piątek, 27 maja 2011

różne wizje streeta.

O tym czym jest streetphotography, jak bardzo jej daleko czy blisko do fotografii ulicznej, jak ją nazywać i czy można mówić "strit" - to tematy, które w Miejscu fotografii już się pojawiały [książka, definicje]. Znacznie szerzej tematyką zajmuje się Snaps.pl.Wracamy zatem do tematu, nie po raz ostatni. Jest okazja. Po raz kolejny odbył się w Polsce konkurs pod hasłem fotografii ulicznej [galeria prac]. Jest zdecydowanie lepiej niż ostatnio, ale też brakuje serii, projektów czy wręcz wyzwań i pomysłów niesztampowych, wykraczających poza i tak szeroką definicję. Mamy tam zatem mnóstwo zdjęć z ulicy. Po prostu ulicy - latarnie, teatry, przechodnie.
Stąd propozycja alternatywnego choć trochę pokazu, "innego strita" w Miejscu fotografii. W podobnym czasie zgłosili się do nas autorzy zdjęć "ulicznych": Dariusz Majgier i Michał Napartowicz. Prezentujemy je poniżej - raczej w ramach "inbox" - czyli z komentarzem autorskim, bez naszej już analizy.
Prezentację "trochę innych stritów" otwiera zaś seria zdjęć Magdy Galas, pokazywanych podczas Fotofestiwalu w Łodzi (materiał prasowy festiwalu). Korzystając z funkcji "google street view" przetwarza i dodaje obraz od siebie. Warto podkreślić, projekt "Google Street View" Michaela Wolfa otwiera publikację "Streetphotography Now!", jest też pierwszym artystycznym projektem na tej aplikacji. Oczywiście podobnych przetworzeń jest teraz wiele..., np. jeden, drugi, i tak dalej, ale warto też zauważyć szaloną popularność śledzenia w całkiem innych okolicznościach, kompletnie abstrahujących od fotograficznego czy artystycznego przekazu [sam google podpowiada "goosle street view funny" albo edytorski zestaw: "10 niesamowitych momentów zarejestrowanych przez GSV".





Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu, Magda Galas, Google street view, 60x146


Dariusz Majgier, Portrety Uliczne Nieznajomych
Dariusz Majgier, Portrety Uliczne Nieznajomych. Pytam o pozwolenie i w ciągu kilku sekund wykonuję portrety osób spotykanych na ulicy. Migawki z życia ludzi, pochodzących z różnych miast, z całego świata, zbiór fotografii o charakterze dokumentalnym - wyjaśnia autor.








Michał Napartowicz strona

blogspot w gliwicach



Z największą przyjemnością informuję o otwarciu nowej wystawy w Fabryce Drutu w Gliwicach. Wystawa Blogspot wpisuje się w tradycyjną już akcję Halo!gen - spotkania młodej zazwyczaj nieco off-streamowej sztuki wszelkich dziedzin, o fotografii właśnie, muzyki, kina itp.
Blogspot to autorski wybór fotografii (ponad 350! a więc jest to potężna dawka dobrej i bardzo ciekawie pokazanej fotografii) prezentowanej na osobistych blogach przez grupę młodych ale często już uznanych fotografów. Wśród nich znajdziemy Rafała Milacha, Barta Pogodę, Michała Łuczaka, a całość zestawiła Maga Sokalska, co dla mnie osobiście jest kolejnym powodem do radości.
Maga wybrała twórców, których często ad hoc wykonywane i niemal natychmiastowo publikowane w blogach zdjęcia pokazują prawdziwy a nie kreowany obraz ich życia, życia rejestrowanego przez aparat "tu i teraz". Kluczem do wystawy jest autentyczność przekazu. Całość składa się, w moim odbiorze, w arcyciekawy, szczery obraz młodej generacji właśnie wchodzącej w "prawdziwe" życie.

fot. Anna Bajorek


Oto co o wystawie mówi kuratorka Maga Sokalska:

Potrzeba notatnika, pamiętnika, dziennika, miejsca komunikacji - oto najczęstsze odpowiedzi na pytanie o przyczynę prowadzenia bloga fotograficznego. Na pierwszy rzut oka odpowiedź sensowna, dobre porównanie. Rzeczywiście jak w notatniku, a nie w składnym tekście - artykule, książce czy wypracowaniu, wybaczone są: nieregularność, przypadkowość, żart, niechlujstwo, brak, naiwność, "zbyt piękne", brzydkie.. Wszystko to “broni się”, bo koncepcja luźnej prywatnej wypowiedzi jest tak naprawdę sprawą wyłączną autora. Do tej pory jednak  takie właśnie rzeczy jak notes, pamiętnik, dziennik klasyfikowaliśmy jako prywatne, intymne.  Służyły nam jako zapiski do prac dalszych, a jeśli do publikacji to po gruntownej weryfikacji - zarówno przez nas samych czy wydawcę, jak i w dużej mierze przez czas. Więc dlaczego teraz autorzy dzielą się tym publicznie - w internecie, w tempie niemal natychmiastowym? Dlaczego sam “zapis” następuje właściwie na oczach odbiorcy?

fot. Michał Łuczak

Na wystawie Blogspot prezentuję fragmenty dziesięciu fotoblogów, których autorzy na codzień zajmują się fotografią. A ważny jest ich bardziej profesjonalny związek z fotografią ponieważ w pewien sposób zaznacza ich wizualną świadomość.  W swojej pracy czy też w autorskich seriach pokazywanych w galeryjnym świecie sztuki  przykładają dużą uwagę do jakości obrazu, spójności prezentacji oraz do jej zrozumiałości. Natomiast w przypadku bloga fotograficznego wielu z tych autorów pozwala sobie na masę niedopowiedzeń, bardzo często na eksperyment - zarówno wizualny jak i treściowy. Nie raz zdarza się, że tylko tutył  “wpisu”  lub zwięzły opis naprowadzają nas na miejsce i sytuacje, w których fotografie zostały zrobione. Bez nich oglądający często trafia na zagadkę, której rozwiązaniem są właściwie tylko jego wrażenia i emocje jako widza.

fot. Rafał Milach

Niezaprzeczalnie blog jest miejscem, tablicą, punktem gdzie ich autor opowiada o sobie samym - często w bardzo subiektywny sposób,  dopuszcza nas do swojego świata i dzieli się doświadczeniem, ale dozuje nam te historie... kadrem, ilością zdjęć,  i wreszcie czasem oczekiwania na kolejny post.
Ta wystawa nie daje gotowych odpowiedzi. Ma być bardziej pytaniem o zjawisko, które wraz z intensywnym rozwojem świata wirtualnego rozwinęło się w ciągu ostatnich kilkunastu lat, o nową formę, która wykorzystywana jest przez jej użytkowników w co raz bardziej świadomy sposób.

Polecam gorąco.

Autorzy: Anna Bajorek, Karol Grygoruk, Marcin Grabowiecki, Monika Kotecka / Kama Rokicka, Rafał Milach, Marcin Morawicki, Michał Łuczak, Bart Pogoda, Silvia Sencekova, Karolina Zajączkowska

Wernisaż dzisiaj (27.05.11) o 18:00 do 19 czerwca o 18:30
Stara Fabryka Drutu
Dubois 22
Gliwice


poniedziałek, 16 maja 2011

ważne, ważniejsze, najważniejsze

Yevgeni Khaldei, Zatknięcie flagi na Reichstagu, Berlin, 1945 © Yevgeni Khaldei  / materiał prasowy Atlas Gallery

Ważne zdjęcia - to ciekawa kategoria. Każdy ma swoje własne, nawet często nie zdając sobie sprawy. Wśród ważnych zdjęć mamy z pewnością wizerunki bliskich ale i szczególne momenty historii ogólnej. Te ważne zdjęcia możemy posiadać na wyłączność lub współdzielić w zbiorowej pamięci. Każda wystawa "ważnych zdjęć" jest zwykle szalenie interesująca i budzi mnóstwo zastrzeżeń. Zestawy "najważniejsze zdjęcia" dnia, tygodnia, dekady, stulecia czy z podziałem na kategorie, narodowości, geografię nigdy nie zaspokajają. Każdy oglądający ma inne wyobrażenie o najciekawszych fotografiach.

Temat ikoniczności zdjęć, ledwie zaczęliśmy w Miejscu fotografii - od lektury "No Caption Needed" Roberta Hariman i John Louis Lucaites. W londyńskiej Atlas Gallery można do 28 maja podziwiać selekcję najciekawszych zdjęć "naszych czasów". Wśród autorów - same sławy: Eddie Adams, Robert Capa, Alfred Eisenstaedt, Josef Koudelka, Don McCullin, James Nachtwey, Mark Power, Eliott Erwitt, Eugene Smith, Leonard Freed,  a także - czy przede wszystkim same znakomite zdjęcia, autorów - przysłowiowej "jednej piosenki" jak Alberto Korda czy Abraham Zapruder.
"Momenty naszych czasów" w podtytule  "Fotografie, które definiują nowoczesną historię" to wystawa "hitów", obrazów, które wszyscy dobrze znamy. Jest portret che Guevary, zatknięcie flagi na Reichstagu, D-Day, "Przypadkowy Napalm" itd. Znajduje się tu pewien zbiór prawdopodobnie-ikon - zdjęć, któe wystarczy opisać opatrzonemu odbiorcy kultury, by ten wobraził sobie i przypomniał kompozycję. Znacznie trudniej wówczas przypomnieć sobie konkretne wydarzenie i jego datę, nie mówiąc o genezie czy skutkach czy nazwisku autora.
Ikoniczne zdjęcia charakteryzuje jeszcze jeden drobiazg - historie, które nawarstwiają się wokół samej fotografii, motywu czy sposobu utrwalenia obrazu. Mówiąc o "D-day" ze zdjęć Capy często wyjaśniamy, że to był jedyny fotograf w tym miejscu, że ocalało tylko 11 kadrów. Wspominając ujęcie Ewgenija Khaldei'a wszyscy "pamiętamy" o zegarkach wyretuszowanych z ręki żołnierza, czasem także fakt, że zdjęcie upozowano wedle wydarzenia z dnia poprzedniego. Każde ikoniczne zdjęcia ma taką właśnie swoją drugą historię. Każde ważne zdjęcie. Czyż przeglądając album rodzinny nie wyjaśniamy podobnie - kto, co i dlaczego?
Joe Rosenthal, Marines z 28 Pułku z 5 Dywizji zatykają amerykańską flagę na szczycie góry Suribachi, Iwo Jima, 1945 ©AP / materiał prasowy Atlas Gallery

Eddie Adams, Street Execution of a Viet Cong Prisoner, Saigon, 1968 © AP / materiał prasowy Atlas Gallery

Odcisk buta Aldrin'a, Apollo 11, 1969 ©Michael Light / materiał prasowy Atlas Gallery

Ikoniczność zdjęcia zależy również od tego jak jest dobre oraz jak często zaatakuje nasze oczy. Można śmiało powiedzieć, że oficjalne portrety Bolesława Bieruta czy analogicznie portret Aleksandra Łukaszenki to zdjęcia-ikony. Mało kto pamięta czy wie, któ je wykonał, wszyscy zaś wiążemy z nimi jakieś wspomnienia, oczywiście - ikoniczne fotografie nie muszą być miłe oku i pamięci. Zdjęcia szeroko omawiane i dyskutowane mają też większą szansę się zapamiętać. Tak było chociażby z fotografią Thomasa Hoepkera.


 Thomas Hoepker, 11 września 2001, New York © Thomas Hoepker/ Magnum Photos / materiał prasowy Atlas Gallery
Przeglądom "dorobku" roku sprzyja głównie jego schyłek, w końcu grudnia zatem wszystkie agencje fotograficzne i gazety przygotowują własne zestawienia. Celuje w tym w Polsce Agencja Gazeta - wydając rok w rok albumy, kalendarze czy wreszcie organizując wystawy objazdowe. Jest też jeden zbieg okoliczności, związany z przeglądem ważnych fotografii - do końca tygodnia na Skwerze Hoovera w Warszawie kolejni fotografowie Gazety Wyborczej prezentują swoje najlepsze zdjęcia (wyboru dokonali Dominique Roynette i Piotr Wójcik - kuratorzy wystawy z Zachęty "Ludzie, przemiany, wydarzenia. 20 lat fotografii Gazety Wyborczej oraz zeszłorocznej wystawy "Czas, ludzie, wydarzenia"). Odbyło się już spotkanie z Krzysztofem Millerem i Adamem Golcem. Jutro gościć będzie Kuba Atys [poniżej zdjęcie - zwycięzca w kategorii Sport w konkursie Grand Press Photo 2011], dalej Sławomir Kamiński i Wojciech Olkuśnik (środa, 18 maja), Renata Dąbrowska i Damian Kramski (czwartek, 19 maja) oraz Bartłomiej Barczyk (piątek, 20 maja). A za "chwilę" (wszystkie spotkania o 21) Michał Mutor, do zobaczenia.



Kuba Atys, Oslo. Pokonana Justyna Kowalczyk i zwycięska Norweżka Marit Bjoergen na mecie biegu na 10 km podczas mistrzostw świata w biegach narciarskich. 28 lutego 2011 © Agencja Gazeta

Krzysztof Miller, Czeczenia © Agencja Gazeta



środa, 11 maja 2011

Twoja religia? jestem fotografem!


Chauvel Patrick, Reporter wojenny, tłum. Melech Wiktoria, Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2005
Autor: Patrick Chauvel. Reporter wojenny. Obywatel Francji urodzony w 1949 roku. Pochodził z rodziny dziennikarzy i dyplomatów. Człowiek, który fotografował konflikty w ciągu ponad 35 lat. Trudno właściwie streszczać w kilku zdaniach kim jest, skoro przekazuje czytelnikowi swoje wspomnienia spisane na kilkuset stronach.

Biografia Chauvela napisana jest w brawurowym tempie, barwnym językiem ze znakomitymi szczegółami. Jest w niej ból i zniecierpliwienie, ciekawość i kurz, huk wystrzałów i łoskot deszczu w dżungli. Są też emocje, pragnienia, wątpliwości. Można się zagubić co prawda w czasie historycznym, ilości żon, dzieci i szefów samego autora, lecz pełno jest scen tak namacalnych, filmowych, w których autor odsłania kulisy powstawania zdjęć oraz trud informowania o wydarzeniach.

Przedmowa: Pierre Schoendoerffer, czyli francuski reżyser, autor „Pożegnania króla”, przyjaciel rodziny Chauvel’ów. W dużej mierze to dzięki niemu Patrick zainteresował się dziennikarstwem, a szczególnie tą częścią reportażu.

Wydanie – szata graficzna i opisy zdjęć – sprawia wrażenie dobrej prozy sensacyjnej z pogranicza faktów. Podkreśla to jeszcze slogan umieszczony na ostatniej stronie okładki: Patrick Chauvel, fotoreporter, świadek ciemnej strony historii…

Zdjęcia/na okładce: 33 sztuki plus jedno z okładki. Większość kolorowych. Kilka archiwalnych, na których jest sam autor. Takie zdjęcie jest też na okładce, niestety opisane jedynie „archiwum autora”. Z tekstu jednak domyślać się można, że na fotografii widnieje waśnie Chauvel, ranny w Kambodży w 1974 roku, prawdopodobnie zdjęcie wykonał Al Rockoff. [niestety w książce funkcjonujący jako „Rokoff” i tak bez wyraźnego autorstwa; postać Rockoff’a odzwierciedlona została w filmie „Pola śmierci”, zagrana przez Johna Malkovicha]. Zdjęcia wydają się pełnić rolę czysto ilustracyjną, nie mają opisów, nie wiadomo kto je de facto zrobił, kiedy, gdzie?

Grupa docelowa: każdy miłośnik reportażu zarówno fotograficznego jak i literackiego oraz, a może przede wszystkim każdy marzący o karierze fotografa wojennego. Każdy, kto używa aparatu fotograficznego by przekazać wieści o świecie, może coś zmienić za pomocą zdjęć, każdy rewolucjonista i wreszcie każdy kto lubi sensację historyczną jako gatunek literacki.
Marzący o karierze fotografa wojennego, o ile ktoś taki jest, powinien tę lekturę przerobić bardzo skrupulatnie. Chauvel bowiem nie jest postacią wybitną, nie zaliczamy go do wielkiej historii fotografii. Sam nie uważa się za bohatera ani rewolucjonistę. Stąd wynikają pewna trudność: na próżno szukać potwierdzenia faktów opisanych przez autora. Jesteśmy ciągle na zapleczu konfliktów, nawet jeśli jesteśmy na froncie, w pierwszej linii ostrzałów, w ważnych historycznych chwilach – i tak nie znamy tych zdjęć. Te wydarzenia zapisały się w pamięci innymi kadrami, akurat nie Chauvela. Relacjonować to wszystko? Dla kogo? W jakim celu? Udaje mi się niekiedy zrobić dobre zdjęcia jak innym, trzeba się tylko dobrze skoncentrować. Jednak zdjęcie zbyt dobre nie jest zwykłym odbiciem rzeczywistości, fotograf wkłada w nie zbyt wiele własnej inwencji /s.95/.

W książce znajdziemy w równej mierze zachętę co przestrogę, pochwałę i przekleństwo zawodu fotoreportera. Oglądając zdjęcia bodaj najwybitniejszego a z pewnością najbardziej rozpoznawalnego fotografa wojennego na świecie Jamesa Nachtwaya (czy chociaż film o nim) oczywiście przy całym obrzydzeniu i trwodze, ma się jednak ochotę zmienić tryb życia, iść i dokumentować, robić zdjęcia i tym samym zmieniać świat, a przynajmniej zwracać oczy ludzi na problemy i konflikty. Chauvel daleki jest od takiej postawy. Swoją pracę traktuje jak uzależnienie ale i jako zawód. To robi, bo to umie. Zna się na tym i to lubi. Robi zdjęcia i… nie zarabia, nie wydaje albumów, nie ma wystaw, rzadko publikuje, jego życie rodzinne jest w nieustannej ruinie a sam żyje z chwili na chwilę, w ryzyku, w strachu, w drodze. Co więcej Chauvel odsłania swoje myśli i wątpliwości, problemy z życiem codziennym w warunkach wielkomiejskiego spokoju. Okazuje się, że nie ma tu miejsca na bohaterstwo, że wojny, które widział odcisnęły się głęboko w nim samym.

- Your religion?

- I am photographer. /s.36/

Chauvel z lekkością i bez złudzeń podejmuje tematy ważne dla fotoreportażu: etyka, bezstronność, dostęp do informacji, przygotowanie psychiczne. Dziennikarstwo to wariacki zawód, a czasem wręcz robi z człowieka wariata. (…) Przez tydzień po powrocie dziwnie się czuję. Śpię na podłodze, bo nie mogę zasnąć w łóżku /s. 202/. W wielu miejscach zadziwia, w innych przeraża, czasem opowiada żarty. Chauvel odsłania czasem ponurą praktykę, by nie rzec rutynę swojego zawodu. Autor miał wiele szczęścia, może nie w swojej karierze fotograficznej, ale na pewno w całym swoim życiu – omijały go różne pociski, miny i zasadzki, niebezpieczeństwa i nieporozumienia, wszystkie te fascynujące historie znajdziecie właśnie w jego autobiografii.
- Co pan wiezie?

- Wojny, morderstwa… Może nawet kilka przykładów korupcji w policji.

- Proszę wysiąść z wozu. /s.143/

sobota, 7 maja 2011

wernisaż "Fado das Sextas"

Joanna otworzyła ostatnio malutkie pudełko z nazwą "chwalimy się", poczułem się wobec tego zachęcony do podzielenia się na łamach Miejsca Fotografii moją radością z powodu dzisiejszego wernisażu mojej wystawy "Fado das Sextas".





"Fado das Sextas" jest pierwszym publicznie pokazanym efektem mojego wielomiesięcznego pobytu w portugalskich górach prowincji Beira. Odkryłem tam dla siebie istniejący od lat nieznany i zamknięty świat fado vadio, świat nocnych spotkań miłośników prawdziwego (jak mówią) fado, spotkań w zadymionych tascach, czasami niezbyt legalnych (pozbawionych koncesji) małych dziuplach, gdzie króluje śpiew na żywo i guitarra portuguesa, miejsca w których nazwiska Marizy czy Dulce Pontes wywołują nieco pobłażliwy uśmiech.



Otwarcie wystawy, połączone z koncertem fado na żywo oraz prezentacją multimedialną  z oryginalnymi nagraniami z fotografowanego miejsca, dzisiaj w Galerii "A Cadeira de Van Gogh" w Porto, Rua do Morgado de Mateus, 41 - niedaleko FBAUP - Metro Campo 24 de Agosto. Początek o 21.30, wszystkich goszczących dzisiaj w Porto zapraszam serdecznie.





Nieco skromniejsza wersja wystawy zostanie niebawem pokazana w Gliwicach podczas Nocy Galerii.

piątek, 29 kwietnia 2011

wernisaż "Między szarościami"

Z wernisażu wystawy Dominika Miklaszewskiego "Między szarościami" dzięki uprzejmości Malwiny de Brade mamy piękny pokaz slajdów. dziękujemy.
na wystawę zapraszamy - jest czynna do 15 maja. a już niebawem w "Miejscu fotografii" Dominik wystąpi w całkiem nowej roli.


czwartek, 28 kwietnia 2011

Między szarościami. Zapraszam.

Dominik Miklaszewski, z serii Między szarościami

W "Miejscu fotografii" polecaliśmy do tej pory wystawy interesujące w różnych galeriach na świecie - od Duseldorfu po Londyn. Chwaliliśmy się także własnymi dokonaniami. Jako kuratorka wystawy, zapraszam serdecznie na wernisaż i do oglądania prac Dominika Miklaszewskiego "Między szarościami" w Służewskim Domu Kultury, ul. Puławska 255 w Warszawie. Wernisaż 28 kwietnia 2011 o godzinie 18.30; wystawa trwa do 15 maja; ekspozycja czynna w tygodniu 9-18; w soboty 11.30-14. i po umówieniu telefonicznym: 22/ 843-91-01. Wystawa prezentowana w ramach VII Warszawskiego Festiwalu Fotografii Artystycznej.

fragment tekstu kuratorskiego: „Między szarościami”. Ten tytuł jest pewnego rodzaju kompromisem. Owszem – mamy przed sobą wystawę fotografii czarnobiałych, wykonanych przez autora w ciemni, techniką tradycyjną. To kunszt spotykany coraz rzadziej, odchodzący – niestety w zapomnienie, kultywowany przez coraz mniejsze grono hobbystów. Nie on jest jednak na wystawie pierwszoplanową postacią. Prezentowane prace to przede wszystkim pejzaże, widoki pól, lasów, jezior, natury spotykanej na co dzień i w miejscach niedostępnych. Zobaczymy jednak także i inne zdjęcia. Zdjęcia, których bohaterem są ludzie. Dominik Miklaszewski podąża za nimi w codziennej bieganinie i chwilowej zadumie, pokazuje proste czynności i niecodzienne sytuacje. Ślady człowieka znajdujemy więc i w odludnych krajobrazach, i w małych wsiach, i w miastach.

Pejzaż – ten temat wydaje się być prosty. Ot, widok, nic skomplikowanego. Można jedynie czekać na efektowną porę roku, ładne oświetlenie. W fotografii pejzażowej pokazano już wszystko i wydaje się, że nie sposób wzbogacić tę kategorię sztuki. I nie taki był zamiar autora. Zafascynowany pracami Walkera Evansa czy Ansela Adamsa dąży do perfekcji kompozycyjnej wewnątrz kadru. W swoich zdjęciach pokazuje jednocześnie to, co często umyka naszej uwadze.
Wystawę podzieliliśmy tematycznie, ale zdjęcia nie stanowią serii. Można je jednak oglądać jako pojedyncze obrazy lub jako ciąg spostrzeżeń, refleksji. Narracja pojawiająca się pomiędzy pewnymi kadrami będzie czasem może nazbyt czytelna, innym razem z sąsiedztwa prac może nic jasnego nie wynikać.

sobota, 23 kwietnia 2011

pięknej wiosny, smacznego jajeczka!

jak co święta zbieramy fotograficzne kartki. dziękujemy za życzenia i ślemy też swoje: wszystkiego pieknego tej wiosny, spokojnych świąt!





Zmartwychwstania
Wam i sobie
życzy Anka Mieczyńska


od Profesora Zbigniewa Tomaszczuka /wiki/

niedziela, 10 kwietnia 2011

Ikona ikonie nierówna / No Caption Needed


Hariman Robert, Lucaites John Louis, No Caption Needed. Iconic Photographs, Public Culture and Liberal Democracy, wyd. The University of Chicago Press, Chicago and London, 2007


Co to jest ikona wszystkim wiadomo. Pomiędzy sensem teologicznym a historyczno-sztucznym pojęcia ikony jest przepaść, natomiast powszechne użycie określenia daje nam jeszcze więcej do myślenia. Pisanie ikony, przemycanie czy modlenie się przed ikoną, ale i przecież ikona sztuki, stylu, mody, popkultury, seksu, smaku, wszystkiego i niczego, aż wreszcie ikonka komputerowa na ekranie. Pojęcie zdecydowanie wieloznaczne i w tej wieloznaczności jeszcze nadużywane. Co zatem znaczy „ikona fotografii”? „No Caption Needed” czyli „Podpis niepotrzebny” to książka, w której autorzy pojęcie ikoniczności rozkładają na elementy pierwsze. Zawężają w bardzo sugestywnym kierunku politycznym i socjologicznym to wytarte pojęcie.

Autorzy: Robert Hariman i John Loius Lucaites są profesorami na amerykańskich uczelniach (wydziały „Komunikacji“ oraz „Komunikacjii Kultury“ w Northwestern University i Indiana University). Linki prowadzą do ich stron na wikipedii, ale polecam także zajrzeć na domową stronę prof. Lucaitesa.

Podtytuł: „Iconic Photographs, Public Culture and Liberal Democracy“: wyjaśnia w pewnym sensie, do czego nie potrzebujemy podpisu: do zdjęć ikonicznych. Autorzy śledzą dla nas losy tych ważnych fotografii, ich przetwarzania przez kulturę, rozumienia przez widzów oraz wykorzystania w społeczeństwie. W tytule nie ma odniesienia geograficznego, które jest tutaj niezbędne – autorzy bowiem skupiają się na Stanach Zjednoczonych. Nie wszystkie omówione zdjęcia dotyczą bezpośrednio historii USA, nie wszystkie zostały wykonane przez Amerykanów bądź dzieją się w Stanach, ale wszystkie oglądane są przez amerykńskie społeczeństwo, przetwarzane przez tamtejszą kulturę i mają odniesienie do demokracji liberalnej. Wstęp oraz pierwszy rozdział bardzo dokładnie opisują podtytuł, dostarczają definicji i bardzo przekonujących przykładów na współoddziaływanie.

O czym jest ta książka? O kilku zdjęciach: Migrant Mother - Migrująca matka (Dorothea Lange), The Times Square Kiss - Pocałunek na Times Square (Alfred Eisenstaedt), Flag Raising at Iwo Jima - Zatknięcie flagi na Iwo Jimie (Joe Rosenthal), Ground Zero (Thomas Franklin), Kent State (John Filo), Tiananmen Square (Stuart Franklin), Accidental Napalm (Nick Ut) oraz eksplozje Hindenburga oraz Challengera. Każde z nich zostaje przez autorów „sprawdzone“ pod względem ikoniczności: czy spełnia pewne aspekty uniwersalności i silnego przekazu, czy jest składnikiem sztuki publiczne, itp. Dowiadujemy się o tym jak dane wydarzenia przebiegały, kiedy i dlaczego te właśnie zdjęcia zapadły w zbiorową pamięć Amerykanów, a także jak – z dużą dozą prawdopodobieństwa, John Kowalski rozumie te obrazy.

Zdjęcie na okładce: wariacja na temat Migrant Mother Dorothei Lange. Wenątrz znajdują się 53 czarnobiałe reprodukcje: zdjęć, reklam, ilustracji, wydań gazet, itd. W tym 9 głównych, ikonicznych zdjęć, łatwo zatem policzyć, że do każdej ikony jest kilka ~5 przykładów wykorzystania jej w kulturze wizualnej.
Indeks: jeden dla osób, pojęć i miejsc.

Spis ilustracji: bardzo pobieżny, tylko kto i kiedy z ewentualnym tytułem.

Przypisy: to niemal oddzielne rozdziały. Z nawiązką rekompensują brak poważnego spisu ilustracji. W przypisach bowiem znajdujemy informacje o kolekjnych wydaniach ważnych publikacji, linki w internecie, gdzie oglądamy więcej zdjęć z serii, itd…

Grupa docelowa: „No Caption Needed“ jest przyjemną lekturą na styku historii powszechnej, socjologii, politologii, historii sztuki (i fotografii) oraz pełną ciekawostek publikacją. Jest pozycją naukową napisaną pierwszorzędnie, ciekawie, z suspensem i wręcz – humorem! Autorzy zdają sobie sprawę z roli jaką odgrywa na świecie amerykańska kultura wizualna, dlatego opisują wszystkie „niuanse“ z historii USA, które mogą mieć znaczenie w rozumieniu danej fotografii bardzo zwięźle i przyjaźnie. Jeśli zatem nie znamy szczegółów zajść na Kent University, spokojnie i bez paniki googlania, autorzy nam to wszystko obajśnią. A ciekawostki? Dla absolutnej zachęty, opisana jest historia „drugiego“ zdjęcia całującej się pary z Times Square, o stosunku do swojego portretu opowiada Migrant Mother, kilku wersjach zdjęcia samotnego mężczyzny na drodze czołgów w Pekinie, oraz wspólnych elementach historii z dziewczynką poparzoną napalmem a więźniami w Abu Ghraib.
I na koniec: dla posługujących się pewnie językiem angielskim.


„No Caption Needed“ dotyczy w skrócie dziennikarstwa fotograficznego. Omawia je w jego „zenicie“, jak nazywają autorzy fotografie ikoniczne: „the zenith of photojournalism acievement is the iconic photo“/s.27/. Książka prezentuje reportaż fotograficzny w momencie jego tworzenia a następnie na tle jego odbiorców – jak przekaz został zrozumiany, omówiony, przetworzony. Dzieje się tak z bardzo niewieloma zdjęciami na świecie. Paradoksalnie jednak zdjęcia ikony w pewnym momencie tracą swoje pierwotne znaczenie, a żyją wyłącznie nadanym i wtórnym, które przekształcają się szybko w mit czy legendę. Trudno zatem je postrzegać jako top-of-the-tops dziennikarstwa fotograficznego. Tymbardziej, że definicję ikony bardzo ściśle zakreśloną przez autorów może przejść chyba tylko kilka zdjęć więcej nad te wymienione w książce. Zdjęcia „znane“, „popularne“, „lubiane“, i reprodukowane do znudzenia to nie zawsze wg autorów ikony. Ta cała reszta przypomina pomniki, jakie mamy w przestrzeni publicznej. Jedne są symbolami miast i państw, inne zarośnięte okolicznymi krzakami, miały kiedyś swoje znaczenie i kilka minut chwały. Tej celnej, a przede wszystkim bardzo plastycznej metafory dostarczają autorzy książki omawiając rolę fotografii we współczesnym świecie.


Przy każdej stronie tej książki zastanawiałam się nad zbiorem polskich ikonicznych fotografii. Pewnie część wymienionych przez Harimana i Luciatesa prac powtórzyłoby się w innych „narodowych“ ikonach, ale ile w Polsce? Zdjęcie z placu Tiananmen chyba na pewno, może nawet zrzucenie Napalmu? Pewnie też zdjęcie Okrągłego stołu (tylko czyje? Które z tych wielu?), Wałęsy a la Napoleon (Jerzy Gumowski), a może raczej Mazowieckiego z gestem vicotrii (Chris Niedenthal)? Arcyciekawy temat do badań, a książka „No Caption Needed“ jako absolutna podstawa tych rozważań.


„No Caption Needed” to także blog: http://www.nocaptionneeded.com/ Od 2008 roku ci sami autorzy „codziennie” zajmują się znacznie szerszą tematyką. Dociekają znaczeń zdjęć i sensu współczesnej fotografii prasowej. Robert Hariman współtworzy ponadto blog BagNews, czyli “progresywna strona dedykowana polityce wizualnej oraz analizie nowych obrazów” [progressive site dedicated to visual politics and the analysis of news images] http://www.bagnewsnotes.com/

czwartek, 7 kwietnia 2011

ładna ramka robi fotę.

Fotografię można na ścianie umieścić na klej, na gumę do żucia lub plastelinę, na gwóźdź i skocza, no albo ...w ramie. [pianki, pleksy, dibondy, lightboxy itd, no jasne.] Ale rama integralna z odbitką to osobna sprawa. Szał i kombinacje nastały w temacie internetowego wystawiania prac - plfoto, fototok, onephoto, itd. Czego to tam nie znajdziemy...ramki potrójne, ramki nierówne, ramki zaokrąglone, z cieniem, z podpisem, inicjałami, plecionka i bordiura, ah! Szałowe są ramki "niby to skan z negatywu", najlepiej w średnim formacie. Niezastąpione!

Sprawa nowa nie jest, jednak szukam bezskutecznie kogoś i czegoś, może to ktoś opisał a jezcze nie trafiłam? Czy takie ramki gotowe to była rzecz droga, piękna, chętnie kupowana, czy raczej hobbystycznie używana, niestosowne upiększenie niczym z zeszytów pensjonarek?
Wysyp tych dekoracji to pierwsza i druga dekada XX wieku, ten do którego się dogrzebałam w każdym razie. Czyli wygląda na użytek amatorski. Papiery dostępne raczej hobbystycznie, bo anonimowo, dekory produkowane seryjnie, bardzo rzadko podpisywane, a jeśli nawet, zwykle ledwie inicjałem. Papiery dekorowane najchętniej secesyjnym motywem, w najróżniejszym kształcie. Potem zaś, nagle nastał koniec. Czy okazały się nudne i powtarzalne, czy produkcja się nie zwróciła? Czy minął styl a razem z nim moda?
Może ktoś z Państwa odeśle do dalszej lektury, zna szczegół, który warto pamiętać?
W międzyczasie kilka przykładów, dwa nawet właśnie z inicjałami.

wtorek, 22 marca 2011

Allan Sekula: Fundamentalna i przyjemna lektura?


na warsztacie: Allan Sekula, Społeczne użycia fotografii, tłum. Krzysztof Pijarski, red. Karolina Lewandowska, wyd. Zachęta Narodowa Galeria Sztuki i Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2010


Allan Sekula jest znanym twórcą, na świecie. Znacznie słabiej z jego rozpoznawalnością w Polsce. Swoje najważniejsze teksty pisał w latach osiemdziesiątych na łamach amerykańskich pism o sztuce. Do tej pory, a dokładniej do początku 2010 roku czyli czasu publikacji jego wybranych pism w przekładzie na język polski i wystawy w Zachęcie (przełom 2009 i 2010) jego sztuka i pisarstwo pozostawało dla Polaków trudno dostępne. Odległe i niestety nie tylko ze względów geograficznych i językowych. Jego teksty krytyczne pisane w pewnym czasie i miejscu były odpowiedzią na życie społeczne i polityczne w Stanach, z samą fotografia i jej historią związane można powiedzieć – pretekstem. Książkę tę polecam właśnie dlatego czytać od końca, od posłowia. Ale po kolei.
Na okładce: Fotografia podwójna: pozytyw i negatyw aparatu wielkoformatowego z lampą błyskową. Piękny efekt. Brak podpisu autora, przedstawienia, itd. Okładka bardzo celnie odzwierciedla jednak zawartość. „Społeczne użycia” które mogłyby kojarzyć się z użyciem przez społeczeństwo, są ilustrowane aparatem raczej mało dostępnym społeczeństwu jako takiemu. A zatem otwieramy się na rozumienie obrazów, które do społeczeństwa trafiają, na te niuanse znaczeniowe, na wszystko co znajduje się między pozytywem a negatywem.

Autor: Allan Sekula, „Fotograficzny intelektualista”. Odsyłam do wikipedii tych co nie wiedzą (jeszcze). W Polsce… ma korzenie i miał wystawę w Zachęcie. Jest postacią wybitną i nie jest to dobre miejsce by opowiadać o jego życiu i twórczości. W każdym razie warto mieć na uwadze, czytając tę książkę, że jest fotografem praktykującym, artystą znanym. A oglądając jego prace pamiętać, że jest krytykiem i pisarzem, teoretykiem i kontestatorem. Trudno wskazać pole ważniejsze, zdecydować się czy jest bardziej fotografem czy bardziej krytykiem.

Tłumacz: to bardzo ważne, Krzysztof Pijarski, historyk sztuki specjalizujący się w fotografii, krytyk i można też zaryzykować twierdzenie analityk i teoretyk fotografii. Ważna jest jeszcze osoba, która sprawiła tę publikację, redaktorka antologii, która wynegocjowała z autorem itd., przy okazji kuratorka wystawy Sekuli w Zachęcie czyli Karolina Lewandowska. Publikacja towarzyszyła, oprócz katalogu - tej ekspozycji. Warto jeszcze jeden drobiazg podkreślić: „zbiór ten jest pierwszym tłumaczeniem na polski tekstów Allana Sekuli i pierwszą antologią tego autora wydaną w innym języku niż angielski”/K.Lewandowska, wstęp, s.8/.

Przypisy: zdradzają nierówność książki, pochodzenie z przeróżnych źródeł od „October” do „Art Journal” i „Artforum”. Bywają rozdziały z kilkoma na krzyż przypisami lub jak sztandarowy tekst Sekuli „Ciało i archiwum” gdzie właściwie drugi, równoległy tekst pisany jest w przypisach, „zaledwie” 110ciu.

Ilustracje: każdy tekst ma dokładnie jedną/dwie ilustracje, występujące zaraz przy tytule rozdziału/artykułu. Wystarczy prawie. Czasem, aż się prosi o kilka obrazków więcej. Chociażby przy pierwszym rozdziale „O wynalezieniu znaczenia fotografii” mamy zestawienie pracy Alfreda Stieglitza „Dolny pokład” z fotografią Lewis W. Hine. Wybrano jednak nie tę pracę Hine’a, o której wypowiada się Sekula, porównując ze Stieglitzem, lecz inną, zaledwie wzmiankowaną w tekście. Niby żaden problem, ale wzbudza niepokój, nerwowe kartkowanie i na koniec konieczność szukania omawianego zdjęcia w sieci.

Grupa docelowa: osoby zajmujące się fotografią, socjologią, politologią, filozofią i literaturą w sposób powiedzmy bardziej zaawansowany, popularnonaukowy. Publikacja ta nie abstrahuje fotografii do samodzielnego bytu, raczej ustawicznie ją pomija, przemienia w proces równoległy, luźno nawiązuje. Prawdopodobnie znakomite używanie z książki mogą mieć prawnicy i ludzie zajmujący się resocjalizacją. [fenomenalny rozdział „Handel fotografiami”!]

Trudno omawiać publikację, o której redaktorka i tłumacz powiedzieliby zapewne „fundamentalna” dla rozumienia fotografii we współczesnej kulturze. Proponuję lekturę rozpocząć od wspomnianego już posłowia, czyli analizy Krzysztofa Pijarskiego „Allan Sekula i fotografia na skrzyżowaniu dyskursów”, gdzie przybliżona została twórczość pisarska autora, gdzie rozpostarto przed czytelnikiem mapę, rozstawiono drogowskazy. Na spokojnie można potem wrócić do początku i chronologicznie przebrnąć przez „Społeczne użycia”. Następnie, po części trzeciej – „Handel fotografiami”, warto przeskoczyć do ostatniego eseju: „Pomiędzy siecią a głębokim, błękitnym oceanem. (Przemyślenie handlu fotografiami)”.

Warto Sekulę poczytać, bo to przyjemna lektura, bo otwiera ciekawe perspektywy interpretacyjne przed nami. Bo jest tą pierwszą publikacją, która w oryginale zmieniła oblicze krytyki artystycznej, fotograficznej, ma zatem znaczenie historyczne. Bo poszerza wiedzę np. o wystawie „Rodzina człowiecza”, o pracach na archiwach rodzinnych, zestawia wypowiedzi o fotografii Baudelaire’a i Croce, „Titanic” Camerona z muzeum Guggenheima Gherego, i wprowadza w mało znany i niewykorzystany na szerszą skalę w opowiadaniu historii fotografii świat „poboczny”: użycia zdjęć do identyfikacji ludzi, nauki „fizjonomiki” oraz marzeń o uniwersalnym obrazkowym języku.

a tu dwie inne recenzje książki: pierwsza i druga
a tutaj informacja o cyklu wykładów Krzysztofa Pijarskiego /nie bardzo mam szczęście, właśnie dziś mówił o Sekuli/

środa, 16 marca 2011

Erwitt: Sequentially Yours

 Cannes, France, 1975©Elliott Erwitt/Magnum Photos

Tak jakoś się stało, że najpopularniejszą teorią dotyczącą fotografii jest ta ułożona przez Henri Cartier-Bressona w 1955 roku. Ponoć to dzięki jego przyjaciołom znamy ją wszyscy, bo to oni namówili fotografa, by jakoś opisał swoją filozofie robienia zdjęć. Tak powstał "Moment decydujący" (właściwa chwila, odpowiedni moment, decydujący kadr, itd, bo różne były tłumaczenia) czyli: L'instant décisif / The Decisive Moment.
Na swojej monograficznej wystawie w londyńskiej Atlas Gallery Eliott Erwitt przekonuje: "Zwykle jest jeden najlepszy moment, by pstryknąć zdjęcie, jako przykład służy >klisza< Henri Cartier-Bressona o momencie decydującym. Ale wówczas, co zrobić z niedecydującymi momentami?Przecież one też mogą być podobnie wzruszające, kiedy dodają coś do historii."
Na wystawie "Sequentially Yours. Sekwencje fotograficzne albo niedecydujący moment" Erwitt prezentuje zdjęcia niesamodzielne, kilku klatkowe historie - od dwu do dwudziestu. W materiałach prasowych czytamy, że zdjęcia ukazują "non-event" - "nie-wydarzenia", nieistotne chwile, które zostały zarejestrowane przez autora w wolnej chwili, pomiędzy zadaniami, w trakcie innych prac na całym świecie. Wystawę można oglądać do soboty włącznie, do 19 marca.

Ja zaś się zastanawiam nad szaloną modą by naśladować HCB w jego pomyśle na idealną klatkę, podczas gdy nie istnieją nośne teorie czy pomysły na działanie w sekwencjach i seriach. Oczywiście zauważalna jest zmiana jaka nastąpiła gdzieś u początków lat siedemdziesiątych XX wieku, kiedy artyści chętniej w fotografii artystycznej posługiwali się złożonymi wypowiedziami fotograficznymi, zamiast ujmować ideę w jednym kadrze. Nie ma jednak natychmiastowego skojarzenia jeśli chodzi o serie, że pierwszym czy najważniejszym teoretykiem bądź praktykiem był ten czy tamten fotograf. Oczywiście możemy sobie przypominać Edwaerda Muybridge'a jeszcze z XIX wieku, ale wtedy chodziło o co innego, następnie Ed Ruscha czy Duane Michals, ale to też jakby w praktyce, więcej może też zdziałał Bernard Plossu. Możemy wskazywać każdego fotografa, na którego działał film i kino, lub też odwrotnie.

Erwitt mistrz ironii w jednym kadrze, pokazuje ile często ciekawostek i możliwości opowiadania historii tracimy wybierając jedną klatkę, zamiast pokazywania kilku. Mi się zaś marzy oglądanie gazetki dla dzieci ze słynną zabawą "wskaż 10 różnic" na fotografiach (nie tylko rysunkach!) i tak jak u Erwitta w "Sequentially Yours", nie zaś fotoszopowanych kadrach. Ah!




St. Tropez, France, 1979©Elliott Erwitt/Magnum Photos