czwartek, 7 lutego 2013

Na zachętę / podsumowanie roku 2012


widok wystawy "Wolfgang Tillmans Zachęta Ermutigung" / ze strony WT

Podsumowanie fotograficznych wydarzeń roku 2012

Rok 2012 był w Polsce pomyślnym rokiem dla fotografii. Nie jest to niespodzianką – wiele osób włożyło w to wiele ciężkiej pracy. Wszystko zaczęło się jeszcze w listopadzie roku 2011, wraz z otwarciem wystawy „Ermutigung“ Wolfganga Tillmansa w Zachęcie. Sam tytuł wystawy, po polsku „zachęta“, ale też impuls, bodziec, pobudzenie, skłaniał do pozytywnej myśli o losach fotografii w Polsce. Oto w państwowej galerii, co więcej za pieniądze niemieckich podatników, na ścianach pojawiły się po raz pierwszy od lat zdjęcia światowej sławy fotografa. A na niedomiar szczęścia, zaraz po demontażu wystawy Tillamansa, w Zachęcie zawisły kolejne prace fotograficzne, tym razem polskiego dokumentalisty, Rafała Milacha. Właśnie takich impulsów nam trzeba!

Fotografia artystyczna w wydaniu Tillmansa, dokumentalne zdjęcia Rafała Milacha – oto polski świat sztuki wreszcie wpuścił na swe salony fotografię. Zachęta do pozytywnego myślenia o przyszłości fotografii w Polsce jest tym większa, że przykłady zaangażowania państwowych instytucji w promocję tego medium można mnożyć. Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie zapoczątkowało rok serią wykładów „Po końcu fotoreportażu“ prowadzonych przez Krzysztofa Pijarskiego. W ramach trwającego od lutego do maja cyklu Pijarski starał się przedstawić swoim słuchaczom kondycję współczesnego fotoreportera, usidlonego w pułapce między subiektywną a obiektywną oceną świata. Prezentował prace artystów takich jak Luc Delahaye, Paul Graham, Thomas Demand czy Susan Meiselas, którzy nierzadko w krytyczny lub kontrowersyjny sposób usiłują spojrzeć z dystansu na wydarzenia, demaskując mit uniwersalnego i natychmiastowego dostępu do prawdy jak i obiektywnej oceny.

Rafał Milach oprowadza po swojej wystawie "7 pokoi" w Zachęcie /fot.jk

Kolejną ważną dyskusję o pojęciach używanych w polskiej literaturze fachowej wywołała wystawa „Street Photography Now. Fotografia uliczna tu i teraz”. Wystawa, która w styczniu i lutym świętowała sukcesy frekwencyjne zarówno w Warszawie jak i w Krakowie, a zorganizowana przez założoną w 2011 roku Fundację.doc, była prezentacją prac fotoreporterów i dokumentalistów z całego świata. Bardzo pozytywnym doświadczeniem było ujrzenie prac rodzimych fotografów w kontekście takich sław jak Joel Meyerowitz, Martin Parr czy Alex Webb. Okazuje się, że ci pierwsi wcale się takiego zestawienia bać nie muszą, że ich spojrzenie staje się przy tym porównaniu wręcz nietuzinkowe – być może ze względu na pewną egzotykę polskich bezdroży w porównaniu z ulicami Manhattanu czy Londynu. Lecz nie tylko sukces artystyczny, ale i  sprowokowanie środowiskowej dyskusji o nomenklaturze używanej w debatach o fotografii – dyskusji tak bardzo potrzebnej, gdyż brak ustalonych haseł i pojęć niezmiernie utrudnia komunikację – świadczy o tym, że nastąpił kolejny przełom.

"Street Photography Now. Fotografia uliczna tu i teraz" publiczność podczas spotkania z Brucem Gildenem /fot. jk

Pod koniec roku 2012 zostały ogłoszone wyniki corocznego plebiscytu magazynu internetowego Fotopolis. Choć plebiscyt dotyczy głównie nowinek technicznych, to ostatnią kategorią ankiety jest zawsze „Najważniejsze wydarzenie fotograficzne roku”. Tytuł ten od lat przyznawany jest Miesiącu Fotografii w Krakowie, mającemu niewielką przewagę (popularności) nad Fotofestiwalem w Łodzi. Jednak to co w plebiscycie Fotopolis cieszy najbardziej, to nominacja również takich inicjatyw jak działalność kolektywu Sputnik czy galerii Czułość. Już sam fakt, że zostały one zauważone przez ten mainstreamowy portal, jest krzepiący.

z wystawy Janka Zamojskiego w Galerii Czułość /więcej /Czułość

Warto również napomknąć o rozlicznych publikacjach, głównie albumach fotograficznych, które pojawiły się na polskim rynku wydawniczym w tym roku. Album „Stand By” wspomnianego kolektywu Sputnik, „Brutal” Michała Łuczaka opowiadający o zburzonym dworcu w Katowicach czy dokument Tomasza Wiecha „Polska. W poszukiwaniu diamentów” to przykłady coraz popularniejszego konceptu „self-publish”, dającego autorom nie tylko możliwość taniej produkcji, ale też stworzenie stuprocentowo autorskiej książki – w przypadku wyżej wymienionych – z zaskakująco dobrym rezultatem. I wreszcie, długo wyczekiwany, „Decydujący moment” Adama Mazura.
Michał Łuczak, "Brutal", selfpublish 2012
Tomasz Wiech "Polska. W poszukiwaniu diamentów" selfpublish 2012

Skoro tyle dobrych rzeczy się wydarzyło, to czego można sobie życzyć na nadchodzący rok? Niestety przyszłość nie rysuje się tak różowo. Choć na liście nominowanych przez Fotopolis ich zabrakło, w Polsce ma miejsce coraz więcej oddolnych inicjatyw promujących fotografię. Jedną z nich jest Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”, które w tym roku zorganizowało już piątą edycję „Migawek” – warsztatów fotografii dokumentalnej dla młodych artystów. To właśnie o takie inicjatywy należy się martwić. W związku z budżetowymi cięciami na działalność kulturalną, nie tylko w skali państwowej, ale też w skali Unii Europejskiej, wiadomo już, że wiele kulturalnych imprez w 2013 się nie odbędzie, lub odbędzie się w wersji bardzo okrojonej – tak jak wspomniane powyżej „Migawki”.

Polskiej fotografii (i wszystkim innym) życzę aby kryzys się wreszcie skończył,  by instytucje gospodarowały większymi budżetami (i organizowały coraz lepsze wystawy i wydarzenia), by polski konsument miał w portfelu dość pieniędzy, żeby inwestować w fotografię (kupując bilety na owe wystawy, ukazujące się albumy czy wręcz odbitki). Bo czasy, w których nie było w co inwestować, ewidentnie się skończyły. 

Marta Górnicka


linki: 

wtorek, 5 lutego 2013

Cały Rzym / Tutta Roma



2 przewodniki. Ciemniejszy: przewodnik z 1984 roku "Rzym" drukowany we Włoszech, wyd. Edizioni Plurigraf; jaśniejszy: "Tutta Roma" Martin Parr, wyd. Il Contrasto 2006 rok w Rzymie. 


Rzym to moja obsesja. Znam to miasto całkiem dobrze. Mam o nim sporo książek, no i przewodniki: archeologiczny, historyczny (osobny pod kątem papiestwa i pod kątem rodów rzymskich), przewodnik po sztuce od gotyku w górę, architektoniczny....aha i jeszcze z 3 "zwykłe" co kiedy i gdzie otwarte, plus x albumów. Mam też klasyki wydawnicze całej Italii, czyli bogato ilustrowane zeszyty, w których znajduje się kilka okrągłych zdań. Do tego mapka i ...w drogę.

 z książki "Rzym" przewodnik z 1984 roku

Właśnie te ostatnie – te hity turyzmu i suweniry zarazem najmniej nadają się na zabranie ze sobą. (Naprawdę, już lepiej wziąć album trzystu stronicowy na kredzie w twardej oprawie, pełen ilustracji ze szczątkami jedynie informacji…). Co w tych zeszycikach takiego „złego”? Najpierw bolała grafika. Zdjęcia sprzed 10 lat, zawsze wyblakłe, zawsze z przeterminowanymi samochodami na zdjęciu, zawsze – bez względu na rok wydania. Potem gdy człowiek wczytywał się w tak zwany język narodowy szło totalnie źle. Nie było jeszcze wtedy internetu, ale tłumaczem musiał być jakiś półautomat, daleki pradziadek googletranslatora.


Ale przy tym wszystkim bardziej się opłacało kupić taki przewodnik – za 8 do 10 tysięcy lirów od razu mapka plus „pocztówki”, a pocztówki mogły stać nawet i po 1000 lirów. Zeszyty dostępne były wszędzie, dosłownie – w sklepach, na straganach, na schodach i fontannach. Tam gdzie turyści – tam te przewodniki. W całych Włoszech, oczywiście w seriach. Z czasem i ten super-klasyk stał się przedmiotem naśladownictw. „Złota księga” była chyba najpopularniejsza. Tłumaczenie się polepszyło. Wydawane zaczęły być za granicą, czyli dla nas – lokalnie. Nie trzeba było nigdzie jechać. W księgarni na początku lat 1990tych można było kupić wszystkie części, poskładać sobie Włochy. [pamiętam, że były też inne państwa, ale – że jestem zdecydowanie Italo-centryczna nie wnikałam w historię samej idei taniego i ilustrowanego przewodnika].
Te absolutnie już dziś przeterminowane przewodniki (tak, nawet w kwestii Forum Romanum i Koloseum!) dziś już zostały wyparte przez aplikacje, Internet, no i inne przewodniki międzynarodowych sieci dla turystów, którzy chcą wiedzieć w-s-z-y-s-t-k-o (gdzie jeść, gdzie kupować, gdzie spać, gdzie pić, itd... )
O szalonej popularności tego wydawnictwa świadczy wyjątkowe naśladownictwo. Wygląda podobnie. Tak jakby zmienił się tylko rok wydania, ot i podmienili zdjęcie. Krój czcionki, kolorek, rozmieszczenie zdjęć, nawet obwoluta się zgadza! Autor jakiś taki… znajomo brzmiący: Martin Parr!

z książki "Tutta Roma"

z książki "Tutta Roma"

Organizatorzy Festiwalufotografii w 2006 roku w Rzymie zaprosili Brytyjczyka do zrobienia serii zdjęć o Rzymie. Książkę opublikowało znane i cenione wydawnictwo Il Contrasto. Parr jak to Parr z zadania wywiązał się po swojemu. Mamy zatem turystów i związane z tym scenki bijące po oczach. Jak w znanej serii zdjęć Parr’a „Small World” zabytki i krajobrazy były zupełnie nieistotne. Liczył się turysta. Tu podobnie, chociaż zdjęcia są zdecydowanie mniej porywające. Zestawienie ich jednak i „podrobienie” przewodnika, wróć, wydawnictwa kultowego wśród przewodników – wyszło po mistrzowsku.
Ułuda przewodnika jest absolutna: są mapy i planiki, miasto podzielono na rewiry i towarzyszą im rzeczowe (analogicznie też do pierwowzoru) opisy! Każda część ma swój opis: lapidarny, groteskowo pusty. Kilka słów o zabytku, ale więcej o atmosferze, o „klimacie”, czysta poezja. Teksty napisała specjalnie dla tej książki znana historyczka sztuki, działaczka miejska Ivana Della Portella. Oryginalne teksty były ciut bardziej informacyjne, lecz też bez przesady…

Sam wybór części miasta został poprowadzony wedle zagęszczenia turystów na metrze kwadratowym. Mamy zatem hity: Schody Hiszpańskie, Panteon, Plac Navona, fontannę di Trevi, koniecznie Watykan i Forum Romanum z Koloseum. Nie dowiemy się nic o EUR ani nawet o bazylice św. Jana na Lateranie, bo tam nie docierają już turyści w tej liczbie 100%.
Zdjęciowo… Zamiast panoramy placu świętego Piotra by było widać fasadę mamy powiedzmy-panoramę lasu rąk z aparatami.

Poza walorem zdjęciowym i humorystycznym tę książkę można traktować jeszcze dodatkowo na trzy sposoby:
1/ jako podpowiedź: jeśli masz w Rzymie tylko pół dnia – to jest trasa totalnego-must-see; same hity i legendy, żadnych pomniejszych „pierdółek”;  
2/ jako przestrogę: te miejsca omijaj, bo tam trudno się przecisnąć;
3/ autentycznie jako przewodnik po Rzymie: mapy i opisy zostawiają to minimum orientacji w terenie… J

Raczej nie mamy co liczyć na wydanie tej książki jak pierwowzoru w językach ojczystych i szeroką dystrybucję. Książkę można nabyć np. w sklepie wydawnictwa Il Contrasto (ale mam też jeden adres w Londynie, gdzie tę książkę widziałam w kilku sztukach za duuuuużo niższą cenę, mniej więcej jak za przeterminowany i słaby przewodnik ;) )




mapka z książki "Tutta Roma"

rozdział o Watykanie z książki "Rzym" przewodnik z 1984 roku

rozdział o Watykanie z książki "Tutta Roma"

rozdział o Forum Romanum z książek: na górze "Rzym" przewodnik z 1984 roku; na dole "Tutta Roma" 

z książki "Tutta Roma"

wtorek, 29 stycznia 2013

Promised Land / Ziemia Obiecana Andrzeja Kramarza

Andrzej Kramarz, z serii Promised Land, Las Vegas, Nevada / dzięki uprzejmości autora

Jesienią 2012 Andrzej Kramarz kupuje vana, drukarkę, papier fotograficzny i wyrusza w wymarzoną podróż przez 48 stanów USA. Podróż przed siebie. Zupełnie bez planu, także "fotograficznego". Jedyne co zakłada to, że - po pierwsze: utrzyma się ze sprzedaży wykonanych podczas podróży zdjęć i po drugie: że podróż może mu zająć 10 miesięcy.
Jak sam mówił, stawia na szali 20 lat doświadczenia zawodowego, w kraju w którym nie jest tak znany jak w Polsce, w tych nowych warunkach, chce jednak robić to co potrafi najlepiej - fotografię.
To nie jest projekt, nie ma żadnego statement'u - po prostu jadę...i nawet nie myślę o tym jak o podróży tylko jak o kawałku mojego życia. Nie chcę nigdzie szczególnie dotrzeć. Patrzę, patrzę, patrzę.  Nawet zdjęcia, podobnie jak ja sam, nie mają backupów ... po prostu dzieje się. 

Dzieje się, możemy to zobaczyć - Andrzej publikuje zdjęcia z tej wędrówki na swojej stronie. W ramach życia z fotografii, każdy kto posiada internet i konto w paypalu może "wlać kilka galonów paliwa do baku" na dalszą podróż a w zamian otrzymać odbitkę, niedużą, ale numerowaną - a są tylko w dwu egzemplarzach (+2 AP).
Andrzej Kramarz, z serii Promised Land, Las Vegas, Nevada / dzięki uprzejmości autora

Niestety pod koniec listopada przychodzi do nas smutna wiadomość o wypadku Andrzeja, skasowanym samochodzie i braku szans na dalszą trasę...
Pozbierałem się już do kupy i nie chce się poddawać!
Znalazłem już jakąś kiepską pracę w Las Vegas i chcę odkupić samochód aby spróbować ruszyć dalej w styczniu; kontynuować całe przedsięwzięcie. 

I to jednak nie przyniosło oczekiwanych rezultatów:
Musiałbym spędzić w fabryce jeszcze sporo czasu, aby odłożyć na samochód i jakiś zapas na dalszą podróż. Tak więc zdecydowałem się zdobyć wsparcie poprzez Kickstartera, formę finansowania społecznościowego, która zawsze pozwala mi odwdzięczyć się za dokonane wpłaty (na przykład odbitkami): www.kickstarter.com/projects/1535465975/promised-land

Andrzej Kramarz, z serii Promised Land, Colby, Kansas / dzięki uprzejmości autora

Pomimo entuzjazmu przyjaciół początki obecności projektu na stronie nie wskazują na jego powodzenie.

Ponieważ bardzo wierzę w to, co robię, a „Promised Land” traktuję bardziej jak życie, o które warto walczyć niż kolejny projekt fotograficzny, zdecydowałem się podjąć ostatnią próbę kontynuacji podróży. Przygotowałem ofertę sprzedaży kolekcji zdjęć, która pozwoli mi na dokończenie całego przedsięwzięcia. Niestety czasu pozostało niewiele, dlatego zainteresowanych bardzo proszę o składanie propozycji do 10 lutego 2013 roku.

Andrzej Kramarz, z serii Promised Land, Gonzales, Texas / dzięki uprzejmości autora

Andrzej Kramarz, z serii Promised Land, Maryville, Missouri / dzięki uprzejmości autora

Miejsce Fotografii także wierzy w to co robi Andrzej - zachęcamy gorąco wszystkich do wsparcia! Można zacząć od dolara, a za 10 dolarów odbitka! (mniej więcej 31 zł!!!) Na kontynuację podróży potrzeba jednak wiele dolarów... Kincstarter kończy się 4 lutego. Do 10 lutego można zgłosić się po zestaw portfolio i "jedyne" 720 sztuk odbitek...w specjalnej cenie. szczegóły tutaj

No, proszę Państwa, zrzuta! Nie dajmy mu tak "łatwo" zawrócić!

Andrzej Kramarz, z serii Promised Land, Maryville, Missouri / dzięki uprzejmości autora

linki:
Kickstarter - projekt Andrzeja
Andrzej Kramarz: strona autorska

sobota, 26 stycznia 2013

Pijane Cardiff i fotografia dokumentalna.

Maciej Dakowicz, z serii Cardiff po zmroku/Cardiff After Dark; dzięki uprzejmości autora

Pijani Cardiffczycy. Temat w tej chwili właściwie już oklepany. Maciek Dakowicz sfotografował weekendowe imprezy w stolicy Walii. Mieszkał tam przez kilka lat. Robił zdjęcia. Zrobił z tego tematu – jak sam podkreślał – swój główny projekt. W końcu 2010 roku ukazała się publikacja – wielki album Sophie Howarth i Stephena McLarena „Street Photography Now”. A tam jeden Polak. Dakowicz. Publikacja, o której wielokrotnie wspominałam w ‘miejscu’. (Publikacja, z której wystawę udało nam się sprowadzić do Warszawy i Krakowa na przełomie 2011 i 2012.)
Dakowicz pokazał te zdjęcia w Polsce, w Białymstoku w Galerii Sleńdzińskich w kwietniu i maju 2011 roku. Wystawa monograficzna i dotycząca tylko tego projektu. W mediach – cisza. Tylko lokalnie i bez odzewu.
Ale już kilka miesięcy później, we wrześniu i październiku 2011 trudno było otworzyć lodówkę by z niej nie wypadł Dakowicz i pijane Cardiff. W Walii, w całej Wielkiej Brytanii rozgorzała gorąca dyskusja. A jak mówią „o naszym” na Wyspach, to w Polsce media też ruszyły do ataku. Największe tytuły napisały, telewizje nawet pokazały. Duży Format zamieścił duży artykuł Agnieszki Wójcińskiej i zdjęcie gościa w różowej sukience na okładce. 

 Maciej Dakowicz, z serii Cardiff po zmroku/Cardiff After Dark; dzięki uprzejmości autora


W końcu 2012 znowu o Maćku głośno. Choć już może nie tak jak powinno, gdy Thames & Hudson, ten sam wydawca co „Street Photography Now” opublikował monografię „Cardiff After Dark”. Pierwszy Polak ze swoją książką w tym wydawnictwie. Znowu sukces! Właśnie (i wreszcie) otworzyła się wystawa „Cardiff po zmroku” w Leica Gallery w Warszawie (Blue City). Czynna będzie do 4 marca. 26 lutego za będziemy mogli porozmawiać z Maćkiem o jego projekcie.

Ale czy tu jest jeszcze o czym rozmawiać? Skoro wypowiedziały się setki Walijczyków, socjologowie, politycy, dziennikarze itd., to czy tematu nie wyczerpaliśmy? Pozostawałoby tylko zapoznać się z projektem, obejrzeć zdjęcia na wystawie czy w książce. O „CAD” mówiono w kontekście stylu życia, kondycji człowieka XXI wieku, o emigracji i imigracji, portretu zbiorowego i wreszcie odmieniano przez wszystkie przypadki fotografię uliczną. Tematy wysycone, z każdego punktu. A jednak chyba jest o czym porozmawiać, skoro w dzisiejszej Rzeczpospolitej (26 stycznia 2013) dziennikarz Jacek Tomczuk zastanawia się nad sukcesem Maćka i tym co to jest fotografia dokumentalna.

Jak wygląda współczesna fotografia dokumentalna, ta, którą pokazuje się w ambitnych galeriach, i ta, o której lubią pisać krytycy w poważnych gazetach? Na ogół tak, że na pierwszy rzut oka nie wiadomo, o co w niej chodzi. Obraz jest w odwrocie, liczy się przede wszystkim stojąca za nim koncepcja. Zanim popatrzysz, przeczytaj. Poważni fotografowie nie wierzą w stare, dobre dokumentalne zasady z „prawdą" i „pięknem" na czele. Odbiór zdjęć, tak jak sztuki współczesnej, wymaga coraz większego intelektualnego zaplecza. Mało kto trwa na zbudowanych dawno temu pozycjach, że ma być po prostu „ładnie", „ciekawie". cały artykuł tutaj


Maciej Dakowicz, z serii Cardiff po zmroku/Cardiff After Dark; dzięki uprzejmości autora

Na bogato. Zastanowiłam się w skupieniu czy wolno mi zabierać głos w tej dyskusji, skoro jestem kuratorką tej ekspozycji w Leica Gallery, i razem z Maćkiem planuję kolejne odsłony tej wystawy w Polsce. Czy to nie będzie zbyt jednostronny głos i zawsze broniący autora? Ale przecież tu nikt nie atakuje Dakowicza, tylko opowiada coś o fotografii dokumentalnej. To chyba mogę coś dorzucić…

Wróćmy do 2004 roku. Dorota Jarecka opublikowała w Gazecie Wyborczej tekst „Świat przedstawiony”, który wywołał dyskusję… Bardzo płytko opowiedziała wówczas o fotografii reporterskiej. „Odkryła” fotografię dokumentalną i chyba nie doczytała za wiele w tym temacie. Efekt – burza. Z piorunami. Tekst ten przywoływany jest na co drugim wykładzie, spotkaniu, dyskusji na temat fotografii dokumentalnej. Zamiast bić w Jarecką i jej „odkrycie”, chyba warto spojrzeć z boku. No nie było dyskusji merytorycznej na łamach prasy czy chociażby Internetu o tym czym jest dokument w Polsce, o polu sztuki,  o kategoriach, o definicjach, o pojęciach i efektach. Tekst Jareckiej otworzył ogromną dyskusję. Zarówno w prasie, jak i w galeriach. W dodatku powiedzmy toczy się do dziś. Adam Mazur dwukrotnie odwołał się do tego tekstu, prowokacyjnie tytułując wystawy: „Nowi dokumentaliści” w 2005 roku oraz „Świat nieprzedstawiony” w 2012.

Czemu zatem odgrzebuję ten tekst? Bo uderza mnie podobieństwo tychże artykułów. Obydwa mówią o tej samej kwestii fotografii dokumentalnej w polu sztuki. Różni je ładnych 9 lat (8,5)! Tomczuk opowiada o „kwintesencji fotografii ulicznej” a potem analizuje dokumentalną. Teoretycznie ma rację, ale jego uproszczenie jednak może nie być czytelne. Problem też w tym, że utożsamia gatunki. (O ile w ogóle street jest gatunkiem…bo trochę definicje uwierają.) I załóżmy, że nie robi nic niestosownego, to właśnie sobie zaprzecza. Fotografia uliczna jest płytsza formą od fotografii dokumentalnej. Właśnie po projekcie, konsekwencji, rozmachu itd., poznajemy na ile fotograf jest niedzielnym pstrykaczem (tłum z cyfrówką) a na ile świadomym dokumentalistą. Spłycając i generalizując: nazwanie kogoś streetowcem nie jest komplementem. Określenie: fotograf dokumentalny jest tutaj zaszczytem.


 Maciej Dakowicz, z serii Cardiff po zmroku/Cardiff After Dark; dzięki uprzejmości autora


Bardzo trudno spośród trendu ulicznej fotografii znaleźć konsekwentnych autorów, prace wybitne i uniwersalne. Zwykle są to przecież pojedyncze klatki, „prawdziwe” i „piękne” i „ciekawe”. Niewielu porywa się na układanie pomiędzy pojedynczymi strzałami historie. Między tymi niewieloma jest właśnie Dakowicz. To czy popatrzymy na jego cykl pod kątem fotografii ulicznej czy dokumentalnej – to już drobiazg. Kłopot dalej w tym, że Tomczuk błędnie stawia sprawę: „obraz jest w odwrocie”. Nie dlatego, że obraz ma być dopowiedziany tysiącem słów, które kiedyś zastępował. Nie, nie. Fotografia uliczna jest przyjemna, urywkowa, zajmuje nam mało czasu, to takie haiku, błysk i chwila. Projekt dokumentalny nie zawsze wymaga ogromnego opisu. I znowu – zależy od kontekstu i miejscu siedzenia. Projekt Dakowicza czyta się bez całego towarzyszącego tekstu. Czy to coś w nas zmieni, że mówimy o Cardiff a nie innym mieście? Co możemy tam dopisać?

Stojąca za projektem koncepcja się liczy tylko jeśli zdjęcia go udźwigną. Jeśli trzeba przeczytać tekst, przeanalizować książkę by zrozumieć kilka fotografii, wówczas z pewnością autorowi chodziło o coś innego niż opowiadanie historii fotografiami. A jednak fotografia dokumentalna to historia obrazkowa. Pytanie tylko co gra rolę główną, czy obraz jest ilustracją, czy słowa tłem? Są projekty, znakomite i wielkie – których nie dotkniemy bez tekstu…  No są. To najwyraźniej uwiera dziennikarza. Ale może one są właśnie z innego porządku? Może ze sztuki, może z reportażu, może z literatury. Kilka słów wyjaśnienia i pracowanie seriami – to dzisiejsza konieczność, stan obowiązujący. Co w tym wstępniaku jest, to kwestia zasadnicza i to ona podaje kontekst odczytania: czy mamy być ukierunkowani, czy dostarcza informacji, których w zdjęciach nie ma, czy dostarcza faktów, czy jest faktycznie nadrabiającym za zdjęcia tekstem quasi literackim. Zero generalizacji. Konkrety.

Maciej Dakowicz, z serii Cardiff po zmroku/Cardiff After Dark; dzięki uprzejmości autora

Też mam jeden konkret. Un-posed. Kolektyw polskich fotografów – „ulicznych”. W składzie grupy są zawodowi fotografowie, są i pasjonaci. I z cyfrówkami i z analogami. Są dokumentaliści, są i fotografowie ślubni. Jest też i Dakowicz. Łączy ich podejście „streetowe”. To jest mniej więcej to co mamy na myśli mówiąc „fotografia uliczna” – podejście, nie zaś efekt jako taki. Podejście: nie pozować, nie ustawiać, łapać na gorąco ludzi w przestrzeni publicznej. I jeszcze wróćmy do Tomczuka: „Poważni fotografowie nie wierzą w stare, dobre dokumentalne zasady z „prawdą" i „pięknem" na czele.” Na stronie Un-posed mamy „galerię pionierów”. A tam… Dziworski, Tomaszewski, Rolke, Pniewski, Krzemiński. Pionierzy robili zdjęcia reportaże i pojedyncze klatki. To właśnie ich szkoła, fotografia humanistyczna, to właśnie zastępowanie słów obrazem – złożonym, interesującym, wciągającym, mówiącym za siebie. Jeśli zatem na nich powołuje się grupa młodych – to chyba ten obraz ciągle jest pierwszoplanowy?

Trudno mi ugryźć co miał na myśli Tomczuk pisząc te słowa o zapleczu intelektualnym, „zanim popatrzysz, przeczytaj.” Może coś konkretnego? A jeśli ogólnie, chyba musimy wrócić nie tylko do Jareckiej z 2004 roku, ale do dyskusji około konceptualnej z lat 1971-1977… Może nie dziś jednak.

Ostatnie już dwie sprawy związane z tekstem Jacka Tomczuka… „Współczesna fotografia dokumentalna, ta, którą pokazuje się w ambitnych galeriach, i ta, o której lubią pisać krytycy w poważnych gazetach?” Krytycy? Poważne gazety? Trochę mnie to bawi. Nawet nie trochę. To jest dla mnie wydumana sytuacja. Krytycy piszą tylko o wystawach, które się odbywają lokalnie. Nie piszą o projektach w książkach ani o projektach, które są pokazywane na świecie. Trudno zatem wciągnąć w dyskusję projekty Susan Meiselas (ile tam czytania?!) czy Joela Meyerowitza („streetowca” który też pisał) – bo nigdy nie było ich wystaw w Polsce. Żaden krytyk o tym nie wspomniał w poważnej gazecie.

A na prawdę ostatnia-ostatnia sprawa…koniec artykułu. Teraz muszę już tylko udowodnić, że nie jestem fotografem jednego materiału – opowiada (Dakowicz). Udowadnia to w Indiach, nie stawił się nawet na swój wernisaż w Warszawie. Czekamy na kolejny wielki materiał Maćka, a w międzyczasie czekamy na jego przybycie do Warszawy. Wernisażu nie było, bo nie było autora. Proste. „Nie stawił się” brzmi, jakby miał co najmniej muchy w nosie. Nie gwiazdorzy, tylko żyje po swojemu. Wolny termin w kalendarzu był na luty i wtedy zajrzy do stolicy – 26 lutego spotkanie w Leica Gallery. Może porozmawiamy o naturze fotografii ulicznej, reporterskiej, dokumentalnej? A może jeszcze o pijaństwie, zabawie, etyce itd… Zapraszam.  

linki:
wystawa Maćka w Białymstoku, zapowiedź wg Fotopolis

Jacek Tomczuk "Gorączka sobotniej nocy w Cardiff", tekst w Rzeczpospolitej 

Fototapeta – dyskusja z 2004 roku: wszystkie teksty w jednym miejscu: Jarecka, Grygiel, Wójcik i Kenig, Wilczyk

kolektyw Un-posed.com: pionierzy

Hanna Rydlewska o wystawie „Świat nieprzedstawiony” w natemat

piątek, 18 stycznia 2013

Marian Fuks / Przewrót majowy

/zbiory prywatne. rep. jk


Marian Fuks, Przewrót majowy, Warszawa, 12 maja 1926
Dwa dni po ukonstytuowaniu się nowego rządu pod kierownictwem Wincentego Witosa, Marszałek Józef Piłsudski w towarzystwie generała Gustawa Orlicza-Dreszera idzie na spotkanie z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim. Zakończona niepowodzeniem rozmowa stanie się bezpośrednią przyczyną przewrotu majowego. Utworzona przez Piłsudskiego Sanacja sprawowała autorytarne rządy do II wojny światowej. Do spotkania doszło na moście imienia Księcia Józefa Poniatowskiego. /4 z 42/

- - - -  


Do niedawna w akcji "Fotoikony" zdjęcie Piłsudskiego na moście było wykonane przez fotografa nieznanego. Tak znaleźliśmy je w NAC i baliśmy się jednoznacznie stwierdzać autora. A tutaj...pocztówka z końca lat 1920tych i wpisany autor: Marian Fuks. 
To kolejna "zdobycz" akcji "Fotoikony". (Niebawem jeszcze większa!)
Poprawiamy zatem, dopisujemy autora, a o historii zdjęcia można poczytać we wcześniejszym wpisie, zaś inne zdjęcia Mariana Fuksa w zbiorach NAC - tutaj.


czwartek, 10 stycznia 2013

przed i po / na placu Tiananmen w 1989

Co się działo przed momentem złapanym w ikonicznym zdjęciu? No i co potem? Jako przykład plan Tiananmen z 4 czerwca 1989 roku. Zbieżność dat ciągle mnie fascynuje.Zdjęcie w świecie znane w skrócie jako "Tank Man".

Zdjęcie Terrila Jonesa pierwszy raz opublikowano w 2009 roku. Więcej o tym w LENS. Widać na nim tego samego samotnego studenta, który dopiero idzie w kierunku czołgów. Czołgów, które są dobry kawał dalej. Zdjęcie funkcjonuje też w sieci wykadrowane, by łatwiej było dojrzeć bohatera w białej koszuli.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam to zdjęcie (przynajmniej posiadając jaką-taką świadomość świata) w książce z najlepszymi zdjęciami z Timesa, pewnie w czasach liceum, serce mi stanęło. Przejęłam się losem tego gościa no i tym...czy przeżył?
Zdjęcia w tym samym monecie wykonało dwu fotografów Stuart Franklin z Magnum i Jeff Widener z AFP. Jeden dostał World Press Photo drugi nominację i finał Pulitzera.
Stuart zrobił całą serię zdjęć, za całość otrzymał własnie WPP. Student wskoczył na czołg. Potem znika ze zdjęć. Co dalej... będę szukać.

Stuart Franklin ze strony Kings Academy 

Na koniec, refleksja. Trudniej i łatwiej o ikoniczne zdjęcia dziś. Trudniej, bo trzeba wydobyć to jedno i ważne w zalewie obrazów. Trudniej, czy mamy takie wydarzenia, tak nieobfotografowane by z nich wybrać "to" zdjęcie? I trudniej, bo trzeba w te zdjęcia się patrzyć wiele razy, czy ktoś czegoś nie podmienił, nie podkręcił, itd. No i wreszcie łatwiej...o przeróbki. O trafienie do szerokiego odbioru i fascynacji fotoszopem. Te zdjęcia też zmieniają wydźwięk, kiedy przechodzą taką "śmieszną" drogę. Zobaczcie pod link - tam nawet słynny Keanu na ławce...w Pekinie.


poniedziałek, 31 grudnia 2012

udanej zabawy!

Zupełnie nie wiem (i już się nie dowiem) czy któreś z tych zdjęć zostało wykonane z myślą o którymś nowym roku... Wszystkie zrobiono z okazji i w związku z imprezą, z tańcami i alkoholem, z przekazaniem życzeń czy pamiątką szampańskiej zabawy. Niektóre sceny są bardziej do zdjęcia niż inne. 
Faworytem zostaje ostatnie zdjęcie z tego zestawu, z przestrogą na przyszłość...: zawsze uważaj na aparat fotograficzny ;) 
udanego 2013!




wszystkie zdjęcia ze zbiorów prywatnych / rep.jk

sobota, 29 grudnia 2012

19 z 42 / Jan Morek / Powitanie Leonida Breżniewa z Edwardem Gierkiem

Jan Morek, Powitanie Leonida Breżniewa z Edwardem Gierkiem, Warszawa, 16 kwietnia 1974

Leonid Breżniew, przewodniczący Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (KPZR) wita się z Edwardem Gierkiem, przewodniczącym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR) w Warszawie na Dworcu Gdańskim. Breżniew przybył do Polski na obrady Układu Warszawskiego (Układu o Przyjaźni, Współpracy i Pomocy Wzajemnej w latach 1955-1974). /fot. dzięki uprzejmości autora i Agencji Forum
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 



Leonid Breżniew, przywódca Związku Radzieckiego był dwukrotnie w 1974 roku w Polsce. Tym razem przybył do Warszawy na obrady Układu Warszawskiego. W sierpniu tego roku przyjechał także na Śląsk, biorąc udział m.in. w obchodach 22 lipca.
Przybywał na Dworzec Gdański w Warszawie, gdzie czekali na niego przedstawiciele władz polskich oraz tłum fotoreporterów. Peron był przygotowany. Salonka Breżniewa miała się zatrzymać w określonym miejscu. Pociąg jednak przejechał dalej. Na peronie poruszenie i przestawianie się o kilkanaście metrów, pod właściwe drzwi. Wreszcie wychodzą. Breżniew ledwo stojący na nogach, wychodzi prosto w objęcia Edwarda Gierka.
To słynne powitanie komunistycznych oficjeli na długo zapada w pamięć. Całują się w usta i przytulają, gdziekolwiek nie przybywają. Żartowano z Breżniewa, że oceniał towarzyszy nie po umiejętnościach politycznych, wiedzy czy innej przydatnej właściwości charakteru… lecz po … ustach i pocałunku.
Jan Morek był wówczas fotoreporterem agencji Interpress, nastawionej na obsługę klienta z zagranicy. Wielokrotnie zdarzało się by fotografie były cenzurowane. Nie inaczej zdarzyło się w tej sytuacji. Agencja nie rozpowszechniała tej klatki. Morek wykonał stykówkę i skopiował tę klatkę zanim oddał materiał do redakcji. Z całego reportażu z przyjazdu Breżniewa do Warszawy „uratowała” się od cenzury tylko jedna klatka. Cały negatyw został zresztą zagubiony w redakcji… 


Jan Morek, Powitanie Leonida Breżniewa z Edwardem Gierkiem, Warszawa, 16 kwietnia 1974 / stykówka; dzięki uprzejmości autora

Po stykówce zaś możemy sobie wyobrazić i odtworzyć ten malowniczy moment przywitania… Ile to uśmiechów, kwiatów, ile to czasu musiało trwać, jaki to koncert gestów. W tle, pomiędzy całującymi się przywódcami widać fotografującego tę samą scenę z drugiej strony. Jan Morek wspominał, że był to fotograf radziecki. 

Gierek-Breżniew to nasza polska ikona. Ale ciągle najsłynniejszym pocałunkiem politycznym jest buziak Breżniewa i Honekera z 1979 roku. Breżniew przybył do Berlina Wschodniego z okazji uroczystości 30lecia NRD. Nie było to właściwie powitanie, ale gratulacje złożone Breżniewowi za ledwie wygłoszoną mowę. Fotografię, zwaną później ‘braterskim pocałunkiem’ (fraternal kiss) wykonał freelancer: Regis Bossu.



malowidło Dmitri Wrubel, widok fragmentu muru berlińskiego / galeria East Side / źródło: wikipedia

Zdjęcie z tym najsłynniejszym pocałunkiem wydrukował natychmiast „Paris Match” na rozkładówce z ogromnym napisem ‘The Kiss’. Naberlińskim murze, do dziś można oglądać malowidło Dmitri Wrubla (zniszczone a następnie zrekonstruowane przez niego w 2009 roku) przedstawiające dwu polityków, zaczerpnięte właśnie ze zdjęcia Bossu . Autorzy mieli okazję się spotkać w 2009 roku podczas uroczystości z okazji 20 lecia obalenia muru oraz odsłonięcia zrewitalizowanej ‘East Side Gallery’. Wizerunek polityków opatrzony został przez Wrubla podpisem: „Mój Boże, pomóż mi przetrwać ten śmiertelny pocałunek” / Mein Gott, hilf mir diese tödliche Liebe zu überleben/

Istnieje oczywiście mnóstwo zdjęć pocałunków Breżniewa z Gierkiem. Żadne jednak nie ma tej mocy i siły. Maciej Bilewicz sfotografował moment przed całusem, co dodaje dwuznaczności… Zbigniew Matuszewski sfotografował całe sylwetki w dodatku, analogicznie z innym fotografem w tle.
Jeszcze więcej zdjęć z Breżniewem (między innymi...) tutaj




Okazuje się także, że sam pocałunek władzy, to temat szalenie nośny i ciągle zwracający uwagę mediów. United Colors of Benetton słynące nie tylko z ubrań, ale wielkich akcji reklamowo-społecznych w 2011 przygotowało kampanię „Unhate”. Na zdjęciach widzimy przywódców religii i mocarstw, zestawionych kluczem przeciwieństw. Buziaki są namiętne i wyglądające całkiem realistycznie… Chyba nawet nazbyt realistycznie, w przypadku wizerunku papieża Benedykta XVI i imama meczetu Al-Azhar w Kairze Ahmeda al-Tajeba. To zdjęcie zostało usunięte z kampanii, lecz stało się przedmiotem akcji partyzanckich np. w Rzymie. 

Hu Jintao i Barack Obama / źródło: Unhate

Lee Muyng-bak i Kim Dzong Il / źródło: Unhate


Linki:
Jan Morek – strona autorska
Wydawnictwa Jana Morka 
„Fotografie z PRL-u” Jan Morek (zdjęcia) i Maciej Rybiński (komentarze do zdjęć + wstęp) o ksiażce
Michał Elmerych dla Focus.pl: „Słynne pocałunki” 

Fundacja Unhate
Pocałunek z muru berlińskiego - Wrubel i Bossu





poniedziałek, 24 grudnia 2012

naj...

Kartki fotograficzne w tym roku jakieś bez fotografii, w większości. Zebraliśmy te najfajniejsze, najbardziej pomysłowe i naj-fotograficzne i w ogóle. Naj!
Widać w tym roku rządzą przebrania :)









niedziela, 23 grudnia 2012