wtorek, 22 maja 2012

1 z 42 / Karol Beyer / Pięciu Poległych

Karol Beyer, Pięciu poległych, Warszawa, 27 lutego 1861


W trakcie antyrosyjskiej manifestacji na ulicach Warszawy, wojsko carskie otworzyło ogień do protestujących. Ciała pięciu poległych: Filipa Adamkiewicza, Michała Arcichiewicza, Karola Brendela, Marcelego Pawła Karczewskiego i Zdzisława Rutkowskiego, złożono w Hotelu Europejskim. W zakładzie Karola Beyera powstały fotografie zmarłych leżących na marach z odsłoniętymi ranami. Zdjęcia te samodzielnie, bądź w zestawach były szeroko rozpowszechnione wśród polskich patriotów. /fot. ze zbiorów Biblioteki Narodowej w Warszawie
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

W „Fotoikonach” znalazło się jedno jedyne w końcu zdjęcie, a raczej kompozycja  z XIX wieku. Autorstwo przypisaliśmy, zgodnie z powszechnymi atrybucjami Karolowi Beyerowi, ale sytuacja jest troszkę bardziej skomplikowana.
Zdjęć jest pięć. Wszystkie opisane nazwiskiem poległego, dopisane gdzieś w przestrzeni obrazu fotograficznego. Wszystkie one powstały w zakładzie Karola Beyera. Różne bywały domniemania czy to sam Beyer był autorem, czy pomysłodawcą, czy był nim raczej jego uczeń Marcin Olszański? Tego się najpewniej już nie dowiemy. Warto jednak pamiętać, że w zakładach fotograficznych, tym szczególniej ‘imiennych’, cała powstająca produkcja podpisywana była nazwiskiem właściciela. Asystenci i laboranci, jak byśmy ich dziś nazwali, czasem odciskali swoje bardziej indywidualne piętro, czasem talentami przewyższali mistrza, w końcu może zakładali własne firmy. Przypisywanie zdjęć uczniów i pracowników, właścicielowi było praktyką powszechną. Słynną historią, wciąż budzącą kontrowersje była współpraca Alexandra Gardnera w studiu/firmie Matthew Brady.


Zdjęcia były w różnorodny sposób komponowane. Funkcjonują także osobno, w układach mniej lub bardziej zdobionych i ilustrowanych. Najczęściej rozprowadzano je w formacie carte de visie, około 6x10 cm. W zbiorach Biblioteki Narodowej znajdują się także inne układy, w Muzeum Narodowym w Warszawie jeszcze inny, w Muzeum Niepodległości, itp...[tutaj o „naszej” wersji]

Zdjęcia wykonane zostały w procesie kolodionowym i wywołane na papierze albuminowym. Ten delikatny arkusz potrzebował podklejenia. Zatem tektura. Bardzo szybko wykorzystano ten ‘konieczny dodatek’ do reklamy zakładu. Ale na zdjęciach z „5 poległymi” – czy oni występują razem czy osobno, nie widnieje żaden podpis, znaczek, pieczęć ani emblemat zakładu. Rewers jest pusty. Z jednej strony zagrały tu z pewnością względy bezpieczeństwa, z drugiej zaś ogromna popularność zdjęć jako ‘sprawy narodowej’. Już od momentu powstania tych zdjęć, stały się one w pewnym sensie ‘dobrem wspólnym’, przekazywano je sobie, z czasem i inne zakłady wypuszczały kopie ‘poległych’. Stąd mnogość układów, ilustracji i egzemplarzy! „Pięciu poległych” to z pewnością najbardziej rozpowszechnione polskie zdjęcie XIX wieku, które funkcjonowało żywo w swoich czasach. Jasne, z XIX wieku pochodzą także portrety Mickiewicza czy Krasińskiego, które zdobiły nasze sale lekcyjne i podręczniki. To jednak już inna historia i wykorzystanie.

Pewnym wyjaśnieniem dla popularności tej pracy, jest teza Danuty Jackiewicz, autorki monografii o Karolu Beyerze: „Fotograficzne portrety pięciu ofiar świadczyły o brutalnej zbrodni dokonanej przez carskie wojsko, a jednocześnie przykuwały uwagę zapisanym w tych obrazach majestatem śmierci bohaterskiej. Portrety każdej z ofiar osobno, a także kompozycje typu tableau z wizerunkami Pięciu Poległych ułożonymi na jednej kartce, stały się ważnym narzędziem oddziaływania na narodowe emocje przez polskie ugrupowania patriotyczne rozrzucone po całym świecie. (…) są obecnie uznawane za jedne z najważniejszych obrazów w dziejach polskiej fotografii, dających początek politycznie zaangażowanemu reportażowi.”/Jackiewicz D., Karol Beyer 1818-1877. Fotografowie Warszawy, wyd. Dom Spotkań z Historią i Muzeum Narodowe w Warszawie, Warszawa 2012, s.22/ 
Zenon Harasym dodawał także, że fotografie "cieszyły się powszechnym zainteresowaniem i szacunkiem. Zapotrzebowanie było tak wielkie, że jak wspominaWalery Przyborowski: Tysiące, setki tysięcy tych fotografii poległych w najrozmaitszych formatach rozbiegło się po kraju, kupowanych skwapliwie, rozbudzając wszędzie widokiem ran odkrytych, żal, nienawiść i chęć pomsty na barbarzyńcy, który takiej zbrodni się dopuścił."/za: Harasym Z., Ze starego albumu, wyd. Bosz, Olszanica 2010, s. 108/

Nawet zatem jeśli nie mamy w pamięci tej pracy, jeśli nie ukształtowała nas współcześnie, pozostaje bezspornie jedną z najważniejszych fotografii w polskiej historii. Co zaś się tyczy samych poległych, ich pogrzeb przerodził się w masową manifestację patrityczną. Wydarzenie to zachowało odzwierciedlenie w rycinach i płótnach. Polegli spoczywają we wspólnej moglile na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.


Portret pośmiertny Michała Arcichiewicza / źródło: BN

Portret pośmiertny Filipa Adamkiewicza / źródło: BN

Portret pośmiertny Zdzisława Rutkowskiego / źródło: BN

Portret pośmiertny Marcelego Karczewskiego / źródło: BN

Portret pośmiertny Karola Brendela / źródło: BN
fotografie pochodzą ze zbiorów Biblioteki Narodowej



Fotoikony w Polsce









„Fotoikony w Polsce. Poszukiwanie / Głosowanie” jest wystawą w ramach ekspozycji „Charlotte Cotton. Fotografia w życiu codziennym” czyli Sekcja Eksperymentalna Miesiąca Fotografii w Krakowie. Na wystawie widzowie doklejają kropki pod swoje ulubione zdjęcia. W Internecie, w Fundacji .DOC wszyscy internauci mogą po prostu oddać głos. 

Fot. 96. Portret symetryczny z niefortunnie dobranym tłem  (fot. Krystyna Raczuńska), z: Mikołaj Iliński, Jan Raczyński, Fotografia w życiu codziennym, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1978 / materiały Miesiąca Fotografii



W Miejscu przybliżymy historie stojące za zdjęciami, za fotografującym lub bohaterem obrazu.
Wystawa i internetowe głosowanie trwają do 17 czerwca. Jeśli macie jakiekolwiek pytania, wątpliwości, chcecie podrzucić nam zdjęcie (nie ujęte w akcji) lub wspomnienie (wokół fotografii z wystawy) – jesteśmy do Waszej dyspozycji: fotoikony@fundacjadoc.org [lub komentarze w Miejscu].

Na początek coś do poczytania - całe trzy teksty na temat projektu. Zdjęcia z historiami już zaraz.

Wszystkie teksty związane z projektem (i kilka wcześniejszych postów) znajdziecie zawsze pod hasłem IKONY



1 / Fotoikony w Polsce. Poszukiwanie / Głosowanie. O projekcie / Joanna Kinowska

Nie ma takiego słowa w języku polskim jak „fotoikony”, ale wszyscy je rozumiemy jako fotografie ikoniczne. Podobnie jest z owymi zdjęciami. Nikt ich nie zebrał w jednym miejscu, ale każdy ma w pamięci swój własny zbiór ważnych obrazów.

Poszukiwanie.

1/ Fotografie. Interesują nas zdjęcia odnoszące się bezpośrednio do danego wydarzenia. Nie bierzemy pod uwagę reprodukcji innych dzieł sztuki, stopklatek   z filmów, fotomontaży czy innych obrazów kultury. To mogą być zdjęcia cyfrowe lub analogowe, mogą być dokumentalne albo kreacyjne.
2/ Ważne. To musi być zdjęcie istotne dla wielu osób, coś co dotyczy jakiejś grupy. Ważne bo może przedstawiać kluczowe wydarzenie dla wspólnej historii, moment przełomowy, albo symbolizuje coś, opisuje w czytelny dla ogółu sposób, z czymś się nam kojarzy. Wykluczamy z naszego wyboru zdjęcia ważne dla rodziny, jednej klasy czy nawet dzielnicy lub miasteczka. Szukamy zdjęć, które są ważne dla większości Polaków.
3/ Rozpoznawalne. O takim zdjęciu wystarczy opowiedzieć, co widać, co przedstawia. W głowie czytającego lub słuchającego wyłania się obraz. Właśnie ten. Niektórzy widzowie mogą kojarzyć obrazy po nazwisku autora i tytule, inni skojarzą datę wykonania zdjęcia z wydarzeniem, inni zaś będą pamiętać obraz bez szczegółów.
4/ Wywierające wrażenie. Ikony działają na emocje. Widz zapamiętuje lepiej obraz, który go poruszył. Tym bardziej jeśli sprawa jest ważna i jakoś dotycząca oglądającego (patrz punkt 2)
5/ Ponadczasowe. To najtrudniejszy test. Sprawdzian z tego jak interesujemy się historią, fotografią, sztuką i światem. Ponadczasowe zdjęcie musi być znakomicie zrobione, w doskonałym momencie i ogniskować w sobie silny i czytelny przekaz. To takie zdjęcie, które poruszy kilka pokoleń.
6/ Polskie. Nie chodzi o sprawdzanie metryki urodzenia fotografów czy osób przedstawionych na zdjęciach. Powinniśmy raczej napisać „fotoikony dla Polaków”, choć to też nie oddaje zamierzeń. Fotografie faktycznie mają dotyczyć Polski – mogą robić to tu na miejscu, jak i za granicą; mógł fotografować obywatel RP lub gość-turysta.

Poszukiwanie fotoikon odbyło się w trakcie kilkumiesięcznego procesu. Stawialiśmy pytanie o ważne zdjęcia tak zwanemu „komitetowi nominującemu”. Znalazło się w nim przeszło 300 osób, które zajmują się ogólnie pojętą kulturą. Ich odpowiedzi w wielu miejscach  się pokrywały, wskazywali te same obrazy. Te najpopularniejsze zebraliśmy na wystawie.

Głosowanie.
Każdy może zagłosować na zdjęcie, które uważa za najważniejsze. Można uzasadnić swój wybór. TAK: bo dobrze znam to zdjęcie. TAK: bo jest świetne i bardzo mi się podoba fotograficznie. TAK: bo dobrze opowiada historię. TAK: bo pamiętam je z podręcznika czy gazety. TAK: bo właśnie dowiaduję się, o ciekawej historii. Każde z tych „tak” jest świetnym wyborem.
Dzięki głosom publiczności możemy zweryfikować wybór. Efektem będą cyfry i słupki, zmierzona popularność. Głosowanie jest etapem kończącym poszukiwania, ale startem               do dalszych refleksji i prawdziwych badań. Dlaczego w zbiorze dominują zdjęcia trudne  i przykre? Skąd tyle martyrologii? Czemu nie mamy tu prac z pogranicza dokumentu, czemu tak mało dzieł sztuki? Jak to się dzieje, że jeden kadr jest lepiej pamiętany od drugiego? Zostaje nam w pamięci bardziej kolor czy czarno biel? Czy zdjęcia ikoniczne wiążemy jakoś z nostalgią, a może jest coś co „powinno” być dla nas ważne? Czy kojarzymy ten obraz bezpośrednio czy z jakiegoś nawiązania i „remixu”?
Czy wybierając ważne zdjęcie identyfikujemy się z osobą przedstawioną lub jej poglądami?

Poddajemy głosowaniu kilkadziesiąt zdjęć. Zadajemy właściwie tylko jedno pytanie. Tych dodatkowych można jeszcze mnożyć.

Ikoniczne.
Temat ikonicznej fotografii, czyli takiej, którą rozumieją i pamiętają mieszkańcy danego
regionu, z którymi identyfikują swoją historię – jest w Polsce nierozpoznana. Publikacje
wyborów zdjęć „najlepszych”, „najważniejszych”, „ikonicznych” ze świata nie mają wpływu na ten stan.
Pomysł na poszukiwanie narodził się podczas lektury książki „No Caption Needed” Roberta Hariman oraz John’a Louis Lucaites / Iconic Photographs, Public Culture and Liberal Democracy, wyd. The University of Chicago Press, Chicago and London, 2007/. Autorzy weryfikują historie ikonicznych zdjęć, dostarczają definicji oraz opowiadają o związkach fotografii z życiem kulturalnym i polityką.
Zbigniew Libera w swojej pracy „Pozytywy” (2002-2003) zainscenizował kilkanaście ikonicznych zdjęć od nowa, zmieniając ich wydźwięk na optymistyczny. „Mamy zawsze do czynienia z zapamiętanymi widokami rzeczy” – wspominał autor, korzystając z zaledwie dwu obrazów, które namacalnie dotyczą Polski.
„Matka migrująca” (Dorothea Lange), ucieczka i rozpacz wietnamskich dzieci poparzonych napalmem (Nick Ut) lub zatknięcie flagi USA na wyspie Iwo Jima (Joe Rosenthal) czyli jedne z najbardziej znanych, podziwianych i bezspornie ikonicznych zdjęć – czy coś mówią „Kowalskiemu”? Czy nie bliższe są obrazy dotyczące historii europejskiej, jak np. zatknięcie radzieckiej flagi na Reichstagu (Yevgeni Khaldei), upadek muru berlińskiego, wyzwolenie Paryża? Oczywiście do współczesnego zbioru ikon fotografii światowej polskiego obywatela należą także, bezspornie portrety (np. Che, Marylin Monroe) i zdjęcia ilustrujące głośne wydarzenia  (np. atak na World Trade Center) a także te o skali światowej jak np. lądowanie na księżycu.

Poszukiwanie to przede wszystkim próba ułożenia tych ważnych fotografii obok siebie, przypomnienia ich. Głosowanie to sprawdzenie czy podpis pod zdjęciem jest nam potrzebny. Czy wyłonione prace okazały się faktycznie tymi, z którymi może się identyfikować
statystyczny Polak? Mamy nadzieję, że ten projekt to pierwszy głos w dyskusji oraz krok do wyłonienia zbioru „najlepszych i najważniejszych” zdjęć polskiej fotografii.



2. Zakorzenione zdjęcia - Zakorzenieni w zdjęciach / Bogna Kietlińska

Są takie zdjęcia, które, chciałoby się powiedzieć – znają wszyscy. I choć stwierdzenie to jest dużym uproszczeniem, to jednak jak w każdej dobrej bajce, także w nim ukryte jest ziarenko prawdy. Nie ulega bowiem wątpliwości, że istnieją zdjęcia, które w danym społeczeństwie odgrywają znaczącą rolę. Owa rola wyraża się w tym, że są one powszechnie znane i rozpoznawane. Są to zatem zdjęcia, które członków danego społeczeństwa nie pozostawiają wobec siebie obojętnymi. Co więcej, u większości z nich wywołują określony, a zatem przewidywalny wachlarz emocji.
Z socjologicznego punktu widzenia ciekawe jest to, co powoduje tak silny związek pomiędzy konkretnymi zdjęciami i określonymi ludźmi. Krótko mówiąc, co sprawia, że poniższy opis, w wyobraźni tak wielu Polaków wizualizuje się jako konkretny obraz.

Zdjęcie robione z góry, być może z okna. Zaśnieżone miasto. Naszym oczom ukazuje się Kino Moskwa, na którego elewacji znajduje się dużych rozmiarów afisz filmowy reklamujący głośny film Coppoli. Przed kinem stoi czołg, przy którym zebrali się żołnierze.

Wizualizacja ta nie zawsze idzie w parze z konkretną wiedzą, a zatem obraz ten dla wielu osób nie jest w ich świadomości zdjęciem wykonanym przez Chrisa Niedenthala. Niemniej jednak jest obrazem znanym, swojskim, zakorzenionym w „pamięci” Polaków. Właśnie temu zagadnieniu zdecydowałam się poświęcić niniejszy tekst. Chciałabym tu krótko opowiedzieć o zakorzenieniu zdjęć w ludziach i ludzi w zdjęciach. Jednocześnie, na ten moment, decyduję się jedynie na czysto teoretyczny charakter rozważań. Mam jednak nadzieję, że po zakończeniu kluczowych etapów projektu, będę miała okazję zderzyć refleksje te z empirią.

Kompetencje
Jako punkt wyjścia przyjmuję problem kompetencji. Aby jakiś obraz wyłonił się w naszej świadomości, musimy być wyposażeni w określony rodzaj kompetencji – w tym wypadku kulturowych, ponieważ widzenie jest zawsze widzeniem kulturowym. Kompetencje te w mniejszym lub większym zakresie są wspólne dla członków danego społeczeństwa. 
Kompetencje kulturowe należy rozumieć jako zasób potencjalnych możliwości organizmu i umysłu człowieka będącego członkiem danej grupy kulturowej. Jest to zatem zespół cech, które określają predyspozycje jednostki do uczenia się kultury, a także sposób posługiwania się wiedzą i rozwiniętymi umiejętnościami (Por. M. Ziółkowski, Nabywanie kompetencji kulturowej, w: „Kultura artystyczna a kompetencje kulturowe”, (red.) T. Kostyrko i A. Szpociński, Warszawa 1989, s. 18.). Podobnie jak kompetencje językowe, kompetencje kulturowe mają charakter twórczy, a zatem pozwalają wytwarzać nowe zachowania, a także przekształcać przyswojone wcześniej przez jednostkę elementy, reguły czy wartości. Podrzędne względem kompetencji kulturowych, ale jednocześnie stanowiące ich rodzaj są kompetencje wizualne. Funkcjonują one na podobnej zasadzie, a zatem także mają charakter twórczy. Dotyczą one jednak konkretnie umiejętności odczytywania, posługiwania się i interpretowania przekazów ikonicznych wytwarzanych w danej kulturze, a w swym twórczym charakterze także modyfikowania zastanych i wytwarzania nowych obrazów. Dzięki tym kompetencjom powierzchowne patrzenie staje się widzeniem.
Ponadto osoby realizujące te dwa rodzaje kompetencji, są zawsze członkami jakichś grup społecznych. Mimo to, poszczególne osoby należące do danej grupy, w różnym stopniu przyswajają i rozwijają kompetencje kulturowe (w tym także wizualne).
Stąd niektórzy Polacy wcześniej przytoczony przeze mnie opis zdjęcia „Czas Apokalipsy” Chrisa Niedenthala skojarzą z konkretnym obrazem, inni z obrazem i określoną sytuacją, a jeszcze inni dodatkowo z tytułem zdjęcia, datą jego wykonania i nazwiskiem autora. Ci ostatni będą wobec tego wyposażeni w najwyższy poziom kompetencji kulturowych i wizualnych. Bez względu jednak na jednostkowy poziom kompetencji, dla wszystkich tych osób zdjęcie Niedenthala jest rozpoznawalne. Wystarczy o nim opowiedzieć, opisać je, aby w ich głowach „zwizualizowało” jako ten właśnie obraz. Co zatem jeszcze sprawia, że pewne zdjęcia są rozpoznawalne i „uwspólnione” przez większość Polaków? Gdzie leży przyczyna takiego zakorzenienia obrazów?

Zakorzenienie
Ciekawą metaforą organizują myślenie socjologiczne i według mnie bardzo trafną w kontekście opisywanego tu przeze mnie zjawiska, jest metafora zakorzenienia. Zdjęcia-ikony (fotoikony) zakorzenione są w naszej świadomości. Z drugiej jednak strony, ta relacja pomiędzy fotoikoną i jej odbiorcą (nami) jest dwustronna. To nie tylko zdjęcia zakorzenione są w nas, ale to także my zakorzenieni jesteśmy w tych fotografiach. Pomiędzy fotoikoną, a jej odbiorcą, zachodzi sprzężenie zwrotne. Pozycje Obserwowanego (fotografii) i Obserwującego (widza-odbiorcy), mogą dość niepostrzeżenie ulec zamianie. Bo czy to zawsze tylko my przyglądamy się zdjęciom, czy też to także zdjęcia przyglądają się nam? Z jednej strony obserwujemy fotoikony jako obrazy, w których zaklęta jest zbiorowa pamięć. Z drugiej jednak, w fotografiach tych unaocznia się pewna bliska nam historia, opowieść. Pełnią one zatem funkcję zwierciadła, w których odbijamy się jako Polacy, w których z większą lub mniejszą przyjemnością się przyglądamy. Są to kadry zamykające przeszłość, widzianą oczami fotografa. Ten właśnie moment został uwieczniony przez autora danego zdjęcia, który dzięki temu na zawsze sytuuje się w roli obserwatora tej konkretnie chwili. To wszystko powoduje, że relacja Obserwowany - Obserwator znacznie się komplikuje i z liniowej - statycznej, zmienia się w wielokierunkową i dynamiczną.

Zakorzenienie w historii
Fotoikony to zdjęcia ważne dla większości Polaków. Ważne bo odwołują się do pamięci zbiorowej i niejednokrotnie wiążą się z narodową tożsamością. Bardzo często zakorzenienie takich zdjęć związane jest z ich wymiarem historycznym. Niejednokrotnie fotografie te przedstawiają szczególnie ważne dla wspólnej historii wydarzenie, w tym momenty przełomowe (np.: Powstanie Warszawskie, stan wojenny, strajk w Stoczni Gdańskiej, etc.), bądź postacie (Lech Wałęsa, Jan Paweł II, Wisława Szymborska). Zdjęcia te są zapamiętane i rozpoznawalne, ponieważ w jasny sposób odwołują się do znanej większości Polaków historycznej wiedzy i przez to stanowią wizualny, naoczny symbol czasów.
Zdjęcie dobrze ukazujące istotną przeszłość, ma szansę stać się obrazem ponadczasowym. W tym jednak ukrywa się największa trudność, polegająca na tym, czy kolejne pokolenia zdadzą test na rozpoznawanie obecnych fotoikon. Mam wrażenie, że trwałość takich zdjęć może być ograniczona. Dlatego też tak istotna jest edukacja historyczna poszerzona o wymiar wizualny. Tylko w ten sposób możemy przedłużyć żywotność obecnych fotoikon i sprawić, aby ich zbiór z czasem powiększał się, a nie funkcjonował za zasadzie wypierania starych zdjęć nowszymi.
Należy tu jednak także uczynić pewne zastrzeżenie. Odnośnie fotoikon ukazujących kluczowe postacie, trzeba pamiętać o tym, aby rozgraniczyć zdjęcia ukazujące ludzi-ikony od zdjęć będących fotoikonami samymi w sobie. W rozgraniczeniu tym leży moim zdaniem podstawowa trudność. Wybierając zdjęcia ikoniczne i tworząc ich katalog stawiamy się w roli sędziów kompetentnych. Dlatego też proces ten wymaga głębokiej refleksyjności podczas całego czasu swego trwania.


Zakorzenienie społeczne
Istotą fotoikon jest to, że są to zdjęcia ważne dla danego społeczeństwa. Dzięki temu, są one materializacją więzi łączącej jego członków. Działają na zbiorowe emocje, ponieważ z jednej strony dotyczą każdego z osobna, ale jednocześnie konkretnej całości. Aby jakieś zdjęcie stało się fotoikoną musi wywierać wrażenie na znacznej części społeczeństwa, z zatem musi odwoływać się do wspólnej pamięci i przez to poruszać. Zakorzenienie społeczne rozumiem tu jako odnajdywanie się jednostki w określonej wspólnocie norm i relacji społecznych, ról i tożsamości, historii i doświadczeń. Dzięki tej wspólnocie pewne zdjęcia stanowią zapalnik przywołujący intersubiektywne wspomnienia, odwołują się do dostępnej większości osób wiedzy. Wiążą one w widoczny sposób wszystkich zaangażowanych aktorów społecznych – tych historycznych, bezpośrednio biorących udział w danym wydarzeniu i tych obecnych – obserwatorów. Fotoikony mają moc utrwalania zbiorowej tożsamości i zwiększania społecznej spójności aktorów. Wywołują one narrację, która z jednostkowego poziomu wkracza na poziom społeczny. Ponadto, zakorzenienie społeczne jest często ściśle związane z zakorzenieniem historycznym. Na przykład Jan Paweł II, jako postać ważna dla polskiej historii, jest także symbolem narodowej tożsamości, wyzwalającym silne, zbiorowe - niekoniecznie o podłożu religijnym - emocje. Przykładów wzajemnego zachodzenia na siebie zakorzenienia społecznego i historycznego jest z resztą znacznie więcej. Warto byłoby być może zastanowić się nad tym, czy któryś z tych typów jest nadrzędny wobec tego drugiego. Póki co pozostawiam to jednak w charakterze pytania otwartego i zapraszam do wspólnego budowania katalogu polskich fotoikon, bo to w nich spotykamy się jako My – Polacy.



3. Fotoikony w Polsce. Poszukiwanie/Głosowanie. Czego tu brakuje? / Joanna Kinowska

Zdjęcia do akcji zostały wyłonione na podstawie pamięci. Przypominano sobie akurat o tych, a nie innych fotografiach. Nie znamy szczegółów, co determinowało wybór – czy myślano sobie o ważnych wydarzeniach i szukano ich obrazów, czy odwrotnie górę brały znakomite i popularne zdjęcia. Nie wiemy na ile w wyborze tym ważne jest kojarzenie zdjęcia od dawna, „od zawsze”, na ile kadr jest ulubiony lub może czy wybierający zna autora lub przedstawionego na zdjęciu osobiście, może wiąże się z tym dodatkowa historia. Może te kadry są najbardziej opatrzonymi zdjęciami, może ostatnio były zauważone, a może przy okazji jakiejś rocznicy akurat je wydrukowali w gazecie?
Wiemy, że zdjęcia tu prezentowane to najczęściej pojawiające się propozycje „ważnych polskich zdjęć” - nominowanych zupełnie z głowy, bez sugestii ze strony organizatora. Wybierający nie musiał uzasadniać decyzji.

Zdjęcia z pamięci.  Czasem nie było wątpliwości – „ten” „Czas Apokalipsy”, czy „ten” portret Popiełuszki, albo „ten” moment z Wisławą Szymborską, nawet nie to zdjęcie z chwili później. Żaden inny kadr. W niektórych wypadkach nawet przysłane zdjęcie nie precyzowało wyboru – ruiny Warszawy wokół kościoła św. Augustyna znamy z co najmniej 5ciu kadrów a okrągły stół w niemal identycznym ujęciu fotografowało kilkudziesięciu autorów! Które konkretnie zdjęcie mogli mieć na myśli wybierający? Czy nie mieli przypadkiem obrazu „bez nazwiska” autora? Może po prostu – znali i kojarzyli kadr i sytuację w ogólnym wymiarze, uznawali za ważny i przełomowy czy symboliczny obraz, bez wnikania w szczegóły? Zdjęcia wykonane podczas obrad okrągłego stołu z galerii zestawione obok siebie przypominają popularną grę dla dzieci „znajdź 5 szczegółów różniących te obrazy”.
Co zatem zrobić z obrazami, które znamy doskonale, ale czy aby na pewno z fotografii? Wojciech Jaruzelski wprowadzający stan wojenny albo cieszący się ze zwycięstwa Władysław Kozakiewicz są w naszej zbiorowej pamięci. Kojarzymy je jednoznacznie, wiemy o co w nich chodzi. Jednak pozostaje pytanie – czy bohaterowie tych scen w naszej pamięci się ruszają, może coś mówią?
Fotografie o charakterze politycznym dominują, ale jak się okazuje nie zawsze kojarzymy zdjęcia do istotnych wydarzeń. Jak rozpoznajemy wybuch II wojny światowej? Które zdjęcie przychodzi na myśl, gdy mówimy o pontyfikacie Jana Pawła II? O ile brak portretów wielkich polityków czy obrazów wydarzeń sprzed II wojny tłumaczyć można zapomnieniem, słabym rozpowszechnianiem fotografii z tego czasu, wreszcie być może Piłsudskiego czy Paderewskiego pamiętamy raczej z portretów malarskich. Z kolei wydarzenia najnowszej historii reprezentowane są w świadomości masowej przez obrazy ruchome (studia na żywo i na miejscu wydarzeń) i mnóstwo obrazów, różnych perspektyw. Tym trudniej dziś o konkretne ujęcia przechodzące do historii jako ikoniczne.
Całą sytuację komplikuje bardzo płynna w polskiej historii fotografii definicja zdjęcia ikonicznego. Na etapie wyboru i nominowania chcieliśmy uniknąć przykładania bardzo precyzyjnej definicji ukutej na świecie. Wedle niej bowiem zdjęcia ikoniczne muszą odnosić się do bardzo konkretnych i rozpoznawalnych wydarzeń. Wynika z tego chociażby, że portret Jerzego Popiełuszki, który był reprodukowany w tysiącach egzemplarzy i sprzedawany jako malutki święty obrazek w kościołach albo powitanie Breżniewa i Gierka (to akurat pochodzi z wizyty w Warszawie na obchody XXXlecia PRL) nie powinny znaleźć się w tym wyborze.


Wybór nie układa się w podręcznik do historii, chociaż zdjęcia ułożono chronologicznie. Wśród zdjęć „fotoikon” są także zdjęcia nie reportażowe i nie dokumentalne. Przynależą one do zupełnie innego rodzaju fotografii, określanej mianem artystycznej. „Nieznany” Jerzego Lewczyńskiego i „Portret wielokrotny” Witkacego to zdjęcia odnoszące się do treści historycznych, lecz z gatunku fotografii kreacyjnej.


Nie jest to także poradnik fotograficzny ani zbiór najlepszych zdjęć.  Są tu oczywiście także ujęcia mistrzowskie, wykonane przez znakomitych fotoreporterów. Kadry, z których można uczyć się najlepszej szkoły reportażu. Nie zawsze warunki pozwalały na wykonanie dobrego kadru, nie zawsze fotograf miał czas by zmienić miejsce lub przyłożyć się do kompozycji. Są tutaj wreszcie zdjęcia amatorów. Zdjęcie z biegnącym mężczyzną obok czołgu na ulicy przed Kopalnią „Wujek” czy chłopczyk niepewnie i strachliwie podnoszący ręce do góry w trakcie akcji likwidacji warszawskiego Getta – te kadry wykonali po prostu amatorzy. A jednak trudno o bardziej przejmujące fotografie w polskiej historii.
Musimy także pamiętać, że niejednokrotnie wykonaniu zdjęcia towarzyszył strach i niepewność, reporterom trzęsły się ręce, zaś historie z tego jak powstawały kadry „Czasu Apokalipsy” czy z manifestacji z ciałem „Janka Wiśniewskiego” (chodzi naprawdę o Zbyszka Godlewskiego) – mogłyby stanowić kanwę filmu czy powieści sensacyjnej.


Wybór niekompletny. Wybór „najważniejszych zdjęć”, „najlepszych”, „zdjęć ikonicznych” lub fotografii „które zmieniły świat” – nigdy nie będzie idealny i kompletny. Zawsze musi być czyimś wyborem, jakąś propozycją – z którą naturalnie nie zgodzimy się wszyscy. Ten, który tutaj prezentujemy został wyłoniony przez grupę ludzi. Wybór taki przekracza właściwie możliwości jednej osoby. Zawsze musielibyśmy spytać o jej wychowanie, wykształcenie, doświadczenie oraz czy jest upoważniona i ma wystarczający autorytet by decydować w tak istotnej kwestii. A i tak z pewnością nie zgodzilibyśmy się z tym wyborem. Prace pokazywane w akcji „Fotoikony”, dzięki temu wielogłosowi mają większe szanse na bycie rozpoznawalnymi. Sytuacji gdy widz zna wszystkie zdjęcia i rozpoznaje ich autorów, bohaterów oraz konteksty zdarzy się zapewne niewiele.
Fotografie w Polsce. Wymóg „polskości” był rozmaicie rozumiany przez nominujących. W wyborze znalazły się kadry m.in. Norwega, Niemca, Argentyńczyka i Brytyjczyka. „Dywizjon 303” powstał w Anglii, „Gest Kozakiewicza” został wykonany w Moskwie, Danuta Wałęsowa odebrała Nobla w Oslo. Wszystkie zebrane zdjęcia dotyczą Polski – bądź dzieją się w jej granicach, bądź nawiązują bezpośrednio do historii i obywateli kraju.


Zbiór zdjęć ikonicznych nie jest stały i jedyny. Podlega sądom, subiektywnym wyborom oraz upływowi czasu. Badania socjologiczne, które powinny (i może kiedyś będą) towarzyszyć zebraniu ważnych zdjęć, wyjaśnią może część nurtujących nas wątpliwości – czy wiek, wykształcenie czy miejsce zamieszkania mają wpływ na pamiętane obrazy? Do wyjaśnienia pozostaje na pewno ułożenie definicji fotografii ikonicznych w Polsce, następnie analiza każdego z tych obrazów pod kątem rozpowszechnienia i konotacji, przypomnienia sytuacji wykonania kadru oraz odtworzenie kontekstu. Brakuje w naszym wyborze fotografii z wielkiej, światowej historii, które Polacy tak samo znają i rozpoznają.
Część z tych zdjęć ma swoich niemal bliźniaczych odpowiedników. Na potrzeby tej akcji zdecydowano się na wybór, czasem najlepszego, lecz czasem – tego, które było dostępne.
Jesteśmy świadomi ograniczeń tego wyboru. Zdajemy sobie sprawę z wielu kontrowersji jakie ten wybór może budzić. Wybraliśmy spośród wielu metod znalezienia ważnych zdjęć – pracę zespołową i możliwie szeroką. Teraz zdajemy się na publiczność, która ten wybór może zweryfikować. Dołącz i wybierz swoją „fotoikonę”: ulubioną, najlepszą, najciekawszą.


My zaś pozostajemy do dyspozycji, jeśli:
- chcesz zgłosić inne zdjęcie
- masz ważne informacje na temat wybranych zdjęć
- chcesz opowiedzieć nam o swoich wątpliwościach i uwagach na temat tej akcji

niedziela, 6 maja 2012

Beyer przywrócony!





Tytuł: „Karol Beyer 1818-1877”

Autorka: Danuta Jackiewicz, historyk fotografii pracujący od lat jako kurator działu Zbiorów Ikonograficznych i Fotograficznych Muzeum Narodowego w Warszawie.

Podtytuł/Seria: „Fotografowie Warszawy” została rozpoczęta książką, nazywaną przez wydawcę (Dom Spotkań z Historią) „albumem” właśnie o Beyerze. W kolejce czekają: Maksymilian Fajans, Konrad Brandel i Jan Mieczkowski. Seria zapowiada się na wiele tomów i ma się kończyć na współczesnych. „Po raz pierwszy pokażemy w tak kompleksowy sposób dzieje fotografii w Warszawie, a jednocześnie burzliwą historię miasta – przede wszystkim poprzez zdjęcia mało znane i nigdy dotąd nie publikowane. Przypomnimy także te fotograficzne obrazy, które należą już do kanonu polskich zdjęć i powinny być bezbłędnie identyfikowane również przez najmłodsze pokolenia” (3.s.okładki) - redaktorka serii Katarzyna Madoń-Mitzner. Przy tak ambitnie zakreślonym celu i wielkich słowach, można tylko życzyć powodzenia (i jeszcze życzyć oby ten kanon nie był podległy konkretnemu współwydawcy czyli właścicielowi zbiorów).

Wydawca: Książka o Beyerze powstała we współpracy Domu Spotkań z Historią (wydawca serii, realizator ekspozycji) oraz Muzeum Narodowego w Warszawie (autorka/kuratorka, zbiory czyli eksponaty).

Zawiera indeks osób, krótką bibliografię, świetnie rozplanowany spis zdjęć, kalendarium (spisane podwójnie: wedle dziejów fotografii oraz życia Karola Beyera). Znajdziemy też w publikacji jedną stronę absolutnie typową dla prac naukowych – monografii artystów: zestawienie 8 sygnatur „firmowych pracowni” Beyera. [Co prawda nie wiemy której kiedy używał…]

Bibliografia: krótka – zawierając spis źródeł i opracowań. Tym razem bez sztandarowego autora polskich dziejów fotografii czyli Ignacego Płażewskiego. Czyli Beyer zweryfikowany!
"Procesja na Krakowskim Przedmieściu z relikwią św. Wiktora Męczennika, 5.06.1859"

"Wojsko rosyjskie stacjonujące na placu Zamkowym, po 14.10.1861"

Wystawa a książka. Wystawa towarzyszy książce, jest trzecioplanowa. Odbywa się w plenerze, na skwerze przy Karowej/Krakowskim Przedmieściu. Plenerowa a zatem reprodukcje, duże i zauważalne z daleka. Co jeszcze ciekawsze, tym razem i jedynym niestety – zdjęcia eksponowane są tam gdzie w większości powstawały – w tym bowiem miejscu gdzie dziś skwer stała kamienica z pracownią fotograficzną Beyera.


Zdjęcia: 75 prac Beyera (wszystkie ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie). Różne techniki, różne formaty, zbiór bardzo różnorodny – trochę z portretu, trochę z dokumentu, trochę zleceń i eksperymentu. Wybrane prace są publikowane dwukrotnie – raz kadr pełny, raz znakomite zbliżenie (a dla precyzji – trzy razy, bowiem w spisie ilustracji są jeszcze raz zaprezentowane w wielkości znaczka pocztowego).

Język: polski i angielski, w osobnych wydaniach. Ogromne gratulacje za pomysł i realizację, no wreszcie!



"Widok z balkonu zakładu fotograficznego na Hotel Europejski z dekoracją żałobną. W sali narożnej spoczywały ciała czterech poległych w czasie patriotycznej demonstracji 25 lutego 1861: Filipa Adamkiewicza, Karola Brendla, Marcelego Karczewskiego i Zdzisława Rutkowskiego." Fot. 28-29.02.1861

"Pracownia krawiecka, czyli ówczesny salon mody sióstr Józefy i Julii Kuhnke w kamienicy Malcza przy Krakowskim Przedmieściu, 1862"


Beyer na nowo.

Publikacja przeznaczona jest dla „wielbicieli fotografii i varsavianów”. Ale zdaje się i autorka i wydawca myśleli troszkę szerzej (stąd pewnie język angielski). „Album” składa się „jakby” z 3 części (jakby bo nie ma oficjalnego spisu treści chociażby): 1/ tekst, 2/ zdjęcia i 3/ dodatki (kalendaria, spisy, itp.). Książkę się czyta przyjemnie, trochę jak przewodnik, bez napięć i sensacji, z dość powściągliwym udziałem słownictwa historyczno sztucznego. W tekście jest sporo faktów i wypowiedzi z epoki oraz odniesień do konkretnych fotografii. Mamy zatem tekst popularno-naukowy, faktycznie przywracający Beyera – w sposób łatwy i …współczesny. Za sprawą grafiki, ciekawych rozwiązań na kalendarium i spis zdjęć książka o fotografie XIX wiecznym jest na wskroś XXI wieczna (wspaniały jest motyw lupy powiększającej przy zdjęciach, zaznaczający, że reprodukowana praca jest większa niż oryginał).

Książka czy album faktycznie jest ogromnie potrzebny. Coś prostego, przekrojowego i relatywnie taniego (49zł). Dobrze wreszcie wyjść z polemicznych i naukowych publikacji w stronę widza. Dobrze też, że wystawa została zbudowana z reprodukcji i „promuje” właściwie książkę. Książka nie jest katalogiem wystawy, w dodatku – złożona z oryginałów (gdzie największa praca to 27,3x45,6cm) zachwycała by pewnie nielicznych zwiedzających, jedynie wielbicieli czystej-historycznej materii. Powiększone do kilku metrów, opisane i wystawione przy promenadzie mają szanse zwrócić uwagę przechodniów.




Pierwszy, najpierwszy!


Mam właściwie jedną jedyną wątpliwość (plus jedno czepialstwo) co do samej publikacji i wystawy. Beyer jest w tekstach organizatorów wymieniany jako pierwszy fotograf stolicy. Jeśli weźmiemy pod uwagę zakres dokumentacji Beyera, że robił ją wedle własnej inwencji i potrzeby – wówczas jest pionierem absolutnym, wyprzedzającym epokę i postawy. Jeśli zaś zestawimy z datami powstawania zakładów w stolicy oraz z wieściami na temat początków fotografii w Polsce, to już się sprawa komplikuje. Cóż – Beyerowi nie trzeba nic dodawać. Był szalonym eksperymentatorem i to faktycznie on wprowadził do kraju techniki ze świata, i błyskawicznie i w znakomitej jakości: pierwsze kalotypie (ponoć, bo tu walczy z hr Branickim), ambrotypie i panotypie, wprowadził format carte de visite i pierwszy też wykonał w Polsce fotografię zaćmienia słońca (1851), itp. Był z pewnością najwybitniejszym fotografem XIX wieku, i nie tylko warszawskim. Konkurował z nim właściwie tylko Walery Rzewuski w Krakowie. Jednak de facto pierwszym fotografem w stolicy czy „pierwszym zawodowym fotografem warszawskim” (s.9) Beyer nie był.

Zacznijmy od początku: pierwsze dagerotypy, wykonał Andrzej (Jędrzej) Radwański (tak samo twierdzą Danuta Jackiewicz, Ignacy Płażewski i Wacław Żdżarski). Potem sprawa się komplikuje i badacze powołując się na inne źródła – wymieniają inne nazwiska i daty. Jackiewicz podkreśla, że Beyer swój zakład otworzył w 1845 roku jako „pierwszy stały zakład dagerotypowy w stolicy Królewstwa Polskiego” (Jackiewicz, s.8), Płażewski przesuwa otwarcie tego zakładu na koniec 1844 roku. Jednak za pierwszy zakład uważa pracownię Józefa Giwartowskiego (gdzie też była retuszernia), która ponoć miała zostać otwarta już w 1841 roku! (Płażewski, s.53). Wacław Żdżarski w swojej „Historii fotografii warszawskiej” (wyd. Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1974) pisał, że „pierwszym Polakiem trudniącym się zawodowo dagerotypią był Julian Zawodziński, nauczyciel gimnazjalny rysunków w Płocku, który po swoich podróżach po Niemczech w 1844 roku przyjechał do Warszawy i otworzył zakład” (s.19). Jednak Zawodziński działał tylko w miesiące letnie i tylko w 44 i 45 roku, po czym jego zakład przejął Kosiński (bezimienny) i dalej Karol Szczodorowski. Co bardzo ważne – Żdzarski podkreśla: „trudno dziś ustalić, kto był pierwszym zawodowym fotografem warszawskim w pełnym tego słowa znaczeniu, traktującym te pracę jako główne źródło utrzymania, prowadzącym stały zakład” (Żdżarski, 2.21). Dodaje także, że w roku 1845 działały już zakłady – oczywiście Beyera, ale także Giwartowskiego, Blumenthala, Gejslera, La Cour’a i Juliusza Willnowa.

Nazywanie zatem Beyera pierwszym to w pewnym sensie hasło reklamowe, jeśli zaś zawęzimy – że był pierwszym fotografem który otworzył stały i zawodowy zakład i reprezentował podejście dokumentalne i na własną rękę wykonywał zdjęcia wydarzeń oraz widoków Warszawy – możemy się zgodzić. Za dużo jest jednak chyba tych niuansów i zastrzeżeń. Przypomina to trochę oczywiście podział wersji: jedna - uproszczona dla widza, reklamowana i przystępna, oraz druga: naukowo-zastrzeżona.

Czepialstwo moje dotyczy tylko formy opisu zdjęć w spisie. Wszędzie drobiazgowo zapisano technikę wykonania i wymiary prac, jednak carte de visite występuje tutaj niepodlegle (a przecież nie zawsze odbitka była albuminowa?) i jeszcze przy dagerotypach, zamiast formatu w centymetrach mamy zapis „1/6 płyty”. Jak wszyscy wiemy to jest około 7x8 cm. Cóż brakuje jedynie słowniczka. Naprawdę jedynie słowniczka. Niezmiernie się cieszę z tej książki, bo odsyłanie do zeszytów naukowych i publikacji z lat 1970tych przestało być zabawne. Beyera przywrócono – jako pierwszego czy jedynego, no w każdym razie wyjaśniono czemuż to on jest „ojcem polskiej fotografii”. Mimo zastrzeżeń, gratuluję i polecam ogromnie, no i czekam niecierpliwie na kolejne tomy serii.

Więcej zdjęć i szczegółów - w DSH, o wystawie i o albumie. Wystawa czynna do września 2012.
Zdjęcia Karola Beyera pochodzą z materiałów prasowych publikacji&wystawy.

środa, 4 kwietnia 2012

POSZUKIWANY, POSZUKIWANA!

Jakiś czas temu wspominałam o świetnej książce "No Caption Needed", innym razem coś napomknęłam o zdjęciach 'the best of...', itp. Krążymy wokół tematu. Czas na odszukanie i nazwanie - które polskie zdjęcia możemy nazwać ikonicznymi?
Zapraszam do udziału w POSZUKIWANIACH polskich zdjęć ikonicznych. Akcja w trzech aktach.
W pierwszej pytaliśmy specjalistów i ekspertów. W drugiej pytamy Internautów: lubiących zdjęcia, świetnie orientujących się w kulturze, specjalistów różnych dziedzin i widzów wystaw fotograficznych.
O trzeciej na dole.



Jak POSZUKIWAĆ?
- Pomyśl o zdjęciu (zdjęciach!) ważnym dla siebie, ale takim, które mogłoby być znane też Twojemu sąsiadowi czy koleżance z pracy.

- Szukamy polskich zdjęć - polskich autorów lub na temat Polski - autorów zagranicznych. To nie musi być też zdjęcie wykonane w granicach Polski.

- Szukamy takich zdjęć, które można nazwać IKONAMI.

- Swój typ - opis zdjęcia (albo jpg z sieci) razem z własnym imieniem i nazwiskiem - wyślij na adres j.kinowska małpa fundacjadoc kropka org / albo / wyślij odpowiedź na tego posta / albo / poprzez wydarzenia na fb

- Czekamy na zgłoszenia do 15 kwietnia.


Potem zaś etap trzeci - Fotoikony w Polsce / GŁOSOWANIE
W maju 2012 - podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie, w Bunkrze Sztuki pokażemy najczęściej powtarzające się Wasze wybory. W tym ostatnim etapie - zaprosimy widzów do GŁOSOWANIA na ulubione i najważniejsze zdjęcie.
Sprawdzimy wówczas, które to zdjęcia najlepiej znamy :)
Zapraszam!

Projekt "Fotoikony w Polsce. Poszukiwanie / Głosowanie" realizuje Fundacja.DOC dla Fundacji Sztuk Wizualnych, organizatora Miesiąca Fotografii w Krakowie. Opiekunem prawnym projektu jest Kancelaria Adwokacka Lassota i Partnerzy. Pomysł: Joanna Kinowska. Współpraca przy projekcie: Bogna Kietlińska, Rafał Siderski, Mateusz Zgliński, Anna Batko, Zofia Ledzion, Magdalena Guzik, Katarzyna Skrzypczyk, Aleksander Włodyka i Wojtek Sienkiewicz. Dziękuję!

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

po powodzi.



Z okazji nienadchodzącej najwyraźniej wiosny, wracamy do tematu znajdowania zdjęć. Krzysztof Kowalski prezentuje fotografie odnalezione podczas powodzi 2010 w Bogatyni.







wszystkie zdjęcia ze zbiorów Krzysztofa Kowalskiego

czwartek, 29 marca 2012

don't mess with texas


z serii "don't mess with texas" M. Jędrzejowski & T. Liboska

ponownie zapraszam do Gliwic, tym razem na wystawę "don't mess with texas" Michała Jędrzejowskiego i Tomasza Liboski. 
Wystawa otwiera kolejny Halo!gen, multimedialną imprezę (muzyka, film, fotografia, etc) organizowaną przez grupę stowarzyszeń w Starej Fabryce Drutu

z serii "don't mess with texas" M. Jędrzejowski & T. Liboska

Seria "Don't mess with Texas" dotyka mniej znanego powszechnie fragmentu śląskiej historii, z zapomnienia i przemilczenia ostatnich kilkudziesięciu lat wyciągając na światło dzienne Ślązaków rozsianych zagranicą - tu w Texasie.



Do Teksasu ruszyliśmy w 2009 roku, 155 lat po pierwszej fali śląskiej emigracji. Trafiliśmy do Panny Marii – pierwszej polskiej parafii na kontynencie amerykańskim. Odwiedziliśmy domy,szkoły, kościoły i bary. Szukaliśmy Moczygębów, Labusów, Janysków. Znaleźliśmy Teksańczyków: jeansy, kowbojki, republikańskie poglądy i wszechobecne „Don’t Mess withTexas”. Poznawaliśmy ich historie, słuchaliśmy opowieści o dawnej i współczesnej ojczyźnie. Każda z nich to wielopokoleniowa saga przeplatana żalem, ale też radością i poczuciem spełnienia. Wśród naszych bohaterów znaleźli się farmerzy, przedsiębiorcy, duchowni, muzycy, pisarze. Kim są dziś potomkowie śląskich pionierów? Nie znaleźliśmy odpowiedzi. Nie potrzebujemy jej.

 - mówią autorzy fotografii.

Michał Jędrzejowski i Tomasz Liboska – obydwoje zawodowo związani z fotografią, wielokrotnie nagradzani. Razem współpracują od 2008 roku. Za projekt "Wojownicy" otrzymali I nagrodę Grand Press Photo 2008 w kategorii ludzie. Fotografie z cyklu "Don’t mess with Texas" doszły do finału Grand Press Photo 2010, były również pokazywane w ramach Miesiąca Fotografii w Krakowie 2011 w sekcji ShowOFF.


z serii "don't mess with texas" M. Jędrzejowski & T. Liboska

Don't mess with Texas
Michał Jędrzejowski & Tomasz Liboska
koordynacja: Gliwicki Dom Fotografii


Halo!gen
Stara Fabryka Drutu
Dubois 22


30.03.2012 (piątek)
otwarcie: godz. 18.00

czwartek, 15 marca 2012

wishlist



Aukcje fotografii w Polsce organizowane są od wielkiego dzwonu, z kilka rocznie będzie. Mniej więcej w podobnej częstotliwości odbywają się na świecie aukcje książek fotograficznych. Czyli w kilku miejscach rok-rocznie, w Nowym Jorku od 2003 roku Photo-eye, w Christies "rzadkie" lub "japońskie", zawsze z tematem przewodnim. Nie będziemy analizować tutaj rynku książek fotograficznych ani wgłębiać się w historię tematu. Książka o książkach czyli "Photobook: A history" w dwu tomach napisana przez Gerry Badgera i Martina Parr'a upowszechniła i doceniła pewne księgozbiory.
Właśnie startuje jedna taka aukcja książek w Paryżu (finał za tydzień), która przejrzyście odzwierciedla chyba preferencje...


Na pierwszy rzut książki wybrane znakomicie, odzwierciedlają trendy światowe. Znane, duże nazwiska. Opatrzone i poczytne tytuły, czyli znane obrazki. Polak 1 - jest Worobiejczyk ze zdjęciami z Getta wileńskiego. Najmłodsza książka wyszła w zeszłym roku (Jean Francois Jonvelle), zaś najstarsza rok po wynalezieniu fotografii - reprodukcje widoków dagerotypowych Paryża zebranych przez Charlesa Philipon: zawiera 60 reprodukcji prac innych autorów.
Ceny: od przystępnych do szalonych. Poziom szaleństwa wzrasta wraz - i co ważne w kolejności: z głośnym nazwiskiem, limitowaną edycją, oryginalnym-pierwszym wydaniem, podpisem autora i...odbitką!
Jest 320 obiektów, 148 jest podpisanych, 47 zawiera odbitkę, a czasem nawet i kilka. I tu zaczyna się logika wywrotowa do aukcji książki. Im większa sława autora odbitki, tym wyższa cena, im odbitek więcej... itd.


Informacje o książkach są opatrzone minimalną bibliografią - kto mianowicie już o tej publikacji coś ważnego pisał. Odnośniki następują do: Badger/Parr, Auer i Bertelotti.

Cartier-Bresson, Henri (1908-2004), Images à la sauvette. Verve, Paris, 1952. /sygnowana i dedykowana/ 3 700 / 5 000 €
 
 
Najtańsza książka to Machiel Botman (ur.1950), Heartbeat. Editions Volute, 1994, w języku francuskim, z nakładu 500 sztuk, podpisana przez autora.

Najdroższy jest zdecydowanie William Klein - Charyn, Jérome. Citizen Sidel.Coromandel Express, 1996. (30,5 x 40 cm). Wydanie oryginalne, pierwsze. Limitowana edycja i numerowana do 80 sztuk do tego podpisana przez autora i jeszcze plus...6 odbitek.  6 000 / 8 000 €
Dalej najdroższy jest Henri Cartier-Bresson, niemal równie cenny Robert Frank. Dzienie sekundują im  Nan Goldin i Martin Parr, ale jako "młodzież" muszą się posiłkować właśnie jakimś cibachromem czy odbitką srebrową by dorównać samym książkom Bressona i Franka.
 
Dla porównania, kilka innych notowań: Christies 2008, Igavel USA 2009 (tylko kolejność, bez-cenna), Christies 2009 (przewrotnie). Też interesujące - najwyższe ceny osiągają prawdziwie unikalne wydania (czyli te przedwojenne), możliwie z oryginalnymi odbitkami, głównie z Niemiec i Rosji.

Wystawa:  dom aukcyjny ADER rue Favart 3 / 75002 Paris
aukcja 22 marca o 14; gdyby ktoś potrzebował - formularz zgłoszeniowy na stronie, można licytować 'zdalnie'. Katalog pod adresem: http://www.ader-paris.fr/ (materiał ilustracyjny posta pochodzi z katalogu)

A, na zakończenie dodam piosenkę w temacie posta:

I może jeszcze  - kto się zakłada o termin pierwszej takiej aukcji w Polsce?