wtorek, 29 września 2015

Zbiory pod opieką...


Zbiory Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego w końcu września 2015 wyglądają jak na zdjęciach. Ktoś przeniósł je (ratował!) do miejskich magazynów, udostępnił grzecznościowo by ratować cenne pamiątki, teraz gmina chciałaby ratować, ale nie może, bo właściciel, ale kto się zna i wie jak to zrobić, nieodebrane telefony, jakieś szczątki kolekcji w serwisach aukcyjnych, nikt nie wie jak i którędy, znikły, pojawiły się... nie wnikam, nie zajmuję się dziennikarstwem śledczym. Na dole linki do artykułów dla chętnych dociekania. 
Życzę sformatowanego dysku i zaprzepaszczenia wszystkich cyfrowych (nie podejrzewam ich o posiadanie analogowych pamiątek) archiwów rodzinnych wszystkim tym, którzy przyłożyli choćby jeden paluszek do tego, by te zbiory tak wyglądały...





fot. Adam Gryczyński, dzięki uprzejmości autora

linki:
wrzesień 2015:
"Cenne zbiory rzucone na stos"  - Gazeta Wyborcza, Kraków
"Odzyskano antyki z Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego" - policja
"Dewastacja zabytkowych zbiorów fotograficznych" - TVP Kraków

przed wrześniem 2015:
"Apel Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego" - Fotopolis.pl
"Historia w skupie makulatury" - DziennikPolski24
"Archiwa KTF zniknęły, odpowiedzialność też" - Gazeta Wyborcza Kraków


poniedziałek, 21 września 2015

[felieton] Potęga dystrybucji


Z początkiem fotografii zawsze był problem. Data dzienna umowna jej wynalezienia istnieje, ale co do pomysłodawcy sprawa się komplikuje. Mamy zapisane, że 7 stycznia 1839 roku ogłoszono wynalazek pana Daguerre’a, ale też wiemy, że 10 lat wcześniej pan Niepce zrobił pierwsze zdjęcie. Niby nic, dwóch ojców. Ale co wtedy z panem Talbotem, który w podobnym czasie opracował metodę pozytywowo-negatywową, de facto technikę, dzięki której fotografia jest dziś tu gdzie jest. Czyli wszędzie. Czyli ojców trzech. Żaden problem, moglibyśmy dodać do tego grona jeszcze wynalazcę koloru a potem także fotografii cyfrowej by mieć pełen panteon.

Wynalazcy poszczególnych technik w międzyczasie – ten od żelatyny, od kliszy, od polaroida i małego obrazka, patrząc z perspektywy nie bardzo się globalnie i finalnie liczyli. Owszem ważne to były momenty, konstruujące i w skutkach oczywiście brzemienne, ale jednak pchały fotografię po prostu naprzód, jako taką nie kazały nam przewartościować tego czym fotografia jest i co ze sobą niesie.

Ze wszystkich dotychczasowych ojców, wydaje się, że Talbot miał najwięcej do powiedzenia. Niedoceniony i wyśmiany, musiał długo czekać na uznanie. Teraz zdaje się ciągle słyszymy jego chichot. Długo by się fotografia nie obroniła, gdybyśmy ciągle robili pojedyncze sztuki – może nawet i na papierze i na czym chcecie, ale jednostkowe, jednorazowe, unikalne, niepowtarzalne. Każde z tych słów zaprzecza niemal słowu fotografia w potocznym jej rozumieniu! Nawet polaroidy i instaxy pieczołowicie przefotografujemy i skanujemy, by powielić i zachować. Jednostkowe jest nieużytkowe, jest ekstrawagancją, ekskluzywną zabawą.

fotograf nieznany, siedmiokrotny portret kobiety, ze zbiorów własnych / rep.jk

Siłą obrazu fotograficznego jest jego wszędobylskość. Reprodukowalność do wytarcia negatywu. Technika cyfrowa zresztą szalenie nam pomaga w powielaniu. Tak jak muzycy nie muszą się martwić, że taśma się w końcu urwie po nałożeniu dodatkowej ścieżki w utworze [Queen w utworze "Bohemian Rhapsody" dotknęli tej granicy], tak i laborant ma łatwiej w życiu. Po włożeniu do skanera negatyw możemy odłożyć do szafy pancernej albo specjalnej lodówki, jako fetysz i precjoza, coś co straciło swą użyteczność. Jest w końcu w postaci cyfrowej, reprodukowany bez zahamowań.
Dość często ostatnio powtarzane są wątpliwości – co jest z tą galerią i wystawą takiego, że marzy się fotografom? Ileż to osób odwiedzi wystawę, kilka tysięcy w porywach. Książka i katalog szczególnie wielbione w ostatnich latach są w jakich nakładach? Setki czy nieduże tysiące kopii? Publikacja bierze też górę nad wystawą, z reguły tymczasową i nietrwałą, bo przecież papier przetrwa, w bibliotekach się ostatnie dekady i stulecia. Przetrwa nie-przetrwa, wszystko można zdokumentować i zapisać, wirtualne zwiedzanie, czytanie, etc. Nie w tym rzecz. Ile osób tam zajrzy? Ile osób tam dotrze? Ile zareaguje i się przejmie?

Najwięcej szczęścia miał dotąd Jacques Henri Lartigue. Wystawa w Museum of Modern Art w Nowym Jorku w 1963 to oczywiście był sukces i całkiem dobra frekwencja, ale jego materiał znalazł się w tygodniku LIFE. Nie byle jakim, tylko tym, który miał największy nakład, bo informowano akurat o zabójstwie JFK. Efekt: Lartigue trafił do każdego amerykańskiego domu, miliony egzemplarzy. Wystawa „Family of Man”, która objechała 38 państw w ciągu kilku lat i zgromadziła 10 milionową publiczność, wpisując się na listę UNESCO i kończąc swój żywot jako stała wystawa w Clervaux – ciągle blado przy tym jednym numerze tygodnika wygląda.


Reprodukujemy i powielamy, chcemy masowości i wciskania tego obrazu wszędzie. Robimy po to, by ktoś to obejrzał. Ale czy ta fotografia musi się położyć pod nogi Kowalskiemu by ją chciał obejrzeć?

linki:
"Family of Man" w ramach Steichen Collections 

czerwiec 2014 dla Digital Photographer Polska

czwartek, 17 września 2015

[felieton] To staroświeckie słowo: fotografia.




Prosta sprawa, trzymasz w ręku magazyn poświęcony fotografii. Wiesz doskonale co to jest i nie trzeba żadnej definicji podawać. Akademicy i badacze niech się martwią. Zdjęcia były „od zawsze” no i będą już zawsze.
Nie bardzo mam tę pewność. Świat fotografii kwitnie, na razie, ale jakaś apokalipsa się szykuje. Wiadomo, że zawsze będzie gorzej niż było. Złote czasy zawsze są minione. Dla piłki nożnej, prasy i mediów, dla muzyki, tak samo dla fotografii.

Kiedy powstawały wielkie wynalazki zawsze wieszczono szybki upadek poprzedniego sposobu na coś. Samochód, radio, telewizja, Internet. Teraz pędzimy. Lodówki mówią i wysyłają ci spis zawartości, prysznic gra muzykę i pokazuje wiadomości, w kieszeniach mamy już nie tylko telefony, ale całe komputery. Aparaty same wiedzą co i kiedy chcesz sfotografować, programy pozwalają ci ustawić ostrość dawno po zrobieniu zdjęcia, aplikacje oznaczają znajomych, podają współrzędne itd. Ciągle jednak musimy mieć ze sobą aparat, pamiętać go zabrać, naładować baterię, wyczyścić kartę. Wszystko się zmienia na user friendly. Ciekawe, kiedy aparat sam sięgnie po prąd?
Fotografia technologicznie zmieniła się nie do poznania. Definicja robi się problematyczna. Mówiło się o niej jeszcze kilka lat temu, że potrzebuje: kamery, światła i fotografującą osobę. Potrzebę kamery, aparatu odrzucono już dawno. Światło tak właściwie nie jest już konieczne. A fotografujący? Tym bardziej!

Nowe aparaty nie potrzebują twojej decyzji. Robią zdjęcie przed tobą, może też trwać zapis ciągły. Nie musisz aparatu trzymać w ręce – może wisieć na szyi, być wpięty w ubranie, przyczepiony do czapki/kasku, możesz mieć go na nosie – w okularach. Nie trzeba niczego przerywać ani łapać chwil w ich trakcie. Można to zrobić dowolnie później, z tak zwanej kanapy, zza biurka. Nie musisz być tajnym agentem, wystarczy pogrzebać w sieci. Dziś trzeba poszukać, już nie pogrzebać. Być może jutro znajdziemy te urządzenia w dużych sieciówkach elektroniki?

Wiem, że to problem akademików i badaczy, oni się biedzą nad nową definicją od dłuższego już czasu. Cyfrowa rewolucja pozmieniała więcej niż nam się wydaje. To nie tylko brak ciemni i pachnących chemią odbitek, to nie tylko zwijane filmy. To też zbędność umiejętności ale i zbędność fotografującego. No i to staroświeckie słowa: fotografia, pisanie światłem, fotograf – piszący. Nie mamy innych jeszcze, stara gwardia będzie bronić okopów zawzięcie.

W tym sensie idzie jakiś koniec. Tego co wiemy i znamy. Koniec tabliczek z przekreślonym aparatem, koniec punktów w regulaminach, że nie wolno robić zdjęć. Jeśli aparat masz w okularach kto to zauważy? Kto to sprawdzi i kto zabroni?  Ha, a może aparat w soczewkach kontaktowych?

zdjęcie wykonane za pomocą aparatu/kamery w okularach, 2013, fot. Maciek Nabrdalik, dzięki uprzejmości autora

Maciek Nabrdalik zrobił eksperyment. Pojechał robić zdjęcianie biorąc aparatu. Miał puste ręce, a materiał i tak powstał. Robił zdjęcia – właściwie robiły to jego okulary. Musiał tylko odwracać głowę. Nie musiał nic naciskać [poza włączeniem funkcji], nic ustawiać, ostrzyć, zmieniać ustawień. Patrzenie.  To nie były zdjęcia, to był ruchomy obraz. Trzeba go było pociąć, zrobić stopklatki. Jakość jeszcze nie jest szałowa, obraz jest nieduży, zamazany, potrzeba jeszcze mu dużo światła. Okulary można kupić w Internecie i w sieciówkach. Mnóstwo zabawy. To rok 2014, sam początek. Za rok mamy mieć okulary od googla w sprzedaży. Poczekajmy kilka lat, a obraz z okularów uda się jakościowo wypracować jak z ekstra profesjonalnej lustrzanki. Szkoda mi urzędników i tych co będą próbowali bronić nas przed używaniem takich urządzeń: w szkole, w domu, w urzędzie, w pracy. Przedefiniujemy nie tylko fotografię, ale też prywatność. Ale się będzie działo!


marzec 2014 dla Digital Photographer Polska


W styczniu 2015 Google postanowił zakończyć produkcję Googleglass, niemniej ciągle pracują nad unowocześnieniem projektu. więcej 

poniedziałek, 14 września 2015

[felieton] Białe plamy




Palec pod budkę...

Tak, nie ma zdjęcia. Nie, nikt nie zapomniał go wstawić. To nie przypadek, po prostu brak, nie ma. Prostokąt ani za mały ani nie za duży. W sam raz, by ilustrować tekst, nawiązać, podbić, być może przyciągnąć twój wzrok. Pusty prostokąt ma dokładnie to samo znaczenie co zdjęcie. Gdyby tutaj było. Pusty prostokąt nawet lepiej przyciąga wzrok. W prasie  przywykliśmy – jeśli nie reklama, to zdjęcia, rzadziej ilustracje, ale zawsze jest jakiś żywy element obok liter. Tu go nie ma, a jednak najlepiej ilustruje powód powstania tego felietonu: po co nam zdjęcia w prasie? Albo inaczej: czy ktoś dziś jeszcze zwraca uwagę na zdjęcia w prasie?

Bo gdyby zwracał – to by wiedział, że kondycja fotografii newsowej jest nie najlepsza. Że reportażu nie oglądamy już w prasie codziennej. Że zdjęcia coraz częściej przegrywają z reklamą. A gdyby się jeszcze podrapać po głowie, pewnie udałoby się spostrzec, że trudniej żyje się też fotoreporterom, mniej zarabiają, a konkurencja wciąż rośnie.

Problem w tym, że chyba nikt z poza środowiska na te zdjęcia nie patrzy i ich nie ocenia. Były kiedyś, są też dzisiaj. Może faktycznie dziś są trochę inne, no i co? Tak jak zmienił się język redaktorów - pozwalają sobie na różne literackie triki - podobnie pewnie jest z fotografią… Nikt spoza society tego tematu nie pragnie poruszać. Środowisko co najwyżej przebąkuje o dniu bez fotografii. Reporterzy odgrażają się, że kiedyś zastrajkują - nie zrobią i nie wyślą.

Jeden taki strajk już się zdarzył. Mini gest z rzędu kuriozalnych. I co? I trudno, nie było kilku zdjęć. Zastąpiono je agencyjnymi albo z archiwum. Jakoś było i jakoś to będzie. Nikt nawet nie zauważył, chyba, że zaplątał się spacerowo w okolice protestu. Tymczasem, w dzień otwarcia najważniejszych targów fotograficznych Paris Photo, odbywających się podczas Mois de la Photo w Paryżu Liberation rzuciło wyzwanie swoim czytelnikom. 14 listopada 2013 dziennik ukazał się bez zdjęć. Gazeta, jak gazeta: teksty, nagłówki, paginy, ale zamiast zdjęć – białe prostokąty. Wywołali burzę, lawinę i gremialne zainteresowanie zwykłych czytelników*.

Gest totalny. Nie zniknęła tylko ilustracja. Zniknęła informacja. Udowodnili, że fotografia jest nie tylko miłym przerywnikiem, obrazkiem do zawieszenia oka, gdy nudzi nas tekst. Jest informacją, porcją wiedzy, czyjąś pracą, interpretacją faktów. Przez dekady nierozłącznie związana z prasą wyrobiła sobie w niej niezbywalne miejsce. Gest Liberation został oczywiście opatrzony artykułem z dość smutną genezą i jeszcze smutniejszą prognozą. Ten gest przypomina zabawę z przedszkola „palec pod budkę…” 

Zastanawiam się głośno, czy w Polsce taki gest byłby możliwy. Czy ktoś by to zauważył, potrafił wyciągnąć wnioski. W końcu mieszkańcy dużych miast zaczęli buntować się przeciw wielkoformatowym reklamom zasłaniającym budynki. Zaczęły im przeszkadzać, zasłaniać architekturę. Być może, kiedyś dorośniemy do sprzeciwu wobec zbyt żarłocznym reklamom w gazetach… Tym przesłaniającym zdjęcia? Czy gotowi bylibyśmy zapłacić za gazetę 3 razy tyle by nie było w niej reklam, za to świetne teksty i zdjęcia?** Palec pod budkę (nieśmiało)…


*W Moskwie „Kommiersant” w 2005 roku też wyszła z białymi plamami. Nie chodziło tylko o zdjęcia  wtedy. Był to dość widoczny protest samej redakcji wobec rozgrywki politycznej by tę gazetę wykończyć.
** Redaktor naczelny podrzucił przykład „XXI” „to magazyn reporterów z dobrymi tekstami i dobrą fotografią, który nie przyjmuje żadnych reklam, sprzedaje prawie cały nakład, mimo że jest drogi. To taki fenomen, którego nikt nie rozumie.”

grudzień 2013

Jest dobra okazja do przypomnienia białych plam. Okazuje się, że różne są odcienie tej bieli, inne genezy, inne protesty. W Polsce sierpniowa dyskusja o okładce "Faktu", który przebił bezmyślnością wszystko - już przycichła. Początek sierpnia to wielki gest niemieckiego tabloidu "Bild" - i głos w dyskusji - czy potrzebujemy pewnych zdjęć. O tym będzie okazja jeszcze pogadać. Tymczasem odsyłam do aktualnego - wrześniowego 2015 numeru Digital Photographer Polska. 
no i linki:




Rosja, dziennik "Komiersant" z białymi stronami w ramach protestu przeciwko decyzji sądu w 2005 roku, fot. Krzysztof Miller /materiały prasowe wystawy "Ludzie, przemiany, wydarzenia - 20 lat fotografii Gazety Wyborczej za: Fblog

piątek, 11 września 2015

[felieton] Zdjęcie z niedźwiedziem.

Postanowienia noworoczne są przereklamowane, szczególnie im głębiej w rok. Jeśli już sobie coś obiecuję, to zwykle około września, i podobnie różnie z zapałem. Dzięki za ogromne zainteresowanie i wszystkie mniej lub bardziej delikatne zachęty do wrzucania tutaj nowych słów, poważnie, nie miałam w świadomości jak rozliczacie za częstotliwość postów! Mam mały kompromis: wrzucę tu felietony pisane dla dwumiesięcznika Digital Photographer Polska. Trochę, by nie uciekły, ale także by miały okazję być skomentowane, podjęte przez Was do dyskusji. Na razie temat powakacyjny, idealnie się zgrywa. Wracamy, zrzucamy zdjęcia z karty, wypakowujemy gadżety i pamiątki przywiezione z daleka, no i ile oczywistych-oczywistości przywieźliście? 

Fotograf nieznany, Hel 1932, ze zbiorów własnych, rep.jk

Po co się fotografować z niedźwiedziem?

Oznaką kiczu w malarstwie jest na przykład przysłowiowy jeleń na rykowisku, najlepiej w zachodzącym słońcu. A w fotografii? Mody się chyba zbyt szybko zmieniają, trendy rosną i upadają. Zawsze znajdzie się coś doprawdy przedziwnego i wystrzałowego, co powoduje w oglądającym silniejsze bicie serca. Ale może jednak jest coś masowego, świadczącego o płytkim ale i wesołym podejściu do fotografii?

A może fotografowanie się z niedźwiedziem? Miś jest ponadczasowy, w pewnym sensie. Jest szalenie tutejszy i swojski. Kiedyś, za młodu kojarzył mi się tylko i wyłącznie z górami. W końcu pasował do parków narodowych południa, bywał też na pocztówkach, czasem na znakach na szlaku, nie mówiąc o występowaniu na żywo w scenerii górzystej. Pewnego jednak razu spotkałam takiego niedźwiedzia w Warszawie, co już mocno zachwiało przekonaniem o pochodzeniu. Da się to też wyjaśnić, jest duże zoo, a wybieg dla niedźwiedzi jest wizytówką tego parku. Nie znalazłam jednak żadnego sensownego wyjaśnienia na kolejne spotkanie futrzastego modela – w Sopocie, a potem w Kołobrzegu i jeszcze w Ustce! Niedźwiedź – koniecznie biały panuje niepodzielnie w polskiej fotografii turystyczno-pamiątkowej. Byłby zatem odpowiednikiem owego jelenia w malarstwie, króla kiczu. [Dlaczego nie fotografujemy się z jeleniami? To raczej pytanie retoryczne.]

Fotografowanie się z symbolem miejsca dowodziło zawsze obecności, odwiedzin, udanych wakacji. Są miejsca, w których nie wyciągnięcie aparatu jest wręcz uznawane za dziwactwo. Jak powstrzymać się przed sfotografowaniem wieży Eiffla, fontanny di Trevi, Mony Lisy? Przed fotografią z resztą, ówcześni nieliczni turyści szkicowali sobie w notatnikach odwiedzane miejsca. Mniej utalentowani nabywali ryciny a czasem i płótna na pamiątkę. Fotografowie bardzo szybko zareagowali na tę potrzebę. W kurortach i odwiedzanych miejscach znane zakłady z okolicznych miast otwierały swoje filie, przybywali też mniej zorganizowani, ale również przedsiębiorczy ludzie. Ci jeździli z tłami i ustawiali je pod daszkiem. Czasem malowane były chwilę wcześniej. I tak z końca XIX wieku i całego XX mamy w albumach niezliczone ilości Jasnej Góry, samolotów (z różnych miejscowości), niedźwiedzi a nawet wielorybów! W ‘samolotach’ czy ‘wielorybach’ wycinało się dziury na głowy urlopowiczów. Nikomu nie przyszło do głowy by korzystać z widoku zastanego, naturalnego, tego, po który się przybyło. Malowana Jasna Góra, czasem bardziej lub mniej udana, ale zawsze nie ta autentyczna w tle. Wracając do niedźwiedzia, ten pojawił się całkiem wcześnie i od razu jako model. Nie miał prekursora z kartonu w okienkiem na głowę. Od razu futro i zawsze białe. Obok zaś lokalny fotograf. Z czasem wystarczał sam model w futrze. Zmieniał dodatki w zależności od okazji: mogła się pojawić czapka świętego Mikołaja, mógł parasol lub przeciwsłoneczne okulary. Tak by przyciągnąć klienta. Bywały też krótkotrwałe mody na stroje ludowe czy holyłódzkich bohaterów.

Niedźwiedź na Krupówkach i na Monciaku to silna tradycja, czasem powracający temat każdych wakacji. Zwykle do niedźwiedzia dodawało się jakąś tabliczkę ze znakiem, nazwą, datą. Wtedy już była pełnia szczęścia. Dziś zaś, w cyfrowej nadprodukcji i jej możliwościach, trochę to jednak dziwi… W końcu, kilka dekad temu może nie każdy miał aparat. Fotograf wysyłał zdjęcie, tę unikalną pamiątkę. Dziś nie trzeba płacić nikomu 2 czy 5 złotych by udawał kogokolwiek w zdjęciu wykonanym własnoręcznie. Można sobie wkleić po powrocie do domu każdą istotę w to zdjęcie. Niedźwiedź u nas, ale Beduin pod piramidami, malarz z beretem pod wieżą Eiffla, centurion pod Koloseum, itd. A jednak, tradycja ciągle żywa i uniwersalna. I dalej nie wiem, czy coś poza nią jeszcze trzyma nas przy fotografowaniu się z przysłowiowym niedźwiedziem.



dla Digital Photographer Polska, luty 2014
http://digitalcamerapolska.pl/



niedziela, 30 sierpnia 2015

Światło światłem, ale emulsja...!

 „Emulsja”, red. Marta Przybyło-Ibadullajev, wyd. Wydawnictwo Fundacji Archeologia Fotografii, Warszawa 2015.

Światło światłem, ale emulsja...! 

Nigdy nie byłam fanką retuszu, nie wierzyłam w niego. To dla mnie proces absolutnie zbędny, przecież to psucie zdjęcia. Poprawianie, oczyszczanie, jest trochę jak kłamstwo. Ok., w dobie szaleństwa cartes de visite być może ten retusz dawało miękkie lądowanie między epoką malarską i rysunkową na nową technologię? Potem jednak z retuszu nie rezygnowano, poprawiano, podkolorowano, zmieniano dla klienta. Ciągle lepiej, żeby gładko, ładnie, itd. Dziś można przebierać w ofertach o ratowaniu zdjęć z przeszłości, gdzie wykwalifikowani spece potrafią się w fotoshopie pozbyć wszystkich rys, przebarwień, itd., od biedy dorysują praprababci kawałek sukienki czy twarzy. Wszystko dla klienta.


„Emulsja” to ogromna fascynacja tym co chropowate, pobrudzone, spękane, pomyłkowe. To nie jest tylko prawda kontra kłamstwo uładzeń retuszu, to weryzm do granic wszelkich. Kurz, przebarwienia, spękania, dziury, wszelkie uszkodzenia mechaniczne, pomyłki ciemniowe – nazwane, opisane, skatalogowane. Język naukowy użyty w opisie zdjęcia nie pomniejsza jednak magii efektu, niepowtarzalnego, nieplanowanego. 



Dla kogo: skierowana jest chyba jednak bardziej do tych, którym rosną rumieńce na twarzy im bardziej podniszczony egzemplarz widzą. Tych, których po prostu fascynuje temat błędu i przypadku. Szczególnie, że stare zdjęcia o określonych wadach zostały zestawione ze współczesnymi eksperymentami około fotograficznymi, oczywiście dając pełne złudzenie podobieństwa.

To książka fotograficzna w pełnym tego słowa znaczeniu. Obraz dominuje, opowiada fascynującą historię, a opisy konserwatorskie towarzyszą, porządkują dopiero na dalszym planie. Ich struktura w książce też jest warta wzmiankowania – opisy zdjęć, techniczne i konserwatorskie są minimalne, suche i proste (w znaczeniu nie-prze-naukowionych) często wręcz ukryte na szydełkach.

Autorzy zdjęć: mnóstwo zdjęć anonimowych z kolekcji Muzeum Historii Fotografii oraz projektu Albom.pl. Są także prezentowane perełki ze zdjęć już w Fundacji pokazywanych czy  opracowywanych: Marii Chrząszczowej, Wojciecha Zamecznika, Zofii Chomętowskiej, Tadeusza Sumińskiego, Mariusza Hermanowicza. Jest wreszcie sporo prac artystów współczesnych, którzy pracują z/nad fizycznością fotografii, m.in: Dorota Buczkowska, Krzysztof Pijarski, Nicolas Grosspierre, Robert Kuśmirowski, Paweł Kula, James Welling. Wymieszanie prac poza chronologią, a poprzez skojarzenia wizualne defektów/efektów fotografii dawnych ze współczesnymi realizacjami otwiera nowe ścieżki interpretacji, poszukiwań. 


Wersja językowa: polsko-angielska. O tyle istotny fakt, że być może dodatkowo utrwali nazewnictwo fotograficzne, którym często operujemy bez odpowiednika polskiego (tak, operujemy my wszyscy, bo przecież przy wydruku należy podać technikę, czyli potencjalny czytelnik czy widz wystaw fotograficznych styka się z tym nazewnictwem, różnie brzmiącym).


Teksty: „Srebro w żelatynie” Marty Przybyło-Ibadullajev to właściwie wstęp do publikacji, mówiący dokładnie o genezie pomysłu i zamierzeniach, celach do spełnienia. „Widzenie materii” Sławomira Sikory to niezwykle celny naukowy namysł nad materialnością fotografii, kwestią kontroli, procesach,...


Analizując wybór zdjęć Burschego czy przykłady innych publikowanych tu fotografii, trudno oprzeć się wrażeniu, że z punktu widzenia estetycznego ślady te stanowią wartość dodaną, która powoduje, że na dłużej zatrzymujemy wzrok na pozornie prostym i zwyczajnym kadrze. To niepokojące doznanie pozostaje w sprzeczności z codzienną praktyką archiwalną, nastawioną na ochronę i możliwie dobre zachowanie materiału fotograficznego. Zniszczona fotografia, mimo minimalnej wartości dokumentalnej, pozbawiona także wartości rynkowej, pociąga i kusi - opowiada autorka koncepcji tej książki, Marta Przybyło-Ibadullajev. Cała publikacja pełna jest właśnie takich sprzeczności i na nich jest oparta. Zniszczenia zdjęć jakie zostały wybrane do książki, fascynują i niepokoją, są wręcz niebywale efektowne. W niektórych przypadkach nawet szukamy znaczeń dodatkowych, nadbudowywanych nad defektami, podejrzewamy jakąkolwiek kontrolę czy celowość. Tym bardziej przekładanie narracji zniszczeń, wypowiedziami zbudowanymi celowo na błędach lub do nich nawiązujących. Przykłady: zestawienie prac heliograficznych Marka Piaseckiego z uszkodzeniami chemicznymi na taśmie filmowej (film „Pan Tadeusz” z 1928 roku), albo zniszczenia negatywów – nieznanego autora a obok prace Krzysztofa Pijarskiego  na temat negatywów Chomętowskiej.


Feeria barw i kolorów, wspaniałe kompozycje wynikające z przetarć, utlenienia, itd., zestawione są z pracą konserwatora. Opisy konserwatorskie i konsultację merytoryczną powierzono Monice Supruniuk (Pracownia Konserwacji i Restauracji Fotografii i Sztuki Dekoracyjnej, Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie). Jest to ciągle język zrozumiały dla przeciętnego pstrykacza, tym samym znacznie uruchamia wyobraźnię. Książka ma pewien wymiar edukacyjny. Poza tym, że możemy nazwać rodzaj uszkodzenia emulsji, prawdopodobnie wśród niektórych czytelników może prowadzić do chęci zajęcia się domowym archiwum. Być może przeglądając wachlarz efektów specjalnych przyniosą pudełko z negatywami ze strychu czy piwnicy, przesuną albumy dalej od kaloryfera, wyjmą spod szyby stare zdjęcia i się nimi zaopiekują. Z troski o długowieczność czy z chęci eksperymentu, mniejsza o to. Książka co prawda nie daje dokładnych wytycznych jak należy dbać o zdjęcia konkretnej techniki, dla naprawdę zainteresowanych warto doczytać np. w książce "Photographs of the Past"


„Emulsja” zbudowana jest na wrażeniowości, wizualności. Bardzo zachęcająco traktuje czytelnika. Nie ma tu kompendium konserwatorskiego, nie są to wszystkie przykłady zniszczeń, tak jak i nie są to wszystkie techniki wykonania zdjęć. Nie ma układu poddanego chronologii itd. Czysta wizualność prowadzi z jednego do drugiego obrazu. Pomiędzy reprodukcjami zdjęć, są jeszcze zdjęcia mikroskopowe. Oczywiście znawca, konserwator zrozumie z nich coś więcej, przeciętny jednak widz zapatrzy się z fascynacją.

Publikacja w sposób naturalny wymaga skojarzenia  z filmem „Powiększenie” Antonioniego. Ten bodaj najważniejszy obraz filmowy na temat pracy fotografa, kieruje widza do ślepego zaułka jakim w filmie jest niemożność dalszego powiększenia, przeniknięcia przez fizyczność fotografii. Dalej już nie ma nic. Dalej jest właśnie emulsja światłoczuła na jakimś podłożu. Sprowadzenie fotografii do roli przedmiotu, podkreślenie jej fizyczności jest absolutnie dominujące w „Emulsji”, co więcej owa fascynacja wszelkimi procesami jakie dotykają przedmioty. Przypomina podstawowe nośniki obrazu fotograficznego, to jak były zdjęcia używane przed epoką cyfrową. Niecodzienne to zjawisko w całej popularnej literaturze fotograficznej, której dominującymi ciągle pozycjami są wszelkie podręczniki, pomocniki, elementarze itd. – nastawione bodaj jedynie na to jak operować światłem ciągle lepiej i perfekcyjniej. Tymczasem „Emulsja” dotyczy wypadków i defektów, w dodatku na przedmiocie! Jeszcze jedno zdanie od Marty Przybyło-Ibadullajev: Temat emulsji, zawiesiny halogenków srebra w żelatynie, niegdyś >>esencji<< fotografii warunkującej jej właściwości światłoczułe i możliwość zapisu obrazu, jest dziś odległy od dominującej praktyki fotograficznej.  


Dawno żadna publikacja fotograficzna nie dostarczyła moim oczom aż tyle przyjemności, a głowie zastanowienia nad tym gdzie i czym jest ta >>fotografia<<, pisanie światłem, itd. Bardzo polecam. 


piątek, 29 maja 2015

FPR 2015: konkurs rozstrzygnięty!







To trzecia edycja konkursu od momentu jego reaktywacji. To trzecia edycja gdy kategorie i ich rozróżnienie jest wciąż kłopotliwe. Osobną kategorię, a potem Nagrodę Specjalną za self-publishing ustanowiliśmy by z jednej strony dać szansę – potencjalną szansę dla książki wydanej samodzielnie przez autora (autorów) do rywalizacji o tytuł Fotograficznej Publikacji Roku, Z drugiej zaś strony dopingowaliśmy skromniejsze publikacje, by miały szansę zostać zauważone i rywalizować w swojej „lżejszej” kategorii. W tej edycji konkursu, po długich naradach jurorzy uznali self-publishingową książkę za Publikacją Roku. Jest to kolejny krok w dyskusji nad rynkiem wydawniczym oraz o potrzebie stwarzania warunków specjalnych publikacjom wydawanych samodzielnie. Decyzja jurorów wskazuje propozycję by tę granicę podziału na sposób wydania raczej zacierać niż umacniać. 

Nagroda Specjalna za  Selfpublishing oraz Fotograficzna Publiakcja Roku 2015: Nagroda Główna, Nagroda im. Krzyśka Makowskiego została przyznana książce:
Woman With a Monkey - Caucasus in Short Notes and Photographs, Justyna Mielnikiewicz, self-publishing

Jury w trudnej dyskusji wyłoniło pięć publikacji, które pretendowały do nagrody głównej. Książka Justyny Mielnikiewicz „Woman With a Monkey” jest publikacją wypracowaną, kompletną i przekrojową, a przy tym niebywale staranną i konsekwentną. Mielnikiewicz realizowała swój opis Kaukazu przez lata, zbierając mniejsze i większe historie. Ujęła bardzo wiele aspektów życia codziennego, łącząc z refleksjami nad aktualnymi wydarzeniami, zderzając ze stereotypami i tradycją. Z jej publikacji Kaukaz wydaje się obszarem nieprzeniknionym i niełatwym do podsumowań. Połączenie zdjęć wykonanych w trakcie wielu wyjazdów wraz z tekstami i notatkami zostało przez autorkę wykorzystane do maksimum możliwości medium jakim jest książka fotograficzna. “Woman With a Monkey”  ma wszystko to czego szukamy w konkursie: przemyślany projekt, wyjątkowe zdjęcia, dopracowaną i odpowiadającą charakterowi publikacji – grafikę, jest znakomicie wydrukowana i wreszcie – jest dziełem uniwersalnym, pełnym i bogatym. Jest to publikacja, do której się wraca po kolejną historię czy informację, nie mogąc znaleźć nasycenia.

W finale konkursu znalazły się [kolejność wg zgłoszeń]:

Salix Polaris, Anka Sielska, self-publishing

Tadeusz Sumiński, Industrial,Fundacja Archeologia Fotografii

Święta Wojna, Wojciech Wilczyk, Wydawnictwo Karakter, galeria Atlas Sztuki

Boiko, Jan Brykczyński, self-publishing

The Winners, Rafał Milach, GOST

No 2,Dominika Gęsicka, Karolina Gembara, Gregory Michenaud, Wiktor Dąbkowski, Maciej Gapiński, Jakub Bors, Łukasz Gryko, Konstancja Nowina Konopka, Krzysztof Racoń, Marta Berens, Sputnik Photos

Stigma, Adam Lach, self-publishing

Portrety, Adam Borzęcki, self-publishing

Woman With a Monkey - Caucasus in Short Notes and Photographs, Justyna Mielnikiewicz, self-publishing

Film obyczajowy produkcji polskiej, Kuba Dąbrowski, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki

"deja vu" - Kolekcja Wrzesińska nr 5/2013,Zbigniew Tomaszczuk, Mecenas projektu: Urząd Miasta i Gminy Września / Wydawnictwo Kropka Jolanta i Waldemar Śliwczyńscy

Evil Man,Hubert Humka, Wydawnictwo PWSFTviT w Łodzi

Points of Reference,Martyna Wyrzykowska, self-publishing

Góra, Paweł Starzec, self-publishing

Alles ist Gut, Wojciech Kostrzewa, Muzeum w Gliwicach

Invisible Maps, Andrzej Kramarz, Muzeum w Gliwicach

Beli dvor, Ernest Wińczyk, self-publishing

Some Things are Quieter than Others, Jacek Fota, self-publishing





JURY FPR15:
• Maciej Pisuk – pisarz, scenarzysta, fotograf,
• Katarzyna Sagatowska – fotografka, kuratorka, wykładowczyni,
• Joanna Kinowska – twórczyni magazynu Miejsce Fotografii,
• Łukasz Gorczyca – historyk i krytyk sztuki, kurator,
• Alicja Kobza – graficzka,
• Paweł Rubkiewicz – współzałożyciel sieci księgarni artystycznych Bookoff,
• Agata Zubrzycka – dyrektor programowa Fotofestiwalu w Łodzi

Nagrody Empresse OGROMNIE DZIĘKUJEMY!




sobota, 16 maja 2015

Niezgoda. Dwa konkursy fotografii prasowej 2015.

Maj to od lat najgorętszy czas dla fotografii. Festiwale, konkursy, wszystko na raz. Przyjęłam jakiś czas temu pewną metodę radzenia sobie z tematem i łączenia chociaż w pary wydarzenia. Druga metoda, jakże zachęcająca, z którą wypada jednak walczyć, polega po prostu na pomijaniu tematów.
Sparować można doskonale omówienie wyników dwu konkursów fotografii prasowej. Jeszcze lepiej, bo w tym roku wyjątkowo blisko siebie były, można jednym zestawem zdjęć zilustrować wyniki obydwu. Pełne wyniki BZWBK Press Foto i Grand Press Photo znajdziecie na stronach konkursu. Tu już nie ma sensu podawać kolejny raz pełnych list nagrodzonych i wyróżnionych. Tu pozastanawiam się czym te dwa konkursy się de facto – w edycji 2015 – różnią.

Czas.
Grand Press Photo nagradza zdjęcia wykonane od 1 kwietnia 2014 do 31 marca 2015, podczas gdy BZWBK Press Foto z całego danego roku od stycznia do grudnia. Co to zmienia? Niby nic, bo jakaż to różnica, nie w tym roku, to w kolejnym się wyśle. Otóż chociażby Majdan, który wydarzył się w lutym 2014, mógł się znaleźć w konkursie BZWBKPF dopiero w tym roku. Efekt deja vu. Zdjęcie roku wykonała Agata Grzybowska właśnie podczas zajść na Majdanie. Wśród wyróżnionych znaleźli się także Simona Supino, Tomasz Adamowicz, Jakub Szymczuk – wszyscy za materiały, które rok temu zdobyły uznanie jurorów drugiego konkursu. Oczywiście – zdjęcie roku – musi być inne. Tam, rok temu zdjęcie roku i dekady zgarnął Szymczuk, to w konkursie konkurencji nie mógł liczyć na główną nagrodę. Oczywiście to są tylko moje spekulacje, nigdzie w regulaminie nie ma informacji, żeby jurorzy oglądali się na wyniki jakichkolwiek innych konkursów, tak polskich jak zagranicznych. Pytanie tylko co by zrobił organizator konkursu gdyby jednak decyzja jurorów była identyczna jak w konkurencji…? Tak sobie tylko gdybam. 


Maciej Moskwa, Testigo Documentary 
Zdjęcie z fotoreportażu obrazującego skutki ataku Państwa Islamskiego (ISIS) na kurdyjskie miasto Kobane w północnej Syrii. Doprowadził on do masowego exodusu ponad 300 tys. ludzi, którzy szukali schronienia w pobliskiej Turcji. W przepełnionych obozach dla uchodźców brakowało jedzenia, dostępu do czystej wody, nie mówiąc już o organizowaniu jakiegokolwiek szkolnictwa dla dzieci. Na zdjęciu 12-letni Hasun, Kurd, uchodźca z Kobane. Listopad 2014: Zdjęcie roku Grand Press Photo 2015  // Hasun ma 12 lat. Uciekł do Turcji z syryjskiego Kobane podczas ofensywy radykałów religijnych z organizacji Państwo Islamskie. Znalazł schronienie w tymczasowym obozie dla kurdyjskich uciekinierów. W miasteczku namiotowym słychać walki i naloty na jego rodzinne Kobane. Suruc (Turcja), 14 listopada 2014 r.: III Miejsce w zdjęciach pojedynczych w kategorii "Wydarzenia" w BZ WBK Press Foto 2015.

Kategorie.
No i tu się dopiero pogmatwało. Ciągle zmiany. Dobrze to i źle zarazem. Nie znoszę stagnacji, więc jasne, że zauważanie przez organizatorów zmian i rozwoju, potrzeb i oczekiwań, wychodzenie naprzeciw itd. oceniam oczywiście bardzo dobrze. Ale można by przy tym myśleć dłużej, rozpętać dyskusję, wysłuchać autorów, zamiast autorytarnie – z pozycji organizatora konkursu, a zatem osoby związanej ze środowiskiem, ale nie wykonujących zawodu fotoreportera prasowego - wmawiać jak się powinno robić. Konkursy to konkursy, ring i palestra, ćwiczenia i zawody. Ale zdjęcia się robi nie na konkursy. Konkurs to sposób na zauważenie, dostrzeżenie. A co będę dalej tłumaczyć jak świat jest zbudowany, każdy w jakiś zawodach w życiu wziął udział i zna swoją decyzję stojącą za akcesem. Otóż, z ogromną dozą przekonania i pewności, fotograf wykonując zdjęcia nie myśli o kategorii konkursowej, ani czy będzie ono się nadawać tu czy tam. Tym bardziej nie będzie myślał czy jego projekt będzie spełniać założenia regulaminowe, jak nie myśli czy pasuje zdjęcie do definicji. Rok w rok od kilku ładnych lat przed deadlinami mam do czynienia z pomocą w edycji do danego konkursu – czy do tej czy do tamtej kategorii, czy w 8 czy w 9 czy w 10 sztukach opowiadam co chcę, itd. Fotografowie ostro kombinują by zmieścić się w kategoriach, by swoje materiały przyciąć pod to co proponuje regulamin. Bo chcą jednak wyjść z materiałem do ludzi, wierzą, że robią coś co powinno być zobaczone. I tną i skracają, przestawiają i wybierają.
I oto mamy nową kategorię w konkursie GPP. Śmiem sądzić, że nie wzięła się znikąd. World Press Photo po latach dyskusji i głosu środowiska postanowiło wreszcie wprowadzić  kategorię: projekt długoterminowy. Pozwala owa kategoria na zaprezentowanie zdjęć w znacznie szerszym wyborze, bardziej rozbudowaną, mniej sformalizowaną itd. Idealna kategoria dla długodystansowców, a przyjmijmy jednak, że większość projektów dziś powstaje właśnie w ten szerszy sposób. Na WPP pierwszą nagrodę otrzymał materiał Darcy Padilla tworzony przez 21 lat! To jednak jest przypadek ekstremalny. Drugie miejsce zajął Kacper Kowalski ze swoimi „Efektami ubocznymi”. Znakomicie. Jego zdjęć nie mogło być w tej kategorii w GPP, bo nie pasował do regulaminu! To jest trochę wylanie dziecka z kąpielą. Nowa kategoria wprowadzona przez czołowy światowy konkurs, wyróżnienie tam Polaka i takie ułożenie regulaminu (wzorowanego na WPP) w polskim konkursie, które pozbawia tegoż nagrodzonego udziału w tej kategorii. Ekstra absurd. Napomknął o tym w czasie gali konkursu GPP Maciek Nabrdalik, który odebrał nagrodę, a ściślej obydwie nagrody przyznawane w tej kategorii: „warto by to przemyśleć”. Nabrdalik był rok temu jurorem w GPP, więc nie wysłał zdjęć, to otworzyło mu możliwość wysłania w tym roku. Wedle regulaminu nie można bowiem było zgłosić do kategorii ‘projekt dokumentalny’ zdjęć czy projektu, który już wcześniej zgłoszony był do konkursu GPP. Zgłoszony, nie wygrany, w ogóle zgłoszony, wysłany. Czemu absurd?
No właśnie temu, że fotograf pracujący nad tematem dłużej, nie mając swojej kategorii – przycinał materiał, uaktualniał, edytował specjalnie do konkursów. Teraz ma swoją kategorię, ale okazuje się, że jego trzyletnie zabiegi nad cięciem materiału i przykładania go do regulaminu – były niestety mało pragmatyczne. I tak, skoro Kacper kiedyś wygrał, czyli wystarczy, że wysłał coś z „Efektów ubocznych” na GPP (a trzyma się w ściślej czołówce multiwygranych tego konkursu) tak teraz niestety może iść robić co innego, może nie wysyłać. Ma WPP, chyba starczy, prawda?!
Absurd widać też gołym okiem, bo „aż” 29 projektów otrzymali jurorzy. Wow. Szok! Masa! Ależ błagam?! Przy tej liczbie autorów? Przy tej liczbie zdjęć? 29 to jest „aż”? No dobra, przysłuchiwałam się rozmowie kilku fotoreporterów, którzy po fali entuzjazmu, że wreszcie mają kategorię w konkursie, w której mogą pokazać swoje materiały, przeszli natychmiast w zniechęcenie i rozdrażnienie, gdy doczytali szczegóły regulaminu: „żadna część projektu nie może powielać prac już nadsyłanych i ocenianych w poprzednich edycjach Grand Press Photo.” Sorry, taki klimat. Dziękujemy. Rób zdjęcia, trzymaj je w szufladzie tak długo, aż skończysz i wtedy złotym strzałem wyślij na konkurs. Aha, jeśli robisz materiał ponad rok, albo dwa lata, też serdeczne dzięki. Poczekaj aż miną trzy, równiutkie. Wtedy regulamin ci na to pozwoli. Czyli nie ma co bić piany, tę kategorię da się ocenić za 3 lata. Regulamin konkursu ma wyraźnie opisać co ma się w kategorii znaleźć, ale nie powinien na tym etapie dawać szansy lub ją odbierać młodym czy już nagradzanym, nie może faworyzować jakiejś grupy – te oceny zależą od jurorów. To jest zdecydowanie sprawa do przemyślenia, do rozmowy, do dyskusji.

Jurorzy.
Wyważone, jak zawsze, zmieniające się osoby. W skrócie dwie różnice: Christopher Morris vs Wojciech Grzędziński, oraz Katarzyna Sagatowska i Anna Brzezińska-Skarżyńska (czyli 2:3) w konkursie BZWBKPF vs zero, 0! – żadnej kobiety w jury GPP (tylko 6 panów).  GPP od lat ma zasadę, że jurorem głównym jest gwiazda zagraniczna. Pomysł świetny, zawsze wiele wnoszący do naszego piekiełka. Zawsze też są to ludzie, którzy w dyskusji z laureatami, chociaż jednym słowem, zdaniem coś arcyważnego powiedzą, coś innego niż wysłuchali tu w kraju i to oczywiście działa mocno mobilizująco na autora. Tymczasem Grzędziński, który zna na wylot cale środowisko, zna sytuacje, opatrzył się tymi materiałami przez cały rok publikacji – wiedział co można a czego nie, kiedy się udało a kiedy zmarnowano szansę. Jest to sytuacja nie do porównania. Przewodniczący jury nie korzystali ze swojego prawa wskazania bezdyskusyjnego – zdjęcia roku. To też oczywiście – już tradycja – znakomity prognostyk do dyskusji, potrzebnej także środowisku. Niedopuszczenie jednak żadnej kobiety do jury to jest sprawa wręcz żenująca. Nie w XXI wieku. Parytety w fotografii prasowej istnieć nie mogą, bo kobiet jest – na pierwszy rzut oka znacznie, ale to znacznie mniej. Ale na prawdę muszę wyjaśniać, że to jest inny poziom dyskusji, wrażliwość, to są inne pytania, inne oceny, inny punkt widzenia? 

Maciek Nabrdalik, VII Photo
Warszawa. Piąta rano, sobotnia impreza w jednym z modnych warszawskich klubów nad Wisłą dobiega końca. 3 sierpnia 2014:  II Miejsce w zdjęciach pojedynczych w kategorii "Życie codzienne" Grand Press Photo 2015. //
Godzina 5 rano; sobotnia impreza w jednym z modnych klubów nad Wisłą dobiega końca.
Warszawa (Polska), 3 sierpnia 2014 r.: II Miejsce w zdjęciach pojedynczych w kategorii "Życie codzienne" na BZ WBK Press Foto 2015

Sponsor.
Nieładnie, co? Nie powinnam się niczego czepiać. Wszyscy się cieszymy, że są instytucje, firmy itd., które dają cokolwiek i jakkolwiek doceniają fotografię prasową, ginącą, zagrożoną, na wyginięciu. Ja się też cieszę. Autentycznie! Wielu autorów odbierających nagrody dziękowało – naprawdę – w imieniu środowiska – za wkład, za wspieranie, że im się chce, że umożliwiają istnienie konkursów. Przychylam się i podpisuję, także wielkie dzięki! Ale jeden drobiażdżek. Naprawdę malutki. Przemyślcie proszę, organizatorzy konkursu BZWBKPF czy przypadkiem do wyboru zdjęcia od-sponsorskiego – nie warto podrzucić jakiegoś specjalisty do pomocy bankowcom, ok? Do zastanowienia. Nikon, sponsorujący GPP – jakby nie patrzeć i którędy nie szukać, zna się na obrazie, uratował w tym roku honor sponsorskiego wyboru. Nie wiem czy wyboru sponsorskiego BZWBKPF nie przyjęłabym jakoś mniej nerwowo, gdybym nie słuchała i nie czytała uzasadnienia… Przeciętne zdjęcie, ale nie w tym rzecz. Przeciętne, bo nie widzę tam emocji, piłka jest w kadrze, a to już coś, jest jakaś akcja, spoko. Ale emocje? Emocje miał pan prezes podczas meczu rzeczonego, wynikło z tego, że to wystarczający argument. Oczywiście, w recenzjach konkursów przywykło się milczeć na temat wyborów sponsorskich. No przepraszam, jeden akapit nieduży, to jakby milczenie. [Heh, sprawdzając dane o tym zdjęciu, odkryłam fascynującą sprawę, zdjęcie można obejrzeć w wygrywającej czarnobiałej wersji i porównać sobie z kolorowym odpowiednikiem. Ale heca! http://bzwbkpressfoto.pl/15/laureaci,48.html]

Kolor vs B&W.
Zauważyliście? W sumie nietrudno. Pasek zdjęć konkursowych z BZWBKPF jest ekstra kolorowy, tęcza wręcz. GPP jest przeważająco czarnobiałe. Pewnie to przypadek. Nie szukałabym tu jakiś trendów, prognoz, wskazań ani szkół. Tak się złożyło.

Wiek.
Juniorzy vs seniorzy. Na BZWBKPF Maciek Nabrdalik „był niemal dinozaurem”. Na GPP już nie. To chyba pierwsza, z resztą nie moja, a zasłyszana obserwacja. Niewątpliwie BZWBKPF wygrało więcej młodych osób, całe mnóstwo 20latków. Co za tym idzie – jest powiew młodości, jest inne spojrzenie, inne edytowanie materiałów. Oczywiście znakomity prognostyk, że gatunek się rozwija, ma coś nowego do zaoferowania, młodzi chcą wypowiadać się w ten sposób, za pomocą fotografii prasowej opowiadać o świecie. Robią to też inaczej, w nieoczywisty i nieokreślony sposób – inaczej.

Płeć.

To dość stara dyskusja, czy widać płeć autora w twórczości. W niektórych dziedzinach jest o to pewnie znacznie łatwiej, istnieje zresztą pojęcie ‘sztuki kobieciej’. Trudniej to zrobić w fotografii, a obawiam się, że niemożliwe w fotoreportażu. Może nie tyle niemożliwe, co nieoczywiste i nieokreślone. Jest coś takiego, pewien sposób opowiadania, pewne kwestie spostrzegane przez kobiety bardziej niż przez mężczyzn. Dyskusja na świecie trwa, w Polsce ilość fotografek zdaje się niespecjalnie na to pozwala. Po co ten wstęp przydługi o kobiecej fotografii? W BZWBKPF wygrało 5 kobiet, w GPP – żadna. Przypadek? Być może. Na pewno! Jurorzy nie wiedzą czyje zdjęcia oglądają. A jednak dziwnie się zrobiło. 



Aleksander Majdański, Fakt
Warszawa. Oprawa meczu i race kibiców Legii Warszawa podczas meczu z Lechem Poznań. 1 czerwca 2014: III Miejsce w zdjęciach pojedynczych w kategorii "Sport" Grand Press Photo 2015. //
Mecz Legia Warszawa vs Lech Poznań – oprawa kibiców Legii Warszawa, którzy na początku meczu odpalili zakazane race. Warszawa (Polska), 1 czerwca 2014 r.: II Miejsce w zdjęciach pojedynczych w kategorii "Sport" BZ WBK Press Foto 2015.

Części wspólne.
Szczególnie były widzialne w finalistach obydwu konkursów. Te wystawy będą niemal identyczne! W nagrodzonych materiałach już różnice, te wspólne nagrody ilustrują ten tekst. Spójrzmy wnikliwie w dwa materiały: dwa reportaże nagrodzone w obydwu konkursach. Gratulacje, rozbity bank. Ale to one są jednak inne. [są na dole postu do porównania]
Arkadiusz Gola przyznał, że wysłał ten sam zestaw zdjęć, ale inaczej ułożony. Pierwszą edycję wykonał na BZWBKPF, potem naniósł poprawki i wysłał na GPP odmienną. Wiktor Kubiak nie miał dla siebie identycznej kategorii w tych konkursach, a wykonał zdjęcia na temat sportowców, stąd przemodelowanie serii. Jury BZWBKPF postanowiło jeszcze skrócić materiał o jedno, niepasujące ich zdaniem, zdjęcie.

Brakuje.
Nie tylko teraz, ale generalnie i od lat. Najsłabiej ze sportem! Jakoś w świecie są nawet podwójne kategorie sportowe: action i feature. A u nas wrzucenie do jednej kategorii i tak nie daje nic. Pewnie dlatego GPP w tym roku zrezygnował z kategorii w reportażach. (a właściwie dlaczego? Zawsze jurorzy mogą nie przyznać nagrody. ) Jeden wielki brak, jedna wielka żałość. O czym to świadczy? Trochę strach pytać. Są przecież znakomite zdjęcia sportowe, jest nawet specjalny konkurs temu dedykowany. Fotografowie sportowi, przespaliście te konkursy? Czy jury jest z innej bajki? Może tę fotografię trzeba jakoś inaczej oceniać? Nie ma zdjęć z siatkówki?! Wcale! Tak jak kilka lat temu nie było dobrych zdjęć z EURO, tylko jako takie serie z kibicami. Wielkie międzynarodowe imprezy sportowe organizowane w Polsce wcale nie przynoszą nam dobrych zdjęć… No to może inne, mniejsze? Skoro cała Polska biega, wszyscy jeżdżą na rowerach miejskich, tłumnie łażą na siłownie… naprawdę nie można? Nie liczę baletu, balet już mamy.
Ze „środowiskiem” - kategorią jest też coraz gorzej. Jak nie ma jakiejś katastrofy, zdarzenia, nie ma powodzi czy huraganu, to nagle nie ma zdjęć. Wychodzi na to, nieśmiało sugeruję, że fotografowanie zdarzenia na gotowe – fotoreporterzy mają we krwi. Jest zgłoszenie, jest depesza, jest akcja, ruszam, mam. Ale jak trzeba by opowiedzieć o czymś dookoła, nie wprost, dłużej a ciekawie to już schody. Wiadomo, że schody! A gdzie to potem opublikować?! A kogo to interesuje poza kilkoma organizacjami pozarządowymi. A jednak warto spróbować, bo kuleje bardzo. Ergo – szansa na zauważenie inteligentnego materiału rośnie.
Fotokastów. Wygląda na to, że wszystkim organizatorom się znudziły. Szkoda.

Przesyt.
Muszę, po prostu muszę. Jakbym się nie powstrzymywała, gryzła w język i bila po palcach, to muszę. Drogie Grand Press Photo, po co wam kategoria książkowa? Seriously. Po co? Pictures of The Year International ma kategorii ze trzydzieści, wtedy książka ma sens. Szef WPP wielokrotnie pytany o kategorię książkową  odpowiedział, że nie ma to większego sensu, bo istnieją inne konkursy nakierowane na to medium o zasięgu międzynarodowym. Fotografia prasowa to też nie miejsce by doceniać książki, a edycje materiałów w gazetach. Może o tym warto by pomyśleć, bo takiej kategorii nigdzie w Polsce nie ma. Kiedy reaktywowaliśmy wraz z Bookoffem i Fotofestiwalem konkurs Fotograficzna Publikacja Roku –3 lata temu, oczywiście zauważyliśmy mnóstwo innych książkowych konkursów w Polsce. Historyczna, przyrodnicza, reporterska, dziecięca, ale nie fotograficzna. GPP lansuje teraz niszę książki fotograficznej dokumentalnej. Gratuluję 11 zgłoszeń, proszę z tego też wyciągnijcie wnioski. Jury bardzo fachowe, to fakt. Dlaczego książki tylko z rynku polskiego? Przecież polscy autorzy znajdują wydawców za granicą, rzadko bo rzadko, ale za to jakie to są potem książki?! Z tego miejsca gratuluję wygranej Wojtkowi Wilczykowi za świetną „Świętą wojnę”. W przyszłym tygodniu zbiera się jury konkursu Fotograficzna Publikacja Roku 2015 i zobaczymy jak pójdą sprawy J. A GPP zapraszamy do rozmowy o „konkursie-podkategorii Photo Book” (tak to jest ujęte w regulaminie), może się uda jakaś synergia?






Arkadiusz Gola, „Dziennik Zachodni”
I Nagroda za fotoreportaż w kategorii "Środowisko" Grand Press Photo 2015
Hałdy węgla kamiennego na Górnym Śląsku w Polsce tworzą niepowtarzalne krajobrazy. W tym regionie działają największe spółki węglowe w Unii Europejskiej. Mimo że wydobycie węgla systematycznie spada, a hałdy kamienia węgielnego są eksploatowane pod budowę autostrad, górnictwo w dużej mierze wciąż kształtuje krajobraz tego regionu. Na zdjęciach kolejno: 1) Ruda Śląska Nowy Bytom, hałda przy ul. Niedurnego. 2) Świętochłowice, hałda Ajska. 3, 4) Radlin, hałda kopalni Marcel. 5) Czerwionka Leszczyny, osadniki zakładów przeróbki węgla. 6, 7) Radlin, hałda kopalni Marcel. 8) Ruda Śląska, hałda kopalni Halemba. Styczeń–październik 2014

































 











Wiktor Kubiak, Agencja Fotograficzna Edytor I Nagroda za fotoreportaż w kategorii "Ludzie"Grand Press Photo 2015.Katowice. To opowieść o hali, w której przez niemal pół wieku trenowali wychowankowie klubu bokserskiego 06 Kleofas Katowice. W latach świetności hala należała do holdingu węglowego, lecz w ostatnim czasie kryzys ekonomiczny zmusił właścicieli do sprzedaży działki, najprawdopodobniej pod budowę kolejnego marketu. Klub, który wychował niejednego mistrza w wielu kategoriach, nie doczekał się pomocy miasta. Oprócz hali sportowej były tam też mieszkania dla dwóch trenerów. Obiekt niszczeje, kontrola inspekcji budowlanej stwierdziła, że budynek nie nadaje się już do użytku. Na zdjęciach kolejno: 1) Bartłomiej Grafka, bokser. 2) Wnętrze hali. 3) Ważenie zawodnika. 4) Mychajło Strogyj, trener. 5) Wnętrze hali. 6) Rozgrzewka zawodnika. 7) Adam Kuliński, trener. 8) Sędzia podczas pożegnalnej gali bokserskiej na hali Kleofas. Kwiecień–listopad 2014


   





































































































WIKTOR KUBIAK, AGENCJA FOTOGRAFICZNA EDYTOR

III Miejsce za fotoreportaż w kategorii "Sport" w BZ WBK Press Foto 2015.
Kleofas to hala, w której przez niemal pół wieku trenowali wychowankowie klubu bokserskiego „06 KLEOFAS” . W latach świetności hala należała do kopalni węglowej, lecz w ostatnim czasie kryzys ekonomiczny zmusił właścicieli do jej sprzedaży. Powoli kończy się historia popularnego „Kleofasu”.
Katowice (Polska), maj - październik 2014 r.