zapałek i opakowaniach krówek. Tak. Serio. Aż zacytuję: "jego zdjęcia reprodukowałem na kalendarzykach listkowych, pocztówkach, opakowaniach zapałczanych, żetonach, a nawet na opakowaniach krówek. Mam nadzieję, iż dzięki tym wszystkim różnorodnym działaniom udało się odkryć Leona Barszczewskiego dla współczesnego świata". [s.9].
Nie chciałabym podcinać skrzydeł spadkobiercy i obcesowo mówić: nie tędy droga. Ale tak długo jak nie zdecyduje się prawnuk na to, którą konkretnie działalność pradziadka promować, to się chyba na poważnie nie uda. Zdjęcia wygrały dla mnie wszystkie niedoskonałości opracowania, bo zdjęcia są porywające. Nawet tak wydrukowane, nawet tak nieopisane, powtarzane i kadrowane bez głowy (raz pion, raz poziom,itd). Nie powinny być na krówkach ani innych gadżetach. Wyobrażam sobie, że mamy tu własnego Fentona (tylko bez wojny w tle), swojego kolejnego Michała Greima, tylko fotografującego daleko dalej, amatorską wersję Bronisława Malinowskiego - amatorską antropologicznie, ale zdecydowanie lepszego fotografa. I tak dalej można wymieniać.
Może trzeba Barszczewskiego pokazać wśród odkrywanych fotografów końca XIX wieku i pierwszych dekad XX? Chciałabym wpatrzeć się w te zdjęcia, te twarze i gesty. Zobaczyć to dobrze wydrukowane w książce czy na wystawie. Ale bez udawania, że to ma funkcjonować jak w wtedy, gdy robił te ujęcia. Bo kiedy je robił, to pokazywał najbliższym, raz pokazał na dużej wystawie w Warszawie, kilka razy w prasie. Etnograficznie i krajobrazowo. A tu trzeba fotograficznie, żeby sam obraz nas uwiódł. Poczekam, będę wypatrywać.

więcej:
Leon Barszczewski w National Geographic
o jednej z wystaw Barszczewskiego: Muzeum Tatrzańskie


2 komentarze:

  1. "Że taki niedoceniony, nieodkryty sam, nie przyznano mu miejsca należnego."

    Odkryła ponownie Joanna Kinowska.
    :)

    OdpowiedzUsuń
  2. widziałam zdjęcia Barszczewskiego kilka lat temu na wystawie w Częstochowie, zrobiły na mnie ogromne wrażenie :)

    OdpowiedzUsuń