niedziela, 3 kwietnia 2016

Saul Leiter Wielki, i skromny.

Historia fotografii zna coraz więcej i więcej przypadków odnalezionych i odkrytych po wielu latach zdjęć, którymi nagle zachwyca się świat. Czasem zdarza się, że to zainteresowanie przychodzi za życia autora, czasem niestety dawno (lub tuż po). Bolesław Augustis i Stefania Gurdowa, to dobre przykłady z kraju. Ze świata, całe wielkie mnóstwo, chociażby głośna ostatnio Vivian Maier (no przecież nieprawdopodobna historia?!) czy Jacques Lartigue, którego zdjęcia dłuuuuugo przeleżały w szufladzie. W te odkrycia wpisuje się także dorobek Saula Leitera. Tyle, że całe życie był aktywnym fotografem, i w to w Nowym Jorku pracując dla magazynów ilustrowanych. Był zatem TAM gdzie należy, wśród wielkich fotografów, w samym centrum świata fotografii. Był jednak skromnym gościem, unikał wystaw, wydawania książek. Skupiony na swojej pracy, niespiesznie. W rok przed śmiercią wystąpił w filmie Tomasa Leach'a pod tytułem: "In no great hurry. 13 lessons in life with Saul Leiter". W ostatniej dekadzie swojego życia wreszcie opublikował swoje autorskie prace i zrobił, a raczej to jemu zrobiono wystawę retrospektywną. Świat się zachwycił pracami, które wykonywał w latach 1950 i 60tych. Unikalna wizja, specyficzne kolory, niesamowite kompozycje. I to pytanie - dlaczego teraz? Dlaczego nie wcześniej?

Saul Leiter, Taxi, ok 1957 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Saul Leiter, Śnieg, 1960 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Dziś Leiter uchodzi za pioniera nowego użycia fotografii kolorowej. Jest stawiany wśród największych za swoje autorskie prace [czyli nie te zlecone w magazynach]. Wydaje się, że świat mógł nie być gotowy na jego twórczość wtedy, dopiero teraz dojrzał. Ale przecież amerykański koloryzm to już wpisany w annały historii fotografii nurt, przecież Egglestone, przecież Shore! I następnie całe mnóstwo kolejnych używających koloru! Miał pojedyncze wystawy indywidualne w 44, 45, 47, 54, potem jeszcze po jednej w 72 i 84 i 85, 93, 94, dwie w 97. Trochę mało jak na tej klasy fotografa. No i potem dopiero od 2006 roku  kurator Martin Harrison z galerii Howard Greenberg skonstruował prawdziwie monograficzną, indywidualną wystawę.
W filmie "In no great hurry" znajdziecie odpowiedź na pytanie dlaczego tak późno Leiter trafił do świadomości publicznej, a właściwie tylko przeczujecie tę odpowiedź. Wygląda bardziej na to, że sam Leiter nigdzie się nie pchał, włóczył się po ulicach z aparatem i to mu wystarczyło do szczęścia. W ten sposób otwiera listę najskromniejszych fotografów XX wieku.

Saul Leiter, Through Boards (Pomiędzy płytami),1957 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Saul Leiter, Harlem, 1960 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Właśnie kończy się wystawa retrospektywna, kolejna w serii, tym razem w Photographer's Gallery w Londynie, gdzie pokazano ponad setkę prac artysty. Dodatkowo także notatniki i różne 'artefakty'.
Dziś kojarzymy Leitera z prac w kolorze, oczywiście. Zaczynał od czarnobieli, chciał być malarzem (i trochę też nim był). Najbardziej lubił używać przeterminowane filmy, stąd ta niepowtarzalna kolorystyka, znak rozpoznawczy Leitera - numer 1. Numerem drugim, czyli tym co wraz z barwą składa się dziś nam na styl Leitera - jest kompozycja. Specyficzna, ciasna, unikająca przestrzeni. A jeśli już jakaś przestrzeń się rysuje, to Leiter ją zasłania. Patrzymy zwykle przez coś, szybę, krople, pomiędzy znakami, markizą, płytami, no zawsze coś co by się chciało rozsunąć niczym kurtynę i spojrzeć w głąb. Odwraca naszą uwagę, nakazuje się zatrzymać na tej szybie. W gęstym świetle i kolorze. Bajka!
Saul Leiter, Carol Brown, Harper’s Bazaar, ok 1958 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Saul Leiter, Listonosze, 1952 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Nic dziwnego, że fotografie Leitera zachwycają. Jest to zespół bardzo spójnych prac, kompozycyjnie i kolorystycznie, a powstających na przestrzeni dekad! Zachwyca na wystawach, w książkach, nawet w internecie. Nie lubił rozmachu, jego prace na wystawie prezentowane są w niewielkim rozmiarze. Książka, którą wydał za życia, jest też skromnych rozmiarów. Wielki i skromny. Zmarł w 2013 roku, krótko po nakręceniu filmu dokumentalnego. Jego lekcje - życia! - nie fotografii jako takiej, zostały na szczęście z nami. Fascynujący film.

Saul Leiter, Córka Milton Abery,1950te © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Saul Leiter, Słomkowy kapelusz, ok 1955 © Saul Leiter Courtesy: Saul Leiter, Howard Greenberg Gallery, New York / materiał prasowy wystawy SAUL LEITER: RETROSPECTIVE, 22.1-3.4.16 @ Photographer's Gallery

Jest jeszcze jeden film warty uwagi. Leiter przy nim nie mógł pracować. "Carol" Todda Haynes'a miał premierę w końcu zeszłego roku. Właśnie jest w polskich kinach. Twórcy filmu podali w informacji prasowej i podkreślali wpływ amerykańskiej fotografii lat pięćdziesiątych na swój obraz. Podali bardzo konkretne nazwiska - samych kobiet! - Vivian Meier, Ruth Orkin, Helen Levitt i Esther Bubley. Haynes i Ed Lachman - autor zdjęć do filmu, podkreślali, że stworzyli sobie księgę obrazów, którymi posługiwali się w pracy nad filmem. Inspiracja fotografującymi kobietami musiała przełożyć się chyba tylko na scenografię, kostiumy, może też światło w pojedynczych scenach. Ale, ale, film "Carol" to hołd złożony Saulowi Leiterowi. Otwarcie mówią o tym twórcy filmu, a trzeba przyznać, że to bardzo udany tribute. Jest tak nakręcony jakby sam Leiter siedział za kamerą. Jego kompozycje, jego kolory. Niektóre zdjęcia wręcz ożywają. Może nie tak ożywają na ekranie jak zdjęcia Roberta Capy w "Kompanii braci" czy "Szeregowcu Ryanie" duetu Spielberg i Hanks. Mniej literalnie, tu nie ma historii do powtórzenia. Jest zaś przeniesiony nastrój, atmosfera i klimat (jak bardzo nie znoszę tych określeń, tu nie ma wyjścia). Jest sposób kręcenia - za czymś, przez coś, coś ciągle zasłania obiektyw kamery. Są ciasne kadry, bliskie i gęste. No i jest kolor i światło.


kadr z filmu "Carol" materiały prasowe, Gutek Film

Warta uwagi ciekawostka, w Somerset House w Londynie była wystawa zdjęć z filmu w porównaniu z pracami Leitera.
Sami zresztą porównajcie, a i koniecznie idźcie obejrzeć film. Miłych wrażeń!


 kadry z filmu "Carol" materiały prasowe, Gutek Film

1 komentarz:

  1. Widzę, że Leiter miał swój oryginalny styl. Osobiście bardzo lubię jego fotografie, świetnie przedstawiają one styl i jakość życia w tamtych czasach. Najbardziej mnie jednak zdumiewa fakt, kiedy sobie porównam polskie zdjęcia z tamtych czasów i jego fotografie: te polskie są oczywiście czarno-białe i biedne, natomiast zdjęcia Leitera mają już kolory i widać na nich dużo więcej. Oczywiście jest to spowodowane różnicą technologiczną między Polską a USA w tamtych czasach, ale i tak uważam, że jego zdjęcia mają elegancki styl i nadal byłyby dobre, nawet jeśli byłyby tylko czarno-białe.

    OdpowiedzUsuń